Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
Nie na dwa, a na cztery lata chcą tym razem związać się umowami z firmami śmieciowymi władze Ekosystemu. Prezes spółki Michał Młyńczak ogłosił dziś, że miasto podzielone zostało na sześć sektorów, dla których ruszy sześć odrębnych postępowań przetargowych, o łącznej szacowanej wartości blisko dwóch miliardów złotych. Ogłoszenie w poniedziałek 27 lipca, rozstrzygnięcie, o ile pozwolą na to procedury, we wrześniu.
Dwa lata dłużej niż dotychczas to nie jest drobny szczegół techniczny. To oznacza dużo bardziej komfortowe warunki dla tego brudnego biznesu, zagwarantowane na cztery lata z góry. To także oznacza, że z układem, który zostanie wyłoniony w tym przetargu, radzić sobie będzie musiała nowa władza, która obejmie rządy we Wrocławiu dopiero w roku 2029. Obecna ekipa wiąże ręce swoim następcom, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży ich wybrać.
"Dorobek prawny" unieważnionego przetargu
Specyfikację nowego postępowania poznamy dopiero po weekendzie. Ale już dziś prezes Młyńczak zapowiedział, że spółka będzie korzystać z tego, co nazwał dorobkiem prawnym poprzedniego, unieważnionego przetargu: chcę wyraźnie powiedzieć, iż szanujemy dorobek prawny, który został wypracowany w ramach poprzedniego postępowania — Michał Młyńczak, prezes Ekosystemu.
Warto zapytać, jaki to dorobek. To dorobek postępowania, w którym praktycznie wszystkie sporne kwestie rozstrzygnięto na korzyść wykonawców, a nie mieszkańców. Jeżeli ten dorobek ma zostać przeniesiony do nowej specyfikacji bez zmian, oznacza to bardzo korzystne dla śmieciowego biznesu warunki prowadzenia działalności na kolejne cztery lata. Można się spodziewać, że jedyny zapis, który realnie zmieni się względem odwołanego przetargu, to właśnie wydłużenie czasu obowiązywania umowy. A może tak naprawdę tylko o to od początku chodziło.
Przypomnijmy też, co to oznacza dla portfeli mieszkańców w praktyce. Będąc przez cztery lata skazani na kilku wykonawców, będziemy też przez cztery lata bezbronni wobec ich roszczeń o kolejne waloryzacje wartości umów. Oczywiście nie w dół.
Biogazownia czy spalarnia. Spór, który już trwa
Po raz kolejny, jak zawsze przy okazji przetargu i podwyżki, na scenę wraca obietnica budowy własnego systemu instalacji przetwarzania odpadów. Tym razem jednak zza kulis wyraźnie przebija się spór dwóch stronnictw w samej koalicji rządzącej miastem.
Radny Robert Suligowski, jak zwykle, mówił o odbudowie własnych kompetencji: we Wrocławiu nie mamy własnych punktów przetwarzania odpadów, zbiórki odpadów. Jest bardzo wąski zasób naszych własnych kompetencji. To musimy odbudować — Robert Suligowski, radny. Jako członek Zielonych zastrzegł jednak wyraźnie, że ideowo jest przeciwnikiem spalarni: na pewno jestem absolutnym przeciwnikiem spalarni odpadów ideowo. Natomiast jeżeli konsekwencją braku takiego zakładu ma być składowanie odpadów gdzieś w Polsce, uważam, że mimo wszystko taki zakład jest mniej inwazyjny i lepszy dla środowiska niż składowanie tych odpadów w ziemi. Wybór mniejszego zła, jak sam to nazwał. Priorytetem ma być więc najpierw biogazownia, która pozwoli zagospodarować frakcję bioodpadów i podnieść wskaźnik recyklingu.
Wiceprezydent Grzegorz Roman prowadził tę rozmowę zupełnie inaczej. To on zadał wprost pytanie, które postawiło radnego Suligowskiego pod ścianą: czy w wizji tego systemu jest też spalarnia, czyli, jak to ujął, popularnie nazywana spalarnia śmieci, czyli miejska elektrociepłownia zasilana śmieciami, i czy jako członek Zielonych podniesie za tym rękę. Kiedy padło pytanie, czy to już nie jest za późno na taką inwestycję, Roman odpowiedział bez wahania: a co jest? A czemu za późno? (...) jak pan czegoś nie ma, to lepiej to zrobić późno niż wcale — Grzegorz Roman, wiceprezydent Wrocławia. Sam przyznał też, dlaczego lokalizacji wciąż nie ma: we Wrocławiu nie mamy na to zgody społecznej, więc myślimy o lokalizacji albo na obrzeżach miasta, albo poza miastem.
Wiceprezydent zapowiedział też, że miasto rozważa stworzenie osobnych, niezależnych od Ekosystemu jednostek, które konkurowałyby na rynku odpadowym, a plany dotyczące własnych aktywów miasta w tym obszarze mają zostać przedstawione za parę miesięcy. Padło też zdanie godne zapamiętania. Gdy radny Suligowski powiedział, że system zaczną budować od przyszłego roku, wiceprezydent Roman uciął krótko: już budujemy. Nikt się nie roześmiał, choć wypadałoby.
Czy zszokowani kolejną podwyżką i wygenerowanym kryzysem mieszkańcy przymkną na to oko, byle tylko uniknąć następnej fali wzrostu opłat? Przekonamy się. Warto jednak pamiętać, że te zapewnienia mogą okazać się oszukańcze w samej swojej istocie. Komisja Europejska pracuje właśnie nad reformą systemu handlu emisjami, która obejmie nią również spalarnie odpadów komunalnych. Od 2031 roku instalacje termicznego przekształcania odpadów będą musiały kupować uprawnienia do emisji CO2, co według szacunków samej Komisji może podnieść koszt spalenia tony odpadów nawet o kilkadziesiąt procent. Innymi słowy: inwestycja, którą dziś sprzedaje się jako receptę na tańsze śmieci, może za kilka lat okazać się kolejnym generatorem kosztów przerzucanych na mieszkańców. Dlatego tak ważne jest, żeby o tej sprawie rozmawiać otwarcie już teraz, a nie dowiedzieć się o wszystkim po fakcie.
Apel do bandy, żeby zachowała się przyzwoicie
Osobny akapit należy się scenie, która na tej konferencji wybrzmiała już chyba po raz setny. Prezes Młyńczak zaapelował do firm odpadowych o daleko idącą odpowiedzialność społeczną, o uczciwe podejście, o wzajemny szacunek w postępowaniu. Zabawne, choć w gruncie rzeczy dość żałosne. Apeluje się tu do podmiotów, które od lat traktują wrocławski rynek odpadowy jak dojną krowę, żeby tym razem, wyjątkowo, mieszkańców aż tak nie łupiły.
Dokładnie tak samo, w tym samym tonie, apelował przy poprzednich podwyżkach wiceprezydent Jakub Mazur. Dokładnie tak samo apelowali w ostatnim roku inni akolici Jacka Sutryka. A przecież to oni, urzędnicy, politycy i pracownicy spółki miejskiej, są od tego, żeby mieszkańców przed tymi firmami bronić, a nie o coś je grzecznie prosić. Zamiast tego słyszymy zapewnienia, że przecież wszystkim, na końcu, chodzi o dobro mieszkańców Wrocławia.
I tu, wyjątkowo, się zgodzimy. Rzeczywiście chodzi im o to dobro. Tyle że po to, żeby wrocławianom je odebrać i wepchnąć do własnych kieszeni, kieszeni firm odpadowych i tych, którzy przy tym systemie żerują. Dowód na to dali już zresztą sami, przepychając w tym roku horrendalne podwyżki opłat za śmieci.
Po niedzieli spodziewajcie się, drodzy czytelnicy, szerszego komentarza w tej sprawie, zarówno merytorycznego, jak i politycznego. Bo odpady, niczym na przesiąkniętej mafijnymi układami Sycylii, stają się we Wrocławiu politycznym tematem numer jeden.
„Nieudolność, czy sabotaż?” Wrocławska afera śmieciowa i podwyżka do 55 zł
„Nieudolność, czy sabotaż?” Wrocławska afera śmieciowa i podwyżka do 55 zł
Ponad pół miliarda złotych wydanych bez konkurencyjnego przetargu, najwyższe opłaty za śmieci wśród dużych miast oraz pytania o odpowiedzialność za wielomiesięczny paraliż postępowań. O tych problemach gospodarki odpadami we Wrocławiu mówił przewodniczący SOS Wrocław i radny miejski Piotr Uhle w programie Echo24. Rozmowa była podsumowaniem tematów, które od wielu miesięcy opisujemy na łamach SOS Wrocław.
Przetarg trwa już półtora roku
Uhle przypomniał, że przetarg na odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych ogłoszono z opóźnieniem 12 marca 2025 roku i do dziś nie udało się go rozstrzygnąć. W tym czasie miasto zawarło kolejne umowy z wolnej ręki, w trybie niekonkurencyjnym, na łączną kwotę przekraczającą pół miliarda złotych. Jak pisaliśmy w tekście „Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu”, radni Koalicji Obywatelskiej odrzucili wcześniej wniosek o powołanie komisji doraźnej, która miała zbadać przyczyny tego paraliżu.
W studiu radny zwrócił uwagę na fakt, który jego zdaniem trudno wytłumaczyć przypadkiem – „przez cały ten czas spółka Ekosystem nie wygrała ani jednego postępowania czy przed Krajową Izbą Odwoławczą, czy przed właściwym sądem w Warszawie”. Jako przyczyny wskazywał niedostarczanie dokumentów i niekompetencję prawnika reprezentującego spółkę. Więcej o mechanizmie tych porażek sądowych pisaliśmy w artykule „Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa”.
„Czy to nieudolność, czy sabotaż?”
To pytanie Uhle postawił wprost na antenie, dodając, że na obecnym stanie rzeczy korzystają firmy realizujące zlecenia bez konkurencji, po cenach wyższych niż wynikałoby to z przetargu. Podkreślił, że te same podmioty w innych miastach pobierają nawet dwukrotnie mniej za te same frakcje odpadów – „my de facto finansujemy inne miasta”.
Przypomniał też, że w październiku ubiegłego roku złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie możliwego wpływu na przebieg przetargu i zawierania umów z wolnej ręki – temat opisywany już w tekście „Afera śmieciowa we Wrocławiu: 40 milionów strat i zawiadomienie do prokuratury”. Poinformował, że Prokuratura Krajowa i CBA przeprowadziły w tej sprawie czynności w kilkunastu miejscach we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, zabezpieczając dokumenty.
Od września najdroższe śmieci w Polsce
Od 1 września mieszkańcy zapłacą 55 zł miesięcznie od osoby za odbiór posegregowanych odpadów – podwyżka o blisko 40 procent. Uhle stwierdził, że wśród dużych miast rozliczających się od mieszkańca „są to najdroższe śmieci w Polsce”, i przywołał przykłady: Jelenia Góra 53 zł, Wołów 52 zł, Brzeg Dolny i Strzelin po 50 zł. Zwrócił uwagę, że miasta o zbliżonej liczbie mieszkańców mają stawki nawet o 20–25 zł niższe, a przy tym – w przeciwieństwie do Wrocławia – budują własne sortownie i instalacje.
