Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Złośliwi na ZMP mówią „Związek Merów Pazernych”. Dlaczego? Od niemal dwóch lat na czele organizacji zrzeszającej ponad 350 polskich samorządów stoi człowiek oskarżony o korupcję i oszustwo. Żaden z burmistrzów ani prezydentów zasiadających w ZMP nie podniósł tematu. Za to wspólnie forsują projekty, które chronią ich kieszenie, fotele i bezkarność. Czas nazwać rzeczy po imieniu: ZMP przestał reprezentować miasta. Reprezentuje interesy włodarzy.

Prezes z zarzutami. Organizacja milczy.

Od czerwca 2024 roku Związkiem Miast Polskich kieruje Jacek Sutryk. Ten sam Sutryk, któremu prokuratura postawiła cztery zarzuty: jeden korupcyjny i trzy dotyczące oszustwa. Zarzut korupcyjny dotyczy wręczenia 75 tysięcy złotych rektorowi Collegium Humanum w zamian za fikcyjny dyplom MBA. Trzy zarzuty oszustwa dotyczą użycia tego dyplomu, by zasiąść w radach nadzorczych spółek samorządowych i inkasować wynagrodzenia, na które nie zasłużył. Łącznie, według śledczych, wzbogacił się w ten sposób o 230 tysięcy złotych. W listopadzie 2024 roku akt oskarżenia trafił do sądu.

Jakby tego było mało, pod lupą służb znalazł się też wiceprezes ZMP, prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk. W lutym agenci CBA zatrzymali go i przedstawili dwa zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych. Prokuratura zawiesiła go w czynnościach służbowych.

Żaden z pozostałych burmistrzów i prezydentów zrzeszonych w ZMP nie zabrał głosu. Nikt nie wnioskował o zawieszenie prezesa. Nikt nie zapytał, czy organizacja powinna być prowadzona przez człowieka, który stanie przed sądem w sprawie korupcyjnej. I to właśnie mówi o niej wszystko.

Stołek za stołek, czyli jak wyglądało zarabianie na spółkach

Zanim Sutryk trafił w ręce prokuratury, w listopadzie 2024 roku spotkał się z ministrem spraw wewnętrznych Tomaszem Siemoniakiem i wręczył mu pakiet zmian legislacyjnych proponowanych przez ZMP. Jednym z kluczowych postulatów był powrót do możliwości zasiadania przez prezydentów miast w radach nadzorczych spółek komunalnych.

To nie jest abstrakcja. Polskie samorządy znały tę praktykę doskonale. Sutryk zasiadał w radach nadzorczych spółek komunalnych w Tychach i Gliwicach, a włodarze tych miast w radach nadzorczych spółek wrocławskich (GW, krakow.wyborcza.pl). Prezydent Częstochowy Matyjaszczyk lądował w Krakowie, w radzie nadzorczej Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Stołek za stołek. Samorządowy Erasmus. Środowisko koleguje się, siada nawzajem w swoich spółkach i inkasuje. Publiczne pieniądze, prywatne korzyści.

Za rządów PiS zakaz ten wprowadzono. Sutryk, któremu zasiadanie właśnie w takich radach nadzorczych figuruje w akcie oskarżenia, zabiega - jako prezes ZMP - o jego zniesienie. Ruchy miejskie z całego kraju nazwały to po imieniu: Lex Sutryk. - Nie ma naszej zgody. Samorząd to nie dojna krowa, miasto to nie partyjne koryto - ocenił Jan Mencwel z warszawskiej organizacji Miasto Jest Nasze (GW, krakow.wyborcza.pl).

Krakowscy aktywiści z Akcji Ratunkowej dla Krakowa wyliczyli, że w poprzedniej kadencji krakowscy radni zarobili co najmniej 2 miliony złotych dzięki zatrudnieniu w spółkach i jednostkach zależnych od prezydenta. Wrocław nie był wyjątkiem. Aktywiści Akcji Miasto, analizując oświadczenia majątkowe, wytropili fikcyjne rady programowe w miejskich spółkach, obsadzone radnymi i urzędnikami. Sekretarz miasta Włodzimierz Patalas tylko za udział w radzie programowej Wrocławskiego Parku Wodnego zarobił w 2021 roku 26 tysięcy złotych. Proceder kwitł i częściowo zlikwidowano go dopiero pod presją opinii publicznej - a można było nigdy nie odkryć. Pod warunkiem, że oświadczenia majątkowe zniknęłyby z BIP. Dokładnie o to zabiega ZMP.

Jawność? „Stygmatyzuje i grozi napadem”

ZMP postanowił zadbać o to, żeby następnym razem nikt niczego nie wytropił. Komisja Administracji Związku wypracowała stanowisko: oświadczenia majątkowe nie powinny być już publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej. Samorządowcy chcą przekazywać je wyłącznie CBA i urzędom skarbowym. Argument? Ochrona prywatności i bezpieczeństwo - bo kryminaliści mogą dowiedzieć się, jakim samochodem jeździ burmistrz. - A czy są jakieś statystyki tych kradzieży, wymuszeń i oszustw? - pyta Alina Czyżewska, specjalistka w zakresie społecznej kontroli władzy (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Pytanie jest retoryczne. Argument jest pretekstem.

- Pomysł ZMP oznacza jedno - opinia publiczna nic nie będzie wiedziała - mówi Marzena Błaszczyk z zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Co nie wiedziałaby? Na przykład tego, że radny Czesław Cyrul z Lewicy "wykonywał czynności z zakresu PR" we Wrocławskich Inwestycjach i zarobił na tym 262 tysiące złotych brutto. Że Bartłomiej Ciążyński, były wiceminister sprawiedliwości, pobrał ze spółek miejskich łącznie 437 tysięcy złotych i nie przyznał się do tego publicznie, dopóki oświadczenie nie zmusiło go do przejrzystości. Że radna Ewa Wolak dostała ze Stadionu Wrocław prawie 80 tysięcy złotych po znajomości - i spółkę do ujawnienia jej nazwiska zmuszał wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Gdyby oświadczeń nie było w BIP, nic z tego by nie wyszło na jaw. Jakub Nowotarski, przewodniczący Akcji Miasto i wrocławski radny, nie ma wątpliwości: - To kolejny raz, gdzie ZMP, któremu szefuje Jacek Sutryk, pokazuje, że chodzi im tylko o własne interesy, a nie poprawę jakości życia w miastach (GW, wroclaw.wyborcza.pl).

Trzecia kadencja, przyspawanie do stołka i emerytura po pięćdziesiątce

Postulat zniesienia dwukadencyjności ZMP forsuje od dawna. W lipcu 2025 roku poparto projekt PSL przywracający stan sprzed 2018 roku. W uzasadnieniu stanowiska Zgromadzenia Ogólnego ZMP, podpisanym przez Sutryka jako prezesa, można przeczytać, że ograniczenie kadencji "pozbawia obywatela-wyborcę prawa do wybrania popieranej przez siebie osoby". To ciekawe rozumowanie - szczególnie gdy formułuje je człowiek, który chciałby zostać wybrany po raz trzeci.

Komisja Małych Miast ZMP zaapelowała do premiera o umożliwienie samorządowcom przejścia na emeryturę po ukończeniu 50 lat - w wysokości co najmniej 85 procent maksymalnego ustawowego wynagrodzenia. - Co za chory pomysł z tymi emeryturami, absolutnie się z tym nie zgadzam - ocenił burmistrz Kłodzka Michał Piszko (GW, wroclaw.wyborcza.pl). - Nas na to nie stać jako państwa - wtóruje mu wójt Dobromierza Jerzy Ulbin. W sieci: "Co za pazerność", "Kolejna nadzwyczajna kasta", "Co jeszcze, może dziedziczenie fotela w ratuszu?"

Jest też pomysł, który - jak relacjonuje dziennikarz Andrzej Andrysiak - padł podczas zgromadzenia ZMP w Gdyni pod koniec marca 2025 roku. Samorządowcy rozważają podniesienie wymaganej frekwencji w referendum odwoławczym do poziomu, jaki osiągnął dany włodarz przy swoim wyborze. Logika: skoro czekają nas trudne decyzje, musimy być chronieni przed politycznymi atakami. Innymi słowy - mieszkańcy powinni mieć coraz mniej narzędzi, żeby rozliczyć tych, którym powierzyli władzę.

Jak nie wyjdzie w samorządach, to może uda się w Sejmie

Gdy postulat zniesienia dwukadencyjności utknął - bo w koalicji rządzącej nie ma zgody - ZMP sięgnął po nowy argument. Na forum Związku pojawił się pomysł wprowadzenia dwukadencyjności również w Sejmie. To nie jest filozoficzna dyskusja o jakości demokracji. To, jak trafnie diagnozuje dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego, "wyłącznie kontra względem ograniczenia liczby kadencji prezydentów, burmistrzów, wójtów. I tylko w tym kontekście ona powstała" (GW, lodz.wyborcza.pl).

Można to też czytać jako groźbę pod adresem posłów: usuńcie nasze ograniczenia, bo inaczej zażądamy waszych. I jako awans: skoro samorządowcy kończą kadencje, a na listy wyborcze wpływowi włodarze mogą skutecznie wymóc sobie miejsca, to po co im ograniczenia dla siedzących na Wiejskiej?

Tyle że - jak zauważa Onasz - pomysł jest polityczną fikcją. - Posłowie mają w tyle głowy własny interes. Gdyby doszło do głosowania, mielibyśmy szeroką "koalicję dietetyczną" (GW, lodz.wyborcza.pl). Nikt nie podetnie gałęzi, na której siedzi. Antoni Macierewicz i Robert Telus mogą spać spokojnie. Ale groźba jako narzędzie nacisku na kolegów z koalicji - działa. I o to właśnie chodzi.

