Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.

Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło

Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.

Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.

Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie

To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:

Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.

Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.

Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy

W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.

Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.

Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.

O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?

„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"

Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.

WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:

Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!

Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.

Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.

Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi

Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.

Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.

Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.

Walczymy dalej – na każdym froncie

Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.

Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.

 


Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Nagrody zamiast odpraw i posady bez konkursów. Ratusz nie powie, ile kosztowało pożegnanie wiceprezydentów, ale mówimy o łącznej kwocie rzędu 150 000 zł.

Onet.pl donosi: Renata Granowska zarobiła na stanowisku wiceprezydenta 284 tys. zł w ciągu jednego roku. Michał Młyńczak - 265 tys. zł. Obydwoje zgotowali w mieście poważne problemy, jednak nim stracili funkcje, prezydent Sutryk przyznał im nagrody mające zastąpić trzymiesięczne odprawy. Ile? Ratusz odmówił odpowiedzi.

Polityczny targ za absolutorium

Sutryk uzyskał absolutorium za 2025 rok wyłącznie głosami Koalicji Obywatelskiej. Cena była z góry ustalona: wymiana dwóch wiceprezydentów na kandydatów wskazanych przez lidera dolnośląskiej KO Michała Jarosa. 18 maja Granowska i Młyńczak stracili stanowiska. Dzień później pojawili się następcy.

Przepisy nie przyznają wiceprezydentom automatycznego prawa do odprawy po odwołaniu przez prezydenta. Sutryk poszedł jednak inną drogą.

Urząd: nagrody wypłacamy - kwot nie podamy

Jak ustalił Onet, rekompensatą za brak odpraw miały być nagrody przyznane przez prezydenta. Granowska napisała wprost, że - "nagroda miała wyczerpywać trzymiesięczną odprawę". Przy jej rocznym wynagrodzeniu rzędu 284 tys. zł oznaczałoby to kwotę oscylującą wokół 70 tys. zł. W przypadku Młyńczaka, zarabiającego 265 tys. zł rocznie, byłoby to ok. 66 tys. zł. Razem, z grubsza licząc - około 150 000 zł.

Ratusz nie potwierdził ani nie zaprzeczył tym kwotom. Biuro prasowe odmówiło podania wysokości nagród - mimo że chodzi o publiczne pieniądze. Rzecznik Tomasz Sikora przekazał jedynie, że nagrody były - "za wykonane zadania". Na pytanie, kiedy Granowska i Młyńczak zrzekli się pieniędzy, nie odpowiedział.

- Chciałbym dowiedzieć się, za co są te nagrody. Za kompromitację i chaos z nierozstrzygniętym przez ponad rok przetargiem na śmieci? Za konflikty interesów, CBA i Prokuraturę Krajową w urzędzie? A może to tylko premia za lojalność i milczenie? - komentuje radny Piotr Uhle z SOS Wrocław.

Posady dla kolesi bez konkursów

Granowska i Młyńczak niemal z miejsca trafili do zarządów spółek miejskich - i to bez żadnego postępowania konkursowego. Dla Granowskiej MPK Wrocław utworzyło dodatkowe stanowisko wiceprezesa. Młyńczak zasiadł w fotelu prezesa Ekosystemu, a dotychczasowy szef spółki Paweł Karpiński przesunął się na pozycję zastępcy.

Sutryk obiecywał przed drugą kadencją, że stanowiska w zarządach miejskich spółek będą obsadzane w drodze konkursów. Nie pierwszy raz ta obietnica okazała się bezwartościowa.

Ekosystem, w którym wylądował Młyńczak, jest spółką prowadzoną od lat w cieniu skandalu. CBA zabezpieczało tam dokumentację dotyczącą przetargów na odbiór odpadów z lat 2019-2025. Spółka odpowiada za wywóz śmieci i prowadzenie PSZOK-ów. Na jej czele stanął człowiek, który jako wiceprezydent nadzorował tę samą branżę.

- Sutryk i jego kolesie zbudowali sieć zależności finansowo-politycznych, jakiej samorząd nigdzie w Polsce nie widział. Wyprowadzanie kasy do prywatnych kieszeni jest o tyle bezczelne, że kolesie śmieją nam się w twarz. Czy ktoś jeszcze pamięta o obiecanych konkursach? - mówi radny Piotr Uhle.

Obie ręce w jednej kieszeni

Nagrody zostały zwrócone - ale dopiero wtedy, gdy opinia publiczna się tym zainteresowała, a posady w spółkach były już pewne. Granowska napisała, że zrzekła się nagrody po powołaniu do zarządu MPK. Młyńczak złożył analogiczne oświadczenie po objęciu prezesury Ekosystemu. Kolejność zdarzeń jest wymowna: najpierw nagroda, potem ciepła posada, na końcu symboliczny gest zwrotu.

Niektórzy powiedzą: to i tak lepiej niż gdyby uznali, że te nagrody im się po prostu należały. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że kilka dni wcześniej do urzędu miasta wpłynęło zapytanie w tym przedmiocie. Nagrody oddali zatem po złapaniu na gorącym uczynku.

Mieszkańcy Wrocławia jako współwłaściciele komunalnych spółek zapłacą za ten układ dwa razy: raz przez budżet miejski, który nagrody przyznał, i drugi raz przez spółki, które zatrudniają na eksponowanych stanowiskach polityków bez otwartej rekrutacji. Ratusz zaś odmawia podania kwot.

Czytaj tekst w Onecie!


Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.

W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".

To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.

Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.

Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?

W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.

Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.

Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.

Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.

Skąd ta troska o demokrację?

Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?

Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.

Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.

Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.

A potem Sutryk zapomniał o konkursach

Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.

W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:

  • Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
  • Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
  • Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)

Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.

Złoty spadochron

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.

Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.

Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".

Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."

Kolesie boją się demokracji?

Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.

Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.

Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.

SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.

 


Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle

Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle

Krakusi powiedzieli: miasto jest nasze, nie Krakówka. Jacek Sutryk narzeka, że obywatele chcą mu wywrócić stolik, i że miastem coraz trudniej się zarządza, bo ludzie nie dowierzają miastu. Jak to możliwe, że ludzie nie dowierzają miastu zarządzanemu przez człowieka z zarzutami za oszustwa? Kto mu wyjaśni tę tajemnicę?

