Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach
Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach
Dwie trzecie Polaków poniżej trzydziestki nie żyje w relacji, z której mogłyby urodzić się dzieci. W poprzednich tekstach cyklu pisaliśmy o tym, jak państwo zawiodło w kwestii mieszkań, rynku pracy i edukacji, oraz jak zmieniły się kulturowe normy dotyczące rodzicielstwa. Teraz czas na wątek, o którym publicystyka demograficzna mówi jakby mniej chętnie: rosnąca polityczna przepaść między młodymi kobietami a młodymi mężczyznami. Przepaść, która sprawia, że coraz trudniej uformować parę – a bez pary nie ma dzieci. Współczynnik dzietności w Polsce wynosi 1,068. Czas zobaczyć, co za tym stoi.
Przepaść, której nie widać w GUS-ie
Sondaż YouGov na zlecenie Fundacji TUI, przeprowadzony w 2025 roku na 6,7 tys. osób z siedmiu krajów europejskich, przynosi niepokojący obraz: tylko 38% młodych Polaków uważa, że demokracja w Polsce funkcjonuje dobrze. Ale za tym odczytem zbiorczym kryje się zjawisko, które sondaże rzadko pokazują z podziałem na płeć: młode Polki i młodzi Polacy nie tylko inaczej oceniają bieżącą sytuację – coraz częściej żyją w odrębnych politycznych światach.
Analiza danych z badania European Election Studies 2024, obejmującego 27 krajów i niemal 25 tys. wyborców, opublikowana w Journal of European Public Policy w marcu 2025 roku, pokazuje, że historyczne sukcesy partii skrajnie prawicowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wśród młodych wyborców były przede wszystkim zjawiskiem męskim – wśród młodych kobiet tego przesunięcia nie zaobserwowano. Gallup odnotował w 2024 roku gwałtowny wzrost liczby młodych Amerykanek, które określają swoje poglądy jako liberalne – szczególnie wyraźny w zestawieniu z rówieśnikami płci męskiej. Według danych Financial Times, przytaczanych przez PBS NewsHour, kobiety w wieku 18–30 lat w Stanach Zjednoczonych są o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym wieku. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z w kwestiach politycznych i kulturowych jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych.
W Polsce wzorzec jest podobny: według badania „Stan młodych 2025" (Fundacja Ważne Sprawy/More in Common) 45% młodych nie czuje się reprezentowanych przez żadną partię – przy czym 47% mężczyzn i 43% kobiet. Jednocześnie dane wyborcze są czytelne: Konfederacja i PiS ciągną wśród młodych mężczyzn, Lewica i KO – wśród młodych kobiet.
Kobiety: nierówność, która wróciła z Trybunału
Po stronie kobiet geneza polskiego rozdźwięku jest stosunkowo czytelna. Strajk Kobiet z 2020 roku, wywołany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającym przepisy aborcyjne, był pierwszym doświadczeniem politycznym pokoleniowym dla setek tysięcy młodych Polek. Podobny efekt miał globalny ruch #MeToo, który w Polsce – choć słabszy niż na Zachodzie – przeniknął do świadomości pokolenia studiującego. Badania SocLab z 2025 roku potwierdzają, że młode Polki są dziś wyraźnie bardziej krytyczne wobec tradycyjnych modeli rodziny i instytucji państwowych niż ich rówieśnicy.
Te doświadczenia nie wzięły się znikąd: luka płacowa, niedoreprezentowanie kobiet w organach władzy, nierówny podział pracy opiekuńczej, przemoc domowa, bariery awansu zawodowego. To są realne zjawiska, które każdego roku opisuje i mierzy GUS, OECD i Eurostat. Kobiety znalazły w feminizmie język, który tłumaczy ich trudności jako problemy strukturalne – nie indywidualne porażki.
Mężczyźni: poczucie marginalizacji, które nie jest prostacką bzdurą
Tu wchodzimy na teren, który polskie media publiczne i liberalne środowiska akademickie mają tendencję do kwitowania jednym słowem: „manosfera". I kończą analizę. To błąd – i to podwójny. Po pierwsze, bo odpycha od rozmowy mężczyzn, którzy mają do niej prawo. Po drugie, bo wypycha ich na margines, w którym zamiast otwarcie rozmawiać o wyzwaniach świata - zostawia ich w ramionach niektórych twórców contentu, którzy pęczniejące pretensje ochoczo monetyzują.
Tymczasem za wejściem młodych mężczyzn w świat antyfeminizmu stoi nie głupota, lecz konkretne doświadczenie poczucia marginalizacji w dystrybucji prestiżu. Narracja o konieczności naprawiania historycznych krzywd wyrządzonych kobietom przez mężczyzn, spada na pokolenie, które nie wyrządziło tych krzywd. Przeciwnie - samo boryka się z prekaryzacją pracy, trudnościami mieszkaniowymi i kryzysem sensu. To nie trafia w próżnię. Trafia na ziemię, na której wyrastają poglądy, które nas od siebie nawzajem oddalają zamiast zbliżać.
Raport Klubu Jagiellońskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce" dokumentuje zjawiska, które rzadko goszczą w głównonurtowej debacie: mężczyźni żyją krócej, częściej giną w wypadkach przy pracy, częściej popełniają samobójstwa, rzadziej kończą studia wyższe, gorzej wypadają w systemie edukacji. A mimo to w sferze publicznej dominuje przekaz, że to kobiety są grupą defaworyzowaną – i tylko o nich należy mówić.
Do tego dochodzą konkretne, instytucjonalne asymetrie. Wiek emerytalny: kobiety przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, mężczyźni w 65. Alieanacja rodzicielska: ojcowie, którzy tracą kontakt z dziećmi po rozwodzie, przegrywają tę walkę w sądach rodzinnych nieproporcjonalnie często. Mecenas Paweł Suski z Fundacji Tato.Net szacuje, że ponad 70% spraw o ograniczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich kończy się decyzją niekorzystną dla ojca. Nie chcemy w tym miejscu rozstrzygać o powodach. Zauważamy zjawisko.
I wreszcie kwestia, którą za naszą wschodnią granicą widać szczególnie ostro: asymetria obowiązku obrony kraju. W razie konfliktu zbrojnego mężczyźni będą musieli nadstawiać karku za cały kraj – kobiety będą mogły, jeśli zechcą. To nie jest abstraktyjna filozofia równości. To życie lub śmierć. I to pokolenie widzi, że nikt mu za to nie dziękuje – a gdy próbuje o tym mówić, słyszy, że jest uprzywilejowane.
Dochodzi do tego zjawisko selektywnej równości. Parytety i kwoty są egzekwowane z żelazną konsekwencją tam, gdzie prestiż jest wysoki: zarządy spółek, rady nadzorcze, listy wyborcze, składy paneli eksperckich, fotele rektorskie. Nikt jednak nie wymaga parytetu płci wśród górników, hutników, monterów sieci energetycznych, hydraulików, śmieciarzy, budowlańców ani strażaków. Kiedy praca jest niebezpieczna, brudna lub fizycznie wyczerpująca – równość przestaje być pilna. Kiedy praca daje władzę lub prestiż – nagle staje się pierwszoplanowym zagadnieniem moralnym. Ten dualizm jest dostrzegany przez młodych mężczyzn nie jako abstrakcyjny argument filozoficzny, lecz jako codzienne doświadczenie.
Na koniec – podwójne wiązanie kulturowe. Młody mężczyzna powinien być „prawdziwym mężczyzną", ale jednocześnie powinien „pohamować swoje ambicje" i nie zdominować rozmowy. Powinien pokazywać emocje – ale Szymon Hołownia, który płakał publicznie w trakcie kampanii wyborczej, doczekał się fali kpin w internecie, ze strony i prawicy, i centrolewicy. Podobnie było, gdy wyciekły informacje o jego depresji – nie dość, że w czasie kryzysu psychicznego został zmarginalizowany we własnej formacji politycznej, to gdy sprawa została ujawniona – stał się obiektem powszechnych kpin i lekceważenia.
Młodzi mężczyźni uczeni są, że powinni popierać równość płci – ale jeżeli w rozmowie poruszą kwestię przemilczanych nierówności dotykających mężczyzn, spotkają się nie ze zrozumieniem, lecz z zawstydzaniem i zarzutem mansplainingu. Na ten grunt wchodzą autorytety manosfery – nie jako przyczyna alienacji, lecz często jako jedyny płomyk nadziei, na który mogą liczyć.
Korea Południowa: ostrzeżenie z krańca korkociągu, w który wpadamy
Polska jest na wczesnym etapie procesu, który Korea Południowa przerabia już od dekady. Współczynnik dzietności w Korei Południowej wyniósł w 2023 roku 0,72 – najniższy w historii pomiarów na świecie – i wzrósł nieznacznie do 0,75 w 2024 roku. Jednocześnie tamtejsza polaryzacja płciowa wśród młodych jest bezprecedensowa. Koreańscy mężczyźni w wieku 18–29 lat przesunęli się bardziej w prawo niż jakakolwiek inna demograficzna grupa na świecie, a po stronie kobiet odpowiedzią stał się ruch 4B: deklaracja rezygnacji z heteroseksualnych związków, małżeństwa i rodzicielstwa jako formy protestu przeciwko patriarchalnemu systemowi. W wyborach prezydenckich 2025 roku niemal 60% kobiet w ich dwudziestych latach życia głosowało na kandydata lewicowego, podczas gdy niemal 40% młodych mężczyzn popierało konserwatystę.
