Dlaczego Renata Granowska powinna powołać męża na prezesa Śląska Wrocław

Od przekazania przez miasto 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław wiceprezydent Renata Granowska dwoi się i troi, by przejąć kontrolę nad klubem. Mamy dla pani prezydent radę od serca. Pani Renato! Zamiast tracić czas na udawanie procedur i niepotrzebny teatrzyk powinna Pani obsadzić funkcję prezesa Śląska Wrocław swoim mężem.

30 milionów powodów

30 milionów, które trafiło ostatnio na działalność Śląska Wrocław rozbudza wyobraźnię wielu. Szczególnie tych przedsiębiorczych, którzy wiedzą jak się robi pieniądze na sporcie. Śląsk Wrocław miał „szczęście” do takich ludzi przez wiele, wiele lat.

Nic więc dziwnego, że na nowo zainteresowanie zawodową piłką nożną przejawiła Renata Granowska. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego na nowo? Przecież w lożach VIP można było panią prezydent widzieć regularnie.

Otóż jeszcze nie tak dawno próbowała przekonać opinię publiczną, że „nigdy nie zajmowałm się sportem zawodowym w mieście i nie zajmuję się. Sport zawodowy jest poza mną”.

Wówczas zarzucano jej konflikt interesów. Tak się składa, że gdy wielomilionowe dotacje z miasta otrzymywał Śląsk Wrocław Handball – jego prezesem był mąż wiceprezydentki. Znany ze zdolności do dorabiania, niezależnie czy to w jeleniogórskich wodociągach czy też w… sierocińcu, co wzbudziło powszechne i uzasadnione oburzenie opinii publicznej.

Przywracamy ręczne sterowanie?

Dziś jednak takich skrupułów wiceprezydent Granowska nie ma i zapomniała, że zawodowym sportem nigdy miała się nie zajmować. Teraz już się „znowu” zajmuje.

Nie tylko pojawiła się przebrana w bluzę klubu na spotkaniu z kibicami, gdzie zebrała wiele krytycznych i oburzonych obecną sytuacją uwag. Kibice mieli wypomnieć jej współodpowiedzialność za kolesiostwo, niegospodarność i spadek Śląska do pierwszej ligi. Niezrażona, za plecami zarządu, miała prowadzić rozmowy o ratunkowym zatrudnieniu Ryszarda Tarasiewicza na stanowisku głównego trenera.

Zrobiła to pomimo obietnic, że ręcznego sterowania nie będzie. Pytana przez Gazetę Wrocławską przyznała, że z racji pełnionego stanowiska spotyka się z różnymi osobami, aby rozmawiać o piłce nożnej i sporcie.

Ale zaraz, zaraz. To jak to miało być? Czy ktoś uważa Wrocławian za idiotów czy po prostu ordynarnie kłamie? Pani prezydent jednak zajmuje się zawodowym sportem i miała potężny konflikt interesów gdy przekazywała dotację na klub prowadzony przez jej męża?

Mieszkańcom i kibicom obiecywano koniec ręcznego sterowania. Miało nie być wchodzenia do szatni, co obiecywał Jacek Sutryk. Miało skończyć się uzgadnianie strategii klubu i negocjowanie kontraktów zawodników w gabinetach polityków. Miało skończyć się zwalnianie dyrektorów sportowych przez urzędników. Wszystko miało być pięknie. Ale nadszedł czas, a wraz z czasem – nadeszła Ona.

Uroki władzy – wszystko zostaje w rodzinie

Nie jest tajemnicą, że nic pani Granowskiej nie „kręci” jak władza. Nie tylko zbudowała sobie pozycję utkaną na niemoralnych zależnościach finansowych radnych miejskich. Nie tylko korzysta z przywilejów władzy takich jak wystawne jedzenie i picie opłacane służbową kartą czy też szampańska zabawa na służbowych wyjazdach do dalekich krajów. Nie tylko wchodzi na głowę Jackowi Sutrykowi do tego stopnia, że niektórzy nazywają ją „nadprezydentką”. Zdaniem innych to za mało – bardziej właściwym tytułem wydaje się być Grafini bądź Księżna Wrocławia.

Teraz Renata Granowska chce ręcznie sterować klubem piłkarskim. Oczywiście, to pani prezydent się należy, nie śmiemy polemizować. Tylko po co te cyrki i ceregiele. Prezesem klubu powinien zostać doświadczony małżonek pani Renaty – Wojciech. Przyśpieszy to obieg informacji i nikt nie będzie miał wątpliwości co do tego, że zarząd realizuje wolę właściciela. Oficjalną strategię będzie można ustalić np. przy niedzielnym, rodzinnym rosole.

Złośliwi mogą powiedzieć, że do wskazywania zarządowi woli właściciela jest Rada Nadzorcza i Biuro Nadzoru Właścicielskiego. Aby ułatwić sprawę na funkcji jednoosobowej Rady widzielibyśmy Roberta Leszczyńskiego. Ten emerytowany żołnierz od dłuższego czasu pełni rolę młodszego kapciowego na dworze Granowskiej i w wolnych chwilach egzekwuje jej wolę w klubie Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej mogłoby być oszczędnością dla finansów państwa, bo wówczas Leszczyński nie musiałby upychać swojej rodziny po zaprzyjaźnionych urzędach.

Wszyscy będą zadowoleni, bo decyzyjność i władza będą skupione w jednych rękach. Ktoś zakrzyknie, że władza absolutna deprawuje absolutnie. I pewnie coś w tym może być. Bo jednolitość władzy to również jednolita i pełna odpowiedzialność za porażki. A ta może nadejść szybciej, niż się niektórym wydaje.

Czy przez Granowską Śląsk zmarnuje ostatnią szansę na odbudowę zaufania?

Sytuacja jest tak tragiczna, że niewiele pozostaje poza pustym śmiechem. Ostatnia szansa, którą dostał Śląsk Wrocław od radnych może zostać zaprzepaszczona ze względu na apetyt na władzę i wpływy jednego środowiska.

Na Śląsk Wrocław patrzy teraz cały kraj. Żaden miejski klub po serii upokarzających porażek sportowych i finansowych nie dostał takiego koła ratunkowego na nowy start jak nasz – wszystkich podatników wrocławskich – klub.

Zadaniem dziennikarzy, polityków, opinii publicznej i – szczególnie – oddanych kibiców będzie teraz szczegółowa obserwacja wszelkich decyzji, które będą zapadały w Śląsku w najbliższych miesiącach. Bo każda decyzja podjęta pod dyktando polityków, którzy chcą bawić się w menedżerów piłkarskich za nasze pieniądze będzie ze swojej definicji podejrzana.

Każdy rodzic, który kocha swoje dziecko wie, że nie zawsze właściwym rozwiązaniem jest wyciągnięcie z kieszeni kolejnego cukierka. Nadszedł czas odpowiedzialności i konsekwencji. A pani Granowska powinna swoje chciwe na władzę ręce trzymać od klubu z daleka, choć talentu do wykrywania dobrych interesów trudno jej odmówić.

Do sprawy będziemy jeszcze wracać, bo jest do czego.


PETYCJA POPARCIA W SPRAWIE WZMOCNIENIA ROLI RAD OSIEDLI WE WROCŁAWIU

NIEZALEŻNY KONGRES OSIEDLOWY

Jako Mieszkańcy Wrocławia, obecni i byli Radni Osiedlowi, osoby planujące kandydowanie w nadchodzących wyborach do Rad Osiedli oraz sympatycy społecznych ruchów miejskich i działań obywatelskich, zwracamy się z niniejszą petycją do Prezydenta Wrocławia oraz Rady Miejskiej Wrocławia o realne wsparcie i wdrożenie postulatów wypracowanych podczas pierwszego Niezależnego Kongresu Osiedlowego.

Kongres odbył się 13 września 2025 roku i zgromadził przedstawicieli wielu Wrocławskich osiedli, środowisk społecznych oraz osoby aktywnie zaangażowane w sprawy lokalne. W obliczu kończącej się w 2026 roku pięcioletniej kadencji Rad Osiedli oraz nadchodzących wyborów, uznajemy ten moment za kluczowy dla przyszłości samorządu osiedlowego we Wrocławiu. Radni Osiedlowi pełnią swoją funkcję społecznie, działając najbliżej mieszkańców i najlepiej znając realne lokalne potrzeby, wyzwania oraz potencjały rozwojowe. Zaangażowanie Radnych Osiedlowych może przynieść rzeczywiste i trwałe efekty jedynie wówczas, gdy funkcjonowanie jednostek pomocniczych gminy oparte jest na stabilnych, przejrzystych i nowoczesnych zasadach. Dotychczasowe doświadczenia jednoznacznie wskazują, że bez systemowych zmian potencjał osiedli pozostaje w dużej mierze niewykorzystany oraz pozbawiony sprawczości.

POODPISZ PETYCJA DO PREZYDENTA WROCŁAWIA I RADY MIEJSKIEJ WROCŁAWIA

My niżej podpisani, uznajemy, że osiedla stanowią fundament życia lokalnego oraz kluczowy element naszej wspólnoty samorządowej. To właśnie w osiedlach koncentruje się codzienne życie mieszkańców, ich potrzeby i wyzwania, a także potencjał dla rozwoju społecznego i obywatelskiego. Dostrzegamy jednak, że dotychczasowy model funkcjonowania osiedli w Gminie Wrocław wymaga dalszych zmian, aby sprostać nowym wyzwaniom. Potrzebna jest wspólnie nakreślona wizja, która uczyni z osiedli realnie sprawcze organy samorządu lokalnego, wyposażone w odpowiednie kompetencje, narzędzia i zasoby. Kierując się zasadą odpowiedzialności za nasze małe ojczyzny, przedstawiamy poniżej memorandum zawierające postulaty, które powinny stać się podstawą reformy osiedli w naszym mieście.

1. KOMPLEKSOWA REFORMA OSIEDLI
- Szeroka i kompleksowa analiza potrzebnych zmian uwzględniająca jednocześnie ważne aspekty funkcjonowania osiedli.
- Prowadzenie rzetelnych konsultacji z Mieszkańcami oraz Radami Osiedli.
- Transparentny dostęp do informacji dotyczących przebiegu prac Zespołu ds. Reformy Osiedli oraz regularna publikacja podjętych ustaleń.