Radny przypomniał, że obietnice budowy własnych instalacji padały już w 2022 roku, a mimo to nawet rozbudowa kompostownika nie osiągnęła zakładanej przepustowości ponad 20 tysięcy ton rocznie.
Uszczelnienie systemu i własne instalacje
Jako działania naprawcze Uhle wymienił: natychmiastowe rozstrzygnięcie przetargu, uszczelnienie systemu opłat (z ponad 800 tysięcy potencjalnych płatników zarejestrowanych jest jedynie 650 tysięcy), budowę własnych instalacji do zagospodarowania odpadów w perspektywie kilkuletniej oraz lepszą edukację mieszkańców w zakresie segregacji. Do 16 sierpnia trwa ankieta dotycząca nieruchomości niezamieszkałych, której wyniki mają kluczowe znaczenie dla kształtu przetargu.
Biała księga wrocławskich patologii
Pytany o dalsze plany, Uhle zapowiedział, że jego środowisko koncentruje się na opracowaniu białej księgi wrocławskich patologii z ostatnich ośmiu lat rządów prezydenta Jacka Sutryka i Koalicji Obywatelskiej, we współpracy z partiami opozycyjnymi i organizacjami społecznymi. Ocenił, że „być może to będzie ostatnia szansa na to, żeby w sposób zdecydowany zmienić kierunek, w jakim zmierza miasto”.
Całą rozmowę można obejrzeć na kanale Echo 24: youtube.com/watch?v=_35lBDRZ1_k.
Rower czy motocykl? Wrocław musi uporządkować elektryczne jednoślady
Rower czy motocykl? Wrocław musi uporządkować elektryczne jednoślady
Magdalena Gajewska-Królicka
Na ulicach Wrocławia coraz częściej spotykamy pojazdy elektryczne, które trudno jednoznacznie zakwalifikować. Rower? Motorower? Hulajnoga? A może coś, co tylko z wyglądu przypomina rower, ale możliwościami jest już zupełnie innym pojazdem?
To kwestia bezpieczeństwa mieszkańców, a nie hipotetyczna dyskusja. Problem jest realny i widoczny. Na wrocławskich drogach i ścieżkach rowerowych pojawiają się elektryczne jednoślady, których parametry zdecydowanie wykraczają poza to, co powinien oferować legalny rower elektryczny. Są pojazdy wyposażone w manetki gazu, pozwalające na jazdę bez pedałowania, rozwijające znaczne prędkości i ważące zdecydowanie więcej niż klasyczny rower.
Ich użytkownicy często poruszają się jednak tak, jakby nadal jechali zwykłym rowerem. I właśnie tutaj pojawia się problem.
Nie można udawać, że każdy elektryk jest rowerem
Legalny rower elektryczny jest rowerem. Ma określone parametry, a jego silnik ma wspomagać jazdę, a nie zastępować ją w całości. Tymczasem na rynku dostępne są pojazdy, które wizualnie przypominają rowery elektryczne, choć ich możliwości znacznie wykraczają poza ustawową definicję roweru.
To nie jest niewinna różnica techniczna. Jeżeli pojazd może osiągać prędkości właściwe dla motoroweru, ma manetkę gazu i może poruszać się bez pedałowania, to nie powinien korzystać z drogi rowerowej na takich samych zasadach jak zwykły rower. Nie można mieć jednocześnie osiągów motoru i praw rowerzysty. A jednak właśnie z takimi sytuacjami spotykamy się również we Wrocławiu.
Policjanci podczas kontroli ujawniali już pojazdy, które tylko przypominały rowery elektryczne, a w rzeczywistości ze względu na swoje parametry nie spełniały wymogów przewidzianych dla rowerów. W jednym z przypadków kontrolowany jednoślad wyposażony był w manetkę przyspieszenia, nie posiadał pedałów i mógł rozwijać prędkość znacznie przekraczającą dopuszczalną dla roweru elektrycznego.
Statystyki pokazują, że problem jest realny i dotyczy również Wrocławia. Od stycznia do końca października 2025 roku na Dolnym Śląsku odnotowano 55 wypadków z udziałem użytkowników hulajnóg elektrycznych, wobec 48 w analogicznym okresie 2024 roku i 41 w 2023 roku. W samym Wrocławiu i powiecie wrocławskim w 2025 roku w wypadkach z udziałem rowerzystów zginęły dwie osoby. Jednocześnie podczas policyjnej akcji „Elektryczny Rower i Hulajnoga” na Dolnym Śląsku skontrolowano blisko 700 uczestników ruchu i ujawniono niemal 500 wykroczeń. W przypadku hulajnóg najczęściej dotyczyły one przekraczania dozwolonej prędkości i niestosowania się do sygnalizacji świetlnej. To pokazuje, że potrzebne są regularne, skuteczne kontrole - również parametrów technicznych elektrycznych jednośladów - oraz zdecydowane egzekwowanie przepisów, zanim kolejny niebezpieczny przejazd zakończy się tragedią.
Jak widać nie mamy do czynienia z hipotetycznym problemem. To dzieje się tu i teraz – na ulicach naszego miasta, a chodzi o bezpieczeństwo mieszkańców.
Droga rowerowa nie jest miejscem dla motocykli udających rowery
Wrocławianie korzystający z dróg rowerowych mają prawo oczekiwać bezpieczeństwa. Na tej samej trasie mogą spotkać się dziecko jadące swoim pierwszym rowerem, senior korzystający z legalnego e-bike'a, osoba jadąca rekreacyjnie oraz użytkownik hulajnogi.
Wszyscy mają prawo czuć się tam bezpiecznie. Nie można więc pozwalać, aby obok nich poruszały się ciężkie i szybkie pojazdy, które możliwościami przypominają motorowery, a mimo to korzystają z infrastruktury przeznaczonej dla rowerów.
Problemem jest nie tylko sprzęt, ale także zachowanie
Nielegalne lub niewłaściwie zmodyfikowane jednoślady to tylko część problemu. Drugą jest sposób, w jaki część użytkowników korzysta z miejskiej infrastruktury. Jazda po chodnikach. Przejeżdżanie przez przejścia dla pieszych. Ignorowanie sygnalizacji. Jazda pod prąd. Nadmierna prędkość. To nie są drobne przewinienia. Każde z takich zachowań może doprowadzić do wypadku.
Wrocławska policja podczas specjalnych działań kontrolnych dotyczących elektrycznych rowerów i hulajnóg ujawniła ponad sto wykroczeń. To pokazuje, że problem nie sprowadza się do kilku przypadkowych osób. Oczywiście zdecydowana większość rowerzystów i użytkowników hulajnóg korzysta z nich odpowiedzialnie. Ale właśnie dlatego nie można pozwolić, aby łamanie przepisów stało się czymś powszechnie akceptowanym.
Hulajnogi – wygodny transport, ale także problem dla pieszych
Hulajnogi elektryczne na stałe wpisały się w przestrzeń Wrocławia. Dla wielu mieszkańców są wygodnym sposobem przemieszczania się. Niestety dla pieszych ich obecność często oznacza również problemy. Hulajnogi zostawiane na środku chodnika - przy przejściach, na przystankach, w losowych miejscach infrastruktury publicznej, w których blokują przejście.
Dla zdrowej i sprawnej osoby jest to problem. Dla osoby z niepełnosprawnością wzroku, osoby poruszającej się na wózku, seniora czy rodzica z dziecięcym wózkiem może oznaczać realną przeszkodę. Przestrzeń publiczna nie może być podporządkowana wygodzie jednego użytkownika kosztem wszystkich pozostałych. Jeżeli firma zarabia na udostępnianiu tysięcy pojazdów w mieście, musi również ponosić odpowiedzialność za to, jak te pojazdy funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie może być tak, że operator zarabia na każdym przejeździe, a problem źle zaparkowanych hulajnóg pozostaje problemem mieszkańców i miasta.
Inne miasta już działają
W wielu europejskich i amerykańskich miastach zasady korzystania z hulajnóg elektrycznych i rowerów współdzielonych są już ściśle regulowane. Paryż zakazał parkowania hulajnóg na chodnikach i ograniczył liczbę operatorów, Helsinki wprowadziły dynamiczne limity prędkości oraz nocne ograniczenia korzystania z hulajnóg, Oslo zmniejszyło flotę z ponad 25 tys. do ok. 8 tys. pojazdów, a Kopenhaga i Sztokholm ograniczyły liczbę operatorów. Barcelona wprowadziła wysokie mandaty za łamanie zasad, San Francisco i Seattle stosują limity flot, geofencing i rygorystyczne systemy pozwoleń, a Bruksela wymaga od operatorów szybkiego usuwania źle zaparkowanych pojazdów. Madryt, wobec nieskutecznego egzekwowania zasad bezpieczeństwa i parkowania, zdecydował się nawet zawiesić wynajem hulajnóg przez aplikacje.
Wrocław nie musi wymyślać rozwiązań od podstaw. Jak widać, w wielu miastach na Świecie zasady dotyczące hulajnóg i innych pojazdów współdzielonych są znacznie bardziej zdecydowane:
- Są obowiązkowe miejsca parkowania,
- Są ograniczenia liczby pojazdów,
- Są strefy, w których hulajnogi automatycznie zwalniają,
- Są systemy geofencingu, które uniemożliwiają zakończenie przejazdu w niedozwolonym miejscu,
- Są kary dla operatorów.
W sytuacji, gdy firma nie przestrzega zasad, może stracić możliwość prowadzenia działalności. To nie jest walka z nowoczesnością. To jest zarządzanie miastem.
Wrocław potrzebuje zdecydowanej reakcji
Dzisiaj problemem jest skuteczne egzekwowanie przepisów oraz niedostateczne odgórne działanie w celu wprowadzenia zasad. Dlatego już dzisiaj potrzebujemy regularnych kontroli elektrycznych jednośladów, szczególnie tych, których parametry budzą uzasadnione wątpliwości.
Potrzebujemy zdecydowanej reakcji na nielegalne modyfikacje.
Potrzebujemy skuteczniejszego nadzoru nad hulajnogami.
Potrzebujemy jasnych zasad parkowania.
Potrzebujemy odpowiedzialności operatorów.
Potrzebujemy również współpracy miasta, policji i straży miejskiej.
Nie można czekać, aż wydarzy się poważny wypadek, żeby zacząć traktować problem poważnie.
Bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej powinno być ważniejsze niż wygoda użytkownika czy interes operatora… Wrocław jest miastem, w którym ludzie mają prawo korzystać z rowerów, hulajnóg i innych form nowoczesnego transportu. Ale mają też prawo do bezpiecznych chodników, dróg rowerowych i ulic. Te prawa nie powinny się wzajemnie wykluczać.
Trzeba skończyć z pobłażaniem dla pojazdów, które udają rowery, choć ich parametry wskazują na zupełnie inną kategorię. Trzeba uporządkować funkcjonowanie hulajnóg w przestrzeni publicznej. Trzeba pociągnąć operatorów do odpowiedzialności za chaos, który powstaje w związku z ich działalnością.
I przede wszystkim trzeba zacząć traktować bezpieczeństwo mieszkańców jako priorytet.