Samorządy mają o co walczyć. Ale nie o przywileje władzy

Polskie samorządy potrzebują silnej reprezentacji. Potrzebują walki o Związek Metropolitalny - który dla Śląska przyniósł od 2017 roku kilka miliardów złotych na zadania wspólne, podczas gdy Wrocław wciąż czeka. Potrzebują lepszego podziału wpływów z podatków, zmian w prawie lokatorskim, odpadowym, oświatowym, środków na infrastrukturę i transport. To są realne interesy mieszkańców.

Zamiast tego ZMP wdaje się w polityczne spory, które służą wyłącznie jednej grupie zawodowej: burmistrzom i prezydentom. Lobbuje za tym, żeby siedzieli dłużej, zarabiali więcej w spółkach i żeby trudniej było sprawdzić, ile mają na koncie. Gdy dostaje po rękach w parlamencie - grozi posłom lustrzanym ograniczeniem. Gdy ktoś wytyka korupcję - milczy, bo wszyscy zasiadający w ZMP mają interes w tym, żeby temat ucichł.

- To jest po prostu jakaś niewyobrażalna i niezrozumiała pazerność - mówi Jakub Nowotarski (GW, krakow.wyborcza.pl). Maciej Fijak z Akcji Ratunkowej dla Krakowa jest jeszcze dosadniejszy: - Widać, że ta pazerność samorządowców na publiczne stołki jest bardzo duża. Przypomina to coraz bardziej osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości (GW, krakow.wyborcza.pl).

Czas rozwiązać ZMP, bo organizacja zapomniała o swojej misji

Tego nie da się zreformować od środka. Organizacja, w której burmistrzowie i prezydenci głosują nad własnymi przywilejami, zawsze będzie głosować na swoją korzyść. Organizacja, której szefuje oskarżony o korupcję włodarz i w której nikt nie pyta, czy tak być powinno, straciła moralne prawo do reprezentowania kogokolwiek.

ZMP powinien zostać rozwiązany. Na jego miejsce powinna powstać organizacja, która od pierwszego dnia kieruje się interesem mieszkańców, a nie polityków, którym zdarzyło się zasiąść na fotelu burmistrza. Taka, która walczy o transparentność zamiast ją likwidować, o narzędzia kontroli obywatelskiej zamiast ograniczeń, o wspólnotę samorządową zamiast o prywatne koryto.

Mieszkańcy polskich miast zasługują na kogoś, kto ich naprawdę reprezentuje. Nie na kogoś, kto ich okrada - i jeszcze chce, żeby to zostało utajnione w BIP.

Fot. profil na FB Jacka Sutryka


Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dolny Śląsk jest ostatnim województwem w Polsce bez spalarni odpadów. Wielu traktuje to jak zaległość do nadrobienia. My twierdzimy odwrotnie - to przewaga, którą można mądrze wykorzystać. Wrocław stoi przed wyborem: pójść utartą ścieżką i zbudować kosztowną instalację, która za dekadę stanie się finansową kotwicą. Albo sięgnąć po rozwiązania, które Europa właśnie zaczyna wdrażać zamiast spalarni. Czas na decyzję jest teraz - i są ku temu twarde, ekonomiczne powody.

Historia, która powinna być przestrogą

W 2013 roku Polska oferowała samorządom 600 milionów złotych dotacji i pożyczki z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko na budowę spalarni odpadów. Kraków wziął. Poznań wziął. Wrocław odmówił.

Dziś prezes Ekosystemu przywołuje tę decyzję jako jeden z głównych powodów problemów miasta z odpadami. I ma rację - tamta decyzja była błędem. Ale wyciąga z niej zły wniosek. Bo zbudowanie spalarni w 2025 roku, bez unijnego dofinansowania, w realiach zupełnie innych niż te sprzed dwunastu lat, to nie naprawa tamtego błędu. To popełnienie nowego - i dużo kosztowniejszego.

Spalanie to nie recykling. I nigdy nie będzie

Unijna hierarchia postępowania z odpadami jest jednoznaczna: najpierw zapobieganie, potem ponowne użycie, potem recykling, dopiero potem odzysk energii - czyli spalanie - a na samym końcu składowanie. Spalenie śmieciarki nie jest recyklingiem. Jest czwartym wyborem z pięciu możliwych.

Wrocław w 2026 roku zobowiązany jest osiągnąć poziom recyklingu 56 procent wszystkich odpadów. W 2030 roku ten próg wzrośnie do 60 procent, a w 2035 do 65 procent. Za każdą tonę poniżej wymaganego poziomu grożą kary finansowe płacone przez gminę - czyli przez mieszkańców z podatków. Prezes Ekosystemu przyznał w radiu, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. I że nie obliczył nawet, jakie kary za to zapłacimy.

Spalarnia tego problemu nie rozwiązuje - pogłębia go. Każda tona odpadów wrzucona do pieca to tona, która nie trafia do recyklingu. Im więcej spalimy, tym dalej od wymaganych poziomów, tym wyższe kary.

Finansowa kotwica: ETS od 2026 roku i wyższe opłaty za odpady

Tu zaczyna się ekonomia, która powinna zakończyć każdą dyskusję o budowie spalarni w Polsce.

Od 2026 roku spalarnie odpadów komunalnych zostały włączone do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych ETS. Oznacza to jedno: każda tona spalonego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Nie jutro. Już teraz - a dla instalacji, która ma powstać za kilka lat i działać przez trzydzieści, to fundament kalkulacji finansowej.

Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, okazuje się instalacją obciążoną stałym i rosnącym kosztem regulacyjnym, którego nie można ominąć ani wynegocjować. Miasto, które ją wybuduje, będzie przez dekady kupować uprawnienia do emisji CO2 - ze środków publicznych, niezależnie od cen rynkowych odpadów i niezależnie od tego, czy instalacja zarabia czy nie. A gdy do spalarni trzeba dopłacać - rośnie wysokość opłaty za odpady. Gdy dojdą opłaty za ETS - należy spodziewać się wzrostu wysokości odpadów. Do jakiej wysokości? Prawo dziś pozwala na podniesienie opłaty nawet do 70 zł od osoby miesięcznie.

Półtora miliarda na budowę spalarni, który nie może się zwrócić

Budowa nowoczesnej spalarni dla miasta wielkości Wrocławia to koszt rzędu miliarda złotych lub więcej - bez unijnego dofinansowania, na warunkach rynkowych. To instalacja, która aby być opłacalna, musi przez cały czas swojej pracy otrzymywać odpowiednią ilość odpadów.

I tu pojawia się problem, który Szwecja i Dania znają doskonale. Szwecja importuje rocznie około 700 tysięcy ton śmieci z Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, bo własnych odpadów ma za mało, żeby zasilić swoje spalarnie. Spalarnie potrzebują naprawdę sporej ilości śmieci, żeby w ogóle działać - rocznie przywozi się ich prawie półtora miliona ton.

Jeśli Wrocław uzależni ciepłownictwo od spalarni - a taki model jest najbardziej opłacalny - miasto stanie się zakładnikiem strumienia odpadów. Gdy recykling wzrośnie (a musi, bo wymusza to prawo), gdy zmniejszy się ilość odpadów trafiających do spalenia, spalarnia będzie wymagała dotowania lub importu śmieci z innych gmin. To nie jest hipoteza - to doświadczenie każdego kraju, który tę ścieżkę przeszedł.

Polska ma już i tak bardzo duże moce przepustowe do spalania odpadów. Czy naprawdę potrzeba nowych instalacji? W Polsce moce istniejących spalarni odpadów komunalnych są znaczne. Inicjatywa STOP Wrocławskiej spalarni informuje, że mamy:

🔥 11 spalarni i współspalarni odpadów (wydajność 1,75 mln ton rocznie),
🔥 9 instalacji do spalania odpadów w cementowniach (1,75 mln ton rocznie),
🔥 5 spalarni w budowie i rozbudowie (510 tys. ton rocznie),
🔥 42 spalarnie w zaawansowanym procedowaniu (część z uzyskanym dofinansowaniem NFOŚiGW i/lub decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach) (ok. 2,5 mln ton rocznie),
To w sumie blisko 70 instalacji o wydajności ponad 6,5 mln ton rocznie, a krajowe roczne zapotrzebowanie na spalanie odpadów to ok. 4 mln ton i powinno spadać ze względu na coraz skuteczniejszy recykling..

Emisje i ryzyko awarii - co wylatuje z komina

Zwolennicy spalarni mówią: nowoczesne instalacje są bezpieczne, filtry zatrzymują szkodliwe substancje. To po części prawda - przy sprawnym działaniu systemu oczyszczania spalin. Ale systemy ulegają awariom.

Każda awaria filtrów oznacza wypuszczenie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich - substancji silnie rakotwórczych, które osiadają w glebie i wchodzą do łańcucha pokarmowego. Zasięg takiej awarii to nie kilkaset metrów, lecz kilometry.

Warto przy tym pamiętać, że problem emisji dioksyn w Polsce pochodzi głównie ze źródeł niekontrolowanych. Jeden pożar składowiska odpadów emituje do atmosfery tyle rakotwórczych dioksyn, ile przez osiem lat wytworzą wszystkie polskie spalarnie - taką ocenę przedstawił prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej. To argument za dobrą segregacją i eliminacją nielegalnych składowisk - nie za budową nowych pieców. Tym bardziej, że do takich niekontrolowanych pożarów zadziwiająco często dochodzi w samych spalarniach – ostatnio m.in. w Gdańsku, Przysiece czy Olsztynie.

Koszty infrastrukturalne i społeczne - kto zapłaci za transport?

Spalarnia to nie tylko komin i piec. To cała logistyka: dziesiątki ciężarówek ze śmieciami wjeżdżających codziennie w jedno miejsce, infrastruktura drogowa, hałas, smród przy rozładunku, presja na okolicznych mieszkańców.

Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu odpadowego - to przeniesienie go do sąsiednich gmin.

Przyszłość należy do recyklingu, nie do ognia

Podczas gdy spalarnia to technologia z końca XIX wieku - pierwszą uruchomiono w Nottingham w 1874 roku - recykling wchodzi właśnie w erę przełomu.

