Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku

Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku

Park Krzycki, ulica Letnia, rejon Skarbowców - to miejsca, o których przyszłość rozstrzyga się właśnie teraz. Trwają konsultacje Planu Ogólnego Wrocławia, dokumentu wyznaczającego zasady zabudowy całego miasta na kolejne dekady. Urząd przyjmuje uwagi tylko do poniedziałku 25 maja. Deweloperzy swoje już złożyli.

Co decyduje o tym, czy pod twoim oknem wyrośnie betonowy wieżowiec, czy powstanie bezpieczny park? Plan Ogólny Wrocławia - dokument, który na dekady przesądzi o losach całego miasta. Urzędnicy zbierają uwagi tylko do 25 maja (poniedziałek), a głosowanie nad planem odbędzie się już 20 lipca. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli teraz odpuścimy, deweloperzy i drogowcy bez skrupułów wykorzystają każdą lukę, którą miasto próbuje przemycić w nowych przepisach. Nikt nie przypilnuje naszych interesów za nas.

Park Krzycki i Dolina Olszówki: dość gry w kotka i myszkę

Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej

Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej

Warto spojrzeć na mapę lokalnych spraw na Krzykach - jako przykład tego, dlaczego czujność musi być teraz na najwyższym poziomie. To tylko wycinek walki o przyszłość dzielnicy, ale bardzo wymowny. Najważniejszą sprawą wymagającą sprzeciwu jest ochrona Parku Krzyckiego i Doliny Olszówki. Ten z trudem wywalczony teren z naturalną retencją i unikalną przyrodą wciąż nie może spać spokojnie. W urzędniczych planach stale tli się pomysł wybudowania tam drogi. Wpuszczenie ruchu samochodowego i stworzenie łącznika drogowego to wyrok śmierci dla rekreacji, ciszy i bezpieczeństwa. Postulat jest jeden: całkowity zakaz zabudowy drogowej w Parku Krzyckim i pełna ochrona ciągłości zieleni.

Ulica Letnia: wywalczone ograniczenia muszą zostać

Kolejny punkt zapalny to ulica Letnia. Pamiętamy, jak wspólnie obroniliśmy tę okolicę przed dramatycznym przeskalowaniem - blokując plany wielkich willi miejskich i wielorodzinnych bloków wciskanych na siłę przez deweloperów. Sukces okazał się jednak tymczasowy. Jeśli w nowym Planie Ogólnym zostaną zapisane zbyt elastyczne wskaźniki wysokości czy intensywności zabudowy, inwestorzy natychmiast wrócą z nowymi pomysłami. Wywalczone ograniczenia muszą trafić do dokumentu na stałe.

Ulica Mglista i rejon Skarbowców: stop betonowaniu

Podobna presja dotyczy ulicy Mglistej i rejonu Skarbowców. Każdy wolny skrawek ziemi jest tam traktowany jako okazja na kolejny blok - bez oglądania się na przepustowość dróg, brak parkingów czy komfort dotychczasowych mieszkańców. Plan Ogólny musi stawiać tu jasne granice i chronić ten rejon przed dalszym dogęszczaniem i betonowaniem.

Do 25 maja: złóż uwagi, zanim ktoś zrobi to za ciebie

Urzędnicy liczą na to, że skomplikowane procedury zniechęcą mieszkańców. Tam, gdzie brakuje głosu społeczności, natychmiast pojawiają się korzyści dla deweloperów. Mamy czas tylko do 25 maja (poniedziałek) na złożenie uwag do Wydziału Planowania Przestrzennego. Konkretnych - o zachowanie zieleni, obniżenie dopuszczalnych wysokości i wykreślenie planów drogowych niszczących parki.

Stawką jest to, jak Krzyki będą wyglądać przez kilkadziesiąt lat. Głosowanie 20 lipca, więc teraz jest ostatni moment. Udostępniajcie, rozmawiajcie z sąsiadami, składajcie wnioski. To nasza wspólna przestrzeń - nie pozwólmy, żeby Wrocław został zaplanowany bez nas.

ZGŁOŚ UWAGI

Aleksandra Maniewska, współinicjatorka akcji "W obronie ulicy Letniej".


Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.

Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.

Dramatyczny spadek chęci posiadania dzieci wśród młodych Polek i Polaków pozostaje w istotnym związku przyczynowym z wieloletnimi zaniedbaniami państwa i klasy politycznej po 1989 r., w szczególności w zakresie polityki edukacyjnej, mieszkaniowej, rynku pracy oraz ochrony socjalnej rodziny. Państwo, realizując przez dekady politykę o charakterze neoliberalnym i antysocjalnym, doprowadziło do osłabienia stabilności ekonomicznej młodego pokolenia - a tym samym do ograniczenia konstytucyjnie chronionej możliwości zakładania rodziny i posiadania dzieci.

Państwo ma konstytucyjny obowiązek ochrony rodziny

Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo „znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej". Jeżeli ogromna część młodych obywateli rezygnuje z rodzicielstwa z powodów ekonomicznych, mieszkaniowych i psychicznych - można argumentować, że państwo nie wykonało należycie swojego konstytucyjnego obowiązku.

Ochrona rodziny nie może być wyłącznie deklaracją ideologiczną. Musi oznaczać dostępne mieszkania, stabilny rynek pracy, przewidywalny system edukacji, bezpieczeństwo ekonomiczne, dostęp do żłobków i ochrony zdrowia oraz możliwość godzenia pracy z rodzicielstwem. Brak tych elementów oznacza faktyczne osłabienie funkcji ochronnej państwa.

Przykłady mówią same za siebie. Rząd SLD Leszka Millera nowelizacją Kodeksu pracy z grudnia 2001 r. skrócił urlopy macierzyńskie - cofnięto wydłużenie wprowadzone zaledwie dwa lata wcześniej, wracając do 16 tygodni przy pierwszym porodzie. Program 500+ PiS miał wspierać rodziny, ale nie rozwiązał żadnego problemu strukturalnego - deficytu żłobków, kosztu mieszkań, prekaryzacji pracy. Transfery pieniężne zastąpiły realną politykę rodzinną, a od 2022 r. inflacja pochłonęła realne wartości świadczeń. Rządy PO przez osiem lat nie wypracowały żadnej spójnej polityki budownictwa społecznego, a po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie potrafi się porozumieć w kwestii polityki mieszkaniowej - zamiast tego mamy nieustające przepychanki między politykami KO, PL2050, PSL i Lewicy. We Wrocławiu Jacek Sutryk do dziś nie uchwalił Gminnego Programu Rewitalizacji, który pomógłby przeciwstawić się negatywnym tendencjom demograficznym w centrum miasta. Rada miejska przystąpiła do jego sporządzenia w 2021 r., ale przez cztery lata prezydent nie doprowadził prac do końca. Osiedla Nadodrze, Kleczków, Ołbin i Brochów wciąż czekają na skoordynowane wsparcie.

Zniszczenie systemu edukacji od lat 90.

Od transformacji ustrojowej edukacja była wielokrotnie podporządkowywana interesom politycznym i eksperymentom ideologicznym. Kolejne reformy likwidowały stabilność systemu, obniżały prestiż zawodu nauczyciela, pogłębiały nierówności społeczne i nie przygotowywały młodych ludzi do realiów rynku pracy i życia rodzinnego.

Młode pokolenie zostało wychowane w kulturze permanentnej konkurencji, presji sukcesu i niepewności ekonomicznej. Szkoła coraz mniej pełni funkcję wspólnotową i wychowawczą, a coraz bardziej - selekcyjną i testową. To prowadzi do wypalenia psychicznego, depresji i przekonania, że rodzicielstwo jest „ryzykiem", a nie naturalnym etapem życia.

Rząd Millera ciął subwencje oświatowe podczas kryzysu finansów publicznych po 2001 r. - samorządy masowo zamykały szkoły wiejskie i małomiasteczkowe, pogłębiając nierówności edukacyjne między centrum a peryferiami. Reforma Anny Zalewskiej z 2017 r. zlikwidowała gimnazja i w ciągu dwóch lat objęła „podwójnym rocznikiem" szkoły ponadpodstawowe - uczniowie z dwóch roczników jednocześnie starali się o miejsca w liceach. NIK stwierdził, że MEN nie przeprowadził rzetelnych analiz finansowych; wydatki samorządów wzrosły dwukrotnie więcej niż subwencja. Pod wnioskiem o referendum w tej sprawie podpisał się prawie milion Polaków. Rząd Tuska z kolei wymusił obowiązkowe „sześciolatki" w szkole podstawowej wbrew sprzeciwowi rodziców i ekspertów pedagogicznych, bez odpowiedniego przygotowania infrastruktury - i przez całą dekadę tolerował dramatycznie niskie płace nauczycieli, odpędzając kolejne roczniki od zawodu. We Wrocławiu samorząd Sutryka przez lata nie inwestował wystarczająco w profilaktykę zdrowia psychicznego uczniów - problem nasilił się po pandemii, a zasoby publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych pozostają niewystarczające wobec skali potrzeb. Sprawę pogłębia brak systemowej odpowiedzi na dynamiczny wzrost populacji dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Antyrodzinna polityka mieszkaniowa

Źródło: Marek Grobelny

To jeden z najmocniejszych argumentów. Przez dekady państwo nie prowadziło skutecznej polityki budownictwa społecznego, dopuściło do spekulacji mieszkaniami, wspierało sektor bankowy bardziej niż młode rodziny i tolerowało wzrost cen nieruchomości oderwany od realnych wynagrodzeń.

W praktyce młody człowiek musi brać kredyt na 30-40 lat, często nie ma zdolności kredytowej, płaci ogromne czynsze i żyje w permanentnym lęku finansowym. W takich warunkach decyzja o dziecku staje się nie decyzją emocjonalną, lecz ekonomicznym hazardem.

