Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Przez dekady politycy i deweloperzy zarabiali na nieskoordynowanej urbanizacji Wrocławia i okolicznych gmin. Drogi nie powstawały, wiadukty się starzały, transport publiczny nie nadążał. Gdy system w końcu pęka - winę zrzucają na mieszkańców. Na ciebie, który stoisz w korku. I na twojego sąsiada z gminy obok. Byle tylko nie na siebie.

Tysiące nowych mieszkań i zapóźniona infrastruktura

Od 2021 roku w południowo-wschodniej części Wrocławia powstało lub jest w budowie ponad 6000 nowych mieszkań. To ponad połowa tego, co rocznie trafia na wrocławski rynek. Każde z nich to kolejne samochody na Koreańskiej, Buforowej, Krakowskiej. Deweloperzy budowali - bo miasto wydawało pozwolenia. Miasto wydawało pozwolenia - bo zarabiało na sprzedaży działek i podatkach. Nikt przy tym nie pytał: czym ci ludzie będą jeździć do pracy?

Dogęszczanie Jagodna odbywało się przez lata bez poszanowania dla zasad organizacji ruchu. Właściwie całe osiedle "wisi" na jednym kolektorze, który jest jednocześnie łącznikiem do obwodnicy. Tramwaj na Jagodno nie powstał. Przyzwyczajenia komunikacyjne mieszkańców budowały się latami - gdy ktoś już kupił samochód, bo nie miał alternatywy, trudno go teraz posadzić w autobusie.

Po drugiej stronie granicy miasta gmina Siechnice przez lata otwierała kolejne tereny pod zabudowę wielorodzinną - hojnym gestem, bez poważnej dyskusji o tym, jak setki nowych rodzin dostaną się do Wrocławia. Pieniądze ze sprzedaży działek i podatki od nowych mieszkańców w znacznej mierze zostały przejedzone. Na drogi nie wystarczyło.

Efekt jest taki, że dziś przez Koreańską - osiedlową drogę w strefie tempo 30 - przejeżdża ponad 5000 samochodów na dobę. To ponad jedna trzecia ruchu Buforowej, drogi o zupełnie innej klasie technicznej.

Deweloperskie eldorado trwało a rzeczywistość skrzeczała coraz bardziej

Stan techniczny obiektów inżynieryjnych nie pogarsza się z dnia na dzień. To proces rozłożony w czasie, widoczny w przeglądach, mierzalny, przewidywalny. A mimo to wiadukty na Gazowej i Karwińskiej doczekały się remontu dopiero wtedy, gdy nie dało się już dłużej czekać - w trybie nagłym, bez przygotowania alternatywnych tras, bez konsultacji z mieszkańcami, bez gotowych objazdów.

Jednocześnie miasto przez lata pozyskiwało olbrzymie środki ze sprzedaży gruntów i podatków od rosnącej liczby mieszkańców. Pieniądze były. Decyzji nie było. Wrocław przez dekady trwonił kapitał społeczny i infrastrukturalny - i polityka obecnych władz miasta walnie przyczyniła się do wzrostu cen mieszkań w tempie szybszym niż w innych polskich metropoliach. Dane Business Insidera są jednoznaczne. Efektem jest exodus rodzin za granicę administracyjną miasta.

Według badań ruchu z 2024 r. w porannym szczycie (5:00-9:00) do Wrocławia wjeżdża 66 022 auta, wyjeżdża 49 216 - różnica to niemal 17 tysięcy pojazdów. Na punkcie pomiarowym przy Koreańskiej ruch dobowy wyniósł w 2024 roku 5 254 auta. Przy zastosowaniu proporcji ze zbiorczego pomiaru KBR: w samym szczycie porannym tą ulicą przejeżdżało szacunkowo ok. 614 samochodów wjeżdżających i 457 wyjeżdżających. Mieszkańcy Siechnic potrzebują co rano wjeżdżać do Wrocławia a Wrocławianie – do Siechnic.

Dlaczego nikt tego nie skoordynował? Bo nikomu się to nie opłacało.

Brak koordynacji zagospodarowania przestrzennego aglomeracji nie jest wypadkiem ani zaniedbaniem jednego urzędnika. To efekt systemu, który przez lata nagradzał krótkowzroczność. Wójt uzgadnia miejscowy plan z wojewodą, zarządem województwa, zarządem powiatu - ale uzgodnienie to często formalność. Nikt nie ma realnej mocy, by powiedzieć: stop, najpierw drogi, potem osiedla.

Narzędzie, które mogłoby to zmienić, istnieje - to Związek Metropolitalny. W 2015 roku uchwalono ustawę pozwalającą tworzyć go oddolnie. Kolejna większość parlamentarna, którą kontrolował PiS zmieniła jednak zasady i zamiast dać możliwość wszystkim - zaczęła powoływać związki metropolitalne drogą ustawową.

Górnośląsko-Zagłębiowski Związek Metropolitalny od 2017 roku pozyskał dla swojego regionu dodatkowe 4 miliardy złotych - według dzisiejszych cen prawie 5 miliardów. To cztery do pięciu rocznych budżetów inwestycyjnych całego Wrocławia. Dla aglomeracji wrocławskiej oznaczałoby to pół miliarda rocznie na zadania wspólne - w tym transport. To wystarczająco dużo, by co roku budować dwie Aleje Wielkiej Wyspy. A mówimy tylko o dochodach, nie o kapitale, który można w oparciu o nie wygenerować.

Koalicja Obywatelska obiecywała w kampanii wyborczej, że powstanie Wrocławski Związek Metropolitalny. Nie powstał. Do utworzenia związku szykują się za to samorządowcy z Trójmiasta, ustawa jest już w sejmie. Wrocław został pominięty.

Uchwałę radnych Naprawmy Przyszłość, apelującą do rządu o podjęcie działań w tej sprawie wrzucono głosami KO do przysłowiowej zamrażarki - i trzyma się ją tam do dziś. Wyobraźmy sobie, ile moglibyśmy zmienić w transporcie na południowym wschodzie aglomeracji za takie  pieniądze.

PSL, PO, PiS - wszyscy mają tu swój rozdział.

Byłoby wygodnie zrzucić winę na jedną partię. Jednak wina rozkłada się tutaj proporcjonalnie. PSL, później Trzecia Droga i Platforma Obywatelska przez lata otrzymywały znaczące wpłaty na kampanię od deweloperów i osób z nimi powiązanymi. PiS z kolei zorganizował największą akcję pomocową dla deweloperów i banków w historii Polski - dopłaty do kredytów hipotecznych, które w bezprecedensowy sposób wywindowały ceny metra kwadratowego mieszkania. W efekcie rodzina z dziećmi, która nie zarabia ponadprzeciętnie i nie chce wychowywać potomstwa w kawalerce, ma realnie do wyboru głównie osiedla i szeregi budowane poza granicami Wrocławia.

Suburbanizacja nie była żywiołem. Była produktem konkretnych decyzji politycznych i konkretnych beneficjentów tych decyzji. Gdy teraz politycy oburzają się na "przyjezdnych z pól kapusty" - warto zapytać: kto im te pola kapusty sprzedał? Kto wydał pozwolenia? Kto zainkasował podatki i pieniądze ze sprzedaży działek, nie budując przy tym infrastruktury? Kto stworzył system wypychający ludzi za miasto?

Transport zbiorowy prawie jak Yeti. Każdy słyszał, mało kto widział.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską - płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów. Nie dlatego, że to najlepsza trasa. Dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu zbiorowego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. Połączeń rowerowych nie ma. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Nawyki komunikacyjne nie biorą się z powietrza. Biorą się z tego, że gdy ktoś kupował mieszkanie w Iwinach czy Zacharzycach, autobus jeździł raz na godzinę i stał w korku razem z samochodami. Więc kupił samochód. I teraz jedzie nim przez Koreańską - bo ktoś go do tego funkcjonalnie skłonił, a potem zabrał mu alternatywę.

Pytania, które czekają na odpowiedź.

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM? Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic? A gdzie w tym wszystkim są dyrektorzy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie wiceprezydent Mazur odpowiedzialny za aglomerację?

Nie dajmy się podzielić.

Politycy i urzędnicy zawiedli - bo było im tak wygodnie. Żyli w krótkowzrocznym udawaniu, że problemu nie ma, czerpiąc korzyści z konkretnych modeli urbanizacji we Wrocławiu i gminach ościennych. Teraz, gdy system pęka, przenoszą odpowiedzialność na mieszkańców. Bo gdy jedni obywatele widzą wrogów w innych - nie będą rozliczać polityków z ich błędów.

Sytuacja taka jak dzisiejsza między Siechnicami a Wrocławiem jest tym, czego boją się najbardziej. Dlatego napuszczają nas na siebie - opowiadają o budowaniu hacjend w polu kapusty, chcą budować szykany, robią na złość ludziom, których własne decyzje skłoniły do osiedlenia się za miastem. Nie wolno nam dać się na to nabrać.

Panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku, wypowiadane podczas usuwania skutków powodzi:

Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (...) Ja Wam wójta nie wybierałem.

My też pamiętamy.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie SOS Wrocław na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach.
Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.

 


Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Podczas gdy politycy najchętniej widzieliby mieszkańców Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc chwytających się w zapaśniczym klinczu i wskazujących palcami: to wasza wina! Tymczasem wszyscy są częścią tego samego społeczeństwa i stoją (nomen omen) wobec tych samych absurdów i organizacyjnego chaosu.

Pytanie nie brzmi: kto jest winny - sąsiad czy przybysz z gminy ościennej? Pytanie brzmi: kto przez lata nie robił tego, co do niego należało? Zapraszamy na spotkanie SOS Wroclaw w niedzielę 10 maja o godz. 17:00.

Każdy ma swoje racje. I każdy ma rację

Od tygodnia mamy nową organizację ruchu. Ulice: Ziemniaczana, Koreańska i Boiskowa zostały częściowo przekształcone w jednokierunkowe, w stronę Brochowa. Wyjazd z Wrocławia tymi ulicami jest niemożliwy. Zainteresowani wyjazdem są zmuszeni do krajoznawczej wycieczki przez Jagodno. I tak co najmniej do końca sierpnia, ale następny etap inwestycji rozpocznie się we wrześniu i potrwa wiele miesięcy. Jak się znaleźliśmy w tym miejscu?