Badania Carnegie Endowment z 2025 roku wskazują, że antyfeminizm wśród młodych Koreańczyków napędzają: przekonanie o braku dyskryminacji kobiet, lęk ekonomiczny, rosnąca luka aspiracyjna i zmieniająca się dynamika rynku matrymonialnego – kobiety coraz częściej odmawiają wejścia w małżeństwo. Jak piszą badacze z Oxford Academic, sprzeciw młodych koreańskich mężczyzn wobec równościowych polityk wynika z przepaści między oczekiwaną od nich rolą żywiciela rodziny a ekonomiczną niemożnością jej wypełnienia.
Koreańskie doświadczenie jest zatem przestrogą precyzyjną: polaryzacja polityczna między płciami nie jest neutralna demograficznie. Jest ona jednym z mechanizmów, który – obok kryzysu mieszkaniowego i zmiany norm kulturowych – sprawia, że pary po prostu nie powstają.
USA: kiedy linia na wykresie zamienia się w ścianę
Stany Zjednoczone są w połowie drogi między Polską a Koreą. Kobiety w wieku 18–30 lat są tam o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych. Po wyborach 2024 roku, gdy Donald Trump wygrał z poparciem młodych mężczyzn, a Kamala Harris – młodych kobiet – badania pokazały skok w liczbie par, które deklarują, że polityczne poglądy partnera są dla nich „nieakceptowalną" różnicą.
Wykres The Economist porównujący kraje stawia USA obok Korei jako jeden z bardziej spolaryzowanych przypadków. Polska jest tuż za nimi – z tym że historia jest odmienna, jej polaryzacja narasta szybciej, a jej system wsparcia instytucjonalnego dla par i rodzin jest słabszy.
Polityka wchodzi do sypialni
Badanie z Uniwersytetu w Kolonii, opisane przez WP Wiadomości w czerwcu 2026 roku, pokazuje, że orientacja polityczna jest dziś jednym z kluczowych filtrów doboru partnerów. Efekt jest szczególnie silny wśród osób o wyrazistych poglądach: silnie prawicowi mężczyźni i silnie lewicowe kobiety rzadko tworzą pary. Co więcej, gdy spojrzeć w badania CBOS-u głębiej możemy zaobserwować, że wśród najmłodszych Polaków odsetek osób nieaktywnych seksualnie jest faktycznie zauważalnie wyższy wśród prawicowych mężczyzn (40% wobec 25% w grupie zwolenników lewicy) i wśród kobiet o poglądach lewicowych (34% wobec 23% w grupie o poglądach prawicowych).
To nie jest anegdota z Tindera. To mechanizm demograficzny. W populacji, gdzie dwie trzecie ludzi przed trzydziestką nie żyje w trwałej relacji – jak pisaliśmy w poprzednim tekście cyklu – każde dodatkowe zawężenie puli potencjalnych partnerów ma konsekwencje. Jeśli ideologiczna nieprzekraczalna bariera odcina od siebie dwa sektory pokolenia, które i tak mają problem z uformowaniem par – dzietność spada dalej.
Autorzy badania EES 2024 piszą wprost, że „polaryzacja postaw może prowadzić do wzrostu wskaźników odrzucenia między płciami, pogorszenia jakości relacji osobistych i wzrostu samotności – a tendencja ta może również wpływać na wzorce demograficzne, wpływając na wskaźniki urodzeń i rozwodów".
Żadna polityka prorodzinna nie zastąpi pary
Poprzednie teksty cyklu wskazywały na odpowiedzialność państwa i samorządu oraz na kulturowe przemiany norm rodzicielskich. Ten tekst dodaje trzeci wymiar: strukturalna polaryzacja polityczna między kobietami a mężczyznami, nasilona przez algorytmy mediów społecznościowych i wzmocniona polskim kontekstem – sporem o aborcję, ruchem #MeToo, wojną za wschodnią granicą – ogranicza zdolność tworzenia par, zanim jeszcze w głowie pojawi się pytanie o mieszkanie i dziecko.
Żaden transfer pieniężny, bon żłobkowy ani ulga podatkowa nie zadziała na parę, która nigdy nie zdążyła powstać, bo on i ona żyli w bąblach algorytmu, który nagradzał go za oburzenie na feminizm, a ją za oburzenie na patriarchat.
Nie chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni myśleli tak samo. Różnorodność poglądów jest zdrowa i cenna. Chodzi o to, że system, który zamienia normalne różnice w nieprzekraczalne barwy plemienne, niszczy społeczną tkankę, z której wyrastają relacje – i dzieci. Żadna polityka demograficzna, ani krajowa, ani wrocławska, nie jest kompletna, dopóki nie bierze tego pod uwagę.
To ciche żniwo, które pobiera budowana od lat przez największe partie polaryzacja. Dzieci, które się nie urodziły, już się nigdy nie urodzą. A słupki, które budowano na nienawiści nie będą wieczne. Tylko od nas – Polek i Polaków – zależy czy pozwolimy sobie na dalsze manipulowanie w imię partyjnych interesów.
Wierzę, że zdamy ten egzamin. Kraków wskazał nam drogę.
Tekst jest trzecim z cyklu poświęconego przyczynom kryzysu demograficznego. Poprzednie części: „Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada" oraz „Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?" – dostępne na soswroclaw.pl
Źródła: Milosav i in., Journal of European Public Policy (2025) – tandfonline.com · Gallup, Exploring Young Women's Leftward Expansion (2024) – gallup.com · Kamisar/Bowman, NBC News (2025) – nbcnews.com · Fundacja Ważne Sprawy/More in Common, Stan młodych 2025 – waznesprawy.org · Carnegie Endowment, The Fight Over Gender Equality in South Korea (2025) – carnegieendowment.org · Maastricht Diplomat, The Youth Will Decide (2025) – maastrichtdiplomat.org · Oxford Academic, Anti-Gender Politics, Economic Insecurity, and Right-Wing Populism (2024) – academic.oup.com · WP Wiadomości (2026) – wiadomosci.wp.pl · Klub Jagielloński, Przemilczane nierówności – klubjagiellonski.pl · YouGov/Fundacja TUI (2025), cyt. za: J. Bielecki, Rzeczpospolita, 07.07.2025 · GUS, Polska w liczbach 2026
Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?
Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?
Damian Daszkowski
Współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,068. W poprzednim tekście zwracaliśmy uwagę na aspekty polityki państwa i samorządu. Jednak tego wskaźnika nie da się wyjaśnić wyłącznie kosztami mieszkań czy wysokością zasiłków. Coraz więcej badaczy wskazuje, że u źródeł kryzysu demograficznego leży coś głębszego: zmiana tego, jak myślimy o dzieciach, związkach i własnym życiu.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w „Polsce w liczbach 2026", w 2025 roku na jedną kobietę przypadało średnio 1,068 dziecka. W 1990 roku ten sam wskaźnik wynosił 1,99, czyli był bliski poziomowi zastępowalności pokoleń, szacowanemu na ok. 2,1. Od tego czasu Polska systematycznie oddala się od tej granicy. Mediana wieku ludności rośnie, a liczba osób w wieku poprodukcyjnym przewyższyła już liczbę osób w wieku przedprodukcyjnym. Podobnie jest we Wrocławiu, który od lat zachowuje chwiejny balans demograficzny głównie dzięki migracjom młodych ludzi do miasta, które równoważą przewagę zgonów nad urodzeniami oraz wyjazdy młodych rodzin do podmiejskiego obwarzanka.
To nie tylko polski problem. Według Eurostatu średni współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł w 2024 roku 1,34, ze szczególnie niskimi wartościami w Hiszpanii i na Malcie. Trend ma więc charakter strukturalny i wiąże się z przemianami typowymi dla wysoko rozwiniętych społeczeństw. Ale skala i tempo, z jakim Polska traci dzieci, każą szukać przyczyn nie tylko w gospodarce.
Kiedy dziecko przestało być oczywistością
Jeszcze dwie, trzy dekady temu posiadanie dzieci było w polskiej kulturze elementem niemal automatycznym, częścią scenariusza dorosłego życia, na równi ze ślubem czy pracą. Dziś coraz częściej jest jedną z opcji do rozważenia, konkurującą z karierą, podróżami, czy po prostu spokojem.
Badania Instytutu Pokolenia wśród młodych Polaków pokazują, że tradycja - czyli wartość najsilniej korelująca z wyższą dzietnością - jest dla pokolenia dziadków najważniejszą wartością życiową. U ojców jest niemal równie istotna. U dzisiejszych studentów spada na czwarte miejsce, wyparta przez osiągnięcia i sukces zawodowy.
Socjolodzy opisują ten mechanizm jako rodzaj samonapędzającej się zmiany norm. Im więcej osób w naszym otoczeniu funkcjonuje bez dzieci, tym mniej to dziwi, tym łatwiej samemu podjąć taką decyzję, i tym bardziej bezdzietność staje się po prostu jedną z możliwych dróg, a nie odstępstwem od reguły. Dane CBOS z badania z 2022 roku to potwierdzają: odsetek bezdzietnych kobiet w wieku 18–45 lat, które w ogóle nie planują potomstwa, wzrósł z 22% w 2017 roku do 42% w 2022 roku — podwoił się w ciągu zaledwie pięciu lat. To nie jest powolna zmiana kulturowa; to przyspieszenie.
Co istotne, nie chodzi tu wyłącznie o emancypację kobiet czy politykę równościową, jak bywa to przedstawiane w publicystyce. Państwa, które najlepiej godzą aktywność zawodową kobiet z rodzicielstwem - czyli te z rozwiniętą opieką instytucjonalną i elastycznym rynkiem pracy - notują wyższą dzietność niż kraje, w których kobiety mają mniejsze szanse na pracę. Problem nie leży w tym, że kobiety pracują, lecz w tym, że rodzicielstwo i praca są sobie wzajemnie przeciwstawiane. Co znamienne, w lipcowym badaniu CBOS z 2025 roku aż 51% młodych ludzi uważa, że kobiety pracujące zawodowo są bardziej szanowane niż te zajmujące się wyłącznie domem i dziećmi — a wśród samych kobiet ten odsetek jest jeszcze wyższy.