Przez całe lata 90. i 2000. TBS-y - jedyna poważna forma budownictwa społecznego - wybudowały łącznie zaledwie ok. 100 tys. mieszkań w skali całego kraju. Wobec skali deficytu mieszkaniowego to była kropla w morzu, a rząd SLD nie zbudował żadnej realnej alternatywy dla kredytu hipotecznego. PiS ogłosił program „Mieszkanie+" jako przełom - skończył się fiaskiem, bo przez kilka lat zbudowano ułamek zapowiadanych lokali. Ta sama ekipa w 2018 r. uchwalała specustawę „lex deweloper", umożliwiając deweloperom omijanie miejscowych planów zagospodarowania i napędzając spekulację gruntami. Jako wisienka na torcie - program Bezpieczny Kredyt 2%, który wywindował ceny mieszkań zamiast je obniżyć. Rządy PO szły podobną ścieżką: programy „Rodzina na Swoim" i „Mieszkanie dla Młodych" dopłacały do kredytów - napędzały popyt, nie podaż, co podbijało ceny. Premier Tusk wprost bronił „śmieciówek" jako instrumentu elastyczności rynku pracy, nie widząc - albo nie chcąc widzieć - związku między niestabilnością dochodów a niemożnością uzyskania zdolności kredytowej. We Wrocławiu miasto konsekwentnie sprzedawało grunty komunalne deweloperom zamiast przeznaczać je pod budownictwo społeczne. Jak dokumentowaliśmy, ekipa Sutryka nie przeszkadzała realizacji interesów wybranych deweloperów, wspierając grupy spekulantów gruntami, którzy budowali swoje fortuny na bliskich relacjach z urzędnikami miejskimi. Tereny olimpijskie to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów.

Państwo stworzyło model społeczeństwa zadłużonego, wynajmującego, pozbawionego bezpieczeństwa majątkowego. A bez poczucia bezpieczeństwa demografia zawsze będzie spadać.

Rynek pracy jako źródło niepewności

Po transformacji utrwalił się model rynku pracy oparty na umowach śmieciowych, niestabilności zatrudnienia, nadgodzinach i niskiej ochronie pracownika. Młodym ludziom przez lata wmawiano: bądź elastyczny, bądź mobilny, bądź gotowy na wszystko.

To model społeczny sprzeczny z budowaniem rodziny. Rodzina wymaga czasu, stabilności, przewidywalności i bezpieczeństwa. Tymczasem współczesny model ekonomiczny premuje samotność, mobilność i pracoholizm.

Ustawa o zatrudnieniu pracowników tymczasowych z 2003 r., uchwalona przez rząd SLD, stworzyła ramy prawne, które systemowo sankcjonowały nietrwałe formy zatrudnienia jako normę, nie wyjątek. Szczyt popularności umów śmieciowych przypadł na rządy PO - po kryzysie 2008-2009 model „elastycznego zatrudnienia" stał się powszechną normą, a premier Tusk publicznie go bronił jako źródła odporności polskiej gospodarki na recesję. Odpowiedzialnością za własną prekarność obciążano pracowników, nie pracodawców ani ustawodawcę. PiS mimo hasła „dobra zmiana" nie zlikwidował umów śmieciowych - ograniczył się do minimalnego oskładkowania niektórych umów zleceń w 2016 r. W efekcie Polska miała w szczycie rządów PiS jeden z najwyższych w UE odsetków zatrudnienia tymczasowego wśród młodych. Dziś problem dotknął Wrocław w szczególny sposób: z raportu Barometr rynku pracy z kwietnia 2026 r. wynika, że dwukrotnie wzrósł odsetek organizacji przewidujących redukcję zatrudnienia - z 4,9% rok temu do 9,8%, najwyższy wynik od 2017 r. Może to bezpośrednio dotknąć centra usług biznesowych, które we Wrocławiu zatrudniają ponad 70 tys. osób.

Państwo przerzuciło koszty życia na jednostkę

Kolejne rządy stopniowo wycofywały się z odpowiedzialności społecznej - prywatyzowały usługi, komercjalizowały ochronę zdrowia, pozostawiały wysokie koszty opieki nad dziećmi bez wsparcia, zaniedbywały psychiatrię. Obywatel został pozostawiony sam sobie z modelem „radź sobie sam" - modelem antywspólnotowym i antyrodzinnym.

Rząd Millera przeprowadził głęboką komercjalizację szpitali i przekształcenia w ochronie zdrowia - ograniczając koszyk usług refundowanych i wprowadzając odpłatność za część świadczeń. Prywatyzacja jako „ratunek dla systemu" stała się dogmatem przekazywanym kolejnym rządom. Rząd PO podwyższył w 2012 r. wiek emerytalny do 67 lat bez równoczesnej reformy rynku pracy i budownictwa społecznego - koszty dłuższej aktywności zawodowej przerzucono na pracownika w warunkach niepewnego zatrudnienia i wysokich kosztów życia. PiS zlikwidował OFE, przenosząc ryzyko emerytalne z powrotem na jednostkę - bez budowania realnych mechanizmów bezpieczeństwa na starość. Jednocześnie nakłady na psychiatrię pozostawały jednymi z najniższych w UE. We Wrocławiu Sutryk zawiesił prace nad Gminnym Programem Rewitalizacji - odebrał tym samym mieszkańcom zdegradowanych osiedli perspektywę skoordynowanego wsparcia publicznego. Jednocześnie opłaty za gospodarkę odpadami mają wzrosnąć do 70 zł od osoby, czyli 3360 zł rocznie dla czteroosobowej rodziny.

Kryzys psychiczny młodego pokolenia

Liczba zamachów samobójczych, w tym zakończonych śmiercią, wśród dzieci i młodzieży w latach 2017−2023 Źródło: Komenda Główna Policji (statystyka.policja.pl). Obrazek: Fundacja Praesterno

Nie można pomijać wpływu chronicznego stresu, niepewności jutra, inflacji, kryzysów gospodarczych, pandemii i braku zaufania do instytucji państwa. Młodzi ludzie często nie odrzucają dzieci dlatego, że „nie lubią rodziny" - ale dlatego, że nie wierzą w stabilną przyszłość, boją się biedy i nie chcą skazywać dziecka na życie w ciągłej walce ekonomicznej. To racjonalna reakcja na warunki społeczne, które stworzono im przez ostatnie trzy dekady.

Polska psychiatria była przez całą dekadę transformacji głęboko niedofinansowana - nakłady na opiekę psychiatryczną oscylowały na poziomie 3-3,5% budżetu NFZ wobec europejskiej średniej ponad 10%. Rządy SLD nie przełamały tego trendu. Przez osiem lat rządów PO nakłady na psychiatrię nie wzrosły proporcjonalnie do PKB, a zdrowie psychiczne jako temat polityki publicznej praktycznie nie istniało. PiS ogłosił w 2018 r. reformę psychiatrii dziecięcej - słuszną w założeniu, ale chaotyczną i niedofinansowaną w realizacji. Kolejki do psychiatrów dziecięcych wydłużyły się dramatycznie podczas pandemii, gdy potrzeby eksplodowały. Wrocław nie stworzył żadnego miejskiego programu wsparcia zdrowia psychicznego mieszkańców - dziedzina pozostała w gestii kontraktów z NFZ, nad którymi samorząd nie miał wpływu. Jednocześnie miasto intensywnie promowało narrację „Wrocław miastem sukcesu i imprez" - całkowicie rozmijającą się z rzeczywistością psychologiczną znacznej części mieszkańców.

Odpowiedzialność polityczna elit

Kryzys demograficzny nie jest wyłącznie skutkiem zmian kulturowych. Jest przede wszystkim konsekwencją wieloletnich błędów politycznych i gospodarczych elit rządzących po 1989 roku.

Rząd Millera przeprowadził bolesne cięcia budżetowe - plan Hausnera zamroził płace w sferze budżetowej, ograniczył zasiłki dla bezrobotnych, ciął politykę społeczną. Uzasadnieniem było „dostosowanie do UE" - priorytety społeczne ustąpiły przed wymogami fiskalnymi. PiS mimo retoryki „polityki rodzinnej" wzmocnił polaryzację społeczną - tworzył transfery dla wybranych grup, nie budując systemowej infrastruktury: żłobków, dostępnych mieszkań, stabilnego zatrudnienia. Polska dzietność w tym czasie nadal spadała. Rządy PO przez dekadę budowały narrację modernizacji przez prywatyzację i elastyczność - bez adresowania strukturalnych przyczyn niepewności młodych. Po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie ogłosiła żadnej spójnej polityki demograficznej. Sutryk przez lata rządów konsekwentnie stawiał interesy deweloperów ponad interesami młodych rodzin - brak budownictwa społecznego, sprzedaż gruntów, zawieszony GPR, rosnące czynsze. Wrocław pod jego rządami stał się jednym z najdroższych miast w Polsce dla młodych ludzi chcących założyć rodzinę.

Niski poziom dzietności jest w znacznym stopniu skutkiem systemowych zaniedbań państwa. Zamiast realnie chronić rodzinę - stworzono warunki, w których posiadanie dzieci stało się dla wielu młodych ludzi luksusem ekonomicznym i psychicznym, a codzienne życie sprowadza się do walki o przetrwanie.

Damian Daszkowski


10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.

10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.

Sprawdziliśmy, co Jacek Sutryk szykuje dla Pilczyc, Kozanowa i Popowic.

Chcąc przymierzyć się do oceny proponowanych rozwiązań projektowych w Planie Ogólnym, szukaliśmy obszaru będącego pod opieką Rady Osiedla, którego struktura funkcjonalno-przestrzenna jest mocno zróżnicowana. Takie założenie daje duże szanse i wysokie prawdopodobieństwo na to, że wnioski, które z takiej analizy wynikną, będą odzwierciedleniem polityki dla całego obszaru miasta – polityki, za którą odpowiada Prezydent Jacek Sutryk i środowisko polityczne, które reprezentuje.

Liczyliśmy również na to, że wyniki analizy pozwolą odpowiedzieć na pytanie, kto zyska, a kto straci, jeżeli zaproponowane ustalenia w Planie Ogólnym zostaną przyjęte przez Radnych Rady Miejskiej Wrocławia, w której większość decyzyjną mają Radni popierający Platformę Obywatelską i Prezydenta Jacka Sutryka.

Czy to się udało? Oceńcie sami. Zapraszamy na obszar Rady Osiedla Pilczyce-Kozanów-Popowice Płn. Czyli na obszar bardzo zróżnicowany funkcjonalnie i przestrzennie – obszar, na którym zgodnie z informacją opublikowaną przez Urząd Miejski Wrocławia mieszka 30 320 osób. Więcej mieszkańców z 48 obszarów poszczególnych Rad Osiedli mają tylko obszary Rady Osiedla Karłowice-Różanka oraz Rady Osiedla Leśnica.