Rower elektryczny – tak! Hulajnoga – tak! Nowoczesna mobilność – zdecydowanie tak! Ale nie może być zgody na sytuację, w której motocykl udaje rower, a chodnik staje się parkingiem dla hulajnóg. Nowoczesne miasto to nie miasto bez zasad. To miasto, które potrafi jasno wyznaczyć granice i konsekwentnie ich przestrzegać. Wrocław powinien zrobić to teraz.
Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?
Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?
Magdalena Gajewska-Królicka
Rada Miejska Wrocławia odrzuciła petycję w sprawie wzmocnienia roli rad osiedli, mimo że własna komisja rekomendowała jej uwzględnienie. W głosowaniu za petycją opowiedziało się jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a 13 wstrzymało się od głosu. Decyzja stawia pod znakiem zapytania szczerość zapowiadanej od miesięcy reformy.
Czy Wrocław rzeczywiście chce rozmawiać o reformie Rad Osiedli, czy jedynie sprawia takie wrażenie? Ostatnia sesja Rady Miejskiej daje niestety powody do poważnych wątpliwości.
Radni miejscy odrzucili petycję z postulatami przygotowanymi podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego – dokumentu wypracowanego przez mieszkańców, część obecnych i byłych Radnych Osiedlowych, społeczników oraz osoby od lat zaangażowane w funkcjonowanie lokalnego samorządu. Nie był to dokument napisany zza biurka. Powstał na podstawie doświadczeń ludzi, którzy każdego dnia mierzą się z problemami funkcjonowania osiedli i najlepiej wiedzą, gdzie obecny system zwyczajnie nie działa. Warto podkreślić, że sama komisja merytoryczna rozpatrująca petycję zarekomendowała jej uwzględnienie stosunkiem głosów 2 do 0, przy 3 wstrzymujących się. Mimo to podczas głosowania na sesji plenarnej rekomendacja komisji nie została podtrzymana.
Argument o "błędzie prawnym"
Najbardziej zaskakuje jednak uzasadnienie tej decyzji. Radny Sławomir Czerwiński z klubu Lewica Naprzód, w imieniu którego zgłosił stanowisko „bez opinii", wskazał między innymi na brak podstawy prawnej dla postulatu sesji hybrydowych. Tę wątpliwość rozwinął radny Robert Suligowski, przekonując, że petycja zawiera błąd prawny i deklarując wstrzymanie się od głosu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to argument chybiony w odniesieniu do całości dokumentu. Petycja nie jest przecież projektem uchwały ani aktem prawa miejscowego. Jej celem nie jest tworzenie gotowych przepisów, lecz wskazanie kierunku zmian i zwrócenie uwagi na problemy wymagające rozwiązania. To właśnie później rolą organów miasta jest przełożenie takich postulatów na poprawne pod względem prawnym rozwiązania.
Zgadzam się, ale się wstrzymam
Równie zaskakujące były głosy radnych, którzy deklarowali, że zgadzają się z częścią postulatów, ale nie ze wszystkimi, dlatego postanowili wstrzymać się od głosu. Radna Martyna Stachowiak, przewodnicząca komisji rozpatrującej petycję, wprost przyznała podczas sesji – zgadzam się w większości co do zasady, niekoniecznie zgadzam się co do poszczególnych rozwiązań – po czym wyjaśniła, że ze względu na brak możliwości głosowania nad poszczególnymi punktami osobno nie jest w stanie poprzeć całości dokumentu. Takie podejście prowadzi do prostego pytania: czy naprawdę łatwiej odrzucić cały dokument niż rozpocząć rozmowę o tych propozycjach, z którymi samemu się zgadza?
Przecież właśnie na tym polega dialog. Nie trzeba akceptować każdego przecinka, aby uznać, że przedstawione problemy są realne i wymagają wspólnej pracy. Odrzucenie petycji nie oznacza odrzucenia kilku punktów. Oznacza odrzucenie inicjatywy obywatelskiej przygotowanej przez środowisko, które działa na rzecz wrocławskich osiedli.
Reforma zapowiadana od miesięcy
To szczególnie zastanawiające w kontekście wielokrotnie zapowiadanej kompleksowej reformy Rad Osiedli. Od miesięcy słyszymy o potrzebie zmian. Tymczasem konkretów wciąż brakuje. Jedyną szerzej omawianą inicjatywą był projekt uchwały dotyczącej konsultacji społecznych przygotowany przez dwóch radnych miejskich. Rada Miejska nie zdecydowała się jednak na jego przyjęcie, a sam projekt koncentrował się przede wszystkim na zmianach granic osiedli. To ważny temat, ale z pewnością nie najważniejszy.
Prawdziwe problemy Rad Osiedli leżą gdzie indziej. To ograniczone kompetencje, niewystarczająca sprawczość, niejasne finansowanie, brak nowoczesnych narzędzi komunikacji, niedostateczna cyfryzacja oraz niewystarczający wpływ na decyzje dotyczące najbliższego otoczenia mieszkańców. Właśnie o tym mówiła petycja. O sprawach fundamentalnych.
Paradoks partycypacji
Nie sposób nie zauważyć pewnego paradoksu. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o chęci współpracy z mieszkańcami i wzmacniania partycypacji społecznej. Z drugiej, gdy oddolne środowisko przedstawia wizję zmian, wypracowaną wspólnie przez część praktyków samorządu osiedlowego, dokument zostaje odrzucony – mimo pozytywnej rekomendacji własnej komisji Rady Miejskiej. Trudno uznać to za zachętę do obywatelskiego zaangażowania.
Warto odnotować też głos radnego Suligowskiego, który zakwestionował reprezentatywność środowiska stojącego za petycją, mówiąc wprost – nie mam wrażenia, żeby to był głos całego środowiska – w odpowiedzi na co radny Piotr Uhle zastrzegł, że nigdy nie twierdził, jakoby petycja była głosem całego środowiska osiedlowego, a jedynie efektem pracy merytorycznej kilkudziesięciu osób, w większości radnych osiedlowych.
Punkt wyjścia, który zamknięto na starcie
Nikt rozsądny nie twierdzi, że memorandum Niezależnego Kongresu Osiedlowego było dokumentem idealnym. Być może część zapisów wymagała doprecyzowania, część zmian, a część dalszej analizy. Ale właśnie temu powinien służyć dialog. Rolą władz miasta nie jest oczekiwanie od mieszkańców gotowych projektów legislacyjnych, lecz prowadzenie rozmowy z tymi, którzy dostrzegają problemy i proponują kierunki ich rozwiązania.
Największą wartością tej petycji nie były poszczególne zapisy. Był nią fakt, że przedstawiciele wielu osiedli wspólnie wypracowali wizję zmian. Można było potraktować ją jako punkt wyjścia do stworzenia rzeczywiście kompleksowej reformy. Zamiast tego większość Rady Miejskiej postanowiła zamknąć temat już na starcie – w głosowaniu petycję poparło jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a aż 13 wstrzymało się od głosu, przy 37 radnych uprawnionych do głosowania i 27 obecnych na sali.
Jeżeli tak ma wyglądać dialog z mieszkańcami, trudno nie zadać pytania: czy zapowiadana reforma Rad Osiedli rzeczywiście ma powstać wspólnie z mieszkańcami, czy będzie jedynie kolejnym projektem przygotowanym bez uwzględnienia doświadczeń osób, które od lat społecznie pracują na rzecz swoich osiedli?
Wrocław potrzebuje dziś odwagi do rozmowy, a nie odwagi do odrzucania społecznych inicjatyw. Reforma Rad Osiedli nie wydarzy się sama. Nie powstanie również bez ludzi, którzy tworzą je od środka. Odrzucenie petycji nie zamyka dyskusji o przyszłości osiedli. Pokazuje jednak, że przed nami wciąż daleka droga do prawdziwego partnerstwa.
Wieczna podwyżka. Jak szukający oszczędności Wrocław drenuje kieszenie mieszkańców
Parkowanie: wieczna podwyżka. Jak Wrocław ratuje budżet kosztem mieszkańców
Damian Daszkowski
Radni, stosunkiem głosów 23 „za” do 2 „przeciw”, uzależnili stawki za parkowanie od płacy minimalnej. Od 2027 roku opłaty będą rosły automatycznie wraz z każdą podwyżką najniższego wynagrodzenia. Nie jest to żadne rozwiązanie kryzysu mobilności w mieście – to zwykły drenaż portfeli tych, których najmniej stać na ponoszenie kolejnych obciążeń finansowych.
Za godzinę postoju trzeba będzie zapłacić 4,80 zł, podczas gdy wczoraj kosztowało to 3 zł. W najpowszechniejszej strefie oznacza to wzrost aż o 60 procent z dnia na dzień, a trzecia godzina parkowania podrożała o ponad 100 procent. Wrocław obudził się w rzeczywistości, w której opłaty za parkowanie są ściśle powiązane z wysokością minimalnej pensji i wzrosną zawsze, gdy rząd ogłosi jej waloryzację. Rada Miejska stworzyła mechanizm „wiecznej podwyżki”, a wrocławski Ratusz otrzymał wymówkę idealną. Nie trzeba już debatować, uzasadniać ani proponować alternatyw. Wystarczy czekać na decyzje rządu o wzroście płacy minimalnej.
Drożej niż w Warszawie
Jeszcze rok temu Wrocław mógł pochwalić się najtańszym parkowaniem wśród dużych polskich miast. Wkrótce stanie się jednym z najdroższych. Za pierwszą godzinę postoju w śródmieściu wrocławscy kierowcy zapłacą 9,10 zł – dla porównania, w Warszawie to zaledwie 4,50 zł. Miasto wybiera dziwną strategię konkurencji: chce być droższe od stolicy, droższe od Krakowa i Poznania. Fakt, że opłata we Wrocławiu będzie dwukrotnie wyższa niż w Warszawie, dobitnie pokazuje, że miasto chce głęboko sięgnąć do kieszeni kierowców. Czy jednak robi to w celu poprawy jakości życia albo ze względu na brak dostępnych miejsc parkingowych w strefie płatnego parkowania?
Prawdziwy powód podwyżek
Ratusz zasłania się analizą zleconą zewnętrznej firmie. Główny argument urzędników brzmi: od 2020 roku płaca minimalna rosła, a koszty parkowania stały w miejscu. W efekcie opłata stała się „relatywnie niska”, przez co kierowcy chętniej zostawiają samochody w Strefie Płatnego Parkowania. Skutkiem mają być zatłoczone ulice, brak rotacji i zajętość miejsc na poziomie 100 procent.
To uzasadnienie brzmi niezwykle naukowo, ale maskuje fundamentalny błąd w myśleniu. Nie chodzi przecież o to, by wrocławskie parkingi były najdroższe w kraju. Trudno również zgodzić się z tezą, że zajętość miejsc realnie wynosi 100% i brakuje rotacji. Tym bardziej brakuje prognoz dotyczących wpływu zmiany najniższej krajowej na dostępność tych miejsc. A powinno chodzić przecież o racjonalną politykę transportową, którą władze miasta od lat zaniedbują.