2. PILNA CYFRYZACJA OSIEDLI
- Wprowadzenie cyfrowego rejestru uchwał, pism, wniosków oraz otrzymanych odpowiedzi.
- Obowiązkowa transmisja audiowizualna przebiegu sesji i komisji Rad Osiedli wraz z umożliwieniem prac w trybie hybrydowym.
- Wdrożenie jednolitej platformy cyfrowej do komunikacji z mieszkańcami, zgłaszania problemów i prowadzenia konsultacji.

3. WZMOCNIENIE KOMPETENCJI, SPRAWCZOŚCI I ZNACZENIA OSIEDLI
- Umożliwienie kierowania uchwał i wniosków w formie „interpelacji” oraz obowiązku otrzymania odpowiedzi w określonym terminie.
- Wprowadzenie mechanizmu udziału przedstawicieli osiedli w posiedzeniach komisji i sesjach Rady Miejskiej oraz cyklicznych spotkań z władzami miasta.
- Możliwość korzystania z pomieszczeń i lokali obiektów gminnych bez zbędnych formalności  i opłat, a także do bezpłatnego dyżuru radców prawnych.

4. STABILNE FINANSE OSIEDLI
- Wdrożenie jednolitego i przejrzystego algorytmu podziału środków budżetowych dostosowanego do powierzchni osiedla, liczby mieszkańców oraz zabudowy mieszkalnej.
- Stworzenie Funduszu Infrastruktury Osiedlowej dotyczącego bieżących remontów, modernizacji i napraw istniejącej infrastruktury publicznej.
- Ustalenie podstawowych stawek diet Radnych Osiedlowych w zależności od pełnionych funkcji, finansowanych bezpośrednio z budżetu gminy.

PODSUMOWANIE

Wzywamy zatem Prezydenta Wrocławia oraz Radę Miejską Wrocławia do podjęcia rzeczywistego, partnerskiego dialogu z przedstawicielami osiedli oraz do wdrożenia powyższych postulatów jako elementu kompleksowej reformy jednostek pomocniczych gminy. Przedstawione postulaty stanowią efekt szerokiej debaty, wymiany doświadczeń oraz wspólnej pracy Radnych Rad Osiedli, Mieszkańców, społeczników i ekspertów, zaangażowanych w sprawy lokalne z perspektywy praktycznej i obywatelskiej.


Wybory w KO: stronnicy ratusza łączą siły, czy Jaros pójdzie va banque?

Ratusz otwiera szampana. Już dawno we Wrocławiu tak wiele nie zależało od tak niewielu. W najlepsze trwają układanki w Koalicji Obywatelskiej. Mamy poniedziałek, a nie ucichł huk wystrzelonych korków z butelek szampana we wrocławskim ratuszu. Anna Sobolak wycofała się z kandydowania na szefową miejskich struktur KO i zdecydowała się o poparciu urzędowego pupilka — Roberta Leszczyńskiego. Razem mogą liczyć na sto kilkadziesiąt głosów i zająć istotną pozycję w walce o zwycięstwo. To pierwszy ruch jednoczący frakcje Śmieciowych Królowych (Granowskiej i Sobolak) z frakcją urzędniczą.

Władza lubi spokój

To dobry znak dla wszystkich, których cieszy ekipa, która czerpie szerokimi strumieniami korzyści z władzy we Wrocławiu. Dla wszystkich, którzy bezrefleksyjnie poparli przekazanie następnych 30 mln zł na Śląsk Wrocław, popierają niepobieranie należytej kontrybucji od spekulantów na rynku patodeweloperskim, tworzą szklarniowe warunki do rozwoju prywatnych firm śmieciowych i wspierają panoszącą się po mieście i wszechobecną kolesiozę.

Kanapy wracają do gry

Czy Leszczyński uzyska poparcie kanap w gabinecie Grzegorza Schetyny przy ul. Ofiar Oświęcimskich? Póki co oficjalnym kandydatem na szefa wrocławskich struktur KO jest Jarosław Duda-Latoszewski. Kiedyś członek rządu i europoseł, dziś prezes wojewódzkiego DOLMED-u, który obrusza się, gdy ktoś nazwie go kierownikiem przychodni. Po odsunięciu środowiska kanapowego od wpływów w piłkarskim Śląsku Wrocław na pewno połączenie sił ze stronnictwem ratuszowym będzie trudne, ale nie niemożliwe. Sto kilkadziesiąt głosów Leszczyńskiego i 30–40 Dudy to poważna zaliczka do starcia, które nadchodzi wielkimi krokami.

Dwór się kruszy

Czy taka liczba głosów wystarczy? Na pewno będzie łatwiej wobec podziału w dawnym środowisku Jarosa. Od wiceministra w rządzie Donalda Tuska odwróciło się wielu wiernych mu przez lata działaczy. Kością niezgody była polityka szarej eminencji na dworze Jarosa, czyli Maurycego Graszewicza. Ten, zamiast pozyskiwać poparcie dla swojego pryncypała, to je trwonił angażując się w konflikty, obrażając się i przede wszystkim nieustannie intrygując.

Bunt Bryłki

Punktem przełomowym było zerwanie się spod kontroli Graszewicza Krzysztofa Bryłki, który pokazał, że posiada własną pozycję w partii. Nie dość, że nie pozwolił wymienić się w kole na osobę z otoczenia rodzinno-towarzyskiego Graszewicza, to zgłosił swoją kandydaturę na szefa KO we Wrocławiu. Bryłka to były szef koła Wrocław w Nowoczesnej, bez sukcesów ubiegał się o mandat poselski. Po przejściu do Platformy był identyfikowany z Jarosem.

Jaros gra va banque

Według coraz częściej pojawiających się informacji w sztabie Jarosa zrozumieli już, że wystawianie Graszewicza byłoby strategicznym błędem i obnażyłoby słabość środowiska. Dlatego otoczenie wiceministra z Wrocławia podjęło decyzję o zmianie kandydata. Jednak nie chodzi o logiczną — wydawać by się mogło — decyzję o zakopaniu topora wojennego i poparcie Bryłki, a start… samego Michała Jarosa.

Jaros, mimo poniesionych strat, w partii jest nadal popularny. Ostro wypowiada się o polityce miejskiej, jednak w poglądzie na współpracę z magistratem osamotniony przez radnych wybranych z list ułożonych mu przez Graszewicza. Czy wystarczy mu głosów, by przegonić ewentualny sojusz Leszczyńskiego i Dudy? Z pewnością dużo łatwiej byłoby, gdyby nie to, że jego środowisko będzie miało dwóch kandydatów — jego samego i Bryłkę. Wygląda na to, że w związku z tym wypadają z gry o najwyższe stawki, choć Jaros zarejestrował swoją kandydaturę tylko na poziomie regionalnym. Jak będzie ostatecznie? Dowiemy się w najbliższych dniach.

Cichy gracz z Nowoczesnej

Wszystkiemu przygląda się z pewnego dystansu Tadeusz Grabarek, który ogłosił swoje ambicje powalczenia nie tylko o Wrocław, ale również o cały Dolny Śląsk. Grabarek często mówi o sobie, że jest maksymalistą i wieść gminna niesie, że do partii wstąpił z niemałą liczbą członków Nowoczesnej. Ci członkowie to osoby w większości dość niedawno przyjęte do partii, są więc zaangażowani, mają opłacone składki członkowskie i zapewne licznie wezmą udział w wyborach.

Dlatego mniej istotne wydają się krytyczne wobec Platformy Obywatelskiej i Jacka Sutryka wypowiedzi Grabarka, które wypominają mu media. Bardziej istotne jest to, czy aktyw Nowoczesnej nie podzieli się na ostatniej prostej. Gdy dobrze przyłoży się ucho tu i tam, to słyszymy, że chrapkę na funkcję szefowej miejskich struktur miała posłanka z Nowoczesnej, Jolanta Niezgodzka. Lider formacji raczej nie popiera jej ambicji, bo na niedzielnym dwudziestopięcioleciu KO Grabarek wystąpił w otoczeniu innych kobiet samorządu — Magdaleny Razik-Trziszki oraz Magdaleny Piaseckiej.

Podsumowanie: wybory, które pokażą układ sił

Wybory w miejskiej Koalicji Obywatelskiej we Wrocławiu zapowiadają się nie jako starcie programów, lecz test realnych wpływów i zdolności mobilizacji partyjnego zaplecza. Nie dajmy się jednak zwieść – waga tych wyborów dla dalszego funkcjonowania miasta jest pierwszorzędna i wyznaczy dynamikę prac Rady Miejskiej Wrocławia, w której KO nadal ma samodzielną większość.

Z jednej strony widać konsolidację środowisk związanych z ratuszem i administracją miejską, z drugiej — wyraźne pęknięcie w obozie Michała Jarosa. W tle pozostaje Nowoczesna z własnymi ambicjami i potencjałem organizacyjnym. Najbliższe tygodnie pokażą, czy decydująca okaże się logika jednoczenia frakcji wokół władzy, czy też mobilizacja partyjnych struktur przeciwko niej. Jedno jest pewne — wynik tych wyborów będzie miał znaczenie nie tylko dla lokalnych struktur KO, ale dla całego układu politycznego we Wrocławiu.

Z całą pewnością czeka nas jeszcze wiele zwrotów akcji, dlatego zachęcamy do śledzenia naszej strony!


Kto kogo wygryzie w KO? Cztery frakcje wchodzą na pole bitwy

Wczoraj zarysowaliśmy stawkę wyborów wewnętrznych w KO. Dziś postaramy się opisać cztery najważniejsze frakcje i środowiska, które staną w szranki o polityczne życie, stołki, kariery i wpływy. Nie dowiecie się z tego tekstu dużo o interesach mieszkańców, które podnoszą na sztandary politycy, bo tego po prostu nie robią. W politycznej walce na śmierć i życie chodzi o coś zupełnie innego.

Czy szara eminencja wyjdzie z cienia?

