Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.
Jeszcze gorszy niż odwołany
Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.
Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.
Urząd robił wszystko, żeby nas złamać
Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.
Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.
Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.
Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców
Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.
Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.
Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień.
AKTUALIZACJA:
Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.
Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.
Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.
Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.
Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.
Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?
25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.
Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.
Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.
Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo
W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.
Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.
Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany
Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany
Kraków pokazał, że referenda się zdarzają. Wrocław może być następny. Przy tej okazji warto przyjrzeć się galerii chętnych, którzy od dawna skromnie, bardzo skromnie czekają w kolejce po fotel w Sukiennicach. Zrobiliśmy dla Was research. Miejscami jest zabawnie. Będziecie zaskoczeni jak bardzo.
KO, czyli partia, która zawsze ma kogoś pod ręką
Michał Jaros to człowiek o wyjątkowo nieszczęśliwym życiorysie politycznym: dwukrotnie usunięty ze stawki przy zielonym stoliku, za każdym razem przez swoich. W 2018 roku partia wybrała inaczej. W 2024 roku, mimo poparcia licznych organizacji społecznych i ruchów oddolnych, Jaros ostatecznie nie wystartował. Wojsko czekało na rozkaz, wódz zszedł do kwatery wroga i zaczął współrządzić z tym samym Sutrykiem, którego przez lata wskazywał jako główny problem Wrocławia. Żołnierze zostali na polu bitwy. Dziś, gdy kampania ma się znowu zacząć, część z nich może być mniej chętna, żeby znowu pożyczać swój wizerunek człowiekowi, który raz już ich zostawił. Mimo to Jaros ma naturalne pole position: jest szefem największej partii w regionie, która regularnie zbiera tu solidne wyniki. Trudno go pominąć. Łatwo zrozumieć, dlaczego mu nie ufają.
Grzegorz Schetyna jest jedną z tych postaci, które w polskiej polityce nie umierają, tylko na jakiś czas zmieniają parter na pierwsze piętro. Wicepremier, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, szef Platformy, senator. Kariera przyhamowała po aferze hazardowej i konflikcie z Donaldem Tuskiem, ale Schetyna trzyma się życia publicznego z zacięciem godnym lepszej sprawy. Z Wrocławiem związany od czasów studenckich, mocno zaangażowany w sport, co w praktyce oznaczało, że jego ludzie współrządzili Śląskiem Wrocław i doprowadzili klub do stanu, który dziś można opisywać wyłącznie eufemizmami. Schetyna ma wizerunek zakulisowego machera otoczonego doświadczonymi praktykami, którzy nie stronią od siłowych rozwiązań. Mówi się, że to właśnie jego szabla pozbawiła Jarosa funkcji marszałka województwa, kiedy ten po nią sięgał. Ironia polega na tym, że dziś Schetyna i Jaros blisko współpracują, bo Jarosowi brakowało właśnie tej szabli do uzbierania większości w partii. Polityka potrafi być naprawdę piękna.
Mateusz Jędrachowicz to teza kontrowersyjna, ale wrocławskie salony coraz częściej wymawiają to nazwisko przy okazji rozmów o najwyższych funkcjach w mieście, włącznie z teką wicemarszałka. Młody radny sejmiku, niezbyt wiele do powiedzenia, doświadczenie w realnej pracy jeszcze mniejsze, za to wynagrodzenie w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, do której trafił wbrew wcześniejszym obietnicom nieobsadzania stanowisk bez konkursów, wynosi, jeżeli wierzyć dziennikarzom, bagatela 28 tysięcy miesięcznie. Drogi mieszkańcu Wrocławia, ile Ty zarabiasz miesięcznie dzięki swojej uczciwej pracy? Mniej? Trzeba było nosić teczkę i zapisać się do partii. Jędrachowicz to modelowy przykład działacza nowej generacji KO: wyprany z idei, pozbawiony kręgosłupa, ustawiony zawsze z wiatrem, niezależnie od tego, skąd ten wiatr akurat wieje. Gdzie ci młodzi, którzy mieli zdusić centaury?
Familia i urząd, czyli kto zadba o szafy z trupami
Środowisko urzędnicze będzie chciało wskazać swojego delfina. Tyle że dobre słowo Sutryka wychodzącego tylnym wyjściem jest warte tyle, co w swoim czasie warte było dobre słowo niemal każdego innego polityka obleganego przez prokuraturę. Odchodzący raczej w niesławie Sutryk będzie chciał jednak zachować wpływ na wybór następcy, bo trupy w szafie trzeba chronić, interesy przyjaciół zaopiekować, a dobre imię nie może być zbyt często szargane przez tego, kto przejmie biurko. A następca będzie miał na co narzekać. Naprawdę będzie miał na co.
Jakub Mazur to pierwszy typ samego Sutryka. Wieloletni pierwszy zastępca, wyznaczany jako ten, który przejąłby miasto w przypadku prawomocnego wyroku sądu. Mazur poza częstymi i, jak podkreślają znawcy tematu, drogimi wycieczkami zagranicznymi na koszt podatnika, specjalizuje się w relacjach z biznesem i z pewnością potrafi zbierać środki na kampanię. Firmę, którą wcześniej obsługiwała m.in. państwową spółkę Tauron, przepisał na żonę. Firma specjalizuje się w reklamie. Do listy osiągnięć należy doliczyć dyplom MBA ze stajni Collegium Humanum. Ponoć Mazur, w przeciwieństwie do swojego szefa, miał notatki i chodził na zajęcia. Wysoka poprzeczka.
Radosław Michalski to dyrektor departamentu marki miasta, erudyta wykształcony między innymi we Florencji, człowiek z doskonałymi relacjami z Kościołem katolickim i całym wrocławskim ekosystemem turystyczno-gastronomicznym: restauratorzy, hotelarze, atrakcje, to jego naturalne środowisko. Często wskazywany jako możliwy kandydat środowiska urzędowego. Doświadczony w kampaniach wyborczych: kierował ostatnią kampanią Rafała Dutkiewicza w 2014 roku. Przynajmniej do pierwszej tury, kiedy widmo porażki z Mirosławą Stachowiak-Różecką skłoniło wszystkich do gruntownej przebudowy sztabu. Cenne doświadczenie na przyszłość.
Piotr Wojtyczka to doświadczony człowiek w publicznym biznesie, który wywodzi się z kręgów konserwatywnych. Rodzina pochodzi z Lubina, on sam przez lata funkcjonował w stowarzyszeniu Sapere Aude, nieformalnej młodzieżówce Rafała Dutkiewicza. Później zacieśnił relacje z Robertem Pietryszynem i Adamem Burakiem, a gdy ekipa Adama Hofmana szła z PiSu w górę, zabrała ze sobą również Wojtyczkę. Mówiło się, że posiada apartament po sąsiedzku z Danielem Obajtkiem. Później prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po zmianie władzy zajął się prowadzeniem klubu i nowego bytu medialnego, Wrocławskich Faktów, w których posiada jedną trzecią udziałów. Na poparcie Lewicy liczyć nie może, za to cieszy się szacunkiem w części wrocławskiego PiSu. Jak widać, różne drogi prowadzą do wrocławskiej polityki.
Izabela Kalisz z domu Pieniążczak to kandydatura, która zaskoczy wielu, ale jest jedynym nazwiskiem, na które może postawić tzw. familia, czyli krąg młodych działaczy skupionych wokół Sutryka od jego kampanii w 2018 roku. Wszyscy wywodzą się ze stowarzyszenia Sapere Aude, wszyscy od tamtej pory robią znakomite kariery – dla części dyrektorskie funkcje w urzędzie to była pierwsza praca. Damian Żołędziewski jest dyrektorem departamentu Prezydenta, Izabela Kalisz dyrektorką biura, Maria Michułka przez lata była szefową biura nadzoru właścicielskiego, dziś jako wzięta prawniczka obsługuje szereg miejskich spółek, Krzysztof Szłapka jest wicedyrektorem biura komunikacji internetowej, Jan Bujak osiągnął swój cel i jest dyrektorem Departamentu Nieruchomości i Eksploatacji, a jego zastępcą jest Monika Witkowska, również członkini familii. Towarzystwo ma więc wiele do stracenia. Prywatnie Izabela Kalisz jest szwagierką Damiana Żołędziewskiego: jej siostra od lat zarabia na utrzymaniu Hali Stulecia, a wcześniej miała być rekruterką we wrocławskim oddziale Collegium Humanum. Co za przypadek, co za rodzina. Szanse Kalisz na prezydenturę są marne, a jej ewentualne starcie z Wojtyczką nosiłoby znamiona skandalu obyczajowego, jednak to jedyne, na co familia realnie może sobie pozwolić. Chodzi o wyhandlowanie etatów u nowego prezydenta.