Małgorzata Bielecka, mieszkanka ul. Koreańskiej na Brochowie, opisuje swój codzienny koszmar precyzyjnie i ze statystykami w ręku. W 2024 roku przez Koreańską - drogę lokalną, obsadzoną kasztanami, w strefie tempo 30 - przejeżdżało 5254 samochodów na dobę. Przez Buforową, drogę o charakterze zbiorczym z pasem o szerokości niemal 50 metrów, jechało ich 15 033. Koreańska obsługuje zatem ponad jedną trzecią ruchu drogi o zupełnie innej klasie technicznej. Potoki po 15-16 aut na minutę nie zatrzymują się, żeby przepuścić pieszego. Wyjazd z posesji to ryzyko. Hałas trwa od rana do wieczora.

Mieszkańcy gminy Siechnice opisują swój koszmar równie precyzyjnie. Odcięto ich od szkół podstawowych, przychodni, poczty i szpitala - od miejsc, do których mieli od 1,5 do 2,5 kilometra. Droga powrotna zaproponowanym przez miasto objazdem wynosi ponad 7 kilometrów. Zamknięto przy tym ulicę oddaloną o ponad 3 kilometry od miejsca remontu - bo zablokowanie tak oddalonego odcinka trudno wytłumaczyć samą logiką budowy. Jednak mieszkańcy mają prawo odbierać to jako czystą złośliwość, bo sam rzecznik magistratu, Tomasz Sikora, gdy komunikował zmiany – nie miał pojęcia jak olbrzymi dystans będzie trzeba pokonywać poprzez wyznaczony objazd.

Mieszkańcy Jagodna mają własne racje: przez ich osiedle, bez żadnych konsultacji, przerzucono ruch, który wcześniej płynął innymi drogami. Jagodno staje się wąskim gardłem do którego spłyną potoki aut z kilku kierunków jednocześnie. Kiedy dołożyć do tego inwestycje deweloperskie w Iwinach, Katarzynie i Zacharzycach - setki nowych mieszkań, których mieszkańcy będą musieli jakoś dostać się do Wrocławia - obraz robi się naprawdę niepokojący.

Wszyscy mają rację. I właśnie dlatego politykom i urzędnikom wydaje się, że łatwo będzie nakręcić ich przeciwko sobie. Po co to robią? By ukryć prawdziwych winnych obecnej sytuacji. Ich samych.

Kto komu zabrał spokój - deweloper czy sąsiad?

Mieszkańcy Koreańskiej słusznie wskazują, że ich ulica od lat funkcjonuje jako tranzytowy skrót z Wschodniej Obwodnicy Wrocławia wprost w głąb osiedla. Ten stan trwa ponad 12 lat - odkąd wybudowano łącznik z WOW, który prowadzi bezpośrednio na lokalną drogę osiedlową. To nie jest wina mieszkańców Iwin. To jest wina decyzji planistycznej, która połączyła drogę ekspresową z osiedlową uliczką bez żadnej alternatywy.

Mieszkańcy gminy Siechnice słusznie wskazują, że wyprowadzili się poza Wrocław nie z kaprysu, lecz dlatego, że w mieście nie mogli sobie pozwolić na mieszkanie odpowiednie dla rodziny z dziećmi. To nie jest decyzja, którą podjęli swobodnie - to efekt polityki mieszkaniowej, która przez lata ograniczała podaż mieszkań wewnątrz miasta, windując ceny poza zasięg przeciętnej rodziny. Deweloperzy ościennych gmin sprzedają im "dojazd do Wrocławia w 10 minut" - i faktycznie ten dojazd istnieje, tyle że prowadzi przez Koreańską, bo nikt nie zadbał o to, żeby prowadził gdzie indziej.

Pytanie "czyja to wina - twoja czy twojego sąsiada?" jest zatem pytaniem źle postawionym. Obaj jesteście ofiarą tego samego systemu, który przez lata nie zbudował na czas dróg zbiorczych, nie reagował na czas na pogarszający się stan wiaduktów, nie planował remontów z wyprzedzeniem i nie konsultował zmian z tymi, których te zmiany dotyczą.

Zabytkowa kostka brukowa i inne absurdy

Żeby zrozumieć skalę planistycznego zaniedbania, wystarczy przyjrzeć się kilku konkretnym sprawom. Ulica Mościckiego od lat wskazywana jest przez mieszkańców jako kluczowy brakujący element układu drogowego - trasa, której remont odciążyłby zarówno Koreańską, jak i drogi objazdowe. Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bieńkowic spotkali się niedawno właśnie po to, żeby razem naciskać na jej remont. Okazało się, że miasto i gmina Siechnice od dawna wiedzą o tym problemie. Okazało się też, że remontu nie można wykonać w standardowy sposób, bo na Mościckiego leży zabytkowa kostka brukowa, a konserwator zabytków nie wyraża zgody na jej usunięcie. Kostkę można remontować, ale musi zostać. W efekcie droga, która mogłaby rozładować część napięcia, od lat stoi w miejscu a urzędnicy wymyślili wybudowanie zastępczego traktu prowadzącego… przez park.

Ulica Bukszpanowa - wskazana jako jeden z objazdów – jest po prostu klepiskiem. Widnieje w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego, ale w rzeczywistości jest polem. Bez projektu, bez oznakowania, bez konsultacji wysypano tam tłuczeń. Kierowcy korzystający z tego "objazdu" jadą przez środek pola uprawnego.

Remont ul. Mościckiego wykonany "w jeden dzień" polegał na wyrównaniu pobocza. Droga, przez którą teraz przejeżdżają setki aut dziennie więcej niż przed remontem, nie jest do tego przygotowana.

To są efekty wieloletniego odkładania decyzji na później, braku współpracy między wydziałami i braku mechanizmów, które wymuszałyby planowanie z wyprzedzeniem. To jest brak przygotowania odpowiednich alternatywnych tras dojazdu i absurdalna organizacja ruchu w trakcie prac remontowych.

Pytania, które czekają na odpowiedź

Mieszkańcy muszą uzyskać odpowiedzi na szereg pytań dotyczących tego, kto postawił ich w tej nieludzkiej sytuacji. Lista czterech, priorytetowych na początek:

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Regularne przeglądy powinny dawać sygnał z wyprzedzeniem - nie z tygodnia na tydzień, lecz z lat na lata. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Departament ten odpowiada za planowanie i koordynację inwestycji drogowych. Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM - Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta? ZDiUM odpowiada za stan techniczny dróg i organizację ruchu. Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic?

Radny Suligowski i sztuka dzielenia

W tym kontekście słowa radnego Roberta Suligowskiego brzmią szczególnie niepokojąco - nie dlatego, że są aroganckie, choć są, lecz dlatego, że pełnią bardzo konkretną funkcję polityczną. Kiedy radny pisze o "hacjendach w polu kapusty" i poucza, że "każdy ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych", nie komentuje sytuacji komunikacyjnej. On przekierowuje uwagę. Zamiast pytania "kto zawinił w tej sprawie i co zamierza naprawić?" pojawia się pytanie "kto jest gorszy - Wrocławianin czy przyjezdny?".

To stara i skuteczna technika. Dopóki mieszkańcy Koreańskiej kłócą się z mieszkańcami Iwin, nikt nie pyta dyrektora Urbanek o analizę ruchu. Dopóki Wrocław kłóci się z gminą Siechnice, nikt nie pyta dyrektora Staruchowicza, co ZDiUM wiedział o stanie wiaduktów i kiedy. Dopóki wszyscy są zajęci wzajemnymi pretensjami, ratusz może deklarować, że "stara się jak najlepiej" i "będzie monitorować sytuację".

Piotr Uhle z opozycyjnego klubu Naprawmy Przyszłość powiedział Suligowskiemu wprost:

Ty po prostu szkodzisz miastu i działasz na rzecz skłócenia społeczności aglomeracji. A tolerowanie takiej postawy szkodzi kulturze politycznej w Polsce. Wstyd.

Burmistrz Siechnic Łukasz Kropski - politycznie bliski tej samej Koalicji Obywatelskiej, co Suligowski - uznał jego słowa za niedopuszczalne. Bo Siechnice, Wrocław i każda z gmin aglomeracji to system naczyń połączonych. Razem planują pętle tramwajowe, parkingi park&ride, wspólne bilety na kolej. Dzielenie ludzi na "naszych" i "przyjezdnych" niszczy to, co obie strony budowały przez lata.

A panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku wypowiadane podczas przeciwdziałania skutkom powodzi „- Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (…) Ja Wam wójta nie wybierałem”.

Wspólny interes: drogi, a nie wzajemne pretensje

Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bienkowic spotkali się ostatnio i odkryli coś ważnego: mimo pozornie sprzecznych interesów mają wspólny cel. Wszyscy chcą, żeby ulica Mościckiego została wyremontowana. Wszyscy chcą, żeby ruch tranzytowy zniknął z osiedlowych dróg. Wszyscy chcą, żeby nowe inwestycje deweloperskie - Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, osiedla w Zacharzycach - były warunkowo uzależnione od budowy dróg dojazdowych, a nie od korzystania z cudzych osiedlowych ulic.

To jest właśnie rozmowa, którą warto toczyć. Nie "kto jest winny - sąsiad czy przyjezdny?", lecz "czego wszyscy potrzebujemy i kto jest zobowiązany to zapewnić?". Odpowiedź na to drugie pytanie jest prostsza niż się wydaje: władze miasta i gminy, które przez lata zbierały podatki i przez lata odkładały decyzje na później.

Urbanizacja bez układu komunikacyjnego. Kto za to odpowie?

Remont wiaduktu na Gazowej to nie wypadek przy pracy. To objaw głębszego, systemowego kryzysu w planowaniu przestrzennym i transportowym całej aglomeracji. Dziś problem widać na południowym wschodzie - ale te same mechanizmy działają wszędzie tam, gdzie miasto i gminy ościenne wydają pozwolenia na budowę, nie pytając o drogi.

Przy Krakowskiej powstają właśnie nowe, wielkie osiedla. Chwilę temu uchwalono plan miejscowy pozwalający na dalszą zabudowę Brochowa. W Zacharzycach deweloper obiecał klientom dobry dojazd do Wrocławia - nie precyzując, że tym dojazdem będą osiedlowe uliczki sąsiadów. Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, kolejne inwestycje w Siechnicach - każda z nich dokłada auta do układu drogowego, który już dziś nie daje rady. Gdy nowe osiedla powstaną na Sołtysowicach, winnych znajdziemy pewnie wśród mieszkańców gminy Wisznia Mała albo Długołęki. Mechanizm jest ten sam.