Wioska, która zniknęła z miast
Drugim kulturowym wątkiem, coraz częściej obecnym w debacie, jest zanik tego, co bywa nazywane „wioską" — czyli sieci wsparcia: babć, sąsiadów, dalszej rodziny, znajomych gotowych pomóc przy dziecku. W tradycyjnych, wielogeneracyjnych społecznościach opieka nad dzieckiem była rozłożona na wiele osób. W dużych miastach młoda rodzina zostaje z dzieckiem często sama, bez sieci, którą można by poprosić o pomoc na kilka godzin.
Badania CBOS z 2025 roku pokazują, jak dosłownie przekłada się to na decyzje prokreacyjne. Wśród kobiet pozostających w związkach, które nie mogłyby liczyć na żadne wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, zaledwie 3% planuje potomstwo w ciągu najbliższych lat. Wśród tych, które mogą liczyć na pięć różnych źródeł wsparcia (partner, rodzice, teściowie, dalsza rodzina, znajomi) — aż 38%. Sieć wsparcia nie jest zatem kwestią komfortu; jest warunkiem koniecznym decyzji o dziecku.
Towarzyszy temu zjawisko, które część badaczy nazywa wprost „dzieciofobią": wypychanie dzieci z przestrzeni publicznej. Restauracje bez wysokich krzesełek, baseny z ograniczeniami wiekowymi, lokale, w których obecność dziecka jest traktowana jako uciążliwość. To z pozoru drobne sygnały, ale ich suma tworzy obraz miasta, w którym rodzicielstwo jest czymś, co trzeba schować, nie czymś, co jest normalną częścią życia wspólnoty.
Dla porównania: w Czechach, gdzie dzietność jest wyraźnie wyższa niż w Polsce, niemal połowa obywateli uważa posiadanie dzieci za swego rodzaju zobowiązanie społeczne. W Polsce taki pogląd deklaruje tylko 33% badanych, a 59% wprost się z nim nie zgadza — wynika z badania CBOS z 2025 roku. To nie jest różnica w wysokości zasiłków, to różnica w tym, jak społeczeństwo postrzega rolę dziecka.
Pokolenie, które nie tworzy par
Trzeci wątek kulturowy dotyczy czegoś, co poprzedza decyzję o dziecku: trwałych związków. Według dostępnych badań dwie trzecie Polaków przed trzydziestym rokiem życia nie żyje w relacji, z której mogłyby się urodzić dzieci. Sto lat temu w analogicznym wieku w związkach małżeńskich była ponad dziewięćdziesięcioprocentowa większość populacji.
Badaczka Jean Twenge wskazuje rok 2012 — moment masowego upowszechnienia smartfonów — jako punkt zwrotny dla relacji społecznych młodych ludzi. Zbieżność dat z globalnym załamaniem dzietności jest uderzająca. Analitycy opisani przez „Financial Times" policzyli, że w krajach, gdzie nastąpił gwałtowny wzrost nasycenia rynku smartfonami, wskaźniki dzietności spadały w tempie 20–38% szybciej niż wcześniej. Zbudowany przez nich model matematyczny wskazuje, że gdyby ceny i dostępność smartfonów pozostały na poziomie z 2007 roku, Stany Zjednoczone uniknęłyby nawet 43% zaobserwowanego regresu demograficznego. Argument jest tym mocniejszy, że trend dotyczy krajów skrajnie różnych gospodarczo, co podważa tezę, że chodzi wyłącznie o ekonomię.
Mechanizm nie jest tajemnicą. Między 2003 a 2024 rokiem czas spędzany na kontaktach twarzą w twarz skrócił się w USA o 22%, a czas przed ekranem wzrósł o 93%. Aplikacje randkowe nie są zaprojektowane po to, by użytkownik szybko znalazł partnera i odinstalował aplikację — ich algorytmy utrzymują go w stanie ciągłego poszukiwania, a wyidealizowane profile generują nierealistyczne oczekiwania wobec realnych ludzi. Efektem jest masowa samotność: w USA 42% osób w wieku 25–39 lat żyje samotnie.
This new piece in the @FinancialTimes hits the nail on the head. "All of these inflection points coincided with the mass adoption of smartphones in local markets." US is the dark blue line. "In country after country the birth rate plunged after the introduction of smartphones, no… pic.twitter.com/gBTGVuuP0L
— Clare Morell (@ClareMorellEPPC) May 20, 2026
Polskie dane CBOS rysują obraz bardziej niejednoznaczny. Sześćdziesiąt pięć procent młodych Polaków wciąż spotyka się ze znajomymi w realu przynajmniej kilka razy w miesiącu - to odróżnia nas od bardziej wyizolowanych społeczeństw. Jednocześnie co trzeci Polak w wieku 18–24 lat nie jest aktywny seksualnie, co jest zjawiskiem bez precedensu w powojennych danych.
Do tego dochodzi nowy wymiar polaryzacji. Młode polskie kobiety są statystycznie bardziej lewicowe, młodzi mężczyźni bardziej prawicowi - i przepaść ta rośnie. Jednocześnie kobiety masowo migrują do większych miast, mężczyźni częściej zostają w mniejszych ośrodkach. Obie grupy dosłownie się mijają: w metropoliach wykształconych kobiet jest proporcjonalnie więcej niż mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym, w mniejszych miastach odwrotnie.
Idealne dziecko albo żadne
Paradoksem jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. Badanie CBOS z 2025 roku jest w tej kwestii jednoznaczne: 44% młodych ludzi chciałoby mieć dwoje dzieci, 20% trójkę lub więcej, a jedynie 12% deklaruje, że nie chce mieć dzieci w ogóle. Mediana wynosi dwoje. To nie jest pokolenie, które odrzuca rodzicielstwo — to pokolenie, które je odkłada, aż do momentu, gdy odkładanie staje się rezygnacją.
Dane CBOS z 2023 roku pokazują tę dynamikę w czasie: mediana wieku kobiet planujących pierwsze dziecko przesunęła się z 27 lat w 2017 roku do 29 lat w 2022 roku. Dwa lata na przestrzeni pięciolatki. Efekt tej arytmetyki jest wymierny: wśród osób w wieku 40–44 lata aż 31% ma mniej dzieci, niż chciałoby mieć — u mężczyzn ten odsetek sięga 35%. To nie są niespełnione marzenia o rodzinie wielodzietnej; to w większości jedno dziecko zamiast dwójki, dwójka zamiast trójki. Luka między aspiracją a rzeczywistością, która zamknęła się cicho, bez dramatycznej decyzji.
Mechanizm jest psychologicznie spójny: młodzi Polacy odkładają decyzję, bo uważają, że wymaga ona perfekcyjnej stabilizacji — finansowej, mieszkaniowej, emocjonalnej. Ideał, który nigdy w pełni nie nadchodzi.
Czwarty czynnik: kompulsywne rodzicielstwo
Rzadziej wymieniany kulturowy czynnik to zmiana standardów samego rodzicielstwa. Poprzednie pokolenia wychowywały dzieci w znacznej mierze na podwórku, w nieformalnych grupach rówieśniczych, przy dużym udziale sieci sąsiedzkiej i rodzinnej. Współczesny model rodzicielstwa coraz częściej zakłada pełne zaangażowanie rodziców całą dobę: organizacja zajęć dodatkowych, stymulacja sensoryczna, odpowiednie zabawki, właściwa dieta, ciągłe towarzystwo.
CBOS rejestruje ten stan świadomości dokładnie. 86% młodych uważa, że wychowanie dziecka w obecnych czasach jest dużym wyzwaniem, 83% — że wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. To nie jest mniejszość przekonana o trudności rodzicielstwa; to zdecydowana większość. Co ciekawe — i co artykuły o kryzysie demograficznym rzadko odnotowują — jednocześnie 91% badanych uważa, że dzięki rodzicielstwu można się wiele nauczyć, 86% że sprawia ono wiele radości, a 76% że dzieci nadają życiu sens. Rodzicielstwo jest postrzegane jako trudne i bezcenne zarazem. To nie niechęć do dzieci napędza kryzys, lecz lęk przed niemożnością sprostania własnym standardom.
Paradoks polega na tym, że im wyższe są standardy wychowania, tym bardziej zniechęca to do posiadania kolejnych dzieci. Jeden projekt wychowawczy pochłania całą dostępną energię i czas. Nie jest to zjawisko marginalne — jest widoczne w danych dotyczących czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców, który w ciągu ostatnich dekad wzrósł mimo jednoczesnego wzrostu aktywności zawodowej kobiet. Coś, co miało być troską, stało się kolejną formą presji.
Kultura kontra ekonomia — kto napędza kryzys?
Artykuł mógłby tu skończyć narrację na ogólnym poziomie, gdyby nie dane, które precyzyjnie układają czynniki w hierarchię. CBOS z 2025 roku zapytał bezdzietnych nieplanujących potomstwa o powody. Wynik jest jednoznaczny: przy decyzji o pierwszym dziecku czynniki kulturowe dominują nad ekonomicznymi. Niechęć do posiadania dzieci lub przekonanie, że dzieci to zbyt duża odpowiedzialność, deklaruje łącznie 35% ankietowanych — potrzeba niezależności i czasu dla siebie kolejne 32%. Bariery materialne wskazuje 25%. Kolejność nie jest przypadkowa.