Marek Nowara to znany wrocławski deweloper, który od dłuższego czasu prowadzi intensywną kampanię budującą jego wizerunek publiczny. Założył stowarzyszenie Vergo City wpływające na politykę mieszkaniową miasta, udziela wywiadów Radiu Wrocław i Wrocławskim Faktom, popiera budowę metra i maluje się na aktywistę i eksperta. W wywiadach nie pojawia się jednak wątek kontrowersyjnych inwestycji prowadzonych w trybie Lex Deweloper. Nie pojawia się też wątek biznesów prowadzonych z synem sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa ani historia poprzedniej spółki deweloperskiej Inter-System, która seryjnie wygrywała przetargi na miejskie inwestycje, m.in. wrocławskie Afrykarium. Nie pada też nazwa powiązanej z nim kapitałowo firmy Aqua Serwis, która, jak sama pisze na swojej stronie, zarządza między innymi Aquaparkiem Wrocław i… wspomnianym wcześniej Afrykarium w ZOO. Bardzo wiele pominięć, jak na tak aktywnego medialnie człowieka.
PiS liczy głosy
Rozgrywka w obozie prawicy odbędzie się między kandydatami gangu tapirów a stronnikami posła Dworczyka i byłego premiera Morawieckiego. Pogodzić może ich kandydat niezależny od PiS ale… powiązany z ratuszem.
Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach zebrał 45 tysięcy głosów, choć przed głosowaniem niewielu umiało wymówić jego nazwisko. Prawnik, który w roli przewodniczącego klubu radnych chętnie korzysta z zawodowego arsenału. Lojalny działacz, który buduje nazwisko na konsekwentnym podnoszeniu partyjnej agendy PiSu w samorządzie.
Janusz Cieszyński to były minister w rządzie Morawieckiego i absolwent wrocławskiego XIV LO, co w pewnych kręgach uchodzi za wrocławski rodowód. Niewiele brakowało, by w 2023 startował do Sejmu właśnie z Wrocławia, partia zadecydowała jednak inaczej. Byłby ciekawym pomysłem na odświeżenie wizerunku PiSu w mieście po niezrozumiałych dla własnego elektoratu alpejskich kombinacjach przy poprzednich dwóch podejściach do inicjatywy referendalnej. Ciąży na nim praca w rządzie Mateusza Morawieckiego, która nadal wielu wyborcom kojarzy się po prostu źle.
Marek Mutor. Dziś rządzi Ossolineum, ale w przeszłości był radnym. Konserwatysta, jego kandydaturę ma wspierać zarówno Kazimierz Michał Ujazdowski jak i wrocławska Solidarność. A jeżeli Solidarność to i Jarosław Krauze, który zawsze stanowił nieformalne połączenie między obozem Jacka Sutryka a Prawem i Sprawiedliwością.
Lewica liczy stołki
Lewica będzie miała najwięcej do stracenia. Pięcioosobowy klub w Radzie Miejskiej przy śladowym poparciu to osobliwe osiągnięcie, możliwe wyłącznie dzięki układowi z Sutrykiem. Dlatego lewica podejmie wszelkie możliwe ruchy, by wpływ zachować. Warto też zaznaczyć, że stronnictwo starego aparatu partyjnego z PZPR, SDRP i Millerowskim SLD w krwiobiegu niedawno odbiło ważny przyczółek: z funkcji wicewojewody odwołano Piotra Kozdrowickiego, wywodzącego się z partii Roberta Biedronia, a wcześniej Nowoczesnej. Na to miejsce wsadzono Agnieszkę Mizę, zaprawioną w SLD-owskich walkach. Życzymy powodzenia w karierze.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra pracy i polityki społecznej, to rodowita wrocławianka, która jakością wypowiedzi i zdolnością formułowania myśli wyprzedza o kilka długości całą stawkę polityków SLD i Nowej Lewicy w parlamencie. Polityczna singielka, wiele zawdzięczająca swojej szanowanej w środowisku kultury matce. Ze względu na jakość, intelekt i indywidualizm jest w partii nielubiana i trudno jej będzie znaleźć poparcie wewnątrz własnego stronnictwa. Partia nie lubi takich rzeczy.
Dominik Kłosowski to bardziej prawdopodobny kandydat betonowego skrzydła SLD. Ambitny, gorliwy obrońca swoich zwierzchników, w kuluarach Rady Miejskiej coraz częściej nazywany człowiekiem z wazeliny. Znany z prowadzenia Komisji Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej, Transportu i Inicjatyw Gospodarczych w taki sposób, żeby przypadkiem się nie przepracowała, za to lojalnie realizowała wszystkie interesy prezydenta. Złapany na osiedlu Sołtysowice z prospektem dewelopera w ręku. Na kampanię mu z pewnością nie zabraknie.
Czy Bezpartyjni i PSL znajdą nowe otwarcie dzięki Renacie Granowskiej?
Renata Granowska, wyrzucona z PO i z funkcji wiceprezydenta Wrocławia, zachowuje dobre relacje z otoczeniem marszałka Gancarza i będzie zabiegać o nominację PSL lub Bezpartyjnych. Nie ma nic do stracenia: budowana mozolnie pozycja zaczęła się sypać, a tylko prezydencka lub parlamentarna szarża może uratować ją od marginalizacji. Immunitet poselski też nie zaszkodzi a mówi się, że w PSL są działacze, którzy widzieliby panią Granowską na „jedynce” listy do Sejmu.
Michał Rado, młody sołtys Bystrzycy i członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, to rosnąca nadzieja Bezpartyjnych. Media go lubią, kamery go lubią, kariera z roku na rok przyspiesza. Ostatnio zasłynął poparciem dla budowy spalarni odpadów. Ciekawy punkt w życiorysie kandydata na prezydenta dużego miasta.
Jerzy Michalak, sprawdzony kandydat Bezpartyjnych, po dwóch latach nadal ma w nazwie profilu na Facebooku słowa "kandydat na Prezydenta Wrocławia". Oratorsko znakomity. Po poprzednich nieudanych próbach trudno go pominąć. Profil na Facebooku gotowy, to dobry start.
Razem i Konfederacja
Marta Stożek z Razem to ideowa posłanka formacji Adriana Zandberga. Karierę zaczęła od pewnego falstartu, ale pnie się po drabinie popularności. Zasłynęła zawiadomieniem do CBA w sprawie możliwej korupcji w Urzędzie Miejskim Wrocławia. We Wrocławiu to dość rzadka specjalność.
Krzysztof Tuduj z Konfederacji zaangażował się w ostatnią próbę odwołania Sutryka, choć jego głównym obszarem zainteresowań pozostaje obronność. Wobec słabego zaangażowania w lokalne sprawy poprzedniego kandydata Konfederacji, Roberta Grzechnika, Tuduj jest najbardziej prawdopodobnym wyborem partii Mentzena i Bosaka.
To wszystko tylko okruchy informacji, które dla Was zebraliśmy. Niektóre z wątków zasługują na dużo głębsze i szersze rozwinięcie. Śledźcie nasze profile, niebawem dalszy ciąg programu!
Obserwujemy. Notatki prowadzimy. Wy też możecie.
Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.
Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.
Śląsk Wrocław wraca do Ekstraklasy. To dobra wiadomość – i nie tylko sportowa. Ale zanim wrocławscy decydenci zaczną wypinać pierś do orderów, warto przypomnieć, skąd właściwie przyszliśmy i co nam grozi, jeśli nie wyciągniemy wniosków.
Awans jest faktem. I ma swoją cenę.
Sezon w pierwszej lidze dobiegł końca sukcesem. Awans, który jeszcze w styczniu niewielu uważało za realny, stał się faktem. Zarząd klubu – mimo ogromu trudności, braku jednoznacznego wsparcia ze strony miejskich decydentów i atmosfery permanentnego kryzysu – ustabilizował sytuację i osiągnął cel.
Należy to powiedzieć wprost, bo w tym środowisku rzadko pada.
Powrót do Ekstraklasy oznacza również konkretne pieniądze. W nadchodzącym sezonie Śląsk może liczyć nawet na 15 milionów złotych z praw do transmisji telewizyjnych. Ekspozycja medialna przekłada się na atrakcyjność sponsorską – a ta w pierwszej lidze była po prostu nieporównywalna. Klub zyskuje nowe możliwości. I właśnie dlatego teraz – nie za rok, nie po następnym sezonie – należy zadać twarde pytania o to, co dalej.
40 milionów złotych – czekamy na rozliczenie
W budżecie miasta na rok 2026 zaplanowano dla Śląska łącznie 40 milionów złotych. Sama kwota nie dziwi – klub jest miejską własnością i wymaga finansowania. Dziwi co innego: ani prezes spółki, ani urzędnicy miejscy nie przedstawili Radzie Miejskiej rzetelnych wyliczeń dotyczących faktycznej sytuacji finansowej klubu. Pieniądze zaplanowano, ale bez transparentnego uzasadnienia.