Pierwsza frakcja jest związana z szefem partii w regionie, Michałem Jarosem. W wyborach reprezentować ma ją Maurycy Graszewicz. Dziś szeregowy członek zarządu regionu, ale ma opinię szarej eminencji partii i najbliższego doradcy dzisiejszego szefa regionu. Człowiek doświadczony i bardzo sprytny, jednak do formy anegdoty urosły opowieści o tym jak objęcie tej samej funkcji obiecywał niemalże jednocześnie dwóm lub trzem osobom. A że zainteresowani dowiedzieli się o sprawie to… już nikt nie miał ochoty z Graszewiczem rozmawiać. Jednego nie można mu odmówić – w zdolności do jednoczenia partyjnego ludu przeciwko sobie mógłby stawać w szranki z weteranem platformerskich bojów – Jarosławem Charłampowiczem.

Zwycięstwo Graszewicza może oznaczać, że we Wrocławiu wiele się nie zmieni – jego nieoficjalne rządy w partii nie przełożyły się do tej pory na postawienie choćby trudnych warunków prezydentowi Sutrykowi.

Śmieciowe królowe przejmą Wrocław?

Drugie środowisko to ekipa Renaty Granowskiej. Wiceprezydent Wrocławia najchętniej wystartowałaby sama, ale została z hukiem wyrzucona z partii. Dlatego w walce o szefową struktur reprezentować będzie ją posłanka Anna Sobolak. Łączona przez Gazetę Wyborczą z wrocławską aferą śmieciową parlamentarzystka była bohaterką jednego z naszych ostatnich tekstów pt. „Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?” – zachęcamy do lektury. Smaku historii dodaje wybitny i pełen szacunku występ posłanki w Radio Rodzina, w której pyta co ma jej dobrze wykształcony mąż w życiu robić, CIECIEM BYĆ?

Kto wie czego jeszcze dowiemy się o tej historii, gdyż w ostatnich tygodniach śledztwo w tej sprawie wszczęła katowicka delegatura Prokuratury Krajowej. Tak, TA delegatura.

Ale nie dajmy się zwieść, to Granowska kieruje swoją spółdzielnią. Sobolak będzie chciała przywrócenia pryncypałki do partii i pełnej współpracy partii ze oskarżonym o korupcję i oszustwa Jackiem Sutrykiem. To będzie potwierdzenie, że partia popiera wszystkie patologie, które obciążały Granowską – dotacje dla klubu sportowego zarządzanego przez jej męża, dorabianie w sierocińcu, płacenie służbową kartą i na koniec bardzo ważne: wulgarność i ogólny niski poziom kultury osobistej. To będą zachowania w partii nie tylko oficjalnie tolerowane ale wyniesione wręcz na sztandary.

Zwycięstwo Sobolak to zła informacja, dla wszystkich, którzy chcą zmian we Wrocławiu. Nie spodziewamy się jednak, by tą perspektywą martwili się właściciele firm śmieciowych obsługujących miasto.

Wraca nowe: czy to znów czas Grzegorza Schetyny?

Trzecie środowisko gromadzi się na kanapach w gabinecie Grzegorza Schetyny. Doświadczony i wytrawny gracz jakim jest były Marszałek Sejmu, Wicepremier i szef MSZ (a można wymieniać jeszcze długo!) już zaklepał sobie miejsce na wypadek przegranej w walce o polityczne być albo nie być. W przypadku, gdyby spotkał go brak sensownej propozycji startu do parlamentu – nagrodą pocieszenia ma być dla niego prezydentura Wrocławia.

Jego czempionem w walce o kierowanie strukturami KO we Wrocławiu może być zarówno wiceprezydent Michał Młyńczak jak i radny Robert Leszczyński, który niedawno ochoczo kandydaturze „Grzegorza” ochoczo przyklasnął i to jeszcze w telewizji.

Schetyna traci wpływy we Wrocławiu, trudno inaczej oceniać ostatnie zmiany w Śląsku Wrocław. Michał Mazur, który niedawno utracił funkcję prezesa klubu, był człowiekiem kojarzonym z byłym marszałkiem Sejmu. Sutryk go zwolnił i zastąpił niezależnym Remigiuszem Jezierskim. Zmiana wydaje się być obiecująca, ale miało wzbudzić na wspomnianych kanapach gniewny pomruk niezadowolenia.

Młyńczak i Leszczyński to wierni żołnierze. Jednak ten pierwszy gdyby wystartował okazałby pewną nielojalność względem swojego oficjalnego szefa – Jacka Sutryka. Leszczyński jest szefem klubu KO a zawodowo pracuje bezpośrednio z sekretarzem generalnym partii – Marcinem Kierwińskim. To jego silne, warszawskie plecy. Czy wystarczą?

Zwycięstwo tego środowiska oznacza powrót do tego, co było. W Śląsku Wrocław oraz na styku z wielkim biznesem deweloperskim, który dziś i tak jest znakomicie obsługiwany przez Jacka Sutryka. Dla zwykłego mieszkańca oznacza to stagnację. I wiele, wiele publicznych milionów na Śląsk Wrocław.

Nowoczesna zmiana? Czyli jaka?

Czwarte środowisko to nieoczekiwanie wchodząca przebojem do KO Nowoczesna. Do walki stanąć ma radny Tadeusz Grabarek, który jako szef dolnośląskich struktur .N zadbał, by jej członkowie licznie stawili się jako kandydaci do nowej-starej partii. Zaskoczenie liczebnością struktur u niektórych polityków było tak duże, że zaczęli się (z pewnymi sukcesami) domagać weryfikacji wszystkich związanych z dawną partią Ryszarda Petru. Jednak patronat Adama Szłapki, którym może wylegitymować się Grabarek, z pewnością pomoże w odnalezieniu drogi do ucha przewodniczącego Tuska w razie gdyby sprawa miała stanąć na ostrzu noża.

Czego można spodziewać się po zwycięstwie Grabarka? Ludzie Nowoczesnej chcą by struktury powiatowe miały realną sprawczość. Największym zagrożeniem jest tu Renata Granowska, która nie tylko ośmieszyła władze partii żonglowaniem umowami koalicyjnymi. Jest również realnym obciążeniem wizerunkowym dla formacji, co potwierdziły władze partii usuwając kontrowersyjną polityczkę ze swojego grona.

Dlatego ludzie Nowoczesnej najpewniej będą chcieli doprowadzić do wymiany wiceprezydent Granowskiej na swojego człowieka, który nie będzie obciążony aferalną przeszłością. To również sposób, by pokazać sprawczość, skuteczność i zdolność do wymuszenia ustępstw na Jacku Sutryku.

Kto miałby zastąpić Granowską? Wiele mówi się o obecnym szefie urzędowego departamentu Kultury i Sportu, Jarosławie Perducie. To doświadczony w pracy samorządowej specjalista, szanowany i lubiany w instytucjach kultury. Wielokrotnie był przymierzany przez media nawet do funkcji Prezydenta Wrocławia.

Zwycięstwo Grabarka nie zmieni wiele w relacjach KO – Jacek Sutryk ale wymiana Granowskiej, gdyby zakończyła się powodzeniem – z pewnością sprawiłaby, że wielu urzędników, aktywistów, ludzi kultury i organizacji pozarządowych odetchnęłoby z ulgą.

Czy do wyścigu dołączą czarne konie?

Dla kronikarskiego porządku dodajmy, że przez część działaczy do funkcji szefowej KO we Wrocławiu przymierzana jest również Jolanta Niezgodzka, posłanka Nowoczesnej. Czy w .N się dogadają czy nie – dowiemy się w nadchodzących tygodniach.

W grze mogą pojawić się również czarne konie. W ostatnich dniach z funkcji wiceprezesa Dozamelu (spółki Skarbu Państwa) odwołany został Krzysztof Bryłka. Dziennikarze spekulują, że ma to związek z rozluźnieniem jego związków z Maurycym Graszewiczem. Bryłka nie dość, że ośmielił się wystartować w wyborach w jednym z kół przeciwko kandydatce związanej ze wspomnianym dżentelmenem, to jeszcze ośmielił się je wygrać! To zaliczka kilkudziesięciu szabel, które we wrocławskich szrankach mogą okazać się istotne.

Podobnym czarnym koniem może okazać się radny Mateusz Żak, dziś wiceszef wrocławskich struktur KO oraz pełniąca funkcję szefowej partii w mieście senator Barbara Zdrojewska. Trudno dziś jednak szacować ich szanse, tak samo jak wykluczyć i to, że wobec trudnego wyboru pojawi się ktoś nowy, kto uczyni wybór jeszcze trudniejszym.

Potrzeba się nieźle napracować, by wszystko zostało po staremu

Jak widać na tak zarysowanym planie pola bitwy – kandydatów nie brakuje. 20 lutego mija czas na formalne zgłoszenia, więc wówczas dowiemy się jak zakończy się trwający obecnie proces preselekcji kandydatów. Realny jest jednak scenariusz, w którym członkowie KO będą mieli bardzo szeroki wybór. Który może zakończyć się niedużymi różnicami w wyniku poszczególnych kandydatów. I choć w wyborach drugiej tury jak w Polsce 2050 nie będzie – może zabraknąć wyraźnego zwycięzcy.

To będzie oznaczało nie tylko słaby mandat ale również trudności ze zbudowaniem trwałego układu władzy. Ta będzie musiała być zbudowana w oparciu o egzotyczne koalicje. To oznacza wieczne dyskusje i awantury, przeciągające się w czasie decyzje. I małą sprawczość.

Dylematy słabszych graczy: Grabarek czy Granowska?

Tymczasem będziemy obserwować twarde starcie pomiędzy Renatą Granowską a Tadeuszem Grabarkiem. Kto wyjdzie z niego zwycięsko? Wiele może zależeć od Maurycego Graszewicza, który prędzej czy później musi zrozumieć, że jego szanse na zwycięstwo nie graniczą nawet z czysto matematycznymi. Czy zdecyduje się zasypać rowy podziałów z Renatą Granowską, kopane od lat? Czy też poprze Grabarka, którego dołączenie do KO próbował z wielkim wysiłkiem zablokować lub przynajmniej zmniejszyć liczebność jego drużyny?

Na podobne pytanie musi odpowiedzieć sobie środowisko kierujące polityką z kanap w gabinecie Grzegorza Schetyny.

Sutryk obstawia… wszystkich

Cichym zwycięzcą wyborów w KO jest już dziś… Jacek Sutryk. Każdy z wariantów konserwuje jego władzę i dzieli odpowiedzialność za grzechy z partią obecnej władzy. W ratuszu mogą spać spokojnie.

