Afera śmieciowa: Pół miliarda bez przetargu, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Nie będzie speckomisji śmieciowej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Radni lojalni wobec Sutryka nie chcą się przepracowywać i poparli wniosek o jej odrzucenie.

Wniosek zgłosił wiceprezydent Michał Młyńczak. Poparło go 19 radnych Koalicji Obywatelskiej, 10 było przeciw, dwoje wstrzymało się od głosu. Komisja, która miała zbadać, dlaczego od ponad roku nie da się we Wrocławiu rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci i dlaczego miasto wydaje setki milionów złotych z wolnej ręki, nie powstanie. Większość rządząca uznała, że nie ma czego badać.

407 dni, pół miliarda i ani jednego rozstrzygniętego przetargu

Liczby, które przytoczył wnioskodawca Piotr Uhle (klub Naprawmy Przyszłość), są wprost porażające. Postępowania przetargowe na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów komunalnych w sześciu sektorach Wrocławia ogłoszono w marcu 2025 roku. Po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. Spółka Ekosystem przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki: w czerwcu 2025 r. na ok. 136 mln zł, w październiku 2025 r. na 192 mln zł, w marcu 2026 r. na 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych — bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, na warunkach, których szczegółów miasto nie ujawnia.

Tryb z wolnej ręki, jak wynika z prawa zamówień publicznych, zarezerwowany jest dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu kolejnemu przetargowi od kilkunastu lat, „nieprzewidywalność" to argument trudny do utrzymania.

Jest jeszcze drugie dno. Już w 2026 roku miasto ma ustawowy obowiązek osiągnąć 56-procentowy poziom recyklingu odpadów komunalnych. Niewypełnienie progu oznacza wielomilionowe kary. Sądy w toku postępowań ustaliły, że odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów tym razem nie udało się przerzucić na wykonawców — zostanie ona w całości po stronie miasta. Eksperci wskazują, że kluczowy wyrok został wydany na skutek nieudolności i niekompetencji spółki w trakcie sprawy sądowej. Więcej o tym przeczytacie w tekście "Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa".  W uzasadnieniu do wyroku czytamy:

"Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska.
Sąd Okręgowy uznał, że tak sprecyzowane żądania w zakresie kosztów nie nadają się do rozpoznania, tym bardziej biorąc pod uwagę, że strona skarżąca była zastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze”
(wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.).

Trudno też wytłumaczyć różnice cenowe. W Chrzanowie ten sam wykonawca, co we Wrocławiu, przetwarza tonę bioodpadów za 746 zł. We Wrocławiu — za 1310 zł. Niemal dwa razy więcej u tej samej firmy. Wrocławianie zrzucają się na śmieci w Chrzanowie, bo tam jest konkurencja a w stolicy Dolnego Śląska - oligopol i nieudolna spółka organizująca przetargi.

Co miała robić komisja

Projekt klubu Naprawmy Przyszłość zakładał powołanie ciała, które przez pół roku zająłby się systemem odpadowym całościowo: oceną jego funkcjonowania, analizą zamówień publicznych, sytuacji finansowej, otoczenia rynkowego, a na końcu — wypracowaniem rekomendacji obniżenia kosztów i stawki opłaty dla mieszkańców. Raport miał trafić do rady do końca października 2026 r.

Uhle podkreślał, że nie chodzi o powielanie pracy komisji rewizyjnej, której tegoroczny plan kontroli obejmuje wyłącznie spółkę Ekosystem. Komisja doraźna miała patrzeć szerzej: na cały system. Intencję wnioskodawca wyłożył wprost, odwołując się do napisu w sali sesyjnej: „Być narodowi użytecznym. I my dzisiaj zdajemy pewnego rodzaju test czy egzamin, czy nam się chce pracować na to, żeby być użytecznym, czy po prostu chodzi o to, żeby użytecznym byli inni, a nam było wygodnie".

Linia obrony większości: „polityczna gra na czas"

Klub Koalicji Obywatelskiej, który w radzie ma zdecydowaną większość, zajął stanowisko negatywne. Przewodniczący Robert Leszczyński sugerował, że wnioskodawca raport ma już właściwie napisany i że komisja byłaby ciałem do „hucpy politycznej". Krytyczne uwagi wniosła Komisja Statutowa: zakres działania komisji uznano za zbyt szeroki jak na ciało doraźne.

Najmocniejsze stanowisko zajął jednak wiceprezydent Michał Młyńczak — i to on dwukrotnie wnosił o odrzucenie projektu. „Ta podkomisja, co do której pan radny Uhle dzisiaj składa, to jest polityczna gra na czas" — mówił. „Panu poprzez tą podkomisję zależy na kontynuowaniu w ciągłym, w trybie permanentnym tego, aby nie doprowadzić po prostu do finałowych rozstrzygnięć przetargowych i grać dalej na czas. Grać dalej na to, aby wprowadzać medialny szum, chaos i w tym zakresie pełną manipulację".