Do tego dochodzi sprawa raportu Grant Thornton – dokumentu, który miał opisywać kondycję Śląska, a którego wnioski okazały się rozbieżne z rzeczywistymi przepływami finansowymi między klubem a spółkami komunalnymi. Ta nierzetelność nie jest kwestią przeszłości. Będzie rzutować na wiarygodność finansowania klubu przez kolejne lata.
Dlatego oczekujemy na podsumowanie co klub zrobił z przekazanymi pieniędzmi do dzisiaj. I co zamierza z nimi zrobić do końca roku. Czas na sprawozdanie i to dużo bardziej szczegółowe niż pierwsza prezentacja prezesa Jezierskiego.
Byliśmy po stronie klubu. I dlatego pytamy.
SOS Wrocław należy do nielicznych, którzy w najtrudniejszym momencie stanęli po stronie klubu – wtedy, gdy był on bezpardonowo atakowany, a miejscy decydenci zachowywali dziwne milczenie. Pisaliśmy o tym, czego wstydzi się Jarosław Królewski. Tłumaczyliśmy, dlaczego wojna o Śląsk jest również naszą wojną. Ci sami, którzy wtedy milczeli lub szkodzili – dziś będą pierwsi do świętowania.
Nie o wyścig zasług jednak chodzi. Chodzi o coś ważniejszego: o to, żeby sukces nie stał się pretekstem do powrotu starych nawyków.
Demony wyczuwają pieniądze
Sukces i perspektywa nadchodzących środków uruchomi mechanizmy, które dobrze znamy. Dziwne usługi doradcze. Agenci sportowi z nieoczywistymi kontraktami. Faktury za świadczenia, których wartości nie sposób zweryfikować. To wszystko już było. I doprowadziło do konkretnego skutku: klub z budżetem rzędu 80 milionów złotych rocznie nie był w stanie utrzymać się w Ekstraklasie.
Zanim więc politycy i działacze, którzy chcą, żeby „w Śląsku było jak było", zaczną dyktować warunki nowego otwarcia – niech najpierw odpowiedzą na kilka prostych pytań:
- Dlaczego klub z tak dużym budżetem spadł do pierwszej ligi?
- Na co konkretnie szły pieniądze?
- Którzy agenci zarobili najwięcej i na jakich warunkach?
- Czy wszystkie zakontraktowane usługi były realnie świadczone, a klub faktycznie na nich korzystał?
To nie są pytania złośliwe. To są pytania, których zadanie jest obowiązkiem każdego, kto poważnie traktuje publiczne pieniądze.
Prywatyzacja: debata musi się zacząć teraz
Awans to też właściwy moment, żeby rozpocząć poważną rozmowę o przyszłości właścicielskiej klubu. Śląsk Wrocław może być wart znacznie więcej niż dziś – ale tylko wtedy, gdy będzie zarządzany przejrzyście, a jego finanse będą w porządku. Tylko tak można przeprowadzić dobrą prywatyzację – taką, która przyniesie miastu realną wartość, a nie kolejną rundę strat pokrywanych z miejskiej kasy.
A wydatki pokrywające wygenerowaną stratę są szczególnie bolesne. Nie tworzą żadnej wartości. Są dowodem na to, że coś poszło fundamentalnie nie tak.
Nie może być jak było. Bo wiemy, jak to się kończy.
SOS Wrocław monitoruje wydatki publiczne i rozliczalność wrocławskich decydentów. Jeśli chcesz wiedzieć więcej – obserwuj nas i dołącz do społeczności.
Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?
Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?
Krawiec, kucharze, mechanik i właściciele starego diesla zrobili coś, co warszawskim salonom wydawało się niemożliwe. Rzucili na kolana partyjny kartel i jego napędzaną publicznymi milionami machinę. Kraków właśnie pokazał partiom, że straciły kontakt z obywatelami. Cała Polska powinna słuchać uważnie.
Pod Wawelem zaczynały się rewolucje obywateli przeciwko systemowi
Dziś obywatelska stolica Polski przeniosła się do Krakowa. I nie jest to pierwszy raz, gdy dawna siedziba królów staje się miejscem walnego przełomu. W 1794 roku Kościuszko złożył na krakowskim Rynku przysięgę, skąd wyruszyli kosynierzy, którzy kilka dni później wygrali pod Racławicami. W 1846 roku rewolucjoniści ogłosili tu Manifest znoszący pańszczyznę - powstanie upadło, ale zmusiło zaborców do reform. 31 października 1918 roku, zanim Warszawa zdążyła świętować niepodległość, Kraków był już pierwszym dużym miastem wolnym od zaborcy.
Czy dzisiejsza decyzja Krakusów to kamień, który poruszy lawinę? Wiele na to wskazuje.
Partie milczały. Media milczały. Obywatele nie.
W Krakowie niezadowolenie narastało latami. Obrosłe patologiami rządy Jacka Majchrowskiego zostały zastąpione jeszcze słabszymi rządami Aleksandra Miszalskiego. W społeczeństwie buzowały prawdziwe emocje i zapotrzebowanie na zmianę.
Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały partie polityczne. Donald Tusk po swojemu najpierw próbował przypisać obywatelom intencje partyjne - wspierania PiS-u i Konfederacji. Wrocławianie dobrze to znają. To stary repertuar: gdy władza traci monopol, stara się malować obywateli niczym oszołomów, a krytykę niczym zamach na stabilność miasta. Na to zapotrzebowanie nie znalazły również odpowiedzi partie opozycyjne – wśród najważniejszych twórców referendum nie znajdziemy Konfederacji czy PiSu. Partie dostały od obywateli żółtą kartkę.
Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały również tradycyjne media. Mądre głowy z mediów głównego nurtu pouczali mieszkańców, próbowały referendum schować, obśmiać, a gdy to nie działało – obrzydzić.
Na to zapotrzebowanie odpowiedziało dojrzałe społeczeństwo obywatelskie. Organizacje pozarządowe i lokalni patrioci pokazali, że potrafią się zorganizować, gdy łączy ich idea - nie faktura wystawiona urzędowi. Niezależne, obywatelskie media lokalne udowodniły, że piętnowanie władzy może mieć charakter ideowy. Niezależni dziennikarze - że kontrola władzy może wyglądać zupełnie inaczej niż w redakcjach żyjących z urzędowych ogłoszeń.
I należy powiedzieć jasno: to nie była po prostu obywatelska postawa. To był akt odwagi.
Patologie władz Krakowa brzmią dziwnie znajomo
Gdy czytaliśmy listę zarzutów mieszkańców Krakowa do ich władz – lista wydaje się być dziwnie podobna do tego, czemu przeciwstawiali się niezależni samorządowcy w Zabrzu, Częstochowie, Wrocławiu, Łodzi czy Rzeszowie.
Krakusi powiedzieli politykom, że nie ma zgody na budowę kartelu kolesi obsadzających wszystkie dostępne miejsca niezależnie od kompetencji. Powiedzieli nie dla przerostu biurokracji i nadmiernemu zadłużeniu. Sprzeciwili się nadmiernym ograniczeniom, podniesieniu opłat i pogorszeniu jakości życia.
Ale przede wszystkim opowiedzieli się przeciwko lokalnej klasie politycznej, która oderwała się od rzeczywistości. Przeciwko Radzie Miejskiej Krakowa, która zapomniała po co jest – by reprezentować mieszkańców a nie zapewniać komfort działania władzy i czerpać z tego tytułu korzyści. Przeciwko upartyjnieniu wyborów samorządowych, które niszczy jakość debaty publicznej i sprowadza ją do poziomu prymitywnej walki o nóż w błocie.
To klęska systemu, nie sukces opozycji
Ten obywatelski, mieszczański zryw okazał się silniejszy od propagandowych maszyn największych partii. To klęska koalicji rządzącej. Ale nie jest to też sukces sejmowej opozycji - ani PiS, ani Konfederacja nie mają tu nic do przypisania sobie. O wyniku referendum nie zdecydowali politycy. Zdecydowali ludzie, których żadna z tych partii nie reprezentuje.
Co więcej: wytrwałość ta nie wzięła się znikąd. Po nieudanej próbie odwołania Majchrowskiego w 2014 roku, po nieudanych próbach wprowadzenia do ratusza niezależnego prezydenta - krakowskie społeczeństwo obywatelskie nie ustało. Wyczekało właściwego momentu i uderzyło z pełną mocą. Tak wykuwa się społeczeństwo obywatelskie: w ogniu kolejnych prób, procesie wyciągania wniosków i budowania niezależnych instytucji.
