Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców

Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców

Wrocławianie, łapcie się za portfele. Sutryk i jego kolesie chcą wyciągnąć z nich 90 mln zł rocznie. A to dopiero początek. Podwyżki o 38% jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu na odbiór odpadów. Kolesie, którzy chwilę temu dostali warte setki tysięcy złotych, stworzone dla nich stołki szykują podwyżki, które dla przeciętnej czteroosobowej rodziny mogą sięgnąć prawie 800 zł. Na wyższe koszty życia szykujcie się już od 1 września.

Dziura w budżecie i umowy z wolnej ręki

Po ponad roku nieudolności miasto musi zawrzeć kolejne umowy na odbiór odpadów z wolnej ręki. By to zrobić – musi zabezpieczyć pieniądze w budżecie. Ten pod rządami Jacka Sutryka i jego kolesi zaczął pękać w szwach. Dlatego już w przyszłym tygodniu sięgną do Waszych kieszeni.

W budżecie na ten rok brakło ponad 60 mln zł by podpisać umowy. Połowę tej kwoty wyciągnięto z niewykorzystanej rezerwy na inwestycje – czyli pieniądze, które miały służyć uniezależnieniu się od dyktatu firm śmieciowych. Drugą połowę zamierzają pokryć z olbrzymiej podwyżki opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi.

Awanse i nagrody zamiast odpowiedzialności

Od półtora roku ostrzegamy przed tym scenariuszem. Urzędnicy nie wykorzystali danego im czasu od 2022 roku i doprowadzili do sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie wysokości opłat. To tym bardziej kompromitujące, że dosłownie w ubiegłym miesiącu bardzo dobrze płatną posadkę otrzymał były wiceprezydent, który jest współodpowiedzialny za obecny chaos – Michał Młyńczak. Nie dość, że na odchodne dostał bardzo wysoką nagrodę liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy złotych to został w nagrodę prezesem i dostał bardzo wysoką podwyżkę.

Niewygodne uchwały przepychane pod osłoną wakacji

Wszystkiego tego dowiadujemy się z uchwały, którą chyłkiem pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia skierował prezydent. Pominął przy tym Komisję Główną Rady, czym po raz kolejny okazał lekceważenie dla tego organu, który reprezentuje przecież wszystkich mieszkańców Wrocławia. To nie pierwszy przypadek, gdy podwyżki przepychane są z pominięciem zwyczajowego trybu i pod osłoną wakacji. Urzędowi politycy i macherzy uważają bowiem, że sezon ogórkowy osłoni ich machinacje. Naszą rolą jest to, by im się to nie udało.

Budżetowa matematyka, która się nie spina

Przygotowany projekt obnaża również chaos w systemie zagospodarowania odpadami. Otóż zwiększenie planu dochodów budżetu o 30 mln zł w 4 miesiące obowiązywania podwyżki nie pasuje do żadnych oficjalnych danych.

Gdybyśmy bowiem przyjęli, że wszyscy mieszkańcy segregują odpady a podstawą do wyliczenia wysokości dochodów jest liczba mieszkańców zameldowanych (603 000) – otrzymalibyśmy dochody w ciągu 4 miesięcy w wysokości około 38 mln zł. Weźmy jednak poprawkę na około 55 000 mieszkańców objętych Kartą Dużej Rodziny. Dla nich opłata wynosi mniej o 40%. Również po tej poprawce otrzymujemy wzrost dochodów o około 36,5 mln zł. Rocznie mówilibyśmy zatem o kwocie niemal 110 mln zł.

A wiemy przecież, że nie wszyscy mieszkańcy segregują odpady. Wiemy również, że wg. różnych szacunków mieszkańców we Wrocławiu mamy nie 603 000 a niemal 900 000. Dodatkowo musimy pamiętać, że lwią część opłaty za śmieci pokrywają właściciele nieruchomości niezamieszkałych – firmy, urzędy i inne instytucje.

Oznacza to, że we wrocławskim systemie gospodarowania odpadami mamy olbrzymi chaos i dzieje się to mimo wielkich pieniędzy wydawanych na pensje kolesi zarządzającym tym bałaganem. Jak to możliwe, że zamiast uszczelnić system próbuje się przerzucić jego koszty na uczciwie płacących mieszkańców? Dlaczego urzędnicy i kolesie Sutryka idą na łatwiznę kosztem zwykłych Wrocławian? I kto na tym korzysta?

Kto zyskuje na dyktacie śmieciowym? W tle śledztwo CBA

Z pewnością nie tracą na tym firmy śmieciowe, które po raz kolejny bez przetargu otrzymają grube pieniądze. Pieniądze, które w znacznej mierze powinniśmy byli przeznaczyć na zwiększenie niezależności Wrocławia od dyktatu śmieciowego oligopolu poprzez stworzenie własnych kompetencji do zagospodarowania odpadów, np. budowę sortowni czy biogazowni. Zamykamy sobie ścieżkę do tego procesu przez rozwlekłe procedury, nieudolność urzędników oraz prawników reprezentujący Ekosystem oraz gminę a także przejadanie pieniędzy przeznaczonych na inwestycje.

Należy w tym miejscu zadać pytanie czyim interesom służą Sutryk i jego kolesie. Wycierają sobie usta służbą dla mieszkańców. Ale realnie na ich działaniach mieszkańcy tracą a korzystają firmy śmieciowe. Nic dziwnego, że prokuratura i CBA zabezpieczyło w trakcie przeszukania siedziby miejskiej spółki Ekosystem tak olbrzymie ilości dowodów w sprawie wrocławskiej afery śmieciowej.

Koniec uników. Czas na trudne pytania do prezydenta

Dlatego dziś zwracamy się do Jacka Sutryka oraz namaszczonych przez niego kolesi o pilne wyjaśnienia tego skąd taka horrendalna podwyżka.

  • Ile osób realnie płaci za odpady?
  • Ile z nich segreguje?
  • Ile pozyskujemy pieniędzy z nieruchomości niezamieszkałych?
  • Ile z nich wyszło z naszego systemu i podpisało bezpośrednio umowy z firmami śmieciowymi, co jest dla tych przedsiębiorstw bardzo korzystne?
  • Jaki jest i będzie realny koszt zagospodarowania odpadów na ten rok i na jakich warunkach to zagospodarowanie będzie się odbywało?
  • Jakie kroki podjęto, by uchronić mieszkańców przed tak fatalnymi rozwiązaniami?
  • Jaką odpowiedzialność wyciągnięto wobec osób, które doprowadziły nas do tego momentu?

Koniec migania się. Czas na odpowiedzi i to jeszcze przed sesją Rady Miejskiej Wrocławia, która już za tydzień.

 


Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?

Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?

Piotr Uhle

Stan naszego miasta z każdym miesiącem pogarsza się na tyle, że wymaga to podjęcia stanowczych działań naprawczych. Zanim jednak po raz trzeci we Wrocławiu narodzi się inicjatywa referendalna, musimy chłodno ocenić sytuację i nasze siły. Bo referendum nie jest celem samym w sobie. To środek do uratowania miasta przed zepsutymi politykami.

SOS Wrocław jest środowiskiem ludzi, których połączyła troska o miasto. Chcemy uratować nasz ukochany Wrocław przed degradacją i pogorszeniem jakości życia mieszkańców. Naszą misją jest odzyskać miasto dla mieszkańców, bo prezydent i Rada Miejska Wrocławia przestali ich reprezentować. Zamiast tego – reprezentują interesy partyjniaków i grup interesu.

Jak władza ignoruje głos mieszkańców

Obywatele mają wiele narzędzi, którymi mogą wpływać na miasto. Mogą się publicznie wypowiadać na absolutoryjnej sesji Rady Miejskiej, mogą domagać się od władz dotrzymywania obietnic, mogą brać udział w konsultacjach społecznych, mogą pisać wnioski i petycje, mogą pisać projekty obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych. Mogą głosować w budżecie obywatelskim czy też partycypować w Programie Inicjatyw Lokalnych.

Każda z tych procedur zawiodła. Mieszkańcy na sesji Rady nazywani byli przez ważnego urzędnika pajacami. Słowo dane przez władzę warte jest tyle co nic – pokazała to kpina z konkursów na prezesów i wiceprezesów spółek miejskich. Głosy mieszkańców w konsultacjach społecznych są lekceważone. Wnioski, skargi i petycje – odrzucane jak w przypadku programu Rewitalizacja TERAZ. Obywatelskie inicjatywy uchwałodawcze są odrzucane jak w przypadku uchwały Wrocław przeciw patodeweloperom. Głosowanie w budżecie obywatelskim bada prokuratura, bo głosować miały osoby w wieku ponad 200 lat. A Programem Inicjatyw Lokalnych władza manipuluje, gdy tylko nie chce realizować konkretnej inwestycji.

Z narzędzi demokratycznych pozostaje zatem tylko referendum. Nie jest ono jednak celem samym w sobie. Jest środkiem do osiągnięcia celu. Mamy unikatowe doświadczenia z poprzednich prób oraz sojuszniczych sił samorządowych z innych miast Polski. Aby rozpocząć tego typu działania trzeba dokładnie wsłuchać się w tętno społecznych emocji miasta.

Dlatego nie palimy się by natychmiast i za wszelką cenę rozpoczynać zbiórkę podpisów. Dostrzegamy bardzo poważne powody, by taki proces zorganizować, jednak trzecie podejście ma sens tylko wtedy, gdy będzie miało realne szanse powodzenia.

Poważne błędy i władza, która sama generuje konflikt

Obserwując to, co dzieje się w zarządzaniu miastem, trudno nie zauważyć narastających problemów. Prezydent w Ratuszu realnie pracuje niewiele, a jego zastępcy skupiają się na podróżach po świecie i uprawianiu polityki, zamiast na realnym rozwiązywaniu spraw wrocławian. Działania doraźne nie mogą jednak na dłuższą metę zastępować rzetelnej, codziennej pracy.

Paradoksalnie, to właśnie obecna władza swoimi decyzjami robi najwięcej, by doprowadzić do społecznego buntu. To nie mieszkańcy czy organizacje pozarządowe szukają konfliktu – on jest budowany odgórnie. Przykłady można mnożyć: kontrowersje wokół spalarni, powszechne kolesiostwo, bezwstydne łamanie wyborczych obietnic czy ograniczanie ludziom prawa do wypowiedzi.

Trudno o zaufanie, gdy dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, jak ta, gdy deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską. Coraz częściej mamy też do czynienia z retoryką, w której Jacek Sutryk wskazuje "obywateli gorszego sortu", co pogłębia tylko podziały w mieście. I nie pomaga mu w tym ciążący na nim akt oskarżenia za korupcję i oszustwa.

Chłodna kalkulacja: czy mamy siły na referendum?

Stawka jest najwyższa – odzyskanie miasta spod rządów partyjniaków i grup interesu. Zwracamy na to uwagę od dłuższego czasu i rzeczywistość tylko te obserwacje potwierdza – nie tylko w postaci wspomnianego dewelopera ale również szeroko zakrojonej akcji Prokuratury Krajowej i CBA w aferze śmieciowej.

Mimo tych wszystkich uchybień, musimy zadać sobie pytanie: czy to już moment na referendum? Referendum nie jest bowiem celem samym w sobie – jest jedynie narzędziem, i to niezwykle wymagającym do skutecznego wykorzystania.

Znamy realia i wiemy, że kolesiom z magistratu nie podoba się krytyka, dlatego próbują nas i innych aktywistów zastraszać. Wiemy, że rzeczywistość demokracji i wolności jest daleka od ideału. Wiemy, że natychmiast znajdzie się wielu dyspozycyjnych względem władzy menedżerów medialnych. Zrobią wiele, by ruchy obywatelskie zmarginalizować, wyśmiać, sprowadzić na margines. Widzieliśmy to we Wrocławiu, widzieliśmy w Krakowie. Na temat tego ostatniego KRRiTV przygotowała cały raport, nie zostawiając na prorządowych mediach suchej nitki.

Zanim podejmiemy decyzję czy ponownie wyjść na ulice, musimy mieć pewność, że ta akcja nie zakończy się fiaskiem. Uważnie analizujemy sytuację w innych miastach i po wydarzeniach w Krakowie, rozmawiamy o referendum w naszym mieście, ale z dużą dawką ostrożności.

