O co chodzi w aferze śmieciowej we Wrocławiu?
O co chodzi w aferze śmieciowej we Wrocławiu?
Wrocław ma najdroższe śmieci wśród dużych polskich miast. Od ponad półtora roku miejska spółka Ekosystem nie jest w stanie rozstrzygnąć przetargu na odbiór odpadów, a miasto wydało już ponad pół miliarda złotych w trybie "z wolnej ręki". Sprawą zajmują się Prokuratura Krajowa i CBA. W naszej ocenie to nie jest zwykła nieudolność, tylko efekt wieloletniego oddawania miejskiego monopolu prywatnemu biznesowi i politycznej osłony dla tego procesu. Ten tekst porządkuje wszystko, co udokumentowaliśmy: fakty, liczby, daty, aktorów i nasze oceny.
W skrócie: pięć rzeczy, które musisz wiedzieć
- Płacisz najwięcej w kraju. Od 1 września 2026 r. opłata wynosi 55 zł miesięcznie od osoby. Czteroosobowa rodzina płaci 220 zł miesięcznie, w Warszawie 85 zł.
- Przetarg nie działa. Przetargi na odbiór i zagospodarowanie odpadów ogłoszono po raz pierwszy 12 marca 2025 r - po miesiącach opóźnienia. Do dziś nie wyłoniono wykonawców. Ekosystem przegrywał sprawy przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądem, unieważniał przetargi, a potem "unieważniał unieważnienie".
- Miasto wydało pół miliarda bez konkurencji. Trzy umowy z wolnej ręki (ok. 136, 192 i 204 mln zł) to łącznie około 532 mln zł. Obecne, awaryjne kontrakty obowiązują od 1 września 2026 do 28 lutego 2027 r.
- Wkroczyły służby. 5 marca 2026 r. funkcjonariusze CBA na zlecenie prokuratorów z Prokuratury Krajowej przeszukali Ekosystem i Urząd Miejski. Zabezpieczono dokumenty. Nikomu nie postawiono dotąd zarzutów.
- Miasto nie ma własnych instalacji. Przez lata nie zbudowało sortowni ani kompostowni, więc jest zależne od kilku prywatnych firm. W takiej sytuacji pojawia się pomysł spalarni za ok. 1,5 mld zł, która w naszej ocenie utrwaliłaby tę zależność na dekady.
1. Jak miał działać system
Od 2013 r. gminy w Polsce są właścicielami odpadów komunalnych. Ustawodawca dał im narzędzie: mogą budować własne zdolności operacyjne albo zlecać usługi firmom w przetargach. Gmina odpowiada za to, żeby śmieci były odebrane i zagospodarowane. Przy braku tej usługi grozi nawet zarząd komisaryczny.
W 2012 r. Wrocław powołał spółkę Ekosystem. Zamiast budować własną logistykę, instalacje i zdolności negocjacyjne, spółka od początku zlecała wszystko na zewnątrz. To fundamentalna różnica wobec MPWiK, które odpowiada za wodę i ścieki, inwestuje we własną infrastrukturę i nikt nie proponuje oddania jej prywatnym operatorom bez kontroli.
Prawo zostawia gminie jedno realne ograniczenie ceny: pułap opłaty, wynikający z dochodu rozporządzalnego publikowanego przez GUS. Od 31 marca 2026 r. wynosi on 70 zł od osoby. Poniżej tego pułapu gmina musi zapłacić tyle, ile zażądają wykonawcy, i przerzucić koszt na mieszkańców. To pozycja negocjacyjna, której nie ma się ochoty bronić.
Nasza ocena: miasto przez lata żyło w przekonaniu, że zlecenie usługi na zewnątrz zwalnia je z odpowiedzialności za jej cenę a stworzone śmieciowe eldorado znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą. Prawo mówi co innego.
2. Ile płacimy
| Opłata do 2022 r. | 24 zł od osoby |
| Po przetargu z 2022 r. | 41,24 zł |
| Od 1 września 2026 r. | 55 zł (wzrost o ok. 33%) |
| Pułap ustawowy (od 31.03.2026) | 70 zł |
| Rodzina 4-osobowa, Wrocław | 220 zł miesięcznie (2640 zł rocznie) |
| Rodzina 4-osobowa, Warszawa | 85 zł miesięcznie (1020 zł rocznie) |
Wśród miast powyżej 100 tys. mieszkańców Wrocław ma dziś najwyższą stawkę od osoby. Jedna podwyżka wyciąga z kieszeni mieszkańców ok. 110 mln zł rocznie według obecnej liczby płatników. Gdyby płacili wszyscy mieszkańcy, byłoby to blisko 150 mln zł. Z ponad 800 tys. potencjalnych płatników w systemie zarejestrowanych jest ok. 650 tys.
Koszt systemu ma od 2027 r. wynosić prawie 600 mln zł rocznie, a według wyliczeń przedstawianych w Radzie system w 2026 r. nie zamyka się o ok. 60 mln zł, w 2027 r. nawet o 90 mln zł. Spółka deklarowała wzrost cen o 15%, a koszt systemu wzrósł o 26%.