Przez Polskę toczy się ferment zapowiadający obywatelską wiosnę ludów. Rzeszów, Łódź, Poznań, Gliwice, Częstochowa, Tarnów – sprzeciw wobec odklejonych władz może przejść do etapu otwartej konfrontacji na udeptanej ziemi – w referendum odwoławczym. A władze tych miast wcale nie są lepsze od wrocławskich. I nic dziwnego, że otrzymujemy tyle sygnałów, by wrócić do rozmowy o odsunięciu szkodników od władzy we Wrocławiu.

Jacek Sutryk wyjaśnił wrocławianom - w Radiu Rodzina i w programie Dariusza Wieczorkowskiego - czym w jego głowie jest referendum odwoławcze. Narzędziem "mniejszości", która "może wywracać stolik właściwie permanentnie" i "destabilizować sytuację w mieście". Mechanizmem, który "pewne polityczne czy około polityczne siły" mogą "wykorzystywać". Sprawą, na którą "szkoda czasu". To ton kogoś, kto uwierzył, że władza mu się należy, i kto szczerze nie rozumie, dlaczego coraz więcej ludzi ma w tej kwestii odmienne zdanie.

Co bardziej destabilizuje miasto: obywatele czy nieuczciwe, nieudolne rządy?

Fot. youtube.com/@DEWURADIO

Sutryk mówi, że inicjatywa referendalna destabilizuje miasto. Pytanie, co je stabilizowało przez ostatnie lata. Jego nieudolne, szkodliwe i nieuczciwe rządy czy działania ruchów obywatelskich? Jaki wpływ na wiarygodność, stabilność i wizerunek miasta ma ciężki akt oskarżenia dotyczący oszustw i łapownictwa, który wisi nad prezydentem Wrocławia niczym katowski topór?

Sutryk w Radiu Rodzina, próbował czerpać siłę z dwóch inicjatyw referendalnych, w których zabrakło podpisów w ustawowym czasie 60 dni. Biło od niego lekceważenie wobec kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, którzy swoim podpisem wyrazili gotowość by podziękować mu za współpracę bez okresu wypowiedzenia.

Wydawał się nie dostrzegać, że lokalna debata publiczna była blokowana przez sieć układów i powiązań finansowych. Ta swoista cenzura ekonomiczna niszczy demokrację w mieście. Dlaczego? Bo porządni, uczciwi ludzie bali się, że zostaną zniszczeni przez władzę jak Janek Piontek z fundacji Weź Pomóż. Bo bali się represji.

Dzisiaj sytuacja w Polsce i we Wrocławiu jest jednak diametralnie inna. Krakusi pokazali, że się da. Za trzy miesiące pokażą, czy potrafią po odwołaniu złej władzy wybrać lepszą. Szczerze trzymam kciuki!

Wrocławskie elity chcą zdusić ideę prawa mieszkańców do miasta

Wrocławskie media głównego nurtu, z kilkoma światłymi wyjątkami, od dłuższego czasu powtarzały zachowania odwrotne niż można byłoby od nich oczekiwać. Zamiast stać po stronie słabszych - mieszkańców przeciwko silniejszym – władzy, skupiały się na umniejszaniu bądź etykietowaniu inicjatyw oddolnych. Sprawa nasilała się wraz ze wzrostem zagrożenia obecnej władzy. Gdy zagrożenie mijało – nadchodziła odwilż.

Jednak gdy Kraków powiedział: sprawdzam - i wygrał - kampania przyspieszyła. Portal tuwroclaw.com napisał, że ewentualne trzecie referendum we Wrocławiu byłoby "totalną kpiną z demokracji i kompletnym lekceważeniem woli Wrocławian". Sutryk mówi o "bogatych ludziach", którzy mogą finansować "taką działalność". Powoli konstruuje się przekaz: ci, którzy zbierają podpisy, są narzędziem w cudzych rękach. Obcy. Prowokatorzy. Szaleńcy. Nie mogę się doczekać aż znów naślą na tych prowokatorów i szaleńców bojówkę Soku z Buraka.

Nie obawiam się tego z jednego powodu: władza nie ma już monopolu na informację. Przełamaliśmy ją prowadząc merytoryczną dyskusję na temat miasta w internecie i na ulicach Wrocławia. A gdy w uregulowanym nurcie rzeki raz powstanie wyłom – trudno jest go zatamować.

Strach zajrzał w oczy pseudoelicie Wrocławia

Z rezerwą przyjmowałem entuzjazm, który jako SOS Wrocław odbieramy od mieszkańców od tygodnia. Krakowskie referendum obudziło w mieszkańcach coś, czego dawno nie było: nadzieję, że naprawdę można powiedzieć - dość. Moja rezerwa nie wynikała z braku wiary w mieszkańców. Wynikała z tego, że dokładnie wiem, ile wysiłku kosztuje inicjatywa referendalna w dużym mieście i jak wygląda zbieranie podpisów. A także czym mogą grozić akolici prezydenta zaangażowanym w akcję osobom, które w jakiś sposób zależą od instytucji miasta lub ich sojuszników.

Ale dzięki wspomnianym wcześniej nerwowym reakcjom widzę co innego. Widzę, że tamci się przestraszyli. Strach zajrzał w oczy ludziom, którzy od lat żyją wygodnie w cieniu władzy, przekonani, że nie ma piekła i że rozliczenie nie przyjdzie. Wróciły koszmary. I w tym strachu widać odpowiedź na pytanie, które stawiałem sobie przez długi czas: o co im tak naprawdę chodziło z tą "stabilizacją"? O zarządzanie miastem - czy o spokojną prywatyzację miejskiego grosza bez żadnego ryzyka, że ktoś powie: sprawdzam?

Najlepiej pokazuje to narzekanie Sutryka, że "zarządzanie miastem staje się coraz trudniejsze". Dlaczego? Bo trzeba "tłumaczyć, co jest prawdą, a co fake newsem". Bo pojawia się "frustracja z powodu dyskutowania z oczywistymi faktami". Innymi słowy: problem nie leży w finansach miasta, w długu, w kontraktach, w zarzutach prokuratorskich. Problem nie leży w tym, że władza wielokrotnie oszukała mieszkańców. Z Jackiem Sutrykiem na czele. Problem leży w ludziach, którzy o to pytają. Którzy mówią: sprawdzam. A to największy grzech.