A co z mieszkańcami? Przecież to o ich dobro ma w tym wszystkim chodzić. Mieszkańcy niech dziś uważnie obserwują, bo salon wybiera sobie nową konfigurację. Ważne, by cały proces czytać bez upiększania i rozumieć jakie interesy stoją za poszczególnymi środowiskami.

 


W tych wyborach nie zagłosujesz a i tak mogą zmienić Twoje miasto

Nadchodzą wybory, które zdecydują o przyszłości Wrocławia i choć większość naszych czytelników nie będzie mogła w nich zagłosować. Zadecydują o tym interesy których grup zgromadzonych wokół Wrocławia będą „na wierzchu”.

Te wybory to wewnętrzne wybory w Koalicji obywatelskiej. Trwają już teraz w kołach, ale już 8-go marca poznamy liderów struktur dolnośląskich i wrocławskich. W międzyczasie będziemy obserwować przejawy tej walki w lokalnych mediach.

Jak przebrnąć przez ten chaotyczny czas i nie utracić najważniejszych wątków sprzed oczu? Przygotowaliśmy dla Ciebie, Czytelniku, serię tekstów, które bez mydlenia oczu, bez upiększania pomogą zrozumieć co dla przyszłości miasta oznaczają przepychanki pomiędzy środowiskami, które rządzą stolicą Dolnego Śląska oraz dzielą – stanowiska i frukta. Gotowi? No to zaczynamy!

Kto będzie dzierżył długopis?

Jaka jest stawka tych wyborów? Pewnie myślisz, drogi czytelniku, że chodzi o możliwość odsunięcia grup interesów od spraw Wrocławia? Rozwiązania jego palących problemów ze śmieciami, z patodeweloperką albo doprowadzenie do dobrej prywatyzacji Śląska Wrocław?

Rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna i przyziemna. Partyjny wyścig to swoisty wyścig po długopis, którym stworzone będą listy wyborcze – najpierw do Sejmu i Senatu (2027 r.), później do samorządu i Parlamentu Europejskiego (2029 r.). A jak wiemy – nic nie rozbudza partyjnych emocji lepiej niż to kto będzie na liście i na którym (najlepiej biorącym) miejscu. Dlaczego? Bo ich kształt decyduje o politycznym przetrwaniu polityków oraz o tym, kto będzie rządził klubowymi dobudówkami partii w Radzie Miejskiej Wrocławia, Radzie Powiatu Wrocławskiego oraz w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego.

Stawka jest zatem olbrzymia, bo długopis politycznego życia i śmierci będzie znajdował się w rękach tych, którzy tę batalię wygrają. Zachowanie dobrych relacji z dzierżycielem długopisu to podstawa partyjnej piramidy Maslowa.

Kto się naje a kogo czeka polityczny post?

Ale to nie wszystko. Ostatnie miesiące i lata pokazały nam również, że struktury partii decydują o umowach koalicyjnych. Na ich podstawie powołuje się na poszczególne funkcje – oficjalnie wiceprezydentów, przewodniczących rad i sejmiku. Nieoficjalnie – o powoływaniu prezesów spółek, rozdawaniu rad nadzorczych czy zatrudnianiu kolesi w podległych instytucjach.

Dlatego poza podstawą piramidy Maslowa – przetrwaniem – walka toczy się o potrzeby nieco wyższego rzędu. Chodzi bowiem o zapewnienie środków do życia dla polityków i ich najbliższych. Oraz – oczywiście – o rozwój ich karier.

Do tego dochodzi cała inna lista potrzeb wyższego rzędu – komu dokopać, kogo poniżyć, kogo przeczołgać, na kim wywrzeć zemstę. Komu dać szansę, by sprawdził się w biznesie. Albo czyje biznesy powinny we współpracy z publicznymi podmiotami rozkwitać.

Prawdopodobnie część z czytelników zadaje sobie teraz pytanie: a to nie chodzi o to, żeby mieszkańcom się lepiej żyło? Przecież to oni finansują praktycznie całą tę zabawę? Bez zbędnego cynizmu: prawie każdego z polityków, gdy o to zapytacie powiedzą: oczywiście, chodzi o dobro mieszkańców. A cicho pomyślą, że najpierw zajmą się tym jak mieszkańcom to dobro odebrać.

Medialne echa walki buldogów pod dywanem

Po wyrzuceniu z PO Renaty Granowskiej obowiązki szefowej miejskich struktur pełni senator Barbara Zdrojewska. Polityczka zachowuje jednak powściągliwość i nie zaskoczyła w ostatnich miesiącach opinii publicznej żadnym zdecydowanym ruchem. Jej strategia to raczej doprowadzenie struktur do wyborów bez większych wstrząsów.

A do wyborów szykują się wszystkie istotne środowiska w Koalicji Obywatelskiej. Jej przejawy dostrzegamy w mediach. Otóż odkryta niedawno przez Gazetę Wyborczą afera wokół posłanki Sobolak ma być tylko przejawem jej wewnętrznej wojny z szarą eminencją KO – Maurycym Graszewiczem. Według doniesień Wyborczej jej mąż miał świadczyć wysoko wyceniane usługi doradcze dla firm śmieciowych obsługujących Wrocław (czytaj więcej: czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?) Sobolak ze znaną sobą gracją odciągała uwagę w Radio Rodzina od potencjalnego konfliktu interesów i z poczuciem wyższości wobec ciężko pracujących ludzi zapytała gdzie miałby pracować jej mąż, BYĆ CIECIEM?

Z kontrofensywą ruszył dystansujący się dotychczas od wrocławskich spraw szef dolnośląskich struktur KO, Michał Jaros. W Radio Wrocław i Echo 24 krytykował wrocławski przetarg na zagospodarowanie odpadów, który ma kosztować mieszkańców już 60 mln zł. To oczywisty kamyczek do ogródka Sobolak. Dodatkowo krytycznie oceniał decyzję własnych radnych o przyznaniu kolejnych 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław. To piętno, którym naznaczane są pozostałe środowiska, które walczą o przejęcie i skapitalizowanie władzy we Wrocławiu.

Niedawno czytaliśmy również doniesienia o zwolnieniu z zarządu Dozamelu (spółka Skarbu Państwa) Krzysztofa Bryłki, który postawił się władzom partyjnym i ośmielił się wygrać wybory w kole.

Pokażemy to, co politycy chcieliby zachować w tajemnicy przed mieszkańcami

To tylko wycinek przejawów walki, która obecnie się toczy. Ale nie dajmy się zwieść. W interesie wszystkich polityków jest, by zwykli mieszkańcy nie byli w stanie wyraźnie odczytać jakie grupy i interesy uczestniczą w rozgrywce o władzę. Gdy politycy zajmują się sami sobą – tracą hamulce i przez moment można dostrzec realnie zarysowane linie podziału. Dlatego w interesie mieszkańców jest dobrze rozumieć kto, jakimi metodami i w imię czego ubiega się o władzę.

Z tego powodu dziś rozpoczynamy cykl tekstów, które będą bez zbędnego pudrowania obnażać mechanizmy układania się salonu wrocławskiej władzy na nowo. Pomożemy czytać i rozumieć cały proces bez upiększania i mydlenia oczu. I nie pozwolimy, by instrumentalnie traktowane przez polityków media odwracały uwagi od głównego przedmiotu problemu.

Pierwszy tekst, w którym pod lupę weźmiemy walczące ze sobą frakcje władzy już jutro, zapraszamy na niego już dziś!


FAT – za wcześnie na triumf. Dlaczego sprawa inwestycji deweloperskiej jeszcze się nie zakończyła

FAT – za wcześnie na triumf. Dlaczego sprawa inwestycji deweloperskiej jeszcze się nie zakończyła

W ostatnich tygodniach Urząd Miejski we Wrocławiu hucznie ogłosił, że projekt zabudowy dawnego FAT „został odrzucony” przez miasto. Ta informacja została szybko przyjęta w mediach lokalnych jako sukces społeczny i sygnał, że mieszkańcy wygrali walkę z patodeweloperką.

Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona: formalnie nic jeszcze nie zostało rozstrzygnięte, a inwestor wciąż może podjąć kolejne kroki prawne, które odsłonią realne zagrożenia dla przestrzeni miejskiej, jakości życia i budżetu Wrocławia.

Polityka miasta kontra realna procedura prawna

Radość z komunikatu Urzędu Miasta jest zrozumiała – w końcu urzędnicy chociaż dostrzegli argumenty mieszkańców i rad osiedli, które przez wiele miesięcy głośno podnosiły krytykę wobec planów dewelopera. Od konsultacji społecznych, spotkań, pism, publicznych debat po codzienną obecność obok miejsca inwestycji – to była wielomiesięczna praca społeczna i obywatelska.

Tyle że oficjalne komunikaty o rzekomym „odrzuceniu projektu” w kontekście FAT nie mają charakteru decyzji administracyjnej i nie kończą procedury niejako „raz na zawsze”. Urząd Miejski nie ma bowiem kompetencji do formalnego odrzucania projektów inwestycyjnych tego typu – jedynie wydaje opinię lub stanowisko. Prawna decyzja, która zaważy o losie inwestycji, musi zostać podjęta przez Radę Miejską Wrocławia, bo to ona jest właściwa do ustalenia lokalizacji inwestycji mieszkaniowej lub odmowy takiej zgody – zgodnie z art. 7 ust. 1 ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych i inwestycji towarzyszących tzw. „Lex Deweloper”.

To właśnie Rada – jako organ uchwałodawczy gminy – musi podjąć uchwałę o ustaleniu lokalizacji albo odmowie jej ustalenia; inaczej inwestycja nie może zostać zrealizowana w trybie specustawy.

Ustawa „Lex Deweloper” – nie taka groźna, ale kluczowa dla FAT

Specustawa mieszkaniowa, potocznie nazywana Lex Deweloper (ustawa z 5 lipca 2018 r. o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących), reguluje szczególne zasady realizacji inwestycji mieszkaniowych – m.in. możliwość lokalizacji inwestycji bez konieczności istnienia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, jeżeli zostanie ustalona lokalizacja przez radę gminy (miasta).

Art. 5 tej ustawy przewiduje, że inwestycji mieszkaniowej nie lokalizuje się na określonych obszarach chronionych, a inwestycję można przeprowadzić niezależnie od istnienia MPZP, jeżeli jest zgodna ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy.