Fundamenty gospodarki miejskiej wymagają naprawy

Sama zmiana na stanowisku prezydenta nie uzdrowi natychmiast miejskich finansów i usług. Kluczowe obszary funkcjonowania Wrocławia wymagają systemowej przebudowy. Zła polityka śmieciowa nie może bezkarnie drenować naszych kieszeni. Skala zaniedbań jest ogromna, o czym świadczy pół miliarda złotych wydane bez przetargu na śmieci i ponad 400 dni paraliżu – sprawa, w której większość Jacka Sutryka w Radzie Miejskiej powiedziała wprost: nie ma czego badać.

Do tego dochodzi polityka kadrowa i finansowa w spółkach miejskich, która coraz bardziej przypomina zamknięty układ. Wszyscy pamiętamy sytuację, w której byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody, a chwilę później znaleźli intratne posady w miejskich spółkach, na stanowiskach stworzonych wprost dla nich.

Jednocześnie KO straciła ambicję by sytuację we Wrocławiu radykalnie poprawić – zamiast tego stworzono stanowisko wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej specjalnie dla Mateusza Jędrachowicza – zausznika partyjnej władzy. Wszyscy ci ludzie będą zarabiali dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie a zwykły mieszkaniec nie będzie miał z tego żadnej korzyści.

To jaskrawy dowód na to, jak bardzo odklejona od problemów zwykłych ludzi jest dzisiejsza elita wrocławska, co widać szczególnie ostro w referendalnym świetle. By to zmienić potrzebujemy pewnego minimum programowego, które odpowie na potrzeby i obserwacje mieszkańców.

Najpierw ogólnomiejska debata

Aby trzecia inicjatywa miała rację bytu, to sami mieszkańcy muszą jednoznacznie wyrazić opinię, że mają dość tej nieudolności i zepsuciu. Decyzja o uruchomieniu procedury musi wynikać z oddolnej, powszechnej potrzeby, a nie z ambicji poszczególnych osób.

Zanim jednak podejmiemy kroki formalne, to, w jaki sposób chcemy obronić sprawy wrocławian, powinno być przedmiotem szerokiej, ogólnomiejskiej debaty. Musimy wypracować wspólną wizję naprawy miasta. Prawdziwym testem naszej dojrzałości będzie odpowiedź na pytanie, czy jako obywatele potrafimy się zjednoczyć i odzyskać nasze miasto z rąk polityków. Dopiero gdy będziemy gotowi na tę debatę i pewni naszych sił, przyjdzie czas na ostateczne decyzje.

I chciałbym aby ten tekst został potraktowany do zaproszenia do takiej debaty.


Jacek Sutryk wskazuje obywateli gorszego sortu

Jacek Sutryk wskazuje obywateli gorszego sortu

Piotr Uhle

Słuchając wystąpienia Jacka Sutryka podczas uroczystej sesji Rady Miejskiej Wrocławia na Święto Wrocławia, trudno oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy mają do czynienia ze schyłkowym aktem władzy głęboko wyobcowanej i zamkniętej w murach własnego samozadowolenia. Pod płaszczykiem troski o starożytną ideę polis i arystotelesowską eudajmonię, prezydent zaprezentował klasyczną retorykę oblężonej twierdzy. Zamiast dialogu dostaliśmy podział na posłusznych poddanych oraz „pseudo-obywatelskie, radykalne grupy”, których jedynym celem ma być rzekomo „przejęcie władzy”. Taka bezczelna, pełna pychy narracja człowieka, który zaczął mylić samorządność z własnym stanem posiadania, wymaga twardej odpowiedzi.

Miejski urząd certyfikacji obywatelskości

Kto dał Jackowi Sutrykowi prawo do arbitralnego decydowania o tym, kto we Wrocławiu jest pełnoprawnym obywatelem, a kto zasługuje jedynie na miano „pseudo-obywatela”? Kto postawił go w roli miejskiego urzędu certyfikacji, który wskazuje palcem: ten mieszkaniec jest prawdziwy, a ten fałszywy? Prezydent chętnie mówi o wspólnocie, ale w jego ustach staje się ona strukturą wyłącznie dla wybranych, klakierów i tych, którzy nie psują nastroju na oficjalnych uroczystościach. Choć wyciera sobie usta klasycznymi pojęciami, jego rozumienie polis jest całkowicie wypaczone. Dla niego ideałem jest miasto bez sporu, bez kontroli i bez trudnych pytań.

Prawdziwe społeczeństwo obywatelskie istnieje właśnie po to, by patrzeć władzy na ręce – zwłaszcza wtedy, gdy tej władzy się to nie podoba. Sutryk natomiast krytykę zwalcza, etykietuje i próbuje delegitymizować. To nie przypadek, że w ostatnich dniach stowarzyszenie SOS Wrocław opisywało wysyłane przez urzędników pisma przedprocesowe, mające charakter klasycznych SLAPP-ów (działań kneblujących krytykę). Teraz do logiki zastraszania przez kancelarie prawne doszedł język pogardy z oficjalnej mównicy.

Historia uczy, że taka ślepota bywa dla rządzących zgubna. Dokładnie taką samą drogą – przepełnioną wyobcowaniem i niezasłużonym poczuciem wyższości – kroczył prezydent Bronisław Komorowski tuż przed swoją porażką wyborczą w 2015 roku. On również wskazywał, kto mieści się w jego definicji społeczeństwa, a kto nie. Dziś Jacek Sutryk brzmi identycznie. Obywatele nie potrzebują jednak jego certyfikatu przyzwoitości, by decydować o swoim mieście.

Mit „silnego mandatu społecznego” w świetle liczb

W swoim przemówieniu prezydent bez mrugnięcia okiem pouczał radnych i mieszkańców o konieczności podejmowania niepopularnych decyzji, zasłaniając się „silnym mandatem”. Warto zdjąć te propagandowe okulary i sprawdzić oficjalne dane Państwowej Komisji Wyborczej (PKW).

W wyborach samorządowych w 2024 roku, startując jako lider listy do Rady Miejskiej (Okręg nr 4), Jacek Sutryk uzyskał zaledwie 2 822 głosy – wynik więcej niż przeciętny jak na urzędującego włodarza. W pierwszej turze wyborów prezydenckich zdobył co prawda 80 585 głosów (34,33%), ale ostateczną wygraną musiał wymęczyć dopiero w dogrywce. Co ważniejsze, kredyt zaufania legł w gruzasz już rok później. Jak informowała PAP, w pierwszej inicjatywie referendalnej SOS Wrocław zebrało pod wnioskiem o odwołanie prezydenta około 35 tysięcy podpisów. W drugim podejściu, według Radia Wrocław, było to ponad 20 tysięcy. Choć z przyczyn formalnych do referendum nie doszło, skala tej dwukrotnej mobilizacji mieszkańców to potężny proces społeczny, którego rozsądna władza nigdy by nie zlekceważyła. Mandat wyborczy daje prawo do rządzenia, ale nie daje licencji na pogardę i uciszanie krytyków.

Festiwal niedotrzymanych obietnic i prokuratorskie zarzuty

Tym bardziej że Jacek Sutryk sam ma dziś gigantyczny problem z elementarną wiarygodnością, a lista jego złamanych obietnic dyskwalifikuje go jako moralnego patrona Wrocławia:

  • Fikcyjne konkursy w spółkach miejskich: Radio ZET opisywało przedwyborcze zapowiedzi o transparentności, dbałości o kompetencje i mienie komunalne. Jak ujawniła później Gazeta Wyborcza, z hucznych deklaracji pozostał jedynie pusty śmiech – otwarte konkursy okazały się parawanem dla politycznych nominacji dla działaczy PO, Lewicy i Nowoczesnej.
  • Kompromitacja wokół Śląska Wrocław: Zapowiadana w kampanii prywatyzacja klubu okazała się zwykłą ściemą. Zamiast prywatnego inwestora wrocławianie otrzymali organizacyjny chaos, sportowy upadek do niższej ligi i kolejne miliony z budżetu miasta pompowane w worek bez dna – bez planu.
  • Afera Collegium Humanum: Prezydent publicznie zarzekał się, że z jego studiami na tej uczelni było wszystko w porządku. Rzeczywistość, opisywana m.in. przez portal OKO.press, okazała się bezlitosna – Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty prokuratorskie, w tym trzy dotyczące oszustw oraz jeden korupcyjny, związany z kupnem fałszowanego dyplomu MBA.

Sutryk może być autorytetem od lewych dyplomów, nie od obywatelskości

W oficjalnym programie prezydenckim Jacek Sutryk mamił wyborców hasłem o „Wrocławiu dla nas wszystkich”. Dziś z uroczystej mównicy słyszymy brutalny podział na prawdziwych obywateli i radykałów, których jedyną winą jest to, że pytają o publiczne pieniądze i sprawdzają rejestry umów.

Tania ucieczka w arystotelesowskie definicje pod koniec „drugiej i ostatniej kadencji” nie zatuszuje rzeczywistego, katastrofalnego bilansu tych rządów. Wrocławianie nie potrzebują władzy, która osłania się pseudofilozoficznym bełkotem przed prokuratorem i własnymi mieszkańcami. Najbardziej niebezpieczny moment dla każdej władzy przychodzi wtedy, gdy zaczyna ona wierzyć, że sama jest wspólnotą, a każdy krytyk to populista i wróg miasta. W demokracji chęć kontroli, a nawet zmiany władzy nie jest patologią – jest prawem wolnych obywateli, i wrocławianie będą z tego prawa korzystać.

Najbardziej bulwersuje to, że środowiska samorządowe zamiast oczyścić się z takiej czarnej owcy jak Sutryk – wyniosły go do najwyższych honorów przyznając tytuł prezesa Związku Miast Polskich. W tym związku zamiast naprawiać samorząd – działa na rzecz jego psucia. To z ZMP wyszły skandaliczne idee zniesienia dwukadencyjności, utajnienia oświadczeń majątkowych, wcześniejszych bardzo wysokich emerytur dla  prezydentów miast czy podniesienia progu frekwencyjnego. To nie do obrony.

W świecie Sutryka status obywatela gorszego sortu to zaszczyt

Czy prezydent Wrocławia adresował ten fragment wypowiedzi do mnie osobiście? Raczej nie bo we wszystkich wyborach, w których startowaliśmy do Rady Miejskiej uzyskiwałem znacząco lepsze wyniki. Trudno więc, by próbował zarzucić moim działaniom brak mandatu.

Wiem jednak, że gdy człowiek o takim dorobku w niszczeniu demokracji, zwalczaniu organizacji pozarządowych, podporządkowywaniu sobie mediów, łamaniu wyborczych obietnic oraz szemranej moralności dzieli mieszkańców na obywateli i gorszy sort – wolę być obywatelem gorszego sortu. Jeżeli obywatelskie doświadczenie Jacka Sutryka ma być wzorcem z Sevres cnoty – wolę być gorszego sortu.

Wykluczanie ze wspólnoty całych grup ludzi będzie miało miejsce dalej. Sutryk jest od tego specjalistą – to on sugerował, że kto go nie popiera ten nie kocha Wrocławia. Jest złym człowiekiem. Trzeba go prześwietlić, wyświetlić i zwalczać. I tak traktuje niezależnie myślących obywateli – niech ten gorszy sort mieszkańców płaci podatki ale niech lepiej nie interesuje się szczegółami, bo jeszcze dostanie kociej mordy.

Wiem, że będę odsądzany od czci i wiary. Że będę atakowany, będą mnie lżyć i grozić mi pozwami. Ale nie przestanę opisywać patologii wrocławskiej władzy. Bo tylko zorganizowane społeczeństwo obywatelskie może dać im odpór. I ja zamierzam to społeczeństwo wspierać. Nie dlatego, że mam do kogokolwiek bezkrytyczny stosunek. Dlatego, że w chwili zagrożenia dla lokalnej demokracji – a z taką sytuacją mamy we Wrocławiu do czynienia – tylko solidarność jest bronią mieszkańców.

Są dwie drogi, by odzyskać miasto od ludzi, którzy tak odkleili się od rzeczywistości, że kadencję i mandat pomylili z koronacją. Jedna wiedzie przez demokratyczne wybory. Druga – przez demokratyczne referendum. To mieszkańcy zdecydują, którą drogę wybiorą.


Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa

Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa

Mieszkaniec Południa Wrocławia

W ostatnich latach władze Wrocławia składają bardzo wiele obietnic mieszkańcom. Na przykładzie Pakietu dla Południa przyjrzyjmy się, co z tych obietnic udało się zrealizować, a czego nie. Spróbujmy też zastanowić się, dlaczego miasto nie korzysta z licznych możliwości, które mogłyby usprawnić życie codzienne mieszkańców. Mowa tutaj głównie o niedrożności infrastrukturalnej osiedli tej części Wrocławia.

Ponieważ niedrożność obecnego układu komunikacyjnego jest zarówno zdaniem mieszkańców, jak również w świetle licznych badań i analiz natężenia ruchu zdecydowanie największym lokalnym problemem, temat ten zostanie poniżej podjęty ze szczególną uwagą.

Co zrobiono – uczciwy bilans Pakietu dla Południa

Jest kilka inwestycji, które dotychczas zrealizowano. Są to: trasa autobusowa na Jagodno, Promenada Krzycka, buspas na Bardzkiej między Armii Krajowej a Piękną. Warto zauważyć, że inwestycje te są relatywnie łatwe w wykonaniu w stosunku do np. całkowitej przebudowy skrzyżowania i organizacji ruchu w sąsiedztwie czy wyniesienia toru kolejowego nad poziom ulicy. W trakcie realizacji natomiast pozostają: projektowanie tramwaju na Jagodno wraz z przebudową ulicy Buforowej oraz budowa Wschodniej Obwodnicy Wrocławia (odcinek Radomierzyce – Bielany Wrocławskie), za który odpowiada Marszałek Województwa Planowane otwarcie kompletnej wówczas trasy to koniec 2027 roku. Warto przy tym zaznaczyć, iż wspomniana inwestycja miała pierwotnie powstać kilka lat wcześniej. Już teraz mówi się, że po oddaniu do użytkowania rozwiąże ona problem zatkania południowej części miasta jedynie częściowo.

Nie zrealizowano natomiast mimo zapowiedzi kilku kluczowych inwestycji, które w znacznym stopniu odciążyły by kręgosłup infrastrukturalny w tej części miasta. Ba, nawet niektóre z nich nie są w chwili obecnej na etapie przygotowawczym. Mowa tu o:

  • braku bezkolizyjnych przejazdów linii 285 przy ul. Zwycięskiej i Borowskiej. Wyniesienie torów nad ul. Bardzką rozwiązuje tylko jeden z trzech głównych konfliktów linii 285 z ruchem miejskim. Dwa pozostałe – przejazdy przy ulicach Zwycięskiej i Borowskiej – nie są objęte żadnym porozumieniem ani nawet studium. Tymczasem to właśnie przy ul. Zwycięskiej szlabany paraliżują ruch na statystycznie najbardziej zakorkowanym skrzyżowaniu aglomeracji. Już w 2022 roku, kiedy linia kolejowa została uruchomiona, kilkukilometrowe korki na al. Karkonoskiej stały się normą. Jacek Sutryk już w 2020 roku nazywał sytuację „skandalem", a miało to miejsce jeszcze przed uruchomieniem linii nr 285. Wiadomo było wówczas, że przejazd w poziomie będzie stwarzał szereg problemów i potęgował korki. Prezydent wysyłał co prawda pisma do PKP PLK, które jednak nie przyniosły efektu, a problem jest strukturalny – tory biegną w poziomie ulicy. Nie dość, że już kilka lat wcześniej sama ulica Zwycięska we Wrocławiu wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce, otwarcie w taki sposób tej linii kolejowej – zgodnie z oczekiwaniami – pogłębiło tylko problem;
  • braku estakady Al. Karkonoska/ul. Zwycięska. Pomimo bardzo dobrze przygotowanych analiz i wizualizacji rozwiązania dwupoziomowego, Ratusz nigdy nie wyjaśnił publicznie, dlaczego projekt nie wszedł w życie. Autorzy pierwotnej koncepcji z firmy Arcadis sami wyrażali zdziwienie, że projekt nie został zrealizowany. Jest to o tyle ciekawe, iż Wrocław jest jednym z nielicznych miast w Polsce i Europie, gdzie poza nielicznymi wyjątkami (np. skrzyżowanie Alei Wielkiej Wyspy z ul. Międzyrzecką) systemowo nie są budowane skrzyżowania bezkolizyjne. Wszystko stoi na jednym poziomie, komunikacja między i w obrębie osiedli jest kompletnie niewydolna (jak na Partynicach), a projekty ułatwiające codzienne życie mieszkańcy mogą jedynie oglądać na wizualizacjach;
  • braku buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego. Inwestycja figuruje w Pakiecie dla Południa jako „planowana", ale bez terminu realizacji i źródeł finansowania;
  • braku rozwiązania dla skrzyżowania ul. Zwycięska/al. Karkonoska po oddaniu ostatniego odcinka WOW (Wschodnia Obwodnica Wrocławia), która ma być gotowa pod koniec 2027 roku. Obwodnica skieruje bowiem na al. Karkonoską jeszcze więcej pojazdów – już teraz natężenie ruchu dla tego węzła to ponad 62 tysiące pojazdów na dobę. Żadna z planowanych inwestycji nie odpowiada na to wyzwanie. Mało tego – już teraz mówi się, że Wschodnia Obwodnica Wrocławia w niewielkim tylko stopniu odciąży Ołtaszyn, Partynice i liczne osiedla, borykające się z ciągłymi korkami. Ponadto, duża liczba skrzyżowań o ruchu okrężnym (kolizyjność) w ciągu WOW nasuwa dodatkowe pytanie dotyczące płynności ruchu tamże, zwłaszcza w kontekście gwałtownie rosnącego poziomu suburbanizacji terenów wokół niej.

Sukces z goryczą

2 kwietnia 2026 roku podpisane zostało porozumienie PLK–Miasto. Jest to realny i długo wyczekiwany postęp w usprawnieniu komunikacji Jagodna z centrum miasta. Dzięki temu porozumieniu tory nad przeciążoną ul. Bardzką mogą zostać wyniesione nad jej poziom, otwiera ono też perspektywę uruchomienia tramwaju na Jagodno. Inwestycja będzie miała wpływ również na północno-zachodnią część Wrocławia – umożliwi powstanie węzła kolejowego na Maślicach. Porozumienie PLK-Miasto otwiera drogę do ważnej inwestycji. Jej koszty opiewałyby na łączną kwotę 60 mln zł, z czego około 1/3 pokryłoby Miasto. Wedle informacji z dnia porozumienia, przetarg na dokumentację miałby zamknąć się w ciągu 2 miesięcy od jego ogłoszenia. Wskazany został również termin ogłoszenia wykonawcy robót – maksymalnie do końca września 2028 roku, natomiast zakończenie budowy miałoby miejsce w 2029 roku. Jednak to tylko częściowe działanie, nie odpowiadające na pozostałe problemy związane z linią 285. W Pakiecie dla Południa cały czas brakuje bowiem rozwiązania dla skrzyżowania linii 285 z ul. Zwycięską i Borowską. Ta pierwsza jest kluczowa dla całego południa Wrocławia – najbardziej zakorkowana ulica w Polsce pozostaje blokowana dodatkowo przez przecinające ją tory, a równolegle zatykana jest al. Karkonoska, a więc główna wylotówka Centrum - Autostrada A4. Sytuacja ta jest niezmienna od momentu uruchomienia linii w kierunku Sobótki, tj. 12 czerwca 2022 roku i pomimo wielu deklaracji, jak dotąd nie widać perspektyw na jej zmianę.

Można by zadać pytanie, po co rozbudowywać ul. Zwycięską od obecnego Ronda Ojca Pio do Al. Karkonoskiej z drogi dwupasmowej do drogi czteropasmowej, skoro nie ma w planach żadnego rozwiązania dwupoziomowego ani z linią kolejową, ani z Al. Karkonoską i ul. Jeździecką. Poszerzenie drogi i przebudowa skrzyżowania ul. Zwycięskiej z Ołtaszyńską są w planach, niemniej jest to przykład działań bardzo częściowych, nie mających większego znaczenia dla upłynnienia ruchu. Miastu dobrze wychodzi budowanie ścieżek rowerowych i realizowania lokalnych, małych inwestycji. Dlaczego te większe nie wychodzą już za dobrze pomimo, że są na nie zarówno środki, jak i zapotrzebowanie społeczne? Kwestię budowy nowoczesnych rozwiązań inżynieryjnych w ciągu linii 285 podnoszą mieszkańcy i eksperci od lat. W petycji skierowanej do PLK i miasta wprost wskazano, że możliwe było poprowadzenie linii 285 nasypem i wiaduktami nad ul. Buforową, Ołtaszyńską i Zwycięską – ale zamiast tego zdecydowano się we wszystkich trzech przypadkach na skrzyżowania jednopoziomowe. Kolej na Sobótkę zamyka przejazdy na ul. Zwycięskiej, Borowskiej i Buforowej co 20–30 minut. Dla kierowców i pasażerów komunikacji miejskiej oznacza to dodatkowy paraliż na ulicach, które i bez tego są przepełnione. Tymczasem inwestycja, która zostanie zrealizowana na ul. Bardzkiej dowodzi, że techniczne i finansowe wyniesienie linii 285 na wiadukt jest jak najbardziej wykonalne – kosztuje ok. 60 mln zł i miasto ma wolę współfinansowania. Dlaczego tego samego podejścia nie zastosowano do ul. Zwycięskiej? Ulica ta już lata przed uruchomieniem wspomnianej linii kolejowej regularnie wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce. Sam Wrocław w ostatnich latach bardzo często wygrywa rankingi lub znajduje się w ich ścisłej czołówce, biorące pod uwagę najbardziej zakorkowane miasta w kraju (szczególnie relatywnie miarodajne rankingi średniego czasu przejazdu przez polskie miasta).

Michał Jaros i „zielone wiadukty", odrzucane poprawki radnego Roberta Grzechnika

W 2017 roku Michał Jaros, ówczesny poseł Nowoczesnej zaproponował budowę pięciu estakad w newralgicznych, zakorkowanych miejscach Wrocławia. Aż trzy z nich miały powstać przy głównym wjeździe do miasta od południa – dwie nad skrzyżowaniem al. Karkonoskiej z ul. Zwycięską i Jeździecką oraz jedna na wlocie ul. Wyścigowej w al. Karkonoską. Koszt każdej z nich oszacowano na około 15 mln zł. Poseł argumentował konieczność ich budowy m.in. faktem, że skrzyżowanie al. Karkonoska/ul. Zwycięska jest jednym z najbardziej zakorkowanych miejsc w Polsce – średnia prędkość samochodów przejeżdżających rano ul. Zwycięską to zaledwie 2 km/h. Także później poseł Michał Jaros wielokrotnie wypowiadał się w kwestiach poprawy infrastruktury na południu Wrocławia. Nie tylko postulował rozbudowę i modernizację całego Wrocławskiego Węzła Kolejowego na czele z budową czwartego toru na Estakadzie Grabiszyńskiej, ale wprost zwracał też uwagę na pilną potrzebę budowy wiaduktu kolejowego nad ul. Zwycięską. Obecnie piastuje funkcję wiceministra w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. Należy przy tym zaznaczyć, że jego bezpośredni wpływ na PLK jest dość ograniczony, inaczej by było w sytuacji pełnienia podobnej funkcji w Ministerstwie Infrastruktury. Nie zmienia to jednak wymowy politycznej: jest posłem z Wrocławia, liderem KO na Dolnym Śląsku wybranym na kolejną kadencję, od lat zaangażowanym w temat i mocno wypowiadającym się w sprawach komunikacji, a przez ostatnie 2,5 roku współrządzi z partią zarządzającą miastem. To wystarczy, żeby zadać pytanie o odpowiedzialność. Dlaczego poseł Jaros jako wiceminister rządu z ramienia największej partii współrządzącej krajem, której działacze zarządzają Wrocławiem, mając większość w Radzie Miejskiej, nie doprowadził do ujęcia wyniesienia linii 285 ponad ul. Zwycięską w porozumieniu z PLK? Nie są odosobnionymi uprawnione opinie, że pan poseł często zmienia front wedle doraźnych korzyści politycznych i traktuje zobowiązania wobec wyborców z dużą rezerwą.