Przechodząc do sedna sprawy: na co mogą liczyć Mieszkańcy Pilczyc, Kozanowa i Popowic w części północnej, czyli co nakazała Platforma Obywatelska, a co realizuje Jacek Sutryk?

Korki, korki i jeszcze raz korki…

Najbliższe otoczenie stadionu miejskiego to teren, na którym wyznaczono bardzo duży obszar zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (3351SW i 3348SW). Obecnie jest to teren aktywności usługowej i gospodarczej o niskiej intensywności i wysokości zabudowy. W projekcie Planu Ogólnego intensywność zabudowy oznacza minimum 10 000 nowych mieszkań, czyli co najmniej tyle samo samochodów na już zakorkowanych ulicach: Metalowców, Lotniczej, Górniczej, Hutniczej czy węźle Autostradowej Obwodnicy Wrocławia – zwłaszcza na zjeździe w kierunku Stadionu, gdzie niemal każdego dnia samochody ustawiają się na pasie awaryjnym.

(Planowana zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna w Planie Ogólnym – Strefy 3351SW i 3348SW - obręb geodezyjny Gądów Mały, ale w granicach administracyjnych osiedla Pilczyce - Kozanów - Popowice Płn.)

Brak ochrony zieleni osiedlowej!

W obowiązującym Studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego ochronę zieleni osiedlowej zapewniało wyznaczenie „obszarowych form zieleni wypoczynkowej”. Niestety Pan Prezydent, oprócz realizacji polityki nadmiernego dogęszczania miasta, realizuje politykę likwidacji zieleni osiedlowej.

(Przykład „obszarowych form zieleni wypoczynkowej” (zielone kreskowanie) na Popowicach, czyli realnej ochrony zieleni osiedlowej w Studium)

Przykład nałożenia grafiki Planu Ogólnego na Studium pokazuje, że na Popowicach (i nie tylko) większość zieleni osiedlowej chronionej w Studium, w projekcie Planu Ogólnego została pozbawiona ochrony i znajduje się w Strefach zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (np. Strefy 3003SW, 3051SW…).

To może więcej usług, zwłaszcza społecznych?

„Kto we Wrocławiu mieszka, ten się z cyrku nie śmieje”… takie powiedzenie ostatnio jest powtarzane przez Mieszkańców, a niektórzy dodają, że już dawno zastąpiło inne hasło, z którego Wrocław słynął, czyli „Wrocław miasto spotkań”. Dzisiaj we Wrocławiu spotykają się głównie deweloperzy i ustalają, że w miejscu usług kultury na Pilczycach oraz targowiska na Popowicach będzie zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna.

W planie ogólnym wyznaczono strefę 1254SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej o wysokości 18 m. Obecnie jest tam jednokondygnacyjny obiekt usługowy z usługami kultury.

(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia, Strefa 80SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej i dopuszczalną wysokością 40 metrów! Obecnie teren handlu i usług w formie targowiska)

Brak ochrony wartości historycznych

Teren dawnego cmentarza pomiędzy ROD Pilczyce a Cmentarzem Żydowskim, ze względu na swój historyczny charakter i lokalizację, powinien być przeznaczony na zieleń jako wyraz szacunku do wartości historycznych oraz jako uzupełnienie istniejącej struktury przestrzennej. Zamiast tego zaproponowano kolejną zabudowę mieszkaniową wielorodzinną o wysokości 25 metrów.

(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1224SW)

Pełen (dys)komfort wypoczynku, czyli (byle)jakość życia na ROD „Pilczyce”

Pełnego komfortu nie będzie. Świadome działanie na szkodę Mieszkańców, czyli brak decyzji o uchwaleniu planu miejscowego chroniącego tereny ogrodów działkowych, przyczynił się do wydania decyzji o warunkach zabudowy, która zaburzyła istniejący układ przestrzenny ogrodów na ROD Pilczyce. W Planie Ogólnym utrwalono taki stan prawny i wyznaczono strefę 1276SW, czyli dopuszczono na działkach 6/6 i 6/7 zabudowę mieszkaniową wielorodzinną. Efekt? Część działkowców będzie miała sąsiadów podglądaczy na balkonach bez konieczności używania lornetki.

(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1276SW)

Co z przestrzeniami między blokami i parkingami?

Są, ale nie będzie. Jeżeli ktoś myślał, że dobrze zaprojektowane osiedla z lat 70. i 80. dalej będą miały niezmieniony charakter, to się mylił. Przykładem jest Kozanów i strefa 3154 SW, czyli wyznaczenie na terenie zieleni i parkingów zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej.

(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – jedna z kilku wskazanych stref: Strefa 3154 SW)

To tylko niektóre przypadki świadomego działania na szkodę mieszkańców i pogorszenia jakości życia, jakie zostały zawarte w projekcie Planu Ogólnym miasta Wrocławia.

Nie zwlekajcie. Sprawdźcie swoją okolicę. Jesteśmy przekonani, że w taki sposób Prezydent Jacek Sutryk niszczy każde osiedle, także to, na którym mieszkacie!

Link do projektu planu ogólnego z etapu konsultacji społecznych znajdziecie tutaj: https://geoportal.wroclaw.pl/www/pog_ks_app/.

Błażej Stopka


Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?

Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?

Renata Granowska opuszcza fotel wiceprezydentki Wrocławia. Po sobie zostawia zdemotywowane departamenty, kilka rozkręconych afer i rozedrgany klub KO w Radzie Miejskiej. Czas na rachunek sumienia - choć niekoniecznie jej.

Niesmak w departamentach i wśród NGO

Zacznijmy od tego, czego nie widać w mediach, ale słychać w korytarzach magistratu. W departamentach podległych Granowskiej panuje atmosfera, którą trudno opisać inaczej niż jako zmęczenie i demotywacja. Urzędnicy pracujący pod jej nadzorem od lat skarżą się na styl zarządzania - a właściwie na brak jakiegokolwiek stylu poza jednym: bezwarunkowa lojalność. Najlepiej również bezrefleksyjna.

Nie lepiej wyglądał stan wrocławskich organizacji pozarządowych. Sektor NGO, który powinien być partnerem dla samorządu, czuł się traktowany instrumentalnie. Naciski, arbitralne decyzje, styl komunikacji otoczenia wiceprezydentki - to wszystko składa się na obraz, który sami działacze NGO opisywali jako totalnie poniżający.

Do tego dochodzi niewyjaśniona kwestia nadzoru nad zawodowym sportem. Granowska twierdziła, że nie nadzorowała działalności drużyn sportowych, gdy jednocześnie jej mąż był prezesem klubu piłki ręcznej Śląsk Wrocław - beneficjenta milionowych miejskich dotacji. Jak i gdzie przebiega granica między zawodowym sportem a "nienadzorowaniem zawodowego sportu" - tego wyborcy wciąż nie wiedzą. To kłamstwo będzie się za Granowską ciągnęło i będzie do niej wracało w najmniej spodziewanych momentach.

Trzy afery, jedna bohaterka

Trudno o bardziej wymowny bilans niż afera śmieciowa, afera sierocińcowa i afera z kartami płatniczymi - wszystkie z bezpośrednim lub pośrednim udziałem Granowskiej lub jej najbliższego otoczenia.

  • Afera śmieciowa to historia, którą SOS Wrocław opisywał szczegółowo. Prezes Ekosystemu Izabela Piekielnik odeszła ze stanowiska w grudniu 2024 roku po rozmowie z wiceprezydentką, którą - według wiarygodnych relacji - odebrała jako nacisk na opóźnienie przetargu na odbiór odpadów. Przetarg rzeczywiście się opóźnił. Potem utknął w sądach. Potem go unieważniono. Wrocław w 2025 roku musiał dołożyć do Ekosystemu 42 mln zł z budżetu miasta na kontrakty zawierane "z wolnej ręki". Od kilku miesięcy sprawę badają CBA i Prokuratura Krajowa. Łączna kwota zamówień bez przetargu to dziś około 0,5 miliarda złotych. A może jeszcze urosnąć.
  • Afera sierocińcowa - mąż Granowskiej dorabiał w domu dziecka w Obornikach Śląskich, a ta sama placówka apelowała o wsparcie finansowe. Zbieżność dat i stanowisk pozostawia wiele do życzenia.
  • Wreszcie karty płatnicze - wiceprezydentka i jej wydatki ze służbowej karty. Szczegóły ujawniali między innymi youtuberzy, co samo w sobie mówi coś o poziomie transparentności w wrocławskim magistracie.

 

Osieroceni radni KO destabilizują klub

Polityczna siła Granowskiej w dużej mierze opierała się na frakcji wewnątrz klubu KO. Jej trzon stanowili: Agnieszka Rybczak jako przewodnicząca Rady Miejskiej, Martyna Stachowiak oraz - nazwijmy to po imieniu - łże-aktywiści, czyli Izabela Duchnowska, Robert Suligowski i Sławomir Czerwiński. Ci ostatni wywodzą się ze środowisk, które przez lata budowały wizerunek obywatelskiego zaangażowania, a de facto stali się pasem transmisyjnym wpływów wiceprezydentki.

W tym wszystkim osobną rolę odgrywa Robert Leszczyński, który - jak to ma w zwyczaju - stara się ustawiać po stronie wiejącego wiatru politycznych zmian. Kiedy potrzeba, straszy Marcinem Kierwińskim, swoim szefem w ministerstwie. Kiedy potrzeba, mówi o standardach etycznych. Priorytety są jasne.

Pretekstem do otwartego konfliktu staje się sprawa Agnieszki Rybczak - co do której relacje medialne są jednoznaczne: wszystko wskazuje, że nie mieszka we Wrocławiu, co kwestionuje jej prawo do mandatu radnej. Na jej fotel ma chrapkę Sebastian Lorenc, wspierany przez Jarosława Charłampowicza i - oczywiście - Grzegorza Schetynę. Po drugiej stronie stoi Igor Wójcik, który raz już był oficjalnym kandydatem partii na przewodniczącego rady i w tajnym głosowaniu został przez "kolegów i koleżanki" zdradzony. Rachunki krzywd są dobrze pamiętane zarówno przez Wójcika jak i Lorenca, który często dawał zdecydowany odpór prymitywnym metodom zarządzania Granowskiej.

Klub jest rozedrgany, rozemocjonowany. Ten bałagan będzie porządkowany przez najbliższe miesiące. Z jakim skutkiem? Zobaczymy.