Co jednak ważne — i co niekiedy umyka w debacie — gdy pytamy o decyzję o kolejnym dziecku, proporcje się odwracają. Tu na czoło wysuwa się sytuacja materialna (27%), a dopiero za nią czynniki zawodowe (14%). Kryzys dzietności ma więc dwa piętra: na pierwszym, gdzie podejmowana jest decyzja o wejściu w rodzicielstwo, rządzi kultura; na drugim, gdzie decyduje się o skali rodziny, rządzi ekonomia. Polityka publiczna, skupiona niemal wyłącznie na świadczeniach pieniężnych, dociera głównie na drugie piętro.
Skutki, których nie widać od razu
Kulturowe przyczyny kryzysu demograficznego mają też kulturowe skutki, które będą widoczne dopiero z czasem. Pokolenia wychowywane jako jedynacy albo w rodzinach bez kontaktu z licznym rodzeństwem i kuzynostwem inaczej uczą się dzielenia, współpracy, rozwiązywania konfliktów. Słabnące więzi sąsiedzkie i rodzinne oznaczają mniej naturalnych mechanizmów wsparcia w sytuacjach kryzysowych, a więcej zadań przejmowanych przez instytucje publiczne.
Zmienia się też sam dyskurs publiczny. Niska dzietność bywa dziś przedstawiana w kategoriach katastroficznych, jako zagrożenie dla „przetrwania narodu", co dodatkowo polaryzuje debatę i utrudnia rzeczową rozmowę o przyczynach i rozwiązaniach. Tymczasem, jak zauważają eksperci, mówienie o nieuchronnej „niewypłacalności państwa" czy „utracie suwerenności" ma charakter publicystyczny, nie analityczny. Starzenie się społeczeństwa jest realnym wyzwaniem dla systemu zabezpieczeń społecznych, ale wymaga adaptacji instytucji, nie paniki.
Czego kultura nie rozwiąże sama
Z konstytucyjnego punktu widzenia państwo ma obowiązek ochrony rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa, co wynika z artykułów 18 i 71 Konstytucji RP. Dotychczasowe instrumenty — głównie świadczenia pieniężne — ograniczyły ubóstwo dzieci i poprawiły sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwróciły trendu demograficznego.
To, co dziś najbardziej widoczne w badaniach, to fakt, że decyzje o dzieciach zależą nie tylko od pieniędzy, ale od poczucia stabilności, dostępności mieszkań, jakości usług publicznych i tego, czy otoczenie społeczne traktuje rodzicielstwo jako coś wartego wsparcia, czy jako prywatny wybór, z którym trzeba sobie radzić samemu. I tu dane CBOS dają odpowiedź, której nie daje żaden program świadczeń: sieć wsparcia — realna, ludzka, codzienna — jest silniejszym predyktorem decyzji o dziecku niż wysokość transferów socjalnych.
Żadna kampania społeczna nie zastąpi żłobka. Żaden żłobek nie zastąpi też zmiany w tym, jak patrzymy na dzieci w naszym otoczeniu: w pracy, w restauracji, na osiedlu. Kulturowy wymiar kryzysu demograficznego jest trudniejszy do zmierzenia niż wskaźnik TFR, ale bez jego uwzględnienia trudno zrozumieć, dlaczego kolejne programy finansowe nie przynoszą oczekiwanych efektów. I dlaczego 31% czterdziestolatków ma mniej dzieci, niż chciało mieć — nie dlatego, że zmienili zdanie, ale dlatego, że idealne warunki nigdy nie nadeszły.
Dane ilościowe: CBOS, komunikat Nr 68/2025 „Pokolenia Z i Y o rodzicielstwie" (oprac. M. Omyła-Rudzka) oraz CBOS, komunikat Nr 3/2023 „Postawy prokreacyjne kobiet".
Zdjęcia P.Uhle
Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy
Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy
Marek Zalewski
Wrocław przez lata budował swój gospodarczy wizerunek na obecności dużych firm międzynarodowych, centrów usług biznesowych, finansów, IT, księgowości, HR, compliance i zaplecza operacyjnego globalnych korporacji. Ten model rzeczywiście przyniósł miastu tysiące miejsc pracy, napływ młodych specjalistów, rozwój rynku biurowego i wzrost znaczenia Wrocławia na gospodarczej mapie Polski.

Problem polega na tym, że ten sam model wchodzi właśnie w nową fazę. Nie jest to już faza łatwego wzrostu, w której kolejne centrum usług oznaczało automatycznie kolejne setki stabilnych etatów. Coraz większe znaczenie mają automatyzacja, sztuczna inteligencja, presja kosztowa, globalne restrukturyzacje i ostrożniejsze decyzje kadrowe firm. Wrocław powinien tę zmianę potraktować poważnie, a nie wyłącznie jako przejściowe zakłócenie w dotychczasowej historii sukcesu.
Według raportu ABSL sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce pozostaje bardzo silny. Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku w kraju działało 2081 centrów usług biznesowych prowadzonych przez 1258 inwestorów, a zatrudnienie w tych centrach wynosiło około 488,7 tysiąca osób. Wrocław jest jednym z trzech głównych polskich ośrodków tego sektora. W raportach branżowych takie miasta określa się czasem jako lokalizacje Tier 1, czyli największe i najbardziej dojrzałe rynki usług biznesowych. W praktyce chodzi po prostu o Warszawę, Kraków i Wrocław. Według danych ABSL Wrocław jako trzeci taki ośrodek zatrudniał w sektorze około 70,3 tysiąca osób.
To są dane imponujące. Ale właśnie dlatego ryzyko jest poważne.
Jeżeli tak duża część lokalnego rynku pracy jest związana z globalnymi centrami usług, to Wrocław musi zadawać pytania nie tylko o liczbę nowych inwestycji, lecz także o trwałość tych miejsc pracy. Szczególnie wtedy, gdy sam sektor przyznaje, że zmienia się charakter pracy, rośnie znaczenie automatyzacji, a firmy coraz częściej szukają efektywności nie przez rozbudowę zespołów, lecz przez optymalizację procesów.
UBS jako sygnał ostrzegawczy
Jednym z najbardziej czytelnych przykładów tej zmiany jest sprawa UBS. Według doniesień medialnych bank rozpoczął w Polsce wieloletni proces redukcji zatrudnienia, obejmujący około 7 procent załogi rocznie w latach 2025 i 2026. Firma ma biura w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Jednocześnie według informacji podawanych w mediach UBS deklaruje, że centra w Krakowie i Wrocławiu pozostają dla niej strategiczne.
Trzeba więc zachować precyzję. Nie można pisać, że wszystkie te zwolnienia dotyczą Wrocławia. Nie można też twierdzić, że UBS wycofuje się z Wrocławia. To byłoby nierzetelne.
Ale nie można również udawać, że ta informacja nie ma znaczenia dla Wrocławia. Ma znaczenie zasadnicze, bo pokazuje mechanizm działania globalnych organizacji. Duży pracodawca może jednocześnie deklarować znaczenie danego miasta i prowadzić redukcje w wybranych strukturach. Może utrzymywać centrum w Polsce, ale zmieniać profil zatrudnienia. Może rozwijać jedne funkcje i ograniczać inne. Może przenosić, automatyzować albo wygaszać procesy, które jeszcze kilka lat temu były traktowane jako stabilne miejsca pracy.
To nie jest zarzut wobec jednej firmy. To opis zmiany modelu. Korporacje nie są lokalnym instrumentem polityki społecznej. Są częścią globalnych struktur kosztów, efektywności i decyzji centrali. Wrocław, który przez lata korzystał z tego modelu, powinien teraz umieć zarządzać także jego słabszą stroną.
Branża idzie w górę. To nie wystarczy
Uczciwa analiza wymaga przyznania jednej rzeczy: wrocławski sektor BSC nie jest dziś tym samym sektorem co dziesięć lat temu. Polska, w tym Wrocław, przez ostatnie lata systematycznie zwiększała udział bardziej zaawansowanych funkcji - IT, inżynierię oprogramowania, R&D - kosztem prostych procesów finansowo-księgowych (F&A), które były filarem pierwszej fazy wzrostu. To realny postęp i argument, którego nie można pominąć.
Problem w tym, że ten awans nie rozwiązuje strukturalnego ryzyka. Dzieje się tak z dwóch powodów.
Po pierwsze, IT - niegdyś uważane za naturalnie odporne na automatyzację - samo staje się jej przedmiotem. Kodowanie asystowane przez sztuczną inteligencję, automatyczne testowanie, generowanie dokumentacji: to zjawiska, które już dziś zmieniają popyt na pracę w centrach IT. W perspektywie pięciu do dziesięciu lat część stanowisk, które dziś uchodzą za bezpieczne, może podlegać tej samej presji co wcześniej F&A. Przesunięcie branży w górę łańcucha wartości nie oznacza wyjścia poza zasięg automatyzacji - oznacza jedynie odroczenie konfrontacji z nią o kilka lat.
Po drugie, udział R&D w strukturze zatrudnienia sektora pozostaje stosunkowo niewielki - to nadal ułamek całkowitego zatrudnienia w centrach usług. Nie można budować strategii odporności na fundamencie, który stanowi kilka procent całości. Awans branży jest pożądany i powinien być wzmacniany, ale nie jest tarczą.
Automatyzacja nie jest neutralna dla pracowników

Dane z Barometru Rynku Pracy 2026 Gi Group dobrze pokazują skalę zmiany. Firmy coraz ostrożniej podchodzą do decyzji kadrowych. Tylko 13,7 procent przedsiębiorstw planuje zwiększenie zatrudnienia w najbliższym kwartale, natomiast 9,8 procent przewiduje redukcję zatrudnienia. Raport wskazuje, że jest to najwyższy wynik planowanych redukcji od 2017 roku.