Pod koniec 2020 roku, a więc 1,5 roku przed uruchomieniem linii kolejowej nr 285 w kierunku Sobótki i Świdnicy, radny Robert Grzechnik złożył do budżetu miasta poprawkę zakładającą opracowanie dokumentacji projektowej estakady wzdłuż al. Karkonoskiej, która przebiegałaby nad skrzyżowaniem z ul. Zwycięską i Jeździecką. W związku ze zbliżającym się terminem inauguracji ruchu pociągów pasażerskich na tej trasie (planowo miało mieć to miejsce w 2021 roku), argumentował on, że bez przebudowy na skrzyżowanie bezkolizyjne, a z czynną, dość jednak ruchliwą linią kolejową w poziomie, będzie ono całkowicie paraliżowane. Poprawka była odrzucana wielokrotnie przez radnych popierających Prezydenta Sutryka. Warto w tym miejscu przywołać remont ul. Zwycięskiej w latach 2012-2013. Już wówczas bowiem ulica należała do najbardziej zakorkowanych w Polsce. Remont poza wymianą nawierzchni, budową lewoskrętów oraz ronda był bardzo skromny w stosunku do pierwotnych planów i nie uwzględnił choćby samej tylko dynamiki rozwoju osiedla. Zamiast poszerzyć ulicę do dwóch pasów ruchu w obydwu kierunkach, powstało średnio jedynie półtora. Zrezygnowano też z sygnalizacji świetlnej na rzecz ronda, które przy takim natężeniu ruchu okazuje się już od lat dodatkową uciążliwością.

Upadła koncepcja estakady

Budowa estakady przy skrzyżowaniu ul. Zwycięskiej i Jeździeckiej z al. Karkonoską spotkała się z aż 92-procentowym poparciem w Panelu Obywatelskim, co – zgodnie z formułą – czyniło te rekomendacje wiążącymi. Koncepcja upadła jednak z niewiadomych przyczyn. Jakby tego było mało, w 2024 roku mieszkańcy wystosowali petycję do Prezydenta Wrocławia, pod którą podpisy złożyło 718 osób. Do dnia dzisiejszego jednak sprawie nie został nadany dalszy bieg. Nowoczesne rozwiązania inżynieryjne dla odcinka linii 285 na zachód od ul. Bardzkiej nie mogą być konkretnie analizowane, dopóki nie zakończy się Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego. Z informacji uzyskanych od miasta wynika, że to PKP postawiło taki warunek. Miasto natomiast nie podaje na dzień dzisiejszy żadnego terminu zakończenia tego studium. Oznacza to odsunięcie w czasie realizacji wyczekiwanych z niecierpliwością wiaduktów na kompletnie nieznany termin. Cała sprawa blokowania drożności ul. Zwycięskiej została w praktyce zawieszona na bliżej nieokreślonym opracowaniu PKP. Bez terminu tego studium nie da się oszacować, czy – powtarzając za panem Prezydentem – „skandal” potrwa 2 lata, 5, a może i 10 lat. Co ciekawe, Miasto przyznaje, że rozwiązanie dwupoziomowe jest w tym przypadku jedynym sensownym rozwiązaniem, ale nie ma go w jakimkolwiek harmonogramie ani budżecie. Wszyscy wiedzą co należałoby zrobić, aby rozwiązać problem, jednak koncepcja posła Jarosa i radnego Grzechnika z 2017 roku do dnia dzisiejszego jest systematycznie odrzucana. Jakby tego było mało, potwierdzono, że analiza wyniesienia linii nad Zwycięską istnieje. Została opracowana w 2021 roku, wspólnie z Urzędem Marszałkowskim w kontekście wniosku do programu Kolej+, jednak nie podano ani jej wyników, ani przyczyn, dla których nie została wykorzystana nawet w kontekście porozumienia z PLK z kwietnia bieżącego roku. PLK jest pod nadzorem ministra infrastruktury, więc rząd ma narzędzia. Pytanie więc, kto podjął decyzję, żeby ograniczyć zakres inwestycji wyłącznie do ul. Bardzkiej? I czy Miasto ma wpływ na zakres i harmonogram Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego, czy biernie oczekuje na jego wyniki?

Co dalej z Pakietem dla południa?

Koordynacja Pakietu dla Południa należy do Departamentu Infrastruktury i Transportu. Miasto natomiast nie wskazuje żadnej osoby odpowiedzialnej, nie powołuje się na żaden dokument, nie wiadomo też jaka jednostka prowadziłaby monitoring całego projektu. Prezydent Wrocławia nie planuje przedstawienia Radzie Miejskiej zbiorczego raportu z realizacji Pakietu dla Południa. Raport taki mógłby zawierać harmonogram, wszelkie koszty oraz stan inwestycji, co byłoby na pewno cenną informacją i dobrym punktem odniesienia wobec aktualnej sytuacji projektu.

Łącznie z 16 inwestycji opisanych w projekcie, aż 7 z nich ma status "harmonogram realizacji zostanie ustalony po opracowaniu dokumentacji projektowej". Tak więc, miasto nie potrafi określić daty zakończenia następujących realizacji:

  • tramwaju na osiedle Klecina (pętla Kupiecka),
  • tramwaju na Jagodno,
  • rozbudowy ul. Zwycięskiej,
  • wytyczenia i budowy buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego,
  • zatoki autobusowej przy ul. Grota-Roweckiego,
  • łącznika ul. Iwaszkiewicza-Kajdasza,
  • trasy tramwajowej ul. Działkowa/Borowska.

Na uwagę zasługuje też fakt, że dwie inwestycje (tramwaj/buspas na osiedle Ołtaszyn oraz łącznik z ul. Waligórskiego w kierunku pętli tramwajowej „Krzyki”) są na ten moment całkowicie zamrożone. Oczekują one bowiem na decyzje PKP (budowa tunelu pod obwodnicą towarową Wrocławia).

Rozdźwięk między kosztami pierwotnymi a realnymi

Spośród inwestycji w ramach Pakietu jest wiele takich, które zostały nierzetelnie oszacowane. Większość spośród nich dotyczy zaniżonych kosztów na etapie przygotowania, a więc koszty realizacji okazywały się w praktyce wyższe. Najbardziej jaskrawymi przykładami wyższych kosztów rynkowych od planowanych są następujące inwestycje:

  • ciąg pieszo-rowerowy ul. Zwycięska–Ołtaszyńska (wzrost kosztów względem szacunków pierwotnych o aż 178%),
  • pętla autobusowa przy ul. Zwycięskiej (wzrost o 82%),
  • remont ul. Pawiej (wzrost o 140%).
  • Wyjątkiem jest realizacja ciągu pieszo-rowerowego wzdłuż ul. Ołtaszyńskiej (Rondo Ojca Pio–WTWK Partynice). Pierwotnie koszt oszacowano na 7 320 000 zł, natomiast koszty realizacji wyniosą faktycznie 6 922 672 zł.
  • Warto dodać, iż w Pakiecie dla Południa znajdują się inwestycje niepoparte dotychczas żadnym kosztorysem inwestorskim, jak np.:
  • wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Klecinę (pętla przy ul. Kupieckiej) – 87,8 mln zł,
  • wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Jagodno – 132,675 mln zł.

Są to jedynie kwoty robocze z WPF (Wieloletni Plan Finansowy), niepoparte jeszcze żadnym kosztorysem inwestorskim. W ramach trzech nieco mniejszych inwestycji (poprawa skomunikowania stacji kolejowej Iwiny z Jagodnem w ramach współpracy z gminą Siechnice, kompleksowy remont ul. Orawskiej i Białoszewskiego) Miasto pozostawia całkowicie puste pola kosztowe. Podano jedynie źródło finansowania (umowy z art. 16 ustawy o drogach publicznych), bez żadnych kwot.

Pakiet dla Południa jako przykład nieskoordynowanych działań punktowych

Na przykładzie Pakietu dla Południa widać nieskoordynowanie i niespójność działań inwestycyjnych. Trudno nie odnieść wrażenia, że Miasto nie zabiega lub zabiega nieskutecznie o systemowe rozwiązywanie problemów lokalnych. Brak inicjatywy w uzyskaniu porozumienia z PLK w związku z budową wiaduktów i odsunięcie inwestycji na czas nieokreślony dowodzi, że mimo wielu publicznych obietnic i zapowiedzi osób mających realny wpływ na decyzje w mieście, decydenci nie potrafią rozwiązywać problemów systemowych. Wrocław jako miasto, którego faktyczna liczba mieszkańców zbliża się do miliona, zasługuje na nowoczesne rozwiązania infrastrukturalne. Miasta podobnej wielkości w Polsce mają pełne obwodnice autostradowe (Łódź, Kraków – ostatni odcinek niebawem zostanie oddany do użytku), czy też szerokie i drożne arterie w kierunku centrum (Warszawa, częściowo Poznań). Nawet jeżeli wiele dużych inwestycji w innych miastach realizowanych jest ze środków centralnych, to jednak zazwyczaj miasta te skutecznie zabiegały o ich powstanie w różny sposób, lobbując na rzecz interesu publicznego. We Wrocławiu, a zwłaszcza w jego bardzo dynamicznie rozwijającej się południowej części takich rozwiązań brakuje. Przed wyborami samorządowymi (nie tylko tymi ostatnimi) Wrocławianie mogli zobaczyć całkiem sporo plakatów z ładnie brzmiącymi obietnicami. Tematy takie, jak np. tramwaj na Ołtaszyn podnoszone były już przed wyborami w 2018 roku). Lecz nader często brakowało konkretów w postaci przewidywanych terminów realizacji, założeń projektów, finansowania. Miasto w mniejszym stopniu powinno funkcjonować na zasadzie „cóż szkodzi obiecać”, a w większym realizować swoje zapowiedzi czy też proponować realne projekty na realny czas, okazując tym samym szacunek wyborcom.
Fot. Marek Księżarek www.wroclaw.pl


Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

SOS Wrocław dotknął sedna i dlatego należy nas zastraszyć. W ostatnim tygodniu trafiły do nas dwa prawnicze pisma, które w naszej opinii mają nas zastraszyć i zniechęcić do dalszego sprawdzania, ile pieniędzy trafia do politycznych sojuszników i kolesi Jacka Sutryka z publicznej kasy. W naszej opinii mają one charakter tzw. SLAPPa, czyli strategicznych działań prawnych na rzecz stłumienia krytyki władzy. Ale nas zastraszyć nie jest tak łatwo.

Dwa straszaki w jednym tygodniu

Pierwsze pismo przyszło w poniedziałek. Napisał je Marcin Zatorski, radca prawny, który jeszcze nie tak dawno reprezentował setki mieszkańców wrocławskiego TBS. Teraz reprezentuje… Michała Młyńczaka, byłego wiceprezydenta miasta. Temu nie spodobały się nasze wpisy dotyczące złotego spadochronu, który zapewniło mu miasto w miejskiej spółce Ekosystem, a także to, że wskazywaliśmy nieudolność miasta w rozstrzygnięciu przetargu.

Drugie pismo przyszło we wtorek. Napisała je do nas kancelaria, której wspólnik reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej i jednocześnie świadczy lukratywne zlecenia na rzecz gminy Wrocław. Nie podobało mu się to, że analizowaliśmy zapisy Urzędowego Rejestru Umów i zadawaliśmy pytania o to, czy relacja pomiędzy prof. Błaszczakiem, Jackiem Sutrykiem i Urzędem Miejskim jest etyczna. Bolało go również to, że analizowaliśmy, czy jego położenie nie może być nazwane konfliktem interesów.

W podobnym czasie podobne przedprocesowe pisma otrzymała Fundacja Obywatel TBS, a także wrocławska Gazeta Wyborcza, straszona przez miejską spółkę Ekosystem odszkodowaniem o wartości 250 000 zł. W naszej opinii nie ma przypadków – to wygląda jak skoordynowana akcja instytucji miejskich oraz sojuszników i kolesi Jacka Sutryka przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu oraz mediom.

Profesor w konflikcie interesów

Szczególnie zastanawiająca w tej sytuacji jest rola radcy prawnego, profesora Błaszczaka. To osoba, która nie tylko z tytułu zaufania powinna być krystalicznie czysta. Jako pracownik naukowy z tytułem profesora, który poza praktykowaniem prawa uczy tej praktyki innych, powinien całą swoją postawą świecić przykładem dla adeptów trudnego, prawniczego rzemiosła.