Reforma osiedli: 48 000 zł za projekt, który trafił do szuflady

KO obiecywało pozytywną reformę rad osiedli. Zabrano się za nią na chybcika, co skończyło się politycznym zamieszaniem. Suligowski i Czerwiński - we współpracy z urzędnikami departamentu podległego Granowskiej - przygotowali autorski, nieskonsultowany projekt. Ekspert kosztował 48 000 zł. Klub zaopiniował projekt negatywnie i zdjął go z porządku obrad.

Końca tej historii jednak nie ma. Suligowski i Czerwiński zgłosili uchwałę ponownie do porządku obrad na czerwcowe posiedzenie, łamiąc regulamin KLUBU ko. Co z tego wyniknie - jeszcze nie wiadomo. Ale jasne jest jedno: projekt, który kosztował publiczne pieniądze i wywołał wewnętrzny kryzys, wraca jak bumerang.

Co teraz? Kasa, spółka, a może jednak prawdziwa praca?

Mówiło się o lotnisku - ale tam jest już Karol Przywara, zaufany człowiek Sutryka. Historycznie znany jest też z innego powodu: to jemu Dariusz Stasiak, radny sejmiku, zarzucił zorganizowanie wyjazdu do Wietnamu, podczas którego - jak ujawniły media - doszło do słynnej klapkowej afery. Przywara miał nie uprzedzić uczestników, że nie wolno wynosić hotelowych kapci. Stasiak stracił twarz, Przywara - posadę w urzędzie marszałkowskim. Dziś, ku zaskoczeniu wielu, kieruje wrocławskim lotniskiem.

Mówiło się też o MPK, gdzie Granowska zasiadała w radzie nadzorczej. Propozycja, jaka padła, była - według naszych informacji - dalece niesatysfakcjonująca. Miasto nie miało do zaproponowania nawet miejsca w zarządzie spółki.

Pozostaje pytanie fundamentalne: dlaczego miejska spółka? Dlaczego koniecznie publiczne pieniądze, koniecznie decyzje o publicznych wydatkach? Czy to nagroda za dymiący krater, który Granowska zostawia po sobie opuszczając Urząd? Czy klasyczny "kop w górę" - wypchnięcie problematycznego polityka w miejsce, gdzie może mniej zaszkodzić?

Granowska przez lata wypowiadała się z entuzjazmem o przedsiębiorczości. Jej najbliższe otoczenie jest - jak widać po aktach sprawy śmieciowej i nie tylko - bardzo przedsiębiorcze. Może czas pokazać klasę w prywatnym biznesie? Chętnie napiszemy przychylny tekst pod tytułem: Renia chce się sprawdzić w biznesie. Propozycja stoi otwarta.

Tekst powstał na podstawie materiałów: Gazeta Wyborcza Wrocław (Marcin Rybak, Magdalena Kozioł), Radio ZET, O2.pl, radio-dtr.live oraz własnych ustaleń redakcji SOS Wrocław.

 


Czy damy się zabetonować? Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach - powstaje plan ogólny

Plan Ogólny Wrocławia. Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach

Mieszkańcy Sołtysowic od ponad roku alarmują, że ich osiedle stanie się drugim Jagodnem. Deweloper, który chciał postawić tam ponad 6000 mieszkań w trybie lex deweloper, zmienił strategię. Teraz Plan Ogólny Wrocławia przygotowano dokładnie tak, że sam nie mógłby przewidzieć lepszych warunków.

Osiedle, które ma się potroić

Sprawa nie jest nowa. Firma deweloperska przymierzała się do zakupu terenów przy alei Poprzecznej od 2018 roku, gdy mówiła o 3000 mieszkań. W lutym 2025 roku kupiła kolejne 12 hektarów ziemi między torami kolejowymi a ulicą Sołtysowicką, płacąc ponad 55 milionów złotych. W najnowszych oficjalnych dokumentach mowa jest już o 6500 lokalach. Zakładając, że w każdym mieszkaniu osiedlą się średnio dwie osoby, za Koroną zamieszka co najmniej 13 tysięcy ludzi. Tyle, co w małym mieście. Sołtysowice liczyłyby wówczas trzykrotnie więcej mieszkańców niż dziś, przy układzie komunikacyjnym z lat pięćdziesiątych.

Deweloper przekonywał, że ma dla miasta dobrą ofertę. Na swój koszt miałby postawić wiadukt i wybudować szkołę. "Skala prywatnych środków, jakie planujemy przeznaczyć na miejską infrastrukturę w tym rejonie jest bezprecedensowa nie tylko w skali Wrocławia, lecz także i kraju" - zapewniał prezes spółki. Nie precyzował jednak, gdzie dokładnie wiadukt miałby powstać.

Ratusz uspokajał. Potem sam zmienił plan

Gdy w marcu 2025 roku Radio Wrocław pytało o te plany, rzecznik Urzędu Miasta uspokajał: obowiązujący miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego nie pozwala na jakąkolwiek zabudowę w tym rejonie. Dosłownie stwierdził, że może tam powstać "budka z kebabem, toi-toi i ścieżki rowerowe". Miasto wydało jednak deweloperowi dwie decyzje środowiskowe, obejmujące dziewięć budynków o wysokości do 14 kondygnacji, a w procesie była już kolejna, trzecia. Kiedy w lutym 2024 roku Rada Osiedla Sołtysowice zakwestionowała te działania, Urząd Miasta odpowiedział, że przekracza swoje kompetencje.

Gdy temat zelektryzował opinię publiczną, wiceprezydent Jakub Mazur stwierdził, że "nieuczciwe jest niepokojenie mieszkańców Sołtysowic i budowanie polityczno-wyborczej sensacji" oraz że ani prezydent, ani sprzyjający mu radni nigdy nie pozwolą na zabudowanie tego miejsca. Na wcześniejszy alarmujący post Rady Osiedla miasto odpisało, że "działania polityczne i populistyczne są tutaj niepotrzebne".

Tymczasem deweloper zrezygnował z drogi przez lex deweloper - ścieżki, która wymagała zgody Rady Miejskiej. Zamiast tego w projekcie Planu Ogólnego Wrocławia dla terenów wokół alei Poprzecznej pojawiła się możliwość intensywnej zabudowy wielorodzinnej. Obowiązujący MPZP przewidywał tam tereny zielone i ograniczenie zabudowy. Teraz plan ogólny otwiera drogę do budowy kilkunastopiętrowych bloków z ograniczeniem terenów biologicznie czynnych. Przygotowany prawdopodobnie tak, jak deweloper by sobie tego życzył.

Mieszkańcy mówią "nie". Radni osiedla mówią "nie". Miasto robi swoje

Rada Osiedla Sołtysowice zdecydowanie sprzeciwia się tej skali inwestycji, a jej uchwały sprzeciwu zapadały jednogłośnie. Rada Osiedla wskazuje na realia: w godzinach szczytu przejazd aleją Poprzeczną na odcinku nieco ponad kilometra trwa niekiedy nawet godzinę, bo szlabany na przejeździe kolejowym zamykają się co kilka minut. Problem ten jest znany od lat i wciąż nierozwiązany. Przepustowość dróg nie wzrosła, a zaproponowany plan ogólny dla tej części osiedla na sprowadzi kilkadziesiąt razy więcej nowych mieszkańców, niż liczy ono teraz.

Rada Osiedla uchwaliła swój sprzeciw już w kwietniu 2023 roku, w momencie gdy wszczęto postępowanie w trybie lex deweloper. Miasto odpowiedziało, że organ doradczy przekracza kompetencje. Rada zwróciła się o wsparcie do radnych miejskich, mediów i mieszkańców, zapowiadając protest do Rady Miejskiej.

Podczas trwających konsultacji nad Planem Ogólnym mieszkańcy zgłaszają konkretne postulaty: zwiększenie powierzchni biologicznie czynnej, ograniczenie wysokości zabudowy, zmniejszenie jej intensywności, zachowanie zielonego charakteru tej części osiedla, a do tego dokończenie Alei Północnej z wiaduktem nad torami, przebudowa alei Poprzecznej i ulicy Sołtysowickiej, nowe przedszkole i szkoła oraz wyznaczenie działki pod przychodnię zdrowia. I jasna kolejność: najpierw infrastruktura, dopiero potem nowa zabudowa.

Zabudowa Sołtysowic to nie tylko sprawa jednego osiedla

Przytoczone tereny wokół alei Poprzecznej nie są sprawą jednego osiedla. Plan Ogólny będzie dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju całego Wrocławia na kolejne dekady. To od niego zależy, czy za kilka lat obudzimy się w mieście projektowanym pod jakość życia mieszkańców, czy pod maksymalizację możliwości zabudowy.

Mieszkańcy nie mówią "nie" rozwojowi. Mówią "nie" sytuacji, w której decyzje planistyczne o skali całego miasta są przygotowywane z pominięciem tych, którzy w tym mieście żyją. I pytają, kto tak naprawdę decyduje o tym, co znajdzie się w dokumencie, który ma obowiązywać przez lata.

Dlatego warto zainteresować się konsultacjami i poświęcić chwilę na analizę projektu. Jeśli mieszkańcy nie będą uczestniczyć w takich procesach, decyzje zapadną bez nich, a skutki tych decyzji zostaną z nami na dziesięciolecia.

Przyjdź, zabierz głos. Spotkajmy się w niedzielę o 10:00 przy targowisku na Młynie przy ul. Poprzecznej. Do zobaczenia!

Magdalena Gajewska-Królicka

 


Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Złośliwi na ZMP mówią „Związek Merów Pazernych”. Dlaczego? Od niemal dwóch lat na czele organizacji zrzeszającej ponad 350 polskich samorządów stoi człowiek oskarżony o korupcję i oszustwo. Żaden z burmistrzów ani prezydentów zasiadających w ZMP nie podniósł tematu. Za to wspólnie forsują projekty, które chronią ich kieszenie, fotele i bezkarność. Czas nazwać rzeczy po imieniu: ZMP przestał reprezentować miasta. Reprezentuje interesy włodarzy.

Prezes z zarzutami. Organizacja milczy.

