Dlaczego Renata Granowska powinna powołać męża na prezesa Śląska Wrocław

Od przekazania przez miasto 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław wiceprezydent Renata Granowska dwoi się i troi, by przejąć kontrolę nad klubem. Mamy dla pani prezydent radę od serca. Pani Renato! Zamiast tracić czas na udawanie procedur i niepotrzebny teatrzyk powinna Pani obsadzić funkcję prezesa Śląska Wrocław swoim mężem.

30 milionów powodów

30 milionów, które trafiło ostatnio na działalność Śląska Wrocław rozbudza wyobraźnię wielu. Szczególnie tych przedsiębiorczych, którzy wiedzą jak się robi pieniądze na sporcie. Śląsk Wrocław miał „szczęście” do takich ludzi przez wiele, wiele lat.

Nic więc dziwnego, że na nowo zainteresowanie zawodową piłką nożną przejawiła Renata Granowska. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego na nowo? Przecież w lożach VIP można było panią prezydent widzieć regularnie.

Otóż jeszcze nie tak dawno próbowała przekonać opinię publiczną, że „nigdy nie zajmowałm się sportem zawodowym w mieście i nie zajmuję się. Sport zawodowy jest poza mną”.

Wówczas zarzucano jej konflikt interesów. Tak się składa, że gdy wielomilionowe dotacje z miasta otrzymywał Śląsk Wrocław Handball – jego prezesem był mąż wiceprezydentki. Znany ze zdolności do dorabiania, niezależnie czy to w jeleniogórskich wodociągach czy też w… sierocińcu, co wzbudziło powszechne i uzasadnione oburzenie opinii publicznej.

Przywracamy ręczne sterowanie?

Dziś jednak takich skrupułów wiceprezydent Granowska nie ma i zapomniała, że zawodowym sportem nigdy miała się nie zajmować. Teraz już się „znowu” zajmuje.

Nie tylko pojawiła się przebrana w bluzę klubu na spotkaniu z kibicami, gdzie zebrała wiele krytycznych i oburzonych obecną sytuacją uwag. Kibice mieli wypomnieć jej współodpowiedzialność za kolesiostwo, niegospodarność i spadek Śląska do pierwszej ligi. Niezrażona, za plecami zarządu, miała prowadzić rozmowy o ratunkowym zatrudnieniu Ryszarda Tarasiewicza na stanowisku głównego trenera.

Zrobiła to pomimo obietnic, że ręcznego sterowania nie będzie. Pytana przez Gazetę Wrocławską przyznała, że z racji pełnionego stanowiska spotyka się z różnymi osobami, aby rozmawiać o piłce nożnej i sporcie.

Ale zaraz, zaraz. To jak to miało być? Czy ktoś uważa Wrocławian za idiotów czy po prostu ordynarnie kłamie? Pani prezydent jednak zajmuje się zawodowym sportem i miała potężny konflikt interesów gdy przekazywała dotację na klub prowadzony przez jej męża?

Mieszkańcom i kibicom obiecywano koniec ręcznego sterowania. Miało nie być wchodzenia do szatni, co obiecywał Jacek Sutryk. Miało skończyć się uzgadnianie strategii klubu i negocjowanie kontraktów zawodników w gabinetach polityków. Miało skończyć się zwalnianie dyrektorów sportowych przez urzędników. Wszystko miało być pięknie. Ale nadszedł czas, a wraz z czasem – nadeszła Ona.

Uroki władzy – wszystko zostaje w rodzinie

Nie jest tajemnicą, że nic pani Granowskiej nie „kręci” jak władza. Nie tylko zbudowała sobie pozycję utkaną na niemoralnych zależnościach finansowych radnych miejskich. Nie tylko korzysta z przywilejów władzy takich jak wystawne jedzenie i picie opłacane służbową kartą czy też szampańska zabawa na służbowych wyjazdach do dalekich krajów. Nie tylko wchodzi na głowę Jackowi Sutrykowi do tego stopnia, że niektórzy nazywają ją „nadprezydentką”. Zdaniem innych to za mało – bardziej właściwym tytułem wydaje się być Grafini bądź Księżna Wrocławia.

Teraz Renata Granowska chce ręcznie sterować klubem piłkarskim. Oczywiście, to pani prezydent się należy, nie śmiemy polemizować. Tylko po co te cyrki i ceregiele. Prezesem klubu powinien zostać doświadczony małżonek pani Renaty – Wojciech. Przyśpieszy to obieg informacji i nikt nie będzie miał wątpliwości co do tego, że zarząd realizuje wolę właściciela. Oficjalną strategię będzie można ustalić np. przy niedzielnym, rodzinnym rosole.

Złośliwi mogą powiedzieć, że do wskazywania zarządowi woli właściciela jest Rada Nadzorcza i Biuro Nadzoru Właścicielskiego. Aby ułatwić sprawę na funkcji jednoosobowej Rady widzielibyśmy Roberta Leszczyńskiego. Ten emerytowany żołnierz od dłuższego czasu pełni rolę młodszego kapciowego na dworze Granowskiej i w wolnych chwilach egzekwuje jej wolę w klubie Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej mogłoby być oszczędnością dla finansów państwa, bo wówczas Leszczyński nie musiałby upychać swojej rodziny po zaprzyjaźnionych urzędach.

Wszyscy będą zadowoleni, bo decyzyjność i władza będą skupione w jednych rękach. Ktoś zakrzyknie, że władza absolutna deprawuje absolutnie. I pewnie coś w tym może być. Bo jednolitość władzy to również jednolita i pełna odpowiedzialność za porażki. A ta może nadejść szybciej, niż się niektórym wydaje.

Czy przez Granowską Śląsk zmarnuje ostatnią szansę na odbudowę zaufania?

Sytuacja jest tak tragiczna, że niewiele pozostaje poza pustym śmiechem. Ostatnia szansa, którą dostał Śląsk Wrocław od radnych może zostać zaprzepaszczona ze względu na apetyt na władzę i wpływy jednego środowiska.

Na Śląsk Wrocław patrzy teraz cały kraj. Żaden miejski klub po serii upokarzających porażek sportowych i finansowych nie dostał takiego koła ratunkowego na nowy start jak nasz – wszystkich podatników wrocławskich – klub.

Zadaniem dziennikarzy, polityków, opinii publicznej i – szczególnie – oddanych kibiców będzie teraz szczegółowa obserwacja wszelkich decyzji, które będą zapadały w Śląsku w najbliższych miesiącach. Bo każda decyzja podjęta pod dyktando polityków, którzy chcą bawić się w menedżerów piłkarskich za nasze pieniądze będzie ze swojej definicji podejrzana.

Każdy rodzic, który kocha swoje dziecko wie, że nie zawsze właściwym rozwiązaniem jest wyciągnięcie z kieszeni kolejnego cukierka. Nadszedł czas odpowiedzialności i konsekwencji. A pani Granowska powinna swoje chciwe na władzę ręce trzymać od klubu z daleka, choć talentu do wykrywania dobrych interesów trudno jej odmówić.

Do sprawy będziemy jeszcze wracać, bo jest do czego.