Tymczasem postawił się w sytuacji bardzo niekomfortowej. Nie dość, że w 2022 roku jednocześnie świadczył usługi na rzecz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej oraz jako prezydenta miasta w sprawie o charakterze SLAPP przeciwko autorom podcastu „Przyjaciele Kota Wrocka" – to w 2024 roku jego kancelaria świadczyła na rzecz miasta kolejne, bardzo intratne zlecenie w zakresie zastępstwa procesowego oraz doradztwa prawnego. Co ciekawe, napisał strategię procesową do sprawy, w której zespół radców prawnych Urzędu Miejskiego od niemal dwóch lat już taką strategię posiadał. Nie chcemy szkodzić sprawie, więc nie będziemy wchodzić w szczegóły – napiszemy: opinia pana profesora nie była tzw. „gamechangerem". Nie przeszkodziło to, by zawrzeć z nim umowę o wartości 61 500 zł i wypłacić za samą strategię procesową 36 900 zł – potwierdza to okazana w trakcie kontroli radnego umowa i faktury.

Wszystkie kwoty podawane przez nas w toku postępowania podawaliśmy na podstawie publicznych, urzędowych rejestrów. Nawet szef zespołu radców prawnych, mecenas Wojciech Szuster potwierdził, że urzędowy rejestr umów prowadzony jest w sposób, który może wprowadzać czytelnika w błąd. Jeżeli kogoś pan mecenas Błaszczak zamierza pozywać – może warto byłoby pozwać Prezydenta Wrocławia? Chociaż wtedy to dopiero zrobiłby się etyczny mętlik w zasupłanych i nachodzących na siebie interesach różnych mocodawców.

Dlaczego? W tym samym roku prof. Błaszczak okazał się być pełnomocnikiem procesowym zatrzymanego przez CBA Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum, w której prezydent Wrocławia usłyszał zarzuty korupcji i oszustwa.

Normalną, etyczną reakcją byłoby zgłoszenie przez pana profesora do Gminy Wrocław zaistniałego konfliktu interesów i wycofanie się ze sprawy. Nie miało to jednak miejsca – profesor i mecenas Błaszczak nadal świadczył na rzecz urzędu rządzonego przez jego mocodawcę usługi.

Czy gdyby firma realizująca inwestycje drogowe na rzecz miasta układała chodnik w ogrodzie pana prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? Czy gdyby firma, która buduje dla miasta szkołę, remontowała prywatny dom prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? To sytuacja, którą należy w szczególny sposób badać, bo tworzy przestrzeń do nadużyć. Szczególnie gdy dotyczy to prezydenta oskarżonego przez Prokuraturę Krajową o łapownictwo i oszustwa.

Profesor Błaszczak nie tylko nie wycofał się z dyskusyjnej etycznie sytuacji. Zamiast tego skierował pismo względem naszego Stowarzyszenia, w którym próbuje nas zastraszyć. Czy tak zachowują się akademickie i prawnicze autorytety? A może te absurdalne działania są podyktowane tym, co jeszcze może ujrzeć światło dzienne? Tylko pan profesor i jego wspólnicy wiedzą, czego nie chcą ujawnić opinii publicznej. Jednak nasze doświadczenie każe sądzić, że w debacie publicznej takich spraw - jeżeli istnieją - długo nie da się utrzymać w tajemnicy.

W naszej opinii sprawą powinny zająć się instytucje odpowiedzialne za dyscyplinę i etykę w ramach korporacji prawniczych, w których występuje bądź występował prof. Błaszczak, a także Uniwersytet Wrocławski.

Złoty spadochron Młyńczaka

Dziwna jest także rola prezesa Ekosystemu, niedawno zwolnionego z funkcji wiceprezydenta miasta, Michała Młyńczaka. Ten straszy nas krokami prawnymi za ujawnianie jego złotego spadochronu w postaci grubych setek tysięcy złotych wynagrodzenia w spółce Ekosystem. Za co ta podwyżka względem pensji wiceprezydenta? Chyba w nagrodę za współodpowiedzialność za chaos we wrocławskim systemie odbioru i zagospodarowania odpadów.

Nie podoba mu się, że porównujemy jego zespół do Gangu Olsena, choć nie był w stanie rozstrzygnąć przetargu przez niemal 450 dni, a okoliczności działań spółki Ekosystem i polityków ją nadzorujących bada Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne, które dokonało przeszukania i zabezpieczenia dokumentów w siedzibie spółki.

Jednak to działania SOS Wrocław, które nagłaśniają tę niepokojącą aferę, są uznawane za szkodliwe i zasługujące na dalsze kroki prawne. Ekosystem już próbował iść tą drogą, gdy jesienią straszył krokami prawnymi po zgłoszeniu przez nas nieprawidłowości we wrocławskich śmieciach do Najwyższej Izby Kontroli. Po tym, gdy nie daliśmy się zastraszyć, spółka zawiadomiła prokuraturę, próbując przypisać absurdalne zarzuty przewodniczącemu SOS Wrocław, Piotrowi Uhle. Nie daliśmy się zastraszyć wtedy, nie damy i teraz.

Nie tylko my

Podobne pisma otrzymała w mijającym tygodniu fundacja Obywatel TBS oraz wrocławska redakcja Gazety Wyborczej. Obywatel TBS od spółki TBS Wrocław. Gazeta Wyborcza – od Ekosystemu za cykl artykułów ujawniających rozmiary wrocławskiej afery śmieciowej. Obie sprawy są podobne – miejskim podmiotom nie podoba się publiczna krytyka ich działań. Dla nich najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zadawał takich głupich pytań. A miasto byłoby najlepsze, gdyby można było spokojnie zarabiać pieniądze, ale bez tych natrętnych mieszkańców. Biura funkcjonowałyby sprawnie, zatrudnienie w spółkach rosło i nikt nie zakłócałby spokoju kolesiom.

Wszystkie skarżące się strony łączy jeden fakt. Nie brakuje im pieniędzy na obsługę prawną. Jednak wszystkie podmioty w całości lub w pewnym zakresie żyją z naszych podatków. Otrzymują czynsze, opłaty śmieciowe lub wynagrodzenia z miejskich instytucji. I wykorzystują swoją pozycję do tego, by walczyć z mediami i społeczeństwem obywatelskim.

Prywatne interesy, publiczne pieniądze

Niszcząc media i społeczeństwo obywatelskie, Jacek Sutryk, jego podwładni, sojusznicy i kolesie niszczą też lokalną demokrację. Ale nie dziwi nas ten fakt. Lokalna demokracja jest dla nich największym zagrożeniem. Dlatego prezydent wielokrotnie lżył i obrażał mieszkańców w obrzydliwy i pożałowania godny sposób. Dlatego jako prezes ZMP tworzy przestrzeń do lobbowania za utajnianiem oświadczeń majątkowych, przywróceniem możliwości dorabiania w radach nadzorczych, zniesienia dwukadencyjności, zapewnienia wcześniejszej, sowitej emerytury dla samorządowych kolesi.

Jako osoba prywatna Jacek Sutryk często popadał w wątpliwe etycznie sytuacje. Swój dom kupił po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy, który nie tylko otrzymywał wielomilionowe dotacje z miasta. Odkąd Jacek Sutryk został prezydentem, dotacje znacząco wzrosły. Poprzedni dom prezydent sprzedał z kolei swojemu podwładnemu, który, tak się składa, jest prezesem Aquaparku i zarabia tam grube setki tysięcy złotych. Po transakcji prezydent awansował żonę prezesa, którą zrobił… prezesem miejskiego ZOO. Oczywiście, bez konkursu.

Poprzednie zastraszające pismo przedprocesowe prof. Błaszczak wysyłał dla Jacka Sutryka w związku z innym konfliktem interesów. Profil na Facebooku Jacka Sutryka z setkami tysięcy polubień jest jego prywatną własnością, jednak na jego popularność pracują w godzinach pracy rzesze urzędników i pracowników miejskich spółek oraz instytucji. Ten profil ma rynkową wartość, a wydając polecenia publikowania tam materiałów, Jacek Sutryk może uzyskiwać korzyść majątkową, której nigdzie nie zgłasza. Podobnie było, gdy na partyjną imprezę Campus Polska jechał urzędowym busem. Gdy jako prezes ZMP lobbował za własnymi przywilejami. Wymieniać można długo.

Nie zastraszycie nas

Po pierwsze: mamy rację. Po drugie: to Wy macie powody do obaw i dlatego wysyłacie te bzdurne groźby dalszych prawnych kroków. Po trzecie: demokracja w mieście wymaga nagłaśniania niegodziwości i dziwnych układów, które panują we Wrocławiu Jacka Sutryka, jego podwładnych, sojuszników i kolesi. Nie zaprzestaniemy tej działalności tylko dlatego, że kolesiom się ona nie podoba.

Chcą nas zniszczyć. Nie mamy wielkich zasobów finansowych i koneksji w wymiarze sprawiedliwości, dlatego liczą, że się ugniemy. Jednak nie o nas tu chodzi. Chodzi o to, by pozbawić Was, czytelników, dostępu do informacji o patologicznych układach wokół Urzędu Miasta. Bo dziś tylko opinia publiczna jest ograniczeniem dla ich apetytu na władzę oraz frukta za nią idące.

Perspektywa otrzymania pozwu z pewnością nie jest niczym przyjemnym. Pamiętajmy jednak, że sprawy cywilne z definicji są jawnego a przed pytaniami Sądu nie można uciekać w retorykę i nie da się ich zakrzyczeć wykupionymi kampaniami medialnymi. Opinia publiczna może w takim procesie poznać wiele bardzo interesujących faktów.

Dlatego będziemy dalej ujawniać i interweniować w sprawach patologii toczących Wrocław. To nie my jesteśmy ich przyczyną. Nie damy się zastraszyć, bo taki jest nasz obowiązek względem Was - mieszkańców. Prosimy jednak o jak najszersze udostępnienie tego tekstu w ramach gestu solidarności - chcemy wiedzieć, że nasze działania mają społeczne poparcie.

 

 


Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd

Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd

Nietransparentnie prowadzony Urzędowy Rejestr Umów to coraz częściej przyczyna poważnych skandali. Jeszcze niedawno ukrywano w nim tożsamość tajemniczego wykonawcy zlecenia na przygotowanie statutów osiedli, mimo że to standardowa pozycja w URU. Dopiero po naszej interwencji uzyskaliśmy informacje, że wykonawcą był prof. Korczak.

Umowa, której nie było – a jednak była

W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W rejestrze nie ujawniono zawartej umowy z kancelarią prawną, którą zatrudnia Miasto Wrocław do doradztwa prawnego oraz zastępstwa procesowego. Widoczne były tylko dane dotyczące dwóch aneksów – o wartości 61 500 zł oraz 19 680 zł. Po naszej interwencji ujawniono pierwotną umowę, która miała być pominięta „omyłkowo" przez osobę, która już nie pracuje. Łącznie po tajemniczym „odnalezieniu się" umowy w rejestrze widniały trzy pozycje – umowa BOP/2/2024 o wartości 61 500 zł, aneks nr 1 do tej umowy o wartości 61 500 zł oraz aneks nr 2 do niej o wartości 19 680 zł.

Wraz z wcześniejszymi zamówieniami wartość umów i aneksów sumowała się do kwoty 159 900 zł. Rejestr podawał dokładnie takie informacje jak powyżej. Sprawa miała o tyle niepokojący charakter, iż wspólnikiem we wskazanej kancelarii był mecenas Błaszczak, który jednocześnie reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej w Collegium Humanum, a pierwszy aneks był podpisany raptem tydzień po zatrzymaniu jego mocodawcy przez Centralne Biuro Korupcyjne.

W naszej opinii budziło to uzasadnione wątpliwości co do etycznego aspektu relacji między podmiotami: Jacek Sutryk, Gmina Wrocław, kancelaria BSKK. Podobne pytania zadawalibyśmy sobie, gdyby na przykład firma układająca na zlecenie miasta kostkę brukową ułożyła ją również w ogrodzie prezydenta. Albo gdyby prezydent kupił dom po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy otrzymującego sowite dotacje z budżetu miasta.