Od czerwca 2024 roku Związkiem Miast Polskich kieruje Jacek Sutryk. Ten sam Sutryk, któremu prokuratura postawiła cztery zarzuty: jeden korupcyjny i trzy dotyczące oszustwa. Zarzut korupcyjny dotyczy wręczenia 75 tysięcy złotych rektorowi Collegium Humanum w zamian za fikcyjny dyplom MBA. Trzy zarzuty oszustwa dotyczą użycia tego dyplomu, by zasiąść w radach nadzorczych spółek samorządowych i inkasować wynagrodzenia, na które nie zasłużył. Łącznie, według śledczych, wzbogacił się w ten sposób o 230 tysięcy złotych. W listopadzie 2024 roku akt oskarżenia trafił do sądu.

Jakby tego było mało, pod lupą służb znalazł się też wiceprezes ZMP, prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk. W lutym agenci CBA zatrzymali go i przedstawili dwa zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych. Prokuratura zawiesiła go w czynnościach służbowych.

Żaden z pozostałych burmistrzów i prezydentów zrzeszonych w ZMP nie zabrał głosu. Nikt nie wnioskował o zawieszenie prezesa. Nikt nie zapytał, czy organizacja powinna być prowadzona przez człowieka, który stanie przed sądem w sprawie korupcyjnej. I to właśnie mówi o niej wszystko.

Stołek za stołek, czyli jak wyglądało zarabianie na spółkach

Zanim Sutryk trafił w ręce prokuratury, w listopadzie 2024 roku spotkał się z ministrem spraw wewnętrznych Tomaszem Siemoniakiem i wręczył mu pakiet zmian legislacyjnych proponowanych przez ZMP. Jednym z kluczowych postulatów był powrót do możliwości zasiadania przez prezydentów miast w radach nadzorczych spółek komunalnych.

To nie jest abstrakcja. Polskie samorządy znały tę praktykę doskonale. Sutryk zasiadał w radach nadzorczych spółek komunalnych w Tychach i Gliwicach, a włodarze tych miast w radach nadzorczych spółek wrocławskich (GW, krakow.wyborcza.pl). Prezydent Częstochowy Matyjaszczyk lądował w Krakowie, w radzie nadzorczej Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Stołek za stołek. Samorządowy Erasmus. Środowisko koleguje się, siada nawzajem w swoich spółkach i inkasuje. Publiczne pieniądze, prywatne korzyści.

Za rządów PiS zakaz ten wprowadzono. Sutryk, któremu zasiadanie właśnie w takich radach nadzorczych figuruje w akcie oskarżenia, zabiega - jako prezes ZMP - o jego zniesienie. Ruchy miejskie z całego kraju nazwały to po imieniu: Lex Sutryk. - Nie ma naszej zgody. Samorząd to nie dojna krowa, miasto to nie partyjne koryto - ocenił Jan Mencwel z warszawskiej organizacji Miasto Jest Nasze (GW, krakow.wyborcza.pl).

Krakowscy aktywiści z Akcji Ratunkowej dla Krakowa wyliczyli, że w poprzedniej kadencji krakowscy radni zarobili co najmniej 2 miliony złotych dzięki zatrudnieniu w spółkach i jednostkach zależnych od prezydenta. Wrocław nie był wyjątkiem. Aktywiści Akcji Miasto, analizując oświadczenia majątkowe, wytropili fikcyjne rady programowe w miejskich spółkach, obsadzone radnymi i urzędnikami. Sekretarz miasta Włodzimierz Patalas tylko za udział w radzie programowej Wrocławskiego Parku Wodnego zarobił w 2021 roku 26 tysięcy złotych. Proceder kwitł i częściowo zlikwidowano go dopiero pod presją opinii publicznej - a można było nigdy nie odkryć. Pod warunkiem, że oświadczenia majątkowe zniknęłyby z BIP. Dokładnie o to zabiega ZMP.

Jawność? „Stygmatyzuje i grozi napadem”

ZMP postanowił zadbać o to, żeby następnym razem nikt niczego nie wytropił. Komisja Administracji Związku wypracowała stanowisko: oświadczenia majątkowe nie powinny być już publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej. Samorządowcy chcą przekazywać je wyłącznie CBA i urzędom skarbowym. Argument? Ochrona prywatności i bezpieczeństwo - bo kryminaliści mogą dowiedzieć się, jakim samochodem jeździ burmistrz. - A czy są jakieś statystyki tych kradzieży, wymuszeń i oszustw? - pyta Alina Czyżewska, specjalistka w zakresie społecznej kontroli władzy (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Pytanie jest retoryczne. Argument jest pretekstem.

- Pomysł ZMP oznacza jedno - opinia publiczna nic nie będzie wiedziała - mówi Marzena Błaszczyk z zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Co nie wiedziałaby? Na przykład tego, że radny Czesław Cyrul z Lewicy "wykonywał czynności z zakresu PR" we Wrocławskich Inwestycjach i zarobił na tym 262 tysiące złotych brutto. Że Bartłomiej Ciążyński, były wiceminister sprawiedliwości, pobrał ze spółek miejskich łącznie 437 tysięcy złotych i nie przyznał się do tego publicznie, dopóki oświadczenie nie zmusiło go do przejrzystości. Że radna Ewa Wolak dostała ze Stadionu Wrocław prawie 80 tysięcy złotych po znajomości - i spółkę do ujawnienia jej nazwiska zmuszał wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Gdyby oświadczeń nie było w BIP, nic z tego by nie wyszło na jaw. Jakub Nowotarski, przewodniczący Akcji Miasto i wrocławski radny, nie ma wątpliwości: - To kolejny raz, gdzie ZMP, któremu szefuje Jacek Sutryk, pokazuje, że chodzi im tylko o własne interesy, a nie poprawę jakości życia w miastach (GW, wroclaw.wyborcza.pl).

Trzecia kadencja, przyspawanie do stołka i emerytura po pięćdziesiątce

Postulat zniesienia dwukadencyjności ZMP forsuje od dawna. W lipcu 2025 roku poparto projekt PSL przywracający stan sprzed 2018 roku. W uzasadnieniu stanowiska Zgromadzenia Ogólnego ZMP, podpisanym przez Sutryka jako prezesa, można przeczytać, że ograniczenie kadencji "pozbawia obywatela-wyborcę prawa do wybrania popieranej przez siebie osoby". To ciekawe rozumowanie - szczególnie gdy formułuje je człowiek, który chciałby zostać wybrany po raz trzeci.

Komisja Małych Miast ZMP zaapelowała do premiera o umożliwienie samorządowcom przejścia na emeryturę po ukończeniu 50 lat - w wysokości co najmniej 85 procent maksymalnego ustawowego wynagrodzenia. - Co za chory pomysł z tymi emeryturami, absolutnie się z tym nie zgadzam - ocenił burmistrz Kłodzka Michał Piszko (GW, wroclaw.wyborcza.pl). - Nas na to nie stać jako państwa - wtóruje mu wójt Dobromierza Jerzy Ulbin. W sieci: "Co za pazerność", "Kolejna nadzwyczajna kasta", "Co jeszcze, może dziedziczenie fotela w ratuszu?"

Jest też pomysł, który - jak relacjonuje dziennikarz Andrzej Andrysiak - padł podczas zgromadzenia ZMP w Gdyni pod koniec marca 2025 roku. Samorządowcy rozważają podniesienie wymaganej frekwencji w referendum odwoławczym do poziomu, jaki osiągnął dany włodarz przy swoim wyborze. Logika: skoro czekają nas trudne decyzje, musimy być chronieni przed politycznymi atakami. Innymi słowy - mieszkańcy powinni mieć coraz mniej narzędzi, żeby rozliczyć tych, którym powierzyli władzę.

Jak nie wyjdzie w samorządach, to może uda się w Sejmie

Gdy postulat zniesienia dwukadencyjności utknął - bo w koalicji rządzącej nie ma zgody - ZMP sięgnął po nowy argument. Na forum Związku pojawił się pomysł wprowadzenia dwukadencyjności również w Sejmie. To nie jest filozoficzna dyskusja o jakości demokracji. To, jak trafnie diagnozuje dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego, "wyłącznie kontra względem ograniczenia liczby kadencji prezydentów, burmistrzów, wójtów. I tylko w tym kontekście ona powstała" (GW, lodz.wyborcza.pl).

Można to też czytać jako groźbę pod adresem posłów: usuńcie nasze ograniczenia, bo inaczej zażądamy waszych. I jako awans: skoro samorządowcy kończą kadencje, a na listy wyborcze wpływowi włodarze mogą skutecznie wymóc sobie miejsca, to po co im ograniczenia dla siedzących na Wiejskiej?

Tyle że - jak zauważa Onasz - pomysł jest polityczną fikcją. - Posłowie mają w tyle głowy własny interes. Gdyby doszło do głosowania, mielibyśmy szeroką "koalicję dietetyczną" (GW, lodz.wyborcza.pl). Nikt nie podetnie gałęzi, na której siedzi. Antoni Macierewicz i Robert Telus mogą spać spokojnie. Ale groźba jako narzędzie nacisku na kolegów z koalicji - działa. I o to właśnie chodzi.

Samorządy mają o co walczyć. Ale nie o przywileje władzy

Polskie samorządy potrzebują silnej reprezentacji. Potrzebują walki o Związek Metropolitalny - który dla Śląska przyniósł od 2017 roku kilka miliardów złotych na zadania wspólne, podczas gdy Wrocław wciąż czeka. Potrzebują lepszego podziału wpływów z podatków, zmian w prawie lokatorskim, odpadowym, oświatowym, środków na infrastrukturę i transport. To są realne interesy mieszkańców.

Zamiast tego ZMP wdaje się w polityczne spory, które służą wyłącznie jednej grupie zawodowej: burmistrzom i prezydentom. Lobbuje za tym, żeby siedzieli dłużej, zarabiali więcej w spółkach i żeby trudniej było sprawdzić, ile mają na koncie. Gdy dostaje po rękach w parlamencie - grozi posłom lustrzanym ograniczeniem. Gdy ktoś wytyka korupcję - milczy, bo wszyscy zasiadający w ZMP mają interes w tym, żeby temat ucichł.

- To jest po prostu jakaś niewyobrażalna i niezrozumiała pazerność - mówi Jakub Nowotarski (GW, krakow.wyborcza.pl). Maciej Fijak z Akcji Ratunkowej dla Krakowa jest jeszcze dosadniejszy: - Widać, że ta pazerność samorządowców na publiczne stołki jest bardzo duża. Przypomina to coraz bardziej osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości (GW, krakow.wyborcza.pl).