Można byłoby zapytać: czy nie należy wstrzymać urbanizacji do czasu dostosowania układu komunikacyjnego? To pytanie pozornie radykalne, ale trzeba je zadać. Odpowiedź jest jednak oczywista - zakaz osadnictwa to absurd, bo instytucje publiczne: miasto, gmina, powiat, województwo, od lat nie wykonały realnych działań, żeby suburbanizacji przeciwdziałać. Przeciwnie - czerpały z niej korzyści budżetowe, pobierając podatki od nowych mieszkańców, opłaty od deweloperów i pieniądze ze sprzedaży działek, nie inwestując proporcjonalnie w drogi.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską. Płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów - nie dlatego, że to najlepsza trasa, lecz dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu publicznego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Za tę krótkowzroczność odpowiadają konkretne osoby. Dyrektor Urbanek i dyrektor Staruchowicz prowadzą politykę transportową tak, jakby na granicy Wrocławia kończył się świat. Ale są też inni: gdzie są urzędnicy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie jest prowadzący sprawy aglomeracyjne Jakub Mazur? To ich zadaniem jest widzieć dalej niż jeden remont i jedna kadencja. Jak dotąd - nie widać efektów tego widzenia.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie dla mieszkańców na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach. Na spotkaniu porozmawiamy o tym co można z tą sytuacją zrobić.

Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.


Dwanaście prac dla nowych wiceprezydentów

Dwanaście prac dla nowych wiceprezydentów

KO wzięła pełną odpowiedzialność za zarządzanie Wrocławiem, odnowiła sojusz z Jackiem Sutrykiem i wyciszyła wewnętrzną opozycję. Nowi wiceprezydenci - Mateusz Żak i Grzegorz Roman- dostali konkretne teki. Mają teraz udowodnić, że to realna zmiana, a nie tylko polityczny lifting. Dlatego przygotowaliśmy listę dwunastu spraw, które odpowiedzą na to pytanie.

Nie ma czasu na sto dni spokoju

Wiele osób zastanawia się, czy to nie czas na nowe otwarcie — czy nie warto przytępić ostrza krytyki, dać chwilę spokoju nowym wiceprezydentom i spróbować nawiązać współpracę.

Jesteśmy innego zdania. Miasto jest rozpędzone, a ludzie Koalicji Obywatelskiej współrządzą nim już od ośmiu lat. Nie ma mowy o odkładaniu spraw na później, bo cały szereg z nich pali się w rękach i krytycznie szkodzi miastu. O tym, czy będzie możliwa jakakolwiek forma współpracy, zadecyduje postawa nowych wiceprezydentów i ich ekipy.

Herkules kontra układ

Przygotowaliśmy listę dwunastu prac — niczym antyczne dwanaście prac Herkulesa. Choć w urzędzie problemy, nierozwiązane sprawy i trupy w szafach piętrzą się niczym w stajni Augiasza, można je rozwiązać i nie potrzeba do tego herkulesowej siły.

Herkulesowym wysiłkiem dla działaczy KO będzie jednak stanięcie po stronie prawdy, wartości, uczciwości i dotrzymywania słowa wyborcom. Na każdego uczciwego działacza przypadną bowiem czterej inni, którzy z układu żyją, przyjdą do gabinetu i powiedzą: ale przecież tak się nie da. I niech dwa razy zastanowi się każdy, kto na ten układ podniesie rękę. Jak mawia stare powiedzenie - nec Hercules contra plures, w wolnym tłumaczeniu: i Herkules d*pa, kiedy ludzi kupa.

Jak więc z pierwszą pracą poradzą sobie koalicyjne herosy?

Praca pierwsza: prawdziwe audyty

Żądanie przeprowadzenia rzetelnych audytów w miejskich spółkach i instytucjach nie jest kaprysem opozycji - to zobowiązanie, które KO i Platforma Obywatelska złożyły wyborcom własnoręcznie podpisanym dokumentem.

W porozumieniu zawartym między Platformą Obywatelską a Jackiem Sutrykiem w trakcie kampanii wyborczej w 2024 roku znalazł się wyraźny punkt: audyty we wszystkich spółkach miejskich, przeprowadzone przez niezależne podmioty, z raportem otwarcia dostępnym publicznie. Bez owijania w bawełnę: KO weszła do ratusza z tym dokumentem w ręku i przez rok nic z nim nie zrobiła.

Co więcej – na początku 2025 roku radni KO mieli wezwać prezydenta Sutryka do przeprowadzenia obiecanych audytów. Klub radnych Naprawmy Przyszłość skierował bowiem pod obrady Rady Miejskiej specjalną uchwałę, która miała przypomnieć o złożonym mieszkańcom obietnicom. Niektórzy radni KO odważyli się projekt uchwały poprzeć, jednak KO zagłosowała w swojej masie przeciw. Przyszły wiceprezydent Mateusz Żak – również. Wyniki poniżej.

Tymczasem to, co ujawniły cząstkowe kontrole, powinno elektryzować każdego mieszkańca Wrocławia. Minimalna kwota, jaką miejskie spółki wpłaciły na rzecz Śląska Wrocław w latach 2021–2024, wyniosła 21 mln zł. Samo Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji wydało 7 mln zł na promowanie przy klubie akcji „Pij kranówkę". Kontrowersje wywołuje też ukryte finansowanie Śląska z czynszów mieszkańców Towarzystwa Budownictwa Społecznego — co najmniej 400 tys. zł trafiło do klubu bez wiedzy i zgody lokatorów. Przedstawicielka fundacji Obywatel TBS skomentowała to wprost: gdyby nie audyt Grant Thornton, nikt nigdy by się o tym nie dowiedział.

A co z samym audytem Grant Thornton? Raport oparty był nie na dokumentach źródłowych, lecz na materiałach przygotowanych przez pracowników spółki. Jego wyniki nie są ogólnodostępne — klub zasłonił się tajemnicą przedsiębiorcy. Co więcej, zestawienie danych z raportu z odpowiedziami udzielonymi przez poszczególne spółki komunalne prowadzi do poważnych wniosków — liczby nie układają się w spójny obraz. Audyt, który miał rozjaśnić sytuację, tylko ją zaciemnił.

Pierwsze z planowanych działań kontrolnych - to prowadzone przez Komisję Rewizyjną Rady Miejskiej - upadło na samym starcie, bo Śląsk Wrocław odmówił udostępnienia dokumentów. Komisja nie otrzymała ich nawet do wglądu. Skandaliczne jest jednak nie tylko zachowanie klubu, ale i reakcja KO: posiadając samodzielną większość w Radzie Miejskiej, klub nie był w stanie wymusić podstawowej przejrzystości od spółki, której miasto jest właścicielem w blisko stu procentach.

Jak wskazywał radny Jakub Nowotarski, w spółkach miejskich przez lata dochodziło do licznych nieprawidłowości: sojusznicy prezydenta zasiadali w radach programowych, pobierając wynagrodzenia za fikcyjne usługi, spółki płaciły na zawodowy sport w sposób całkowicie nieprzejrzysty, a sprawa TBS ciągnie się nierozwiązana od lat.

Audyty - prawdziwe, oparte na dokumentach źródłowych, zlecone niezależnym podmiotom i dostępne publicznie - to nie polityczna fanaberia. To warunek minimalny wiarygodności KO. Jeżeli nowi wiceprezydenci nie doprowadzą do ich przeprowadzenia, sami przypieczętują odpowiedzią na pytanie, które zadają sobie wrocławianie: czy cokolwiek się naprawdę zmieniło. I czy jest w nowych wiceprezydentach wola i ta herkulesowa siła niezbędna, by przeciwstawić się układom kolegów i koleżanek z własnej partii.

Ciąg dalszy nastąpi.


Za co oni biorą diety? Czy Wrocław wydał 50 000 zł by wyrzucić je do kosza?

Za co oni biorą diety? Czy Wrocław wydał 50 000 zł by wyrzucić je do kosza?

Jeszcze nie zdążył osiąść kurz na rozpętanej debacie o reformie rad osiedli gdy w fotel wbiła nas kolejna wiadomość. Otóż projekt uchwały skierowany pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia mógł kosztować… prawie 50 tysięcy złotych. Ale to nie koniec – ten złotymi zgłoskami wypisany projekt uchwały zostanie najprawdopodobniej zdjęty z porządku obrad, bo… postanowiła tak większość klubu KO. Dziwisz się? Kto żyje we Wrocławiu – w cyrku się nie śmieje.

Radni dostają dietę, bo pracują dla miasta, prawda?

Ale wróćmy do początku. Uchwałę o likwidacji 26 osiedli pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia skierowała przewodnicząca Agnieszka Rybczak, jednak prawdziwymi wnioskodawcami są radni Komisji Osiedli, Partycypacji, Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego w Radzie Miejskiej Wrocławia.

Uchwała wzbudziła kontrowersje, jednak w swoich zapisach nie jest skomplikowana. Przeciwnie – doświadczonym radnym praca nad nią zajęłaby kilka godzin. A w komisji są specjaliści, na przykład praktykujący prawnik, Robert Suligowski. Radni za swoją pracę w komisjach pobierają dietę, która ma wyrównać im koszty czasu przeznaczonego na pracę na rzecz społeczności lokalnej.

Dodatkowo każda komisja jest obsługiwana przez Biuro Rady Miejskiej Wrocławia, w którym funkcjonuje Zespół Prawno – Proceduralny. Pracują w nim legislatorki i legislatorzy – doświadczeni i świetni w swoim fachu. Urząd zatrudnia radców prawnych i ekspertów, którzy regularnie wykonują prace na rzecz lokalnej legislatywy.

Jednak wszystko wskazuje, że to nie radni w ramach swojej diety, nie urzędnicy i prawnicy w ramach swoich obowiązków napisali projekt uchwały.

Dla kogo umowa na 48 tysięcy?

W Urzędowym Rejestrze Umów znajdujemy umowę UD-1-WSS/2026. Przedmiot umowy? Dzieło w postaci opracowania Statutu Rad Osiedli wraz z załącznikiem w postaci Ordynacji Wyborczej do rad osiedli. Wartość umowy brutto? Bagatelka – 48000 zł. Kto wykonał to niezwykle wartościowe dzieło? To tajemnica – rejestr umów tej informacji nie zawiera.