Po Zabrzu Kraków jest kolejnym miastem odbitym układowi największych partii politycznych. Echa tego uderzenia już rozchodzą się po kraju i powodują drżenie nóg u samorządowych lawirantów, którzy żyli w przekonaniu o własnej nietykalności.Kraków to nie wyjątek. To instrukcja obsługi.
Czy powstanie nowy, obywatelski ruch?
Krakusi pokazali coś, w co wielu nie wierzyło: że w dużych miastach, w platformerskich bastionach, tam gdzie układ wydawał się najsilniej zakorzeniony - cała akcja jest możliwa. W wielu polskich miastach pod pokrywką od dawna buzuje wrzątek. Teraz nikt nie może już powiedzieć, że nie ma wzorca do naśladowania.
Rok temu w Zabrzu samorządowcy z całego kraju podpisali Manifest, który wskazuje co łączy niezależne ruchy lokalne. Nie ideologia. Nie walka polityczna. Łączy ich to, że ubiegają się o standardy w rządzeniu i zarządzaniu wspólnotami lokalnymi. Łączy ich to, że widzą jak władza centralna niszczy obywatelskość, bo to ona jest dla partii politycznych największym zagrożeniem. Spotkali się pod hasłem „Odzyskajmy nasze miasta”.
To jest sygnał dla obywateli, dla organizacji pozarządowych, dla wszystkich ruchów lokalnych: TRZEBA IŚĆ DALEJ. Mamy obowiązek szukać porozumienia i nowych platform współpracy – nie tylko dla naszych wspólnot. Również dla systemowej roli samorządu w naszym kraju podczas debaty konstytucyjnej, która została zapoczątkowana.
Istotne wezwanie do tej debaty wygłosił prof. Stępień, który ocenił, że samorząd oddalił się od pierwotnej idei decentralizacji i budowy społeczeństwa obywatelskiego. „Nastąpiła jakaś niesamowita centralizacja władzy w samym samorządzie” – powiedział w wywiadzie dla Portalu Samorządowego.
Potrzeba zmian wydaje się oczywista.
Idzie nowe: mamy szansę na nową jakość w życiu politycznym
Starego typu partie polityczne, starego typu media, starego typu elity nie odnajdują się w nowej, sieciowej rzeczywistości. Nie odpowiadają na wyzwania zmieniającego się świata, nie są w stanie skutecznie reprezentować mieszkańców. Po prostu „nie dowożą”.
Musimy rzucić im wyzwanie. Pokazać, że nie tylko można lepiej. Idą trudne czasy, które nie mogą zgodzić się na bylejakość. Na ciągłe odnoszenie się do zaprzeszłych krzywd. Na szukanie barier między ludźmi tam, gdzie powinny być mosty.
W ten stary świat klinem muszą wbić się nowego rodzaju organizacje. Oddolne, oparte o ruchy obywatelskie i sąsiedzkie. Ludzie, których łączy lokalny interes oraz szerokie, państwowe myślenie. I sprzeciw wobec patologii obecnego systemu partyjnego, medialnego i skompromitowanych elit. I to najwyższy czas.
Niezależni aktywiści ze wszystkich miast Polski – łączmy się!
Czy Kraków to początek upadku rządu dusz, który dzierżą zasiedzieli na stołkach politycy? Dowiemy się niebawem. Ale wiele na to wskazuje. Najwięcej zależy od nas samych.
Piotr Uhle
Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku
Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku
Park Krzycki, ulica Letnia, rejon Skarbowców - to miejsca, o których przyszłość rozstrzyga się właśnie teraz. Trwają konsultacje Planu Ogólnego Wrocławia, dokumentu wyznaczającego zasady zabudowy całego miasta na kolejne dekady. Urząd przyjmuje uwagi tylko do poniedziałku 25 maja. Deweloperzy swoje już złożyli.
Co decyduje o tym, czy pod twoim oknem wyrośnie betonowy wieżowiec, czy powstanie bezpieczny park? Plan Ogólny Wrocławia - dokument, który na dekady przesądzi o losach całego miasta. Urzędnicy zbierają uwagi tylko do 25 maja (poniedziałek), a głosowanie nad planem odbędzie się już 20 lipca. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli teraz odpuścimy, deweloperzy i drogowcy bez skrupułów wykorzystają każdą lukę, którą miasto próbuje przemycić w nowych przepisach. Nikt nie przypilnuje naszych interesów za nas.
Park Krzycki i Dolina Olszówki: dość gry w kotka i myszkę
Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej
Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej
Warto spojrzeć na mapę lokalnych spraw na Krzykach - jako przykład tego, dlaczego czujność musi być teraz na najwyższym poziomie. To tylko wycinek walki o przyszłość dzielnicy, ale bardzo wymowny. Najważniejszą sprawą wymagającą sprzeciwu jest ochrona Parku Krzyckiego i Doliny Olszówki. Ten z trudem wywalczony teren z naturalną retencją i unikalną przyrodą wciąż nie może spać spokojnie. W urzędniczych planach stale tli się pomysł wybudowania tam drogi. Wpuszczenie ruchu samochodowego i stworzenie łącznika drogowego to wyrok śmierci dla rekreacji, ciszy i bezpieczeństwa. Postulat jest jeden: całkowity zakaz zabudowy drogowej w Parku Krzyckim i pełna ochrona ciągłości zieleni.
Ulica Letnia: wywalczone ograniczenia muszą zostać
Kolejny punkt zapalny to ulica Letnia. Pamiętamy, jak wspólnie obroniliśmy tę okolicę przed dramatycznym przeskalowaniem - blokując plany wielkich willi miejskich i wielorodzinnych bloków wciskanych na siłę przez deweloperów. Sukces okazał się jednak tymczasowy. Jeśli w nowym Planie Ogólnym zostaną zapisane zbyt elastyczne wskaźniki wysokości czy intensywności zabudowy, inwestorzy natychmiast wrócą z nowymi pomysłami. Wywalczone ograniczenia muszą trafić do dokumentu na stałe.
Ulica Mglista i rejon Skarbowców: stop betonowaniu
Podobna presja dotyczy ulicy Mglistej i rejonu Skarbowców. Każdy wolny skrawek ziemi jest tam traktowany jako okazja na kolejny blok - bez oglądania się na przepustowość dróg, brak parkingów czy komfort dotychczasowych mieszkańców. Plan Ogólny musi stawiać tu jasne granice i chronić ten rejon przed dalszym dogęszczaniem i betonowaniem.
Do 25 maja: złóż uwagi, zanim ktoś zrobi to za ciebie
Urzędnicy liczą na to, że skomplikowane procedury zniechęcą mieszkańców. Tam, gdzie brakuje głosu społeczności, natychmiast pojawiają się korzyści dla deweloperów. Mamy czas tylko do 25 maja (poniedziałek) na złożenie uwag do Wydziału Planowania Przestrzennego. Konkretnych - o zachowanie zieleni, obniżenie dopuszczalnych wysokości i wykreślenie planów drogowych niszczących parki.
Stawką jest to, jak Krzyki będą wyglądać przez kilkadziesiąt lat. Głosowanie 20 lipca, więc teraz jest ostatni moment. Udostępniajcie, rozmawiajcie z sąsiadami, składajcie wnioski. To nasza wspólna przestrzeń - nie pozwólmy, żeby Wrocław został zaplanowany bez nas.
Aleksandra Maniewska, współinicjatorka akcji "W obronie ulicy Letniej".
Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.
Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.
Dramatyczny spadek chęci posiadania dzieci wśród młodych Polek i Polaków pozostaje w istotnym związku przyczynowym z wieloletnimi zaniedbaniami państwa i klasy politycznej po 1989 r., w szczególności w zakresie polityki edukacyjnej, mieszkaniowej, rynku pracy oraz ochrony socjalnej rodziny. Państwo, realizując przez dekady politykę o charakterze neoliberalnym i antysocjalnym, doprowadziło do osłabienia stabilności ekonomicznej młodego pokolenia - a tym samym do ograniczenia konstytucyjnie chronionej możliwości zakładania rodziny i posiadania dzieci.
Państwo ma konstytucyjny obowiązek ochrony rodziny
Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo „znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej". Jeżeli ogromna część młodych obywateli rezygnuje z rodzicielstwa z powodów ekonomicznych, mieszkaniowych i psychicznych - można argumentować, że państwo nie wykonało należycie swojego konstytucyjnego obowiązku.
Ochrona rodziny nie może być wyłącznie deklaracją ideologiczną. Musi oznaczać dostępne mieszkania, stabilny rynek pracy, przewidywalny system edukacji, bezpieczeństwo ekonomiczne, dostęp do żłobków i ochrony zdrowia oraz możliwość godzenia pracy z rodzicielstwem. Brak tych elementów oznacza faktyczne osłabienie funkcji ochronnej państwa.