No to jeżeli pan, Panie Prezydencie jest już taki zmęczony rządzeniem to może czas dać sobie spokój? Znajdą się na Pana miejsce lepsi. Poprzeczka wcale nie jest wysoko zawieszona.

Niczego nie zrozumieli

Fot. fb.com/sutrykjacek

Może i się przestraszyli. Może i przeciwdziałają. Ale nie wyciągnęli żadnych wniosków. Po wyborach prezydenckich w Polsce. Po referendum w Krakowie. Po tym, co stało się w Zabrzu i innych polskich miastach - elita władzy powinna coś zrozumieć. Że obywatele nie są bierni. Że cierpliwość ma granice. Że władza nie jest dożywotnim przywilejem.

Nie zrozumieli nic. Są pyszni, dumni i pewni siebie. Spoglądają na zwykłego mieszkańca z góry. Przyjmują tylko pochwały na swój temat. Inne głosy to "manipulacja ze strony sił destabilizujących", gdy głos ten zaczyna przeszkadzać.

Rozumiem teraz lepiej, co czuli Krakusi obrażani przez "Krakówek" - elitę, która poczuła się władna do pouczania, co jest demokratyczne, a co "totalną kpiną z demokracji". Tę samą rolę we Wrocławiu odgrywa dziś skompromitowana dekadą układów elita władzy, i innych instytucji.

Ta „elita” nie potrafiła się oczyścić po tym, co wyszło na jaw. Przeciwnie - utaplała się mocniej w tym syfie, bo trwanie układu jest warunkiem własnego bezpieczeństwa. Zepsuta elita władzy kryta przez unurzane w dziwnych relacjach media. Chwalone przez uzależnionych finansowo ludzi kultury. Zapraszane do wspólnych projektów przez zniewolone grantami środowisko pozarządowe, spółdzielnie mieszkaniowe, szkoły, przedsiębiorstwa, kluby sportowe. Zamknięty obieg. Wszyscy są sobie nawzajem winni milczenie.

A "prawdziwa cnota prawdy się nie boi" - mawiał Krasicki. Tylko że w tym przypadku trudno mówić o cnocie. Mówimy o człowieku, który z zarzutami o oszustwa i łapówkarstwo rządzi miastem i tłumaczy mieszkańcom, że to oni destabilizują miasto. Oni niczego nie zrozumieli. A skoro do tej pory nie zrozumieli – nie zrozumieją już nigdy.

Drogi mieszkańcu!

Pytam Cię wprost.

Czy czujesz się dobrze reprezentowany przez wrocławską elitę władzy? Czy sprawy w mieście idą w dobrą stronę? Czy władza daje Ci przestrzeń do współrządzenia miastem? Czy reprezentanci władzy mają do Ciebie szacunek? Czy wsłuchują się w Twoje potrzeby?

A może jest inaczej: zepsuta elita władzy uzależniła od siebie kolejne instytucje, upojona władzą marginalizuje obywateli, poniża myślących samodzielnie a zamiast służyć mieszkańcom – tłumaczy  im dlaczego nie mają racji?

Jak myślisz, dlaczego wszyscy razem mówią Ci, że referendum to "kpina z demokracji", a ci, którzy uważają, że trzeba zacząć zbierać podpisy, to "szaleńcy i prowokatorzy"? Co będzie następnym krokiem po odebraniu ludziom prawa do odwoływania złej władzy? Może czas odebrać mieszkańcom prawo do jej wyboru? W końcu tylko przeszkadzają i zadają głupie pytania.

Pod skorupą tej zimnej i plugawej, pewnej siebie, szczelnej wrocławskiej „elity” – kryje się coś, czego ona się nie spodziewała. Ogień. Taki, który zniósł "Krakówek". Który zniósł prezydentkę w Zabrzu i ruszył kilkunaście innych polskich miast. Który zaczyna być widoczny również we Wrocławiu. I może znieść tę władzę jak lawa.

Bo powiedzmy sobie serio: w czym Wrocławianie są gorsi od Krakusów?

Chcesz coś zmienić we Wrocławiu? Napisz do nas!

 

Piotr Uhle


Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.

Jeszcze gorszy niż odwołany

Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.

Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.

Urząd robił wszystko, żeby nas złamać

Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.

Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.

Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.

Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców

Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.

Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.

Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.

Czytaj cały wywiad,


Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień. 

AKTUALIZACJA:

Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.

Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.

Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.

Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.

Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.

Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.

Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.

Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo

W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.


Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kraków pokazał, że referenda się zdarzają. Wrocław może być następny. Przy tej okazji warto przyjrzeć się galerii chętnych, którzy od dawna skromnie, bardzo skromnie czekają w kolejce po fotel w Sukiennicach. Zrobiliśmy dla Was research. Miejscami jest zabawnie. Będziecie zaskoczeni jak bardzo.

KO, czyli partia, która zawsze ma kogoś pod ręką

Michał Jaros to człowiek o wyjątkowo nieszczęśliwym życiorysie politycznym: dwukrotnie usunięty ze stawki przy zielonym stoliku, za każdym razem przez swoich. W 2018 roku partia wybrała inaczej. W 2024 roku, mimo poparcia licznych organizacji społecznych i ruchów oddolnych, Jaros ostatecznie nie wystartował. Wojsko czekało na rozkaz, wódz zszedł do kwatery wroga i zaczął współrządzić z tym samym Sutrykiem, którego przez lata wskazywał jako główny problem Wrocławia. Żołnierze zostali na polu bitwy. Dziś, gdy kampania ma się znowu zacząć, część z nich może być mniej chętna, żeby znowu pożyczać swój wizerunek człowiekowi, który raz już ich zostawił. Mimo to Jaros ma naturalne pole position: jest szefem największej partii w regionie, która regularnie zbiera tu solidne wyniki. Trudno go pominąć. Łatwo zrozumieć, dlaczego mu nie ufają.

Grzegorz Schetyna jest jedną z tych postaci, które w polskiej polityce nie umierają, tylko na jakiś czas zmieniają parter na pierwsze piętro. Wicepremier, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, szef Platformy, senator. Kariera przyhamowała po aferze hazardowej i konflikcie z Donaldem Tuskiem, ale Schetyna trzyma się życia publicznego z zacięciem godnym lepszej sprawy. Z Wrocławiem związany od czasów studenckich, mocno zaangażowany w sport, co w praktyce oznaczało, że jego ludzie współrządzili Śląskiem Wrocław i doprowadzili klub do stanu, który dziś można opisywać wyłącznie eufemizmami. Schetyna ma wizerunek zakulisowego machera otoczonego doświadczonymi praktykami, którzy nie stronią od siłowych rozwiązań. Mówi się, że to właśnie jego szabla pozbawiła Jarosa funkcji marszałka województwa, kiedy ten po nią sięgał. Ironia polega na tym, że dziś Schetyna i Jaros blisko współpracują, bo Jarosowi brakowało właśnie tej szabli do uzbierania większości w partii. Polityka potrafi być naprawdę piękna.