Wykonaliśmy rozeznanie wśród kilku prawników. Projekt, który powstał wyceniają przeciętnie na kilka tysięcy złotych. Być może nie byli aż tak kompetentni jak specjalista bądź specjalistka zatrudniona przez Urząd Miejski Wrocławia? A może w grę wchodziły inne czynniki, nieujawnione w Centralnym Rejestrze Umów? Chętnie się dowiemy.

Dlatego do Prezydenta Wrocławia skierowane zostało zapytanie, w którym padają następujące pytania:

  1. Czy umowa UD-1-WSS/2026 zawarta 16 kwietnia br. w przedmiocie „Dzieło w postaci opracowania Statutu Rad Osiedli wraz z załącznikiem w postaci Ordynacji Wyborczej do rad osiedli” dotyczyło przygotowania projektu uchwały lub/i załącznikami do niego, który został skierowany do prac Rady Miejskiej Wrocławia z drukiem 827A/26?
  2. Jaki był szczegółowy opis przedmiotu umowy?
  3. Kto był wykonawcą umowy i w jakim trybie został do jej wykonania wybrany? Proszę o udostępnienie niezbędnej dokumentacji.
  4. Czy przedmiot umowy został wykonany w całości oraz został opłacony? Proszę o udostępnienie rachunków do umowy.
  5. Dlaczego projekt uchwały zlecono na zewnątrz podczas gdy tut. Urząd zatrudnia wykwalifikowaną i wyspecjalizowaną w legislacji samorządowej kadrę?

A jakie jest Twoje zdanie? Czy radni powinni pisać uchwały w ramach swoich obowiązków, za które otrzymują diety czy też urząd powinien płacić równowartość niezłego używanego samochodu za projekt uchwały, który najprawdopodobniej wyląduje w koszu na śmieci?


Reformę osiedli znów zaczynają od końca - wstępne uwagi do projektu zmian

WSTĘPNE UWAGI

do projektu zmian w statutach osiedli i podziale Wrocławia na osiedla

skierowanym pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia do konsultacji

Zarząd Stowarzyszenia SOS Wrocław, działające na rzecz transparentności samorządu, ochrony tożsamości lokalnej i realnego wzmocnienia samorządności osiedlowej, po zapoznaniu się z projektem uchwały w sprawie zmian w podziale Wrocławia na osiedla oraz z projektem wzorcowego Statutu Osiedla, przedstawia niniejsze stanowisko w ramach konsultacji społecznych ogłoszonych uchwałą Rady Miejskiej Wrocławia.

Stowarzyszenie docenia fakt objęcia konsultacjami zarówno projektu nowego podziału na osiedla, jak i wzorcowego statutu. Jednocześnie nie możemy pozostać obojętni wobec poważnych uchybień proceduralnych i merytorycznych, które – naszym zdaniem – dyskwalifikują przedłożony projekt w jego obecnej postaci i wymagają istotnych korekt.

Oceny krytyczne i zastrzeżenia

  1. Brak instrumentów finansowych i za mało kompetencji – konsultacje bez treści

Projekt reformy ponownie – podobnie jak wszystkie poprzednie zmiany w ciągu ostatnich 35 lat – ogranicza się do reorganizacji granic osiedli, nie proponując żadnego realnego wzmocnienia ich kompetencji finansowych. Tymczasem samorządność osiedlowa bez własnych zasobów jest samorządnością jedynie na papierze. Projekt nie zawiera propozycji wprowadzenia ani zwiększenia żadnego z poniższych instrumentów:

  • funduszu osiedlowego o charakterze inwestycyjnym,
  • funduszu infrastruktury osiedlowej,
  • mechanizmów partycypacji budżetowej o wiążącym charakterze,
  • prawa osiedla do dysponowania częścią wpływów z podatków lokalnych z obszaru osiedla.

Stowarzyszenie stoi na stanowisku, że organizowanie konsultacji społecznych w sprawie granic osiedli bez jednoczesnego przedstawienia oferty wzmocnienia ich kompetencji finansowych jest działaniem pozornym. Mieszkańcy pytani o granice i nazwy osiedli nie są informowani o tym, że za tymi zmianami nie idą żadne nowe uprawnienia. Takie konsultacje nie spełniają standardu rzetelności wymaganego przez art. 5a ustawy o samorządzie gminnym.

Nadal brak tak istotnych zapisów jak możliwość komunikowania się z dzielnicowym bez pośrednictwa WCRS, składania interpelacji osiedlowych, brak zapewnionego głosu na sesjach Rady Miejskiej Wrocławia i wielu innych postulowanych zmian.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Obowiązek przeprowadzenia wyborów przy liczbie kandydatów równej liczbie mandatów

Projekt nowego statutu (§ 63 ust. 2) nakazuje przeprowadzenie wyborów nawet w sytuacji, gdy liczba kandydatów jest równa liczbie mandatów – mandat uzyskuje wówczas kandydat, który otrzymał co najmniej jeden ważny głos. Rozwiązanie to rodzi poważne wątpliwości z punktu widzenia zasady równości wyborów i proporcjonalności wymagań.

W wyborach do rad gmin przepisy Kodeksu wyborczego przewidują możliwość uproszczonej procedury i objęcia mandatu bez głosowania, gdy lista kandydatów jest równa liczbie mandatów. Ustanawianie dla wyborów do rad osiedli wymogów surowszych niż dla wyborów do organów gminy jest rozwiązaniem nieracjonalnym i generuje zbędne koszty administracyjne.

Stowarzyszenie postuluje powrót do rozwiązania, które w razie równej liczby kandydatów i mandatów uznaje kandydatów za wybranych bez konieczności przeprowadzania głosowania, jako rozwiązania prostszego, tańszego i spójnego z powszechnym systemem wyborczym.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Ryzyko upolitycznienia Rad Osiedli – przepisy o klubach radnych

Projekt nowego statutu wprowadza nową instytucję – kluby radnych (§ 22). Rozwiązanie to, przeniesione bezpośrednio z regulaminów rad gmin, budzi poważne obawy o spójność z naturą samorządu osiedlowego. Stowarzyszenie dostrzega następujące ryzyka:

  • Kluby radnych osiedlowych będą naturalnie tworzone wzdłuż linii partyjnych, co doprowadzi do przeniesienia antagonizmów z polityki ogólnomiejskiej i ogólnopolskiej na poziom osiedlowy.
  • Działalność klubów może prowadzić do osłabienia indywidualnej reprezentacji radnego wobec mieszkańców na rzecz dyscypliny klubowej.
  • Pierwszeństwo głosu dla przedstawicieli komisji i klubów instytucjonalizuje uprzywilejowanie zorganizowanych frakcji kosztem radnych niezrzeszonych.

Stowarzyszenie postuluje wykreślenie przepisów o klubach radnych ze wzorcowego statutu lub co najmniej wprowadzenie zakazu powoływania klubów powiązanych z partiami politycznymi lub komitetami wyborczymi startującymi w wyborach do Rady Miejskiej.

✘  OCENA: NEGATYWNA – z postulatem zmiany

  1. Utrata nazw i tożsamości lokalnej osiedli

Proponowany podział Wrocławia zakłada zniesienie dotychczasowych 48 osiedli i powołanie nowych jednostek pomocniczych w odmiennych granicach. Skutkuje to utratą nazw przez wiele osiedli, których tożsamość budowana była przez mieszkańców przez dziesiątki lat.

Nazwy osiedli to nie są tylko etykiety administracyjne – to nośniki lokalnej historii, pamięci zbiorowej, więzi sąsiedzkich i identyfikacji mieszkańców. Likwidacja nazw takich osiedli jak Maślice, Karłowice-Różanka, Osobowice-Rędzin czy Gądów-Popowice Płd. to akt destrukcji kapitału społecznego, który nie da się naprawić żadną późniejszą reformą.

Stowarzyszenie postuluje, aby nowe jednostki pomocnicze w możliwie szerokim zakresie zachowały nazwy historyczne, a w przypadku łączenia osiedli stosowały nazwy złożone nawiązujące do tradycji wszystkich włączanych obszarów.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Likwidacja osiedli sprzeciwiających się agresywnej zabudowie – ryzyko sankcji politycznej

Analiza proponowanego podziału wskazuje, że wśród osiedli przewidzianych do zniesienia i wchłonięcia przez nowe, większe jednostki, nieproporcjonalnie często pojawiają się te, których rady w minionych kadencjach formułowały stanowcze opinie krytyczne wobec projektów zabudowy deweloperskiej lub decyzji Prezydenta w zakresie zagospodarowania przestrzennego.

Jeśli reforma granic jest narzędziem rozbijania aktywnych i niezależnych rad osiedli, mamy do czynienia z działaniem sprzecznym z ideą samorządności lokalnej i zasadą ochrony jednostek pomocniczych działających zgodnie z prawem. Aktywna rada osiedla to wartość, którą należy chronić – nie problem, który należy rozwiązać administracyjnie.

Wzrost wielkości osiedla nie wzmacnia samorządu – wręcz przeciwnie, utrudnia mieszkańcom identyfikację z organem i uczestnictwo w wyborach. Większe osiedla oznaczają niższą frekwencję, mniejszą rozpoznawalność kandydatów i łatwiejsze sterowanie radami przez zorganizowane siły polityczne.

Stowarzyszenie żąda od Rady Miejskiej przedstawienia szczegółowego uzasadnienia wyboru kryteriów podziału na nowe osiedla, w tym wyjaśnienia, dlaczego aktywne rady osiedli nie są traktowane jako wartość do zachowania.

✘  OCENA: NEGATYWNA – z żądaniem wyjaśnień

III. Oceny pozytywne

  1. Przyznanie Radzie kompetencji kontrolnych

Stowarzyszenie z uznaniem przyjmuje zmianę charakteru Rady Osiedla z wyłącznie uchwałodawczego na uchwałodawczy i kontrolny (§ 10 ust. 1 projektu). Jest to zmiana oczekiwana od lat przez środowiska społecznikowskie i radnych osiedlowych.

Funkcja kontrolna Rady powinna umożliwiać rzeczywiste egzekwowanie od Zarządu rzetelności wykonania planu finansowego i realizacji zadań publicznych, i stanowi istotne wzmocnienie pozycji Rady jako organu reprezentującego interesy mieszkańców.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Prawo wnoszenia inicjatyw obywatelskich przez mieszkańców

Projekt statutu (§ 5 ust. 3) po raz pierwszy wprost gwarantuje mieszkańcom osiedli prawo wnoszenia inicjatyw obywatelskich do Rady, dotychczas stosowane jedynie na poziomie ogólnomiejskim. Stowarzyszenie ocenia to rozwiązanie pozytywnie jako krok w kierunku realnej demokracji uczestniczącej na poziomie osiedlowym.