Równocześnie firmy szukają produktywności. Nie zawsze przez zatrudnianie nowych osób. Często przez lepszą organizację pracy, ograniczanie kosztów, automatyzację i sztuczną inteligencję. Według tego samego raportu, wśród firm korzystających z automatyzacji i AI, 42,3 procent wskazało, że wdrożenia usprawniły i przyspieszyły procesy, 32,6 procent, że pozwoliły ograniczyć koszty operacyjne, a 27 procent, że zmieniły organizację pracy lub zakres obowiązków pracowników.
To jest pozytywna część obrazu. Ale jest też część mniej wygodna. 15,8 procent firm wskazało, że automatyzacja zwiększyła tempo pracy lub presję na wyniki, a 14,4 procent, że ograniczyła zapotrzebowanie na pracowników.
Właśnie ten fragment powinien szczególnie interesować Wrocław.
Automatyzacja nie jest tylko technologiczną ciekawostką. W centrach usług biznesowych może bezpośrednio wpływać na popyt na pracę. Najpierw usprawnia procesy. Potem zmienia zakres obowiązków. Następnie podnosi oczekiwania wobec pracowników. W końcu część zadań może przestać wymagać dotychczasowej liczby osób.
To nie znaczy, że sztuczna inteligencja natychmiast „zabierze pracę" wszystkim pracownikom korporacji. Taki wniosek byłby publicystycznie prosty, ale nieprawdziwy. Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz: stopniowa zmiana profilu zatrudnienia, mniejszy popyt na część powtarzalnych zadań, większa presja na efektywność i konieczność przekwalifikowania części pracowników.
Miasto chwali się miejscami pracy. Ale czy bada ich trwałość?

W odpowiedzi miasta dotyczącej projektów obsługiwanych przez Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej wskazano, że w latach 2015-2025 zestawienie obejmuje 195 projektów inwestycyjnych lub reinwestycyjnych z deklarowaną liczbą ponad 50 tysięcy miejsc pracy. Podano również, że od początku istnienia ARAW pozyskała lub wsparła ponad 260 projektów, co miało przełożyć się na ponad 125 tysięcy miejsc pracy. Łączna szacowana wartość inwestycji zagranicznych z ostatnich 10 lat została określona na około 56 miliardów złotych.
To są liczby ważne i nie należy ich lekceważyć. Pokazują realną skalę aktywności inwestycyjnej Wrocławia. Ale jednocześnie rodzą pytania, których w debacie publicznej jest zbyt mało.
Ile z tych miejsc pracy faktycznie powstało? Ile istnieje nadal? Ile było trwałych, dobrze płatnych i odpornych na automatyzację? Ile było miejscami w prostych, powtarzalnych procesach, które dziś mogą być przenoszone, wygaszane albo zastępowane technologią? Jak wygląda zatrudnienie po trzech, pięciu i dziesięciu latach od wejścia inwestora do miasta?
To nie jest akademickie czepianie się statystyk. To podstawowe pytania o jakość polityki gospodarczej.
Miasto nie powinno opierać narracji gospodarczej wyłącznie na deklarowanej liczbie miejsc pracy przy nowych inwestycjach. W warunkach zmian technologicznych ważniejsze stają się trwałość zatrudnienia, jakość kompetencji, poziom płac, odporność lokalnego rynku pracy i możliwość szybkiego przekwalifikowania pracowników, których stanowiska mogą zostać objęte automatyzacją.
Niskie bezrobocie nie może usypiać
Wrocław nadal ma relatywnie niskie bezrobocie. Według danych Urzędu Statystycznego we Wrocławiu, dla miasta Wrocławia w marcu 2026 roku wskazano około 10 tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych i stopę bezrobocia na poziomie 2,5 procent. To nie jest obraz kryzysu.
Ale to również nie jest powód do samozadowolenia.
Bezrobocie w gospodarce opartej na usługach biznesowych może narastać inaczej niż w starym przemyśle. Nie musi pojawić się jako jedno spektakularne zamknięcie zakładu. Może przychodzić etapami: przez zamrożenie rekrutacji, nieprzedłużanie umów, dobrowolne odejścia, redukcje wybranych zespołów, likwidację dublujących się funkcji po fuzjach i przejęciach, przenoszenie procesów do innych lokalizacji albo automatyzację części zadań.
W takim modelu przez długi czas można utrzymywać wrażenie stabilności. Tyle że dla konkretnego pracownika stabilność kończy się w dniu, w którym jego proces zostaje uznany za zbyt drogi, zbyt prosty albo możliwy do zautomatyzowania.
Dane Gi Group pokazują, że pracownicy już czują zmianę. 33 procent badanych obawia się utraty pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, 40 procent rozważa przebranżowienie, a 42 procent odczuwa przeciążenie obowiązkami zawodowymi. To nie jest jeszcze panika. To raczej sygnał, że poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy słabnie.
Kraków - drugi po Wrocławiu największy ośrodek BSC w Polsce - mierzy się z identycznymi symptomami, i to w liczbach, które trudno zbagatelizować. Według danych Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie, liczba wolnych miejsc pracy zgłoszonych przez pracodawców w 2025 roku spadła o 25,7 procent rok do roku. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o blisko 3 tysiące osób w porównaniu z poprzednim rokiem. Skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 60 procent. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Outsourcingu Krzysztof Inglot komentuje tę zmianę wprost: firmy „przestały brać każdego", a rynek staje się coraz bardziej selektywny. Krakowski urząd pracy, podobnie jak wrocławski, na razie zachowuje spokój - powołując się na wzrost płac i przyrost liczby podmiotów gospodarczych. Mechanizm jest jednak ten sam. I nie szanuje granic administracyjnych.
Wrocław potrzebuje polityki odporności, nie tylko promocji

Wrocław nie powinien rezygnować z przyciągania inwestorów. Byłby to błąd. Sektor usług biznesowych nadal jest ważny, daje tysiące miejsc pracy i pozostaje jednym z filarów gospodarki miasta. Problem polega na tym, że sama obecność dużych firm nie wystarczy już jako strategia rozwoju.
Miasto powinno przejść od polityki promowania liczby inwestycji do polityki odporności gospodarczej.
Po pierwsze, potrzebny jest publiczny system monitorowania jakości miejsc pracy powstających przy wsparciu miasta i ARAW. Nie tylko liczba deklarowanych etatów, ale także realne zatrudnienie po kilku latach, poziom wynagrodzeń, stabilność funkcji, rodzaj wykonywanych procesów i ryzyko automatyzacji.
Po drugie, potrzebny jest program przekwalifikowania pracowników centrów usług. Nie ogólne hasła o kompetencjach przyszłości, ale praktyczna oferta dla kogoś, kto od pięciu lat obsługuje procesy rozliczeniowe dla zagranicznej centrali i nagle potrzebuje nowego kierunku. Taki program powinien łączyć uczelnie, Powiatowy Urząd Pracy, ARAW, pracodawców i lokalne firmy technologiczne.
Po trzecie, Wrocław powinien wzmacniać lokalne małe i średnie przedsiębiorstwa, a przede wszystkim firmy z realnym produktem - takie, których nie można przenieść do Indii ani zastąpić modelem językowym. I tu pojawia się coś konkretnego, o czym w debacie o wrocławskim rynku pracy mówi się zdecydowanie za mało: przemysł obronny.
Zakład PIT-RADWAR w Czernicy pod Wrocławiem zatrudnia dziś około 170 specjalistów i właśnie ogłosił nabór na blisko 100 kolejnych osób - ślusarzy, spawaczy, monterów i elektroników. To nie jest projekt wirtualny: za rekrutacją stoją konkretne kontrakty dla Wojska Polskiego oraz środki z unijnego programu SAFE, które trafiły już do regionu. Dzięki tej inwestycji zakład ma docelowo zatrudniać około 270 osób. W Czernicy powstają zaawansowane systemy łączności taktycznej, integrowane między innymi w pojazdach produkowanych przez Jelcz.
A Jelcz to osobna historia. W marcu 2026 roku Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała z Jelczem umowę inwestycyjną o wartości 756 milionów złotych na budowę nowej fabryki i zwiększenie zdolności produkcyjnych w Jelczu-Laskowicach. Do obecnej załogi liczącej ponad tysiąc sto osób ma dołączyć około 200 nowych pracowników. Nowy zakład ma produkować od tysiąca do tysiąca ośmiuset pojazdów rocznie. Równolegle w Raciborzu, w halach po upadłym Rafako przejętych przez PGZ, uruchamiana jest kolejna linia produkcji pojazdów wojskowych - z docelowym zatrudnieniem nawet 500 osób.
To jest właśnie ten typ miejsc pracy, o który Wrocław i Dolny Śląsk powinny zabiegać: zakorzeniony w konkretnym zakładzie, oparty na krajowych kompetencjach inżynierskich, odporny na relokację. Warto też przypomnieć, że pracownicy po zamkniętym wrocławskim zakładzie Volvo w dużej mierze znaleźli zatrudnienie na lokalnym rynku. To pokazuje, że region ma realną zdolność absorpcji siły roboczej - pod warunkiem, że jest co absorbować.
Po czwarte, potrzebna jest uczciwa komunikacja z mieszkańcami. Niskie bezrobocie dzisiaj nie gwarantuje bezpieczeństwa jutro. Wrocław powinien mówić o ryzykach wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy kolejne firmy zgłoszą zwolnienia grupowe.
Koniec mitu automatycznego sukcesu
W debacie ogólnopolskiej pojawiają się coraz ostrzejsze ostrzeżenia dotyczące możliwego spowolnienia gospodarczego, presji na płace realne i wzrostu bezrobocia w kolejnych latach. Można spierać się o skalę tych prognoz. Nie można jednak ignorować faktu, że firmy już teraz ostrożniej planują zatrudnienie, częściej mówią o produktywności, a automatyzacja zaczyna realnie zmieniać strukturę pracy.