Czas rozwiązać ZMP, bo organizacja zapomniała o swojej misji

Tego nie da się zreformować od środka. Organizacja, w której burmistrzowie i prezydenci głosują nad własnymi przywilejami, zawsze będzie głosować na swoją korzyść. Organizacja, której szefuje oskarżony o korupcję włodarz i w której nikt nie pyta, czy tak być powinno, straciła moralne prawo do reprezentowania kogokolwiek.

ZMP powinien zostać rozwiązany. Na jego miejsce powinna powstać organizacja, która od pierwszego dnia kieruje się interesem mieszkańców, a nie polityków, którym zdarzyło się zasiąść na fotelu burmistrza. Taka, która walczy o transparentność zamiast ją likwidować, o narzędzia kontroli obywatelskiej zamiast ograniczeń, o wspólnotę samorządową zamiast o prywatne koryto.

Mieszkańcy polskich miast zasługują na kogoś, kto ich naprawdę reprezentuje. Nie na kogoś, kto ich okrada - i jeszcze chce, żeby to zostało utajnione w BIP.

Fot. profil na FB Jacka Sutryka


Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dolny Śląsk jest ostatnim województwem w Polsce bez spalarni odpadów. Wielu traktuje to jak zaległość do nadrobienia. My twierdzimy odwrotnie - to przewaga, którą można mądrze wykorzystać. Wrocław stoi przed wyborem: pójść utartą ścieżką i zbudować kosztowną instalację, która za dekadę stanie się finansową kotwicą. Albo sięgnąć po rozwiązania, które Europa właśnie zaczyna wdrażać zamiast spalarni. Czas na decyzję jest teraz - i są ku temu twarde, ekonomiczne powody.

Historia, która powinna być przestrogą

W 2013 roku Polska oferowała samorządom 600 milionów złotych dotacji i pożyczki z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko na budowę spalarni odpadów. Kraków wziął. Poznań wziął. Wrocław odmówił.

Dziś prezes Ekosystemu przywołuje tę decyzję jako jeden z głównych powodów problemów miasta z odpadami. I ma rację - tamta decyzja była błędem. Ale wyciąga z niej zły wniosek. Bo zbudowanie spalarni w 2025 roku, bez unijnego dofinansowania, w realiach zupełnie innych niż te sprzed dwunastu lat, to nie naprawa tamtego błędu. To popełnienie nowego - i dużo kosztowniejszego.

Spalanie to nie recykling. I nigdy nie będzie

Unijna hierarchia postępowania z odpadami jest jednoznaczna: najpierw zapobieganie, potem ponowne użycie, potem recykling, dopiero potem odzysk energii - czyli spalanie - a na samym końcu składowanie. Spalenie śmieciarki nie jest recyklingiem. Jest czwartym wyborem z pięciu możliwych.

Wrocław w 2026 roku zobowiązany jest osiągnąć poziom recyklingu 56 procent wszystkich odpadów. W 2030 roku ten próg wzrośnie do 60 procent, a w 2035 do 65 procent. Za każdą tonę poniżej wymaganego poziomu grożą kary finansowe płacone przez gminę - czyli przez mieszkańców z podatków. Prezes Ekosystemu przyznał w radiu, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. I że nie obliczył nawet, jakie kary za to zapłacimy.

Spalarnia tego problemu nie rozwiązuje - pogłębia go. Każda tona odpadów wrzucona do pieca to tona, która nie trafia do recyklingu. Im więcej spalimy, tym dalej od wymaganych poziomów, tym wyższe kary.

Finansowa kotwica: ETS od 2026 roku i wyższe opłaty za odpady

Tu zaczyna się ekonomia, która powinna zakończyć każdą dyskusję o budowie spalarni w Polsce.

Od 2026 roku spalarnie odpadów komunalnych zostały włączone do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych ETS. Oznacza to jedno: każda tona spalonego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Nie jutro. Już teraz - a dla instalacji, która ma powstać za kilka lat i działać przez trzydzieści, to fundament kalkulacji finansowej.

Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, okazuje się instalacją obciążoną stałym i rosnącym kosztem regulacyjnym, którego nie można ominąć ani wynegocjować. Miasto, które ją wybuduje, będzie przez dekady kupować uprawnienia do emisji CO2 - ze środków publicznych, niezależnie od cen rynkowych odpadów i niezależnie od tego, czy instalacja zarabia czy nie. A gdy do spalarni trzeba dopłacać - rośnie wysokość opłaty za odpady. Gdy dojdą opłaty za ETS - należy spodziewać się wzrostu wysokości odpadów. Do jakiej wysokości? Prawo dziś pozwala na podniesienie opłaty nawet do 70 zł od osoby miesięcznie.

Półtora miliarda na budowę spalarni, który nie może się zwrócić

Budowa nowoczesnej spalarni dla miasta wielkości Wrocławia to koszt rzędu miliarda złotych lub więcej - bez unijnego dofinansowania, na warunkach rynkowych. To instalacja, która aby być opłacalna, musi przez cały czas swojej pracy otrzymywać odpowiednią ilość odpadów.

I tu pojawia się problem, który Szwecja i Dania znają doskonale. Szwecja importuje rocznie około 700 tysięcy ton śmieci z Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, bo własnych odpadów ma za mało, żeby zasilić swoje spalarnie. Spalarnie potrzebują naprawdę sporej ilości śmieci, żeby w ogóle działać - rocznie przywozi się ich prawie półtora miliona ton.

Jeśli Wrocław uzależni ciepłownictwo od spalarni - a taki model jest najbardziej opłacalny - miasto stanie się zakładnikiem strumienia odpadów. Gdy recykling wzrośnie (a musi, bo wymusza to prawo), gdy zmniejszy się ilość odpadów trafiających do spalenia, spalarnia będzie wymagała dotowania lub importu śmieci z innych gmin. To nie jest hipoteza - to doświadczenie każdego kraju, który tę ścieżkę przeszedł.

Polska ma już i tak bardzo duże moce przepustowe do spalania odpadów. Czy naprawdę potrzeba nowych instalacji? W Polsce moce istniejących spalarni odpadów komunalnych są znaczne. Inicjatywa STOP Wrocławskiej spalarni informuje, że mamy:

🔥 11 spalarni i współspalarni odpadów (wydajność 1,75 mln ton rocznie),
🔥 9 instalacji do spalania odpadów w cementowniach (1,75 mln ton rocznie),
🔥 5 spalarni w budowie i rozbudowie (510 tys. ton rocznie),
🔥 42 spalarnie w zaawansowanym procedowaniu (część z uzyskanym dofinansowaniem NFOŚiGW i/lub decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach) (ok. 2,5 mln ton rocznie),
To w sumie blisko 70 instalacji o wydajności ponad 6,5 mln ton rocznie, a krajowe roczne zapotrzebowanie na spalanie odpadów to ok. 4 mln ton i powinno spadać ze względu na coraz skuteczniejszy recykling..

Emisje i ryzyko awarii - co wylatuje z komina

Zwolennicy spalarni mówią: nowoczesne instalacje są bezpieczne, filtry zatrzymują szkodliwe substancje. To po części prawda - przy sprawnym działaniu systemu oczyszczania spalin. Ale systemy ulegają awariom.

Każda awaria filtrów oznacza wypuszczenie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich - substancji silnie rakotwórczych, które osiadają w glebie i wchodzą do łańcucha pokarmowego. Zasięg takiej awarii to nie kilkaset metrów, lecz kilometry.

Warto przy tym pamiętać, że problem emisji dioksyn w Polsce pochodzi głównie ze źródeł niekontrolowanych. Jeden pożar składowiska odpadów emituje do atmosfery tyle rakotwórczych dioksyn, ile przez osiem lat wytworzą wszystkie polskie spalarnie - taką ocenę przedstawił prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej. To argument za dobrą segregacją i eliminacją nielegalnych składowisk - nie za budową nowych pieców. Tym bardziej, że do takich niekontrolowanych pożarów zadziwiająco często dochodzi w samych spalarniach – ostatnio m.in. w Gdańsku, Przysiece czy Olsztynie.

Koszty infrastrukturalne i społeczne - kto zapłaci za transport?

Spalarnia to nie tylko komin i piec. To cała logistyka: dziesiątki ciężarówek ze śmieciami wjeżdżających codziennie w jedno miejsce, infrastruktura drogowa, hałas, smród przy rozładunku, presja na okolicznych mieszkańców.

Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu odpadowego - to przeniesienie go do sąsiednich gmin.

Przyszłość należy do recyklingu, nie do ognia

Podczas gdy spalarnia to technologia z końca XIX wieku - pierwszą uruchomiono w Nottingham w 1874 roku - recykling wchodzi właśnie w erę przełomu.

Nowoczesne sortownie wyposażone w systemy optycznego rozpoznawania frakcji i ramiona robotyczne potrafią odzyskiwać surowce, które jeszcze dekadę temu trafiały na wysypisko. Bydgoszcz wybudowała nowoczesną sortownię odpadów w trzy lata - bez miliardowych kosztów, bez ETS, z realnym wpływem na poziomy recyklingu. Kompostownie i biometanownie przetwarzają frakcję organiczną w substrat rolniczy i biometan, zamykając obieg materii. Cały świat eksperymentuje z procesami chemicznymi, które pozwalają odzyskiwać tworzywa sztuczne wcześniej uznawane za nierecyklowalną frakcję.

AI i robotyzacja zmieniają ekonomikę sortowania. To co dziś jest za drogie, za pięć lat może być tańsze od spalania - i na pewno tańsze od spalania z doliczonym ETS.

Dolny Śląsk ma szansę, której nie ma nikt inny

Jesteśmy ostatnim województwem bez spalarni. To nie wstyd - to przewaga startowa. Możemy uczyć się na błędach Krakowa, Poznania i trzydziestu krajów europejskich, które teraz zastanawiają się, jak wyplątać się z uzależnienia od instalacji termicznych i jak spełnić unijne poziomy recyklingu przy jednoczesnym spalaniu połowy strumienia odpadów.

Wrocław może zbudować system oparty na sortowniach nowej generacji, kompostowniach, biometanowniach i punktach selektywnej zbiórki dostępnych dla każdego mieszkańca. System, który z każdym rokiem będzie bliżej wymaganych poziomów recyklingu, a nie dalej. System, który nie będzie wymagał zakupu uprawnień emisyjnych i nie stanie się zakładnikiem strumienia odpadów.

