Niema Rada Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej

Rada Niema Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej

Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia przeszło do historii nie jako moment przełomu, lecz jako spektakl politycznej kapitulacji. Rada, która miała przemówić w imieniu mieszkańców, wybrała milczenie. A milczenie to dało Jackowi Sutrykowi i jego zapleczu dokładnie to, czego potrzebowali – komfort dalszego rządzenia.

Sesja, która miała być próbą

Dzisiejsza sesja Rady Miejskiej Wrocławia miała – wedle zapowiedzi i oczekiwań – stać się momentem poważnej próby dla lokalnej klasy politycznej. Po miesiącach narastających kontrowersji wokół prezydenta Jacka Sutryka, po decyzjach prokuratury, po zatrzymaniu i akcie oskarżenia, radni otrzymali wreszcie możliwość, by jasno określić swoje stanowisko. Nie w mediach społecznościowych, nie w kuluarach, lecz w świetle kamer i w imieniu wrocławian.

Zamiast tego zobaczyliśmy jednak Radę Niemą – organ uchwałodawczy, który abdykował z roli forum debaty i kontroli władzy wykonawczej. Sesję, w której formalnie odbyło się głosowanie nad apelem do prezydenta o zrzeczenie się mandatu, ale faktycznie nie odbyła się żadna realna rozmowa o odpowiedzialności, standardach i przyszłości miasta.

Komfort rządzenia zamiast odpowiedzialności

Jacek Sutryk może dziś spać spokojnie. Mimo głośnych zapowiedzi „rozliczeń”, mimo wzmożenia w regionalnych strukturach partii rządzącej, mimo publicznych deklaracji o trosce o wizerunek miasta – nic się nie stało. Sutryk, jego zastępczyni Renata Granowska oraz całe zaplecze polityczno-urzędnicze mogą rządzić dalej, dokładnie tak jak dotąd.

Na nic zdało się prężenie muskułów. Na nic uchwała dolnośląskiego zarządu Koalicji Obywatelskiej, wzywająca Jacka Sutryka do rezygnacji z funkcji prezydenta. Dokument, który miał być sygnałem „odpowiedzialności” i „standardów”, okazał się politycznym rekwizytem – dobrze brzmiącym w komunikacie prasowym, kompletnie bez znaczenia w realnej polityce miejskiej.

Radni Koalicji Obywatelskiej wcześniej grzecznie zagłosowali za budżetem miasta, zapewniając prezydentowi stabilne funkcjonowanie aparatu władzy. A dziś poszli krok dalej – nawet nie zdobyli się na elementarną konsekwencję wobec własnego stanowiska partyjnego.

Apel o rezygnację Sutryka? KO nie skorzystało z okazji do pokazania konsekwencji

Kulminacyjnym punktem sesji był projekt apelu Rady Miejskiej Wrocławia do prezydenta Jacka Sutryka o podjęcie decyzji o zrzeczeniu się mandatu. Treść apelu była jednoznaczna, wyważona i – co szczególnie istotne – bliźniaczo podobna do stanowiska władz Koalicji Obywatelskiej.

Rada, działając w interesie mieszkańców, wskazywała wprost, że sytuacja, w której najwyższy przedstawiciel miasta został zatrzymany, usłyszał zarzuty i ma postawiony akt oskarżenia, jest niedopuszczalna. Podkreślano konieczność odbudowy zaufania społecznego, stabilności funkcjonowania miasta i uniknięcia nieodwracalnych strat wizerunkowych.

Głosowanie nad apelem do prezydenta Jacka Sutryka o zrzeczenie się mandatu miało charakter testu zero-jedynkowego. Nie było tu miejsca na niuanse, półtony ani proceduralne wykręty. Było pytanie o elementarną odwagę polityczną i o to, czy radni są gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje publiczne deklaracje.

Wynik głosowania mówi wszystko:

  • za apelem – 10 radnych,
  • przeciw – 15 radnych,
  • wstrzymujących się – 2 radnych,
  • niegłosujących mimo obecności – 8 radnych.

To właśnie ta ostatnia grupa powinna szczególnie przykuwać uwagę mieszkańców Wrocławia. Ośmiu radnych było obecnych na sali, kworum zostało osiągnięte, system do głosowania działał – a jednak nie zdobyli się oni nawet na symboliczny gest poparcia bądź sprzeciwu. Milczenie zostało wybrane jako strategia polityczna.

Wśród radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy zagłosowali przeciw apelowi, znaleźli się m.in. Robert Leszczyński, Ewa Wolak, Sebastian Lorenc, Dorota Pędziwiatr, Agnieszka Rybczak, Martyna Stachowiak oraz Robert Suligowski. To nazwiska dobrze znane wrocławskiej opinii publicznej – od lat obecne w samorządzie, od lat deklarujące przywiązanie do standardów demokracji i transparentności.

Szczególnie rażąca jest postawa tych radnych KO, którzy byli obecni na sali, ale nie odważyli się zagłosować. Ich decyzja – lub raczej jej brak – jest politycznym komunikatem samym w sobie.

Gdzie była odwaga tych radnych? Gdzie była elementarna lojalność wobec wyborców, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską jako formację rzekomo stojącą na straży standardów państwa prawa? Jak wytłumaczyć fakt, że w sprawie tak fundamentalnej jak odpowiedzialność prezydenta miasta, radni wybrali taktykę chowania głowy w piasek?

Ta bierność nie jest neutralna. Nie jest „techniczna”. Jest świadomym wyborem politycznym, który realnie wzmacnia Jacka Sutryka i jego zaplecze.