Porównanie cen tej samej firmy. Jedna z firm śmieciowych wyceniała usługi we Wrocławiu i w Chrzanowie:
| Frakcja (cena za tonę) | Wrocław | Chrzanów |
|---|---|---|
| Bioodpady | 1310 zł | 746 zł |
| Tworzywa, metale, opakowania | 1410 zł | 725 zł |
| Przeterminowane leki | 11 000 zł | 5800 zł |
Ten sam wykonawca, różnice od ok. 70 do niemal 100%. W Chrzanowie jest konkurencja. We Wrocławiu, w naszej ocenie, jest oligopol i spółka, która nie potrafi poprowadzić przetargu.
3. Przetarg, który się nie kończy
Wrocław umie przeprowadzać przetargi na odpady. Wcześniej zajmowało to kilka miesięcy:
| Ogłoszenie | Złożenie ofert | Wynik |
|---|---|---|
| 04.03.2013 | 07.05.2013 | wybór wykonawcy 17.05.2013 |
| 15.04.2016 | 08.06.2016 | wybór wykonawcy 21.06.2016 |
| 03.03.2020 | 03.09.2020 | wybór wykonawcy 15.09.2020 (mimo pandemii) |
| 12.04.2022 | 13.07.2022 | przetarg unieważniony |
| 06.09.2022 | 20.01.2023 | przetarg unieważniony (zbyt drogie oferty) |
| 14.06.2023 | 21.08.2023 | wybór wykonawcy 01.09.2023 |
| 12.03.2025 | brak | do dziś bez rozstrzygnięcia |
Kronika ostatnich osiemnastu miesięcy
- 12 marca 2025. Ekosystem ogłasza przetargi w sześciu sektorach o wartości ponad 1,05 mld zł.
- Czerwiec 2025. Pierwsza umowa z wolnej ręki: ok. 136 mln zł.
- Wrzesień 2025. Ekosystem przegrywa przed KIO sprawę dotyczącą przekazywania firmom danych właścicieli nieruchomości i odpuszcza odwołanie.
- 15 października 2025. Sąd Okręgowy w Warszawie (XXIII Zs 101/25) odrzuca skargę Ekosystemu w sprawie odpowiedzialności za poziomy recyklingu. Sąd stwierdził, że skarga nie zawierała rozwinięcia zarzutów, a pełnomocnik nie przedstawił ich także na rozprawie. Sąd nie może wyręczać profesjonalnego pełnomocnika.
- Październik 2025. Druga umowa z wolnej ręki: 192 mln zł.
- 30 grudnia 2025. Ekosystem unieważnia przetargi we wszystkich sektorach i sugeruje wyciek informacji.
- 9 marca 2026. KIO uznaje unieważnienie za sprzeczne z prawem. Ekosystem nie zdołał uprawdopodobnić zdarzeń, które miały je uzasadniać.
- Marzec 2026. Trzecia umowa z wolnej ręki: 204 mln zł.
- 5 marca 2026. Przeszukania CBA i prokuratury (patrz niżej).
- 9 kwietnia 2026. Po miesiącu od wyroku Ekosystem "unieważnia unieważnienie".
- 3 czerwca 2026. Po kolejnym odwołaniu Ekosystem znów unieważnia postępowania.
- 27 lipca 2026. Nowy przetarg, tym razem na 4 lata, o wartości ok. 2 mld zł według Ekosystemu i ok. 2,5 mld zł według naszych wyliczeń z opcją i waloryzacją. Prezes zapowiadał rozstrzygnięcie we wrześniu.
- 1 września 2026. Wchodzą w życie awaryjne umowy z wolnej ręki, obowiązują do 28 lutego 2027 r.
- 12 października 2026. KIO ogłasza wyrok w sprawie odwołań wykonawców. Ekosystem musi zmienić specyfikację.
- 30 października 2026. Planowane otwarcie ofert. Po ocenie ofert i ewentualnych kolejnych odwołaniach wykonawca potrzebuje jeszcze ok. dwóch miesięcy na mobilizację. Kolejne przedłużenie umów z wolnej ręki jest w naszej ocenie praktycznie nieuniknione.
Dlaczego "wolna ręka" jest problemem
Tryb z wolnej ręki jest w prawie zamówień publicznych zarezerwowany dla sytuacji wyjątkowych, gdy konkurencyjna procedura jest obiektywnie niemożliwa, a przyczyny nie leżą po stronie zamawiającego. Wrocławscy urzędnicy zapewniają o legalności takich umów. Naszym zdaniem trudno mówić o braku winy po stronie miasta, skoro przegrane sprawy i niewykonane terminy to efekt działań spółki. Skutek jest taki, że dotychczasowi wykonawcy pracują bez konkurencji, na warunkach, których szczegółów miasto nie ujawnia. Rada Miejska musiała dodatkowo przesunąć na system ponad 40 mln zł.