Mateusz Jędrachowicz to teza kontrowersyjna, ale wrocławskie salony coraz częściej wymawiają to nazwisko przy okazji rozmów o najwyższych funkcjach w mieście, włącznie z teką wicemarszałka. Młody radny sejmiku, niezbyt wiele do powiedzenia, doświadczenie w realnej pracy jeszcze mniejsze, za to wynagrodzenie w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, do której trafił wbrew wcześniejszym obietnicom nieobsadzania stanowisk bez konkursów, wynosi, jeżeli wierzyć dziennikarzom, bagatela 28 tysięcy miesięcznie. Drogi mieszkańcu Wrocławia, ile Ty zarabiasz miesięcznie dzięki swojej uczciwej pracy? Mniej? Trzeba było nosić teczkę i zapisać się do partii. Jędrachowicz to modelowy przykład działacza nowej generacji KO: wyprany z idei, pozbawiony kręgosłupa, ustawiony zawsze z wiatrem, niezależnie od tego, skąd ten wiatr akurat wieje. Gdzie ci młodzi, którzy mieli zdusić centaury?

Familia i urząd, czyli kto zadba o szafy z trupami

Środowisko urzędnicze będzie chciało wskazać swojego delfina. Tyle że dobre słowo Sutryka wychodzącego tylnym wyjściem jest warte tyle, co w swoim czasie warte było dobre słowo niemal każdego innego polityka obleganego przez prokuraturę. Odchodzący raczej w niesławie Sutryk będzie chciał jednak zachować wpływ na wybór następcy, bo trupy w szafie trzeba chronić, interesy przyjaciół zaopiekować, a dobre imię nie może być zbyt często szargane przez tego, kto przejmie biurko. A następca będzie miał na co narzekać. Naprawdę będzie miał na co.

Jakub Mazur to pierwszy typ samego Sutryka. Wieloletni pierwszy zastępca, wyznaczany jako ten, który przejąłby miasto w przypadku prawomocnego wyroku sądu. Mazur poza częstymi i, jak podkreślają znawcy tematu, drogimi wycieczkami zagranicznymi na koszt podatnika, specjalizuje się w relacjach z biznesem i z pewnością potrafi zbierać środki na kampanię. Firmę, którą wcześniej obsługiwała m.in. państwową spółkę Tauron, przepisał na żonę. Firma specjalizuje się w reklamie. Do listy osiągnięć należy doliczyć dyplom MBA ze stajni Collegium Humanum. Ponoć Mazur, w przeciwieństwie do swojego szefa, miał notatki i chodził na zajęcia. Wysoka poprzeczka.

Radosław Michalski to dyrektor departamentu marki miasta, erudyta wykształcony między innymi we Florencji, człowiek z doskonałymi relacjami z Kościołem katolickim i całym wrocławskim ekosystemem turystyczno-gastronomicznym: restauratorzy, hotelarze, atrakcje, to jego naturalne środowisko. Często wskazywany jako możliwy kandydat środowiska urzędowego. Doświadczony w kampaniach wyborczych: kierował ostatnią kampanią Rafała Dutkiewicza w 2014 roku. Przynajmniej do pierwszej tury, kiedy widmo porażki z Mirosławą Stachowiak-Różecką skłoniło wszystkich do gruntownej przebudowy sztabu. Cenne doświadczenie na przyszłość.

Piotr Wojtyczka to doświadczony człowiek w publicznym biznesie, który wywodzi się z kręgów konserwatywnych. Rodzina pochodzi z Lubina, on sam przez lata funkcjonował w stowarzyszeniu Sapere Aude, nieformalnej młodzieżówce Rafała Dutkiewicza. Później zacieśnił relacje z Robertem Pietryszynem i Adamem Burakiem, a gdy ekipa Adama Hofmana szła z PiSu w górę, zabrała ze sobą również Wojtyczkę. Mówiło się, że posiada apartament po sąsiedzku z Danielem Obajtkiem. Później prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po zmianie władzy zajął się prowadzeniem klubu i nowego bytu medialnego, Wrocławskich Faktów, w których posiada jedną trzecią udziałów. Na poparcie Lewicy liczyć nie może, za to cieszy się szacunkiem w części wrocławskiego PiSu. Jak widać, różne drogi prowadzą do wrocławskiej polityki.

Izabela Kalisz z domu Pieniążczak to kandydatura, która zaskoczy wielu, ale jest jedynym nazwiskiem, na które może postawić tzw. familia, czyli krąg młodych działaczy skupionych wokół Sutryka od jego kampanii w 2018 roku. Wszyscy wywodzą się ze stowarzyszenia Sapere Aude, wszyscy od tamtej pory robią znakomite kariery – dla części dyrektorskie funkcje w urzędzie to była pierwsza praca. Damian Żołędziewski jest dyrektorem departamentu Prezydenta, Izabela Kalisz dyrektorką biura, Maria Michułka przez lata była szefową biura nadzoru właścicielskiego, dziś jako wzięta prawniczka obsługuje szereg miejskich spółek, Krzysztof Szłapka jest wicedyrektorem biura komunikacji internetowej, Jan Bujak osiągnął swój cel i jest dyrektorem Departamentu Nieruchomości i Eksploatacji, a jego zastępcą jest Monika Witkowska, również członkini familii. Towarzystwo ma więc wiele do stracenia. Prywatnie Izabela Kalisz jest szwagierką Damiana Żołędziewskiego: jej siostra od lat zarabia na utrzymaniu Hali Stulecia, a wcześniej miała być rekruterką we wrocławskim oddziale Collegium Humanum. Co za przypadek, co za rodzina. Szanse Kalisz na prezydenturę są marne, a jej ewentualne starcie z Wojtyczką nosiłoby znamiona skandalu obyczajowego, jednak to jedyne, na co familia realnie może sobie pozwolić. Chodzi o wyhandlowanie etatów u nowego prezydenta.