Riposta Uhlego była najmocniejszym momentem debaty. - Jeżeli pan uważa, że moje intencje są takie, żeby wpłynąć na wynik przetargu, to proszę iść i zawiadomić prokuraturę. Normalnie bym tak powiedział, tylko już to zrobiliście. Problem jest taki, że to nie do moich drzwi załomotało CBA, tylko do innych drzwi panie prezydencie — odpowiedział wiceprezydentowi.

PiS: koalicji nie chce się pracować

Projektowi klubu Uhlego poparcia udzieliło Prawo i Sprawiedliwość. Przewodniczący Łukasz Kasztelewicz stawiał diagnozę bez ogródek: „Coś się źle dzieje w Ekosystemie. Powinniśmy to sprawdzić. Nie wiem, dlaczego taka wielka obrona". I dalej: „Wiadomo, że są pewne procedury prawne. (...) Ale to już trwa półtora roku. Wszystko przegrywacie, czego się nie tkniecie".

Pod adresem KO Kosztelewicz nie owijał w bawełnę. - Wam się po prostu nie chce pracować w Radzie Miejskiej. (...) Jedyne co możecie robić, to po prostu głosować za, za, za wszystkimi projektami suflowanymi przez pana prezydenta".

Sympatię dla projektu wyraził też Sławomir Śmigielski (Lewica), zarazem przewodniczący komisji rewizyjnej. „Coś jest na rzeczy, ewidentnie coś jest na rzeczy" — mówił o branży, w której „nie pies merda ogonem, ale ogon merda psem". Andrzej Kilijanek (KO) zaproponował alternatywę — sesję nadzwyczajną poświęconą wyłącznie odpadom — i złożył wniosek formalny o informacje od prezydenta dotyczące spalarni i miejskiego przedsiębiorstwa wywozu odpadów. Dominik Kłosowski (Lewica) opowiadał się za przywróceniem MPO przynajmniej na ćwiartce miasta, mówiąc o Wrocławiu jako „zakładniku kilku podmiotów".

Anatomia głosowania

Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych KO. Przeciw odrzuceniu — czyli za powołaniem komisji — 10 osób: trzyosobowy klub Naprawmy Przyszłość (Janas, Nowotarski, Uhle), siedmioro radnych PiS (Kasztelowicz, Kilijanek, Krzeszowiec, Kurczewski, Olbert, Piwoński oraz Śmigielski). Wstrzymały się dwie osoby — Dominika Kontecka i Krzysztof Zalewski. Pięcioro radnych obecnych nie wzięło udziału w głosowaniu.

Co znaczące, Dominik Kłosowski, który w trakcie debaty mówił o wrocławskim oligopolu firm śmieciowych i postulował powrót do MPO, ostatecznie zagłosował za odrzuceniem projektu wraz z klubem KO.

Co dalej i czego nie będzie

Po odrzuceniu uchwały jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje zespół powołany przy spółce Ekosystem — czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Komisja rewizyjna zbada w 2026 roku samą spółkę, ale nie cały system. Przetargi, których nie udało się rozstrzygnąć przez 407 dni, pozostają nierozstrzygnięte. Umowy z wolnej ręki — kontynuowane.

A pytanie, które debata pozostawia bez odpowiedzi, brzmi prosto: jeśli największy klub w radzie sam przyznaje, że problem odpadowy jest realny — „sprawy odpadowe są nam w klubie bliskie i wiemy, jak ważna to jest rzecz", jak deklarował Leszczyński — to dlaczego odrzucił jedyne narzędzie systemowej analizy poza samą spółką? I komu na rękę jest, by analiza skupiła się tam, gdzie kontrolowani sami sobą rządzą?

Mieszkańcy Wrocławia, którzy ostatecznie zapłacą za ten paraliż w opłacie śmieciowej, odpowiedzi na te pytania nie usłyszeli.

Ilustracje, poza wynikiem głosowania, zostały wygenerowane za pomocą narzędzi AI.


Jak KO zdradziło wrocławskie osiedla?

Jak KO zdradziło wrocławskie osiedla?

Wrocław, kwiecień 2026 roku. W sali sesyjnej przy Sukiennicach unosi się zapach gorzkiej kawy i jeszcze bardziej gorzkiego rozczarowania. To, co miało być nowym otwarciem dla wrocławskich jednostek pomocniczych, stało się spektaklem politycznej hipokryzji, który na długo zapadnie w pamięć mieszkańcom osiedli. Historia uchwały nr 299/25 to opowieść o tym, jak przedwyborcze slogany o „oddawaniu głosu mieszkańcom” zderzyły się z twardym murem partyjnej dyscypliny i biurokratycznej niemocy.