4. Nieudolność czy sabotaż?
To pytanie zadajemy od 2025 r. i nie twierdzimy, że znamy odpowiedź, bo nie mamy uprawnień śledczych. Przedstawiamy fakty, które każdy może zweryfikować, i wnioski, które z nich wyciągamy.
Fakty:
- Przez ponad rok Ekosystem przegrywał sprawy przed KIO i sądami, w tym w sposób opisany w wyroku z 15 października 2025 r.
- Poza odwołaniami wykonawców dokumentacja przetargu nie była gotowa w terminach, które spółka sama zapowiadała. Po unieważnieniu przetargu 3 czerwca 2026 r. kolejny ogłoszono dopiero 27 lipca, mimo wcześniejszych deklaracji o gotowej dokumentacji.
- Spółka zwolniła pracownicę, która ostrzegała zarząd przed błędami. Państwowa Inspekcja Pracy uznała zwolnienie za bezprawne, a pracownica została przywrócona do pracy.
- Spółka złożyła zawiadomienie do prokuratury na radnego, który domagał się dokumentów.
- Każdy miesiąc bez rozstrzygnięcia przetargu to miesiąc umów z wolnej ręki dla firm, które już obsługują miasto.
Nasza ocena: istnieją granice nieudolności. Za nimi jest już tylko sabotaż albo bezprawne działanie w czyimś interesie. Wyjaśnić to powinny organy ścigania. Do tego czasu mieszkańcy płacą rachunek.
Dlatego od początku żądamy dokumentów. Ekosystem konsekwentnie odmawiał radnym dostępu do audytu postępowania przetargowego. Na pytanie, co spółka ma do ukrycia, nie ma odpowiedzi.
5. Ludzie, powiązania i pieniądze
Kto kierował systemem.
- Michał Młyńczak. Wiceprezydent Wrocławia nadzorujący gospodarkę odpadów, odwołany 18 maja 2026 r. W tym samym czasie został prezesem Ekosystemu, bez konkursu.
- Paweł Karpiński. Prezes Ekosystemu do maja 2026 r., potem wiceprezes. Wcześniej radny PO, wyrzucony z KO. Za 2025 rok dostał nagrodę ok. 69 tys. zł mimo klapy przetargu.
- Renata Granowska. Pierwsza wiceprezydent, odwołana 18 maja 2026 r., następnie powołana do zarządu MPK w nowo utworzonym stanowisku wiceprezesa.
Nagrody i posady. Według Onetu odwołani wiceprezydenci dostali przed odwołaniem nagrody zastępujące trzymiesięczne odprawy. Ratusz odmówił podania kwot, nasz szacunek to ok. 150 tys. zł łącznie. Nagrody zostały zwrócone dopiero po zapytaniu w tej sprawie i po objęciu posad w spółkach. Sutryk obiecywał konkursy na stanowiska w zarządach, które nie odbyły się.
Powiązania rodzinne i towarzyskie (według ustaleń "Gazety Wyborczej" i naszych własnych):
- Mąż posłanki Anny Sobolak (KO), wcześniej wiceprezes Ekosystemu, wystawiał po odejściu z funkcji faktury jednej z firm śmieciowych, według ustaleń prasy na ok. 60 tys. zł (trzy faktury). Posłanka i jej mąż zaprzeczają zarzutom o spotkania w tej sprawie z urzędnikiem miejskim.
- Firmy śmieciowe sponsorowały kluby sportowe, w których prezesem był mąż Renaty Granowskiej. Czy sponsoring był formą korzyści dla kogokolwiek? Na pewno rodzina Granowskich na tym nie straciła. A loga sponsorów zniknęły z listy sponsorów na stronie klubu.
- Posłanka Sobolak jest aktywna w tematyce odpadów w Sejmie. Z formalnego punktu widzenia nie stwierdzono konfliktu interesów, uważamy jednak, że takie relacje wymagają szczególnej uwagi.
Szeroko opisaliśmy te powiązania w tekście "Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy".
"Mafia"? Skąd to słowo. Używamy słów "ośmiornica" i "układ" jako publicystycznych określeń sieci powiązań polityki, urzędu i biznesu. Mówimy o "paramafijnych" relacjach w tym sensie, że mają charakter zamkniętego układu wzajemnych korzyści i zmowy milczenia, a nie że stwierdzamy popełnienie przestępstw zorganizowanych. Skąd Sycylia: to politycy KO, Robert Leszczyński i Sebastian Lorenc, na lipcowej sesji straszyli radnych "scenariuszem sycylijskim", gdyby nie przegłosowali podwyżki. A były prezydent Wrocławia i europoseł KO Bogdan Zdrojewski publicznie nazwał sytuację w odpadach "katastrofą".
6. Prokuratura i CBA
- Od 2025 r. SOS Wrocław i radni klubu Naprawmy Przyszłość (Piotr Uhle, Jakub Janas, Jakub Nowotarski) kontrolowali Ekosystem i żądali dokumentów. Spółka, a potem wiceprezydent Młyńczak, odmawiali ich udostępnienia.