Postulujemy jednocześnie, aby regulacje wykonawcze określiły niski próg podpisów wymaganych do złożenia inicjatywy, adekwatny do skali danego osiedla.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Wygaszenie mandatu radnego skazanego za przestępstwo umyślne

Projekt wprowadza nową przesłankę wygaśnięcia mandatu radnego – prawomocny wyrok sądu za przestępstwo umyślne (§ 100 ust. 1 pkt 5 projektu). Stowarzyszenie w pełni popiera to rozwiązanie.

Samorząd osiedlowy pełni ważną funkcję zaufania publicznego. Zachowanie autorytetu moralnego jego członków jest warunkiem skuteczności działania rady. Przepis wzmacnia standardy etyczne samorządu osiedlowego, dostosowując je do standardów wymaganych od radnych gmin.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Konkluzje i postulaty

Stowarzyszenie SOS Wrocław wzywa Radę Miejską Wrocławia do:

  1. Wstrzymania konsultacji w sprawie zmian granic osiedli do czasu przedstawienia kompletnej oferty wzmocnienia finansowego i kompetencyjnego jednostek pomocniczych (fundusz osiedlowy, fundusz infrastruktury osiedlowej).
  2. Ujawnienia pełnych kryteriów wyznaczania granic nowych osiedli i wyjaśnienia, według jakiego klucza dobrano osiedla przeznaczone do likwidacji.
  3. Podjęcia prac nad uchwałą wprowadzającą fundusz osiedlowy i fundusz infrastruktury osiedlowej jako warunek sine qua non reformy podziału Wrocławia na osiedla.
  4. Wykreślenia ze wzorcowego statutu lub istotnego ograniczenia przepisów o klubach radnych, w celu ochrony apolitycznego charakteru samorządu osiedlowego.
  5. Zagwarantowania ochrony historycznych nazw osiedli poprzez wprowadzenie do projektu uchwały podziałowej zasady zachowania ciągłości nazewniczej.
  6. Dokonania korekty przepisu dotyczącego wyborów przy równej liczbie kandydatów i mandatów – w kierunku uproszczonej procedury analogicznej do stosowanej w wyborach do rad gmin.

Czytaj projekt uchwały


Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Prezydent Wrocławia od miesięcy zasiada na ławie oskarżonych – przynajmniej w teorii. W praktyce nie zasiada nigdzie, bo do pierwszej rozprawy jeszcze nie doszło. Sprawa się przeciąga, prokurator się zmienia, sąd się zmienia. A Sutryk rządzi miastem dalej. Czy to tylko biurokratyczny pech?

Sprawa sądowa – kronika opóźnień

Śląski wydział Prokuratury Krajowej skierował pierwszy akt oskarżenia do sądu pod koniec listopada 2025 roku. Objął 29 osób oskarżonych o 67 przestępstw, w tym prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, byłych europosłów oraz byłych komendantów Państwowej Straży Pożarnej. Akt oskarżenia liczył 623 strony (źródło: Bankier.pl/PAP).

W połowie grudnia 2025 roku Sąd Okręgowy w Katowicach, do którego pierwotnie trafiła sprawa, wniósł o przekazanie jej do Warszawy – argumentując, że 32 spośród 76 świadków mieszka w stolicy, a na Śląsku tylko kilku. W styczniu 2026 roku katowicki sąd apelacyjny zgodził się, powołując się na tzw. ekonomikę procesową (źródło: Bankier.pl).

W lutym 2026 roku wylosowano sędziego. Padło na Dariusza Łubowskiego z Sądu Okręgowego w Warszawie – człowieka z 30-letnim stażem, specjalistę od międzynarodowego prawa karnego. Problem w tym, że nominacja nastąpiła dosłownie kilka dni po tym, jak sędzia Łubowski został odwołany z kierowania sekcją postępowania międzynarodowego przez prezes sądu Beatę Najjar. Odwołanie zbiegło się z polityczną burzą wokół jego decyzji o uchyleniu Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Marcina Romanowskiego. Łubowski twierdził przed Krajową Radą Sądownictwa, że spotykają go szykany i represje – i że wylosował sprawę o blisko 300 tomach akt, od której nie mógł się odwołać (źródło: Radio Wrocław, Rzeczpospolita).

Do dziś nie wyznaczono daty pierwszej rozprawy.

Kompromitujące tłumaczenia Sutryka przed prokuratorem

Sutryk od początku konsekwentnie powtarzał: będę się tłumaczył w sądzie, tam udowodnię niewinność. Tymczasem to, co zeznał prokuratorom, zostało opisane przez Newsweek i Gazetę Wyborczą w osobie redaktora Marcina Rybaka. Obraz, który się z tych zeznań wyłania, jest – łagodnie mówiąc – niecodzienny.

Ile studiował? Jeden albo dwa semestry – nie pamiętał dokładnie. Jak nazywał się kierunek? Nie pamiętał. Jak wyglądały zaliczenia? Zdawał tylko egzamin końcowy, ale nie pamiętał, czy dostał link, czy logował się na stronie. Z kim studiował? Nie pamiętał, nie interesował się. Kiedy odebrał dyplom? Nie pamiętał. Jaka była pora roku? Też nie wiedział.

Jedynym materialnym dowodem na uczestnictwo w zajęciach okazały się dwa quizy. Pierwszy zawierał sześć pytań o PR i marketing. Drugi – 10 pytań o ład korporacyjny, z których Sutryk odpowiedział poprawnie na osiem. Do testu podchodził pięć razy. Prokuratura twierdziła, że prezydent nie wziął udziału w żadnych zajęciach i nie zdał żadnego egzaminu.

Zapytany o rewers dyplomu – gdzie widnieją zaliczone przedmioty i zajęcia praktyczne – nie wiedział, co się tam znajduje. Inni absolwenci z jego rocznika wiedzieli. Nikt ze środowiska studenckiego nie zgłosił się jako świadek wspólnej nauki z prezydentem Wrocławia, mimo wielokrotnych publicznych apeli dziennikarzy i komentatorów.

Jak w 43 dni zdobyć uprawnienia do "zarobienia" pół miliona z publicznych pieniędzy?

Oficjalny rok akademicki w Collegium Humanum, na który Jacek Sutryk miał być zapisany, zaczął się 1 października 2019 roku. Zajęcia ruszyły 5 października. Tymczasem umowa o świadczenie nauki nosi datę 10 października – a więc została zawarta już po starcie roku i po rozpoczęciu zajęć. Ale prokuratura ustaliła, że nawet ta data jest fikcyjna.

Zgodnie z ustaleniami śledczych – opisanymi przez Newsweek na podstawie zeznań prezydenta i materiałów z akt – umowa datowana na październik 2019 roku w rzeczywistości powstała pół roku później, pod koniec kwietnia 2020 roku. Dowodem miały być analizy wskazujące, kiedy tekst dokumentu został wygenerowany w systemie komputerowym uczelni. 21 kwietnia 2020 roku Sutryk spotkał się osobiście z rektorem. Następnego dnia – 22 kwietnia – przelał na konto uczelni 9 500 złotych za oba semestry studiów. Bez odsetek za siedmiomiesięczne opóźnienie, bez żadnego wyjaśnienia.

43 dni później, 2 czerwca 2020 roku, odebrał dyplom MBA. Trzy tygodnie przed pozostałymi studentami z rocznika. Sesja egzaminacyjna dla innych miała się zacząć 20 czerwca. Tydzień po odebraniu dyplomu Sutryk pojawił się już jako członek rady nadzorczej Regionalnego Centrum Gospodarki Wodno-Ściekowej w Tychach. Ten sam dyplom otworzył mu drzwi do rady nadzorczej Śląskiego Centrum Logistycznego w Gliwicach i Kolei Dolnośląskich. Łącznie w trzech spółkach zarobił prawie pół miliona złotych).

Mechanizm był prosty: Sutryk z kilkoma innymi prezydentami miast zorganizowali sobie dodatkowy zarobek, zatrudniając się nawzajem w spółkach miejskich. Prezydent Wrocławia zatrudniał kolegę z Tychów, prezydent Tychów trafiał do Wrocławia. Dyplom MBA był biletem wstępu – wymaganym formalnie, zdobytym, jak twierdzi prokuratura, w sposób korupcyjny.

Pytania, na które nie ma odpowiedzi

Sprawa Sutryka rodzi pytania, które nie dotyczą tylko jego samego. Dlaczego zmieniono naczelnika delegatury Prokuratury Krajowej w Katowicach – tej samej instytucji, która wszczęła i prowadziła to postępowanie – w kluczowym momencie proceduralnym?

Dlaczego wątek Wrocławskiego Parku Technologicznego nie jest kontynuowany? Według aktu oskarżenia były rektor Collegium Humanum Paweł Cz. zeznał prokuratorowi wprost: „Nie wykonywałem żadnych prac opisanych w temacie umowy zlecenia" – chodzi o fikcyjny kontrakt w WPT, który miał być łapówką za dyplom Sutryka (źródło: Wrocław.Wyborcza.pl). Tymczasem na liście oskarżonych ani nawet podejrzanych nie figuruje Maciej Potocki – prezes WPT, który ze strony spółki zawierał bądź zlecał zawarcie tych umów z rektorem. Dlaczego?

Dlaczego bohaterowie wrocławskich układów nadal zarządzają miejskim mieniem? Marian D., którego nazwisko pojawia się w kontekście wrocławskich powiązań, wciąż pełni funkcję na lotnisku. Mechanizm – jak opisuje Wrocław.Wyborcza.pl – polegał na opłacaniu popleczników ze spółek publicznych i umacnianiu za to ich lojalności. W sprawę zaangażowani byli bardzo ważni urzędnicy na dworze Jacka Sutryka. Urząd refinansował studia i szkolenia w Collegium Humanum o wartości setek tysięcy złotych. Nic się nie zmieniło. Układ trwa, choć urzędników na studia wysyła się dziś w mieście niechętnie. Stracili uczciwi pracownicy, poza tym nic się nie zmieniło. Układ trwa.

Dlaczego sąd odmówił Gazecie Wrocławskiej wglądu do aktu oskarżenia, stosując argumentację podobną do linii obrony samego Sutryka – o domniemaniu niewinności, ochronie dobrego imienia i przedwczesności ocen (źródło: Gazeta Wrocławska)? Czy sprawa zostanie przeprowadzona za zamkniętymi drzwiami?