Nowoczesne sortownie wyposażone w systemy optycznego rozpoznawania frakcji i ramiona robotyczne potrafią odzyskiwać surowce, które jeszcze dekadę temu trafiały na wysypisko. Bydgoszcz wybudowała nowoczesną sortownię odpadów w trzy lata - bez miliardowych kosztów, bez ETS, z realnym wpływem na poziomy recyklingu. Kompostownie i biometanownie przetwarzają frakcję organiczną w substrat rolniczy i biometan, zamykając obieg materii. Cały świat eksperymentuje z procesami chemicznymi, które pozwalają odzyskiwać tworzywa sztuczne wcześniej uznawane za nierecyklowalną frakcję.

AI i robotyzacja zmieniają ekonomikę sortowania. To co dziś jest za drogie, za pięć lat może być tańsze od spalania - i na pewno tańsze od spalania z doliczonym ETS.

Dolny Śląsk ma szansę, której nie ma nikt inny

Jesteśmy ostatnim województwem bez spalarni. To nie wstyd - to przewaga startowa. Możemy uczyć się na błędach Krakowa, Poznania i trzydziestu krajów europejskich, które teraz zastanawiają się, jak wyplątać się z uzależnienia od instalacji termicznych i jak spełnić unijne poziomy recyklingu przy jednoczesnym spalaniu połowy strumienia odpadów.

Wrocław może zbudować system oparty na sortowniach nowej generacji, kompostowniach, biometanowniach i punktach selektywnej zbiórki dostępnych dla każdego mieszkańca. System, który z każdym rokiem będzie bliżej wymaganych poziomów recyklingu, a nie dalej. System, który nie będzie wymagał zakupu uprawnień emisyjnych i nie stanie się zakładnikiem strumienia odpadów.

Albo może wybrać ścieżkę utartą - i za dwadzieścia lat tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego import śmieci z ościennych gmin jest koniecznością, a rachunki za ciepło rosną, bo uprawnienia CO2 są coraz droższe.

Skąd nagły zwrot?

Od dłuższego czasu mnożą się głosy za budową spalarni odpadów dla Wrocławia. Mówił o tym nie tylko prezes Karpiński w Radio Rodzina czy w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Wielokrotnie o budowie takich instalacji pozytywnie wypowiadały się władze województwa, w szczególności marszałek Paweł Gancarz oraz członek zarządu województwa, Michał Rado. Do chóru apologetów spalania odpadów dołączył w styczniu nawet Jacek Sutryk, który w wywiadzie z red. Wieczorkowskim twierdził o budowie spalarni m.in. że "to jest potrzebne", "nikogo nie truje, to jest przecież ekologiczne", powoływał się na rzekome "argumenty naukowe", mówił, że "inne województwa zarabiają na tym" i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.

Tymczasem jeszcze trzy lata temu jego pierwszy zastępca, Jakub Mazur mówił: - Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy. To oczywiście wynika z oceny sytuacji i analizowania tego, co nas czeka w przyszłości. Widzimy dzisiaj nadwyżki odpadów wysokokalorycznych i konieczność budowy jeszcze kilku instalacji w Polsce. Wiem, że są projekty na 39 w różnych miejscach, w tym na Dolnym Śląsku. To już jednak polityka i decyzje na poziomie rządu, jak to regulować. My uznaliśmy, że nie ma sensu, żeby Wrocław inwestował ponad miliard złotych w instalację, która - zważywszy na strumień odpadów w perspektywie 2035 roku - nie będzie miała ekonomicznego sensu. To nie zdążyłoby się nam zwrócić (...). Ponadto podjęliśmy decyzję, że dążymy do bycia „zielonym” miastem, które ogranicza emisje. A więc w takie inwestycje nie wchodzimy, bo termiczne przetwarzanie jest emisyjne i podkreśla się to we wszystkich strategicznych dokumentach unijnych - mówił dla Portalu Samorządowego Wiceprezydent Jakub Mazur.

Wybór jest teraz. I po raz pierwszy od lat - jest w rękach nowych ludzi.

 


Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe

Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe

WTS Sparta Wrocław zabrała głos w sprawie inwestycji planowanej na Terenach Olimpijskich. Klub jednoznacznie sprzeciwia się budowie mieszkaniowego apartamentowca, przedstawianego opinii publicznej jako akademik. To ważny moment w walce o zachowanie sportowego, historycznego i społecznego charakteru jednego z najcenniejszych miejsc Wrocławia.

Głos Sparty wzmacnia sprzeciw mieszkańców

To, o czym mieszkańcy, społecznicy i SOS Wrocław mówią od dawna, dziś wybrzmiewa także ze strony jednego z najważniejszych klubów sportowych w mieście. WTS Sparta Wrocław jasno wskazuje, że planowana inwestycja nie jest żadnym naturalnym uzupełnieniem kompleksu sportowego, lecz przedsięwzięciem mieszkaniowym, które może trwale zmienić charakter Terenów Olimpijskich.

Klub w swoim stanowisku napisał - „Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!” - i trudno o bardziej precyzyjne podsumowanie tej sprawy. Stadion Olimpijski, jego otoczenie, dawne baseny i tereny rekreacyjne nie są pustą działką czekającą na monetyzację. To fragment dziedzictwa Wrocławia, przestrzeń sportu, pamięci, wypoczynku i wielopokoleniowych doświadczeń mieszkańców.

Apartamentowiec przebrany za akademik

Od początku tej historii problemem jest nie tylko sama skala zabudowy, ale również sposób jej przedstawiania. Inwestycja określana jako akademik w praktyce budzi uzasadnione pytania o rzeczywisty charakter przedsięwzięcia. Mieszkańcy mówią wprost o „pseudoakademiku”, czyli apartamentowcu ukrytym pod bardziej akceptowalną społecznie nazwą.

W kwietniu mieszkańcy, aktywiści i lokalni radni protestowali przy bramie dawnych basenów olimpijskich. Wtedy Piotr Uhle, przewodniczący SOS Wrocław, mówił - „Za moimi plecami znajduje się pomnik chciwości dewelopera, który dla zysku jest w stanie rozjechać wszystkie wartości - historię, urbanistykę i spoistość społeczną”. Dziś stanowisko Sparty potwierdza, że obawy te nie są przesadą ani lokalnym kaprysem. To realny konflikt o przyszłość całego kompleksu.

Zagrożenie dla sportu, mieszkańców i organizacji imprez

Sparta zwraca uwagę na konsekwencje, które mogą pojawić się po wybudowaniu mieszkań w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów sportowych. Klub ostrzega, że nowi lokatorzy mogą zacząć zgłaszać roszczenia dotyczące hałasu, ruchu, treningów czy wydarzeń sportowych. To scenariusz dobrze znany z innych miast: najpierw powstaje zabudowa mieszkaniowa przy obiektach sportowych, a potem sport staje się „uciążliwością”.

WTS pisze wprost, że podobne procesy w Europie potrafiły wypychać, a nawet niszczyć sport. Wrocław nie może dopuścić, by żużel, treningi dzieci i młodzieży, imprezy masowe czy rekreacyjny charakter tego miejsca zostały podporządkowane interesowi dewelopera.

Miasto musi wybrać: interes publiczny czy beton

Tereny Olimpijskie potrzebują ochrony, a nie dalszego rozszarpywania przez kolejne inwestycje. Potrzebują planu, który jasno powie: to miejsce jest sportowe, rekreacyjne, historyczne i publiczne. Nie jest rezerwą pod apartamenty.

Dlatego stanowisko WTS Sparta Wrocław ma tak duże znaczenie. Pokazuje, że sprzeciw wobec tej budowy nie jest głosem jednej grupy mieszkańców. To coraz szerszy front obrony Wrocławia przed chaotyczną, krótkowzroczną i szkodliwą zabudową.

Stadion Olimpijski nie potrzebuje apartamentowca udającego akademik. Potrzebuje ochrony, szacunku i decyzji władz miasta, które wreszcie staną po stronie mieszkańców, historii i sportu.


Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił kolejnego wywiadu. Tym razem w Radiu Rodzina wyjaśniał, dlaczego Wrocław od ponad roku nie może rozstrzygnąć przetargu i co dalej z gospodarką odpadami. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. Ale jest jeden wątek, który wymaga szczególnej uwagi - bo za nieudolnością przetargową wyłania się wyraźny plan B: spalić problem razem ze śmieciami.

Prezes przyznaje: opłata za śmieci mogłaby być niższa

Prowadzący rozmowę ks. Kowalski zapytał gościa wprost: "Czy cena, jaką dziś wrocławianie płacą za wywóz śmieci, mogłaby być niższa?" Karpiński odpowiedział: - Tak, mogłaby być niższa, gdyby w 2005 roku nie sprywatyzowano Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i gdyby w 2013 roku ówczesne władze Wrocławia przyjęły 600 milionów na budowę instalacji.

To mieszanie prawdy z kłamstwem. Prywatyzacja WPO była błędem, za które Wrocław płaci do dziś. Ale o dotacjach na jakie instalacje mówił prezes Ekosystemu? 100 mln zł dotacji i 500 mln zł pożyczki z NFOŚiGW można było uzyskać na... budowę spalarni odpadów. Kraków i Poznań te pieniądze wzięły. Zbudowały rusztowe spalarnie - które nie zwiększają poziomów recyklingu. Co gorsza: niebawem zostaną objęte unijnym systemem opłat za emisje CO2, co przeistoczy je w finansową pułapkę.

Ale to był rok 2005 i 2013. Karpiński zarządza Ekosystemem teraz. Pytanie brzmiało o cenę dziś, a odpowiedź dotyczyła decyzji sprzed 11-21 lat. To klasyczne przekierowanie uwagi: zamiast odpowiedzieć za własne działania, wskazuje się na poprzedników.