Jeden z radnych trafnie zdiagnozował prawdziwy problem: – Wy po prostu nie możecie się powstrzymać. Zamiast rozwiązywać problemy mieszkańców, łatwiej jest sięgnąć do ich kieszeni – podsumował Łukasz Kasztelowicz (klub PiS). Kto ostatecznie zweryfikuje, czy te drastyczne podwyżki faktycznie przyniosą poprawę sytuacji? Nikt. Radni zagłosowali w ciemno.
Gdzie jest alternatywa i kto za to zapłaci?
Warto przyjrzeć się fundamentom tej decyzji. Czy przed wprowadzeniem podwyżek radni porozmawiali z mieszkańcami? Czy przeprowadzono rzetelne konsultacje społeczne? Czy ktoś w ogóle zastanowił się, kto zapłaci za to najwyższą cenę? Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: nie.
Wrocław przez lata nie potrafił stworzyć sprawnego systemu komunikacji publicznej. Autobusy i tramwaje wciąż nie gwarantują punktualności, niezawodności i odpowiedniej dostępności. Wiele osób nie jeździ samochodem z czystej wygody. Muszą dojechać do pracy, odwieźć dzieci do szkoły, czy zaopiekować się starszymi rodzicami. Nie każdy ma też zdrowie, by przemieszczać się po mieście rowerem lub zatłoczonym transportem zbiorowym. Dla takich osób auto nie jest luksusem, lecz narzędziem codziennego przetrwania. Radni drastycznie podnieśli im koszty życia, nie oferując w zamian systemu, który zachęciłby ich do wyboru alternatywnego środka transportu. To nie jest polityka transportowa – to kolejny podatek.
Zamożni kierowcy nawet nie odczują tej zmiany. Prawdziwy problem uderzy w osoby o niskich dochodach, rodziny z dziećmi i drobnych przedsiębiorców. Kilka złotych więcej za każdą godzinę składa się na setki a czasem i tysiące złotych rocznie – to bardzo wymierny koszt dla domowego budżetu, w którym liczy się każdy grosz. Rada Miejska tłumaczy te kroki „racjonalną polityką transportową”. Tylko dla kogo ona jest racjonalna? Z pewnością nie dla mieszkańca zarabiającego pensję minimalną.
Uzasadnienie oderwane od rzeczywistości
Dyrektor ZDiUM przekonywał podczas sesji: – Obserwujemy tendencję do pozostawiania samochodów na długie godziny. Patrząc na inne miasta, widzimy, że stawki we Wrocławiu są znacząco niższe – tłumaczył Tomasz Staruchowicz. Brak w tym jednak głębszej logiki. Dziś radni wybierają drogę konformizmu: „skoro w innych miastach jest drogo, u nas też musi być”. To żadna strategia, to po prostu ślepy wyścig do złotówek, które jeszcze zostały w kieszeni mieszkańców.
Radny klubu Naprawmy Przyszłość, Piotr Uhle, ostro ocenił uzasadnienie stawek od wskaźnika wynagrodzeń rzamiast każdorazowego odrębnego głosowania: – Wydaje mi się, że wykonujemy tu gest Poncjusza Piłata. Z szacunku dla mieszkańców, każda podwyżka powinna być poprzedzona merytoryczną debatą i solidnym uzasadnieniem. Te słowa idealnie podsumowują sytuację. Radni uznali, że najwygodniej będzie poszukać dodatkowych dochodów bezpośrednio w kieszeniach obywateli, bo to znacznie łatwiejsze niż żmudna praca nad faktyczną poprawą systemu transportowego. Wynik głosowania – 23 głosy za, 2 przeciw, 4 wstrzymujące się – dowodzi, że opór i powiedzenie „nie” było możliwe. Niestety, większość wybrała pójście na łatwiznę.
Co nas czeka w 2027 roku?
Wdrożenie nowych stawek zaplanowano na 1 lutego 2027 roku. Do tego czasu na wrocławskich ulicach nie zmieni się absolutnie nic. Komunikacja miejska będzie funkcjonować tak samo, drogi pozostaną bez zmian, a infrastruktura nie ulegnie poprawie. Zmienią się tylko kwoty na parkometrach. Mieszkańcy będą płacić znacznie więcej za dokładnie to samo, co mają dziś. To nie jest rozwój miasta – to brutalne sprowadzenie mieszkańców do roli bankomatu dla władz, które obawiają się podejmowania trudnych i wymagających decyzji.
Wrocławianie zasługują na więcej. Zasługują na realną politykę transportową, na rzetelną debatę i na sensowne alternatywy komunikacyjne. Zamiast tego otrzymują w prezencie „wieczną podwyżkę” – automatyczny mechanizm, który sięgnie do ich portfeli za każdym razem, gdy rząd w Warszawie uzna, że Polacy powinni zarabiać więcej. W tak skonstruowanym systemie zawsze wygrywają ci, którzy dyktują ceny, a przegrywają ci, których po prostu na to nie stać.
Koniec kosmicznych marzeń o ESA. Czy Wrocław potrafi żyć bez korporacyjnego mitu?
Koniec kosmicznych marzeń o ESA. Czy Wrocław potrafi żyć bez korporacyjnego mitu?
Marek Zalewski
Przegrana Wrocławia w starciu o prestiżowe centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej to coś więcej niż jednorazowy prestiżowy policzek ze strony Warszawy. To jasny sygnał, że dotychczasowy model rozwoju miasta oparty na ładnych prezentacjach, wizerunkowych sukcesach i zagranicznych biurowcach właśnie się wyczerpał. Jeśli Wrocław chce przetrwać nadchodzące wstrząsy na rynku technologii i automatyzacji, musi pilnie porzucić korporacyjne złudzenia i zbudować most łączący zaawansowane usługi z twardym, nowoczesnym przemysłem. Czas na prawdziwy test dojrzałości.
Punkt wyjścia: Wrocław przegrywa wyścig o ESA
13 lipca 2026 roku poznaliśmy odpowiedź na pytanie, które od miesięcy elektryzowało wrocławskie środowisko naukowe, technologiczne i samorządowe: gdzie w Polsce powstanie centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wrocław przegrał. O lokalizację ubiegało się siedem największych polskich miast - Gdańsk, Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Warszawa i Wrocław - a decyzję ogłosili wspólnie premier Donald Tusk, minister finansów i gospodarki Andrzej Domański oraz dyrektor generalny ESA Josef Aschbacher. Nowy ośrodek, zajmujący się bezpieczeństwem kosmicznym, technologiami podwójnego zastosowania, łącznością satelitarną oraz zarządzaniem danymi i sytuacjami kryzysowymi, stanie w Warszawie. Będzie to pierwsze centrum ESA utworzone poza państwami założycielskimi Agencji i pierwsza duża placówka ESA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Reakcja władz miasta była pojednawcza, ale i wymowna. Decyzję o lokalizacji Biura Europejskiej Agencji Kosmicznej w Warszawie przyjmujemy z szacunkiem, trudno konkurować ze stolicą, chociażby ze względu na bliskość agend państwowych - przyznał Radosław Michalski, dyrektor Departamentu Marki Miasta. To zdanie, choć wypowiedziane w tonie pogodzenia się z wynikiem, jest w istocie diagnozą strukturalną, nie przypadkiem. Wrocław nie przegrał dlatego, że zabrakło mu kompetencji naukowych czy przemysłowych. Prof. Krzysztof Sośnica z Uniwersytetu Przyrodniczego, zaangażowany w przygotowanie wrocławsko-dolnośląskiej aplikacji, podkreślał, że miasto uzyskało zdecydowane poparcie sąsiednich regionów Czech i Saksonii oraz listy poparcia od agencji kosmicznych, firm i uczelni z kilkudziesięciu krajów. Wrocław przegrał, bo w grze o prestiżowe, scentralizowane instytucje liczy się przede wszystkim bliskość władzy centralnej, a tego żadna, nawet najlepiej przygotowana, prezentacja potencjału nie zastąpi.
To dobry punkt wyjścia do szerszej rozmowy o tym, na czym Wrocław powinien dziś budować swoją przewagę gospodarczą. Bo skoro miasto z definicji nie wygrywa wyścigów o prestiżowe instytucje ulokowane tam, gdzie jest stolica, tym bardziej potrzebuje mocnej, samodzielnej bazy: przemysłu, twardych kompetencji technicznych i usług, które nie zależą od jednorazowej decyzji podejmowanej w Warszawie. Ryzykiem nie jest tylko utrata pojedynczej instytucji. Ryzykiem jest myślenie, że o pozycji gospodarczej miasta decydują głównie efektowne ogłoszenia i rywalizacja o symboliczne szyldy, a nie codzienna, żmudna praca nad tym, jakie realne kompetencje i miejsca pracy zostają na miejscu.
W poprzednim tekście pisaliśmy o końcu mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Nie dlatego, że sektor nowoczesnych usług biznesowych przestał mieć znaczenie. Przeciwnie. Nadal jest jednym z najważniejszych filarów gospodarki Wrocławia. Problem polega na czymś innym: samo posiadanie dużych centrów usług nie jest już wystarczającą strategią rozwoju miasta.
Wrocław musi dziś zadać bardziej precyzyjne pytanie. Nie tylko: ilu inwestorów przyciągamy? Ale też: jakie kompetencje zostają w mieście, jakie miejsca pracy są odporne na automatyzację i czy lokalna gospodarka potrafi przestawić ludzi z wygaszanych procesów do sektorów, które będą realnie rosły?
Sektor usług idzie w górę. To dobra wiadomość, ale nie pełna odpowiedź
Trzeba uczciwie powiedzieć: sektor BSC, czyli centrów usług biznesowych, nie stoi w miejscu. Polska, w tym Wrocław, od lat przesuwa się w górę łańcucha wartości. Coraz mniej chodzi wyłącznie o proste księgowanie faktur, rutynowe procesy finansowe czy administracyjne back office. Coraz większe znaczenie mają IT, analityka danych, cyberbezpieczeństwo, inżynieria, automatyzacja, zarządzanie procesami i wybrane funkcje R&D.
To jest istotna zmiana. Oznacza, że Wrocław nie jest już wyłącznie miejscem taniej pracy biurowej dla zagranicznych central. W coraz większym stopniu staje się lokalizacją bardziej zaawansowanych kompetencji. Taki kierunek jest korzystny, bo zwiększa wartość pracy wykonywanej w mieście i zmniejsza ryzyko prostego przeniesienia części usług do tańszej lokalizacji.
Ale tu pojawia się zastrzeżenie. Awans w łańcuchu wartości nie usuwa ryzyka. On je tylko zmienia.
Po pierwsze, IT także nie jest nietykalne. Sztuczna inteligencja nie zastępuje całych zawodów z dnia na dzień, ale zmienia popyt na kompetencje. Najbardziej zagrożone nie muszą być wszystkie stanowiska informatyczne, lecz te, które opierają się na powtarzalnych zadaniach, prostym wsparciu, podstawowym testowaniu, administracji systemowej, obsłudze narzędzi i zadaniach juniorskich. Rynek nie musi zwalniać tysięcy osób od razu. Wystarczy, że ograniczy rekrutacje na wejściowe stanowiska, a to już zmienia ścieżkę kariery młodych ludzi.