Dwie prędkości jednego państwa

Warto zestawić ze sobą dwa obrazy. Gdy prokuratura badała podpisy Szymona Hołowni – politycznego rywala obecnej koalicji – organy państwa działały błyskawicznie. Decyzja zapadła w krótkim czasie i wywołała polityczną burzę. Tymczasem prezydent miasta z aktem oskarżenia liczącym setki stron czeka na pierwszą rozprawę bez podanego terminu. Mamy uzasadnione wątpliwości, czy sprawa zakończy się przed końcem obecnej kadencji Sutryka. Jeśli nie – to wygrana jest dla układu. Dla wrocławian oznacza to coś prostego: przez całą kadencję ich miastem rządzi człowiek z aktem oskarżenia w szufladzie, a sprawiedliwość może zaczekać w kolejce między wnioskami o odroczenie i zmianami właściwości sądów.

Wrocław zasługuje na więcej. W szczególności na odpowiedzi.

Tekst oparty na publicznie dostępnych materiałach prasowych i procesowych. O winie lub niewinności oskarżonych orzeknie sąd.

 


Powstanie speckomisja rady aby mieszkańcy płacili mniej za śmieci. We Wrocławiu?

  1. Powstanie speckomisja rady aby mieszkańcy płacili mniej za śmieci. We Wrocławiu?

Nie! W Czechowicach-Dziedzicach, gdzie radni powołali doraźną komisję do analizy systemu gospodarowania odpadami. We Wrocławiu większość rządząca odrzuciła identyczny wniosek. Różnica jest prosta: Czechowice liczą pieniądze. Wrocław jest w opinii rządzących na tyle bogaty, żeby móc ignorować problem - a w najgorszym razie przerzucić jego koszty na mieszkańców. Ustawowy sufit to dziś 70 zł od osoby miesięcznie.

Śmieci w Czechowicach są sprawą poważną

Rada Miejska w Czechowicach-Dziedzicach powołała doraźną komisję do analizy i nowelizacji systemu gospodarowania odpadami komunalnymi. Komisja ma sprawdzić zapisy i regulaminy tak, by były jak najkorzystniejsze dla mieszkańców - i jak najtańsze. Przewodniczący nowej komisji Radosław Hudziec nie owijał w bawełnę: "Wszyscy wiemy, że dynamiczny wzrost kosztów uderza w naszych mieszkańców". Burmistrz Marian Błachut zapowiedział, że prace komisji powinny zakończyć się w czerwcu, a wnioski posłużą zmianom w regulaminie, które umożliwią ogłoszenie nowego przetargu.

Czechowice to miasto, które nie może sobie pozwolić na beztroskę. Rachunki za śmieci rosną, a każda złotówka ma znaczenie.

Wrocław jest bogaty, najwyżej mieszkańcy zapłacą więcej

We Wrocławiu wniosek o powołanie podobnej komisji zgłosił radny Piotr Uhle z klubu Naprawmy Przyszłość. Liczby, które przytoczył, są porażające: postępowania przetargowe na odbiór odpadów ogłoszono w marcu 2025 roku i po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki - łącznie ponad pół miliarda złotych, bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu.

Odpowiedź większości była krótka. Wiceprezydent Michał Młyńczak nazwał wniosek "polityczną grą na czas" i rekomendował jego odrzucenie. Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych Koalicji Obywatelskiej. Komisja nie powstanie. Zamiast niej powołano zespół w spółce Ekosystem, która za obecny wrocławski śmieciowy bałagan odpowiada. Czy w takiej konfiguracji możliwa jest uczciwa ocena obecnego systemu? Jak będą przebiegać prace? Zobaczymy już niebawem - pierwsze posiedzenie w przyszłym tygodniu.

Nadchodzą podwyżki. Jak wysokie?

Wrocław płaci dziś 41,24 zł od osoby miesięcznie - stawka nie zmieniła się od ponad trzech lat. Brzmi niedrogo? Od 31 marca 2026 roku maksymalna ustawowa stawka opłaty za odpady komunalne wynosi 70 zł od mieszkańca miesięcznie - to wzrost z dotychczasowych 63,34 zł, wynikający z nowego obwieszczenia Prezesa GUS o dochodach rozporządzalnych.  (podatkowyreferat) Między tym, co Wrocław pobiera dziś, a tym, co może pobrać jutro, jest prawie 30 złotych różnicy - na osobę, co miesiąc. Na rodzinę czteroosobową to około 1400 zł rocznie.

Zamiast analizować, dlaczego system kosztuje tyle co kosztuje i jak go naprawić, miasto zostawiło sobie narzędzie zastępcze: podwyżkę. Jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje teraz zespół powołany przy spółce Ekosystem - czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Czechowice liczą swoje złotówki. Wrocław wie, że podwyżki dla mieszkańców będą dużym ciosem, ale to poświęcenie, które urzędnicy są gotowi ponieść w imię krycia niekompetencji kolesi.

fot. Oskar Piecuch / czecho.pl


KO w objęciach Sutryka - maski opadły

KO w objęciach Sutryka - maski opadły

W ubiegłym tygodniu ostatnie maski opadły. Koalicja Obywatelska oficjalnie przyznała się do pełnej kolaboracji z prezydentem Jackiem Sutrykiem. Nic tak nie łączy jak wspólny interes - i właśnie ten interes, a nie dobro mieszkańców Wrocławia, stał się fundamentem nowego politycznego układu. Układ ten ma swoją cenę - i zapłacą ją wrocławianie.

W KO wygodnie jest mieć krótką pamięć

KO nie przeszkadza ani brak rzetelnych audytów w spółkach miejskich, ani fasadowy charakter konkursów lub ich całkowity brak. Nie przeszkadza afera Collegium Humanum, która wstrząsnęła środowiskiem akademickim. Nie przeszkadza afera śmieciowa ani rozpasane apetyty deweloperów bliskich władzy - apetyty skrzętnie zaspokajane przez ekipę Sutryka przez ostatnie lata kosztem zwykłych mieszkańców. Słowem: KO wchodzi w mariaż z ekipą, która - zdaniem wielu wyborców tej partii - powinna być rozliczona, a nie nagradzana koalicyjnym parasolem. Z ekipą, która mimo zapowiedzi nie była w stanie zrealizować obietnic formacji Tuska dotyczących standardów rządzenia we Wrocławiu. Wchodząc w ten układ, KO po prostu oszukuje własnych wyborców.

Co każdy z tego ma

Logika tego układu jest prosta i brutalna zarazem. Wyposzczeni działacze KO, szczególnie ci sceptyczni do tej pory względem polityki ratusza, ruszą po nowe stanowiska w spółkach i urzędach. Awansowani decydenci będą zaspokajać oczekiwania środowisk, które od lat czekają na swoją kolej, odsunięte dotąd na boczny tor.

Partia wypełnia własny interes: dostaje władzę i możliwość wzmocnienia zaplecza przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu. Skwapliwie realizuje przy okazji wolę Donalda Tuska, który zażądał spokoju na Dolnym Śląsku - bo po krwawych wewnętrznych wyborach KO jest osłabiona i dryfuje bez wyraźnego kursu strategicznego. Poza jednym: więcej władzy dla swoich w mieście i województwie. Po co im ta władza? Tym będą przejmować się później.

Sutryk dostaje to, czego potrzebuje najbardziej: komfortowe rządzenie do 2029 roku bez presji opozycji zdolnej do realnego rozliczania władzy. Jeśli odnowione małżeństwo przetrwa - a obu stronom zależy, żeby przetrwało - wspólnie namaszczą kandydata na następcę i zadbają o ciągłość układu.

A mieszkańcy?

Czas pokaże, czy na tym politycznym handlu skorzystają wrocławianie. Może nowa koalicja okaże się sprawniejsza niż dotychczasowy układ. Może część zaległych obietnic w końcu zostanie zrealizowana. Optymizm jest jednak trudny do uzasadnienia, gdy patrzy się na to, jak ten sojusz powstawał i co było jego rzeczywistą walutą przetargową. Dowiemy się wkrótce, bo rzeczywistość będzie poddawała odnowione małżeństwo KO-Sutryk licznym próbom i testom.

Jedno jest pewne - dobro mieszkańców nie było przy negocjacyjnym stole przedmiotem głębokiej debaty ani tym bardziej twardych gwarancji. Było najwyżej tłem, na którym rozgrywano partyjne interesy. Wrocławianie dowiedzą się, ile są warte złożone obietnice - tak jak zawsze: po czasie.

To na ich krótką pamięć liczą dziś reprezentanci lokalnej elity władzy KO. Naszą rolą będzie o złożonych obietnicach przypominać.


Jak czarował rzeczywistość prezes Ekosystemu - sprawdzamy fakty

Jak czarował rzeczywistość prezes Ekosystemu - sprawdzamy fakty

Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił dziś wywiadu, w którym tłumaczył, dlaczego od ponad roku Wrocław nie może rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. A jedno zdanie - o kompetencjach - brzmi wyjątkowo ironicznie w kontekście tego, co wiemy o wynikach spółki w sądach.

„Krytykują nas ludzie, którzy nie znają się na prawie zamówień publicznych"

To cytat z wywiadu. Prezes odniósł się do internetowej krytyki, sugerując, że pochodzi ona od osób niemających pojęcia o realiach przetargów publicznych. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.

Spółka Ekosystem prowadziła przetarg wartości ponad miliarda złotych. W jego toku przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W jednej z kluczowych spraw sądowych - dotyczącej odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów recyklingu - Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok, w którym stwierdził wprost:

„Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze." (wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.)

Innymi słowy: prawnicy Ekosystemu pojawili się na sali sądowej i nie przedstawili argumentów. Sąd nie mógł zastąpić profesjonalnego pełnomocnika. Sprawa została przegrana przez zaniedbanie. To nie jest kwestia trudnych przepisów - to błąd wykonawczy.

Podobnie przy próbie unieważnienia przetargu: KIO zakwestionowała decyzję spółki, wskazując, że nie uprawdopodobniła ona zdarzeń stanowiących podstawę unieważnienia, a według doniesień do Izby ponownie nie dostarczono wszystkich wymaganych dokumentów.

Pytanie, które warto zadać głośno: skoro kompetencja prawna miałaby być barierą dla oceny działań spółki - to jak ocenić samą spółkę w świetle tych wyroków?

„Poprzedni przetarg też trwał ponad rok i też był unieważniony"

Prezes Karpiński przywołał przetarg z 2023 roku jako precedens świadczący o tym, że długie postępowania to norma.