- 10 września 2025. SOS wnioskuje do Najwyższej Izby Kontroli o pilną kontrolę.
- Jesień 2025. Radny Piotr Uhle składa zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstw: przekroczenia uprawnień, niegospodarności, prześladowania sygnalisty i zakłócania przetargu. Zapowiedział je na konferencji 11 listopada 2025 r. Wcześniej wnioskował, żeby takie zawiadomienie złożyła Rada Miejska. Nikt tego nie zrobił.
- Ekosystem złożył do prokuratury zawiadomienie przeciwko radnemu, twierdząc, że utrudnia on przetarg.
- 5 marca 2026. Na zlecenie prokuratorów z Prokuratury Krajowej CBA przeszukuje Ekosystem i Urząd Miejski i zabezpiecza dokumenty w kilkunastu lub ponad dwudziestu lokalizacjach, według różnych relacji. Publiczne komunikaty mówiły o "czynnościach kontrolnych", ale to były czynności procesowe.
- Sierpień 2026 - radnego Uhle wzywa na przesłuchanie policja i wypytuje o interpelacje i zapytania kierowane do spółki i urzędu miasta.
- Śledztwo trwa, nikomu nie postawiono zarzutów.
Warto pamiętać, że śledztwo to nie wyrok. Dziś nie wiemy, jak się zakończy. Wiemy tylko, że państwo potraktowało sprawę na tyle poważnie, że wchodzi do urzędu z nakazem.
7. Rada Miejska: kto bronił mieszkańców, a kto nie
- 26 kwietnia 2026. Klub Naprawmy Przyszłość wnioskuje o powołanie doraźnej komisji do zbadania systemu odpadów i wypracowania rekomendacji obniżenia opłat. Wniosek o jej odrzucenie złożył wiceprezydent Młyńczak i poparło go 19 radnych KO. 10 radnych było przeciw, 2 się wstrzymało. W tym samym czasie Czechowice-Dziedzice powołały podobną komisję. Zamiast niej miasto powołało zespół przy Ekosystemie, czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów.
- Lipiec 2026. Rada podnosi opłatę do 55 zł. Obiecano wcześniej, że do czasu umów z wolnej ręki nie będzie podwyżki.
- 26 sierpnia 2026. Rada rozpatruje skargę do WSA na uchwałę podwyżkową, opartą na zarzucie nierzetelnych wyliczeń. W momencie podwyżki nie było wiadomo, ilu jest w mieście mieszkańców i płatników. 23 radnych (17 z KO, 5 z Lewicy, 1 niezrzeszony) głosowało za oddaleniem skargi, 10 przeciw (cały klub PiS i klub Naprawmy Przyszłość). Przewodnicząca obrad nie dopuściła głosowania nad wnioskiem o wstrzymanie wejścia w życie podwyżek.
Publikujemy pełną listę głosowań w tekście "Lista hańby". Uważamy, że radni, którzy zagłosowali za oddaleniem skargi, nie obronili interesów mieszkańców.
8. Spalarnia: ostatni element układanki?
Wrocław przez lata mówił spalarni "nie". Prezydent Sutryk deklarował to wielokrotnie. W 2023 r. wiceprezydent Mazur mówił wprost, że miasto nie widzi ekonomicznego sensu w inwestycji za ponad miliard złotych. W styczniu 2026 r. Sutryk powiedział już o spalarni: "to jest potrzebne". Wiceprezydent Roman: "lepiej to zrobić późno niż wcale. Już budujemy".
Dlaczego uważamy, że to zły pomysł:
- Spalanie to nie recykling. Wrocław w 2026 r. musi osiągnąć 56% recyklingu (w 2030 r. 60%, w 2035 r. 65%) i według samego prezesa Ekosystemu tego nie osiągnie. Spalarnia nie pomoże, bo każda tona spalona nie trafia do recyklingu.
- Koszt i ryzyko ETS. Szacowany koszt to ok. 1,5 mld zł. Unijny system handlu uprawnieniami do emisji CO2 obejmuje coraz więcej instalacji, a według branży uprawnienia mogą podnieść koszt spalenia tony odpadów nawet o kilkadziesiąt procent. Dokładne terminy i skalę kosztów rozstrzygną decyzje Komisji Europejskiej.
- Polska ma nadmiar mocy. Według stowarzyszenia STOP Wrocławskiej Spalarni w kraju działa lub powstaje blisko 70 instalacji o wydajności ponad 6,5 mln ton rocznie, a zapotrzebowanie wynosi ok. 4 mln ton i powinno spadać. Spalarnia musi dostawać odpady. Szwecja importuje śmieci, żeby własne instalacje się opłacały.
- Utrwalenie zależności. Trzy z czterech najbliższych składowisk należą do firm, które dziś obsługują Wrocław. Operator spalarni uzyskałby przewagę w kolejnych przetargach, a miasto utrwaliłoby uzależnienie od branży na dekady.
