Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców

Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców

Najpierw dziennikarze ujawniają, że urzędnicy chcą w zaciszu gabinetów przepchnąć podwyżkę cen biletów do 6,10 zł. Chwilę później miasto publikuje płomienne dementi. Problem w tym, że zamiast zamknąć temat, magistrat sam podkłada ogień pod zapalnik. Skoro żadnej podwyżki „nie ma”, to dlaczego urzędnicy tak obszernie tłumaczą, dlaczego jest nam ona... absolutnie niezbędna?

Miasto mówi „nie”, ale po cichu urabia radnych

Sprawa z pozoru była prosta. Pojawia się gorąca informacja o gigantycznej, blisko 35-procentowej podwyżce (z 4,60 zł na 6,10 zł). Magistrat reaguje natychmiastowym komunikatem PR-owym. Czytamy w nim wielkimi literami: NIE MA DECYZJI O PODNIESIENIU CENY. Nie ma rzekomo ustalonej daty. Takie stawki nie miały być przedmiotem oficjalnych uzgodnień.

I tu sprawa powinna się zakończyć. Tyle że to dopiero początek festiwalu urzędowej nowomowy.

Większa część tego rzekomego sprostowania to w rzeczywistości gotowy, przygotowany wpis pod tytułem: „Dlaczego znowu zamierzamy sięgnąć do waszych kieszeni”. Urzędnicy zgrabnie tłumaczą, że bilet kosztuje 4,60 zł już od pięciu lat. Przypominają o cenach prądu, które wystrzeliły o 65%. Ubolewają, że z biletów mają zaledwie drobną część miliardowego budżetu na transport miejski.

Interpretacja jest jasna: dzisiaj miasto twierdzi, że 6,10 zł „nie ma na stole”. Ale lista wymówek do wprowadzenia nowej, droższej taryfy jest już wydrukowana i czeka na odpowiedni moment.

Jedno jest pewne - miasto pogrywa sobie z mieszkańcami zamiast otwarcie mówić o swoich planach. Pytane o urabianie radnych - kręci by tylko się nie przyznać, że proces wprowadzania podwyżek już trwa. Znowu oszukują ludzi.

Urzędnikom przeszkadza, że w biletach przestał być najdroższy

Wrocław przez ostatni rok coraz głębiej sięga do kieszeni mieszkańców. Mamy najdroższe śmieci w Polsce, najdroższe ZOO, bardzo drogi aquapark, coraz droższe mieszkania komunalne, TBS-y i opłaty za wodę. Akurat w cenie biletów plasowaliśmy się w środku stawki. Tak się składa, że “genialny” pomysł urzędników przywróci Wrocławiowi zasłużone pierwsze miejsce na liście najdroższych miast do życia w Polsce.

Nie tak dawno Krakusi pogonili prezydenta Miszalskiego m.in. po tym, gdy podniósł mieszkańcom cenę biletu jednorazowego do rekordowych 6 zł. Urzędnicy wrocławscy najwyraźniej poczuli się zawstydzeni i postanowili przebić stolicę Małopolski. Nigdy nie było mowy o stawce 6,10 zł? To o jakiej była mowa? 6,20 zł? 6,30 zł?

Artykuł-uzasadnienie zamiast twardego sprostowania

To klasyczna, cyniczna strategia wrocławskiego Ratusza. Widzieliśmy to już dokładnie przy opłatach za wodę, wywóz śmieci, przy opłatach w TBS i czynszach komunalnych.

  1. Obietnice: Przed wyborami lub pod presją inicjatywy referendalnej obiecują, że nie podniosą i zrezygnują z kolesiostwa.
  2. Presja: Gdy pojawia się presja społeczna – twardo dementują plotki.
  3. Urabianie: Chwilę później zaczynają zakulisowe „konsultacje” z radnymi i głośno narzekają na rosnące koszty.
  4. Finał: Gdy tylko presja wyborów lub groźba referendum się oddala - gigantyczny rachunek i tak ląduje na stole wrocławian.

Jeśli urząd faktycznie przymierza się do podniesienia cen biletów, powinien zagrać z mieszkańcami w otwarte karty. Pokazać konkretne symulacje, wyliczyć własne oszczędności w miejskich spółkach czy wreszcie wyciąć ciepłe posadki bez konkursów dla politycznych spadochroniarzy. Zamiast tego serwuje nam zgraną płytę o tym, że „wszystko drożeje”.

Szkoda tylko, że w Ratuszu nie potrafią oszczędzać na kolesiach.

Pasażer płaci, pasażer wymaga (a dostaje figę z makiem)

Pasażer MPK nie dotuje abstrakcyjnego „transportu zbiorowego”. Płaci za konkretną usługę. Chce dojechać do pracy. Punktualnie. Szybko. Latem z włączoną klimatyzacją, a zimą w ogrzewanym, czystym wagonie.

Tymczasem mieszkańcy w sieci nie zostawiają na priorytetach miasta suchej nitki:

„Może mamy jedne z najwolniejszych tramwajów, ale za to teraz będą najdroższe” — ocenia gorzko Piotr. „Kpina! Całe miasto rozkopane, w remontach, nigdzie nie da się normalnie dojechać, a oni będą jeszcze ceny biletów podnosić...” — punktuje Ania. „Koszty utrzymania komunikacji może i rosną, ale byłoby na to utrzymanie więcej pieniędzy, gdyby nie wieczne wydawanie milionów na Śląsk Wrocław i ciepłe posadki urzędników” — trafia w samo sedno Klaudia.

Wrocławianin nie jest bankomatem bez dna. Rachunki za wodę, prąd i odpady drastycznie poszły w górę. Koszty życia w naszym mieście biją ogólnopolskie rekordy. Dlatego każda kolejna podwyżka cen biletów, która nie idzie w parze z żelazną poprawą jakości MPK, jest zwykłym pluciem wyborcom w twarz.

Najpierw rachunek dla władzy, potem dla mieszkańców

Dziś podwyżki rzekomo nie ma. Trzymamy urzędników za słowo.

Będziemy jednak patrzeć władzy na ręce, żeby za parę miesięcy nie okazało się, że „podwyżki niby nie było, ale radni właśnie przegłosowali nową taryfę”. Było tak przy podwyżkach opłaty za odpady (w 2022 roku - mieszkańcy dostali prezent pod choinkę, w tym - zmiany przepychano w sezonie urlopowym). Każdy mieszkaniec ma pełne prawo wiedzieć, ile dokładnie zapłaci za bilet, zanim urzędnicy i politycy przyklepią to w gronie partyjniaków i sługusów władzy, byle tylko opinia publiczna dowiedziała się ostatnia.

Obecna ekipa straciła moralne prawo do wyciągania ręki po nasze pieniądze, skoro najpierw sama nie potrafi gospodarnie zarządzać miastem. Rozwiązanie tego problemu nie leży w ciągłym podnoszeniu cen. Leży w przewietrzeniu Ratusza – i jeśli prezydent oraz rada miejska nie zejdą z drogi ciągłego drenażu naszych portfeli, wrocławianom pozostanie tylko jedna, twarda demokratyczna droga obrony swoich praw: referendum.