Zamiast obniżek: 15% to normalna zwyżka rynkowa

Prowadzący dopytał: "A gdybyście 400 dni temu wyłonili wykonawcę, nie miałoby to wpływu na cenę?" Karpiński: - Nie wyłoniliśmy, bo nie mogliśmy. Obecna cena z wolnej ręki jest o 15% wyższa niż z umowy z 2023 roku. Przy 20% inflacji przez trzy lata to normalna zwyżka.

To prawda tylko w połowie. Inflacja faktycznie wyniosła około 20% w ciągu trzech lat - to argument uczciwy. Problem polega na tym, że 15% jest liczone od bazy, która w 2023 roku wzrosła już o 125%. Prezes porównuje wzrost procentowy, nie kwoty. Gdyby za wywóz tony odpadów płaciliśmy w 2020 roku 100 zł, to po wzroście o 125% płaciliśmy 225 zł, a po kolejnych 15% płacimy już 259 zł. Inflacja tłumaczy część wzrostu - nie tłumaczy wszystkiego. Prezes do tej pory nie udostępnił umów, o które wnosiliśmy jeszcze w kwietniu. Gdy je przeczytamy to dowiemy się jakiej jakości produkt kupujemy za te 15% więcej. Bo gdyby okazało się, że płacimy jak za Mercedesa a otrzymujemy Syrenę tylko 15% drożej - nie świadczyłoby to najlepiej o zarządzaniu spółką i organizowaniu zamówień publicznych.

Nie możemy iść na skróty, bo procedury

Argument wygodnie pomijający fakty. Prezes mówi o 14 rozprawach jako dowodzie ciężkiej pracy spółki. Nie wspomina jednak, że jedną z kluczowych spraw Ekosystem przegrał, bo pełnomocnik spółki nie przedstawił na sali sądowej żadnych argumentów - ani pisemnie, ani ustnie. Sąd Okręgowy w Warszawie napisał wprost, że nie może wyręczać profesjonalnego prawnika. Nie to jest "paraliż systemu zamówień publicznych". To jest paraliż kadry zarządzającej spółką.

Chrzanów to powierzchowne porównanie

SOS Wrocław zestawiło konkretne liczby: ta sama firma śmieciarska przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - prawie dwa razy więcej. Krapiński nazwał to porównanie "powierzchownym" i zaproponował inne zestawienie: - Niech pan porówna z Długołęką i Kobierzycami, gdzie stawki są wyższe przy niższej jakości usług.

To unik, nie odpowiedź. Bioodpady to resztki jedzenia i odpady kuchenne - to, co wrzucasz do brązowego pojemnika. Chrzanów i Wrocław leżą w różnych regionach, ale usługę wykonuje ten sam wykonawca. Argument o "innych warunkach lokalnych" mógłby tłumaczyć różnicę między różnymi firmami. Nie tłumaczy różnicy w ofercie tej samej firmy złożonej w dwóch różnych miastach - i to różnicy tak fundamentalnej.

Na to pytanie Karpiński nie odpowiada. Zamiast tego sugeruje, żeby SOS Wrocław samo zgłosiło sprawę do odpowiednich służb - co jest o tyle ironiczne, że SOS Wrocław jako pierwsze złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Przetarg rozstrzygniemy przed wakacjami

Karpiński zapowiedział: dokumenty do KIO do 20 maja, rozprawa dwa tygodnie później, wyrok na początku czerwca, otwarcie ofert pod koniec maja - jeśli nie pojawią się nowe odwołania.

To życzenie, nie plan. Przez ostatnie 425 dni każdy kolejny "optymistyczny termin" się nie ziścił. Otwarcie ofert zaplanowane na 7 maja 2026 roku nie odbyło się - zostało przesunięte. Nowe odwołanie już wpłynęło. Karpiński mówi "jeśli nie będzie kolejnych odwołań" - przez ponad rok było ich ponad czterdzieści. I jego służby wszystkie sprawy przegrały.

Prezes kar nie obliczał

Wrocław w 2026 roku musi osiągnąć poziom recyklingu 56% - czyli 56% wszystkich odpadów musi trafić do ponownego przetworzenia, nie na wysypisko. Jeśli tego nie osiągnie, gmina zapłaci kary finansowe z miejskiego budżetu - czyli z pieniędzy podatników. Karpiński sam przyznał w wywiadzie, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. Prowadzący zapytał: "Wiemy, jakie kary poniesiemy?" Karpiński: - Ja takich kar nie obliczałem i trudno mi powiedzieć, jaki jest wymiar tych kar.

Prezes spółki zarządzającej systemem odpadów wartym w obecnym przetargu ponad miliard złotych nie obliczył, ile miasto zapłaci kar za nieosiągnięcie obowiązkowych poziomów recyklingu - kar, które zapłacą mieszkańcy Wrocławia ze swoich podatków.

Co przemilczano

W całym wywiadzie nie padło ani jedno słowo o tym, że funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych zleconych przez Prokuraturę Krajową. Prowadzący nie zapytał. Prezes nie powiedział. Nie padło też słowo o sygnalistce - pracownicy Ekosystemu, która alarmowała o nieprawidłowościach i została zwolniona. Państwowa Inspekcja Pracy uznała to zwolnienie za bezprawne i nakazała przywrócenie jej do pracy.

To nie były tematy poboczne. To są fakty dotyczące spółki, której prezes przez kilkanaście minut tłumaczył w radiu, że wszystko jest pod kontrolą.

Musimy zbudować infrastrukturę

Pytany o to, czy Wrocław nie powinien iść śladem Bydgoszczy, która w trzy lata postawiła własną sortownię odpadów, prezes Ekosystemu przyznał rację. I ma rację co do diagnozy: Wrocław jest uzależniony od prywatnych firm, bo nie ma własnej sortowni ani instalacji przetwarzania odpadów. Budowa infrastruktury to jedyne wyjście.

Pytanie dotyczy jednak kierunku. I tu zaczyna się problem.

Piromańskie zapędy prezesa Ekosystemu

W wywiadzie i we wcześniejszych wystąpieniach prezes Ekosystemu wyraźnie ciąży ku jednemu: uznaniu, że budowa spalarni odpadów to dobry kierunek. Tymczasem spalanie odpadów nie rozwiąże żadnego z trzech kluczowych problemów Wrocławia.

Po pierwsze, spalanie to nie recykling. Wrocław już teraz nie osiągnie wymaganego poziomu 56% recyklingu w 2026 roku i poniesie za to wielomilionowe kary. Spalenie odpadów w piecu nie zalicza się do recyklingu w unijnej hierarchii - wręcz przeciwnie, zmniejsza ilość surowców trafiających do odzysku materiałowego. Miasto, które buduje spalarnię zamiast rozwijać selektywną zbiórkę, samo sobie wbija nóż w plecy w kontekście wymogów recyklingowych.

Po drugie, od 2028 roku spalarnie odpadów najprawdopodobniej wejdą do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji ETS. Oznacza to, że każda tona spalanego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Prognozy cen uprawnień na 2030 rok sięgają 188 euro za tonę CO2. Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, może okazać się finansową pułapką na dekady - opłaconą przez mieszkańców. Co więcej - ze względu na to, że w Polsce mamy już wiele tego typu instalacji - możliwe, że będzie generowała konieczność importowania odpadów zza granicy.

Po trzecie, koszty środowiskowe i społeczne są nie do przyjęcia. Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Zasięg oddziaływania obejmuje gęsto zaludnione tereny. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu - to przeniesienie go do sąsiednich gmin i zatruwanie powietrza ponad głowami tych, którzy już teraz płacą za chaos w systemie.

Co zamiast spalarni?

Mechaniczno-biologiczne przetwarzanie odpadów, rozbudowa kompostowni, sortownie zwiększające odzysk surowców, biogazownie - to kierunki, które naprawdę mogą poprawić poziomy recyklingu i uniezależnić Wrocław od oligopolu firm śmieciowych. Karpiński wymienia je w wywiadzie - jednak dla uważnie słuchających najmocniej wybrzmiewa argument o instalacjach do "termicznego przetwarzania".

Piroman może i zna inne narzędzia. Ale zawsze sięgnie po ogień.

Ilustracja ma charakter satyryczny i nie obrazuje rzeczywistych zdarzeń.


Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Nowy wiceprezydent Wrocławia Mateusz Żak obejmuje nadzór nad sportem w momencie wyjątkowym: WKS Śląsk Wrocław jest na progu awansu do ekstraklasy. To najlepsza chwila, by zrobić porządek z finansami klubu i przejść do procesu prywatyzacji. Pierwsze z sześciu zadań, które dla niego przygotowaliśmy, jest oczywiste - i nie cierpi zwłoki.

Sto milionów złotych w cztery lata

Raport Grant Thornton na temat finansów Śląska Wrocław to lektura, po której trudno znaleźć słowo inne niż "horror". Przez cztery lata - od 2021 do 2024 roku - klub kosztował podatników łącznie około 100 milionów złotych. Miasto przekazało 79,5 mln zł tytułem podwyższenia kapitału: 13 mln zł w 2021, 13 mln zł w 2022, 17 mln zł w 2023 i 32,5 mln zł w 2024 roku. Kolejne 21 mln zł wpłynęło od spółek miejskich - MPWiK, Portu Lotniczego, MPK, Wrocławskiego Parku Wodnego, ZOO Wrocław, TBS - tytułem usług sponsoringu i reklamy. Żadna z tych informacji nie była wcześniej podawana do publicznej wiadomości.

Koszty personelu przez lata rosły i niemal zrównały się z wydatkami sportowymi. W krytycznym momencie sięgnęły 135 procent dochodów spółki. W 2022 roku przychody Śląska nie były w stanie pokryć nawet samych wynagrodzeń pracowników. Zatrudnienie na koniec 2024 roku wyniosło 44 osoby - o 3 więcej niż rok wcześniej. I 30 więcej niż w trakcie zdobywania ostatniego mistrzostwa. Mimo deklarowanych redukcji.