Wrocławskie osiedla: Obietnice kontra rzeczywistość

Wszystko zaczęło się od wielkich słów. W 2024 roku Koalicja Obywatelska szła do wyborów z programem, który dla radnych osiedlowych brzmiał jak spełnienie marzeń. Obiecywano wzmocnienie funduszu osiedlowego, tak aby był realizowany na bieżąco, oraz – co najważniejsze – przeznaczenie na ten cel pół procenta budżetu miasta każdego roku. Środki te miały pozwolić na realizację projektów w sposób „dynamiczny, szybki i zgodny z oczekiwaniami mieszkańców”. Kandydaci deklarowali, że „osiedla mają być wysłuchane”, a ich wpływ na decyzje Rady Miejskiej – realnie zwiększony.

Kiedy jednak przyszło do sprawdzianu, czyli głosowania nad projektem uchwały w sprawie ustalenia kierunków działania dla Prezydenta Wrocławia (druk nr 299/25), rzeczywistość okazała się zgoła inna. Projekt ten zakładał zapewnienie osiedlom, począwszy od 2026 roku, warunków finansowych do wykonywania doraźnych napraw infrastruktury – chodników, dróg lokalnych czy placów zabaw – w kwocie nie mniejszej niż właśnie wspomniane w kampanii 0,5% wydatków budżetu. Rezultat? Uchwała została odrzucona. Sprawa musiała być dla niektórych szczególnie wstydliwa, bo aż 11 radnych bało się wyrazić swoje zdanie w głosowaniu. Szóstka się wtrzymała a 5 nawet nie głosowało pomimo obecności na sali.

Piotr Uhle: Głos rozczarowania i prawdy

Najmocniejszym akcentem sesji było wystąpienie radnego Piotra Uhle, który nie krył głębokiego rozczarowania postawą większości rządzącej. Uhle przypomniał, że przez lata „najważniejsze czynniki, organizacje społeczne i polityczne w mieście” obiecywały zwiększenie kompetencji osiedli. Wskazał na bolesny kontrast między deklaracjami a czynami, podkreślając, że osoby odpowiedzialne za proces przez „siedem minut nie miały nic konkretnego do powiedzenia”, uprawiając jedynie „nawijanie makaronu na uszy”.

Radny Uhle podniósł kwestię do poziomu fundamentalnych wartości. „Większość, która podejmuje decyzje z konkretną intencją i deklaruje potrzebę więcej czasu na analizy i dyskusje, a następnie nie dotrzymuje słowa, traci swoją wiarygodność” – punktował z mównicy. Ostrzegł, że z taką władzą nikt nie będzie chciał w przyszłości rozmawiać, ponieważ „spełnia obietnice tylko wtedy, gdy się to opłaca”. Apelował o „cień odpowiedzialności” i wywiązanie się z podjętych zobowiązań, szczególnie przez tych, którzy mieli przygotować reformy, a nie zrobili w tym kierunku nic.

Twarze hipokryzji: Od obietnic do czerwonego przycisku

Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest lista radnych, którzy jeszcze niedawno deklarowali poparcie dla silnych osiedli, a w kluczowym momencie zagłosowali przeciwko nim. Wrocławskie Forum Osiedlowe (WFO) w swoich mediach społecznościowych bezlitośnie wypunktowało te niespójności.

Izabela Duchnowska jeszcze rok wcześniej twierdziła, że odesłanie inicjatywy do drugiego czytania jest „uratowaniem tej inicjatywy” i „otwarciem do rozmowy” [WFO post]. Tymczasem w ostatecznym głosowaniu opowiedziała się przeciwko projektowi. Podobną drogą poszli inni: Robert Suligowski, Robert Leszczyński oraz Sebastian Lorenc – wszyscy oni, mimo wcześniejszych pro-osiedlowych deklaracji, wcisnęli przycisk „przeciw”. To klasyczny przykład politycznego zwrotu o 180 stopni, w którym dobro lokalnych społeczności przegrywa z doraźnym interesem magistratu.

Siedem minut niemocy Sławomira Czerwińskiego

Symbolem tej sesji stało się jednak wystąpienie radnego Sławomira Czerwińskiego, które Piotr Uhle celnie podsumował jako „siedem minut o niczym”. Czerwiński, mimo wcześniejszych zapewnień o chęci dialogu opartego na „pełnej odpowiedzialności” , wygłosił tyradę uzasadniającą, dlaczego „nie da się” przyjąć uchwały.