To właśnie dlatego inwestor może jeszcze zgłosić wniosek do Rady Miejskiej, która formalnie decyduje o tym, czy zgodzić się na inwestycję w trybie tej ustawy.

Rady osiedli i petycje – głos społeczny się liczy, ale to nie koniec

W toku konsultacji społecznych i spotkań organizowanych w związku z planami inwestora na FAT radne i radni osiedli aktywnie wyrażali swoje stanowisko. Rada Osiedla Grabiszyn-Grabiszynek jednogłośnie przyjęła uchwałę negatywnie opiniującą koncepcję urbanistyczno-architektoniczną planowanej inwestycji – wskazując m.in. na ogromną skalę budowy wobec charakteru istniejącej zabudowy oraz potencjalne obciążenia komunikacyjne i społeczne tej części miasta.

Nie wszyscy radni stoją po stronie mieszkańców

To, co szczególnie powinno niepokoić, to fakt, że wśród radnych miejskich są osoby jawnie sprzyjające interesom inwestorów i deweloperów. To m.in. przewodniczący kluczowych komisji – Komisji Architektury i Urbanistyki oraz Komisji Gospodarki Komunalnej – Sebastian Lorenc i Dominik Kłosowski. W kontekście procedowania projektów inwestycyjnych ich stanowiska są istotne dla przebiegu dyskusji nad ewentualnym wnioskiem inwestora i przyszłą uchwałą Rady.

Oznacza to, że jeżeli w Ratuszu znajdą się woli politycznej, by takie projekty akceptować – inwestor może liczyć na wsparcie nie tylko w prezydencie miasta, ale również wśród części radnych.

Dlaczego nie możemy odpuszczać – ryzyko kolejnych prób

Gdyby inwestycja nie została zaakceptowana w trybie Lex Deweloper, inwestor nie zostaje zupełnie bez narzędzi. W rzeczywistości mają dalsze możliwości w postaci zastosowania innych narzędzi planistycznych (np. Zintegrowany Plan Inwestycyjny).

Potrzeba debaty, a nie triumfu

Największym zagrożeniem wynikającym z medialnych komunikatów o rzekomym „końcu sprawy FAT” jest uspokojenie czujności społecznej. Problem nie został rozwiązany raz na zawsze – tylko przesunął się w czasie. Jeżeli spojrzymy na inwestycję tylko jako na spór o jedną działkę, stracimy perspektywę systemową, która dotyczy tego, jak wrocławianie zdecydują o przyszłości własnego miasta.

To nie jest walka jednorazowa – to debaty o standardach urbanistycznych, roli konsultacji społecznych i udziale obywateli w decyzjach przestrzennych, które będą powracały przy każdej dużej inwestycji w mieście. Nie wolno nam się cofnąć teraz, kiedy dopiero otwierają się drzwi formalnej procedury decyzyjnej.

O przyszłości FAT niech zdecydują mieszkańcy

Na urzędników liczyć nie możemy. Na radnych również. Na dewelopera – co oczywiste – również. Tylko mieszkańcy mogą wskazać kierunki przyszłego zagospodarowania tego prestiżowego terenu.

Dlatego nie wolno czekać na kolejny kryzys. Czas rozpocząć społeczną dyskusję nad tym, co dopuszczamy w tej lokalizacji – w innym przypadku ktoś zrobi to za nas.


Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?

Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?

Coraz więcej faktów wskazuje, że wrocławski system gospodarowania odpadami nie jest jedynie technicznym problemem samorządu, lecz polem gry polityczno-biznesowej, w której kluczowe role odgrywają ci sami ludzie, te same nazwiska i te same spółki. Oficjalnie – same przypadki. Nieoficjalnie – sieć powiązań, która coraz bardziej przypomina ośmiornicę.

Afera, która nie chce zniknąć

We Wrocławiu od miesięcy mówi się o „aferze śmieciowej”. To określenie początkowo funkcjonowało w kuluarach – wśród radnych, urzędników i ludzi związanych z branżą odpadów. W ostatnich dniach światło dzienne ujrzały nowe fakty. Stało się to dzięki publikacjom medialnym i kolejnym decyzjom ratusza, które zamiast uspokajać sytuację, tylko ją komplikują.

Problem nie dotyczy wyłącznie pieniędzy, choć te – liczone w setkach milionów a nawet miliardach złotych – są tu kluczowe. Chodzi również o zaufanie do państwa i samorządu, o elementarne standardy przejrzystości oraz o pytanie, czy politycy i ich najbliżsi powinni funkcjonować jednocześnie po obu stronach stołu: tej publicznej i tej biznesowej.

Tym bardziej, że haracz na styku obu stron barykady płacą nie politycy a zwykli mieszkańcy

Gazeta Wyborcza odsłania kulisy

Iskrą, która rozpaliła dyskusję na nowo, był tekst wrocławskiej „Gazety Wyborczej”. Dziennikarze opisali w nim działalność męża prominentnej posłanki Koalicji Obywatelskiej, Anny Sobolak – polityczki od lat specjalizującej się w tematyce gospodarki odpadami.

Z ustaleń wynika, że mąż posłanki przez długi czas zarabiał bardzo duże pieniądze, doradzając jednej z największych firm śmieciowych działających na terenie Wrocławia. Samo doradztwo – w oderwaniu od kontekstu – nie byłoby niczym nagannym. Problem pojawia się wtedy, gdy spojrzymy na całą sieć zależności.

Znamy bowiem tylko wierzchołek góry lodowej. Wiemy o trzech fakturach na 60 000 zł. Jednak czy to wszystko? Czy doradztwo miało miejsce wyłącznie względem jednej firmy, która zarabia na wrocławskich śmieciach? Sprawa powinna być przedmiotem szczegółowej analizy. Opinia publiczna powinna poznać fakty, jednak tu wszystko zależy wyłącznie od dobrej woli posłanki. Wyłącznie wyspecjalizowane organy dysponują narzędziami do weryfikacji jak było naprawdę.

Kim jest Anna Sobolak?

Dla wielu mieszkańców Wrocławia Anna Sobolak zaistniała w przestrzeni publicznej dzięki emocjonalnemu nagraniu, w którym zwracała się do prezydenta Ukrainy słowami “You are our hero!” i “Sława Ukrainie”. Być może to stamtąd wzięła standardy w relacjach między parlamentem a biznesem? Niech ten medialny obraz nie przysłoni jednak faktu, że Sobolak jest posłanką pierwszej kadencji, która do Sejmu dostała się z 6. miejsca na liście Koalicji Obywatelskiej, zdobywając 7675 głosów.


Wcześniej była szerzej nieznana poza wąskim gronem działaczy partyjnych. W kampanii wyborczej dała się jednak zapamiętać z innego powodu – miasto i okoliczne powiaty zostały dosłownie zasypane banerami z jej wizerunkiem oraz hasłem: „Oczyśćmy Polskę”. Hasłem nośnym, sugestywnym i – jak się dziś okazuje – nabierającym nieoczekiwanie ironicznego znaczenia.

Po wejściu do Sejmu Sobolak szybko zaczęła budować swoją pozycję jako jedna z bardziej aktywnych posłanek w obszarze gospodarki odpadami. Regularnie zabiera głos w Sejmie, składa interpelacje i występuje jako ekspertka od systemów śmieciowych. Jej aktywność dotyczy nie abstrakcyjnych regulacji, lecz bardzo konkretnych mechanizmów funkcjonujących w samorządach, w tym we Wrocławiu.

To właśnie w tym miejscu zachodzi obawa, że może nastąpić zasadniczy konflikt interesów – nawet jeśli formalnie nie został on nigdzie stwierdzony.

Polityczne wspólniczki – interesy i wspólny wróg

Sobolak nie działa w polityce sama. Jej najbliższą sojuszniczką jest Renata Granowska i drogi obu pań od lat biegną blisko siebie. Gdy Granowska kierowała wrocławską Platformą Obywatelską, Sobolak była sekretarzem struktur i szefową sztabu wyborczego w wyborach samorządowych.

Gdy pojawiały się potrzeby personalne, na przykład zatrudnienie w starostwie powiatowym najbliższej rodziny prominentnych radnych PO – Sobolak miała odgrywać kluczową rolę. Starosta Powiatu Wrocławskiego był w końcu jej asystentem społecznym, podobnie jak jego córka.

Dziś, mimo formalnego usunięcia Granowskiej z partii, współpraca trwa.

Obie polityczki łączy dziś także wspólny przeciwnik: regionalny baron Koalicji Obywatelskiej, Michał Jaros, oraz jego najbliższe otoczenie. Konflikt wewnątrz KO przenosi się na poziom samorządów i spółek komunalnych, gdzie stawką są realne pieniądze i wpływy.

W tym kontekście decyzje dotyczące Ekosystemu i przetargu śmieciowego przestają być wyłącznie techniczne. Stają się elementem politycznej rozgrywki.

Mąż posłanki i firma śmieciowa

Mąż Anny Sobolak nie jest anonimowym konsultantem z zewnątrz. Przez lata był prezesem wrocławskiej spółki Ekosystem, czyli miejskiego podmiotu odpowiedzialnego za gospodarkę odpadami. W 2024 roku, już jako prywatny doradca, współpracował z firmą, która aktywnie działa na terenie miasta i żyje z kontraktów związanych z odbiorem i zagospodarowaniem śmieci.

Według medialnych ustaleń poza wystawianiem tej firmie faktur miał spotykać się w 2024 roku z dyrektorem jednego z kluczowych departamentów Urzędu Miejskiego Wrocławia, któremu podlega nadzór właścicielski nad spółkami komunalnymi.

W tym nadzór nad Ekosystemem.

Sport, polityka i pieniądze

Wspomniana firma śmieciowa sponsoruje między innymi Spartę Wrocław i Śląsk Wrocław Handball. Sponsoring klubów sportowych to sposób, by dotrzeć do prominentnych polityków. W tym przypadku wszystkie ślady prowadzą do Renaty Granowskiej. W jaki sposób?

W czasie, gdy mąż posłanki Sobolak świadczył dla niej usługi, prezesem WKS-u był Wojciech Granowski. Nazwisko nie jest przypadkowe.