System do dziedziczenia deficytu

To nie był przypadek ani seria pechowych lat. Stworzono mechanizm, w którym deficyt był generowany i przekazywany kolejnym zarządom, a politycy przez lata prowadzili klub za rękę - dokładając kolejne dziesiątki milionów bez przedstawienia radnym żadnego planu wyjścia z zadłużenia. Gdy głosowali nad kolejnymi 30 mln zł, nie wiedzieli, co kupują.

Raport nie odpowiada na wszystkie pytania - spółka nie udostępniła audytorom danych o zatrudnieniu w poszczególnych kategoriach, co uniemożliwiło zbadanie, czy rosnące koszty wynikały ze wzrostu etatów czy podwyżek. To samo w sobie jest sygnałem.

Sprawą finansowania i prywatyzacji Śląska zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. W grudniu 2024 roku NIK potwierdziła rozpoczęcie kontroli doraźnej dotyczącej finansowania i wspierania przez gminę Wrocław działalności WKS Śląsk Wrocław SA. Tymczasem w Chorzowie za analogiczne patologie w finansowaniu futbolu postawiono już urzędnikom zarzuty.

Awans to okno możliwości - i ono się zamknie

Śląsk jest na progu awansu do ekstraklasy. Przychody wzrosną automatycznie - prawa telewizyjne, lepsza frekwencja. To najlepszy moment, w którym klub może być atrakcyjny dla prywatnego inwestora i jednocześnie nie potrzebuje natychmiastowego dofinansowania miejskiego, by przetrwać.

Do najbliższych wyborów daleko. To zwiększa odporność miasta na naciski medialne i próby politycznego wpływu ze strony potencjalnych nabywców. Okno jest otwarte. Pytanie, czy Żak zdecyduje się przez nie wyjść.

Czego oczekujemy od Mateusza Żaka

Zadanie pierwsze jest konkretne: rzetelny audyt wydatków klubu, ocena zasadności umów z partnerami - agentami, pośrednikami, doradcami, firmami cateringowymi i marketingowymi - oraz podwykonawcami. Odchudzenie kosztów własnych, renegocjacja relacji ze spółką Stadion Wrocław i zwiększenie przychodów. A następnie - przygotowanie i przeprowadzenie procesu sprzedaży klubu prywatnemu inwestorowi, gdy bilans po awansie i restrukturyzacji zacznie wyglądać bardziej zdrowo.

Mateusz Żak dostał w ręce klub najprawdopodobniej po sukcesie, z NIK za plecami i stos niewygodnych cyfr przed sobą. Lepszego momentu nie będzie.


Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Nowy wiceprezydent Wrocławia z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Roman, dostał konkretną tekę i konkretne zadanie. Pierwsze z sześciu prac, które dla niego przygotowaliśmy, jest zarazem najpilniejsze: wyjaśnienie afery śmieciowej, która od ponad roku paraliżuje jeden z najdroższych systemów komunalnych w Polsce. Czas na działania, prawdę i odpowiedzi - dość mącenia wody i stawiania zasłon dymnych.

424 dni, pół miliarda, żaden przetarg nierozstrzygnięty

Wrocław ma problem z odpadami od dawna. Ale to, co dzieje się od marca 2025 roku, przekracza wszelkie dotychczasowe standardy nieudolności. Miejska spółka Ekosystem ogłosiła przetargi na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów w sześciu sektorach miasta o łącznej wartości ponad miliarda złotych. Od ogłoszenia przetargu 12 marca 2025 roku minęło już 424 dni - żaden z przetargów nie został rozstrzygnięty. Zaplanowane na 7 maja otwarcie ofert nie odbyło się. Ekosystem przesunął je na koniec maja. Jeśli pojawią się kolejne odwołania - a historia nie napawa optymizmem - termin znów się oddali.

W tym czasie miasto trzykrotnie ratowało się umowami z wolnej ręki: w czerwcu 2025 roku za około 136 mln zł, w październiku za 192 mln zł, a w marcu 2026 roku za 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych trafiło do firm śmieciowych bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu i bez ujawnienia szczegółów mieszkańcom.

Tryb z wolnej ręki jest prawnie zarezerwowany dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu przetargowi od kilkunastu lat, trudno mówić o nieprzewidywalności.

Nieudolność czy coś więcej?

Sama skala porażek prawnych budzi poważne pytania. Ekosystem przegrał szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W jednym z wyroków Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził wprost, że skarga spółki - reprezentowanej przez profesjonalnego pełnomocnika - nie zawierała rozwinięcia zarzutów ani na piśmie, ani na rozprawie. Sąd odmówił wyręczania prawnika. Efekt: odpowiedzialność za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, zamiast spoczywać na wykonawcach, zostaje po stronie miasta. A za 2026 rok obowiązuje poziom 56 procent - jego nieosiągnięcie oznacza wielomilionowe kary.

Pytanie, które zadaje sobie coraz więcej wrocławian, brzmi: czy to jeszcze zwykła niekompetencja, czy może celowe działanie? Gdy przetarg się nie kończy, umowy z wolnej ręki - bez przetargu, bez konkurencji - stają się jedyną opcją. A na takim układzie ktoś zarabia. Szczodrze.

Smaczku dodaje sprawie fakt, że spółka aktualizując warunki zamówienia... nie wykonała wyroku KIO. Prezydent Młyńczak grzmiał, że niewykonanie wyroku to polityczna gra na czas. Należy rozumieć, że na tej grze tracą mieszkańcy a zyskują firmy śmieciowe. Co z tą wiedzą zrobi prezydent Młyńczak jako osoba publiczna? A może zostawi swojemu następcy "trupa" w szafie?

CBA i prokuratura już w aktach sprawy

Sprawy nie traktują poważnie wyłącznie radni koalicji Sutryka, którzy w głosowaniu 19 do 10 odrzucili wniosek o powołanie specjalnej komisji śmieciowej. Za to bardzo poważnie traktuje ją Prokuratura Krajowa. Funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych - nie zwykłej kontroli administracyjnej.

Stowarzyszenie SOS Wrocław zawiadomiło prokuraturę o możliwym przekroczeniu uprawnień i działaniu w celu uzyskania korzyści majątkowej przy przygotowaniu przetargu. Wcześniej Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że spółka bezprawnie zwolniła sygnalistkę, która alarmowała o nieprawidłowościach.

Wrocław płaci najwięcej, dostaje najmniej jasności

Wrocław należy dziś do miast z najdroższym systemem odpadów w Polsce. Ten sam wykonawca przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - niemal dwa razy drożej. Wrocławianie dopłacają do usług w innych miastach, bo tam jest konkurencja, a tu - oligopol chroniony przez niemoc lub wygodę zarządzających miastem.

Czego oczekujemy od Grzegorza Romana

Pierwsza praca dla nowego wiceprezydenta jest prosta do opisania, trudna do wykonania - bo uderza w interesy ludzi dobrze zakorzenionych w wrocławskim układzie. Oczekujemy pełnego wyjaśnienia okoliczności, w których pół miliarda złotych trafiło do firm bez przetargu. Oczekujemy rzeczywistej współpracy z organami ścigania, a nie komunikatów uspokajających. I oczekujemy rozstrzygnięcia przetargu - prawdziwego, z wynikiem - zanim mieszkańcy dostaną kolejny rachunek za śmieci droższy niż poprzedni. Czy jedynym sposobem będzie wymiana całej kadry kierowniczej w Ekosystemie? Tylko jeżeli sięgnie się po fachowców a nie po kolesi.

Grzegorz Roman i Koalicja Obywatelska wzięli za Wrocław pełną odpowiedzialność. Czas sprawdzić, czy to coś zmienia.


Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski

Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski

Kilkadziesiąt osób z obu stron granicy Wrocławia zasiadło w niedzielę przy jednym stole. Wyszli z jedną konkluzją: tylko działając razem można skutecznie zmienić szkodliwe dla mieszkańców decyzje.

Wspólny mianownik: lata zaniedbań, zero konsultacji

Uczestnicy spotkania zwracali uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami i szeregiem instytucji przed wprowadzeniem nowej organizacji ruchu. Obecna sytuacja - w ich ocenie - skazuje wszystkich na marnowanie godzin w korkach, niezależnie od tego, czy mieszkają we Wrocławiu, czy w gminie Siechnice.

Zwrócono uwagę na wieloletnie zapóźnienia inwestycyjne i kompletny brak przygotowania okolicznej infrastruktury przed remontem. Dalsze obsługiwanie ruchu z obwodnicy uliczkami osiedlowymi to dla zgromadzonych nieporozumienie, które grozi bezpieczeństwu pieszych, szczególnie tych w najmłodszym wieku. Zagrożenie dotyczyło zarówno strony wrocławskiej jak i siechnickiej.

Mieszkańcy zwracali uwagę na realizowane oraz zaplanowane olbrzymie inwestycje deweloperskie oraz brak odpowiednich planów na obsługę ruchu, które one wygenerują – zarówno transportem indywidualnym jak i zbiorowym. Szczególnie ironicznie mieszkańcy komentowali brak dostępu z Iwin do przystanku kolejowego… Iwiny.

Połączyła ich opinia, że są ofiarami wieloletniej bierności i braku wizji władz obu gmin. Brak koordynacji aglomeracyjnej odbija się dziś czkawką.

Co dalej? Zorganizowani obywatele to skuteczni obywatele

Sprawy wymienione powyżej to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie zakończyło się ustaleniem, że dalej działamy już jako grupa. Na dniach pojawią się pierwsze efekty podjętych uzgodnień. Obywatele muszą wiedzieć co się dzieje z ich okolicą, dlaczego tak się dzieje oraz czy decydenci dochowali nie tylko wszelkich obowiązujących procedur, ale przede wszystkim staranności w pracy na rzecz mieszkańców. Bo sprawa budzi poważne wątpliwości.

Dziękujemy wszystkim, którzy przyszli - i gratulujemy obywatelskiej postawy. Do szybkiego usłyszenia.