- Zdrowie i konflikt społeczny. Mieszkańcy Trójstyku (Wrocław, Długołęka, Wisznia Mała) od lat protestują, a inicjatywa STOP spalarni zgromadziła tysiące podpisów.
Alternatywa: sortownie nowej generacji, kompostownie, biogazownie i mobilne punkty zbiórki. Bydgoszcz zbudowała sortownię w 3,5 roku, za 89 mln zł netto, z czego ponad 41 mln dał NFOŚiGW, osiągając ok. 90% skuteczności odzysku frakcji. Wrocław nie złożył wniosków o dofinansowanie i nie zbudował nawet kompostowni o planowanej przepustowości ponad 20 tys. ton.
Dolny Śląsk jest ostatnim województwem bez spalarni. Uważamy, że to nie zaległość, tylko przewaga, bo można uczyć się na błędach innych.
9. Codzienność: PSZOK-i i dane mieszkańców
- Na prawie 700-tysięczne miasto mamy trzy punkty selektywnej zbiórki odpadów (PSZOK). Punkt przy ul. Janowskiej jest zamknięty od 21 września, a ten przy ul. Szwajcarskiej bywa zamykany w ciągu dnia z powodu przepełnienia.
- Dane osobowe pod groźbą grzywny. Po przegranej przed KIO Ekosystem zaproponował zmianę regulaminu, według której właściciele nieruchomości mieliby podawać m.in. imię, nazwisko, telefon i e-mail, pod rygorem grzywny. Uważamy, że przepis wykracza poza delegację ustawową i jest niezgodny z RODO. Ustawa pozwala określić sposób zgłaszania lokalizacji, a nie zakres danych.
- Kary za recykling. Sąd uznał, że odpowiedzialność za niespełnienie poziomów spoczywa na mieście, a nie na wykonawcach. Przy skali systemu to kary, które zapłacimy z budżetu miasta, a więc kosztem szkół, dróg i parków. Prezes Ekosystemu przyznał, że nie obliczał ich wysokości.
10. Co trzeba zrobić
- Zmiany personalne. Dziś odpowiedzialni za system nie mogą go naprawiać, bo sami są jego częścią. Postulujemy odwołanie Michała Młyńczaka i Pawła Karpińskiego, ale to za mało - odejść muszą osoby, które dawały im polityczny parasol do działań szkodliwych dla interesu miasta.
- Powołać w Radzie Miejskiej komisję doraźną, która zbada system i wypracuje rekomendacje obniżenia opłat.
- Rozstrzygnąć przetarg w uczciwej, konkurencyjnej procedurze, z jawnymi dokumentami.
- Zrezygnować z czteroletnich kontraktów zawieranych przez ustępującą władzę, które wiążą ręce następcom po wyborach w 2029 r.
- Zbudować własne instalacje: m.in. sortownię, instalację doczyszczania odpadów, biogazownię, rozbudować kompostownię. Wykorzystać dotacje i rozwiązania, których Wrocław dotąd nie szukał.
- Uszczelnić system opłat. Dziś nie płaci ok. 200 tys. potencjalnych płatników.
- Odbudować miejskie przedsiębiorstwo zdolne do realnej konkurencji z oligopolem.
- Pełna jawność. Umowy z wolnej ręki, audyt przetargu, rozliczenie nagród i kosztów siedziby Ekosystemu.
11. Co dalej i jak możesz pomóc
- "Cofamy podwyżki." Obywatelska inicjatywa uchwałodawcza, której celem jest przywrócenie opłaty sprzed podwyżki i wymuszenie oszczędności w miejskich spółkach (jednoosobowe zarządy, rady nadzorcze zmniejszone do trzech osób, koniec nominatów partyjnych). Wspólnie z PiS, Razem, Nową Falą i Konfederacją zebraliśmy w dwa tygodnie wymaganą liczbę podpisów i złożyliśmy je 12 października 2026 r. Teraz czas na test dla radnych: zobaczymy, czy uchwała trafi pod obrady, czy większość spróbuje zablokować jej dyskusję.
- Biała księga. Zapraszamy organizacje, mieszkańców i opozycję do współtworzenia zbioru afer, niedotrzymanych obietnic i nadużyć obecnej władzy. Zgłoszenia na adres kontakt@soswroclaw.pl.
- Referendum. Jeżeli rada trzymana w garści przez układ powiązań nie reaguje, pozostają narzędzia demokratyczne, w tym referendum w sprawie odwołania władz. Rozważamy je i będziemy o nim informować.
- Podaj dalej. Każdy z naszych tekstów możesz udostępnić. Bez informacji jesteśmy bezbronni.
FAQ: najczęstsze pytania
Dlaczego we Wrocławiu śmieci są najdroższe w Polsce? Naszym zdaniem dlatego, że miasto nie ma własnych instalacji i pozycji negocjacyjnej, a przetargi nie są rozstrzygane, więc dotychczasowi wykonawcy pracują bez konkurencji. Ta sama firma w Chrzanowie wycenia tonę bioodpadów na 746 zł, a we Wrocławiu na 1310 zł. Sieć wzajemnych powiązań i relacji o charakterze paramafijnym sprawił, że nasz system bada CBA i Prokuratura Krajowa.