Renata Granowska wchodzi do gry

Wojciech Granowski jest mężem Renaty Granowskiej – dziś pierwszej wiceprezydent Wrocławia, a wówczas szefowej wrocławskich struktur Platformy Obywatelskiej. To ona w okresie świąteczno-noworocznym 2024 roku, poza oficjalną ramówką, pojawiła się w Radiu Wrocław, by niespodziewanie skomentować sytuację w Ekosystemie. Skąd takie nerwowe posunięcie?

Poza tłumaczeniem się z dziwnych wydatków opłacanych służbową kartą (26 000 zł na jedzenie i picie), odniosła się do niespodziewanej dymisji Izabeli Piekielnik, która kilka dni wcześniej rzuciła papierami w atmosferze skandalu.

Granowska mówiła o swoich wątpliwościach dotyczących przetargu na zagospodarowanie odpadów. Zwracała uwagę, że nastąpiła konieczność zadania pytań i o bezpieczeństwie finansowym mieszkańców. To ona wówczas publicznie postulowała objęcie przetargu tzw. tarczą antykorupcyjną ABW i CBA.

Deklaracja brzmiała poważnie. Jak się zapewne domyślacie – żadnej tarczy nie było, ale więcej o tym przeczytacie poniżej.

Przetarg, który zmienia wszystko

Czy na politycznych układach korzysta śmieciowy oligopol? Ekosystem przygotowywał się w 2024 roku do jednego z największych przetargów w swojej historii – postępowania na zagospodarowanie odpadów komunalnych, wartego setki milionów złotych. Równolegle spółka zawierała umowy z wolnej ręki, również dotyczące tej samej sfery działalności.

Stroną tych umów – tak się składa – była firma, która płaciła mężowi posłanki Sobolak za doradztwo. Przypadek? Być może. Dla publicznych pieniędzy taka sytuacja jest jednak skrajnie niebezpieczna.

Zwłaszcza że rozmowy męża posłanki z urzędnikiem miejskim miały dotyczyć sytuacji w spółce, którą wcześniej sam zarządzał. Dla porządku dodajmy, że zarówno posłanka jak i jej mąż temu zdecydowanie zaprzeczają.

Tarcza, której nie było

Jak ujawniła w innym materiale Gazeta Wyborcza, Ekosystem nie złożył wniosku do CBA o objęcie przetargu specjalną tarczą antykorupcyjną, choć prezes Paweł Karpiński wielokrotnie zarzekał się, że każdy dokument jest sprawdzany przez służby. Samo postępowanie został ogłoszony znacznie później niż planowano. Zanim to się stało dymisję złożyła dotychczasowa Prezes Ekosystemu – co w spółkach komunalnych zdarza się niezwykle rzadko.

Zamiast uspokojenia sytuacji pojawił się chaos. A w obronę spółki zaangażowała się wiceprezydent Renata Granowska, odpowiedzialna za kulturę, sport i część funduszy europejskich. Dlaczego właśnie ona? Tego nikt oficjalnie nie wyjaśnił.

Jedno jest natomiast pewne: firma, na rzecz której pracował mąż posłanki Sobolak, nie straciła na tym zamieszaniu. Przeciwnie – wykonuje zlecenia bez przetargu po znacznie lepszej niż dotychczas cenie.

Cień śledztwa i aresztowań

Na tym tle szczególnie niepokojąco brzmi inny fakt. Na oficjalnej stronie miasta Wrocławia można znaleźć informację, że prezes i członek zarządu wspomnianej firmy śmieciowej zostali zatrzymani w śledztwie dotyczącym nielegalnego wysypiska odpadów w Rudnej Wielkiej. Sąd zdecydował o ich tymczasowym aresztowaniu.

Mimo to spółka nie zniknęła z rynku. Wręcz przeciwnie – nadal aktywnie działa we Wrocławiu, pozostaje beneficjentem miejskiego systemu i buduje swój wizerunek poprzez sponsoring sportu.

Przetarg w zawieszeniu

Miasto – pod pretekstem, który wielu ekspertów określa jako absurdalny – odwołało przetarg na zagospodarowanie odpadów. Jak dowiedzieliśmy się we wtorek – firmy śmieciowe złożyły odwołanie od tej decyzji do Krajowej Izby Odwoławczej. Jej wyrok może podlegać dalszym zaskarżeniom więc sprawa może się ciągnąć miesiącami.

A funkcjonowanie miasta na podstawie umów z „wolnej ręki” ma swoich beneficjentów.

W okresie bez przetargu ktoś musi odbierać i zagospodarowywać odpady. I niemal pewne jest, że największa część tych pieniędzy trafi do firm, która już wcześniej były bardzo poważnymi graczami na wrocławskim, oligopolicznym rynku.

Zapłacą za to – oczywiście – Wrocławianie i Wrocławianki. Jak czytamy w Inforze mogą zafundować także tańsze śmieci w innych miejscowościach, bo dzięki wrocławskiemu eldorado są w stanie zdobywać nowe rynki.

„Firmy odpadowe startujące w przetargach w całej Polsce potrafią na jednych rynkach agresywnie zaniżać ceny – po to, by wygrać postępowanie – a następnie „odbić” sobie straty, oferując zdecydowanie wyższe stawki tam, gdzie samorząd ma ograniczone pole manewru (…). Z publicznie dostępnych danych wyłania się dość czytelny obraz: te same podmioty potrafią na mniejszych rynkach oferować stawki nawet o kilkadziesiąt, a w niektórych frakcjach o kilkaset procent niższe niż we Wrocławiu.

Za kompleksową usługę (odbiór, transport i zagospodarowanie) bioodpadów we Wrocławiu ta sama firma wyceniała tonę na 1 310 zł, podczas gdy w Chrzanowie – na 746 zł. W przypadku tworzyw sztucznych, metali i opakowań różnica jest jeszcze bardziej uderzająca: 1 410 zł za tonę we Wrocławiu wobec 725 zł w Chrzanowie. Przy przeterminowanych lekach skala rozjazdu sięga tysięcy złotych: 11 000 zł za tonę we Wrocławiu kontra 5 800 zł w Chrzanowie. W kluczowych frakcjach oznacza to różnice od około 70 do niemal 100 procent – przy tym samym wykonawcy.”

Małe miasto, wielkie przypadki

Wrocław bywa nazywany „dużym miastem o małomiasteczkowych relacjach”. Wszyscy się znają, wszyscy się spotykają, wszyscy mają do siebie numery telefonów. W takim środowisku przypadki rzeczywiście się zdarzają.

Problem w tym, że w aferze śmieciowej tych przypadków jest po prostu za dużo. Za dużo nazwisk, za dużo powiązań, za dużo decyzji, które zawsze – w dziwny sposób – układają się w korzystną całość dla tych samych podmiotów.

Coraz gorszy zapach

Można oczywiście tłumaczyć wszystko zbiegiem okoliczności. Można mówić o nagonce politycznej, medialnej przesadzie i złej woli krytyków. Tylko że z każdym kolejnym tygodniem ta historia coraz gorzej pachnie. To włoski zapaszek, który zamiast alpejską świeżością przypomina raczej klimat Neapolu. Czy mamy we Wrocławiu naszą Camorrę? Z pewnością nie, ale kto wie, nasi politycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.f

Mieszkańcy Wrocławia mają pełne prawo pytać, czy w mieście nie działa właśnie śmieciowa ośmiornica – system zależności, który oplata samorząd, politykę i biznes, skutecznie chroniąc swoich i wypychając na margines interes publiczny.

Bo w tej historii stawką nie są już tylko śmieci.
Stawką jest wiarygodność władzy.


Niema Rada Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej

Rada Niema Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej

Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia przeszło do historii nie jako moment przełomu, lecz jako spektakl politycznej kapitulacji. Rada, która miała przemówić w imieniu mieszkańców, wybrała milczenie. A milczenie to dało Jackowi Sutrykowi i jego zapleczu dokładnie to, czego potrzebowali – komfort dalszego rządzenia.

Sesja, która miała być próbą

Dzisiejsza sesja Rady Miejskiej Wrocławia miała – wedle zapowiedzi i oczekiwań – stać się momentem poważnej próby dla lokalnej klasy politycznej. Po miesiącach narastających kontrowersji wokół prezydenta Jacka Sutryka, po decyzjach prokuratury, po zatrzymaniu i akcie oskarżenia, radni otrzymali wreszcie możliwość, by jasno określić swoje stanowisko. Nie w mediach społecznościowych, nie w kuluarach, lecz w świetle kamer i w imieniu wrocławian.

Zamiast tego zobaczyliśmy jednak Radę Niemą – organ uchwałodawczy, który abdykował z roli forum debaty i kontroli władzy wykonawczej. Sesję, w której formalnie odbyło się głosowanie nad apelem do prezydenta o zrzeczenie się mandatu, ale faktycznie nie odbyła się żadna realna rozmowa o odpowiedzialności, standardach i przyszłości miasta.

Komfort rządzenia zamiast odpowiedzialności

Jacek Sutryk może dziś spać spokojnie. Mimo głośnych zapowiedzi „rozliczeń”, mimo wzmożenia w regionalnych strukturach partii rządzącej, mimo publicznych deklaracji o trosce o wizerunek miasta – nic się nie stało. Sutryk, jego zastępczyni Renata Granowska oraz całe zaplecze polityczno-urzędnicze mogą rządzić dalej, dokładnie tak jak dotąd.

Na nic zdało się prężenie muskułów. Na nic uchwała dolnośląskiego zarządu Koalicji Obywatelskiej, wzywająca Jacka Sutryka do rezygnacji z funkcji prezydenta. Dokument, który miał być sygnałem „odpowiedzialności” i „standardów”, okazał się politycznym rekwizytem – dobrze brzmiącym w komunikacie prasowym, kompletnie bez znaczenia w realnej polityce miejskiej.

Radni Koalicji Obywatelskiej wcześniej grzecznie zagłosowali za budżetem miasta, zapewniając prezydentowi stabilne funkcjonowanie aparatu władzy. A dziś poszli krok dalej – nawet nie zdobyli się na elementarną konsekwencję wobec własnego stanowiska partyjnego.