Po drugie, R&D brzmi dobrze w prezentacjach, ale nie każde R&D oznacza lokalną innowacyjność. Jeżeli centrum badawczo rozwojowe działa w Polsce, ale własność intelektualna, komercjalizacja i najważniejsze decyzje pozostają za granicą, to miasto zyskuje miejsca pracy i kompetencje, ale niekoniecznie pełną wartość gospodarczą. Wrocław powinien więc wspierać R&D, ale nie mylić obecności zagranicznego centrum z budową własnej, lokalnej gospodarki innowacyjnej.
Kraków pokazuje, że problem nie jest tylko wrocławski
Warto spojrzeć na Kraków, bo to naturalny punkt porównania dla Wrocławia. Tam również przez lata sektor usług biznesowych był jednym z symboli sukcesu. Dziś lokalny rynek pracy staje się bardziej selektywny. Stopa bezrobocia w Krakowie formalnie nadal pozostaje jedną z najniższych w Polsce (2,5-2,8 proc. na przełomie 2025 i 2026 roku), ale pod tym spokojnym wskaźnikiem kryje się wyraźne pogorszenie. Według raportu „Krakowskie Obserwatorium Rynku Pracy” Grodzkiego Urzędu Pracy, na koniec września 2025 roku liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 22,9 proc. rok do roku, a w grupie do 30. roku życia aż o 37,7 proc. W tym samym okresie (I-IX 2025) liczba pracowników zgłoszonych do zwolnień grupowych wzrosła o 80,4 proc. rok do roku, do 3903 osób. Krakowski urząd pracy oraz eksperci rynku wskazują częściowo na zmiany legislacyjne w zasadach rejestracji bezrobotnych jako czynnik zawyżający dynamikę, ale skala wzrostu wśród najmłodszych pracowników i rosnąca liczba zwolnień grupowych trudno wytłumaczyć wyłącznie statystyką.
To jest ważna lekcja. Miasto może jednocześnie mieć dobre ogólne wskaźniki i narastające problemy w konkretnych segmentach rynku pracy. Niskie bezrobocie nie wyklucza trudności osób młodych, pracowników administracyjnych, juniorów, specjalistów od prostych procesów biurowych czy osób z kompetencjami dopasowanymi do jednego typu korporacyjnej organizacji.
Wrocław powinien wyciągnąć z tego wniosek wcześniej, nie dopiero wtedy, gdy lokalne dane zaczną wyglądać podobnie.
Przemysł wraca jako temat strategiczny
W debacie o Wrocławiu przez lata dominował język usług, biur i talentów. Przemysł był traktowany często jako coś mniej nowoczesnego. To błąd.
Nowoczesny przemysł, szczególnie przemysł obronny, elektroniczny, energetyczny, inżynieryjny i podwójnego zastosowania, może być dla regionu jednym z najważniejszych stabilizatorów rynku pracy. Nie chodzi o sentymentalny powrót do gospodarki kominów i hal produkcyjnych. Chodzi o przemysł wysokiej wartości, który łączy produkcję, inżynierię, serwis, elektronikę, oprogramowanie i logistykę.
Pod Wrocławiem widać już takie sygnały. W podwrocławskiej Czernicy, w wyniku połączenia PIT-RADWAR S.A. i Wojskowych Zakładów Łączności nr 2, powstaje Dolnośląskie Centrum Produkcyjno-Serwisowe Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Inwestycja o wartości ponad 300 mln zł, realizowana w latach 2024-2027, ma zwiększyć zdolności produkcyjne i serwisowe zakładu, m.in. w zakresie systemów łączności taktycznej na licencji L3Harris. Zatrudnienie ma wzrosnąć o 250 proc.: z obecnych ok. 170 specjalistów do docelowo blisko 270 osób, częściowo dzięki środkom z unijnego programu SAFE. Jelcz podpisał 5 marca 2026 roku z Polską Grupą Zbrojeniową umowę inwestycyjną o wartości ponad 756 mln zł (dokładnie 756 090 000 zł, ze środków Funduszu Inwestycji Kapitałowych) na budowę nowej fabryki w podwrocławskich Miłoszycach i zwiększenie zdolności produkcyjnych. Docelowo, do 2030 roku, ma to pozwolić na wzrost produkcji nawet do 1600-1800 pojazdów rocznie we wszystkich zakładach spółki, wobec obecnych ok. 500 sztuk rocznie. W Raciborzu, w halach po Rafako, na mocy porozumienia PGZ, Agencji Rozwoju Przemysłu i Jelcza z października 2025 roku, przygotowywana jest produkcja związana z Jelczem i sektorem obronnym.
To są miejsca pracy innego typu niż klasyczne BSC. Wymagają spawaczy, monterów, elektroników, automatyków, logistyków, inżynierów, projektantów, specjalistów jakości, zakupowców, programistów systemów wbudowanych i ludzi od zarządzania złożoną produkcją. Innymi słowy, to nie jest alternatywa wobec kompetencji nowoczesnych usług, tylko ich możliwe uzupełnienie.
Właśnie tutaj Wrocław powinien szukać swojej przewagi: w połączeniu usług biznesowych, kompetencji technologicznych, uczelni technicznych i przemysłu wysokiej wartości.
Volvo jako lekcja, nie jako anegdota
Przykład Volvo pokazuje, dlaczego ta dyskusja jest ważna, choć trzeba go osadzić we właściwym czasie. Decyzję o zamknięciu wrocławskiej fabryki zabudów autobusowych Volvo Buses ogłoszono w marcu 2023 roku, a produkcję wygaszono do pierwszego kwartału 2024 roku. Zmiana modelu biznesowego w Europie dotknęła około 1500 miejsc pracy we Wrocławiu. Firma zadeklarowała wówczas wsparcie dla pracowników oraz sprzedaż nieruchomości przy ul. Mydlanej szwedzkiemu Vargas Holding, który zapowiedział zatrudnienie części załogi i uruchomienie w tym miejscu innej działalności (m.in. produkcji pomp ciepła). Pozostałe wrocławskie oddziały Grupy Volvo, zatrudniające ponad 2100 osób w obszarach R&D, IT i usług finansowych, nie zostały objęte decyzją.
Sam fakt sprzed ponad dwóch lat pozostaje jednak istotny jako ilustracja mechanizmu: Wrocław utracił ważną część kompetencji produkcyjnych w branży autobusowej.
Gdy miasto traci zaawansowaną produkcję, traci nie tylko etaty. Traci doświadczenie zespołów, kulturę techniczną, sieci dostawców, praktyczną wiedzę produkcyjną i możliwość łączenia przemysłu z usługami inżynieryjnymi.
A takich kompetencji nie odbudowuje się prostą kampanią promocyjną.
Wrocław potrzebuje mostu między usługami a przemysłem
Nie chodzi o to, aby przeciwstawiać korporacje przemysłowi. To byłby fałszywy podział. Nowoczesna gospodarka potrzebuje obu elementów. Centra usług mogą dostarczać kompetencji z zakresu finansów, zakupów, compliance, analizy danych, IT, zarządzania projektami i automatyzacji. Przemysł daje natomiast twarde zakorzenienie gospodarcze, długie łańcuchy dostaw, miejsca pracy techniczne i zdolność tworzenia realnych produktów.
Dlatego Wrocław powinien zacząć myśleć o rynku pracy nie jako o zbiorze osobnych branż, lecz jako o systemie przepływu kompetencji. Pracownik centrum usług nie musi na zawsze pozostać pracownikiem centrum usług. Osoba z doświadczeniem w zakupach, jakości, analizie danych, logistyce albo zarządzaniu procesami może być bardzo cenna w przemyśle obronnym, energetycznym, automotive, elektronice czy produkcji specjalistycznej. Ale taki przepływ nie wydarzy się sam.
Potrzebne są programy przekwalifikowania, współpraca uczelni z firmami, aktywna rola miasta, lepsze dane o ryzykach sektorowych i poważniejsze potraktowanie technicznych zawodów średniego szczebla. Wrocław powinien przestać myśleć wyłącznie w kategoriach „biura kontra fabryki”. Przyszłość leży raczej w połączeniu: biuro projektujące, analizujące i automatyzujące procesy oraz zakład, który rzeczywiście coś produkuje, serwisuje i rozwija.
Środa Śląska-Miękinia: sukces, który trzeba mierzyć w czasie
W tym kontekście warto spojrzeć także na Park Przemysłowy Środa Śląska-Miękinia. Ogłoszenie wyboru tej lokalizacji przez tajwańskie środowisko firm zrzeszonych wokół TEEMA zostało przedstawione jako jeden z największych sukcesów inwestycyjnych Dolnego Śląska ostatnich lat. I rzeczywiście, potencjał jest duży. Mówimy o terenach przygotowywanych wcześniej pod projekt Intela, o bliskości Wrocławia, autostrady A4, dróg S3 i S5 oraz o możliwości przyciągnięcia firm z obszaru elektroniki, elektromobilności, serwerów AI, komponentów i technologii przemysłowych.
Ale właśnie dlatego trzeba oddzielić komunikat promocyjny od realnej polityki gospodarczej.
Na razie wiemy, że tajwańskie firmy wskazały lokalizację i że projekt ma mieć charakter parku technologicznego, a nie jednej fabryki. Wiemy także, że w przestrzeni publicznej pojawiają się bardzo duże liczby: dziesiątki tysięcy miejsc pracy, miliardowe inwestycje, a nawet wizja technologicznego miasta. Nie wiemy jednak jeszcze wystarczająco dużo o harmonogramie, etapowaniu inwestycji, pierwszych konkretnych inwestorach, strukturze zatrudnienia, poziomie wynagrodzeń i tym, ile miejsc pracy powstanie w najbliższych trzech, pięciu latach, a ile jest raczej wizją dekady lub dłuższego horyzontu.
To rozróżnienie jest kluczowe. Dla mieszkańca Wrocławia, Środy Śląskiej, Miękini czy okolicznych gmin nie wystarczy informacja, że „kiedyś” może powstać kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Ważne jest, kiedy powstaną pierwsze realne etaty, jakiego typu będą to stanowiska, czy region ma kadry techniczne, czy powstaną programy szkoleniowe i czy lokalne firmy staną się częścią łańcucha dostaw, czy tylko zapleczem logistycznym i usługowym dla zewnętrznych graczy.
Podobnie trzeba ostrożnie traktować samą „tajwańskość” projektu. TEEMA jest organizacją branżową zrzeszającą firmy, a nie jednym inwestorem budującym jedną fabrykę według jednego harmonogramu. To może być zaleta, bo taki model pozwala tworzyć ekosystem kilku lub kilkunastu przedsiębiorstw. Ale jest też ryzyko: dopóki nie znamy listy firm, zakresu produkcji i realnych zobowiązań inwestycyjnych, trudno ocenić, ile w tym twardej inwestycji, a ile strategicznego pozycjonowania Polski i Dolnego Śląska w rozmowach z tajwańskim przemysłem.
Wrocław i region powinny więc cieszyć się z tej szansy, ale nie powinny jej przedwcześnie konsumować politycznie. Po doświadczeniu z Intelem wiemy już, że nawet wielkie zapowiedzi technologiczne mogą zostać wstrzymane albo zmienione. Dlatego projekt w Środzie Śląskiej-Miękini powinien być oceniany według konkretnych wskaźników: rozpoczęcia budowy, podpisanych umów z firmami, pierwszych pozwoleń, wartości nakładów, liczby etatów w pierwszych etapach, udziału polskich dostawców i współpracy z uczelniami technicznymi.