Albo może wybrać ścieżkę utartą - i za dwadzieścia lat tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego import śmieci z ościennych gmin jest koniecznością, a rachunki za ciepło rosną, bo uprawnienia CO2 są coraz droższe.

Skąd nagły zwrot?

Od dłuższego czasu mnożą się głosy za budową spalarni odpadów dla Wrocławia. Mówił o tym nie tylko prezes Karpiński w Radio Rodzina czy w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Wielokrotnie o budowie takich instalacji pozytywnie wypowiadały się władze województwa, w szczególności marszałek Paweł Gancarz oraz członek zarządu województwa, Michał Rado. Do chóru apologetów spalania odpadów dołączył w styczniu nawet Jacek Sutryk, który w wywiadzie z red. Wieczorkowskim twierdził o budowie spalarni m.in. że "to jest potrzebne", "nikogo nie truje, to jest przecież ekologiczne", powoływał się na rzekome "argumenty naukowe", mówił, że "inne województwa zarabiają na tym" i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.

Tymczasem jeszcze trzy lata temu jego pierwszy zastępca, Jakub Mazur mówił: - Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy. To oczywiście wynika z oceny sytuacji i analizowania tego, co nas czeka w przyszłości. Widzimy dzisiaj nadwyżki odpadów wysokokalorycznych i konieczność budowy jeszcze kilku instalacji w Polsce. Wiem, że są projekty na 39 w różnych miejscach, w tym na Dolnym Śląsku. To już jednak polityka i decyzje na poziomie rządu, jak to regulować. My uznaliśmy, że nie ma sensu, żeby Wrocław inwestował ponad miliard złotych w instalację, która - zważywszy na strumień odpadów w perspektywie 2035 roku - nie będzie miała ekonomicznego sensu. To nie zdążyłoby się nam zwrócić (...). Ponadto podjęliśmy decyzję, że dążymy do bycia „zielonym” miastem, które ogranicza emisje. A więc w takie inwestycje nie wchodzimy, bo termiczne przetwarzanie jest emisyjne i podkreśla się to we wszystkich strategicznych dokumentach unijnych - mówił dla Portalu Samorządowego Wiceprezydent Jakub Mazur.

Wybór jest teraz. I po raz pierwszy od lat - jest w rękach nowych ludzi.

 


Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe

Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe

WTS Sparta Wrocław zabrała głos w sprawie inwestycji planowanej na Terenach Olimpijskich. Klub jednoznacznie sprzeciwia się budowie mieszkaniowego apartamentowca, przedstawianego opinii publicznej jako akademik. To ważny moment w walce o zachowanie sportowego, historycznego i społecznego charakteru jednego z najcenniejszych miejsc Wrocławia.

Głos Sparty wzmacnia sprzeciw mieszkańców

To, o czym mieszkańcy, społecznicy i SOS Wrocław mówią od dawna, dziś wybrzmiewa także ze strony jednego z najważniejszych klubów sportowych w mieście. WTS Sparta Wrocław jasno wskazuje, że planowana inwestycja nie jest żadnym naturalnym uzupełnieniem kompleksu sportowego, lecz przedsięwzięciem mieszkaniowym, które może trwale zmienić charakter Terenów Olimpijskich.

Klub w swoim stanowisku napisał - „Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!” - i trudno o bardziej precyzyjne podsumowanie tej sprawy. Stadion Olimpijski, jego otoczenie, dawne baseny i tereny rekreacyjne nie są pustą działką czekającą na monetyzację. To fragment dziedzictwa Wrocławia, przestrzeń sportu, pamięci, wypoczynku i wielopokoleniowych doświadczeń mieszkańców.

Apartamentowiec przebrany za akademik

Od początku tej historii problemem jest nie tylko sama skala zabudowy, ale również sposób jej przedstawiania. Inwestycja określana jako akademik w praktyce budzi uzasadnione pytania o rzeczywisty charakter przedsięwzięcia. Mieszkańcy mówią wprost o „pseudoakademiku”, czyli apartamentowcu ukrytym pod bardziej akceptowalną społecznie nazwą.

W kwietniu mieszkańcy, aktywiści i lokalni radni protestowali przy bramie dawnych basenów olimpijskich. Wtedy Piotr Uhle, przewodniczący SOS Wrocław, mówił - „Za moimi plecami znajduje się pomnik chciwości dewelopera, który dla zysku jest w stanie rozjechać wszystkie wartości - historię, urbanistykę i spoistość społeczną”. Dziś stanowisko Sparty potwierdza, że obawy te nie są przesadą ani lokalnym kaprysem. To realny konflikt o przyszłość całego kompleksu.

Zagrożenie dla sportu, mieszkańców i organizacji imprez

Sparta zwraca uwagę na konsekwencje, które mogą pojawić się po wybudowaniu mieszkań w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów sportowych. Klub ostrzega, że nowi lokatorzy mogą zacząć zgłaszać roszczenia dotyczące hałasu, ruchu, treningów czy wydarzeń sportowych. To scenariusz dobrze znany z innych miast: najpierw powstaje zabudowa mieszkaniowa przy obiektach sportowych, a potem sport staje się „uciążliwością”.

WTS pisze wprost, że podobne procesy w Europie potrafiły wypychać, a nawet niszczyć sport. Wrocław nie może dopuścić, by żużel, treningi dzieci i młodzieży, imprezy masowe czy rekreacyjny charakter tego miejsca zostały podporządkowane interesowi dewelopera.

Miasto musi wybrać: interes publiczny czy beton

Tereny Olimpijskie potrzebują ochrony, a nie dalszego rozszarpywania przez kolejne inwestycje. Potrzebują planu, który jasno powie: to miejsce jest sportowe, rekreacyjne, historyczne i publiczne. Nie jest rezerwą pod apartamenty.

Dlatego stanowisko WTS Sparta Wrocław ma tak duże znaczenie. Pokazuje, że sprzeciw wobec tej budowy nie jest głosem jednej grupy mieszkańców. To coraz szerszy front obrony Wrocławia przed chaotyczną, krótkowzroczną i szkodliwą zabudową.

Stadion Olimpijski nie potrzebuje apartamentowca udającego akademik. Potrzebuje ochrony, szacunku i decyzji władz miasta, które wreszcie staną po stronie mieszkańców, historii i sportu.


Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił kolejnego wywiadu. Tym razem w Radiu Rodzina wyjaśniał, dlaczego Wrocław od ponad roku nie może rozstrzygnąć przetargu i co dalej z gospodarką odpadami. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. Ale jest jeden wątek, który wymaga szczególnej uwagi - bo za nieudolnością przetargową wyłania się wyraźny plan B: spalić problem razem ze śmieciami.

Prezes przyznaje: opłata za śmieci mogłaby być niższa

Prowadzący rozmowę ks. Kowalski zapytał gościa wprost: "Czy cena, jaką dziś wrocławianie płacą za wywóz śmieci, mogłaby być niższa?" Karpiński odpowiedział: - Tak, mogłaby być niższa, gdyby w 2005 roku nie sprywatyzowano Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i gdyby w 2013 roku ówczesne władze Wrocławia przyjęły 600 milionów na budowę instalacji.

To mieszanie prawdy z kłamstwem. Prywatyzacja WPO była błędem, za które Wrocław płaci do dziś. Ale o dotacjach na jakie instalacje mówił prezes Ekosystemu? 100 mln zł dotacji i 500 mln zł pożyczki z NFOŚiGW można było uzyskać na... budowę spalarni odpadów. Kraków i Poznań te pieniądze wzięły. Zbudowały rusztowe spalarnie - które nie zwiększają poziomów recyklingu. Co gorsza: niebawem zostaną objęte unijnym systemem opłat za emisje CO2, co przeistoczy je w finansową pułapkę.

Ale to był rok 2005 i 2013. Karpiński zarządza Ekosystemem teraz. Pytanie brzmiało o cenę dziś, a odpowiedź dotyczyła decyzji sprzed 11-21 lat. To klasyczne przekierowanie uwagi: zamiast odpowiedzieć za własne działania, wskazuje się na poprzedników.

Zamiast obniżek: 15% to normalna zwyżka rynkowa

Prowadzący dopytał: "A gdybyście 400 dni temu wyłonili wykonawcę, nie miałoby to wpływu na cenę?" Karpiński: - Nie wyłoniliśmy, bo nie mogliśmy. Obecna cena z wolnej ręki jest o 15% wyższa niż z umowy z 2023 roku. Przy 20% inflacji przez trzy lata to normalna zwyżka.

To prawda tylko w połowie. Inflacja faktycznie wyniosła około 20% w ciągu trzech lat - to argument uczciwy. Problem polega na tym, że 15% jest liczone od bazy, która w 2023 roku wzrosła już o 125%. Prezes porównuje wzrost procentowy, nie kwoty. Gdyby za wywóz tony odpadów płaciliśmy w 2020 roku 100 zł, to po wzroście o 125% płaciliśmy 225 zł, a po kolejnych 15% płacimy już 259 zł. Inflacja tłumaczy część wzrostu - nie tłumaczy wszystkiego. Prezes do tej pory nie udostępnił umów, o które wnosiliśmy jeszcze w kwietniu. Gdy je przeczytamy to dowiemy się jakiej jakości produkt kupujemy za te 15% więcej. Bo gdyby okazało się, że płacimy jak za Mercedesa a otrzymujemy Syrenę tylko 15% drożej - nie świadczyłoby to najlepiej o zarządzaniu spółką i organizowaniu zamówień publicznych.

Nie możemy iść na skróty, bo procedury

Argument wygodnie pomijający fakty. Prezes mówi o 14 rozprawach jako dowodzie ciężkiej pracy spółki. Nie wspomina jednak, że jedną z kluczowych spraw Ekosystem przegrał, bo pełnomocnik spółki nie przedstawił na sali sądowej żadnych argumentów - ani pisemnie, ani ustnie. Sąd Okręgowy w Warszawie napisał wprost, że nie może wyręczać profesjonalnego prawnika. Nie to jest "paraliż systemu zamówień publicznych". To jest paraliż kadry zarządzającej spółką.