Pisaliśmy o tym w ubiegłym tygodniu.

Aneksy zamiast kwot – błąd czy manipulacja?

Dopiero po kilku dniach udostępniono nam przedmiotową umowę. Okazało się, że kolejne aneksy nie dotyczyły dodatkowych kwot w ramach umowy, a po prostu jej przedłużenia. Oznacza to, że sposób prowadzenia rejestru umów wprowadza odbiorców w błąd. I nie chodzi tu tylko o powielanie wartości zamówienia w jednym z aneksów a zmianę w drugim, ale także o nieujawnienie pierwotnej umowy. Ostatecznie okazuje się, że umowa miała wartość 61 500 zł brutto i nie została w pełni skonsumowana, jednak okoliczności jej zawarcia budzą dodatkowe wątpliwości. W sprawie prawidłowości prowadzenia rejestru radni skierowali już odpowiednie zapytania.

Cztery powody do niepokoju

  1. Po pierwsze, nad sprawą pilnie pracował już Zespół Radców Prawnych w Urzędzie Miejskim Wrocławia, który opracował strategię procesową. Ciekawi nas przyczyna zawarcia po dwóch latach trwania sprawy dodatkowej, sowicie płatnej umowy akurat z kancelarią, której wspólnik reprezentował później Jacka Sutryka w jego prywatnej sprawie karnej.
  2. Po drugie, mecenas Błaszczak w swojej historii miewał już sytuacje, gdy jednocześnie na zlecenie Jacka Sutryka – osoby prywatnej, oraz Jacka Sutryka – prezydenta Wrocławia, stosował straszenie klasycznym SLAPPem wobec Marcina Nierody, redaktora podcastu Przyjaciele Kota Wrocka.
  3. Po trzecie, mecenas Błaszczak postawił się w sytuacji oczywistego konfliktu interesów. Nie powinien bowiem reprezentować jednocześnie miasta Wrocławia oraz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. W chwili zawarcia umowy z Jackiem Sutrykiem jego kancelaria winna nie tylko poinformować Gminę Wrocław o zaistniałym konflikcie ale także całkowicie zrezygnować z obsługi miasta. W innym przypadku nie powinna zawierać umowy z prezydentem w jego prywatnej sprawie karnej dotyczącej korupcji i oszustwa w ramach afery Collegium Humanum.
  4. Po czwarte, w sytuacji takiego samego konfliktu interesów postawił się prezydent Jacek Sutryk. Znowu: gdyby zawarł umowę na strzyżenie trawnika w swoim ogrodzie z firmą, która utrzymuje miejskie parki – wszelkie pytania znalazłyby rzeczowe uzasadnienie o niebezpieczne konfiguracje. Nie wspominając już o sprzedawaniu domu przez prezydenta swoim hojnie wynagradzanym pracownikom – na przykład prezesom Aquaparku będącym w związku małżeńskim z późniejszymi prezesami miejskiego ZOO.

Apel o wiarygodny rejestr

Konflikty interesów i niejasne związki – jak widać – mnożą się. To wszystko, wraz z nietransparentnymi metodami prowadzenia Urzędowego Rejestru Umów, gdzie „wpadki" zdarzają się akurat w sytuacjach, które mogłyby być dla urzędu i jego kierownictwa politycznie niewygodne, budzi uzasadnioną troskę o jakość wydatkowania środków publicznych – czyli troskę o dobro wspólne.

Z tego miejsca apelujemy do prezydenta miasta i jego pracowników odpowiedzialnych za prowadzenie rejestru umów o dostosowanie go w taki sposób, aby nie wprowadzał w błąd mieszkańców, oraz o szczególną dbałość o kompletność i poprawność przedstawianych danych. Jeżeli bowiem z publicznego, urzędowego rejestru nie można uzyskać wiarygodnych i potwierdzonych danych – urząd sam tworzy niedopowiedzenia i podważa zaufanie do informacji publicznej podawanej przez instytucje publiczne.

 

 


Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Ewa Kamińska

Prawie dwa lata temu zadzwoniłam do Urzędu Miejskiego Wrocławia z prostym pytaniem. Na Ołtaszynie powstaje nowa szkoła. Mieszkańcy zabiegali o nią od lat. Okoliczna SP34 od dawna pęka w szwach. Dla wielu rodzin to jedna z najważniejszych inwestycji edukacyjnych w tej części miasta. Chciałam wiedzieć, jak będzie funkcjonować. Czy będzie dobrym miejscem dla mojego dziecka, które zacznie szkołę we wrześniu 2026 roku.

Usłyszałam dwie rzeczy.

Po pierwsze, że dopiero w 2026 roku będzie wiadomo, jak szkoła zostanie zorganizowana.

Po drugie, że miasto odchodzi od klas integracyjnych na rzecz edukacji włączającej.

Przyznam szczerze: wtedy hasło „edukacja włączająca” niewiele mi mówiło. Dziś wiem znacznie więcej - i właśnie dlatego jestem bardziej zaniepokojona niż wtedy. I my wszyscy powinniśmy.  Nie dlatego, że uważam edukację włączającą za zły kierunek. Wręcz przeciwnie.

Im więcej czytam, rozmawiam z rodzicami, nauczycielami i specjalistami, tym bardziej dochodzę do wniosku, że edukacja włączająca jest dobrym kierunkiem. Problem polega na tym, że coraz częściej mam wrażenie, iż we Wrocławiu hasło „edukacja włączająca” stało się wygodną odpowiedzią na pytania, których nikt nie chce sobie naprawdę zadać.

Dlaczego likwidujemy kolejne formy wsparcia, zanim stworzymy skuteczną alternatywę?

Dlaczego nowe szkoły projektujemy tak, jakby wszystkie dzieci funkcjonowały identycznie? Dlaczego przy inwestycjach liczonych w setkach milionów złotych nie zaczynamy od pytania, czego potrzebują uczniowie, którzy najbardziej odstają od systemowej normy?

Bo jeśli od pierwszego dnia wiadomo, że w szkole będą uczyć się dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, opiniami poradni psychologiczno-pedagogicznych czy niepełnosprawnościami, to rozsądniej jest uwzględnić ich potrzeby na etapie organizacji placówki niż reagować w ciągu roku szkolnego. Łatwiej od początku zaplanować klasy integracyjne, zrekrutować nauczycieli współorganizujących kształcenie, przygotować przestrzeń i procedury, niż później tłumaczyć rodzicom, dlaczego system znowu nie nadążył za rzeczywistością.

Zwłaszcza że nie mówimy o problemie, którego nikt wcześniej nie przewidział. Mówimy o dzieciach, które już mieszkają we Wrocławiu. To właśnie ten fragment układanki najbardziej mnie zastanawia.

Budżet Wrocławia na 2026 rok jest największy w historii miasta. Na edukację przeznaczamy miliardy złotych. W dokumentach strategicznych przeczytamy o wysokiej jakości edukacji, wspieraniu potencjału każdego ucznia, przeciwdziałaniu wykluczeniu i budowaniu miasta przyjaznego mieszkańcom.

Brzmi świetnie.

Tylko że równocześnie Wrocław nie posiada aktualnej strategii odpowiadającej na wyzwania, z którymi szkoły mierzą się dzisiaj. Dokument z 2015 r. w żaden sposób nie odnosi się do tego co to znaczy edukacja włączająca we Wrocławiu. Potrzebujemy pilnej aktualizacji i mądrego przywództwa. Nie za dziesięć lat. Dzisiaj.

W czasie, gdy lawinowo rośnie liczba uczniów z diagnozami ADHD, autyzmu i innymi szczególnymi potrzebami edukacyjnymi. Gdy poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie nadążają za potrzebami rodzin. Gdy rodzice coraz częściej organizują sobie wiedzę o szkołach metodą poczty pantoflowej, bo nie ufają systemowi. Na grupach dla rodziców dzieci autystycznych i dzieci z niepełnosprawnościami regularnie pojawiają się rozpaczliwe pytania:

  • „Czy ktoś zna szkołę, która sobie poradzi?”
  • „Gdzie moje dziecko będzie bezpieczne?”
  • „Czy ktoś ma doświadczenia z tą placówką?”
  • „Czy ta szkoła respektuje zalecenia z poradni?”

Nie pytają o szkołę marzeń. Pytają o szkołę, która nie zrobi ich dziecku krzywdy. To nie jest detal a sygnał alarmowy! Bo jeśli rodzice dzieci ze szczególnymi potrzebami muszą działać jak detektywi, to znaczy, że system nie daje im poczucia bezpieczeństwa.

Jeszcze bardziej zastanawia mnie coś innego. Jesteśmy w środku niżu demograficznego. To idealny moment, by zastanowić się, jakiej szkoły potrzebujemy na kolejne dekady. Czy naprawdę najlepszym pomysłem są ogromne placówki dla kilkuset lub ponad tysiąca uczniów? Jeśli tak to dlaczego nie zmniejszyć ilości uczniów w klasach?

Czy ktoś sprawdził, jak funkcjonują w takich warunkach dzieci autystyczne? Dzieci z ADHD? Dzieci z trudnościami sensorycznymi? Dzieci z niepełnosprawnościami?

Czy ktoś zapytał rodziców, czego potrzebują ich dzieci?

Ja nie spotkałam się z taką rozmową. A przecież szkoła nie jest magazynem dzieci.  Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. We Wrocławiu już dziś są szkoły, które naprawdę dobrze radzą sobie z edukacją włączającą.

Są dyrektorzy, którzy potrafią budować wspierające środowisko. Nauczyciele, którzy rozumieją neuroróżnorodność. Placówki, które nie traktują rodziców jak petentów. Są szkoły, do których rodzice ustawiają się w kolejce właśnie dlatego, że dzieci czują się tam bezpiecznie.

Skoro takie miejsca istnieją, to dlaczego nie stają się wzorem dla całego systemu? Dlaczego nie bierzemy tego, co już w nich działa za wzór? Dlaczego nie adaptujemy tych praktyk przy organizacji nowych szkół? Przez większość życia zawodowego pracowałam w doradztwie podatkowym. W konsultingu nauczyłam się jednej rzeczy: nie da się zaprojektować dobrego rozwiązania bez rzetelnej diagnozy problemu. Najpierw zbiera się dane. Potem analizuje stan obecny. Następnie identyfikuje dobre praktyki.

Dopiero na końcu projektuje rozwiązanie.

To nie jest rewolucyjna wiedza a po prostu zdrowy rozsądek. Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy we Wrocławiu naprawdę projektujemy edukację wokół potrzeb dzieci? Czy raczej wokół potrzeb systemu?

Bo edukacja włączająca nie zaczyna się w klasie. Zaczyna się kilka lat wcześniej, przy stole, przy którym podejmuje się decyzje o tym, jaką szkołę zbudować, ilu uczniów do niej przyjąć i dla jakich dzieci ma być gotowa. Jeżeli jesteś rodzicem, nauczycielem, uczniem albo dyrektorem szkoły - napisz do nas na kontakt@soswroclaw.pl

Jak wygląda edukacja włączająca z Twojej perspektywy?  Co działa? Co nie działa? Jakich rozwiązań brakuje?

Bo zanim wydamy kolejne setki milionów złotych i napiszemy te nowe strategie, warto upewnić się, że naprawdę rozumiemy z czym się we wrocławskiej edukacji mierzymy.

 


Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Głęboka konsternacja – tak najlepiej można byłoby opisać atmosferę, która zapanowała w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia, gdy dyrektor Jacek Barski w ramach referowania projektu uchwały w sprawie lex deweloper przy ul. Kwidzyńskiej przekazał głos reprezentantowi dewelopera. Tym samym w imieniu prezydenta głos zabierał deweloper, którego wart dziesiątki milionów złotych interes gospodarczy był przedmiotem obrad.

Zwykli mieszkańcy czy osiedlowcy nie mają takiego prawa. Wyjątek zrobiono dla dewelopera. I – jak się okazuje – ten sam deweloper otrzymał takie wyróżnienie z rąk urzędników nie pierwszy raz!