Jeżeli ten projekt rzeczywiście przejdzie z fazy zapowiedzi do fazy przemysłowej realizacji, może stać się ważnym elementem nowej gospodarczej odporności regionu. Ale sukcesem nie będzie samo ogłoszenie inwestycji. Sukcesem będzie dopiero trwały ekosystem produkcji, inżynierii, dostawców, serwisu, R&D i dobrze płatnych miejsc pracy.
Czas na prawdziwy test dojrzałości
Sektor usług biznesowych we Wrocławiu rzeczywiście przesuwa się w górę łańcucha wartości. To dobra wiadomość. Ale nie może być alibi dla braku szerszej strategii gospodarczej.
IT może być pod presją automatyzacji. R&D nie zawsze oznacza lokalną własność innowacji. Rynek pracy staje się bardziej selektywny. Przemysł przetwórczy nie ma dziś łatwej koniunktury, ale właśnie dlatego inwestycje w przemysł wysokiej wartości, szczególnie obronny, energetyczny i technologiczny, powinny stać się dla Wrocławia ważnym tematem strategicznym.
Miasto nie powinno wybierać między korporacjami a przemysłem. Powinno budować odporność przez ich połączenie. Przegrana w wyścigu o centrum ESA to przypomnienie, że nie każdą kartę rozdaje Wrocław, ale to właśnie dlatego twarda, samodzielna baza gospodarcza, a nie kolejne prestiżowe ogłoszenia, powinna być priorytetem.
Wrocław będzie silny nie wtedy, gdy będzie miał tylko dużo miejsc pracy w biurach. Będzie silny wtedy, gdy będzie miał gospodarkę zdolną do zmiany: z usług prostych do zaawansowanych, z administracji do technologii, z analizy danych do produkcji, z korporacyjnego back office do realnych kompetencji przemysłowych.
To jest prawdziwy test dojrzałości miasta.
Śmieciowy chaos, polityczne stołki i zdrada mieszkańców: Prawda o wrocławskiej koalicji władzy
Śmieciowy chaos, polityczne stołki i zdrada mieszkańców: Prawda o wrocławskiej koalicji władzy
Po tej sesji wszystko jest jasne - nikt nie powinien mieć wątpliwosci na kogo spada odpowiedzialność za podwyżki śmieci - na Koalicję Obywatelską funkcjonującą w triumwiracie Jacek Sutryk – Grzegorz Schetyna – Michał Jaros. Do końca kadencji ten triumwirat ograbi mieszkańców z dodatkowego pół miliarda złotych.
Koalicja Obywatelska przeciwko obywatelom

Partia z nazwy obywatelska wystąpiła przeciwko obywatelom. Najpierw jej człowiek Michał Młyńczak pod rękę z jej wychowankiem – Pawłem Karpińskim zgotowali mieszkańcom chaos w systemie zagospodarowania odpadów. Potem dali im sowite nagrody i znakomicie płatne posady. Potem radni KO przypieczętowali proces głosując jak jeden mąż za grabieniem mieszkańców.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że KO zapłaci wysoką cenę polityczną za śmieciowy chaos. Mimo to – politycy tej formacji zdecydowali się żyrować skandaliczną podwyżkę? Dlaczego? Gołym okiem widać, że musiało dojść do pewnego rodzaju układu, targu. I czas by wzięli za to odpowiedzialność.
Posady, złote spadochrony i zakulisowe układy

Jeżeli gotowi byli za to zapłacić to co uzyskali w zamian? Co tym razem położono na szczękach targowiska, w które zamieniono wrocławską Radę Miejską? Co będzie gdy okaże się, że część niezależnych radnych, którzy domagali się podniesienia standardów rządzenia oczekiwało po prostu stołków dla siebie? A co jeśli ceną za zgodę na grabienie mieszkańców była wiceprezydentura i wiceprezesura (bez konkursu!) dla wrocławskich Mateuszy, choć coraz więcej osób porównuje ich do postaci Dawida Kacprzyka z warszawskiego Szpitala Południowego? Wrocławskie Mateusze-Dawidki zdobywają władzę, zarabiają nawet do 400 000 zł rocznie, choć nie mają do tego niezbędnych kompetencji. A odwołani wiceprezydenci dostali w zamian za kompromitowanie miasta i chaos… olbrzymie nagrody i złote spadochrony, na których zlecieli do miejskich spółek na funkcje dające im podobne, olbrzymie pieniądze.
Tymczasem finanse Wrocławia są w katastrofalnym stanie i na kolesi trzeba znaleźć pieniądze. Dlatego znowu sięgnęli do kieszeni mieszkańców i znowu podnieśli koszty życia najgorzej sytuowanym. Gdzie wówczas był podwójny szef KO, Michał Jaros? Czy formacja, którą kieruje w regionie i w mieście nie ma żadnych zastrzeżeń do polityki śmieciowej w mieście? Dlaczego radni z nim kojarzeni przestali dystansować się od jawnie antyobywatelskich decyzji miasta?
Kiedyś obowiązywała narracja, że za całe urzędowe zło odpowiadała Renata Granowska. Została jednak wyrzucona z partii i z urzędu. Dziś już nie ma na kogo zrzucić winę. Czy zatem mieszkańcy odczuli zmiany na lepsze?
Przeciwnie. Koalicja Obywatelska we Wrocławiu poszła na wojnę z obywatelami. Wbrew obietnicom. Wbrew zapowiedziom. Wbrew standardom i logice. Ale z olbrzymimi korzyściami dla niektórych członków partii władzy. Których? Nietrudno dostrzec kto szykuje się do przejęcia kolejnych stołków i robienia znakomitych interesów kosztem miasta. Miało być lepiej. A jest tak samo, tylko przekazano złotą pałeczkę w partyjnej sztafecie władzy nowym-starym politykom.
Ucieczka z pola bitwy: Gest Piłata i pęknięcia w Lewicy
A tej, kolejnej już zdrady wyborcy Koalicji Obywatelskiej nie zapomną. Wiedzieli o tym radni KO – Maciej Zieliński, Krzysztof Zalewski i Joanna Pieczyńska, którzy na kluczowe głosowanie nie dotarli. Wykonali gest Piłata, który ostatecznie nie przełoży się na złagodzenie społecznego gniewu.
Podobny gest wykonało dwóch radnych Lewicy – Dominik Kłosowski i Robert Maślak, który niemal wybiegał z Sali Sesyjnej przed głosowaniem podwyżek. Nie jest tajemnicą, że spoistość tego klubu wisi na włosku. Paradoksalnie to część starszych działaczy próbowało zablokować podwyżki opłat. Okazało się, że są jednak w klubie w mniejszości a stołki kolesi są zbyt cenne, by narazić je na szwank. Dlatego zamiast stanąć w obronie najgorzej sytuowanych mieszkańców – uciekli z pola bitwy.
Sprawa może zakończyć się głębszym podziałem, gdyż tajemnicą poliszynela jest, że starsi działacze nie zgadzają się na przyjmowanie politycznych spadów z KO w postaci Roberta Suligowskiego i Sławomira Czerwińskiego. Znają starą zasadę polityki, że jeżeli ktoś raz zdradził – będzie zdradzał w przyszłości. Bracia twix jak się mówi o tym komediowo-dramatycznym duecie najpierw zdradzili wyborców żyrując rządy Jacka Sutryka, później zdradzili Michała Jarosa, któremu zawdzięczali wszystko a i tak dogadali się ze skompromitowaną Granowską, teraz zdradzili KO. Nie z powodów ideowych, nie dla realizacji obiecanego programu. Dlatego, bo ten jeden raz KO, po serii kompromitacji związanych z reformą osiedlową, chciało uratować choć resztki swojej wiarygodności i nie poparło deformatorskich zamierzeń duetu, który najpierw był zielony a teraz jest czerwony.
Czy klub w takiej konfiguracji utrzyma się długo? Czy wobec ewidentnej zmiany układu sił prezydent Ryszard Kessler utrzyma swoje stanowisko, na które wielu młodych działaczy i działaczek ostrzą sobie zęby? Jak to mawiał klasyk – czas pokaże. Ale może pokazać bardzo niedługo.
Pasmo podwyżek i arogancja wrocławskich elit
Politycy KO i Lewicy przehandlowali interesy mieszkańców tak jak to zwykle robili. Wmawiali ludziom, że to w ich interesie. Że to odpowiedzialna decyzja. Straszyli, że miasto może przestać funkcjonować. Próbowali zmienić temat dyskusji na spór między PiS a KO. Próbowali po raz kolejny opowiadać bajeczkę o budowie własnych kompetencji. Zapomnieli już, że dokładnie taką samą opowiadali 3,5 roku temu przy poprzedniej podwyżce a nie zrobili tym czasie nic. Zamiast zmieniać na lepsze – jeszcze bardziej zepsuli system. Ty, obywatelu za to zapłacisz. A oni będą taplać się w luksusach za Twoje pieniądze.
Tak samo było z podwyżkami opłat za parkowanie, za wodę, zamieszkania komunalne, przy podnoszeniu opłat za wstęp do ZOO i Aquaparku, czy kolejnych podwyżkach w TBS. Podobnie było przy służalczym realizowaniu interesów ulubionych władzy deweloperów – oczywiście kosztem jakości życia mieszkańców.
Podobnie przy finansowaniu sportu i ekskluzywnych zagranicznych wycieczek. I zatrudnianiu armii kolesi po linii partyjnej. Ty, obywatelu, płać, popieraj i nie zadawaj głupich pytań. Oni, wrocławska elita, nie tylko zadbają o to, by na ich władzy zarabiał kto trzeba. Powiedzą Ci też, jak masz żyć, by im wygodniej było realizować swój plan.
Czas na rozliczenia: Biała księga wrocławskich patologii
Koniec bezkarności. Teraz, gdy emocje nieco opadły czas na organiczną pracę. Dlatego zaproponowałem utworzenie białej księgi naruszeń, bezeceństw i marnotrawstwa dobra wspólnego we Wrocławiu. To nasze dobro, które jest rozkradane przez polityków i ich zauszników. Księga musi być tworzona w szerokim porozumieniu i stanowić punkt wyjścia do rozliczenia tej władzy.
Powinna zawierać wszystkie przypadki łamania zasad i krzywdzenia mieszkańców. Od najdrobniejszego do największego – by wszyscy zobaczyli jak olbrzymia jest skala patologii, które toczą miasto niczym złośliwy nowotwór.
Mamy już pierwsze zgłoszenia od organizacji społecznych, politycznych i od zwykłych mieszkańców. Wszystkich zainteresowanych współtworzeniem tej księgi – zapraszamy do kontaktu – działanie nadejdzie szybciej niż się spodziewacie.
Fot. FB Biuro Prasowe UM Wrocławia
Paramafijne śmieciowe relacji władz Wrocławia - czas na białą księgę
Szanowni Państwo!
Horrendalna podwyżka opłaty za śmieci, którą chce przepchnąć przez Radę Miejską Wrocławia prezydent Jacek Sutryk to nie jest przypadek. To skutek lat chaosu, niekompetencji i zaniechań pod partyjnym wezwaniem i nową doktryną Koalicji Obywatelskiej: cóż szkodzi obiecać.