Marek Nowara to znany wrocławski deweloper, który od dłuższego czasu prowadzi intensywną kampanię budującą jego wizerunek publiczny. Założył stowarzyszenie Vergo City wpływające na politykę mieszkaniową miasta, udziela wywiadów Radiu Wrocław i Wrocławskim Faktom, popiera budowę metra i maluje się na aktywistę i eksperta. W wywiadach nie pojawia się jednak wątek kontrowersyjnych inwestycji prowadzonych w trybie Lex Deweloper. Nie pojawia się też wątek biznesów prowadzonych z synem sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa ani historia poprzedniej spółki deweloperskiej Inter-System, która seryjnie wygrywała przetargi na miejskie inwestycje, m.in. wrocławskie Afrykarium. Nie pada też nazwa powiązanej z nim kapitałowo firmy Aqua Serwis, która, jak sama pisze na swojej stronie, zarządza między innymi Aquaparkiem Wrocław i… wspomnianym wcześniej Afrykarium w ZOO. Bardzo wiele pominięć, jak na tak aktywnego medialnie człowieka.

PiS liczy głosy

Rozgrywka w obozie prawicy odbędzie się między kandydatami gangu tapirów a stronnikami posła Dworczyka i byłego premiera Morawieckiego. Pogodzić może ich kandydat niezależny od PiS ale… powiązany z ratuszem.

Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach zebrał 45 tysięcy głosów, choć przed głosowaniem niewielu umiało wymówić jego nazwisko. Prawnik, który w roli przewodniczącego klubu radnych chętnie korzysta z zawodowego arsenału. Lojalny działacz, który buduje nazwisko na konsekwentnym podnoszeniu partyjnej agendy PiSu w samorządzie.

Janusz Cieszyński to były minister w rządzie Morawieckiego i absolwent wrocławskiego XIV LO, co w pewnych kręgach uchodzi za wrocławski rodowód. Niewiele brakowało, by w 2023 startował do Sejmu właśnie z Wrocławia, partia zadecydowała jednak inaczej. Byłby ciekawym pomysłem na odświeżenie wizerunku PiSu w mieście po niezrozumiałych dla własnego elektoratu alpejskich kombinacjach przy poprzednich dwóch podejściach do inicjatywy referendalnej. Ciąży na nim praca w rządzie Mateusza Morawieckiego, która nadal wielu wyborcom kojarzy się po prostu źle.

Marek Mutor. Dziś rządzi Ossolineum, ale w przeszłości był radnym. Konserwatysta, jego kandydaturę ma wspierać zarówno Kazimierz Michał Ujazdowski jak i wrocławska Solidarność. A jeżeli Solidarność to i Jarosław Krauze, który zawsze stanowił nieformalne połączenie między obozem Jacka Sutryka a Prawem i Sprawiedliwością.

Lewica liczy stołki

Lewica będzie miała najwięcej do stracenia. Pięcioosobowy klub w Radzie Miejskiej przy śladowym poparciu to osobliwe osiągnięcie, możliwe wyłącznie dzięki układowi z Sutrykiem. Dlatego lewica podejmie wszelkie możliwe ruchy, by wpływ zachować. Warto też zaznaczyć, że stronnictwo starego aparatu partyjnego z PZPR, SDRP i Millerowskim SLD w krwiobiegu niedawno odbiło ważny przyczółek: z funkcji wicewojewody odwołano Piotra Kozdrowickiego, wywodzącego się z partii Roberta Biedronia, a wcześniej Nowoczesnej. Na to miejsce wsadzono Agnieszkę Mizę, zaprawioną w SLD-owskich walkach. Życzymy powodzenia w karierze.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra pracy i polityki społecznej, to rodowita wrocławianka, która jakością wypowiedzi i zdolnością formułowania myśli wyprzedza o kilka długości całą stawkę polityków SLD i Nowej Lewicy w parlamencie. Polityczna singielka, wiele zawdzięczająca swojej szanowanej w środowisku kultury matce. Ze względu na jakość, intelekt i indywidualizm jest w partii nielubiana i trudno jej będzie znaleźć poparcie wewnątrz własnego stronnictwa. Partia nie lubi takich rzeczy.

Dominik Kłosowski to bardziej prawdopodobny kandydat betonowego skrzydła SLD. Ambitny, gorliwy obrońca swoich zwierzchników, w kuluarach Rady Miejskiej coraz częściej nazywany człowiekiem z wazeliny. Znany z prowadzenia Komisji Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej, Transportu i Inicjatyw Gospodarczych w taki sposób, żeby przypadkiem się nie przepracowała, za to lojalnie realizowała wszystkie interesy prezydenta. Złapany na osiedlu Sołtysowice z prospektem dewelopera w ręku. Na kampanię mu z pewnością nie zabraknie.

Czy Bezpartyjni i PSL znajdą nowe otwarcie dzięki Renacie Granowskiej?

Renata Granowska, wyrzucona z PO i z funkcji wiceprezydenta Wrocławia, zachowuje dobre relacje z otoczeniem marszałka Gancarza i będzie zabiegać o nominację PSL lub Bezpartyjnych. Nie ma nic do stracenia: budowana mozolnie pozycja zaczęła się sypać, a tylko prezydencka lub parlamentarna szarża może uratować ją od marginalizacji. Immunitet poselski też nie zaszkodzi a mówi się, że w PSL są działacze, którzy widzieliby panią Granowską na „jedynce” listy do Sejmu.

Michał Rado, młody sołtys Bystrzycy i członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, to rosnąca nadzieja Bezpartyjnych. Media go lubią, kamery go lubią, kariera z roku na rok przyspiesza. Ostatnio zasłynął poparciem dla budowy spalarni odpadów. Ciekawy punkt w życiorysie kandydata na prezydenta dużego miasta.

Jerzy Michalak, sprawdzony kandydat Bezpartyjnych, po dwóch latach nadal ma w nazwie profilu na Facebooku słowa "kandydat na Prezydenta Wrocławia". Oratorsko znakomity. Po poprzednich nieudanych próbach trudno go pominąć. Profil na Facebooku gotowy, to dobry start.