Ile kosztuje odbiór odpadów we Wrocławiu? Od 1 września 2026 r. 55 zł miesięcznie od osoby. Pułap ustawowy to 70 zł - to nie jest jeszcze ostatnie słowo układu śmieciowego.
Co to jest umowa z wolnej ręki i dlaczego jest problemem? To zawarcie umowy bez przetargu, dopuszczalne w sytuacjach wyjątkowych. Wrocław zawarł trzy takie umowy na ok. 532 mln zł, a obecne obowiązują do 28 lutego 2027 r. Brak konkurencji oznacza wyższe ceny.
Co się dzieje z przetargiem na odpady? Przetargi ogłoszone w marcu 2025 r. unieważniono, nowy ogłoszono 27 lipca 2026 r. KIO 12 października wydała wyrok w sprawie odwołań, otwarcie ofert zaplanowano na 30 października, ale terminy wielokrotnie przesuwano.
Kto bada aferę śmieciową? Prokuratura Krajowa i CBA. 5 marca 2026 r. przeszukano Ekosystem i Urząd Miejski. Zarzutów nikomu dotąd nie postawiono.
Kim są Młyńczak i Karpiński? Michał Młyńczak, były wiceprezydent Wrocławia, od maja 2026 r. prezes Ekosystemu. Paweł Karpiński, prezes Ekosystemu do maja 2026 r., teraz wiceprezes.
Czy Wrocław zbuduje spalarnię? Władze miasta coraz otwarciej mówią o takiej inwestycji, mimo wcześniejszych deklaracji, że spalarni nie będzie. Kosztowałaby ok. 1,5 mld zł. Naszym zdaniem utrwaliłaby zależność miasta od branży odpadowej.
Co to jest "Cofamy podwyżki"? Obywatelska inicjatywa uchwałodawcza o przywróceniu opłaty sprzed podwyżki i wymuszeniu oszczędności w spółkach miejskich. Podpisy złożono 12 października 2026 r.
Czy kary za nieosiągnięcie recyklingu zapłacą mieszkańcy? Sąd uznał, że odpowiedzialność ponosi miasto, więc kary spadną na budżet gminy, czyli na mieszkańców, choć nie w formie opłaty za odpady.
Status prawny i stanowiska stron
Teksty SOS Wrocław są publicystyką i dokumentacją pracy radnych i stowarzyszenia. Oddzielamy fakty (daty, wyroki, kwoty, głosowania) od ocen, które wyraźnie oznaczamy jako nasze. Śledztwo prokuratury i CBA jest w toku i nikomu nie postawiono zarzutów, a każdy jest niewinny do czasu prawomocnego wyroku.
Nasze teksty o aferze śmieciowej
Najważniejsze teksty:
- Afera śmieciowa: doktryna szoku po wrocławsku
- Śmieciowy układ dusi Wrocław
- Spalarnia, czyli kolejny biznes śmieciowej mafii
- Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy
- Sycylia we Wrocławiu? Nie tylko my dostrzegamy mafijne mechanizmy
Afera śmieciowa:
- Pół miliarda bez przetargu, 407 dni paraliżu
- Kompromitujący rok nieudolności
- Śmieciowa ośmiornica pod politycznym parasolem? CBA, prokuratura i afera
- Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?
- 40 milionów strat i zawiadomienie do prokuratury
- Czy nieudolność miejskiej spółki doprowadzi do horrendalnych podwyżek?
- Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
- Nieudolność czy sabotaż? Podwyżka do 55 zł
- Paramafijne śmieciowe relacje władz Wrocławia, czas na białą księgę
- Lista hańby: 23 radnych po stronie śmieciowej mafii
- Czy elity Wrocławia potrzebują Zdrojewskiego, by zrozumieć skalę katastrofy?
Spalarnia:
Inne:
- Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową
- Powstanie speckomisja rady? W Czechowicach, nie we Wrocławiu
- Kolejna umowa z wolnej ręki na odbiór odpadów
- Podpisy złożone: Wrocławianie mówią "dość" kolesiostwu i drożyźnie
- Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki
- Posady w spółkach to za mało: nagrody dla byłych wiceprezydentów
- Jak czarował rzeczywistość prezes Ekosystemu
- Wyłudzą Twoje dane albo zapłacisz 5000 zł
- Wrocławski kryzys PSZOK-ów
- Cofamy podwyżki: wrocławska opozycja łączy siły
- Śmieciowy chaos, polityczne stołki i zdrada mieszkańców
Kolesie nie chcą, byście wtrącali się do ich interesów
Kolesie nie chcą, byście wtrącali się do ich interesów
Słyszeliście? Nie będzie ułatwień dla obywateli w inicjatywach uchwałodawczych, a prace nad zmianą Statutu miasta będą przewlekane. Z dyskusji radnych płynie wyraźne przesłanie: niech mieszkańcy i osiedlowcy znają swoje miejsce i nie wtrącają się w interesy partyjnych panisk. Przed ich obliczem mieszkańcy mają przybrać postawę marną, zgarbioną, by zbytnim
Podpisy elektroniczne tylko dla partii. Głos mieszkańców? Na później
KO i Lewica odrzuciły dziś propozycję, by wprowadzić miasto w XXI wiek i dać mieszkańcom możliwość zbierania podpisów pod uchwałami obywatelskimi drogą elektroniczną. Tymczasem taką możliwość stworzono dla partyjnych działaczy zbierających podpisy pod kandydatami do Sejmu. Nowoczesność jest dla swoich, a dla ciebie, obywatelu, pozostaje archaiczne zbieranie podpisów na papierze.