Trzeba powiedzieć jednoznacznie: pełną odpowiedzialność za tę sytuację ponosi Koalicja Obywatelska. Niezależnie od walk frakcji i dawnych partii wchodzących w skład KO – to zaprzeczenie największej wartości, która stała za sukcesami KO – ideowości.

Mimo strzelistego aktu Zarządu Regionu KO - radni KO nie tylko nie poparli apelu – część z nich zagłosowała przeciw, część wstrzymała się od głosu, a część ograniczyła się do obecności bez zajęcia stanowiska. To kompromitacja w czystej postaci. Jeśli bowiem własna uchwała partyjna nie jest wystarczającym powodem do konsekwentnego działania, to rodzi się pytanie: po co w ogóle te uchwały są podejmowane?

Kneblowanie debaty jako standard

Co szczególnie znamienne, szef klubu Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia, Robert Leszczyński, wykazał się nadzwyczajną gorliwością w jednym aspekcie – zgłosił wniosek o głosowanie projektu apelu bez jakiejkolwiek dyskusji.

Nie była to sytuacja przypadkowa ani jednorazowa. Radny Leszczyński znany jest z temperowania demokracji proceduralnej i ograniczania debaty publicznej. Wnioski o zamykanie dyskusji, odbieranie głosu czy skracanie wypowiedzi stały się w jego wykonaniu politycznym nawykiem.

Tym razem jednak skala cynizmu była wyjątkowa. W sprawie o fundamentalnym znaczeniu dla miasta – odpowiedzialności prezydenta obciążonego zarzutami – przewodniczący klubu rządzącej formacji uznał, że rozmowa jest zbędna. Jakby sama możliwość zadania pytania była zagrożeniem dla stabilności systemu.

Fasadowość samorządu

Czwartkowa sesja brutalnie obnażyła fasadowość debaty toczonej w ramach Rady Miejskiej Wrocławia. Pokazała, że uzależnienie radnych od władzy wykonawczej, sieć zależności personalnych i politycznych oraz wiernopoddańcza służba skompromitowanej ekipie są ważniejsze niż elementarna lojalność wobec wyborców.

Bezrefleksyjne żyrowanie patologii w wykonaniu Roberta Leszczyńskiego, Ewy Wolak czy Sebastiana Lorenca nie dziwi – radni ci od lat przyzwyczaili opinię publiczną do gestów, które obrażają inteligencję wyborców. Głosowania sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami, milczenie w kluczowych momentach, dyscyplina partyjna stawiana ponad interesem miasta – to wszystko stało się normą.

Coraz mniej zaskakujące milczenie dawnych krytyków

Nadal jednak dziwi – i to szczególnie – zachowanie Roberta Suligowskiego oraz Sławomira Czerwińskiego. To politycy, którzy zaledwie półtora roku temu stali na wrocławskim rynku z tabliczkami „nie popieramy Jacka Sutryka”. Publicznie dystansowali się od prezydenta, budowali swój wizerunek na krytyce stylu jego rządzenia i zapowiadali zmianę jakości w samorządzie.

Dzisiejsze głosowanie pokazało, jak niewiele warte były tamte deklaracje. Tak spektakularnego oszustwa wyborców Wrocław nie widział od 1989 roku. Oto politycy, którzy zdobyli mandaty na sprzeciwie wobec Sutryka, w kluczowym momencie stanęli po stronie status quo.

To nie jest już kwestia różnicy zdań czy ewolucji poglądów. To demonstracyjne porzucenie własnych obietnic i dowód na to, że samorządowy feudalizm potrafi skutecznie wchłaniać nawet swoich byłych krytyków.

Rada Niema jak w Rzeczpospolitej Szlacheckiej

Mamy więc Radę Niemą. Historia zna takie przypadki. Osiemnastowieczny Sejm Niemy był symbolem upadku państwa polskiego, sparaliżowanego przez patologie demokracji szlacheckiej, klientelizm i obce wpływy.

Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia oczywiście nie przesądza o losach państwa, ale jest czytelnym zwiastunem kryzysu lokalnego systemu władzy. Systemu, w którym rada przestaje być organem kontrolnym, a staje się maszynką do głosowania. W którym debata jest zagrożeniem, a milczenie – cnotą.

Feudalizm samorządowy Sutryka

Model rządzenia zbudowany wokół Jacka Sutryka przypomina feudalny układ zależności. Prezydent, wsparty stabilną większością, obsadza stanowiska, rozdaje wpływy i zapewnia polityczny parasol lojalnym radnym. W zamian otrzymuje spokój – nawet wtedy, gdy miasto pogrąża się w kryzysie wizerunkowym.

Ten system nie służy mieszkańcom. Może im się przysłużyć tylko w jeden sposób – upadając. Dopóki bowiem Rada Miejska pozostaje niema, dopóty odpowiedzialność polityczna pozostaje pustym hasłem, a samorząd traci sens jako instytucja reprezentująca wspólnotę.

Co dalej z Wrocławiem?

Dzisiejsza sesja nie zamknęła żadnego etapu. Przeciwnie – otworzyła nowy rozdział rozczarowania i gniewu społecznego. Mieszkańcy Wrocławia zobaczyli jasno, kto w tej radzie jest gotów mówić w ich imieniu, a kto woli milczeć, by nie narazić się władzy.

Rada Niema przeszła do historii. Pytanie tylko, czy stanie się ona impulsem do przebudzenia obywatelskiego, czy kolejnym dowodem na to, że lokalna demokracja została przejęta przez wąską kastę interesów. Odpowiedź na to pytanie dopiero przed nami.