Razem i Konfederacja

Marta Stożek z Razem to ideowa posłanka formacji Adriana Zandberga. Karierę zaczęła od pewnego falstartu, ale pnie się po drabinie popularności. Zasłynęła zawiadomieniem do CBA w sprawie możliwej korupcji w Urzędzie Miejskim Wrocławia. We Wrocławiu to dość rzadka specjalność.

Krzysztof Tuduj z Konfederacji zaangażował się w ostatnią próbę odwołania Sutryka, choć jego głównym obszarem zainteresowań pozostaje obronność. Wobec słabego zaangażowania w lokalne sprawy poprzedniego kandydata Konfederacji, Roberta Grzechnika, Tuduj jest najbardziej prawdopodobnym wyborem partii Mentzena i Bosaka.

To wszystko tylko okruchy informacji, które dla Was zebraliśmy. Niektóre z wątków zasługują na dużo głębsze i szersze rozwinięcie. Śledźcie nasze profile, niebawem dalszy ciąg programu!

Obserwujemy. Notatki prowadzimy. Wy też możecie.

 


Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.

Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.

Śląsk Wrocław wraca do Ekstraklasy. To dobra wiadomość – i nie tylko sportowa. Ale zanim wrocławscy decydenci zaczną wypinać pierś do orderów, warto przypomnieć, skąd właściwie przyszliśmy i co nam grozi, jeśli nie wyciągniemy wniosków.

Awans jest faktem. I ma swoją cenę.

Sezon w pierwszej lidze dobiegł końca sukcesem. Awans, który jeszcze w styczniu niewielu uważało za realny, stał się faktem. Zarząd klubu – mimo ogromu trudności, braku jednoznacznego wsparcia ze strony miejskich decydentów i atmosfery permanentnego kryzysu – ustabilizował sytuację i osiągnął cel.

Należy to powiedzieć wprost, bo w tym środowisku rzadko pada.

Powrót do Ekstraklasy oznacza również konkretne pieniądze. W nadchodzącym sezonie Śląsk może liczyć nawet na 15 milionów złotych z praw do transmisji telewizyjnych. Ekspozycja medialna przekłada się na atrakcyjność sponsorską – a ta w pierwszej lidze była po prostu nieporównywalna. Klub zyskuje nowe możliwości. I właśnie dlatego teraz – nie za rok, nie po następnym sezonie – należy zadać twarde pytania o to, co dalej.

40 milionów złotych – czekamy na rozliczenie

W budżecie miasta na rok 2026 zaplanowano dla Śląska łącznie 40 milionów złotych. Sama kwota nie dziwi – klub jest miejską własnością i wymaga finansowania. Dziwi co innego: ani prezes spółki, ani urzędnicy miejscy nie przedstawili Radzie Miejskiej rzetelnych wyliczeń dotyczących faktycznej sytuacji finansowej klubu. Pieniądze zaplanowano, ale bez transparentnego uzasadnienia.

Do tego dochodzi sprawa raportu Grant Thornton – dokumentu, który miał opisywać kondycję Śląska, a którego wnioski okazały się rozbieżne z rzeczywistymi przepływami finansowymi między klubem a spółkami komunalnymi. Ta nierzetelność nie jest kwestią przeszłości. Będzie rzutować na wiarygodność finansowania klubu przez kolejne lata.

Dlatego oczekujemy na podsumowanie co klub zrobił z przekazanymi pieniędzmi do dzisiaj. I co zamierza z nimi zrobić do końca roku. Czas na sprawozdanie i to dużo bardziej szczegółowe niż pierwsza prezentacja prezesa Jezierskiego.

Byliśmy po stronie klubu. I dlatego pytamy.

SOS Wrocław należy do nielicznych, którzy w najtrudniejszym momencie stanęli po stronie klubu – wtedy, gdy był on bezpardonowo atakowany, a miejscy decydenci zachowywali dziwne milczenie. Pisaliśmy o tym, czego wstydzi się Jarosław Królewski. Tłumaczyliśmy, dlaczego wojna o Śląsk jest również naszą wojną. Ci sami, którzy wtedy milczeli lub szkodzili – dziś będą pierwsi do świętowania.

Nie o wyścig zasług jednak chodzi. Chodzi o coś ważniejszego: o to, żeby sukces nie stał się pretekstem do powrotu starych nawyków.

Demony wyczuwają pieniądze

Sukces i perspektywa nadchodzących środków uruchomi mechanizmy, które dobrze znamy. Dziwne usługi doradcze. Agenci sportowi z nieoczywistymi kontraktami. Faktury za świadczenia, których wartości nie sposób zweryfikować. To wszystko już było. I doprowadziło do konkretnego skutku: klub z budżetem rzędu 80 milionów złotych rocznie nie był w stanie utrzymać się w Ekstraklasie.

Zanim więc politycy i działacze, którzy chcą, żeby „w Śląsku było jak było", zaczną dyktować warunki nowego otwarcia – niech najpierw odpowiedzą na kilka prostych pytań:

  • Dlaczego klub z tak dużym budżetem spadł do pierwszej ligi?
  • Na co konkretnie szły pieniądze?
  • Którzy agenci zarobili najwięcej i na jakich warunkach?
  • Czy wszystkie zakontraktowane usługi były realnie świadczone, a klub faktycznie na nich korzystał?

To nie są pytania złośliwe. To są pytania, których zadanie jest obowiązkiem każdego, kto poważnie traktuje publiczne pieniądze.

Prywatyzacja: debata musi się zacząć teraz

Awans to też właściwy moment, żeby rozpocząć poważną rozmowę o przyszłości właścicielskiej klubu. Śląsk Wrocław może być wart znacznie więcej niż dziś – ale tylko wtedy, gdy będzie zarządzany przejrzyście, a jego finanse będą w porządku. Tylko tak można przeprowadzić dobrą prywatyzację – taką, która przyniesie miastu realną wartość, a nie kolejną rundę strat pokrywanych z miejskiej kasy.

A wydatki pokrywające wygenerowaną stratę są szczególnie bolesne. Nie tworzą żadnej wartości. Są dowodem na to, że coś poszło fundamentalnie nie tak.

Nie może być jak było. Bo wiemy, jak to się kończy.

 

SOS Wrocław monitoruje wydatki publiczne i rozliczalność wrocławskich decydentów. Jeśli chcesz wiedzieć więcej – obserwuj nas i dołącz do społeczności.