Koledzy z KO i Lewicy rozwlekli też prace nad zmianami, które mają dać głos osiedlowcom i mieszkańcom. Zamiast 6 miesięcy komisja ma pracować rok, a do jej składu nie dopuszczono nikogo, kto w dyskusji podnosił potrzebę otwarcia Rady Miejskiej na mieszkańców. Co prawda obiecywali to w kampanii, a półmetek kadencji już minął, ale spokojnie. Oni mają czas. Byle byście tylko nie psuli im interesów.
Czego się boją?
Czego oni tak się boją? Zderzenia z głosem mieszkańców, gdy przepychają niekorzystne dla nich rozwiązania? A może tego, że mieszkańcy realnie zainteresują się tym, kto, co i w czyim interesie wyczynia podczas posiedzeń? Komu nie w smak jawność, partycypacja i inicjatywa oddolna?
Obietnice łamane po raz kolejny
Koalicja Obywatelska po raz kolejny działa wbrew interesom obywateli. Po raz kolejny łamie swoje obietnice. Po raz kolejny pokazuje, że oderwała się od rzeczywistości i straciła legitymację do sprawowania władzy.
Lewica, która powinna reprezentować słabszych, udowodniła, że nie jest w stanie tego robić. Zamieniła partię w firmę do realizowania interesów swoich ludzi.
Prawdziwa twarz władzy
Koledzy pokazali prawdziwą twarz. Poczuli się pewnie, bo nabrali przekonania, że mieszkańcy nic nie mogą. Przepchnęli podwyżki za śmieci, mieszkania, TBS, aquapark i zoo. Szykują podwyżki cen biletów. Rozdali prezenty grupom interesu, a teraz zaczynają zabezpieczać wszystkie wejścia do oblężonej twierdzy.
Na razie żyje się tam zasobnie i przyjemnie. A że lud pod murami głoduje? Zakrzykną: niech jedzą ciastka.
Referendum to jedyna demokratyczna droga
Pomijając barwne metafory: jeżeli mieszkańcy pozwolą się tak traktować, będą tak traktowani. Władza będzie dążyć do upodlenia praw obywatelskich i pozbawienia mieszkańców narzędzi kontroli i partycypacji, aż do momentu, gdy powiedzą dość.
Czy zbuntują się przeciw tej opresji? Jedyną demokratyczną drogą jest referendum. Czy znajdą się chętni, by je zorganizować? Czas pokaże.
Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk
Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk
Prokuratura po wieloletnim śledztwie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko byłemu prezydentowi Chorzowa, jego zastępcy i grupie urzędników. Zarzuty są poważne, a wśród nich niegospodarność na ponad 29 mln zł. Jeśli sąd podzieli tę ocenę, upowszechniona w Polsce praktyka finansowania zawodowego sportu przez samorządy może dobiec końca. Pytanie, które wrocławianie powinni sobie zadać, brzmi: co to oznacza dla miasta, które robi to samo od 2007 roku?
Chorzów: samorządowcy w roli działaczy sportowych
Akt oskarżenia objął 20 osób. Według prokuratury w latach 2011–2020 miasto wspierało Ruch Chorzów pożyczkami, obejmowaniem akcji i przetargiem na promocję, którego warunki miały przesądzić o wygranej klubu. Szkodę miasta wyceniono na ponad 29 mln zł, a szkodę miejskiej spółki, przez którą poszła jedna z pożyczek, na 12 mln zł. Niegospodarność jest zagrożona karą do 10 lat więzienia (art. 296 § 3 k.k.), a przy zbiegu przestępstw sąd może orzec karę łączną wyższą. Przy szkodzie o ogromnym rozmiarze - nawet do 25 lat.
Co to oznacza w praktyce? Że panowie samorządowcy bawili się w działaczy sportowych za pieniądze mieszkańców. Gdy pieniądze wpływają do spółki prawa handlowego, wychodzą spod kontroli społecznej. Nie wiadomo, na co zostały wydane i do kogo ostatecznie trafiły.
Przesłanki zarzutu są proste. Miasto obejmowało akcje spółki, która była na stałych stratach, bez uzasadnienia ekonomicznego. Biegły wskazał, że miasto nie odniosło z tego żadnej korzyści, a w razie upadku klubu jako akcjonariusz zostałoby zaspokojone na końcu. Do tego dochodzą pożyczki i ustawiony, zdaniem prokuratury, przetarg. Wszystko to mieści się w publicystycznym pojęciu niegospodarności.