Przykłady mówią same za siebie. Rząd SLD Leszka Millera nowelizacją Kodeksu pracy z grudnia 2001 r. skrócił urlopy macierzyńskie - cofnięto wydłużenie wprowadzone zaledwie dwa lata wcześniej, wracając do 16 tygodni przy pierwszym porodzie. Program 500+ PiS miał wspierać rodziny, ale nie rozwiązał żadnego problemu strukturalnego - deficytu żłobków, kosztu mieszkań, prekaryzacji pracy. Transfery pieniężne zastąpiły realną politykę rodzinną, a od 2022 r. inflacja pochłonęła realne wartości świadczeń. Rządy PO przez osiem lat nie wypracowały żadnej spójnej polityki budownictwa społecznego, a po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie potrafi się porozumieć w kwestii polityki mieszkaniowej - zamiast tego mamy nieustające przepychanki między politykami KO, PL2050, PSL i Lewicy. We Wrocławiu Jacek Sutryk do dziś nie uchwalił Gminnego Programu Rewitalizacji, który pomógłby przeciwstawić się negatywnym tendencjom demograficznym w centrum miasta. Rada miejska przystąpiła do jego sporządzenia w 2021 r., ale przez cztery lata prezydent nie doprowadził prac do końca. Osiedla Nadodrze, Kleczków, Ołbin i Brochów wciąż czekają na skoordynowane wsparcie.
Zniszczenie systemu edukacji od lat 90.
Od transformacji ustrojowej edukacja była wielokrotnie podporządkowywana interesom politycznym i eksperymentom ideologicznym. Kolejne reformy likwidowały stabilność systemu, obniżały prestiż zawodu nauczyciela, pogłębiały nierówności społeczne i nie przygotowywały młodych ludzi do realiów rynku pracy i życia rodzinnego.
Młode pokolenie zostało wychowane w kulturze permanentnej konkurencji, presji sukcesu i niepewności ekonomicznej. Szkoła coraz mniej pełni funkcję wspólnotową i wychowawczą, a coraz bardziej - selekcyjną i testową. To prowadzi do wypalenia psychicznego, depresji i przekonania, że rodzicielstwo jest „ryzykiem", a nie naturalnym etapem życia.
Rząd Millera ciął subwencje oświatowe podczas kryzysu finansów publicznych po 2001 r. - samorządy masowo zamykały szkoły wiejskie i małomiasteczkowe, pogłębiając nierówności edukacyjne między centrum a peryferiami. Reforma Anny Zalewskiej z 2017 r. zlikwidowała gimnazja i w ciągu dwóch lat objęła „podwójnym rocznikiem" szkoły ponadpodstawowe - uczniowie z dwóch roczników jednocześnie starali się o miejsca w liceach. NIK stwierdził, że MEN nie przeprowadził rzetelnych analiz finansowych; wydatki samorządów wzrosły dwukrotnie więcej niż subwencja. Pod wnioskiem o referendum w tej sprawie podpisał się prawie milion Polaków. Rząd Tuska z kolei wymusił obowiązkowe „sześciolatki" w szkole podstawowej wbrew sprzeciwowi rodziców i ekspertów pedagogicznych, bez odpowiedniego przygotowania infrastruktury - i przez całą dekadę tolerował dramatycznie niskie płace nauczycieli, odpędzając kolejne roczniki od zawodu. We Wrocławiu samorząd Sutryka przez lata nie inwestował wystarczająco w profilaktykę zdrowia psychicznego uczniów - problem nasilił się po pandemii, a zasoby publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych pozostają niewystarczające wobec skali potrzeb. Sprawę pogłębia brak systemowej odpowiedzi na dynamiczny wzrost populacji dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Antyrodzinna polityka mieszkaniowa
To jeden z najmocniejszych argumentów. Przez dekady państwo nie prowadziło skutecznej polityki budownictwa społecznego, dopuściło do spekulacji mieszkaniami, wspierało sektor bankowy bardziej niż młode rodziny i tolerowało wzrost cen nieruchomości oderwany od realnych wynagrodzeń.
W praktyce młody człowiek musi brać kredyt na 30-40 lat, często nie ma zdolności kredytowej, płaci ogromne czynsze i żyje w permanentnym lęku finansowym. W takich warunkach decyzja o dziecku staje się nie decyzją emocjonalną, lecz ekonomicznym hazardem.
Przez całe lata 90. i 2000. TBS-y - jedyna poważna forma budownictwa społecznego - wybudowały łącznie zaledwie ok. 100 tys. mieszkań w skali całego kraju. Wobec skali deficytu mieszkaniowego to była kropla w morzu, a rząd SLD nie zbudował żadnej realnej alternatywy dla kredytu hipotecznego. PiS ogłosił program „Mieszkanie+" jako przełom - skończył się fiaskiem, bo przez kilka lat zbudowano ułamek zapowiadanych lokali. Ta sama ekipa w 2018 r. uchwalała specustawę „lex deweloper", umożliwiając deweloperom omijanie miejscowych planów zagospodarowania i napędzając spekulację gruntami. Jako wisienka na torcie - program Bezpieczny Kredyt 2%, który wywindował ceny mieszkań zamiast je obniżyć. Rządy PO szły podobną ścieżką: programy „Rodzina na Swoim" i „Mieszkanie dla Młodych" dopłacały do kredytów - napędzały popyt, nie podaż, co podbijało ceny. Premier Tusk wprost bronił „śmieciówek" jako instrumentu elastyczności rynku pracy, nie widząc - albo nie chcąc widzieć - związku między niestabilnością dochodów a niemożnością uzyskania zdolności kredytowej. We Wrocławiu miasto konsekwentnie sprzedawało grunty komunalne deweloperom zamiast przeznaczać je pod budownictwo społeczne. Jak dokumentowaliśmy, ekipa Sutryka nie przeszkadzała realizacji interesów wybranych deweloperów, wspierając grupy spekulantów gruntami, którzy budowali swoje fortuny na bliskich relacjach z urzędnikami miejskimi. Tereny olimpijskie to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów.
Państwo stworzyło model społeczeństwa zadłużonego, wynajmującego, pozbawionego bezpieczeństwa majątkowego. A bez poczucia bezpieczeństwa demografia zawsze będzie spadać.
Rynek pracy jako źródło niepewności
Po transformacji utrwalił się model rynku pracy oparty na umowach śmieciowych, niestabilności zatrudnienia, nadgodzinach i niskiej ochronie pracownika. Młodym ludziom przez lata wmawiano: bądź elastyczny, bądź mobilny, bądź gotowy na wszystko.
To model społeczny sprzeczny z budowaniem rodziny. Rodzina wymaga czasu, stabilności, przewidywalności i bezpieczeństwa. Tymczasem współczesny model ekonomiczny premuje samotność, mobilność i pracoholizm.
Ustawa o zatrudnieniu pracowników tymczasowych z 2003 r., uchwalona przez rząd SLD, stworzyła ramy prawne, które systemowo sankcjonowały nietrwałe formy zatrudnienia jako normę, nie wyjątek. Szczyt popularności umów śmieciowych przypadł na rządy PO - po kryzysie 2008-2009 model „elastycznego zatrudnienia" stał się powszechną normą, a premier Tusk publicznie go bronił jako źródła odporności polskiej gospodarki na recesję. Odpowiedzialnością za własną prekarność obciążano pracowników, nie pracodawców ani ustawodawcę. PiS mimo hasła „dobra zmiana" nie zlikwidował umów śmieciowych - ograniczył się do minimalnego oskładkowania niektórych umów zleceń w 2016 r. W efekcie Polska miała w szczycie rządów PiS jeden z najwyższych w UE odsetków zatrudnienia tymczasowego wśród młodych. Dziś problem dotknął Wrocław w szczególny sposób: z raportu Barometr rynku pracy z kwietnia 2026 r. wynika, że dwukrotnie wzrósł odsetek organizacji przewidujących redukcję zatrudnienia - z 4,9% rok temu do 9,8%, najwyższy wynik od 2017 r. Może to bezpośrednio dotknąć centra usług biznesowych, które we Wrocławiu zatrudniają ponad 70 tys. osób.
Państwo przerzuciło koszty życia na jednostkę
Kolejne rządy stopniowo wycofywały się z odpowiedzialności społecznej - prywatyzowały usługi, komercjalizowały ochronę zdrowia, pozostawiały wysokie koszty opieki nad dziećmi bez wsparcia, zaniedbywały psychiatrię. Obywatel został pozostawiony sam sobie z modelem „radź sobie sam" - modelem antywspólnotowym i antyrodzinnym.