To twierdzenie jest prawdziwe - ale jednocześnie jest mistrzowskim przykładem selektywnej pamięci.

Tamten przetarg unieważniono z konkretnego powodu: oferty złożone przez firmy były zbyt drogie. Procedura zatem dotarła przynajmniej do etapu, w którym firmy złożyły oferty. Można je było ocenić. Można było podjąć decyzję.

Obecny przetarg nie dotarł nawet do tego punktu. Ekosystem przez ponad 400 dni nie był w stanie doprowadzić do ogłoszenia jednolitej specyfikacji warunków zamówienia (SWZ). Oferty nie zostały złożone. Nie zostały otwarte. Nie było czego porównywać.

Porównanie obu postępowań przez prezesa sugeruje, że historia się powtarza i że to normalne. W rzeczywistości obecna sytuacja jest gorsza - nie o stopień, lecz o jakość. Wcześniej przetarg był długi. Teraz przetarg jest zablokowany na etapie, który poprzednio nie sprawiał problemów.

„Nie straciliśmy ani jednego miesiąca"

To zdanie z wywiadu zasługuje na szczególną uwagę - bo jest nie tylko nieprawdziwe, ale wręcz odwrotne do tego, co dokumentują fakty. I to na wielu poziomach jednocześnie.

Zwłoka po wyroku KIO. Ekosystem unieważnił prowadzone postępowania przetargowe. Wykonawcy zaskarżyli tę decyzję. KIO wyrokiem z 9 marca 2026 r. uznała unieważnienie za podjęte z rażącym naruszeniem prawa i nakazała jego uchylenie oraz kontynuowanie postępowań. Było to orzeczenie jednoznaczne - nie pole do interpretacji, lecz nakaz. Wykonanie tego wyroku zajęło spółce ponad miesiąc.

Wyrok o danych mieszkańców - pół roku w szufladzie. To nie jedyna sprawa przed KIO, którą spółka zlekcważyła. We wrześniu 2025 r. Izba orzekła przeciwko Ekosystemowi w sprawie dotyczącej przekazywania firmom śmieciowym danych właścicieli nieruchomości. Pełnomocnicy spółki nie byli w stanie wykazać przed KIO, że interesy mieszkańców są właściwie chronione - i zarząd po prostu odpuścił odwołanie. Konsekwencja? Zamiast naprawić problem proceduralnie, spółka zaproponowała zaskakujące wyjście: uchwałę Rady Miejskiej, która zobligowałaby mieszkańców do podawania imienia, nazwiska, numeru telefonu i adresu e-mail pod rygorem grzywny do 5000 zł. Projekt trafił pod obrady w kwietniu 2026 r. - czyli ponad pół roku po wyroku. Eksperci wskazują, że proponowane przepisy wykraczają poza delegację ustawową i są niezgodne z RODO. Wyrok zapadł we wrześniu. Reakcja: sześć miesięcy milczenia, a potem nielegalny projekt uchwały.

Odwołanie Alby - i tak nie ma specyfikacji. Prezes w wywiadzie sugeruje, że to odwołanie złożone przez firmę Alba blokuje przetarg. To prawda - odwołanie formalnie wstrzymuje postępowanie. Ale jest w tym pewien szczegół. Gdyby Alba jutro wycofała swoje odwołanie, otwarcie ofert i tak by się nie odbyło. Dlaczego? Bo Ekosystem do dziś nie dysponuje ostateczną, gotową specyfikacją warunków zamówienia (SWZ). A gdy tylko taka specyfikacja powstanie - wykonawcy będą mogli złożyć do niej kolejne odwołania. Odwołanie Alby jest więc wygodnym ekranem, za którym kryje się znacznie bardziej fundamentalny problem: spółka nie skończyła roboty, którą powinna była skończyć dawno temu.

Historia, którą warto zobaczyć całą. Żeby w pełni zrozumieć, co kryje się za słowami „nie straciliśmy ani jednego miesiąca", warto spojrzeć na historię wrocławskich przetargów śmieciowych:

Ogłoszenie Złożenie ofert Wynik
04.03.2013 07.05.2013 Wybór wykonawcy 17.05.2013
15.04.2016 08.06.2016 Wybór wykonawcy 21.06.2016
03.03.2020 03.09.2020 Wybór wykonawcy 15.09.2020 (pandemia, KIO się zamknęło)
12.04.2022 13.07.2022 Przetarg unieważniony
06.09.2022 20.01.2023 Przetarg unieważniony (zbyt drogie oferty)
14.06.2023 21.08.2023 Wybór wykonawcy 01.09.2023
03.2025 - Po ponad 400 dniach: brak ofert, brak SWZ

Tak - zawsze były odwołania i pytania do specyfikacji. Tak jak wszędzie w Polsce przy przetargach tej skali. Ale jak widać z tabeli, nawet w czasie pandemii, gdy KIO dosłownie się zamknęło, Wrocław potrafił przeprowadzić przetarg od ogłoszenia do wyboru wykonawcy w sześć miesięcy. Obecne postępowanie po ponad 400 dniach nie dotarło nawet do złożenia ofert. To nie jest norma. To jest osobna kategoria porażki.

Żadnego miesiąca nie stracono. Pół miliarda złotych - wydano z wolnej ręki. Miesiąc zwłoki po wyroku KIO nakazującym działanie stracono. Sześć miesięcy bezczynności po wyroku w sprawie danych mieszkańców - też.

„Brakuje nam własnych instalacji, żeby ustabilizować rynek"

To jest jeden z nielicznych momentów wywiadu, w którym Karpiński mówi coś zasadniczo prawdziwego. Brak własnej infrastruktury przetwarzania odpadów rzeczywiście pozbawia miasto narzędzi do negocjowania cen i uniezależnienia się od oligopolu firm śmieciowych.

Ale jest pytanie, które w wywiadzie nie padło: kiedy to się miało zacząć zmieniać?

Przywołajmy przykład z innego polskiego miasta. Bydgoska komunalna spółka ProNatura podpisała umowę z NFOŚiGW na dofinansowanie budowy nowoczesnej sortowni w maju 2020 roku - w środku pandemii COVID-19. Mimo przesunięć spowodowanych covidem i wojną w Ukrainie, sortownia została odebrana zgodnie z planem pod koniec grudnia 2023 roku. Całość zajęła 3,5 roku. Koszt: 89 mln zł netto, z czego ponad 41 mln zł pokrył NFOŚiGW. Efekt: jedna z najnowocześniejszych linii sortowniczych w Polsce, osiągająca 90% skuteczności odzysku poszczególnych frakcji.

Wróćmy do Wrocławia. Kiedy skończyła się ta historia? Poprzednie przetargi Ekosystemu unieważniono z powodu zbyt wysokich cen na przełomie lat 2022–2023. Każdy rozsądny zarząd spółki komunalnej powinien był w tamtym momencie wyciągnąć jeden oczywisty wniosek: jesteśmy zakładnikami rynku, bo nie mamy własnych instalacji. Trzeba to zmienić.

Gdyby Ekosystem w 2022 roku podjął decyzję o inwestycji w sortownię, dziś moglibyśmy ją otwierać. Bydgoszcz pokazała, że 3,5 roku wystarczy. Pandemia nie przeszkodziła. Wola wystarczy. O ile poprawilibyśmy nasze wyniki sortowania odpadów? Zależnie od przepustowości - nawet o 5-6 punktów procentowych, co oznacza zmniejszenie kar za przekroczenie norm selektywnej zbiórki odpadów o grube miliony złotych.

Zamiast tego: kolejny przetarg, kolejne problemy, kolejne umowy z wolnej ręki. I dopiero teraz, po 411 dniach chaosu, prezes informuje, że powołano „zespół z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej", który ma przeanalizować sytuację i wydać rekomendacje.

Analiza zamiast działania. Raport zamiast instalacji. W Bydgoszczy w tym czasie śmieci już się sortują.

„56% recyklingu nie osiągniemy"

To zdanie pada w wywiadzie niemal mimochodem, bez komentarza. Ale jego konsekwencje są poważne.

Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł prawomocnie, że odpowiedzialność za nieosiągnięcie ustawowych poziomów recyklingu spoczywa na mieście - nie na wykonawcach. Miasto nie może przerzucić kar na firmy. Uznano, że wykonawcy nie mają realnego wpływu na to, jak mieszkańcy segregują odpady u źródła.

„Nie możemy obciążać wykonawców poziomami recyklingu” – kolejna zasłona dymna

W narracji prezesa Karpińskiego wyrok zakazujący przerzucania na firmy obowiązku osiągania poziomów recyklingu brzmi jak wyrok ostateczny. Sugestia jest prosta: prawo związało nam ręce, nic nie dało się zrobić. Sprawdziliśmy – to kolejna półprawda, która ma przykryć brak procesowej skuteczności spółki.

Wyroki nie są absolutne. Poglądy prawne, na które powołuje się Ekosystem, nie mają charakteru dogmatu. Orzecznictwo wskazuje wyraźnie: odpowiedzialność wykonawcy zależy od tego, jak precyzyjnie skonstruowano specyfikację (SWZ) i jakich argumentów zamawiający użył przed sądem, by bronić swoich zapisów. Innymi słowy – to nie prawo jest „złe”, to argumentacja spółki mogła być zbyt słaba, by przekonać sędziów.

Inne gminy nadal to robią. Podczas gdy we Wrocławiu ogłasza się niemożność, w wielu innych gminach wykonawcy wciąż są rozliczani z poziomów odzysku odpadów. Co więcej, istnieją wyroki potwierdzające taką praktykę, wydane już po głośnym orzeczeniu wrocławskim.

  • Przykład? Wyrok KIO z 9 stycznia 2026 r. (sygn. KIO 5301/25).

Izba potwierdziła w nim, że odpowiedzialność wykonawcy jest możliwa do utrzymania, o ile zamawiający potrafi ją profesjonalnie uzasadnić.

Zaniechanie zamiast walki. Dla mieszkańców Wrocławia można było wywalczyć znacznie bezpieczniejszy układ – choćby podział odpowiedzialności za kary finansowe między miasto a firmy. Taki „bezpiecznik” chroniłby portfele wrocławian przed milionowymi karami, które teraz w całości spadną na budżet miasta.

Spółka Ekosystem jednak nie podjęła w tym zakresie skutecznej walki. Wybrano najprostszą drogę: kapitulację przed roszczeniami firm i przerzucenie całego ryzyka na mieszkańców. Kolejny raz okazuje się, że to nie przepisy są barierą, ale brak determinacji i kompetencji w ich egzekwowaniu.