Lex Deweloper przy Kwidzyńskiej – 70 mln zł dla dewelopera jedną decyzją

W trakcie czwartkowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia jednym z punktów był projekt uchwały w sprawie zgody na zawarcie porozumienia określającego sposób realizacji inwestycji towarzyszących ze spółką EDO, która we współpracy ze znanym deweloperem Toscom Developement zamierza realizować kolejny etap inwestycji deweloperskiej na terenach dawnej stoczni przy ul. Kwidzyńskiej w trybie lex deweloper. Inwestor, który uzyskał już zgodę na budowę ponad 1100 mieszkań, ubiega się o pozwolenie na kolejnych 550 lokali mieszkalnych i kilkadziesiąt usługowych.

Decyzja Rady Miejskiej oznacza zatem wzrost wartości działki dewelopera o nawet 60–70 mln zł – i dzieje się to bez wbicia przysłowiowej łopaty w ziemię. Gołym okiem widać więc, że stawka jest ogromna.

Brak porozumienia z radą osiedla

Tryb lex deweloper oznacza, że miasto godzi się na budowę mieszkań niezgodną z planem, a w zamian może otrzymać inwestycje w drogi, chodniki i parki – w porozumieniu z lokalną radą osiedla. Okazało się jednak, że porozumienie z radą nie zostało uzyskane. Referujący uchwałę architekt miasta, Jacek Barski, poprosił o przedstawienie stanu rzeczy… reprezentantkę dewelopera.

Jak dla dewelopera omija się statut

Problem polega na tym, że statut miasta nie przewiduje trybu, w którym głosu udziela się osobom innym niż radni bądź reprezentanci urzędu miejskiego. Sprawa była wielokrotnie przedmiotem sporów i interpretacji, a nawet niedotrzymanych przez Koalicję Obywatelską obietnic wyborczych – odmawiano głosu mieszkańcom i reprezentantom wrocławskich osiedli. Wobec tego, zapytana o tryb statutowy zabierania przez przedstawiciela dewelopera głosu, wiceprzewodnicząca rady prowadząca sesję poinformowała, iż pracowniczka inwestora występuje w imieniu prezydenta miasta.

Podkreślmy jeszcze raz: przedsiębiorca, którego interes gospodarczy jest przedmiotem obrad, zabiera głos w imieniu prezydenta miasta. Specjalnie dla tego przedsiębiorcy zrobiono wyjątek i ominięto Statut Wrocławia. Ta sytuacja jest etycznie naganna i niemożliwa do uzasadnienia. Niektórzy powiedzieliby: bezprecedensowa. Ale czy na pewno?

Dla tego dewelopera miasto robiło już wyjątki

Okazuje się, że gdy sięgniemy do archiwum Rady Miejskiej Wrocławia z września 2023 roku, możemy przeanalizować dyskusję dotyczącą pierwszego etapu inwestycji planowanej przez spółkę EDO. I tak się składa, że dla Janusza Kempy, prezesa tej samej spółki, zrobiono taki sam wyjątek. Ominięto statut i zaproszono go na mównicę. Podobnie jak przedstawicieli znanego dewelopera TOSCOM, bliskiego spółce EDO.

W czyim interesie działają urzędnicy i radni? Mieszkańców czy dewelopera?

Czym szczególnym zasłużył się akurat ten deweloper, że traktowany jest w tak wyjątkowy i szczególny sposób? Czemu wnioski akurat tego dewelopera są w trybie lex deweloper opiniowane przez miasto pozytywnie, podczas gdy wszystkie pozostałe – negatywnie? W czyim interesie występują urzędnicy i radni, którzy prześcigają się w gorliwości i usłużności względem dewelopera? Z pewnością nie w interesie mieszkańców, bo Rada Osiedla Kowale zaprotestowała. Czy na działaniu urzędników i radnych zyskał deweloper? Z pewnością nie stracił.


Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Podczas otwartego posiedzenia klubu Naprawmy Przyszłość, które odbyło się w środę 17 czerwca, głos zabrała Magdalena Gajewska-Królicka, przewodnicząca Rady Osiedla Sołtysowice i członkini zarządu SOS Wrocław. Jej wystąpienie było refleksją nad dotychczasowym przebiegiem prac nad reformą rad osiedli we Wrocławiu i wskazaniem obszarów, które – jej zdaniem – wymagają większej uwagi: rzetelnej diagnozy, szerokich konsultacji oraz wzmocnienia realnej sprawczości osiedli.

Reforma, która zaczyna się od końca

Jak zauważyła przewodnicząca Sołtysowic, kolejna debata o przyszłości osiedli ponownie koncentruje się przede wszystkim na zmianach granic administracyjnych. Tymczasem pytania o kompetencje rad osiedli, ich możliwości działania czy warunki pracy schodzą na dalszy plan.

– Zaczynamy znów szeroką dyskusję o reformach rad osiedli, zaczynając od granic, a nie od kompetencji, nie od sprawczości, nie od diet. Znowu mamy jako temat fundamentalny te granice – mówiła.

Odnosząc się do propozycji zmian dotyczących Sołtysowic, wskazała, że w raporcie przygotowanym przez zespół roboczy jej osiedle zostało podzielone inaczej niż w poprzedniej wersji dokumentu. Obecny podział znów odbiega od obu wcześniejszych propozycji. Skąd wzięły się kolejne korekty? Tego nie wie. Nikt z Radą Osiedla żadnego z tych wariantów nie konsultował.

Potrzeba szerszej rozmowy

Jednym z głównych wątków wystąpienia była kwestia dialogu z radami osiedli. Podczas posiedzenia padły z sali słowa, że rozmowy i konsultacje były prowadzone. Gajewska-Królicka zaznaczyła jednak wyraźnie: nie z jej radą. – Z nami tego nikt nie konsultował. Wyraziliśmy swoją uchwałę jako rada osiedla, natomiast nie otrzymaliśmy w tym temacie żadnych odpowiedzi – podkreślała. To nie jest jednostkowa historia. Poczucie, że głos rad osiedli i samych mieszkańców pozostaje poza głównym nurtem debaty, przewija się przez wiele środowisk osiedlowych w całym Wrocławiu.

Bez audytu nie ma reformy

Jednym z filarów programu SOS Wrocław, spisanego w Memorandum podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego, jest przeprowadzenie pełnego audytu obecnego modelu funkcjonowania osiedli jako punktu wyjścia do jakichkolwiek zmian.

– Żeby zacząć mówić o kompleksowej, transparentnej reformie rad, dobrze byłoby rozpoznać obecny stan i przeprowadzić fundamentalny audyt. Sprawdzić dokładnie co nie działa, co wymaga naprawy. Może analiza SWOT. Po prostu taki punkt wyjścia, żeby wiedzieć co musimy dokładnie zmienić, a nie zmieniać rzeczy od środka – mówiła Gajewska-Królicka.

Jak zaznaczyła, trudno mówić o kompleksowej reformie bez wcześniejszego określenia mocnych i słabych stron obecnego systemu oraz bez rozmów prowadzonych na poziomie poszczególnych osiedli.

Cyfryzacja nieobecna w szerokiej debacie o osiedlach

Gajewska-Królicka zwróciła uwagę na jeszcze jeden wyraźny brak w toczącej się dyskusji. Temat cyfryzacji osiedli praktycznie nie istnieje w publicznym obiegu, mimo że powinien być to jeden z kluczowych filarów reformy.

– Nie mówimy nic o cyfryzacji osiedli. W XXI wieku warto byłoby o tym szerzej rozmawiać, a nie widzę tego w żadnej dyskusji – wskazała.

Program SOS Wrocław w obszarze cyfryzacji przewiduje m.in. jeden ogólnomiejski system elektronicznego obiegu dokumentów dla rad osiedli, obowiązkowe transmisje online z sesji i posiedzeń komisji, jedną platformę cyfrową dla mieszkańców do zgłaszania problemów, śledzenia spraw i udziału w głosowaniach budżetowych, a także standaryzację stron internetowych i mediów społecznościowych wszystkich osiedli. Żaden z tych elementów nie trafił dotąd do centrum miejskiej debaty.

Nie wszystko wymaga zmian

Przewodnicząca Sołtysowic zabrała też głos w obronie tych osiedli, które w obecnym kształcie funkcjonują dobrze. Podział administracyjny to nie tylko linie na mapie: to sieci partnerstw, lokalnych klubów i oddolnych inicjatyw, które przez lata budowały się wokół konkretnych wspólnot i konkretnych nazw.

– Jest wiele osiedli, które w obecnych granicach dobrze działają i szkoda by było je niszczyć. Warto zobaczyć różnego rodzaju partnerstwa i kluby, które na tych osiedlach działają i zostały nawiązane właśnie w obecnych formułach. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy może warto nie ruszać – mówiła Gajewska-Królicka.

Jej wniosek był prosty i powtarzał się jak refren: najpierw zbadać stan faktyczny, potem rozmawiać o zmianach. Reforma rad osiedli, na którą czekają wszystkie środowiska zaangażowane w życie wrocławskich wspólnot, powinna zacząć się nie od mapy, ale od rzetelnej diagnozy tego, co działa, a co wymaga naprawy.

– Sprawdzić jaki jest stan faktyczny i od tego wychodzić. I zaczynać tą kompleksową reformę rad osiedli, na którą myślę, że wszyscy czekamy – podsumowała.


Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Dwie trzecie Polaków poniżej trzydziestki nie żyje w relacji, z której mogłyby urodzić się dzieci. W poprzednich tekstach cyklu pisaliśmy o tym, jak państwo zawiodło w kwestii mieszkań, rynku pracy i edukacji, oraz jak zmieniły się kulturowe normy dotyczące rodzicielstwa. Teraz czas na wątek, o którym publicystyka demograficzna mówi jakby mniej chętnie: rosnąca polityczna przepaść między młodymi kobietami a młodymi mężczyznami. Przepaść, która sprawia, że coraz trudniej uformować parę – a bez pary nie ma dzieci. Współczynnik dzietności w Polsce wynosi 1,068. Czas zobaczyć, co za tym stoi.

Przepaść, której nie widać w GUS-ie

Sondaż YouGov na zlecenie Fundacji TUI, przeprowadzony w 2025 roku na 6,7 tys. osób z siedmiu krajów europejskich, przynosi niepokojący obraz: tylko 38% młodych Polaków uważa, że demokracja w Polsce funkcjonuje dobrze. Ale za tym odczytem zbiorczym kryje się zjawisko, które sondaże rzadko pokazują z podziałem na płeć: młode Polki i młodzi Polacy nie tylko inaczej oceniają bieżącą sytuację – coraz częściej żyją w odrębnych politycznych światach.

Analiza danych z badania European Election Studies 2024, obejmującego 27 krajów i niemal 25 tys. wyborców, opublikowana w Journal of European Public Policy w marcu 2025 roku, pokazuje, że historyczne sukcesy partii skrajnie prawicowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wśród młodych wyborców były przede wszystkim zjawiskiem męskim – wśród młodych kobiet tego przesunięcia nie zaobserwowano. Gallup odnotował w 2024 roku gwałtowny wzrost liczby młodych Amerykanek, które określają swoje poglądy jako liberalne – szczególnie wyraźny w zestawieniu z rówieśnikami płci męskiej. Według danych Financial Times, przytaczanych przez PBS NewsHour, kobiety w wieku 18–30 lat w Stanach Zjednoczonych są o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym wieku. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z w kwestiach politycznych i kulturowych jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych.

W Polsce wzorzec jest podobny: według badania „Stan młodych 2025" (Fundacja Ważne Sprawy/More in Common) 45% młodych nie czuje się reprezentowanych przez żadną partię – przy czym 47% mężczyzn i 43% kobiet. Jednocześnie dane wyborcze są czytelne: Konfederacja i PiS ciągną wśród młodych mężczyzn, Lewica i KO – wśród młodych kobiet.

Kobiety: nierówność, która wróciła z Trybunału

Po stronie kobiet geneza polskiego rozdźwięku jest stosunkowo czytelna. Strajk Kobiet z 2020 roku, wywołany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającym przepisy aborcyjne, był pierwszym doświadczeniem politycznym pokoleniowym dla setek tysięcy młodych Polek. Podobny efekt miał globalny ruch #MeToo, który w Polsce – choć słabszy niż na Zachodzie – przeniknął do świadomości pokolenia studiującego. Badania SocLab z 2025 roku potwierdzają, że młode Polki są dziś wyraźnie bardziej krytyczne wobec tradycyjnych modeli rodziny i instytucji państwowych niż ich rówieśnicy.