Mieszkasz na Bieńkowicach, Brochowie, Jagodnie lub Tarnogaju we Wrocławiu? Mieszkasz w Zacharzycach lub Iwinach w gminie Siechnice? Zapraszamy do kontaktu. Wspólnie możemy zrobić robotę za urzędy i poprawić ten klops zgotowany nam przez urzędników.

Fot. Jakub Jagiełło


Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Przez dekady politycy i deweloperzy zarabiali na nieskoordynowanej urbanizacji Wrocławia i okolicznych gmin. Drogi nie powstawały, wiadukty się starzały, transport publiczny nie nadążał. Gdy system w końcu pęka - winę zrzucają na mieszkańców. Na ciebie, który stoisz w korku. I na twojego sąsiada z gminy obok. Byle tylko nie na siebie.

Tysiące nowych mieszkań i zapóźniona infrastruktura

Od 2021 roku w południowo-wschodniej części Wrocławia powstało lub jest w budowie ponad 6000 nowych mieszkań. To ponad połowa tego, co rocznie trafia na wrocławski rynek. Każde z nich to kolejne samochody na Koreańskiej, Buforowej, Krakowskiej. Deweloperzy budowali - bo miasto wydawało pozwolenia. Miasto wydawało pozwolenia - bo zarabiało na sprzedaży działek i podatkach. Nikt przy tym nie pytał: czym ci ludzie będą jeździć do pracy?

Dogęszczanie Jagodna odbywało się przez lata bez poszanowania dla zasad organizacji ruchu. Właściwie całe osiedle "wisi" na jednym kolektorze, który jest jednocześnie łącznikiem do obwodnicy. Tramwaj na Jagodno nie powstał. Przyzwyczajenia komunikacyjne mieszkańców budowały się latami - gdy ktoś już kupił samochód, bo nie miał alternatywy, trudno go teraz posadzić w autobusie.

Po drugiej stronie granicy miasta gmina Siechnice przez lata otwierała kolejne tereny pod zabudowę wielorodzinną - hojnym gestem, bez poważnej dyskusji o tym, jak setki nowych rodzin dostaną się do Wrocławia. Pieniądze ze sprzedaży działek i podatki od nowych mieszkańców w znacznej mierze zostały przejedzone. Na drogi nie wystarczyło.

Efekt jest taki, że dziś przez Koreańską - osiedlową drogę w strefie tempo 30 - przejeżdża ponad 5000 samochodów na dobę. To ponad jedna trzecia ruchu Buforowej, drogi o zupełnie innej klasie technicznej.

Deweloperskie eldorado trwało a rzeczywistość skrzeczała coraz bardziej

Stan techniczny obiektów inżynieryjnych nie pogarsza się z dnia na dzień. To proces rozłożony w czasie, widoczny w przeglądach, mierzalny, przewidywalny. A mimo to wiadukty na Gazowej i Karwińskiej doczekały się remontu dopiero wtedy, gdy nie dało się już dłużej czekać - w trybie nagłym, bez przygotowania alternatywnych tras, bez konsultacji z mieszkańcami, bez gotowych objazdów.

Jednocześnie miasto przez lata pozyskiwało olbrzymie środki ze sprzedaży gruntów i podatków od rosnącej liczby mieszkańców. Pieniądze były. Decyzji nie było. Wrocław przez dekady trwonił kapitał społeczny i infrastrukturalny - i polityka obecnych władz miasta walnie przyczyniła się do wzrostu cen mieszkań w tempie szybszym niż w innych polskich metropoliach. Dane Business Insidera są jednoznaczne. Efektem jest exodus rodzin za granicę administracyjną miasta.

Według badań ruchu z 2024 r. w porannym szczycie (5:00-9:00) do Wrocławia wjeżdża 66 022 auta, wyjeżdża 49 216 - różnica to niemal 17 tysięcy pojazdów. Na punkcie pomiarowym przy Koreańskiej ruch dobowy wyniósł w 2024 roku 5 254 auta. Przy zastosowaniu proporcji ze zbiorczego pomiaru KBR: w samym szczycie porannym tą ulicą przejeżdżało szacunkowo ok. 614 samochodów wjeżdżających i 457 wyjeżdżających. Mieszkańcy Siechnic potrzebują co rano wjeżdżać do Wrocławia a Wrocławianie – do Siechnic.

Dlaczego nikt tego nie skoordynował? Bo nikomu się to nie opłacało.

Brak koordynacji zagospodarowania przestrzennego aglomeracji nie jest wypadkiem ani zaniedbaniem jednego urzędnika. To efekt systemu, który przez lata nagradzał krótkowzroczność. Wójt uzgadnia miejscowy plan z wojewodą, zarządem województwa, zarządem powiatu - ale uzgodnienie to często formalność. Nikt nie ma realnej mocy, by powiedzieć: stop, najpierw drogi, potem osiedla.

Narzędzie, które mogłoby to zmienić, istnieje - to Związek Metropolitalny. W 2015 roku uchwalono ustawę pozwalającą tworzyć go oddolnie. Kolejna większość parlamentarna, którą kontrolował PiS zmieniła jednak zasady i zamiast dać możliwość wszystkim - zaczęła powoływać związki metropolitalne drogą ustawową.

Górnośląsko-Zagłębiowski Związek Metropolitalny od 2017 roku pozyskał dla swojego regionu dodatkowe 4 miliardy złotych - według dzisiejszych cen prawie 5 miliardów. To cztery do pięciu rocznych budżetów inwestycyjnych całego Wrocławia. Dla aglomeracji wrocławskiej oznaczałoby to pół miliarda rocznie na zadania wspólne - w tym transport. To wystarczająco dużo, by co roku budować dwie Aleje Wielkiej Wyspy. A mówimy tylko o dochodach, nie o kapitale, który można w oparciu o nie wygenerować.

Koalicja Obywatelska obiecywała w kampanii wyborczej, że powstanie Wrocławski Związek Metropolitalny. Nie powstał. Do utworzenia związku szykują się za to samorządowcy z Trójmiasta, ustawa jest już w sejmie. Wrocław został pominięty.

Uchwałę radnych Naprawmy Przyszłość, apelującą do rządu o podjęcie działań w tej sprawie wrzucono głosami KO do przysłowiowej zamrażarki - i trzyma się ją tam do dziś. Wyobraźmy sobie, ile moglibyśmy zmienić w transporcie na południowym wschodzie aglomeracji za takie  pieniądze.

PSL, PO, PiS - wszyscy mają tu swój rozdział.

Byłoby wygodnie zrzucić winę na jedną partię. Jednak wina rozkłada się tutaj proporcjonalnie. PSL, później Trzecia Droga i Platforma Obywatelska przez lata otrzymywały znaczące wpłaty na kampanię od deweloperów i osób z nimi powiązanych. PiS z kolei zorganizował największą akcję pomocową dla deweloperów i banków w historii Polski - dopłaty do kredytów hipotecznych, które w bezprecedensowy sposób wywindowały ceny metra kwadratowego mieszkania. W efekcie rodzina z dziećmi, która nie zarabia ponadprzeciętnie i nie chce wychowywać potomstwa w kawalerce, ma realnie do wyboru głównie osiedla i szeregi budowane poza granicami Wrocławia.

Suburbanizacja nie była żywiołem. Była produktem konkretnych decyzji politycznych i konkretnych beneficjentów tych decyzji. Gdy teraz politycy oburzają się na "przyjezdnych z pól kapusty" - warto zapytać: kto im te pola kapusty sprzedał? Kto wydał pozwolenia? Kto zainkasował podatki i pieniądze ze sprzedaży działek, nie budując przy tym infrastruktury? Kto stworzył system wypychający ludzi za miasto?

Transport zbiorowy prawie jak Yeti. Każdy słyszał, mało kto widział.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską - płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów. Nie dlatego, że to najlepsza trasa. Dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu zbiorowego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. Połączeń rowerowych nie ma. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Nawyki komunikacyjne nie biorą się z powietrza. Biorą się z tego, że gdy ktoś kupował mieszkanie w Iwinach czy Zacharzycach, autobus jeździł raz na godzinę i stał w korku razem z samochodami. Więc kupił samochód. I teraz jedzie nim przez Koreańską - bo ktoś go do tego funkcjonalnie skłonił, a potem zabrał mu alternatywę.

Pytania, które czekają na odpowiedź.

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM? Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic? A gdzie w tym wszystkim są dyrektorzy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie wiceprezydent Mazur odpowiedzialny za aglomerację?

Nie dajmy się podzielić.

Politycy i urzędnicy zawiedli - bo było im tak wygodnie. Żyli w krótkowzrocznym udawaniu, że problemu nie ma, czerpiąc korzyści z konkretnych modeli urbanizacji we Wrocławiu i gminach ościennych. Teraz, gdy system pęka, przenoszą odpowiedzialność na mieszkańców. Bo gdy jedni obywatele widzą wrogów w innych - nie będą rozliczać polityków z ich błędów.

Sytuacja taka jak dzisiejsza między Siechnicami a Wrocławiem jest tym, czego boją się najbardziej. Dlatego napuszczają nas na siebie - opowiadają o budowaniu hacjend w polu kapusty, chcą budować szykany, robią na złość ludziom, których własne decyzje skłoniły do osiedlenia się za miastem. Nie wolno nam dać się na to nabrać.

Panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku, wypowiadane podczas usuwania skutków powodzi:

Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (...) Ja Wam wójta nie wybierałem.

My też pamiętamy.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie SOS Wrocław na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach.
Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.

 


Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Podczas gdy politycy najchętniej widzieliby mieszkańców Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc chwytających się w zapaśniczym klinczu i wskazujących palcami: to wasza wina! Tymczasem wszyscy są częścią tego samego społeczeństwa i stoją (nomen omen) wobec tych samych absurdów i organizacyjnego chaosu.

Pytanie nie brzmi: kto jest winny - sąsiad czy przybysz z gminy ościennej? Pytanie brzmi: kto przez lata nie robił tego, co do niego należało? Zapraszamy na spotkanie SOS Wroclaw w niedzielę 10 maja o godz. 17:00.