Od półtora roku nie mamy we Wrocławiu rozstrzygniętego przetargu na śmieci. Przetargu konkurencyjnego, w którym przedsiębiorcy rywalizują o wart miliard kontrakt. Jak rywalizują, albo przynajmniej powinni? Dając bardziej atrakcyjną cenę. Specjalnie po to bez mała 2 lata temu reformowaliśmy sektory zbiórki, pamiętacie? W interesie miasta i jego mieszkańców jest, aby zlecenie robić w trybie przetargowym i realizować go możliwie najbardziej konkurencyjnie.
Zamiast tego – mamy kolejne zamówienia z wolnej ręki. Wydaliśmy w ten sposób już pół miliarda złotych. Wskazujemy palcem obecnych wykonawców i uzależniamy się tym samym od nich. Pozycja negocjacyjna jest nie do pozazdroszczenia. Dlatego nic dziwnego, że doją nas bez litości, bo to oni na tym zarabiają. Wg. deklaracji spółki ceny miały wzrosnąć o 15%, ale koszt systemu wg. obecnych danych wzrósł aż o 26%. Czy ktoś się z tego wytłumaczył?
Przeciwnie. Jeszcze kilka miesięcy temu oficjalny komunikat miasta mówił, że do czasu gdy obowiązują umowy z tzw. wolnej ręki nie ma zagrożenia zwiększeniem wysokości opłaty. Politycy i urzędnicy kluczyli, kręcili, rozmydlali temat. Dziś okazuje się, że system nie dopiął się w tym roku na 60 mln zł. W przyszłym spokojnie możemy mówić o kwocie nawet trzykrotnie wyższej - 90 mln zł. A nawet jeszcze nie mamy ogłoszonego przetargu.
Obiecaliście, że nie będzie podwyżek. Tymczasem podnosicie ludziom opłaty o 40%. Chcecie wyjąć z ich kieszeni dziesiątki a nawet setki milionów złotych rocznie. A wiemy przecież, że to nie jest Wasze ostatnie słowo. Cóż szkodzi obiecać, prawda? Wszystkim wydawało się, że te słynne słowa były tylko wpadką. Tymczasem stały się partyjną doktryną, którą wdrażacie we Wrocławiu.
Wszystko robicie odwrotnie. Mieliście być jak Robin Hood i Midas. Mieliście odbierać bogatym i dawać biednym. Tymczasem grabicie biednych i napychacie kabzę olbrzymiemu biznesowi. Mieliście zamieniać wszystko, czego się dotkniecie w złoto. Sami sobie odpowiedzcie w co zamieniliście system gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Złoto to zdecydowanie nie jest.
Ostrzegaliśmy przed tym. Mówiliśmy, że działanie Ekosystemu to albo skrajna nieudolność albo celowy sabotaż. Ostrzegaliśmy, że sieć powiązań między politykami KO a firmami śmieciowymi wygląda niebezpiecznie i niesie olbrzymie ryzyko korupcji. Że relacje między władzą a biznesem mają charakter mafijny, choć nie wiadomo nic jeszcze o czystej bandyterce – to działalność białych kołnierzyków. Mówiliśmy, że skończy się to horrendalnymi podwyżkami dla ludzi.
Byliśmy wskazywani jako odszczepieńcy, straszono nas prokuraturą, pozwami, odsądzano od czci i wiary. Próbowano podważyć naszą wiarygodność i wyśmiać.
Tymczasem Prokuratura Krajowa i CBA bada w olbrzymiej akcji powiązania polityki i firm śmieciowych, nie sprawę sygnalistki jak próbujecie to zakłamać. Tymczasem sięgacie do kieszeni mieszkańców jak po swoje. Nikt nie dał wam na to zgody. Bo kłamaliście, że tego nie zrobicie. Kłamaliście rano, kłamaliście w południe, kłamaliście wieczorem. I teraz przychodzi zapłacić za to rachunek. Tylko dlaczego nie zapłacicie sami? Dlaczego mają to robić uczciwie pracujący i płacący opłaty mieszkańcy Wrocławia?
Chcecie podnosić ludziom opłaty o 40% a okazuje się, że nie jesteście w stanie ich ściągnąć od 200 000 mieszkańców miasta. Łatwiej jest oskubać uczciwych niż uszczelniać system. Będziemy płacić na nową, luksusową siedzibę spółki i będziemy ponosić olbrzymie koszty jej funkcjonowania. Bo nie tylko stworzyliście tam posadę wartą 400 000 zł dla partyjnego zrzutu na złotym spadochronie, jakim okazał się Michał Młyńczak. Wcześniej zatrudniliście tam innych kolesi na dyrektorskich stanowiskach i apanażach równych niemalże prezesowskim.
Co ci ludzie zrobili? Nie jesteśmy w lepszym miejscu niż w trakcie przetargu z 2022 roku, gdy mieliście zrobić wszystko, by ta sytuacja się nie powtórzyła. Jesteśmy w gorszym miejscu. Przegapiliśmy pieniądze i czas na to, by uniezależnić się od dyktatu śmieciowego układu. Nie zbudowaliśmy własnych kompetencji. Nie przygotowaliśmy się na kryzys, chociaż były w tym zakresie konstruktywne propozycje. Prezes Karpiński opowiadał wtedy o nich jako o opowieściach przy ognisku. No to teraz sam chce je nam zafundować, budując spalarnię. O czym coraz otwarciej i bez żenady mówi.
Tymczasem chciałbym przypomnieć obietnice Jacka Sutryka i Jakuba Mazura o tym, że spalarni budować nie zamierzają. Stosujecie na żywym organizmie Wrocławia swoją doktrynę: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.
I nie uciekniecie od tej odpowiedzialności. Ten olbrzymi skandal jest spowodowany przez Jacka Sutryka i jego zauszników oraz Koalicję Obywatelską. Nie jesteście w stanie nawet obiecać naprawy. Bo kto wam uwierzy? Wasza wiarygodność jest na poziomie śmieciowym. Nomen omen.
Dlatego z tego miejsca wzywam wszystkie środowiska opozycyjne we Wrocławiu do wspólnego stworzenia białej księgi afer, niedotrzymanych obietnic i bezeceństw obecnej władzy. Te sprawy muszą być dokładnie opisane i przedstawione mieszkańcom.
Wzywam wszystkich mieszkańców pokrzywdzonych przez tę władzę. Wzywam Akcję Miasto i Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia. Wzywam Prawo i Sprawiedliwość. Wzywam partię Razem. Wzywam Konfederację i nową falę profesor Senyszyn. Wzywam fundację Obywatel TBS, grupę inicjatywną Stadion Olimpijski i Wrocławskie Forum Osiedlowe. Wzywam dobrych ludzi z Koalicji Obywatelskiej, wiem że tam nadal jesteście. Wzywam stowarzyszenie Stop LEX Deweloper, mieszkańców Szybkiej, Letniej, Browarnej, mieszkańców Kowal i Pilczyc. Wzywam wszystkich pokrzywdzonych, oszukanych i znieszmaczonych aferami obecnej władzy.
Spotkajmy się i dokonajmy rozliczenia obecnej władzy. Niech spisane będą czyny i rozmowy.
Opinia klubu dla projektu jest tak negatywna jak to tylko możliwe. Wstyd prezydencie. Wstyd Koalicjo Obywatelska, która zamiast walczyć o dobro obywateli – walczy z tymi obywatelami. Nie macie moralnego i faktycznego prawa do rządzenia tym miastem.
Dziękuję.
Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców
Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców
Wrocławianie, łapcie się za portfele. Sutryk i jego kolesie chcą wyciągnąć z nich 90 mln zł rocznie. A to dopiero początek. Podwyżki o 38% jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu na odbiór odpadów. Kolesie, którzy chwilę temu dostali warte setki tysięcy złotych, stworzone dla nich stołki szykują podwyżki, które dla przeciętnej czteroosobowej rodziny mogą sięgnąć prawie 800 zł. Na wyższe koszty życia szykujcie się już od 1 września.
Dziura w budżecie i umowy z wolnej ręki
Po ponad roku nieudolności miasto musi zawrzeć kolejne umowy na odbiór odpadów z wolnej ręki. By to zrobić – musi zabezpieczyć pieniądze w budżecie. Ten pod rządami Jacka Sutryka i jego kolesi zaczął pękać w szwach. Dlatego już w przyszłym tygodniu sięgną do Waszych kieszeni.
W budżecie na ten rok brakło ponad 60 mln zł by podpisać umowy. Połowę tej kwoty wyciągnięto z niewykorzystanej rezerwy na inwestycje – czyli pieniądze, które miały służyć uniezależnieniu się od dyktatu firm śmieciowych. Drugą połowę zamierzają pokryć z olbrzymiej podwyżki opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi.
Awanse i nagrody zamiast odpowiedzialności
Od półtora roku ostrzegamy przed tym scenariuszem. Urzędnicy nie wykorzystali danego im czasu od 2022 roku i doprowadzili do sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie wysokości opłat. To tym bardziej kompromitujące, że dosłownie w ubiegłym miesiącu bardzo dobrze płatną posadkę otrzymał były wiceprezydent, który jest współodpowiedzialny za obecny chaos – Michał Młyńczak. Nie dość, że na odchodne dostał bardzo wysoką nagrodę liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy złotych to został w nagrodę prezesem i dostał bardzo wysoką podwyżkę.
Niewygodne uchwały przepychane pod osłoną wakacji
Wszystkiego tego dowiadujemy się z uchwały, którą chyłkiem pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia skierował prezydent. Pominął przy tym Komisję Główną Rady, czym po raz kolejny okazał lekceważenie dla tego organu, który reprezentuje przecież wszystkich mieszkańców Wrocławia. To nie pierwszy przypadek, gdy podwyżki przepychane są z pominięciem zwyczajowego trybu i pod osłoną wakacji. Urzędowi politycy i macherzy uważają bowiem, że sezon ogórkowy osłoni ich machinacje. Naszą rolą jest to, by im się to nie udało.
Budżetowa matematyka, która się nie spina
Przygotowany projekt obnaża również chaos w systemie zagospodarowania odpadami. Otóż zwiększenie planu dochodów budżetu o 30 mln zł w 4 miesiące obowiązywania podwyżki nie pasuje do żadnych oficjalnych danych.
Gdybyśmy bowiem przyjęli, że wszyscy mieszkańcy segregują odpady a podstawą do wyliczenia wysokości dochodów jest liczba mieszkańców zameldowanych (603 000) – otrzymalibyśmy dochody w ciągu 4 miesięcy w wysokości około 38 mln zł. Weźmy jednak poprawkę na około 55 000 mieszkańców objętych Kartą Dużej Rodziny. Dla nich opłata wynosi mniej o 40%. Również po tej poprawce otrzymujemy wzrost dochodów o około 36,5 mln zł. Rocznie mówilibyśmy zatem o kwocie niemal 110 mln zł.
A wiemy przecież, że nie wszyscy mieszkańcy segregują odpady. Wiemy również, że wg. różnych szacunków mieszkańców we Wrocławiu mamy nie 603 000 a niemal 900 000. Dodatkowo musimy pamiętać, że lwią część opłaty za śmieci pokrywają właściciele nieruchomości niezamieszkałych – firmy, urzędy i inne instytucje.