Kary za nieosiągnięcie poziomu 56% recyklingu zostaną opłącone z konta Wrocławia. Prezes nie wie, ile wyniosą - nie szacował. Wiemy natomiast, że przy skali wrocławskiego systemu mowa będzie o dziesiątkach milionów złotych. Ci, którzy za to zapłacą, nie mają nic wspólnego z przetargami, odwołaniami ani KIO. To mieszkańcy, ale nie w rachunkach za śmieci, bo to nielegalne. Zapłacimy za to z budżetu miasta - kosztem szkół, dróg i parków.

Prezes mistrzem zasłony dymnej ale kosztem rzetelnej informacji dla mieszkańców

Prezes Karpiński w wywiadzie jest sprawny retorycznie. Mówi o systemowych ograniczeniach - i w dużej mierze ma rację. Ale retoryka ta służy temu, by uwaga skupiała się na przepisach i firmach odwoławczych, a nie na tym, co spółka robiła lub czego nie robiła przez ostatnie lata.

Mamy ponad 400 dni bez rozstrzygnięcia. Mamy pół miliarda złotych wydane bez przetargu. Mamy przegrane sprawy sądowe z powodu błędów własnych prawników. Mamy brak jakichkolwiek działań inwestycyjnych, mimo że inne miasta - w czasie pandemii - budowały nowoczesną infrastrukturę. Mamy CBA w ponad 20 lokalizacjach.

I mamy prezesa, który wyjaśnia, że krytykują go ludzie niekompetentni.

Mieszkańcy Wrocławia zasługują na więcej niż wyjaśnienia. Zasługują na wyniki.


Afera śmieciowa: Pół miliarda bez przetargu, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Nie będzie speckomisji śmieciowej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Radni lojalni wobec Sutryka nie chcą się przepracowywać i poparli wniosek o jej odrzucenie.

Wniosek zgłosił wiceprezydent Michał Młyńczak. Poparło go 19 radnych Koalicji Obywatelskiej, 10 było przeciw, dwoje wstrzymało się od głosu. Komisja, która miała zbadać, dlaczego od ponad roku nie da się we Wrocławiu rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci i dlaczego miasto wydaje setki milionów złotych z wolnej ręki, nie powstanie. Większość rządząca uznała, że nie ma czego badać.

407 dni, pół miliarda i ani jednego rozstrzygniętego przetargu

Liczby, które przytoczył wnioskodawca Piotr Uhle (klub Naprawmy Przyszłość), są wprost porażające. Postępowania przetargowe na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów komunalnych w sześciu sektorach Wrocławia ogłoszono w marcu 2025 roku. Po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. Spółka Ekosystem przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki: w czerwcu 2025 r. na ok. 136 mln zł, w październiku 2025 r. na 192 mln zł, w marcu 2026 r. na 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych — bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, na warunkach, których szczegółów miasto nie ujawnia.

Tryb z wolnej ręki, jak wynika z prawa zamówień publicznych, zarezerwowany jest dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu kolejnemu przetargowi od kilkunastu lat, „nieprzewidywalność" to argument trudny do utrzymania.

Jest jeszcze drugie dno. Już w 2026 roku miasto ma ustawowy obowiązek osiągnąć 56-procentowy poziom recyklingu odpadów komunalnych. Niewypełnienie progu oznacza wielomilionowe kary. Sądy w toku postępowań ustaliły, że odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów tym razem nie udało się przerzucić na wykonawców — zostanie ona w całości po stronie miasta. Eksperci wskazują, że kluczowy wyrok został wydany na skutek nieudolności i niekompetencji spółki w trakcie sprawy sądowej. Więcej o tym przeczytacie w tekście "Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa".  W uzasadnieniu do wyroku czytamy:

"Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska.
Sąd Okręgowy uznał, że tak sprecyzowane żądania w zakresie kosztów nie nadają się do rozpoznania, tym bardziej biorąc pod uwagę, że strona skarżąca była zastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze”
(wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.).

Trudno też wytłumaczyć różnice cenowe. W Chrzanowie ten sam wykonawca, co we Wrocławiu, przetwarza tonę bioodpadów za 746 zł. We Wrocławiu — za 1310 zł. Niemal dwa razy więcej u tej samej firmy. Wrocławianie zrzucają się na śmieci w Chrzanowie, bo tam jest konkurencja a w stolicy Dolnego Śląska - oligopol i nieudolna spółka organizująca przetargi.

Co miała robić komisja

Projekt klubu Naprawmy Przyszłość zakładał powołanie ciała, które przez pół roku zająłby się systemem odpadowym całościowo: oceną jego funkcjonowania, analizą zamówień publicznych, sytuacji finansowej, otoczenia rynkowego, a na końcu — wypracowaniem rekomendacji obniżenia kosztów i stawki opłaty dla mieszkańców. Raport miał trafić do rady do końca października 2026 r.

Uhle podkreślał, że nie chodzi o powielanie pracy komisji rewizyjnej, której tegoroczny plan kontroli obejmuje wyłącznie spółkę Ekosystem. Komisja doraźna miała patrzeć szerzej: na cały system. Intencję wnioskodawca wyłożył wprost, odwołując się do napisu w sali sesyjnej: „Być narodowi użytecznym. I my dzisiaj zdajemy pewnego rodzaju test czy egzamin, czy nam się chce pracować na to, żeby być użytecznym, czy po prostu chodzi o to, żeby użytecznym byli inni, a nam było wygodnie".

Linia obrony większości: „polityczna gra na czas"

Klub Koalicji Obywatelskiej, który w radzie ma zdecydowaną większość, zajął stanowisko negatywne. Przewodniczący Robert Leszczyński sugerował, że wnioskodawca raport ma już właściwie napisany i że komisja byłaby ciałem do „hucpy politycznej". Krytyczne uwagi wniosła Komisja Statutowa: zakres działania komisji uznano za zbyt szeroki jak na ciało doraźne.

Najmocniejsze stanowisko zajął jednak wiceprezydent Michał Młyńczak — i to on dwukrotnie wnosił o odrzucenie projektu. „Ta podkomisja, co do której pan radny Uhle dzisiaj składa, to jest polityczna gra na czas" — mówił. „Panu poprzez tą podkomisję zależy na kontynuowaniu w ciągłym, w trybie permanentnym tego, aby nie doprowadzić po prostu do finałowych rozstrzygnięć przetargowych i grać dalej na czas. Grać dalej na to, aby wprowadzać medialny szum, chaos i w tym zakresie pełną manipulację".

Riposta Uhlego była najmocniejszym momentem debaty. - Jeżeli pan uważa, że moje intencje są takie, żeby wpłynąć na wynik przetargu, to proszę iść i zawiadomić prokuraturę. Normalnie bym tak powiedział, tylko już to zrobiliście. Problem jest taki, że to nie do moich drzwi załomotało CBA, tylko do innych drzwi panie prezydencie — odpowiedział wiceprezydentowi.

PiS: koalicji nie chce się pracować

Projektowi klubu Uhlego poparcia udzieliło Prawo i Sprawiedliwość. Przewodniczący Łukasz Kasztelewicz stawiał diagnozę bez ogródek: „Coś się źle dzieje w Ekosystemie. Powinniśmy to sprawdzić. Nie wiem, dlaczego taka wielka obrona". I dalej: „Wiadomo, że są pewne procedury prawne. (...) Ale to już trwa półtora roku. Wszystko przegrywacie, czego się nie tkniecie".

Pod adresem KO Kosztelewicz nie owijał w bawełnę. - Wam się po prostu nie chce pracować w Radzie Miejskiej. (...) Jedyne co możecie robić, to po prostu głosować za, za, za wszystkimi projektami suflowanymi przez pana prezydenta".

Sympatię dla projektu wyraził też Sławomir Śmigielski (Lewica), zarazem przewodniczący komisji rewizyjnej. „Coś jest na rzeczy, ewidentnie coś jest na rzeczy" — mówił o branży, w której „nie pies merda ogonem, ale ogon merda psem". Andrzej Kilijanek (KO) zaproponował alternatywę — sesję nadzwyczajną poświęconą wyłącznie odpadom — i złożył wniosek formalny o informacje od prezydenta dotyczące spalarni i miejskiego przedsiębiorstwa wywozu odpadów. Dominik Kłosowski (Lewica) opowiadał się za przywróceniem MPO przynajmniej na ćwiartce miasta, mówiąc o Wrocławiu jako „zakładniku kilku podmiotów".

Anatomia głosowania

Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych KO. Przeciw odrzuceniu — czyli za powołaniem komisji — 10 osób: trzyosobowy klub Naprawmy Przyszłość (Janas, Nowotarski, Uhle), siedmioro radnych PiS (Kasztelowicz, Kilijanek, Krzeszowiec, Kurczewski, Olbert, Piwoński oraz Śmigielski). Wstrzymały się dwie osoby — Dominika Kontecka i Krzysztof Zalewski. Pięcioro radnych obecnych nie wzięło udziału w głosowaniu.

Co znaczące, Dominik Kłosowski, który w trakcie debaty mówił o wrocławskim oligopolu firm śmieciowych i postulował powrót do MPO, ostatecznie zagłosował za odrzuceniem projektu wraz z klubem KO.

Co dalej i czego nie będzie

Po odrzuceniu uchwały jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje zespół powołany przy spółce Ekosystem — czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Komisja rewizyjna zbada w 2026 roku samą spółkę, ale nie cały system. Przetargi, których nie udało się rozstrzygnąć przez 407 dni, pozostają nierozstrzygnięte. Umowy z wolnej ręki — kontynuowane.

A pytanie, które debata pozostawia bez odpowiedzi, brzmi prosto: jeśli największy klub w radzie sam przyznaje, że problem odpadowy jest realny — „sprawy odpadowe są nam w klubie bliskie i wiemy, jak ważna to jest rzecz", jak deklarował Leszczyński — to dlaczego odrzucił jedyne narzędzie systemowej analizy poza samą spółką? I komu na rękę jest, by analiza skupiła się tam, gdzie kontrolowani sami sobą rządzą?

Mieszkańcy Wrocławia, którzy ostatecznie zapłacą za ten paraliż w opłacie śmieciowej, odpowiedzi na te pytania nie usłyszeli.

Ilustracje, poza wynikiem głosowania, zostały wygenerowane za pomocą narzędzi AI.