Jego argumentacja opierała się na mitycznym „braku silnika” do obsługi programu. Radny twierdził, że wprowadzenie funduszu infrastruktury wymaga „przestrzeni”, której obecnie nie ma, a jednostki takie jak ZDiUM czy Zarząd Zieleni Miejskiej borykają się z brakiem kadr. Czerwiński przekonywał, że „realizacja drugiego funduszu osiedlowego się zacięła” i że należy czekać na „całościową reformę rad osiedli”.

Była to argumentacja kuriozalna – radny przyznał de facto, że system zarządzania miastem jest niewydolny, a rozwiązaniem tej niewydolności ma być... dalsze czekanie i odrzucenie konkretnych narzędzi finansowych. Według Czerwińskiego „wprowadzenie programu spowoduje, że na samym początku będzie on po prostu niemożliwy do realizacji”. To wyznanie kapitulacji wobec biurokracji, wygłoszone przez przedstawiciela większości, która ma wszystkie narzędzia, by tę biurokrację zreformować.

Upadek wiarygodności Rady Miejskiej

Odrzucenie uchwały 299/25 to coś więcej niż tylko kwestia pieniędzy na naprawę chodników. To kryzys zaufania na linii samorząd–obywatel. Jak zauważył Piotr Uhle, takie działania podkopują wiarygodność Rady Miejskiej jako instytucji. Kiedy radni deklarują potrzebę analiz tylko po to, by zyskać na czasie i ostatecznie ubić niewygodny projekt, stają się niewiarygodnymi partnerami dla jakiejkolwiek organizacji społecznej.

Obietnice Koalicji Obywatelskiej z 2024 roku o przeznaczeniu 0,5% budżetu na osiedla stały się „pustym zapisem”, gdy przyszło do przekucia ich w obowiązujące prawo. Zamiast „dynamicznej realizacji projektów”, osiedla usłyszały, że muszą czekać na „lepszy klimat inwestycyjny” i mityczną reformę, która od lat majaczy gdzieś na horyzoncie, ale nigdy nie nadchodzi.

Podsumowanie: Głosowanie, które mówi wszystko

Wynik głosowania nr 12 na XV sesji Rady Miejskiej Wrocławia jest bezlitosny: 9 głosów „za”, 17 „przeciw”. Liczby te pokazują, że interes osiedli przegrał z politycznym pragmatyzmem. Wrocławskie Forum Osiedlowe, które przez miesiące walczyło o tę inicjatywę, zostało z kwitkiem, mimo zapewnień radnych takich jak Czerwiński czy Duchnowska, że „każde osiedle będzie wysłuchane”.

Historia ta uczy, że w polityce lokalnej słowa mają krótką datę ważności, a „kierunki działania” wyznaczane dla Prezydenta stają się zbyt trudne do udźwignięcia, gdy wymagają realnego podzielenia się władzą i pieniędzmi. Radny Uhle miał rację – bez odpowiedzialności i dotrzymywania słowa, Rada Miejska staje się jedynie teatrem, w którym aktorzy zapomnieli, dla kogo grają. Wrocławskie osiedla znów muszą czekać, a mieszkańcy – omijać dziury w chodnikach, które miały zostać naprawione z funduszu, którego „nie dało się” powołać.

Niemoc czy siła? Gorzka lekcja z debaty SOS Wrocław

Odrzucenie uchwały 299/25 to nie tylko incydent, ale element szerszego, trwającego od dekady kryzysu, który stał się tematem głośnej debaty SOS Wrocław pt. „Niemoc czy siła osiedli?”. Głosy aktywistów uczestniczących w tym spotkaniu stanowią brutalne potwierdzenie diagnozy postawionej przez Piotra Uhle. Krystian Adamski wprost wskazał, że w relacjach z magistratem królują trzy pieczątki: „nie da się”, „brakuje pieniędzy” oraz „da się, ale będziemy się chwalić, że to był nasz pomysł”. Ta ostatnia szczególnie mocno koresponduje z postawą radnych, którzy najpierw obiecywali zmiany w kampanii, by później blokować gotowe rozwiązania, tłumacząc się – wzorem Sławomira Czerwińskiego – „brakiem silnika” do ich obsługi. Jak zauważono podczas debaty, bez realnej sprawczości rady osiedli pozostaną miejscem frustracji społeczników, takich jak Grażyna Wilk, która chaos w planowaniu reformy porównała do „rzucania makaronem o ścianę”. Jeśli władze Wrocławia nie przejdą od polityki „my i oni” do prawdziwego współzarządzania, o którym mówiła prof. Aldona Wiktorska-Święcka, reforma osiedlowa pozostanie martwym zapisem, a zaufanie mieszkańców legnie w gruzach na kolejne dziesięć lat.