Każdy ma swoje racje. I każdy ma rację

Od tygodnia mamy nową organizację ruchu. Ulice: Ziemniaczana, Koreańska i Boiskowa zostały częściowo przekształcone w jednokierunkowe, w stronę Brochowa. Wyjazd z Wrocławia tymi ulicami jest niemożliwy. Zainteresowani wyjazdem są zmuszeni do krajoznawczej wycieczki przez Jagodno. I tak co najmniej do końca sierpnia, ale następny etap inwestycji rozpocznie się we wrześniu i potrwa wiele miesięcy. Jak się znaleźliśmy w tym miejscu?

Małgorzata Bielecka, mieszkanka ul. Koreańskiej na Brochowie, opisuje swój codzienny koszmar precyzyjnie i ze statystykami w ręku. W 2024 roku przez Koreańską - drogę lokalną, obsadzoną kasztanami, w strefie tempo 30 - przejeżdżało 5254 samochodów na dobę. Przez Buforową, drogę o charakterze zbiorczym z pasem o szerokości niemal 50 metrów, jechało ich 15 033. Koreańska obsługuje zatem ponad jedną trzecią ruchu drogi o zupełnie innej klasie technicznej. Potoki po 15-16 aut na minutę nie zatrzymują się, żeby przepuścić pieszego. Wyjazd z posesji to ryzyko. Hałas trwa od rana do wieczora.

Mieszkańcy gminy Siechnice opisują swój koszmar równie precyzyjnie. Odcięto ich od szkół podstawowych, przychodni, poczty i szpitala - od miejsc, do których mieli od 1,5 do 2,5 kilometra. Droga powrotna zaproponowanym przez miasto objazdem wynosi ponad 7 kilometrów. Zamknięto przy tym ulicę oddaloną o ponad 3 kilometry od miejsca remontu - bo zablokowanie tak oddalonego odcinka trudno wytłumaczyć samą logiką budowy. Jednak mieszkańcy mają prawo odbierać to jako czystą złośliwość, bo sam rzecznik magistratu, Tomasz Sikora, gdy komunikował zmiany – nie miał pojęcia jak olbrzymi dystans będzie trzeba pokonywać poprzez wyznaczony objazd.

Mieszkańcy Jagodna mają własne racje: przez ich osiedle, bez żadnych konsultacji, przerzucono ruch, który wcześniej płynął innymi drogami. Jagodno staje się wąskim gardłem do którego spłyną potoki aut z kilku kierunków jednocześnie. Kiedy dołożyć do tego inwestycje deweloperskie w Iwinach, Katarzynie i Zacharzycach - setki nowych mieszkań, których mieszkańcy będą musieli jakoś dostać się do Wrocławia - obraz robi się naprawdę niepokojący.

Wszyscy mają rację. I właśnie dlatego politykom i urzędnikom wydaje się, że łatwo będzie nakręcić ich przeciwko sobie. Po co to robią? By ukryć prawdziwych winnych obecnej sytuacji. Ich samych.

Kto komu zabrał spokój - deweloper czy sąsiad?

Mieszkańcy Koreańskiej słusznie wskazują, że ich ulica od lat funkcjonuje jako tranzytowy skrót z Wschodniej Obwodnicy Wrocławia wprost w głąb osiedla. Ten stan trwa ponad 12 lat - odkąd wybudowano łącznik z WOW, który prowadzi bezpośrednio na lokalną drogę osiedlową. To nie jest wina mieszkańców Iwin. To jest wina decyzji planistycznej, która połączyła drogę ekspresową z osiedlową uliczką bez żadnej alternatywy.

Mieszkańcy gminy Siechnice słusznie wskazują, że wyprowadzili się poza Wrocław nie z kaprysu, lecz dlatego, że w mieście nie mogli sobie pozwolić na mieszkanie odpowiednie dla rodziny z dziećmi. To nie jest decyzja, którą podjęli swobodnie - to efekt polityki mieszkaniowej, która przez lata ograniczała podaż mieszkań wewnątrz miasta, windując ceny poza zasięg przeciętnej rodziny. Deweloperzy ościennych gmin sprzedają im "dojazd do Wrocławia w 10 minut" - i faktycznie ten dojazd istnieje, tyle że prowadzi przez Koreańską, bo nikt nie zadbał o to, żeby prowadził gdzie indziej.

Pytanie "czyja to wina - twoja czy twojego sąsiada?" jest zatem pytaniem źle postawionym. Obaj jesteście ofiarą tego samego systemu, który przez lata nie zbudował na czas dróg zbiorczych, nie reagował na czas na pogarszający się stan wiaduktów, nie planował remontów z wyprzedzeniem i nie konsultował zmian z tymi, których te zmiany dotyczą.

Zabytkowa kostka brukowa i inne absurdy

Żeby zrozumieć skalę planistycznego zaniedbania, wystarczy przyjrzeć się kilku konkretnym sprawom. Ulica Mościckiego od lat wskazywana jest przez mieszkańców jako kluczowy brakujący element układu drogowego - trasa, której remont odciążyłby zarówno Koreańską, jak i drogi objazdowe. Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bieńkowic spotkali się niedawno właśnie po to, żeby razem naciskać na jej remont. Okazało się, że miasto i gmina Siechnice od dawna wiedzą o tym problemie. Okazało się też, że remontu nie można wykonać w standardowy sposób, bo na Mościckiego leży zabytkowa kostka brukowa, a konserwator zabytków nie wyraża zgody na jej usunięcie. Kostkę można remontować, ale musi zostać. W efekcie droga, która mogłaby rozładować część napięcia, od lat stoi w miejscu a urzędnicy wymyślili wybudowanie zastępczego traktu prowadzącego… przez park.

Ulica Bukszpanowa - wskazana jako jeden z objazdów – jest po prostu klepiskiem. Widnieje w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego, ale w rzeczywistości jest polem. Bez projektu, bez oznakowania, bez konsultacji wysypano tam tłuczeń. Kierowcy korzystający z tego "objazdu" jadą przez środek pola uprawnego.

Remont ul. Mościckiego wykonany "w jeden dzień" polegał na wyrównaniu pobocza. Droga, przez którą teraz przejeżdżają setki aut dziennie więcej niż przed remontem, nie jest do tego przygotowana.

To są efekty wieloletniego odkładania decyzji na później, braku współpracy między wydziałami i braku mechanizmów, które wymuszałyby planowanie z wyprzedzeniem. To jest brak przygotowania odpowiednich alternatywnych tras dojazdu i absurdalna organizacja ruchu w trakcie prac remontowych.

Pytania, które czekają na odpowiedź

Mieszkańcy muszą uzyskać odpowiedzi na szereg pytań dotyczących tego, kto postawił ich w tej nieludzkiej sytuacji. Lista czterech, priorytetowych na początek:

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Regularne przeglądy powinny dawać sygnał z wyprzedzeniem - nie z tygodnia na tydzień, lecz z lat na lata. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Departament ten odpowiada za planowanie i koordynację inwestycji drogowych. Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM - Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta? ZDiUM odpowiada za stan techniczny dróg i organizację ruchu. Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic?

Radny Suligowski i sztuka dzielenia

W tym kontekście słowa radnego Roberta Suligowskiego brzmią szczególnie niepokojąco - nie dlatego, że są aroganckie, choć są, lecz dlatego, że pełnią bardzo konkretną funkcję polityczną. Kiedy radny pisze o "hacjendach w polu kapusty" i poucza, że "każdy ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych", nie komentuje sytuacji komunikacyjnej. On przekierowuje uwagę. Zamiast pytania "kto zawinił w tej sprawie i co zamierza naprawić?" pojawia się pytanie "kto jest gorszy - Wrocławianin czy przyjezdny?".

To stara i skuteczna technika. Dopóki mieszkańcy Koreańskiej kłócą się z mieszkańcami Iwin, nikt nie pyta dyrektora Urbanek o analizę ruchu. Dopóki Wrocław kłóci się z gminą Siechnice, nikt nie pyta dyrektora Staruchowicza, co ZDiUM wiedział o stanie wiaduktów i kiedy. Dopóki wszyscy są zajęci wzajemnymi pretensjami, ratusz może deklarować, że "stara się jak najlepiej" i "będzie monitorować sytuację".

Piotr Uhle z opozycyjnego klubu Naprawmy Przyszłość powiedział Suligowskiemu wprost:

Ty po prostu szkodzisz miastu i działasz na rzecz skłócenia społeczności aglomeracji. A tolerowanie takiej postawy szkodzi kulturze politycznej w Polsce. Wstyd.

Burmistrz Siechnic Łukasz Kropski - politycznie bliski tej samej Koalicji Obywatelskiej, co Suligowski - uznał jego słowa za niedopuszczalne. Bo Siechnice, Wrocław i każda z gmin aglomeracji to system naczyń połączonych. Razem planują pętle tramwajowe, parkingi park&ride, wspólne bilety na kolej. Dzielenie ludzi na "naszych" i "przyjezdnych" niszczy to, co obie strony budowały przez lata.

A panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku wypowiadane podczas przeciwdziałania skutkom powodzi „- Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (…) Ja Wam wójta nie wybierałem”.

Wspólny interes: drogi, a nie wzajemne pretensje

Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bienkowic spotkali się ostatnio i odkryli coś ważnego: mimo pozornie sprzecznych interesów mają wspólny cel. Wszyscy chcą, żeby ulica Mościckiego została wyremontowana. Wszyscy chcą, żeby ruch tranzytowy zniknął z osiedlowych dróg. Wszyscy chcą, żeby nowe inwestycje deweloperskie - Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, osiedla w Zacharzycach - były warunkowo uzależnione od budowy dróg dojazdowych, a nie od korzystania z cudzych osiedlowych ulic.