Apel o rezygnację Sutryka? KO nie skorzystało z okazji do pokazania konsekwencji

Kulminacyjnym punktem sesji był projekt apelu Rady Miejskiej Wrocławia do prezydenta Jacka Sutryka o podjęcie decyzji o zrzeczeniu się mandatu. Treść apelu była jednoznaczna, wyważona i – co szczególnie istotne – bliźniaczo podobna do stanowiska władz Koalicji Obywatelskiej.

Rada, działając w interesie mieszkańców, wskazywała wprost, że sytuacja, w której najwyższy przedstawiciel miasta został zatrzymany, usłyszał zarzuty i ma postawiony akt oskarżenia, jest niedopuszczalna. Podkreślano konieczność odbudowy zaufania społecznego, stabilności funkcjonowania miasta i uniknięcia nieodwracalnych strat wizerunkowych.

Głosowanie nad apelem do prezydenta Jacka Sutryka o zrzeczenie się mandatu miało charakter testu zero-jedynkowego. Nie było tu miejsca na niuanse, półtony ani proceduralne wykręty. Było pytanie o elementarną odwagę polityczną i o to, czy radni są gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje publiczne deklaracje.

Wynik głosowania mówi wszystko:

  • za apelem – 10 radnych,
  • przeciw – 15 radnych,
  • wstrzymujących się – 2 radnych,
  • niegłosujących mimo obecności – 8 radnych.

To właśnie ta ostatnia grupa powinna szczególnie przykuwać uwagę mieszkańców Wrocławia. Ośmiu radnych było obecnych na sali, kworum zostało osiągnięte, system do głosowania działał – a jednak nie zdobyli się oni nawet na symboliczny gest poparcia bądź sprzeciwu. Milczenie zostało wybrane jako strategia polityczna.

Wśród radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy zagłosowali przeciw apelowi, znaleźli się m.in. Robert Leszczyński, Ewa Wolak, Sebastian Lorenc, Dorota Pędziwiatr, Agnieszka Rybczak, Martyna Stachowiak oraz Robert Suligowski. To nazwiska dobrze znane wrocławskiej opinii publicznej – od lat obecne w samorządzie, od lat deklarujące przywiązanie do standardów demokracji i transparentności.

Szczególnie rażąca jest postawa tych radnych KO, którzy byli obecni na sali, ale nie odważyli się zagłosować. Ich decyzja – lub raczej jej brak – jest politycznym komunikatem samym w sobie.

Gdzie była odwaga tych radnych? Gdzie była elementarna lojalność wobec wyborców, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską jako formację rzekomo stojącą na straży standardów państwa prawa? Jak wytłumaczyć fakt, że w sprawie tak fundamentalnej jak odpowiedzialność prezydenta miasta, radni wybrali taktykę chowania głowy w piasek?

Ta bierność nie jest neutralna. Nie jest „techniczna”. Jest świadomym wyborem politycznym, który realnie wzmacnia Jacka Sutryka i jego zaplecze.

Trzeba powiedzieć jednoznacznie: pełną odpowiedzialność za tę sytuację ponosi Koalicja Obywatelska. Niezależnie od walk frakcji i dawnych partii wchodzących w skład KO – to zaprzeczenie największej wartości, która stała za sukcesami KO – ideowości.

Mimo strzelistego aktu Zarządu Regionu KO - radni KO nie tylko nie poparli apelu – część z nich zagłosowała przeciw, część wstrzymała się od głosu, a część ograniczyła się do obecności bez zajęcia stanowiska. To kompromitacja w czystej postaci. Jeśli bowiem własna uchwała partyjna nie jest wystarczającym powodem do konsekwentnego działania, to rodzi się pytanie: po co w ogóle te uchwały są podejmowane?

Kneblowanie debaty jako standard

Co szczególnie znamienne, szef klubu Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia, Robert Leszczyński, wykazał się nadzwyczajną gorliwością w jednym aspekcie – zgłosił wniosek o głosowanie projektu apelu bez jakiejkolwiek dyskusji.

Nie była to sytuacja przypadkowa ani jednorazowa. Radny Leszczyński znany jest z temperowania demokracji proceduralnej i ograniczania debaty publicznej. Wnioski o zamykanie dyskusji, odbieranie głosu czy skracanie wypowiedzi stały się w jego wykonaniu politycznym nawykiem.

Tym razem jednak skala cynizmu była wyjątkowa. W sprawie o fundamentalnym znaczeniu dla miasta – odpowiedzialności prezydenta obciążonego zarzutami – przewodniczący klubu rządzącej formacji uznał, że rozmowa jest zbędna. Jakby sama możliwość zadania pytania była zagrożeniem dla stabilności systemu.

Fasadowość samorządu

Czwartkowa sesja brutalnie obnażyła fasadowość debaty toczonej w ramach Rady Miejskiej Wrocławia. Pokazała, że uzależnienie radnych od władzy wykonawczej, sieć zależności personalnych i politycznych oraz wiernopoddańcza służba skompromitowanej ekipie są ważniejsze niż elementarna lojalność wobec wyborców.

Bezrefleksyjne żyrowanie patologii w wykonaniu Roberta Leszczyńskiego, Ewy Wolak czy Sebastiana Lorenca nie dziwi – radni ci od lat przyzwyczaili opinię publiczną do gestów, które obrażają inteligencję wyborców. Głosowania sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami, milczenie w kluczowych momentach, dyscyplina partyjna stawiana ponad interesem miasta – to wszystko stało się normą.

Coraz mniej zaskakujące milczenie dawnych krytyków

Nadal jednak dziwi – i to szczególnie – zachowanie Roberta Suligowskiego oraz Sławomira Czerwińskiego. To politycy, którzy zaledwie półtora roku temu stali na wrocławskim rynku z tabliczkami „nie popieramy Jacka Sutryka”. Publicznie dystansowali się od prezydenta, budowali swój wizerunek na krytyce stylu jego rządzenia i zapowiadali zmianę jakości w samorządzie.

Dzisiejsze głosowanie pokazało, jak niewiele warte były tamte deklaracje. Tak spektakularnego oszustwa wyborców Wrocław nie widział od 1989 roku. Oto politycy, którzy zdobyli mandaty na sprzeciwie wobec Sutryka, w kluczowym momencie stanęli po stronie status quo.

To nie jest już kwestia różnicy zdań czy ewolucji poglądów. To demonstracyjne porzucenie własnych obietnic i dowód na to, że samorządowy feudalizm potrafi skutecznie wchłaniać nawet swoich byłych krytyków.

Rada Niema jak w Rzeczpospolitej Szlacheckiej

Mamy więc Radę Niemą. Historia zna takie przypadki. Osiemnastowieczny Sejm Niemy był symbolem upadku państwa polskiego, sparaliżowanego przez patologie demokracji szlacheckiej, klientelizm i obce wpływy.

Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia oczywiście nie przesądza o losach państwa, ale jest czytelnym zwiastunem kryzysu lokalnego systemu władzy. Systemu, w którym rada przestaje być organem kontrolnym, a staje się maszynką do głosowania. W którym debata jest zagrożeniem, a milczenie – cnotą.

Feudalizm samorządowy Sutryka

Model rządzenia zbudowany wokół Jacka Sutryka przypomina feudalny układ zależności. Prezydent, wsparty stabilną większością, obsadza stanowiska, rozdaje wpływy i zapewnia polityczny parasol lojalnym radnym. W zamian otrzymuje spokój – nawet wtedy, gdy miasto pogrąża się w kryzysie wizerunkowym.

Ten system nie służy mieszkańcom. Może im się przysłużyć tylko w jeden sposób – upadając. Dopóki bowiem Rada Miejska pozostaje niema, dopóty odpowiedzialność polityczna pozostaje pustym hasłem, a samorząd traci sens jako instytucja reprezentująca wspólnotę.

Co dalej z Wrocławiem?

Dzisiejsza sesja nie zamknęła żadnego etapu. Przeciwnie – otworzyła nowy rozdział rozczarowania i gniewu społecznego. Mieszkańcy Wrocławia zobaczyli jasno, kto w tej radzie jest gotów mówić w ich imieniu, a kto woli milczeć, by nie narazić się władzy.

Rada Niema przeszła do historii. Pytanie tylko, czy stanie się ona impulsem do przebudzenia obywatelskiego, czy kolejnym dowodem na to, że lokalna demokracja została przejęta przez wąską kastę interesów. Odpowiedź na to pytanie dopiero przed nami.

 


Czy Wrocław uratuje obywatelski kandydat? Zmiana to kwestia wartości

PiS wzywa do poszukiwania obywatelskiego kandydata na prezydenta Wrocławia.

Nasze stanowisko jest jasne. Jacek Sutryk musi odejść, bo kontynuacja jego rządów to realna szkoda dla miasta. SOS Wrocław konsekwentnie nie tylko o tym mówi, ale od roku podejmuje realne działania, które mają na celu odsunięcie tej skompromitowanej ekipy od władzy i posprzątanie miasta z trawiących go patologii. Dlatego podjęliśmy próbę dokonania zmiany nie tylko na stanowisku Prezydenta Miasta Wrocławia, ale i w Radzie Miejskiej. Naszym nadrzędnym celem jest przywrócenie standardów w zarządzaniu miastem w oparciu takie wartości jak uczciwość, transparentność i szacunek do mieszkańców.

Z partii politycznych do dziś tylko Konfederacja czynem poparła swoje krytyczne wobec ekipy Jacka Sutryka stanowisko. W dotychczasowych próbach nie osiągnęliśmy pełnego sukcesu. Dziś jednak odczuwamy gorzką satysfakcję, gdy widzimy, że największe siły polityczne zaczęły dostrzegać to, o czym mówimy od roku. Sutryk musi odejść, bo szkodzi miastu.

W naszej opinii poszukiwanie personaliów i kandydatów na prezydenta już dziś jest przedwczesne. I nie chodzi tylko o to, że zmienia inicjatywę opartą o wartości w akcję polityczną zamieniającą jednych polityków u władzy na drugich. Przede wszystkim: żaden kandydat samym ogłoszeniem swoich ambicji oraz swoją osobowością i doświadczeniem nie stworzy realnej szansy na zmianę. Nie interesuje nas puste politykowanie. Słowa to wiatr, nas interesują czyny.