Dla Wrocławia oznacza to konieczność korekty myślenia.
Miasto nie traci pozycji ważnego ośrodka usług biznesowych. Traci natomiast komfort przekonania, że sam napływ korporacji wystarczy do zapewnienia stabilnego rozwoju. Przez lata obecność dużych firm była traktowana jako dowód sukcesu. Teraz powinna być traktowana również jako obszar ryzyka, który wymaga monitorowania i przygotowania.
To nie jest argument przeciwko korporacjom. To argument przeciwko samozadowoleniu.
Wrocław potrzebuje mniej promocyjnej narracji o liczbie deklarowanych miejsc pracy, a więcej realnej polityki rynku pracy. Potrzebuje wiedzy, które sektory są najbardziej narażone na automatyzację. Potrzebuje programów przekwalifikowania. Potrzebuje lepszej współpracy uczelni, miasta, urzędu pracy i biznesu. Potrzebuje również odwagi, aby przyznać, że model rozwoju oparty na centrach usług biznesowych nie jest już tak bezpieczny, jak wydawało się jeszcze kilka lat temu.
Koniec mitu wrocławskich korporacji nie oznacza końca ich znaczenia. Oznacza koniec naiwnego założenia, że ich obecność sama w sobie wystarczy jako strategia gospodarcza miasta.
Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy
Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy
Jacek Sutryk za obronę w sprawie karnej zapłacił swojemu adwokatowi z prywatnej kieszeni niedużo - 29 520 zł. Tymczasem ta sama kancelaria - BSKK Błaszczak & Kopyściański - zarobiła na umowach z Urzędem Miejskim Wrocławia co najmniej 159 900 zł. Różnica jest ponad pięciokrotna. I rodzi pytania, na które dotychczasowe wyjaśnienia magistratu nie odpowiadają.
Umowa się odnalazła
Po naszej pierwszej publikacji w Urzędowym Rejestrze Umów pojawiła się umowa, której wcześniej tam nie było - źródłowa umowa BOP/2/2024, wpisana pod numerem 20163. Wartość: 61 500 zł, data zawarcia 29 maja 2024 r., przedmiot - "doradztwo prawne i zastępstwo procesowe". To właśnie do niej odnosiły się oba późniejsze aneksy: z 22 listopada 2024 r. (61 500 zł) i z 26 listopada 2025 r. (19 680 zł).
Razem z dwiema umowami z 2022 r. (6 150 zł i 11 070 zł) suma, jaką BSKK Błaszczak & Kopyściański otrzymała z budżetu miasta na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe, wynosi 159 900 zł.
Sprawa na 623 strony, a prywatny rachunek na 30 tysięcy
Obciążenia Błaszczaka to nie tylko występowanie na konferencjach prasowych w imieniu swojego klienta, co do przyjemności z pewnością nie należy. Akt oskarżenia w aferze Collegium Humanum liczy 623 strony i obejmuje 67 czynów wobec 29 osób. Sam Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty - wręczenia korzyści majątkowej byłemu rektorowi Collegium Humanum, posłużenia się nielegalnie uzyskanym dyplomem i wyłudzenia w ten sposób blisko pół miliona złotych.
14 listopada 2024 r. prezydent Wrocławia został zatrzymany przez CBA i przesłuchiwany przez kilkanaście godzin w Prokuraturze Krajowej w Katowicach. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policji i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Obrońca złożył dwa zażalenia - sąd w Katowicach uznał zatrzymanie za zasadne i celowe, ale obniżył poręczenie do 100 tys. zł. To oznacza kolejne postępowanie, kolejne pisma procesowe, kolejne godziny pracy kancelarii.
Przy takiej skali sprawy - wielowątkowej, dotyczącej licznych zarzutów, toczącej się w innym mieście - kwota 29 520 zł wydaje się nieproporcjonalnie niska. Rodzi to pytanie, które już raz zadaliśmy i które powtarzamy: czy to rzeczywiście całość honorarium za obronę karną prezydenta, czy tylko jej część? A jeśli część - kto pokrył resztę?
Sutryk kontra Sutryk
Tłumaczenia magistratu i prof. Błaszczaka dla Wyborczej - że umowy miejskie "nie mają związku ze sprawą karną prezydenta" - nie dotykają istoty problemu. Nie chodzi o to, czy konkretna umowa formalnie dotyczy sprawy Collegium Humanum. Chodzi o to, że Jacek Sutryk jako osoba prywatna zamawia usługę prawną u tej samej kancelarii, której - jako prezydent Wrocławia - jednocześnie zleca usługi prawne z budżetu miasta, płacąc jej wielokrotnie więcej.
To nie jest sytuacja teoretyczna. Mieliśmy już do niej precedens. W 2022 r., w sprawie facebookowego profilu prezydenta, ta sama kancelaria wysłała dwa analogiczne wezwania do Marcina Nierody - jedno w imieniu Urzędu Miejskiego, drugie w imieniu Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. Sam Nieroda nazwał to "czystym zbiegiem okoliczności". Dziś mamy do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, tylko na większą skalę finansową.
Trzy dni
19 listopada 2024 r. Jacek Sutryk przelał kancelarii 12 300 zł z tytułem "obrona karna". Trzy dni później, 22 listopada, ta sama kancelaria podpisała z Urzędem Miejskim aneks na 61 500 zł. Sama bliskość dat nie jest dowodem niczego - ale w sprawie, w której każda data ma znaczenie, warto zapytać: czy to przypadek, że w tym samym tygodniu doszło do obu zdarzeń?
Błąd, którego nie ma kto wyjaśnić
Rzeczniczka magistratu przekonuje, że zniknięcie umowy BOP/2/2024 z rejestru to "błąd lub niedopatrzenie byłego pracownika". To wygodne wyjaśnienie - nieweryfikowalne i niewymagające odpowiedzialności od nikogo, kto jest obecnie zatrudniony. Ale otwiera ono pytanie szersze niż sprawa jednej kancelarii: jeśli ta umowa "zniknęła" przez błąd, ile innych umów w Urzędowym Rejestrze Umów ma podobne "niedopatrzenia"? To pytanie o wiarygodność całego rejestru.
W związku z tym radny Piotr Uhle skierował do prezydenta Wrocławia formalne zapytanie w tej sprawie. Pytamy w nim, kto był pracownikiem odpowiedzialnym za niewprowadzenie umowy BOP/2/2024 do rejestru, komu podlegał i czy nadal jest zatrudniony w urzędzie - a jeśli nie, z jakich przyczyn zakończyła się jego praca. Pytamy też, czy wobec tej osoby lub jej przełożonych wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje służbowe. I wreszcie - jak technicznie wygląda proces publikacji umów w Urzędowym Rejestrze Umów: czy dane są zaciągane automatycznie z Centralnego Rejestru Umów funkcjonującego w urzędzie, czy wprowadzane ręcznie, oraz jakie procedury mają zapobiegać podobnym "niedopatrzeniom" w przyszłości.
Na odpowiedzi czekamy. Będziemy informować na bieżąco.
fot. fb Jacka Sutryka i strona www kancelarii BSKK
80 000 zł z miasta dla adwokata Sutryka
80 000 zł z urzędu dla adwokata Sutryka w jego sprawie karnej
Co najmniej 80 000 zł otrzymała kancelaria prawna BSKK Błaszczak & Kopyściański z budżetu miasta od postawienia Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Aneks do umowy na ponad 60 000 zł został zawarty... tygodzień po zatrzymaniu Prezydenta Wrocławia.
Rzeczniczka zapewniała: płaci z własnej kieszeni
Cofnijmy się do 15 listopada 2024 roku i konferencji zwołanej dzień po zatrzymaniu Jacka Sutryka. Pełnomocnik Jacka Sutryka, Łukasz Błaszczak zawahał się przed odpowiedzią kto płaci za obsługę prawną swojego mocodawcy: prezydent osobiście czy Gmina Wrocław. Na pytanie, które na konferencji prasowej zadał mu Marcin Torz odpowiedział zachowawczo: - Odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie.
Gdy dziennikarz zwrócił mu uwagę, że to publiczne pieniądze - w sukurs przybyła mu rzeczniczka prezydenta, Agata Dzikowska, która zapewniała: - Za obsługę prawną pana prezydenta płaci pan prezydent z prywatnych pieniędzy.
Kilka dni później - aneks na 61 500 zł
Wszyscy zostali uspokojeni i obserwowali merytoryczny rozwój wypadków - czekali na kolejne informacje z afery Collegium Humanum, analizowali polityczne konsekwencje, sprawdzali kto jeszcze jest absolwentem tej prestiżowej uczelni. Jednak już 7 dni później, 22 listopada - jak można sprawdzić w Centralnym Rejestrze Umów - firma Błaszczak & Kopyściański podpisała aneks do umowy UM.BOP/2/2024 na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe o wartości bagatela - 61 500 zł. Umowa była aneksowana po raz kolejny rok później - tym razem dokument opiewa na 19 680 zł z budżetu do firmy, która broni Jacka Sutryka przed zarzutami o korupcję i oszustwo.
Źródłowa umowa nie ujawniona w rejestrze
Co ciekawe - źródłowej umowy UM.BOP/2/2024 w Centralnym Rejestrze Umów już nie znajdziemy. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale liczymy, że na to i inne pytania odpowiedzą urzędnicy już wkrótce, gdyż za pośrednictwem radnego Piotra Uhle skierowaliśmy do Urzędu Miasta zapytanie o treść umowy, faktury, rachunki oraz wszelkie produkty umowy, która kosztowała nas co najmniej 80 000 zł. Nie chcemy rozstrzygać czy umowy z miastem zawarte przez firmę pełnomocnika Jacka Sutryka miały jakikolwiek związek z jego sprawą karną. Ta sprawa zasługuje jednak na szczegółowe i pieczołowite wyjaśnienie.