 


Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?

Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?

Krawiec, kucharze, mechanik i właściciele starego diesla zrobili coś, co warszawskim salonom wydawało się niemożliwe. Rzucili na kolana partyjny kartel i jego napędzaną publicznymi milionami machinę. Kraków właśnie pokazał partiom, że straciły kontakt z obywatelami. Cała Polska powinna słuchać uważnie.

Pod Wawelem zaczynały się rewolucje obywateli przeciwko systemowi

Dziś obywatelska stolica Polski przeniosła się do Krakowa. I nie jest to pierwszy raz, gdy dawna siedziba królów staje się miejscem walnego przełomu. W 1794 roku Kościuszko złożył na krakowskim Rynku przysięgę, skąd wyruszyli kosynierzy, którzy kilka dni później wygrali pod Racławicami. W 1846 roku rewolucjoniści ogłosili tu Manifest znoszący pańszczyznę - powstanie upadło, ale zmusiło zaborców do reform. 31 października 1918 roku, zanim Warszawa zdążyła świętować niepodległość, Kraków był już pierwszym dużym miastem wolnym od zaborcy.

Czy dzisiejsza decyzja Krakusów to kamień, który poruszy lawinę? Wiele na to wskazuje.

Partie milczały. Media milczały. Obywatele nie.

W Krakowie niezadowolenie narastało latami. Obrosłe patologiami rządy Jacka Majchrowskiego zostały zastąpione jeszcze słabszymi rządami Aleksandra Miszalskiego. W społeczeństwie buzowały prawdziwe emocje i zapotrzebowanie na zmianę.

Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały partie polityczne. Donald Tusk po swojemu najpierw próbował przypisać obywatelom intencje partyjne - wspierania PiS-u i Konfederacji. Wrocławianie dobrze to znają. To stary repertuar: gdy władza traci monopol, stara się malować obywateli niczym oszołomów, a krytykę niczym zamach na stabilność miasta. Na to zapotrzebowanie nie znalazły również odpowiedzi partie opozycyjne – wśród najważniejszych twórców referendum nie znajdziemy Konfederacji czy PiSu. Partie dostały od obywateli żółtą kartkę.

Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały również tradycyjne media. Mądre głowy z mediów głównego nurtu pouczali mieszkańców, próbowały referendum schować, obśmiać, a gdy to nie działało – obrzydzić.

Na to zapotrzebowanie odpowiedziało dojrzałe społeczeństwo obywatelskie. Organizacje pozarządowe i lokalni patrioci pokazali, że potrafią się zorganizować, gdy łączy ich idea - nie faktura wystawiona urzędowi. Niezależne, obywatelskie media lokalne udowodniły, że piętnowanie władzy może mieć charakter ideowy. Niezależni dziennikarze - że kontrola władzy może wyglądać zupełnie inaczej niż w redakcjach żyjących z urzędowych ogłoszeń.

I należy powiedzieć jasno: to nie była po prostu obywatelska postawa. To był akt odwagi.

Patologie władz Krakowa brzmią dziwnie znajomo

Gdy czytaliśmy listę zarzutów mieszkańców Krakowa do ich władz – lista wydaje się być dziwnie podobna do tego, czemu przeciwstawiali się niezależni samorządowcy w Zabrzu, Częstochowie, Wrocławiu, Łodzi czy Rzeszowie.

Krakusi powiedzieli politykom, że nie ma zgody na budowę kartelu kolesi obsadzających wszystkie dostępne miejsca niezależnie od kompetencji. Powiedzieli nie dla przerostu biurokracji i nadmiernemu zadłużeniu. Sprzeciwili się nadmiernym ograniczeniom, podniesieniu opłat i pogorszeniu jakości życia.

Ale przede wszystkim opowiedzieli się przeciwko lokalnej klasie politycznej, która oderwała się od rzeczywistości. Przeciwko Radzie Miejskiej Krakowa, która zapomniała po co jest – by reprezentować mieszkańców a nie zapewniać komfort działania władzy i czerpać z tego tytułu korzyści. Przeciwko upartyjnieniu wyborów samorządowych, które niszczy jakość debaty publicznej i sprowadza ją do poziomu prymitywnej walki o nóż w błocie.

To klęska systemu, nie sukces opozycji

Ten obywatelski, mieszczański zryw okazał się silniejszy od propagandowych maszyn największych partii. To klęska koalicji rządzącej. Ale nie jest to też sukces sejmowej opozycji - ani PiS, ani Konfederacja nie mają tu nic do przypisania sobie. O wyniku referendum nie zdecydowali politycy. Zdecydowali ludzie, których żadna z tych partii nie reprezentuje.

Co więcej: wytrwałość ta nie wzięła się znikąd. Po nieudanej próbie odwołania Majchrowskiego w 2014 roku, po nieudanych próbach wprowadzenia do ratusza niezależnego prezydenta - krakowskie społeczeństwo obywatelskie nie ustało. Wyczekało właściwego momentu i uderzyło z pełną mocą. Tak wykuwa się społeczeństwo obywatelskie: w ogniu kolejnych prób, procesie wyciągania wniosków i budowania niezależnych instytucji.

Po Zabrzu Kraków jest kolejnym miastem odbitym układowi największych partii politycznych. Echa tego uderzenia już rozchodzą się po kraju i powodują drżenie nóg u samorządowych lawirantów, którzy żyli w przekonaniu o własnej nietykalności.Kraków to nie wyjątek. To instrukcja obsługi.

Czy powstanie nowy, obywatelski ruch?

Krakusi pokazali coś, w co wielu nie wierzyło: że w dużych miastach, w platformerskich bastionach, tam gdzie układ wydawał się najsilniej zakorzeniony - cała akcja jest możliwa. W wielu polskich miastach pod pokrywką od dawna buzuje wrzątek. Teraz nikt nie może już powiedzieć, że nie ma wzorca do naśladowania.

Rok temu w Zabrzu samorządowcy z całego kraju podpisali Manifest, który wskazuje co łączy niezależne ruchy lokalne. Nie ideologia. Nie walka polityczna. Łączy ich to, że ubiegają się o standardy w rządzeniu i zarządzaniu wspólnotami lokalnymi. Łączy ich to, że widzą jak władza centralna niszczy obywatelskość, bo to ona jest dla partii politycznych największym zagrożeniem. Spotkali się pod hasłem „Odzyskajmy nasze miasta”.