Sutryk nie zrezygnuje pod presją ogłoszenia nowego kandydata, nie łudźmy się. Jeżeli chcemy zmiany - Jacek Sutryk musi zostać odwołany. Realne drogi są dwie. Pierwsza to referendum zorganizowane na wniosek mieszkańców. Druga - referendum zorganizowane na wniosek Rady Miejskiej Wrocławia. Wszystkich, którzy chcieliby budować szerokie porozumienie w tym zakresie - zapraszamy do rozmowy.

To sprawa wartości i troski o dobro miasta, nie doraźnych interesów politycznych. Dialog jest wartością samą w sobie. Dlatego jesteśmy otwarci na rozmowę o programach, o wizji Wrocławia po Jacku Sutryku. Jednak najpilniejsza jest rozmowa o tym jak skutecznie i szybko dać kres procesom wyprzedawania interesów miasta grupom wpływu, które do cna wykorzystują słabość polityczną ekipy Jacka Sutryka do realizacji własnych celów.


Wrocław na zakręcie: debata SOS Wrocław pokazała, jak mocno miasto czeka na zmianę

Wrocław czeka na przełom. Debata SOS Wrocław pokazała, jak bardzo mieszkańcy chcą zmiany

Trwające śledztwo wobec Jacka Sutryka i jego otoczenia otworzyło nowy etap w debacie o przyszłości Wrocławia. Zorganizowana przez SOS Wrocław dyskusja, moderowana przez Marcina Torza, zgromadziła przedstawicieli sześciu środowisk politycznych i społecznych: Jerzego Michalaka, Adriana Prokopczyka, Grażynę Wilk, Krzysztofa Tuduja, Piotra Uhle oraz Mateusza Żaka. To było jedno z najostrzejszych, najbardziej merytorycznych i – co rzadkie – ponadpartyjnych spotkań o mieście od lat.
W tle pytanie, które coraz głośniej zadają mieszkańcy: co dalej z Wrocławiem po Sutryku?

Rozgrzewka? Nie tym razem. Metro rozpala salę od pierwszych minut

Dyskusja ruszyła od tematu, który od lat polaryzuje wrocławian – metra. Czy Wrocław naprawdę go potrzebuje? A jeśli tak, to jakiego?

  • Jerzy Michalak: „Metro jest konieczne, ale tylko jako element systemu z koleją. To musi być kręgosłup całej aglomeracji.”
  • Mateusz Żak przyznał, że kiedyś był sceptyczny: „Dziś widzę, że nie mamy alternatywy. Tylko mówmy uczciwie – 500 mln zł za kilometr to realny koszt.”
  • Piotr Uhle wskazał konkret: „Możemy budować dwie linie jednocześnie – wschód–zachód z pieniędzy centralnych i ukośną z udziałem deweloperów oraz sprzedaży gruntów.”

W kontrze do entuzjastów stanęła Grażyna Wilk, przypominając o rekordowym zadłużeniu miasta:
„Powinniśmy wykorzystać kolej i to, co już istnieje. Tuneli nie udźwigniemy finansowo.”

Dla Adriana Prokopczyka kluczowe jest coś innego:
„Najpierw naprawmy MPK i przyspieszmy tramwaje. Metro nie naprawi chaosu, który mamy dziś.”

Miasto zabudowane po sufit. Panel o urbanistyce bez ogródek

Gdy mikrofon powędrował do rozmówców w temacie deweloperki, sala od razu wyczuła ostrzejszy ton rozmowy.

Krzysztof Tuduj uderzył pierwszy:
„Wrocław wygląda, jakby ktoś planował go z zamkniętymi oczami. Zabudowane korytarze powietrzne, brak parkowania, brak dróg. To nie jest rozwój.”

Adrian Prokopczyk dodał:
„Urbanistyka to struktura na dekady. Raz popełniony błąd zostaje na pokolenia.”

Grażyna Wilk mówiła o gdańskich standardach, których Wrocław dziś nie spełnia:
„Tam deweloperzy do inwestycji dokładają szkoły czy instytucje kultury. U nas? Dostają wszystko, a dają niewiele.”

Piotr Uhle postawił diagnozę wprost:
„Wrocław stworzył układ równych i równiejszych. Mamy deweloperów uprzywilejowanych i odrzuconych. To trzeba przeciąć jak mieczem.”

Śmieci: „system na granicy załamania”

Temat gospodarki odpadami wywołał reakcje z sali jeszcze przed pierwszą odpowiedzią. Mieszkańcy Wrocławia dobrze wiedzą, jak źle wygląda sytuacja.

Jerzy Michalak:
„System śmieciowy jest na krawędzi. Lata zaniedbań, brak przetargów, nagłe zastępstwa. Tak się nie zarządza dużym miastem.”

Piotr Uhle przypomniał najboleśniejszy fakt:
„Dwa przegrane procesy, do końca kadencji – około 100 milionów złotych kar. Wrocław płaci za błędy własnego magistratu.”

Mateusz Żak mówił o potrzebie spalarni i nowych PSZOK-ów,
Adrian Prokopczyk o podziemnych śmietnikach i zatrudnianiu więcej pracowników do oczyszczania miasta,
a Grażyna Wilk przyniosła głos ulicy – Ołbin tonący w odpadach.

Najmocniejsza metafora padła od Tuduja:
„Milion szczurów – to najlepsze podsumowanie pracy magistratu.”

Śląsk Wrocław: wszyscy za prywatyzacją

W przeciwieństwie do poprzednich tematów, panel o przyszłości Śląska Wrocław przyniósł niespodziewanie szeroką zgodę.

Krzysztof Tuduj: „Piłkę nożną powinni prowadzić fachowcy, nie urzędnicy.”
Adrian Prokopczyk: „Sprzedajmy stadion, jeśli trzeba. Niech zniknie ciężar dla budżetu.”
Grażyna Wilk: „Kultura dostaje trzy razy mniej niż klub piłkarski. To absurd.”
Piotr Uhle: „40 etatów administracyjnych, polityczne nominacje, krewni i znajomi. To Football Manager na publicznych pieniądzach.”

Żak i Michalak zgodnie opowiedzieli się za modelem: inwestor prywatny + złota akcja miasta.

Rady osiedli: największy niewykorzystany potencjał

Niepozorny temat okazał się jednym z najważniejszych.
Wrocław ma ok. 800 radnych osiedlowych, ale ich realna sprawczość jest znikoma.

Michalak wspominał ideę WBO i proponował, aby wybory organizować tam, gdzie mieszkańcy faktycznie chcą głosować.
Żak podkreślił wypalenie radnych i brak decyzyjności.
Uhle powiedział jasno:
„Miasto nawet nie odpowiedziało sobie na pytanie, po co mu rady osiedli. A to są ludzie, którzy mogą zmieniać Wrocław oddolnie.”
Wilk wskazała na absurd równego finansowania małych i dużych osiedli.
Tuduj odwołał się do zasady pomocniczości:
„To, co można zrobić na poziomie osiedla, nie powinno zależeć od magistratu.”

Kto powinien rządzić Wrocławiem po Sutryku?

Drugi blok debaty stał się najciekawszym fragmentem spotkania. Paneliści mówili o cechach przyszłego lidera miasta – zaskakująco podobnie.

  • Żak: „Prezydent musi dobrać ludzi mądrzejszych od siebie.”
  • Michalak: „Pokora. Bez tego władza uderza do głowy.”
  • Uhle: „Prezydent musi być silny wobec silnych. Nie wobec mieszkańców.”
  • Wilk: „Ktoś spoza układów. Kto naprawdę słucha.”
  • Prokopczyk: „Ktoś, kto staje po stronie słabszych.”
  • Tuduj: „Lider, który nie boi się audytów i trudnych decyzji.”

To nie był konkurs na hasła wyborcze. To była lista zarzutów wobec tego, jak funkcjonuje dziś miasto.

Czy urząd da się odpolitycznić? Tu padły najmocniejsze słowa

W tej części debaty pojawiły się oskarżenia dotyczące zatrudniania „po linii partyjnej”, układów w spółkach miejskich i politycznej blokady stanowisk.

Piotr Uhle powiedział jedno z najmocniejszych zdań całej debaty:
„Wrocław to nie jest łup. Nie możemy mieć sytuacji, w której wynik konkursu jest znany zanim się zacznie.”

Grażyna Wilk przyznała otwarcie, że nawet na stanowiska niskiego szczebla w spółkach miejskich wejście „z ulicy” jest praktycznie niemożliwe.
Prokopczyk podkreślił problem gerrymanderingu w wyborach do rady miejskiej.
Michalak bronił modelu „bezpartyjnego prezydenta”, który potrafi rozmawiać z każdym rządem.
Tuduj przypomniał, że polityka to troska o dobro wspólne, a nie o „pociotków”.

Szczury, parkowanie i budżet obywatelski – głos oddany mieszkańcom

W końcowej części debaty głos zabrali mieszkańcy. Pytania były ostre i konkretne.

Szczury

  • Michalak: przykład Budapesztu.
  • Żak: więcej szczurołapów i budki dla kotów.
  • Prokopczyk: podziemne pojemniki.
  • Uhle: „To musi być wojna prowadzona systemowo, a nie akcje pozorowane.”

Parkowanie

  • Wilk: pełna strefa płatnego parkowania + ochrona podwórek.
  • Tuduj: parkingi wielopoziomowe, także jako schrony.
  • Żak: Park & Ride + walka z wrakami.

Budżet obywatelski

  • Michalak: powrót do małych projektów osiedlowych.
  • Żak: przebudowa systemu, który dziś... generuje podejrzane PESEL-e.

Wnioski są jednoznaczne. Wrocław chce resetu

Debata SOS Wrocław nie była akademicką wymianą zdań.
Była sygnałem, że mieszkańcy i liderzy społeczni mają dość obecnego modelu rządzenia.

Z rozmów wynika jasno:

  • Wrocław nie potrzebuje kosmetyki – potrzebuje gruntownej zmiany modelu zarządzania.
  • Największe problemy miasta – urbanistyka, śmieci, transport, Śląsk Wrocław – są efektem wieloletnich zaniedbań.
  • Najważniejsze hasła debaty to: transparentność, uczciwość, profesjonalizm, partnerstwo z mieszkańcami.

SOS Wrocław zapowiada kolejne debaty.
Po tej pierwszej widać jedno: dyskusja o przyszłości miasta dopiero się zaczyna – i nie da się jej już zatrzymać.