Pytania, które trzeba zadać
Obrona Jacka Sutryka w jego sprawie karnej to bardzo poważne wyzwanie, które wymaga dużej zręczności oraz zdolności w zakresie prawa karnego. Z pewnością dodatkowe koszty związane są ze stawaniem w obliczu trudnych i celnych pytań kierowanych przez dziennikarzy. Czy wobec tego nie budzi uzasadnionych pytań fakt, że tydzień po konferencji kancelaria pełnomocnika prezydenta podpisuje lukratywny kontrakt z urzędem? Na jaką kwotę opiewała umowa, której nie ujawniono w rejestrze? Czy wspomniana kancelaria świadczy usługi dla innych jednostek podległych urzędowi? Te pytania warto zadać.
Żądamy potwierdzenia przelewu
Podobnie jak to, które teraz kierujemy do Jacka Sutryka: czy osobiście i w pełni zapłacił za usługi swojego adwokata? Jeżeli tak to słowa nie wystarczą. Opinia publiczna winna oczekiwać, że prezydent zastosuje się do dobrych praktyk w takich okolicznościach. I pokaże potwierdzenie przelewu.
Radcy prawni są, ale miasto zleca na zewnątrz
Miasto wydaje sporo pieniędzy na zewnętrzne usługi prawnicze mimo, że posiada rozbudowany Zespół Radców Prawnych, który w swoich zadaniach ma zawarte w umowach z zewnętrznymi podmiotami kompetencje, a w szczególności doradztwo prawne na rzecz komórek organizacyjnych Urzędu oraz zastępstwo procesowe przed sądami i innymi organami orzekającymi w sprawach należących do zakresu działania Urzędu.
Ostatnio kontrowersje wzbudził fakt, że usługi prawne zostały zamówione u profesora Jerzego Korczaka, któremu za 48 000 zł zlecono napisanie nowelizacji statutów wrocławskich osiedli. Stało się tak mimo, że projekt był przedstawiany jako wypracowany przez radnych zajmujących się we Wrocławiu osiedlami.
Jak to możliwe, że mimo zatrudniania licznych i cenionych na rynku specjalistów nadal usługi prawne zamawiane są na zewnątrz? Czy fakt, że obrońca Prezydenta Wrocławia ma w gronie klientów również Urząd Miejski mu podległy to czysta, bezpieczna i etyczna sytuacja? Sprawdzimy. Będziemy informować na bieżąco.
fot. Radia DTR - Dolnośląskie Twoje Radio
Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia
Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia
1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.
Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło
Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.
NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.
Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.
Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie
To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.
Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:
– Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.
Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.
Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy
W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.
Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.
– Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.
O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?
„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"
Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.
WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:
– Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!
Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.
Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.
Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi
Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.
Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.
Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.
Walczymy dalej – na każdym froncie
Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.
Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.
Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody
Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody
Nagrody zamiast odpraw i posady bez konkursów. Ratusz nie powie, ile kosztowało pożegnanie wiceprezydentów, ale mówimy o łącznej kwocie rzędu 150 000 zł.
Onet.pl donosi: Renata Granowska zarobiła na stanowisku wiceprezydenta 284 tys. zł w ciągu jednego roku. Michał Młyńczak - 265 tys. zł. Obydwoje zgotowali w mieście poważne problemy, jednak nim stracili funkcje, prezydent Sutryk przyznał im nagrody mające zastąpić trzymiesięczne odprawy. Ile? Ratusz odmówił odpowiedzi.
Polityczny targ za absolutorium
Sutryk uzyskał absolutorium za 2025 rok wyłącznie głosami Koalicji Obywatelskiej. Cena była z góry ustalona: wymiana dwóch wiceprezydentów na kandydatów wskazanych przez lidera dolnośląskiej KO Michała Jarosa. 18 maja Granowska i Młyńczak stracili stanowiska. Dzień później pojawili się następcy.
Przepisy nie przyznają wiceprezydentom automatycznego prawa do odprawy po odwołaniu przez prezydenta. Sutryk poszedł jednak inną drogą.
Urząd: nagrody wypłacamy - kwot nie podamy
Jak ustalił Onet, rekompensatą za brak odpraw miały być nagrody przyznane przez prezydenta. Granowska napisała wprost, że - "nagroda miała wyczerpywać trzymiesięczną odprawę". Przy jej rocznym wynagrodzeniu rzędu 284 tys. zł oznaczałoby to kwotę oscylującą wokół 70 tys. zł. W przypadku Młyńczaka, zarabiającego 265 tys. zł rocznie, byłoby to ok. 66 tys. zł. Razem, z grubsza licząc - około 150 000 zł.
Ratusz nie potwierdził ani nie zaprzeczył tym kwotom. Biuro prasowe odmówiło podania wysokości nagród - mimo że chodzi o publiczne pieniądze. Rzecznik Tomasz Sikora przekazał jedynie, że nagrody były - "za wykonane zadania". Na pytanie, kiedy Granowska i Młyńczak zrzekli się pieniędzy, nie odpowiedział.
- Chciałbym dowiedzieć się, za co są te nagrody. Za kompromitację i chaos z nierozstrzygniętym przez ponad rok przetargiem na śmieci? Za konflikty interesów, CBA i Prokuraturę Krajową w urzędzie? A może to tylko premia za lojalność i milczenie? - komentuje radny Piotr Uhle z SOS Wrocław.
Posady dla kolesi bez konkursów
Granowska i Młyńczak niemal z miejsca trafili do zarządów spółek miejskich - i to bez żadnego postępowania konkursowego. Dla Granowskiej MPK Wrocław utworzyło dodatkowe stanowisko wiceprezesa. Młyńczak zasiadł w fotelu prezesa Ekosystemu, a dotychczasowy szef spółki Paweł Karpiński przesunął się na pozycję zastępcy.
Sutryk obiecywał przed drugą kadencją, że stanowiska w zarządach miejskich spółek będą obsadzane w drodze konkursów. Nie pierwszy raz ta obietnica okazała się bezwartościowa.
Ekosystem, w którym wylądował Młyńczak, jest spółką prowadzoną od lat w cieniu skandalu. CBA zabezpieczało tam dokumentację dotyczącą przetargów na odbiór odpadów z lat 2019-2025. Spółka odpowiada za wywóz śmieci i prowadzenie PSZOK-ów. Na jej czele stanął człowiek, który jako wiceprezydent nadzorował tę samą branżę.
- Sutryk i jego kolesie zbudowali sieć zależności finansowo-politycznych, jakiej samorząd nigdzie w Polsce nie widział. Wyprowadzanie kasy do prywatnych kieszeni jest o tyle bezczelne, że kolesie śmieją nam się w twarz. Czy ktoś jeszcze pamięta o obiecanych konkursach? - mówi radny Piotr Uhle.
Obie ręce w jednej kieszeni
Nagrody zostały zwrócone - ale dopiero wtedy, gdy opinia publiczna się tym zainteresowała, a posady w spółkach były już pewne. Granowska napisała, że zrzekła się nagrody po powołaniu do zarządu MPK. Młyńczak złożył analogiczne oświadczenie po objęciu prezesury Ekosystemu. Kolejność zdarzeń jest wymowna: najpierw nagroda, potem ciepła posada, na końcu symboliczny gest zwrotu.
Niektórzy powiedzą: to i tak lepiej niż gdyby uznali, że te nagrody im się po prostu należały. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że kilka dni wcześniej do urzędu miasta wpłynęło zapytanie w tym przedmiocie. Nagrody oddali zatem po złapaniu na gorącym uczynku.
Mieszkańcy Wrocławia jako współwłaściciele komunalnych spółek zapłacą za ten układ dwa razy: raz przez budżet miejski, który nagrody przyznał, i drugi raz przez spółki, które zatrudniają na eksponowanych stanowiskach polityków bez otwartej rekrutacji. Ratusz zaś odmawia podania kwot.
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.
W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".
To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.
Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.
Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?
W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.
Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.
Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.
Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.
Skąd ta troska o demokrację?
Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?
Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.
Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.
Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.
A potem Sutryk zapomniał o konkursach
Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.
W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:
- Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
- Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
- Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)
Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.
Złoty spadochron
Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.
Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.
Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".
Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."
Kolesie boją się demokracji?
Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.
Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.
Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.
SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.
Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle
Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle
Krakusi powiedzieli: miasto jest nasze, nie Krakówka. Jacek Sutryk narzeka, że obywatele chcą mu wywrócić stolik, i że miastem coraz trudniej się zarządza, bo ludzie nie dowierzają miastu. Jak to możliwe, że ludzie nie dowierzają miastu zarządzanemu przez człowieka z zarzutami za oszustwa? Kto mu wyjaśni tę tajemnicę?
Przez Polskę toczy się ferment zapowiadający obywatelską wiosnę ludów. Rzeszów, Łódź, Poznań, Gliwice, Częstochowa, Tarnów – sprzeciw wobec odklejonych władz może przejść do etapu otwartej konfrontacji na udeptanej ziemi – w referendum odwoławczym. A władze tych miast wcale nie są lepsze od wrocławskich. I nic dziwnego, że otrzymujemy tyle sygnałów, by wrócić do rozmowy o odsunięciu szkodników od władzy we Wrocławiu.