To jest sygnał dla obywateli, dla organizacji pozarządowych, dla wszystkich ruchów lokalnych: TRZEBA IŚĆ DALEJ. Mamy obowiązek szukać porozumienia i nowych platform współpracy – nie tylko dla naszych wspólnot. Również dla systemowej roli samorządu w naszym kraju podczas debaty konstytucyjnej, która została zapoczątkowana.

Istotne wezwanie do tej debaty wygłosił prof. Stępień, który ocenił, że samorząd oddalił się od pierwotnej idei decentralizacji i budowy społeczeństwa obywatelskiego. „Nastąpiła jakaś niesamowita centralizacja władzy w samym samorządzie” – powiedział w wywiadzie dla Portalu Samorządowego.

Potrzeba zmian wydaje się oczywista.

Idzie nowe: mamy szansę na nową jakość w życiu politycznym

Starego typu partie polityczne, starego typu media, starego typu elity nie odnajdują się w nowej, sieciowej rzeczywistości. Nie odpowiadają na wyzwania zmieniającego się świata, nie są w stanie skutecznie reprezentować mieszkańców. Po prostu „nie dowożą”.

Musimy rzucić im wyzwanie. Pokazać, że nie tylko można lepiej. Idą trudne czasy, które nie mogą zgodzić się na bylejakość. Na ciągłe odnoszenie się do zaprzeszłych krzywd. Na szukanie barier między ludźmi tam, gdzie powinny być mosty.

W ten stary świat klinem muszą wbić się nowego rodzaju organizacje. Oddolne, oparte o ruchy obywatelskie i sąsiedzkie. Ludzie, których łączy lokalny interes oraz szerokie, państwowe myślenie. I sprzeciw wobec patologii obecnego systemu partyjnego, medialnego i skompromitowanych elit. I to najwyższy czas.

Niezależni aktywiści ze wszystkich miast Polski – łączmy się!

Czy Kraków to początek upadku rządu dusz, który dzierżą zasiedzieli na stołkach politycy? Dowiemy się niebawem. Ale wiele na to wskazuje. Najwięcej zależy od nas samych.

Piotr Uhle


Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku

Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku

Park Krzycki, ulica Letnia, rejon Skarbowców - to miejsca, o których przyszłość rozstrzyga się właśnie teraz. Trwają konsultacje Planu Ogólnego Wrocławia, dokumentu wyznaczającego zasady zabudowy całego miasta na kolejne dekady. Urząd przyjmuje uwagi tylko do poniedziałku 25 maja. Deweloperzy swoje już złożyli.

Co decyduje o tym, czy pod twoim oknem wyrośnie betonowy wieżowiec, czy powstanie bezpieczny park? Plan Ogólny Wrocławia - dokument, który na dekady przesądzi o losach całego miasta. Urzędnicy zbierają uwagi tylko do 25 maja (poniedziałek), a głosowanie nad planem odbędzie się już 20 lipca. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli teraz odpuścimy, deweloperzy i drogowcy bez skrupułów wykorzystają każdą lukę, którą miasto próbuje przemycić w nowych przepisach. Nikt nie przypilnuje naszych interesów za nas.

Park Krzycki i Dolina Olszówki: dość gry w kotka i myszkę

Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej

Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej

Warto spojrzeć na mapę lokalnych spraw na Krzykach - jako przykład tego, dlaczego czujność musi być teraz na najwyższym poziomie. To tylko wycinek walki o przyszłość dzielnicy, ale bardzo wymowny. Najważniejszą sprawą wymagającą sprzeciwu jest ochrona Parku Krzyckiego i Doliny Olszówki. Ten z trudem wywalczony teren z naturalną retencją i unikalną przyrodą wciąż nie może spać spokojnie. W urzędniczych planach stale tli się pomysł wybudowania tam drogi. Wpuszczenie ruchu samochodowego i stworzenie łącznika drogowego to wyrok śmierci dla rekreacji, ciszy i bezpieczeństwa. Postulat jest jeden: całkowity zakaz zabudowy drogowej w Parku Krzyckim i pełna ochrona ciągłości zieleni.

Ulica Letnia: wywalczone ograniczenia muszą zostać

Kolejny punkt zapalny to ulica Letnia. Pamiętamy, jak wspólnie obroniliśmy tę okolicę przed dramatycznym przeskalowaniem - blokując plany wielkich willi miejskich i wielorodzinnych bloków wciskanych na siłę przez deweloperów. Sukces okazał się jednak tymczasowy. Jeśli w nowym Planie Ogólnym zostaną zapisane zbyt elastyczne wskaźniki wysokości czy intensywności zabudowy, inwestorzy natychmiast wrócą z nowymi pomysłami. Wywalczone ograniczenia muszą trafić do dokumentu na stałe.

Ulica Mglista i rejon Skarbowców: stop betonowaniu

Podobna presja dotyczy ulicy Mglistej i rejonu Skarbowców. Każdy wolny skrawek ziemi jest tam traktowany jako okazja na kolejny blok - bez oglądania się na przepustowość dróg, brak parkingów czy komfort dotychczasowych mieszkańców. Plan Ogólny musi stawiać tu jasne granice i chronić ten rejon przed dalszym dogęszczaniem i betonowaniem.

Do 25 maja: złóż uwagi, zanim ktoś zrobi to za ciebie

Urzędnicy liczą na to, że skomplikowane procedury zniechęcą mieszkańców. Tam, gdzie brakuje głosu społeczności, natychmiast pojawiają się korzyści dla deweloperów. Mamy czas tylko do 25 maja (poniedziałek) na złożenie uwag do Wydziału Planowania Przestrzennego. Konkretnych - o zachowanie zieleni, obniżenie dopuszczalnych wysokości i wykreślenie planów drogowych niszczących parki.

Stawką jest to, jak Krzyki będą wyglądać przez kilkadziesiąt lat. Głosowanie 20 lipca, więc teraz jest ostatni moment. Udostępniajcie, rozmawiajcie z sąsiadami, składajcie wnioski. To nasza wspólna przestrzeń - nie pozwólmy, żeby Wrocław został zaplanowany bez nas.

ZGŁOŚ UWAGI

Aleksandra Maniewska, współinicjatorka akcji "W obronie ulicy Letniej".