Te doświadczenia nie wzięły się znikąd: luka płacowa, niedoreprezentowanie kobiet w organach władzy, nierówny podział pracy opiekuńczej, przemoc domowa, bariery awansu zawodowego. To są realne zjawiska, które każdego roku opisuje i mierzy GUS, OECD i Eurostat. Kobiety znalazły w feminizmie język, który tłumaczy ich trudności jako problemy strukturalne – nie indywidualne porażki.

Mężczyźni: poczucie marginalizacji, które nie jest prostacką bzdurą

Tu wchodzimy na teren, który polskie media publiczne i liberalne środowiska akademickie mają tendencję do kwitowania jednym słowem: „manosfera". I kończą analizę. To błąd – i to podwójny. Po pierwsze, bo odpycha od rozmowy mężczyzn, którzy mają do niej prawo. Po drugie, bo wypycha ich na margines, w którym zamiast otwarcie rozmawiać o wyzwaniach świata - zostawia ich w ramionach niektórych twórców contentu, którzy pęczniejące pretensje ochoczo monetyzują.

Tymczasem za wejściem młodych mężczyzn w świat antyfeminizmu stoi nie głupota, lecz konkretne doświadczenie poczucia marginalizacji w dystrybucji prestiżu. Narracja o konieczności naprawiania historycznych krzywd wyrządzonych kobietom przez mężczyzn, spada na pokolenie, które nie wyrządziło tych krzywd. Przeciwnie -  samo boryka się z prekaryzacją pracy, trudnościami mieszkaniowymi i kryzysem sensu. To nie trafia w próżnię. Trafia na ziemię, na której wyrastają poglądy, które nas od siebie nawzajem oddalają zamiast zbliżać.

Raport Klubu Jagiellońskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce" dokumentuje zjawiska, które rzadko goszczą w głównonurtowej debacie: mężczyźni żyją krócej, częściej giną w wypadkach przy pracy, częściej popełniają samobójstwa, rzadziej kończą studia wyższe, gorzej wypadają w systemie edukacji. A mimo to w sferze publicznej dominuje przekaz, że to kobiety są grupą defaworyzowaną – i tylko o nich należy mówić.

Do tego dochodzą konkretne, instytucjonalne asymetrie. Wiek emerytalny: kobiety przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, mężczyźni w 65. Alieanacja rodzicielska: ojcowie, którzy tracą kontakt z dziećmi po rozwodzie, przegrywają tę walkę w sądach rodzinnych nieproporcjonalnie często. Mecenas Paweł Suski z Fundacji Tato.Net szacuje, że ponad 70% spraw o ograniczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich kończy się decyzją niekorzystną dla ojca. Nie chcemy w tym miejscu rozstrzygać o powodach. Zauważamy zjawisko.

I wreszcie kwestia, którą za naszą wschodnią granicą widać szczególnie ostro: asymetria obowiązku obrony kraju. W razie konfliktu zbrojnego mężczyźni będą musieli nadstawiać karku za cały kraj – kobiety będą mogły, jeśli zechcą. To nie jest abstraktyjna filozofia równości. To życie lub śmierć. I to pokolenie widzi, że nikt mu za to nie dziękuje – a gdy próbuje o tym mówić, słyszy, że jest uprzywilejowane.

Dochodzi do tego zjawisko selektywnej równości. Parytety i kwoty są egzekwowane z żelazną konsekwencją tam, gdzie prestiż jest wysoki: zarządy spółek, rady nadzorcze, listy wyborcze, składy paneli eksperckich, fotele rektorskie. Nikt jednak nie wymaga parytetu płci wśród górników, hutników, monterów sieci energetycznych, hydraulików, śmieciarzy, budowlańców ani strażaków. Kiedy praca jest niebezpieczna, brudna lub fizycznie wyczerpująca – równość przestaje być pilna. Kiedy praca daje władzę lub prestiż – nagle staje się pierwszoplanowym zagadnieniem moralnym. Ten dualizm jest dostrzegany przez młodych mężczyzn nie jako abstrakcyjny argument filozoficzny, lecz jako codzienne doświadczenie.

Na koniec – podwójne wiązanie kulturowe. Młody mężczyzna powinien być „prawdziwym mężczyzną", ale jednocześnie powinien „pohamować swoje ambicje" i nie zdominować rozmowy. Powinien pokazywać emocje – ale Szymon Hołownia, który płakał publicznie w trakcie kampanii wyborczej, doczekał się fali kpin w internecie, ze strony i prawicy, i centrolewicy. Podobnie było, gdy wyciekły informacje o jego depresji – nie dość, że w czasie kryzysu psychicznego został zmarginalizowany we własnej formacji politycznej, to gdy sprawa została ujawniona – stał się obiektem powszechnych kpin i lekceważenia.

Młodzi mężczyźni uczeni są, że powinni popierać równość płci – ale jeżeli w rozmowie poruszą kwestię przemilczanych nierówności dotykających mężczyzn, spotkają się nie ze zrozumieniem, lecz z zawstydzaniem i zarzutem mansplainingu. Na ten grunt wchodzą autorytety manosfery – nie jako przyczyna alienacji, lecz często jako jedyny płomyk nadziei, na który mogą liczyć.

Korea Południowa: ostrzeżenie z krańca korkociągu, w który wpadamy

Polska jest na wczesnym etapie procesu, który Korea Południowa przerabia już od dekady. Współczynnik dzietności w Korei Południowej wyniósł w 2023 roku 0,72 – najniższy w historii pomiarów na świecie – i wzrósł nieznacznie do 0,75 w 2024 roku. Jednocześnie tamtejsza polaryzacja płciowa wśród młodych jest bezprecedensowa. Koreańscy mężczyźni w wieku 18–29 lat przesunęli się bardziej w prawo niż jakakolwiek inna demograficzna grupa na świecie, a po stronie kobiet odpowiedzią stał się ruch 4B: deklaracja rezygnacji z heteroseksualnych związków, małżeństwa i rodzicielstwa jako formy protestu przeciwko patriarchalnemu systemowi. W wyborach prezydenckich 2025 roku niemal 60% kobiet w ich dwudziestych latach życia głosowało na kandydata lewicowego, podczas gdy niemal 40% młodych mężczyzn popierało konserwatystę.

Badania Carnegie Endowment z 2025 roku wskazują, że antyfeminizm wśród młodych Koreańczyków napędzają: przekonanie o braku dyskryminacji kobiet, lęk ekonomiczny, rosnąca luka aspiracyjna i zmieniająca się dynamika rynku matrymonialnego – kobiety coraz częściej odmawiają wejścia w małżeństwo. Jak piszą badacze z Oxford Academic, sprzeciw młodych koreańskich mężczyzn wobec równościowych polityk wynika z przepaści między oczekiwaną od nich rolą żywiciela rodziny a ekonomiczną niemożnością jej wypełnienia.

Koreańskie doświadczenie jest zatem przestrogą precyzyjną: polaryzacja polityczna między płciami nie jest neutralna demograficznie. Jest ona jednym z mechanizmów, który – obok kryzysu mieszkaniowego i zmiany norm kulturowych – sprawia, że pary po prostu nie powstają.

USA: kiedy linia na wykresie zamienia się w ścianę

Stany Zjednoczone są w połowie drogi między Polską a Koreą. Kobiety w wieku 18–30 lat są tam o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych. Po wyborach 2024 roku, gdy Donald Trump wygrał z poparciem młodych mężczyzn, a Kamala Harris – młodych kobiet – badania pokazały skok w liczbie par, które deklarują, że polityczne poglądy partnera są dla nich „nieakceptowalną" różnicą.

Wykres The Economist porównujący kraje stawia USA obok Korei jako jeden z bardziej spolaryzowanych przypadków. Polska jest tuż za nimi – z tym że historia jest odmienna, jej polaryzacja narasta szybciej, a jej system wsparcia instytucjonalnego dla par i rodzin jest słabszy.

Polityka wchodzi do sypialni

Badanie z Uniwersytetu w Kolonii, opisane przez WP Wiadomości w czerwcu 2026 roku, pokazuje, że orientacja polityczna jest dziś jednym z kluczowych filtrów doboru partnerów. Efekt jest szczególnie silny wśród osób o wyrazistych poglądach: silnie prawicowi mężczyźni i silnie lewicowe kobiety rzadko tworzą pary. Co więcej, gdy spojrzeć w badania CBOS-u głębiej możemy zaobserwować, że wśród najmłodszych Polaków odsetek osób nieaktywnych seksualnie jest faktycznie zauważalnie wyższy wśród prawicowych mężczyzn (40% wobec 25% w grupie zwolenników lewicy) i wśród kobiet o poglądach lewicowych (34% wobec 23% w grupie o poglądach prawicowych).

To nie jest anegdota z Tindera. To mechanizm demograficzny. W populacji, gdzie dwie trzecie ludzi przed trzydziestką nie żyje w trwałej relacji – jak pisaliśmy w poprzednim tekście cyklu – każde dodatkowe zawężenie puli potencjalnych partnerów ma konsekwencje. Jeśli ideologiczna nieprzekraczalna bariera odcina od siebie dwa sektory pokolenia, które i tak mają problem z uformowaniem par – dzietność spada dalej.

Autorzy badania EES 2024 piszą wprost, że „polaryzacja postaw może prowadzić do wzrostu wskaźników odrzucenia między płciami, pogorszenia jakości relacji osobistych i wzrostu samotności – a tendencja ta może również wpływać na wzorce demograficzne, wpływając na wskaźniki urodzeń i rozwodów".

Żadna polityka prorodzinna nie zastąpi pary

Poprzednie teksty cyklu wskazywały na odpowiedzialność państwa i samorządu oraz na kulturowe przemiany norm rodzicielskich. Ten tekst dodaje trzeci wymiar: strukturalna polaryzacja polityczna między kobietami a mężczyznami, nasilona przez algorytmy mediów społecznościowych i wzmocniona polskim kontekstem – sporem o aborcję, ruchem #MeToo, wojną za wschodnią granicą – ogranicza zdolność tworzenia par, zanim jeszcze w głowie pojawi się pytanie o mieszkanie i dziecko.

Żaden transfer pieniężny, bon żłobkowy ani ulga podatkowa nie zadziała na parę, która nigdy nie zdążyła powstać, bo on i ona żyli w bąblach algorytmu, który nagradzał go za oburzenie na feminizm, a ją za oburzenie na patriarchat.

Nie chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni myśleli tak samo. Różnorodność poglądów jest zdrowa i cenna. Chodzi o to, że system, który zamienia normalne różnice w nieprzekraczalne barwy plemienne, niszczy społeczną tkankę, z której wyrastają relacje – i dzieci. Żadna polityka demograficzna, ani krajowa, ani wrocławska, nie jest kompletna, dopóki nie bierze tego pod uwagę.

To ciche żniwo, które pobiera budowana od lat przez największe partie polaryzacja. Dzieci, które się nie urodziły, już się nigdy nie urodzą. A słupki, które budowano na nienawiści nie będą wieczne. Tylko od nas – Polek i Polaków – zależy czy pozwolimy sobie na dalsze manipulowanie w imię partyjnych interesów.

Wierzę, że zdamy ten egzamin. Kraków wskazał nam drogę.

 

Tekst jest trzecim z cyklu poświęconego przyczynom kryzysu demograficznego. Poprzednie części: „Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada" oraz „Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?" – dostępne na soswroclaw.pl

Źródła: Milosav i in., Journal of European Public Policy (2025) – tandfonline.com · Gallup, Exploring Young Women's Leftward Expansion (2024) – gallup.com · Kamisar/Bowman, NBC News (2025) – nbcnews.com · Fundacja Ważne Sprawy/More in Common, Stan młodych 2025waznesprawy.org · Carnegie Endowment, The Fight Over Gender Equality in South Korea (2025) – carnegieendowment.org · Maastricht Diplomat, The Youth Will Decide (2025) – maastrichtdiplomat.org · Oxford Academic, Anti-Gender Politics, Economic Insecurity, and Right-Wing Populism (2024) – academic.oup.com · WP Wiadomości (2026) – wiadomosci.wp.pl · Klub Jagielloński, Przemilczane nierównościklubjagiellonski.pl · YouGov/Fundacja TUI (2025), cyt. za: J. Bielecki, Rzeczpospolita, 07.07.2025 · GUS, Polska w liczbach 2026