Jacek Sutryk wyjaśnił wrocławianom - w Radiu Rodzina i w programie Dariusza Wieczorkowskiego - czym w jego głowie jest referendum odwoławcze. Narzędziem "mniejszości", która "może wywracać stolik właściwie permanentnie" i "destabilizować sytuację w mieście". Mechanizmem, który "pewne polityczne czy około polityczne siły" mogą "wykorzystywać". Sprawą, na którą "szkoda czasu". To ton kogoś, kto uwierzył, że władza mu się należy, i kto szczerze nie rozumie, dlaczego coraz więcej ludzi ma w tej kwestii odmienne zdanie.
Co bardziej destabilizuje miasto: obywatele czy nieuczciwe, nieudolne rządy?

Sutryk mówi, że inicjatywa referendalna destabilizuje miasto. Pytanie, co je stabilizowało przez ostatnie lata. Jego nieudolne, szkodliwe i nieuczciwe rządy czy działania ruchów obywatelskich? Jaki wpływ na wiarygodność, stabilność i wizerunek miasta ma ciężki akt oskarżenia dotyczący oszustw i łapownictwa, który wisi nad prezydentem Wrocławia niczym katowski topór?
Sutryk w Radiu Rodzina, próbował czerpać siłę z dwóch inicjatyw referendalnych, w których zabrakło podpisów w ustawowym czasie 60 dni. Biło od niego lekceważenie wobec kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, którzy swoim podpisem wyrazili gotowość by podziękować mu za współpracę bez okresu wypowiedzenia.
Wydawał się nie dostrzegać, że lokalna debata publiczna była blokowana przez sieć układów i powiązań finansowych. Ta swoista cenzura ekonomiczna niszczy demokrację w mieście. Dlaczego? Bo porządni, uczciwi ludzie bali się, że zostaną zniszczeni przez władzę jak Janek Piontek z fundacji Weź Pomóż. Bo bali się represji.
Dzisiaj sytuacja w Polsce i we Wrocławiu jest jednak diametralnie inna. Krakusi pokazali, że się da. Za trzy miesiące pokażą, czy potrafią po odwołaniu złej władzy wybrać lepszą. Szczerze trzymam kciuki!
Wrocławskie elity chcą zdusić ideę prawa mieszkańców do miasta
Wrocławskie media głównego nurtu, z kilkoma światłymi wyjątkami, od dłuższego czasu powtarzały zachowania odwrotne niż można byłoby od nich oczekiwać. Zamiast stać po stronie słabszych - mieszkańców przeciwko silniejszym – władzy, skupiały się na umniejszaniu bądź etykietowaniu inicjatyw oddolnych. Sprawa nasilała się wraz ze wzrostem zagrożenia obecnej władzy. Gdy zagrożenie mijało – nadchodziła odwilż.
Jednak gdy Kraków powiedział: sprawdzam - i wygrał - kampania przyspieszyła. Portal tuwroclaw.com napisał, że ewentualne trzecie referendum we Wrocławiu byłoby "totalną kpiną z demokracji i kompletnym lekceważeniem woli Wrocławian". Sutryk mówi o "bogatych ludziach", którzy mogą finansować "taką działalność". Powoli konstruuje się przekaz: ci, którzy zbierają podpisy, są narzędziem w cudzych rękach. Obcy. Prowokatorzy. Szaleńcy. Nie mogę się doczekać aż znów naślą na tych prowokatorów i szaleńców bojówkę Soku z Buraka.
Nie obawiam się tego z jednego powodu: władza nie ma już monopolu na informację. Przełamaliśmy ją prowadząc merytoryczną dyskusję na temat miasta w internecie i na ulicach Wrocławia. A gdy w uregulowanym nurcie rzeki raz powstanie wyłom – trudno jest go zatamować.
Strach zajrzał w oczy pseudoelicie Wrocławia
Z rezerwą przyjmowałem entuzjazm, który jako SOS Wrocław odbieramy od mieszkańców od tygodnia. Krakowskie referendum obudziło w mieszkańcach coś, czego dawno nie było: nadzieję, że naprawdę można powiedzieć - dość. Moja rezerwa nie wynikała z braku wiary w mieszkańców. Wynikała z tego, że dokładnie wiem, ile wysiłku kosztuje inicjatywa referendalna w dużym mieście i jak wygląda zbieranie podpisów. A także czym mogą grozić akolici prezydenta zaangażowanym w akcję osobom, które w jakiś sposób zależą od instytucji miasta lub ich sojuszników.
Ale dzięki wspomnianym wcześniej nerwowym reakcjom widzę co innego. Widzę, że tamci się przestraszyli. Strach zajrzał w oczy ludziom, którzy od lat żyją wygodnie w cieniu władzy, przekonani, że nie ma piekła i że rozliczenie nie przyjdzie. Wróciły koszmary. I w tym strachu widać odpowiedź na pytanie, które stawiałem sobie przez długi czas: o co im tak naprawdę chodziło z tą "stabilizacją"? O zarządzanie miastem - czy o spokojną prywatyzację miejskiego grosza bez żadnego ryzyka, że ktoś powie: sprawdzam?
Najlepiej pokazuje to narzekanie Sutryka, że "zarządzanie miastem staje się coraz trudniejsze". Dlaczego? Bo trzeba "tłumaczyć, co jest prawdą, a co fake newsem". Bo pojawia się "frustracja z powodu dyskutowania z oczywistymi faktami". Innymi słowy: problem nie leży w finansach miasta, w długu, w kontraktach, w zarzutach prokuratorskich. Problem nie leży w tym, że władza wielokrotnie oszukała mieszkańców. Z Jackiem Sutrykiem na czele. Problem leży w ludziach, którzy o to pytają. Którzy mówią: sprawdzam. A to największy grzech.
No to jeżeli pan, Panie Prezydencie jest już taki zmęczony rządzeniem to może czas dać sobie spokój? Znajdą się na Pana miejsce lepsi. Poprzeczka wcale nie jest wysoko zawieszona.
Niczego nie zrozumieli

Może i się przestraszyli. Może i przeciwdziałają. Ale nie wyciągnęli żadnych wniosków. Po wyborach prezydenckich w Polsce. Po referendum w Krakowie. Po tym, co stało się w Zabrzu i innych polskich miastach - elita władzy powinna coś zrozumieć. Że obywatele nie są bierni. Że cierpliwość ma granice. Że władza nie jest dożywotnim przywilejem.
Nie zrozumieli nic. Są pyszni, dumni i pewni siebie. Spoglądają na zwykłego mieszkańca z góry. Przyjmują tylko pochwały na swój temat. Inne głosy to "manipulacja ze strony sił destabilizujących", gdy głos ten zaczyna przeszkadzać.
Rozumiem teraz lepiej, co czuli Krakusi obrażani przez "Krakówek" - elitę, która poczuła się władna do pouczania, co jest demokratyczne, a co "totalną kpiną z demokracji". Tę samą rolę we Wrocławiu odgrywa dziś skompromitowana dekadą układów elita władzy, i innych instytucji.
Ta „elita” nie potrafiła się oczyścić po tym, co wyszło na jaw. Przeciwnie - utaplała się mocniej w tym syfie, bo trwanie układu jest warunkiem własnego bezpieczeństwa. Zepsuta elita władzy kryta przez unurzane w dziwnych relacjach media. Chwalone przez uzależnionych finansowo ludzi kultury. Zapraszane do wspólnych projektów przez zniewolone grantami środowisko pozarządowe, spółdzielnie mieszkaniowe, szkoły, przedsiębiorstwa, kluby sportowe. Zamknięty obieg. Wszyscy są sobie nawzajem winni milczenie.
A "prawdziwa cnota prawdy się nie boi" - mawiał Krasicki. Tylko że w tym przypadku trudno mówić o cnocie. Mówimy o człowieku, który z zarzutami o oszustwa i łapówkarstwo rządzi miastem i tłumaczy mieszkańcom, że to oni destabilizują miasto. Oni niczego nie zrozumieli. A skoro do tej pory nie zrozumieli – nie zrozumieją już nigdy.
Drogi mieszkańcu!
Pytam Cię wprost.
Czy czujesz się dobrze reprezentowany przez wrocławską elitę władzy? Czy sprawy w mieście idą w dobrą stronę? Czy władza daje Ci przestrzeń do współrządzenia miastem? Czy reprezentanci władzy mają do Ciebie szacunek? Czy wsłuchują się w Twoje potrzeby?
A może jest inaczej: zepsuta elita władzy uzależniła od siebie kolejne instytucje, upojona władzą marginalizuje obywateli, poniża myślących samodzielnie a zamiast służyć mieszkańcom – tłumaczy im dlaczego nie mają racji?
Jak myślisz, dlaczego wszyscy razem mówią Ci, że referendum to "kpina z demokracji", a ci, którzy uważają, że trzeba zacząć zbierać podpisy, to "szaleńcy i prowokatorzy"? Co będzie następnym krokiem po odebraniu ludziom prawa do odwoływania złej władzy? Może czas odebrać mieszkańcom prawo do jej wyboru? W końcu tylko przeszkadzają i zadają głupie pytania.
Pod skorupą tej zimnej i plugawej, pewnej siebie, szczelnej wrocławskiej „elity” – kryje się coś, czego ona się nie spodziewała. Ogień. Taki, który zniósł "Krakówek". Który zniósł prezydentkę w Zabrzu i ruszył kilkunaście innych polskich miast. Który zaczyna być widoczny również we Wrocławiu. I może znieść tę władzę jak lawa.
Bo powiedzmy sobie serio: w czym Wrocławianie są gorsi od Krakusów?
Chcesz coś zmienić we Wrocławiu? Napisz do nas!
Piotr Uhle
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.
Jeszcze gorszy niż odwołany
Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.
Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.
Urząd robił wszystko, żeby nas złamać
Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.
Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.
Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.
Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców
Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.
Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.
Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.