Rząd Millera przeprowadził głęboką komercjalizację szpitali i przekształcenia w ochronie zdrowia - ograniczając koszyk usług refundowanych i wprowadzając odpłatność za część świadczeń. Prywatyzacja jako „ratunek dla systemu" stała się dogmatem przekazywanym kolejnym rządom. Rząd PO podwyższył w 2012 r. wiek emerytalny do 67 lat bez równoczesnej reformy rynku pracy i budownictwa społecznego - koszty dłuższej aktywności zawodowej przerzucono na pracownika w warunkach niepewnego zatrudnienia i wysokich kosztów życia. PiS zlikwidował OFE, przenosząc ryzyko emerytalne z powrotem na jednostkę - bez budowania realnych mechanizmów bezpieczeństwa na starość. Jednocześnie nakłady na psychiatrię pozostawały jednymi z najniższych w UE. We Wrocławiu Sutryk zawiesił prace nad Gminnym Programem Rewitalizacji - odebrał tym samym mieszkańcom zdegradowanych osiedli perspektywę skoordynowanego wsparcia publicznego. Jednocześnie opłaty za gospodarkę odpadami mają wzrosnąć do 70 zł od osoby, czyli 3360 zł rocznie dla czteroosobowej rodziny.
Kryzys psychiczny młodego pokolenia
Liczba zamachów samobójczych, w tym zakończonych śmiercią, wśród dzieci i młodzieży w latach 2017−2023 Źródło: Komenda Główna Policji (statystyka.policja.pl). Obrazek: Fundacja Praesterno
Nie można pomijać wpływu chronicznego stresu, niepewności jutra, inflacji, kryzysów gospodarczych, pandemii i braku zaufania do instytucji państwa. Młodzi ludzie często nie odrzucają dzieci dlatego, że „nie lubią rodziny" - ale dlatego, że nie wierzą w stabilną przyszłość, boją się biedy i nie chcą skazywać dziecka na życie w ciągłej walce ekonomicznej. To racjonalna reakcja na warunki społeczne, które stworzono im przez ostatnie trzy dekady.
Polska psychiatria była przez całą dekadę transformacji głęboko niedofinansowana - nakłady na opiekę psychiatryczną oscylowały na poziomie 3-3,5% budżetu NFZ wobec europejskiej średniej ponad 10%. Rządy SLD nie przełamały tego trendu. Przez osiem lat rządów PO nakłady na psychiatrię nie wzrosły proporcjonalnie do PKB, a zdrowie psychiczne jako temat polityki publicznej praktycznie nie istniało. PiS ogłosił w 2018 r. reformę psychiatrii dziecięcej - słuszną w założeniu, ale chaotyczną i niedofinansowaną w realizacji. Kolejki do psychiatrów dziecięcych wydłużyły się dramatycznie podczas pandemii, gdy potrzeby eksplodowały. Wrocław nie stworzył żadnego miejskiego programu wsparcia zdrowia psychicznego mieszkańców - dziedzina pozostała w gestii kontraktów z NFZ, nad którymi samorząd nie miał wpływu. Jednocześnie miasto intensywnie promowało narrację „Wrocław miastem sukcesu i imprez" - całkowicie rozmijającą się z rzeczywistością psychologiczną znacznej części mieszkańców.
Odpowiedzialność polityczna elit
Kryzys demograficzny nie jest wyłącznie skutkiem zmian kulturowych. Jest przede wszystkim konsekwencją wieloletnich błędów politycznych i gospodarczych elit rządzących po 1989 roku.
Rząd Millera przeprowadził bolesne cięcia budżetowe - plan Hausnera zamroził płace w sferze budżetowej, ograniczył zasiłki dla bezrobotnych, ciął politykę społeczną. Uzasadnieniem było „dostosowanie do UE" - priorytety społeczne ustąpiły przed wymogami fiskalnymi. PiS mimo retoryki „polityki rodzinnej" wzmocnił polaryzację społeczną - tworzył transfery dla wybranych grup, nie budując systemowej infrastruktury: żłobków, dostępnych mieszkań, stabilnego zatrudnienia. Polska dzietność w tym czasie nadal spadała. Rządy PO przez dekadę budowały narrację modernizacji przez prywatyzację i elastyczność - bez adresowania strukturalnych przyczyn niepewności młodych. Po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie ogłosiła żadnej spójnej polityki demograficznej. Sutryk przez lata rządów konsekwentnie stawiał interesy deweloperów ponad interesami młodych rodzin - brak budownictwa społecznego, sprzedaż gruntów, zawieszony GPR, rosnące czynsze. Wrocław pod jego rządami stał się jednym z najdroższych miast w Polsce dla młodych ludzi chcących założyć rodzinę.
Niski poziom dzietności jest w znacznym stopniu skutkiem systemowych zaniedbań państwa. Zamiast realnie chronić rodzinę - stworzono warunki, w których posiadanie dzieci stało się dla wielu młodych ludzi luksusem ekonomicznym i psychicznym, a codzienne życie sprowadza się do walki o przetrwanie.
Damian Daszkowski
10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.
10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.
Sprawdziliśmy, co Jacek Sutryk szykuje dla Pilczyc, Kozanowa i Popowic.
Chcąc przymierzyć się do oceny proponowanych rozwiązań projektowych w Planie Ogólnym, szukaliśmy obszaru będącego pod opieką Rady Osiedla, którego struktura funkcjonalno-przestrzenna jest mocno zróżnicowana. Takie założenie daje duże szanse i wysokie prawdopodobieństwo na to, że wnioski, które z takiej analizy wynikną, będą odzwierciedleniem polityki dla całego obszaru miasta – polityki, za którą odpowiada Prezydent Jacek Sutryk i środowisko polityczne, które reprezentuje.
Liczyliśmy również na to, że wyniki analizy pozwolą odpowiedzieć na pytanie, kto zyska, a kto straci, jeżeli zaproponowane ustalenia w Planie Ogólnym zostaną przyjęte przez Radnych Rady Miejskiej Wrocławia, w której większość decyzyjną mają Radni popierający Platformę Obywatelską i Prezydenta Jacka Sutryka.
Czy to się udało? Oceńcie sami. Zapraszamy na obszar Rady Osiedla Pilczyce-Kozanów-Popowice Płn. Czyli na obszar bardzo zróżnicowany funkcjonalnie i przestrzennie – obszar, na którym zgodnie z informacją opublikowaną przez Urząd Miejski Wrocławia mieszka 30 320 osób. Więcej mieszkańców z 48 obszarów poszczególnych Rad Osiedli mają tylko obszary Rady Osiedla Karłowice-Różanka oraz Rady Osiedla Leśnica.
Przechodząc do sedna sprawy: na co mogą liczyć Mieszkańcy Pilczyc, Kozanowa i Popowic w części północnej, czyli co nakazała Platforma Obywatelska, a co realizuje Jacek Sutryk?
Korki, korki i jeszcze raz korki…
Najbliższe otoczenie stadionu miejskiego to teren, na którym wyznaczono bardzo duży obszar zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (3351SW i 3348SW). Obecnie jest to teren aktywności usługowej i gospodarczej o niskiej intensywności i wysokości zabudowy. W projekcie Planu Ogólnego intensywność zabudowy oznacza minimum 10 000 nowych mieszkań, czyli co najmniej tyle samo samochodów na już zakorkowanych ulicach: Metalowców, Lotniczej, Górniczej, Hutniczej czy węźle Autostradowej Obwodnicy Wrocławia – zwłaszcza na zjeździe w kierunku Stadionu, gdzie niemal każdego dnia samochody ustawiają się na pasie awaryjnym.
(Planowana zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna w Planie Ogólnym – Strefy 3351SW i 3348SW - obręb geodezyjny Gądów Mały, ale w granicach administracyjnych osiedla Pilczyce - Kozanów - Popowice Płn.)
Brak ochrony zieleni osiedlowej!
W obowiązującym Studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego ochronę zieleni osiedlowej zapewniało wyznaczenie „obszarowych form zieleni wypoczynkowej”. Niestety Pan Prezydent, oprócz realizacji polityki nadmiernego dogęszczania miasta, realizuje politykę likwidacji zieleni osiedlowej.
(Przykład „obszarowych form zieleni wypoczynkowej” (zielone kreskowanie) na Popowicach, czyli realnej ochrony zieleni osiedlowej w Studium)
Przykład nałożenia grafiki Planu Ogólnego na Studium pokazuje, że na Popowicach (i nie tylko) większość zieleni osiedlowej chronionej w Studium, w projekcie Planu Ogólnego została pozbawiona ochrony i znajduje się w Strefach zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (np. Strefy 3003SW, 3051SW…).
To może więcej usług, zwłaszcza społecznych?
„Kto we Wrocławiu mieszka, ten się z cyrku nie śmieje”… takie powiedzenie ostatnio jest powtarzane przez Mieszkańców, a niektórzy dodają, że już dawno zastąpiło inne hasło, z którego Wrocław słynął, czyli „Wrocław miasto spotkań”. Dzisiaj we Wrocławiu spotykają się głównie deweloperzy i ustalają, że w miejscu usług kultury na Pilczycach oraz targowiska na Popowicach będzie zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna.