Chrzanów to powierzchowne porównanie

SOS Wrocław zestawiło konkretne liczby: ta sama firma śmieciarska przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - prawie dwa razy więcej. Krapiński nazwał to porównanie "powierzchownym" i zaproponował inne zestawienie: - Niech pan porówna z Długołęką i Kobierzycami, gdzie stawki są wyższe przy niższej jakości usług.

To unik, nie odpowiedź. Bioodpady to resztki jedzenia i odpady kuchenne - to, co wrzucasz do brązowego pojemnika. Chrzanów i Wrocław leżą w różnych regionach, ale usługę wykonuje ten sam wykonawca. Argument o "innych warunkach lokalnych" mógłby tłumaczyć różnicę między różnymi firmami. Nie tłumaczy różnicy w ofercie tej samej firmy złożonej w dwóch różnych miastach - i to różnicy tak fundamentalnej.

Na to pytanie Karpiński nie odpowiada. Zamiast tego sugeruje, żeby SOS Wrocław samo zgłosiło sprawę do odpowiednich służb - co jest o tyle ironiczne, że SOS Wrocław jako pierwsze złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Przetarg rozstrzygniemy przed wakacjami

Karpiński zapowiedział: dokumenty do KIO do 20 maja, rozprawa dwa tygodnie później, wyrok na początku czerwca, otwarcie ofert pod koniec maja - jeśli nie pojawią się nowe odwołania.

To życzenie, nie plan. Przez ostatnie 425 dni każdy kolejny "optymistyczny termin" się nie ziścił. Otwarcie ofert zaplanowane na 7 maja 2026 roku nie odbyło się - zostało przesunięte. Nowe odwołanie już wpłynęło. Karpiński mówi "jeśli nie będzie kolejnych odwołań" - przez ponad rok było ich ponad czterdzieści. I jego służby wszystkie sprawy przegrały.

Prezes kar nie obliczał

Wrocław w 2026 roku musi osiągnąć poziom recyklingu 56% - czyli 56% wszystkich odpadów musi trafić do ponownego przetworzenia, nie na wysypisko. Jeśli tego nie osiągnie, gmina zapłaci kary finansowe z miejskiego budżetu - czyli z pieniędzy podatników. Karpiński sam przyznał w wywiadzie, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. Prowadzący zapytał: "Wiemy, jakie kary poniesiemy?" Karpiński: - Ja takich kar nie obliczałem i trudno mi powiedzieć, jaki jest wymiar tych kar.

Prezes spółki zarządzającej systemem odpadów wartym w obecnym przetargu ponad miliard złotych nie obliczył, ile miasto zapłaci kar za nieosiągnięcie obowiązkowych poziomów recyklingu - kar, które zapłacą mieszkańcy Wrocławia ze swoich podatków.

Co przemilczano

W całym wywiadzie nie padło ani jedno słowo o tym, że funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych zleconych przez Prokuraturę Krajową. Prowadzący nie zapytał. Prezes nie powiedział. Nie padło też słowo o sygnalistce - pracownicy Ekosystemu, która alarmowała o nieprawidłowościach i została zwolniona. Państwowa Inspekcja Pracy uznała to zwolnienie za bezprawne i nakazała przywrócenie jej do pracy.

To nie były tematy poboczne. To są fakty dotyczące spółki, której prezes przez kilkanaście minut tłumaczył w radiu, że wszystko jest pod kontrolą.

Musimy zbudować infrastrukturę

Pytany o to, czy Wrocław nie powinien iść śladem Bydgoszczy, która w trzy lata postawiła własną sortownię odpadów, prezes Ekosystemu przyznał rację. I ma rację co do diagnozy: Wrocław jest uzależniony od prywatnych firm, bo nie ma własnej sortowni ani instalacji przetwarzania odpadów. Budowa infrastruktury to jedyne wyjście.

Pytanie dotyczy jednak kierunku. I tu zaczyna się problem.

Piromańskie zapędy prezesa Ekosystemu

W wywiadzie i we wcześniejszych wystąpieniach prezes Ekosystemu wyraźnie ciąży ku jednemu: uznaniu, że budowa spalarni odpadów to dobry kierunek. Tymczasem spalanie odpadów nie rozwiąże żadnego z trzech kluczowych problemów Wrocławia.

Po pierwsze, spalanie to nie recykling. Wrocław już teraz nie osiągnie wymaganego poziomu 56% recyklingu w 2026 roku i poniesie za to wielomilionowe kary. Spalenie odpadów w piecu nie zalicza się do recyklingu w unijnej hierarchii - wręcz przeciwnie, zmniejsza ilość surowców trafiających do odzysku materiałowego. Miasto, które buduje spalarnię zamiast rozwijać selektywną zbiórkę, samo sobie wbija nóż w plecy w kontekście wymogów recyklingowych.

Po drugie, od 2028 roku spalarnie odpadów najprawdopodobniej wejdą do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji ETS. Oznacza to, że każda tona spalanego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Prognozy cen uprawnień na 2030 rok sięgają 188 euro za tonę CO2. Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, może okazać się finansową pułapką na dekady - opłaconą przez mieszkańców. Co więcej - ze względu na to, że w Polsce mamy już wiele tego typu instalacji - możliwe, że będzie generowała konieczność importowania odpadów zza granicy.

Po trzecie, koszty środowiskowe i społeczne są nie do przyjęcia. Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Zasięg oddziaływania obejmuje gęsto zaludnione tereny. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu - to przeniesienie go do sąsiednich gmin i zatruwanie powietrza ponad głowami tych, którzy już teraz płacą za chaos w systemie.

Co zamiast spalarni?

Mechaniczno-biologiczne przetwarzanie odpadów, rozbudowa kompostowni, sortownie zwiększające odzysk surowców, biogazownie - to kierunki, które naprawdę mogą poprawić poziomy recyklingu i uniezależnić Wrocław od oligopolu firm śmieciowych. Karpiński wymienia je w wywiadzie - jednak dla uważnie słuchających najmocniej wybrzmiewa argument o instalacjach do "termicznego przetwarzania".

Piroman może i zna inne narzędzia. Ale zawsze sięgnie po ogień.

Ilustracja ma charakter satyryczny i nie obrazuje rzeczywistych zdarzeń.


Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Nowy wiceprezydent Wrocławia Mateusz Żak obejmuje nadzór nad sportem w momencie wyjątkowym: WKS Śląsk Wrocław jest na progu awansu do ekstraklasy. To najlepsza chwila, by zrobić porządek z finansami klubu i przejść do procesu prywatyzacji. Pierwsze z sześciu zadań, które dla niego przygotowaliśmy, jest oczywiste - i nie cierpi zwłoki.

Sto milionów złotych w cztery lata

Raport Grant Thornton na temat finansów Śląska Wrocław to lektura, po której trudno znaleźć słowo inne niż "horror". Przez cztery lata - od 2021 do 2024 roku - klub kosztował podatników łącznie około 100 milionów złotych. Miasto przekazało 79,5 mln zł tytułem podwyższenia kapitału: 13 mln zł w 2021, 13 mln zł w 2022, 17 mln zł w 2023 i 32,5 mln zł w 2024 roku. Kolejne 21 mln zł wpłynęło od spółek miejskich - MPWiK, Portu Lotniczego, MPK, Wrocławskiego Parku Wodnego, ZOO Wrocław, TBS - tytułem usług sponsoringu i reklamy. Żadna z tych informacji nie była wcześniej podawana do publicznej wiadomości.

Koszty personelu przez lata rosły i niemal zrównały się z wydatkami sportowymi. W krytycznym momencie sięgnęły 135 procent dochodów spółki. W 2022 roku przychody Śląska nie były w stanie pokryć nawet samych wynagrodzeń pracowników. Zatrudnienie na koniec 2024 roku wyniosło 44 osoby - o 3 więcej niż rok wcześniej. I 30 więcej niż w trakcie zdobywania ostatniego mistrzostwa. Mimo deklarowanych redukcji.

System do dziedziczenia deficytu

To nie był przypadek ani seria pechowych lat. Stworzono mechanizm, w którym deficyt był generowany i przekazywany kolejnym zarządom, a politycy przez lata prowadzili klub za rękę - dokładając kolejne dziesiątki milionów bez przedstawienia radnym żadnego planu wyjścia z zadłużenia. Gdy głosowali nad kolejnymi 30 mln zł, nie wiedzieli, co kupują.

Raport nie odpowiada na wszystkie pytania - spółka nie udostępniła audytorom danych o zatrudnieniu w poszczególnych kategoriach, co uniemożliwiło zbadanie, czy rosnące koszty wynikały ze wzrostu etatów czy podwyżek. To samo w sobie jest sygnałem.

Sprawą finansowania i prywatyzacji Śląska zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. W grudniu 2024 roku NIK potwierdziła rozpoczęcie kontroli doraźnej dotyczącej finansowania i wspierania przez gminę Wrocław działalności WKS Śląsk Wrocław SA. Tymczasem w Chorzowie za analogiczne patologie w finansowaniu futbolu postawiono już urzędnikom zarzuty.

Awans to okno możliwości - i ono się zamknie

Śląsk jest na progu awansu do ekstraklasy. Przychody wzrosną automatycznie - prawa telewizyjne, lepsza frekwencja. To najlepszy moment, w którym klub może być atrakcyjny dla prywatnego inwestora i jednocześnie nie potrzebuje natychmiastowego dofinansowania miejskiego, by przetrwać.

Do najbliższych wyborów daleko. To zwiększa odporność miasta na naciski medialne i próby politycznego wpływu ze strony potencjalnych nabywców. Okno jest otwarte. Pytanie, czy Żak zdecyduje się przez nie wyjść.

Czego oczekujemy od Mateusza Żaka

Zadanie pierwsze jest konkretne: rzetelny audyt wydatków klubu, ocena zasadności umów z partnerami - agentami, pośrednikami, doradcami, firmami cateringowymi i marketingowymi - oraz podwykonawcami. Odchudzenie kosztów własnych, renegocjacja relacji ze spółką Stadion Wrocław i zwiększenie przychodów. A następnie - przygotowanie i przeprowadzenie procesu sprzedaży klubu prywatnemu inwestorowi, gdy bilans po awansie i restrukturyzacji zacznie wyglądać bardziej zdrowo.

Mateusz Żak dostał w ręce klub najprawdopodobniej po sukcesie, z NIK za plecami i stos niewygodnych cyfr przed sobą. Lepszego momentu nie będzie.