To jest właśnie rozmowa, którą warto toczyć. Nie "kto jest winny - sąsiad czy przyjezdny?", lecz "czego wszyscy potrzebujemy i kto jest zobowiązany to zapewnić?". Odpowiedź na to drugie pytanie jest prostsza niż się wydaje: władze miasta i gminy, które przez lata zbierały podatki i przez lata odkładały decyzje na później.

Urbanizacja bez układu komunikacyjnego. Kto za to odpowie?

Remont wiaduktu na Gazowej to nie wypadek przy pracy. To objaw głębszego, systemowego kryzysu w planowaniu przestrzennym i transportowym całej aglomeracji. Dziś problem widać na południowym wschodzie - ale te same mechanizmy działają wszędzie tam, gdzie miasto i gminy ościenne wydają pozwolenia na budowę, nie pytając o drogi.

Przy Krakowskiej powstają właśnie nowe, wielkie osiedla. Chwilę temu uchwalono plan miejscowy pozwalający na dalszą zabudowę Brochowa. W Zacharzycach deweloper obiecał klientom dobry dojazd do Wrocławia - nie precyzując, że tym dojazdem będą osiedlowe uliczki sąsiadów. Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, kolejne inwestycje w Siechnicach - każda z nich dokłada auta do układu drogowego, który już dziś nie daje rady. Gdy nowe osiedla powstaną na Sołtysowicach, winnych znajdziemy pewnie wśród mieszkańców gminy Wisznia Mała albo Długołęki. Mechanizm jest ten sam.

Można byłoby zapytać: czy nie należy wstrzymać urbanizacji do czasu dostosowania układu komunikacyjnego? To pytanie pozornie radykalne, ale trzeba je zadać. Odpowiedź jest jednak oczywista - zakaz osadnictwa to absurd, bo instytucje publiczne: miasto, gmina, powiat, województwo, od lat nie wykonały realnych działań, żeby suburbanizacji przeciwdziałać. Przeciwnie - czerpały z niej korzyści budżetowe, pobierając podatki od nowych mieszkańców, opłaty od deweloperów i pieniądze ze sprzedaży działek, nie inwestując proporcjonalnie w drogi.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską. Płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów - nie dlatego, że to najlepsza trasa, lecz dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu publicznego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Za tę krótkowzroczność odpowiadają konkretne osoby. Dyrektor Urbanek i dyrektor Staruchowicz prowadzą politykę transportową tak, jakby na granicy Wrocławia kończył się świat. Ale są też inni: gdzie są urzędnicy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie jest prowadzący sprawy aglomeracyjne Jakub Mazur? To ich zadaniem jest widzieć dalej niż jeden remont i jedna kadencja. Jak dotąd - nie widać efektów tego widzenia.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie dla mieszkańców na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach. Na spotkaniu porozmawiamy o tym co można z tą sytuacją zrobić.

Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.


Dwanaście prac dla nowych wiceprezydentów

Dwanaście prac dla nowych wiceprezydentów

KO wzięła pełną odpowiedzialność za zarządzanie Wrocławiem, odnowiła sojusz z Jackiem Sutrykiem i wyciszyła wewnętrzną opozycję. Nowi wiceprezydenci - Mateusz Żak i Grzegorz Roman- dostali konkretne teki. Mają teraz udowodnić, że to realna zmiana, a nie tylko polityczny lifting. Dlatego przygotowaliśmy listę dwunastu spraw, które odpowiedzą na to pytanie.

Nie ma czasu na sto dni spokoju

Wiele osób zastanawia się, czy to nie czas na nowe otwarcie — czy nie warto przytępić ostrza krytyki, dać chwilę spokoju nowym wiceprezydentom i spróbować nawiązać współpracę.

Jesteśmy innego zdania. Miasto jest rozpędzone, a ludzie Koalicji Obywatelskiej współrządzą nim już od ośmiu lat. Nie ma mowy o odkładaniu spraw na później, bo cały szereg z nich pali się w rękach i krytycznie szkodzi miastu. O tym, czy będzie możliwa jakakolwiek forma współpracy, zadecyduje postawa nowych wiceprezydentów i ich ekipy.

Herkules kontra układ

Przygotowaliśmy listę dwunastu prac — niczym antyczne dwanaście prac Herkulesa. Choć w urzędzie problemy, nierozwiązane sprawy i trupy w szafach piętrzą się niczym w stajni Augiasza, można je rozwiązać i nie potrzeba do tego herkulesowej siły.

Herkulesowym wysiłkiem dla działaczy KO będzie jednak stanięcie po stronie prawdy, wartości, uczciwości i dotrzymywania słowa wyborcom. Na każdego uczciwego działacza przypadną bowiem czterej inni, którzy z układu żyją, przyjdą do gabinetu i powiedzą: ale przecież tak się nie da. I niech dwa razy zastanowi się każdy, kto na ten układ podniesie rękę. Jak mawia stare powiedzenie - nec Hercules contra plures, w wolnym tłumaczeniu: i Herkules d*pa, kiedy ludzi kupa.

Jak więc z pierwszą pracą poradzą sobie koalicyjne herosy?

Praca pierwsza: prawdziwe audyty

Żądanie przeprowadzenia rzetelnych audytów w miejskich spółkach i instytucjach nie jest kaprysem opozycji - to zobowiązanie, które KO i Platforma Obywatelska złożyły wyborcom własnoręcznie podpisanym dokumentem.

W porozumieniu zawartym między Platformą Obywatelską a Jackiem Sutrykiem w trakcie kampanii wyborczej w 2024 roku znalazł się wyraźny punkt: audyty we wszystkich spółkach miejskich, przeprowadzone przez niezależne podmioty, z raportem otwarcia dostępnym publicznie. Bez owijania w bawełnę: KO weszła do ratusza z tym dokumentem w ręku i przez rok nic z nim nie zrobiła.

Co więcej – na początku 2025 roku radni KO mieli wezwać prezydenta Sutryka do przeprowadzenia obiecanych audytów. Klub radnych Naprawmy Przyszłość skierował bowiem pod obrady Rady Miejskiej specjalną uchwałę, która miała przypomnieć o złożonym mieszkańcom obietnicom. Niektórzy radni KO odważyli się projekt uchwały poprzeć, jednak KO zagłosowała w swojej masie przeciw. Przyszły wiceprezydent Mateusz Żak – również. Wyniki poniżej.

Tymczasem to, co ujawniły cząstkowe kontrole, powinno elektryzować każdego mieszkańca Wrocławia. Minimalna kwota, jaką miejskie spółki wpłaciły na rzecz Śląska Wrocław w latach 2021–2024, wyniosła 21 mln zł. Samo Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji wydało 7 mln zł na promowanie przy klubie akcji „Pij kranówkę". Kontrowersje wywołuje też ukryte finansowanie Śląska z czynszów mieszkańców Towarzystwa Budownictwa Społecznego — co najmniej 400 tys. zł trafiło do klubu bez wiedzy i zgody lokatorów. Przedstawicielka fundacji Obywatel TBS skomentowała to wprost: gdyby nie audyt Grant Thornton, nikt nigdy by się o tym nie dowiedział.

A co z samym audytem Grant Thornton? Raport oparty był nie na dokumentach źródłowych, lecz na materiałach przygotowanych przez pracowników spółki. Jego wyniki nie są ogólnodostępne — klub zasłonił się tajemnicą przedsiębiorcy. Co więcej, zestawienie danych z raportu z odpowiedziami udzielonymi przez poszczególne spółki komunalne prowadzi do poważnych wniosków — liczby nie układają się w spójny obraz. Audyt, który miał rozjaśnić sytuację, tylko ją zaciemnił.

Pierwsze z planowanych działań kontrolnych - to prowadzone przez Komisję Rewizyjną Rady Miejskiej - upadło na samym starcie, bo Śląsk Wrocław odmówił udostępnienia dokumentów. Komisja nie otrzymała ich nawet do wglądu. Skandaliczne jest jednak nie tylko zachowanie klubu, ale i reakcja KO: posiadając samodzielną większość w Radzie Miejskiej, klub nie był w stanie wymusić podstawowej przejrzystości od spółki, której miasto jest właścicielem w blisko stu procentach.

Jak wskazywał radny Jakub Nowotarski, w spółkach miejskich przez lata dochodziło do licznych nieprawidłowości: sojusznicy prezydenta zasiadali w radach programowych, pobierając wynagrodzenia za fikcyjne usługi, spółki płaciły na zawodowy sport w sposób całkowicie nieprzejrzysty, a sprawa TBS ciągnie się nierozwiązana od lat.

Audyty - prawdziwe, oparte na dokumentach źródłowych, zlecone niezależnym podmiotom i dostępne publicznie - to nie polityczna fanaberia. To warunek minimalny wiarygodności KO. Jeżeli nowi wiceprezydenci nie doprowadzą do ich przeprowadzenia, sami przypieczętują odpowiedzią na pytanie, które zadają sobie wrocławianie: czy cokolwiek się naprawdę zmieniło. I czy jest w nowych wiceprezydentach wola i ta herkulesowa siła niezbędna, by przeciwstawić się układom kolegów i koleżanek z własnej partii.

Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Nowy wiceprezydent Wrocławia z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Roman, dostał konkretną tekę i konkretne zadanie. Pierwsze z sześciu prac, które dla niego przygotowaliśmy, jest zarazem najpilniejsze: wyjaśnienie afery śmieciowej, która od ponad roku paraliżuje jeden z najdroższych systemów komunalnych w Polsce. Czas na działania, prawdę i odpowiedzi – dość mącenia wody i stawiania zasłon dymnych.

Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Nowy wiceprezydent Wrocławia Mateusz Żak obejmuje nadzór nad sportem w momencie wyjątkowym: WKS Śląsk Wrocław jest na progu awansu do ekstraklasy. To najlepsza chwila, by zrobić porządek z finansami klubu i przejść do procesu prywatyzacji. Pierwsze z sześciu zadań, które dla niego przygotowaliśmy, jest oczywiste – i nie cierpi zwłoki.