W planie ogólnym wyznaczono strefę 1254SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej o wysokości 18 m. Obecnie jest tam jednokondygnacyjny obiekt usługowy z usługami kultury.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia, Strefa 80SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej i dopuszczalną wysokością 40 metrów! Obecnie teren handlu i usług w formie targowiska)
Brak ochrony wartości historycznych
Teren dawnego cmentarza pomiędzy ROD Pilczyce a Cmentarzem Żydowskim, ze względu na swój historyczny charakter i lokalizację, powinien być przeznaczony na zieleń jako wyraz szacunku do wartości historycznych oraz jako uzupełnienie istniejącej struktury przestrzennej. Zamiast tego zaproponowano kolejną zabudowę mieszkaniową wielorodzinną o wysokości 25 metrów.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1224SW)
Pełen (dys)komfort wypoczynku, czyli (byle)jakość życia na ROD „Pilczyce”
Pełnego komfortu nie będzie. Świadome działanie na szkodę Mieszkańców, czyli brak decyzji o uchwaleniu planu miejscowego chroniącego tereny ogrodów działkowych, przyczynił się do wydania decyzji o warunkach zabudowy, która zaburzyła istniejący układ przestrzenny ogrodów na ROD Pilczyce. W Planie Ogólnym utrwalono taki stan prawny i wyznaczono strefę 1276SW, czyli dopuszczono na działkach 6/6 i 6/7 zabudowę mieszkaniową wielorodzinną. Efekt? Część działkowców będzie miała sąsiadów podglądaczy na balkonach bez konieczności używania lornetki.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1276SW)
Co z przestrzeniami między blokami i parkingami?
Są, ale nie będzie. Jeżeli ktoś myślał, że dobrze zaprojektowane osiedla z lat 70. i 80. dalej będą miały niezmieniony charakter, to się mylił. Przykładem jest Kozanów i strefa 3154 SW, czyli wyznaczenie na terenie zieleni i parkingów zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – jedna z kilku wskazanych stref: Strefa 3154 SW)
To tylko niektóre przypadki świadomego działania na szkodę mieszkańców i pogorszenia jakości życia, jakie zostały zawarte w projekcie Planu Ogólnym miasta Wrocławia.
Nie zwlekajcie. Sprawdźcie swoją okolicę. Jesteśmy przekonani, że w taki sposób Prezydent Jacek Sutryk niszczy każde osiedle, także to, na którym mieszkacie!
Link do projektu planu ogólnego z etapu konsultacji społecznych znajdziecie tutaj: https://geoportal.wroclaw.pl/www/pog_ks_app/.
Błażej Stopka
Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?
Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?
Renata Granowska opuszcza fotel wiceprezydentki Wrocławia. Po sobie zostawia zdemotywowane departamenty, kilka rozkręconych afer i rozedrgany klub KO w Radzie Miejskiej. Czas na rachunek sumienia - choć niekoniecznie jej.
Niesmak w departamentach i wśród NGO
Zacznijmy od tego, czego nie widać w mediach, ale słychać w korytarzach magistratu. W departamentach podległych Granowskiej panuje atmosfera, którą trudno opisać inaczej niż jako zmęczenie i demotywacja. Urzędnicy pracujący pod jej nadzorem od lat skarżą się na styl zarządzania - a właściwie na brak jakiegokolwiek stylu poza jednym: bezwarunkowa lojalność. Najlepiej również bezrefleksyjna.
Nie lepiej wyglądał stan wrocławskich organizacji pozarządowych. Sektor NGO, który powinien być partnerem dla samorządu, czuł się traktowany instrumentalnie. Naciski, arbitralne decyzje, styl komunikacji otoczenia wiceprezydentki - to wszystko składa się na obraz, który sami działacze NGO opisywali jako totalnie poniżający.
Do tego dochodzi niewyjaśniona kwestia nadzoru nad zawodowym sportem. Granowska twierdziła, że nie nadzorowała działalności drużyn sportowych, gdy jednocześnie jej mąż był prezesem klubu piłki ręcznej Śląsk Wrocław - beneficjenta milionowych miejskich dotacji. Jak i gdzie przebiega granica między zawodowym sportem a "nienadzorowaniem zawodowego sportu" - tego wyborcy wciąż nie wiedzą. To kłamstwo będzie się za Granowską ciągnęło i będzie do niej wracało w najmniej spodziewanych momentach.
Trzy afery, jedna bohaterka
Trudno o bardziej wymowny bilans niż afera śmieciowa, afera sierocińcowa i afera z kartami płatniczymi - wszystkie z bezpośrednim lub pośrednim udziałem Granowskiej lub jej najbliższego otoczenia.
- Afera śmieciowa to historia, którą SOS Wrocław opisywał szczegółowo. Prezes Ekosystemu Izabela Piekielnik odeszła ze stanowiska w grudniu 2024 roku po rozmowie z wiceprezydentką, którą - według wiarygodnych relacji - odebrała jako nacisk na opóźnienie przetargu na odbiór odpadów. Przetarg rzeczywiście się opóźnił. Potem utknął w sądach. Potem go unieważniono. Wrocław w 2025 roku musiał dołożyć do Ekosystemu 42 mln zł z budżetu miasta na kontrakty zawierane "z wolnej ręki". Od kilku miesięcy sprawę badają CBA i Prokuratura Krajowa. Łączna kwota zamówień bez przetargu to dziś około 0,5 miliarda złotych. A może jeszcze urosnąć.
- Afera sierocińcowa - mąż Granowskiej dorabiał w domu dziecka w Obornikach Śląskich, a ta sama placówka apelowała o wsparcie finansowe. Zbieżność dat i stanowisk pozostawia wiele do życzenia.
- Wreszcie karty płatnicze - wiceprezydentka i jej wydatki ze służbowej karty. Szczegóły ujawniali między innymi youtuberzy, co samo w sobie mówi coś o poziomie transparentności w wrocławskim magistracie.
Osieroceni radni KO destabilizują klub
Polityczna siła Granowskiej w dużej mierze opierała się na frakcji wewnątrz klubu KO. Jej trzon stanowili: Agnieszka Rybczak jako przewodnicząca Rady Miejskiej, Martyna Stachowiak oraz - nazwijmy to po imieniu - łże-aktywiści, czyli Izabela Duchnowska, Robert Suligowski i Sławomir Czerwiński. Ci ostatni wywodzą się ze środowisk, które przez lata budowały wizerunek obywatelskiego zaangażowania, a de facto stali się pasem transmisyjnym wpływów wiceprezydentki.
W tym wszystkim osobną rolę odgrywa Robert Leszczyński, który - jak to ma w zwyczaju - stara się ustawiać po stronie wiejącego wiatru politycznych zmian. Kiedy potrzeba, straszy Marcinem Kierwińskim, swoim szefem w ministerstwie. Kiedy potrzeba, mówi o standardach etycznych. Priorytety są jasne.
Pretekstem do otwartego konfliktu staje się sprawa Agnieszki Rybczak - co do której relacje medialne są jednoznaczne: wszystko wskazuje, że nie mieszka we Wrocławiu, co kwestionuje jej prawo do mandatu radnej. Na jej fotel ma chrapkę Sebastian Lorenc, wspierany przez Jarosława Charłampowicza i - oczywiście - Grzegorza Schetynę. Po drugiej stronie stoi Igor Wójcik, który raz już był oficjalnym kandydatem partii na przewodniczącego rady i w tajnym głosowaniu został przez "kolegów i koleżanki" zdradzony. Rachunki krzywd są dobrze pamiętane zarówno przez Wójcika jak i Lorenca, który często dawał zdecydowany odpór prymitywnym metodom zarządzania Granowskiej.
Klub jest rozedrgany, rozemocjonowany. Ten bałagan będzie porządkowany przez najbliższe miesiące. Z jakim skutkiem? Zobaczymy.
Reforma osiedli: 48 000 zł za projekt, który trafił do szuflady
KO obiecywało pozytywną reformę rad osiedli. Zabrano się za nią na chybcika, co skończyło się politycznym zamieszaniem. Suligowski i Czerwiński - we współpracy z urzędnikami departamentu podległego Granowskiej - przygotowali autorski, nieskonsultowany projekt. Ekspert kosztował 48 000 zł. Klub zaopiniował projekt negatywnie i zdjął go z porządku obrad.
Końca tej historii jednak nie ma. Suligowski i Czerwiński zgłosili uchwałę ponownie do porządku obrad na czerwcowe posiedzenie, łamiąc regulamin KLUBU ko. Co z tego wyniknie - jeszcze nie wiadomo. Ale jasne jest jedno: projekt, który kosztował publiczne pieniądze i wywołał wewnętrzny kryzys, wraca jak bumerang.