Oznacza to, że we wrocławskim systemie gospodarowania odpadami mamy olbrzymi chaos i dzieje się to mimo wielkich pieniędzy wydawanych na pensje kolesi zarządzającym tym bałaganem. Jak to możliwe, że zamiast uszczelnić system próbuje się przerzucić jego koszty na uczciwie płacących mieszkańców? Dlaczego urzędnicy i kolesie Sutryka idą na łatwiznę kosztem zwykłych Wrocławian? I kto na tym korzysta?
Kto zyskuje na dyktacie śmieciowym? W tle śledztwo CBA
Z pewnością nie tracą na tym firmy śmieciowe, które po raz kolejny bez przetargu otrzymają grube pieniądze. Pieniądze, które w znacznej mierze powinniśmy byli przeznaczyć na zwiększenie niezależności Wrocławia od dyktatu śmieciowego oligopolu poprzez stworzenie własnych kompetencji do zagospodarowania odpadów, np. budowę sortowni czy biogazowni. Zamykamy sobie ścieżkę do tego procesu przez rozwlekłe procedury, nieudolność urzędników oraz prawników reprezentujący Ekosystem oraz gminę a także przejadanie pieniędzy przeznaczonych na inwestycje.
Należy w tym miejscu zadać pytanie czyim interesom służą Sutryk i jego kolesie. Wycierają sobie usta służbą dla mieszkańców. Ale realnie na ich działaniach mieszkańcy tracą a korzystają firmy śmieciowe. Nic dziwnego, że prokuratura i CBA zabezpieczyło w trakcie przeszukania siedziby miejskiej spółki Ekosystem tak olbrzymie ilości dowodów w sprawie wrocławskiej afery śmieciowej.
Koniec uników. Czas na trudne pytania do prezydenta
Dlatego dziś zwracamy się do Jacka Sutryka oraz namaszczonych przez niego kolesi o pilne wyjaśnienia tego skąd taka horrendalna podwyżka.
- Ile osób realnie płaci za odpady?
- Ile z nich segreguje?
- Ile pozyskujemy pieniędzy z nieruchomości niezamieszkałych?
- Ile z nich wyszło z naszego systemu i podpisało bezpośrednio umowy z firmami śmieciowymi, co jest dla tych przedsiębiorstw bardzo korzystne?
- Jaki jest i będzie realny koszt zagospodarowania odpadów na ten rok i na jakich warunkach to zagospodarowanie będzie się odbywało?
- Jakie kroki podjęto, by uchronić mieszkańców przed tak fatalnymi rozwiązaniami?
- Jaką odpowiedzialność wyciągnięto wobec osób, które doprowadziły nas do tego momentu?
Koniec migania się. Czas na odpowiedzi i to jeszcze przed sesją Rady Miejskiej Wrocławia, która już za tydzień.
Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?
Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?
Piotr Uhle
Stan naszego miasta z każdym miesiącem pogarsza się na tyle, że wymaga to podjęcia stanowczych działań naprawczych. Zanim jednak po raz trzeci we Wrocławiu narodzi się inicjatywa referendalna, musimy chłodno ocenić sytuację i nasze siły. Bo referendum nie jest celem samym w sobie. To środek do uratowania miasta przed zepsutymi politykami.
SOS Wrocław jest środowiskiem ludzi, których połączyła troska o miasto. Chcemy uratować nasz ukochany Wrocław przed degradacją i pogorszeniem jakości życia mieszkańców. Naszą misją jest odzyskać miasto dla mieszkańców, bo prezydent i Rada Miejska Wrocławia przestali ich reprezentować. Zamiast tego – reprezentują interesy partyjniaków i grup interesu.
Jak władza ignoruje głos mieszkańców
Obywatele mają wiele narzędzi, którymi mogą wpływać na miasto. Mogą się publicznie wypowiadać na absolutoryjnej sesji Rady Miejskiej, mogą domagać się od władz dotrzymywania obietnic, mogą brać udział w konsultacjach społecznych, mogą pisać wnioski i petycje, mogą pisać projekty obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych. Mogą głosować w budżecie obywatelskim czy też partycypować w Programie Inicjatyw Lokalnych.
Każda z tych procedur zawiodła. Mieszkańcy na sesji Rady nazywani byli przez ważnego urzędnika pajacami. Słowo dane przez władzę warte jest tyle co nic – pokazała to kpina z konkursów na prezesów i wiceprezesów spółek miejskich. Głosy mieszkańców w konsultacjach społecznych są lekceważone. Wnioski, skargi i petycje – odrzucane jak w przypadku programu Rewitalizacja TERAZ. Obywatelskie inicjatywy uchwałodawcze są odrzucane jak w przypadku uchwały Wrocław przeciw patodeweloperom. Głosowanie w budżecie obywatelskim bada prokuratura, bo głosować miały osoby w wieku ponad 200 lat. A Programem Inicjatyw Lokalnych władza manipuluje, gdy tylko nie chce realizować konkretnej inwestycji.
Z narzędzi demokratycznych pozostaje zatem tylko referendum. Nie jest ono jednak celem samym w sobie. Jest środkiem do osiągnięcia celu. Mamy unikatowe doświadczenia z poprzednich prób oraz sojuszniczych sił samorządowych z innych miast Polski. Aby rozpocząć tego typu działania trzeba dokładnie wsłuchać się w tętno społecznych emocji miasta.
Dlatego nie palimy się by natychmiast i za wszelką cenę rozpoczynać zbiórkę podpisów. Dostrzegamy bardzo poważne powody, by taki proces zorganizować, jednak trzecie podejście ma sens tylko wtedy, gdy będzie miało realne szanse powodzenia.
Poważne błędy i władza, która sama generuje konflikt
Obserwując to, co dzieje się w zarządzaniu miastem, trudno nie zauważyć narastających problemów. Prezydent w Ratuszu realnie pracuje niewiele, a jego zastępcy skupiają się na podróżach po świecie i uprawianiu polityki, zamiast na realnym rozwiązywaniu spraw wrocławian. Działania doraźne nie mogą jednak na dłuższą metę zastępować rzetelnej, codziennej pracy.
Paradoksalnie, to właśnie obecna władza swoimi decyzjami robi najwięcej, by doprowadzić do społecznego buntu. To nie mieszkańcy czy organizacje pozarządowe szukają konfliktu – on jest budowany odgórnie. Przykłady można mnożyć: kontrowersje wokół spalarni, powszechne kolesiostwo, bezwstydne łamanie wyborczych obietnic czy ograniczanie ludziom prawa do wypowiedzi.
Trudno o zaufanie, gdy dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, jak ta, gdy deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską. Coraz częściej mamy też do czynienia z retoryką, w której Jacek Sutryk wskazuje "obywateli gorszego sortu", co pogłębia tylko podziały w mieście. I nie pomaga mu w tym ciążący na nim akt oskarżenia za korupcję i oszustwa.
Chłodna kalkulacja: czy mamy siły na referendum?
Stawka jest najwyższa – odzyskanie miasta spod rządów partyjniaków i grup interesu. Zwracamy na to uwagę od dłuższego czasu i rzeczywistość tylko te obserwacje potwierdza – nie tylko w postaci wspomnianego dewelopera ale również szeroko zakrojonej akcji Prokuratury Krajowej i CBA w aferze śmieciowej.
Mimo tych wszystkich uchybień, musimy zadać sobie pytanie: czy to już moment na referendum? Referendum nie jest bowiem celem samym w sobie – jest jedynie narzędziem, i to niezwykle wymagającym do skutecznego wykorzystania.
Znamy realia i wiemy, że kolesiom z magistratu nie podoba się krytyka, dlatego próbują nas i innych aktywistów zastraszać. Wiemy, że rzeczywistość demokracji i wolności jest daleka od ideału. Wiemy, że natychmiast znajdzie się wielu dyspozycyjnych względem władzy menedżerów medialnych. Zrobią wiele, by ruchy obywatelskie zmarginalizować, wyśmiać, sprowadzić na margines. Widzieliśmy to we Wrocławiu, widzieliśmy w Krakowie. Na temat tego ostatniego KRRiTV przygotowała cały raport, nie zostawiając na prorządowych mediach suchej nitki.
Zanim podejmiemy decyzję czy ponownie wyjść na ulice, musimy mieć pewność, że ta akcja nie zakończy się fiaskiem. Uważnie analizujemy sytuację w innych miastach i po wydarzeniach w Krakowie, rozmawiamy o referendum w naszym mieście, ale z dużą dawką ostrożności.
Fundamenty gospodarki miejskiej wymagają naprawy
Sama zmiana na stanowisku prezydenta nie uzdrowi natychmiast miejskich finansów i usług. Kluczowe obszary funkcjonowania Wrocławia wymagają systemowej przebudowy. Zła polityka śmieciowa nie może bezkarnie drenować naszych kieszeni. Skala zaniedbań jest ogromna, o czym świadczy pół miliarda złotych wydane bez przetargu na śmieci i ponad 400 dni paraliżu – sprawa, w której większość Jacka Sutryka w Radzie Miejskiej powiedziała wprost: nie ma czego badać.
Do tego dochodzi polityka kadrowa i finansowa w spółkach miejskich, która coraz bardziej przypomina zamknięty układ. Wszyscy pamiętamy sytuację, w której byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody, a chwilę później znaleźli intratne posady w miejskich spółkach, na stanowiskach stworzonych wprost dla nich.
Jednocześnie KO straciła ambicję by sytuację we Wrocławiu radykalnie poprawić – zamiast tego stworzono stanowisko wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej specjalnie dla Mateusza Jędrachowicza – zausznika partyjnej władzy. Wszyscy ci ludzie będą zarabiali dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie a zwykły mieszkaniec nie będzie miał z tego żadnej korzyści.
To jaskrawy dowód na to, jak bardzo odklejona od problemów zwykłych ludzi jest dzisiejsza elita wrocławska, co widać szczególnie ostro w referendalnym świetle. By to zmienić potrzebujemy pewnego minimum programowego, które odpowie na potrzeby i obserwacje mieszkańców.
Najpierw ogólnomiejska debata
Aby trzecia inicjatywa miała rację bytu, to sami mieszkańcy muszą jednoznacznie wyrazić opinię, że mają dość tej nieudolności i zepsuciu. Decyzja o uruchomieniu procedury musi wynikać z oddolnej, powszechnej potrzeby, a nie z ambicji poszczególnych osób.
Zanim jednak podejmiemy kroki formalne, to, w jaki sposób chcemy obronić sprawy wrocławian, powinno być przedmiotem szerokiej, ogólnomiejskiej debaty. Musimy wypracować wspólną wizję naprawy miasta. Prawdziwym testem naszej dojrzałości będzie odpowiedź na pytanie, czy jako obywatele potrafimy się zjednoczyć i odzyskać nasze miasto z rąk polityków. Dopiero gdy będziemy gotowi na tę debatę i pewni naszych sił, przyjdzie czas na ostateczne decyzje.
I chciałbym aby ten tekst został potraktowany do zaproszenia do takiej debaty.