Co teraz? Kasa, spółka, a może jednak prawdziwa praca?
Mówiło się o lotnisku - ale tam jest już Karol Przywara, zaufany człowiek Sutryka. Historycznie znany jest też z innego powodu: to jemu Dariusz Stasiak, radny sejmiku, zarzucił zorganizowanie wyjazdu do Wietnamu, podczas którego - jak ujawniły media - doszło do słynnej klapkowej afery. Przywara miał nie uprzedzić uczestników, że nie wolno wynosić hotelowych kapci. Stasiak stracił twarz, Przywara - posadę w urzędzie marszałkowskim. Dziś, ku zaskoczeniu wielu, kieruje wrocławskim lotniskiem.
Mówiło się też o MPK, gdzie Granowska zasiadała w radzie nadzorczej. Propozycja, jaka padła, była - według naszych informacji - dalece niesatysfakcjonująca. Miasto nie miało do zaproponowania nawet miejsca w zarządzie spółki.
Pozostaje pytanie fundamentalne: dlaczego miejska spółka? Dlaczego koniecznie publiczne pieniądze, koniecznie decyzje o publicznych wydatkach? Czy to nagroda za dymiący krater, który Granowska zostawia po sobie opuszczając Urząd? Czy klasyczny "kop w górę" - wypchnięcie problematycznego polityka w miejsce, gdzie może mniej zaszkodzić?
Granowska przez lata wypowiadała się z entuzjazmem o przedsiębiorczości. Jej najbliższe otoczenie jest - jak widać po aktach sprawy śmieciowej i nie tylko - bardzo przedsiębiorcze. Może czas pokazać klasę w prywatnym biznesie? Chętnie napiszemy przychylny tekst pod tytułem: Renia chce się sprawdzić w biznesie. Propozycja stoi otwarta.
Tekst powstał na podstawie materiałów: Gazeta Wyborcza Wrocław (Marcin Rybak, Magdalena Kozioł), Radio ZET, O2.pl, radio-dtr.live oraz własnych ustaleń redakcji SOS Wrocław.
Czy damy się zabetonować? Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach - powstaje plan ogólny
Plan Ogólny Wrocławia. Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach
Mieszkańcy Sołtysowic od ponad roku alarmują, że ich osiedle stanie się drugim Jagodnem. Deweloper, który chciał postawić tam ponad 6000 mieszkań w trybie lex deweloper, zmienił strategię. Teraz Plan Ogólny Wrocławia przygotowano dokładnie tak, że sam nie mógłby przewidzieć lepszych warunków.
Osiedle, które ma się potroić
Sprawa nie jest nowa. Firma deweloperska przymierzała się do zakupu terenów przy alei Poprzecznej od 2018 roku, gdy mówiła o 3000 mieszkań. W lutym 2025 roku kupiła kolejne 12 hektarów ziemi między torami kolejowymi a ulicą Sołtysowicką, płacąc ponad 55 milionów złotych. W najnowszych oficjalnych dokumentach mowa jest już o 6500 lokalach. Zakładając, że w każdym mieszkaniu osiedlą się średnio dwie osoby, za Koroną zamieszka co najmniej 13 tysięcy ludzi. Tyle, co w małym mieście. Sołtysowice liczyłyby wówczas trzykrotnie więcej mieszkańców niż dziś, przy układzie komunikacyjnym z lat pięćdziesiątych.
Deweloper przekonywał, że ma dla miasta dobrą ofertę. Na swój koszt miałby postawić wiadukt i wybudować szkołę. "Skala prywatnych środków, jakie planujemy przeznaczyć na miejską infrastrukturę w tym rejonie jest bezprecedensowa nie tylko w skali Wrocławia, lecz także i kraju" - zapewniał prezes spółki. Nie precyzował jednak, gdzie dokładnie wiadukt miałby powstać.
Ratusz uspokajał. Potem sam zmienił plan
Gdy w marcu 2025 roku Radio Wrocław pytało o te plany, rzecznik Urzędu Miasta uspokajał: obowiązujący miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego nie pozwala na jakąkolwiek zabudowę w tym rejonie. Dosłownie stwierdził, że może tam powstać "budka z kebabem, toi-toi i ścieżki rowerowe". Miasto wydało jednak deweloperowi dwie decyzje środowiskowe, obejmujące dziewięć budynków o wysokości do 14 kondygnacji, a w procesie była już kolejna, trzecia. Kiedy w lutym 2024 roku Rada Osiedla Sołtysowice zakwestionowała te działania, Urząd Miasta odpowiedział, że przekracza swoje kompetencje.
Gdy temat zelektryzował opinię publiczną, wiceprezydent Jakub Mazur stwierdził, że "nieuczciwe jest niepokojenie mieszkańców Sołtysowic i budowanie polityczno-wyborczej sensacji" oraz że ani prezydent, ani sprzyjający mu radni nigdy nie pozwolą na zabudowanie tego miejsca. Na wcześniejszy alarmujący post Rady Osiedla miasto odpisało, że "działania polityczne i populistyczne są tutaj niepotrzebne".
Tymczasem deweloper zrezygnował z drogi przez lex deweloper - ścieżki, która wymagała zgody Rady Miejskiej. Zamiast tego w projekcie Planu Ogólnego Wrocławia dla terenów wokół alei Poprzecznej pojawiła się możliwość intensywnej zabudowy wielorodzinnej. Obowiązujący MPZP przewidywał tam tereny zielone i ograniczenie zabudowy. Teraz plan ogólny otwiera drogę do budowy kilkunastopiętrowych bloków z ograniczeniem terenów biologicznie czynnych. Przygotowany prawdopodobnie tak, jak deweloper by sobie tego życzył.
Mieszkańcy mówią "nie". Radni osiedla mówią "nie". Miasto robi swoje
Rada Osiedla Sołtysowice zdecydowanie sprzeciwia się tej skali inwestycji, a jej uchwały sprzeciwu zapadały jednogłośnie. Rada Osiedla wskazuje na realia: w godzinach szczytu przejazd aleją Poprzeczną na odcinku nieco ponad kilometra trwa niekiedy nawet godzinę, bo szlabany na przejeździe kolejowym zamykają się co kilka minut. Problem ten jest znany od lat i wciąż nierozwiązany. Przepustowość dróg nie wzrosła, a zaproponowany plan ogólny dla tej części osiedla na sprowadzi kilkadziesiąt razy więcej nowych mieszkańców, niż liczy ono teraz.
Rada Osiedla uchwaliła swój sprzeciw już w kwietniu 2023 roku, w momencie gdy wszczęto postępowanie w trybie lex deweloper. Miasto odpowiedziało, że organ doradczy przekracza kompetencje. Rada zwróciła się o wsparcie do radnych miejskich, mediów i mieszkańców, zapowiadając protest do Rady Miejskiej.
Podczas trwających konsultacji nad Planem Ogólnym mieszkańcy zgłaszają konkretne postulaty: zwiększenie powierzchni biologicznie czynnej, ograniczenie wysokości zabudowy, zmniejszenie jej intensywności, zachowanie zielonego charakteru tej części osiedla, a do tego dokończenie Alei Północnej z wiaduktem nad torami, przebudowa alei Poprzecznej i ulicy Sołtysowickiej, nowe przedszkole i szkoła oraz wyznaczenie działki pod przychodnię zdrowia. I jasna kolejność: najpierw infrastruktura, dopiero potem nowa zabudowa.
Zabudowa Sołtysowic to nie tylko sprawa jednego osiedla
Przytoczone tereny wokół alei Poprzecznej nie są sprawą jednego osiedla. Plan Ogólny będzie dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju całego Wrocławia na kolejne dekady. To od niego zależy, czy za kilka lat obudzimy się w mieście projektowanym pod jakość życia mieszkańców, czy pod maksymalizację możliwości zabudowy.
Mieszkańcy nie mówią "nie" rozwojowi. Mówią "nie" sytuacji, w której decyzje planistyczne o skali całego miasta są przygotowywane z pominięciem tych, którzy w tym mieście żyją. I pytają, kto tak naprawdę decyduje o tym, co znajdzie się w dokumencie, który ma obowiązywać przez lata.
Dlatego warto zainteresować się konsultacjami i poświęcić chwilę na analizę projektu. Jeśli mieszkańcy nie będą uczestniczyć w takich procesach, decyzje zapadną bez nich, a skutki tych decyzji zostaną z nami na dziesięciolecia.
Przyjdź, zabierz głos. Spotkajmy się w niedzielę o 10:00 przy targowisku na Młynie przy ul. Poprzecznej. Do zobaczenia!
Magdalena Gajewska-Królicka



