Akt oskarżenia nie jest wyrokiem. Oskarżeni korzystają z domniemania niewinności i zapowiadają obronę.
Wrocław: te same mechanizmy od 2007 roku
Co wam to przypomina? Czy ten mechanizm funkcjonował tylko w Chorzowie?
Od 2007 r. z budżetu Wrocławia i miejskich instytucji szerokim strumieniem płyną pieniądze do Śląska Wrocław.
Były dotacje, były zwiększenia kapitału zakładowego, promocja miasta poprzez sport, były pożyczki. Pożyczały miejskie spółki, ale pożyczyło też miasto. Tak jak w 2023 roki, gdy rada miejskaprzegłosowała pożyczkę do 20 mln zł, z której klub dostał 13,3 mln zł i większości nie zwrócił.
Do tego dochodzą wykupy powierzchni reklamowych i lóż przez miejskie spółki: Zoo Wrocław zapłaciło klubowi w latach 2018–2022 ponad 4,5 mln zł. Kluczowe pytanie jest takie samo jak w Chorzowie: czy to zakup reklamy, czy dofinansowanie klubu z innej miejskiej kieszonki?
Widać też powtarzalny schemat. Miasto udziela pożyczki na bieżącą działalność, klub jej nie spłaca, termin przedłużają kolejne aneksy, a dług zamienia się na akcje. Tak było z częścią pożyczki z 2012 r., a w grudniu 2023 r. prezydent zarządzeniem zamienił 7,5 mln zł długu na nowe akcje, które objęła gmina, choć miała już około 99,5 proc. kapitału. Radni dowiedzieli się o tym po fakcie.
Prezydent jednoosobowo zdecydował o zmianie długu w akcje. Ta fikcja była konieczna by ukryć fakt, przed którym ostrzegali opozycyjni radni: klub nie będzie miał z czego pożyczki zwrócić. To bliźniacza sytuacja do tej z Chorzowa.
Czy była zgodna z prawem, ocenić może jedynie prokuratura i niezawisły sąd.
Radni podnosili ręce, ale wnioskodawcą był prezydent
Sutryk, jak urzędnicy w Chorzowie będzie stawiał argument, że to radni głosowali i się zgodzili, wiec to na nich spoczywa odpowiedzialność.. To prawda, ale to niczego nie zamyka. Projekty uchwał o pożyczkach i dokapitalizowaniu przygotowywał i wnosił prezydent miasta. On odpowiada za ich treść, a uchwały powinny być wcześniej sprawdzone pod względem zgodności z prawem. Głosowanie rady nie oczyszcza z odpowiedzialności kogoś, kto uzasadnił decyzję i przedstawił ją jako konieczną. A jeżeli wprowadził tym samym radnych w błąd - przewina jest tym większa.
To dlatego tytułowe pytanie nie jest retoryczne. Pożyczka z 2023 r. i konwersja długu na akcje to odpowiedzialność prezydenta Sutryka. Nie przesądzajmy o niczyjej winie, ale wszystkie te działania zasługują na sprawdzenie.
Dlaczego nie pozwolono nam kontrolować klubu
Radni opozycji próbowali szarpnąć za cugle i przeprowadzić kontrolę w klubie. Odmawiano nam dostępu do dokumentów, a spółka powoływała się na tajemnicę przedsiębiorstwa, choć jej właścicielem jest gmina, czyli mieszkańcy. Nawet komisja rewizyjna oraz zewnętrzna firma przygotowująca analizę kondycji finansowej spółki nie otrzymała dokumentów źródłowych. Dlatego dziś tak naprawdę nikt nie wie co tam się wydarzyło. Rada odrzuciła również propozycję powołania doraźnej komisji ds. zbadania sytuacji finansowej klubu.
Dziś mamy akt oskarżenia, w którym prokuratura dokonała oceny prawnej podobnych mechanizmów. Po jego opublikowaniu trudniej twierdzić, że takie działania nie wymagają analizy prawnej. Jest też wątek kontrolny - od lat kontrolę finansowania klubu prowadzi Najwyższą Izba Kontroli. Sprawdzane były nie tylko Finanse klubu ale także dokumenty w Urzędzie Miasta i szeregu jednostek powiązanych finansowo ze Śląskiem Wrocław. W czerwcu miasto miało otrzymać raport w tej sprawie z wnioskiem o odniesienie. Do dziś jego treści nie poznała opinia publiczna co budzi pytania o przyczyny tak dużej zwłoki.
Prokuratura ma narzędzia, których nie mamy my
Wiedza, którą tu przedstawiamy, jest powszechnie znana i dostępna w mediach, w odpowiedziach na interpelacje i w uchwałach rady. Ten tekst można traktować także jako publiczne przedstawienie faktów organom ścigania. Niegospodarność jest ścigana z urzędu, więc prokuratura we Wrocławiu może rozważyć wszczęcie postępowania, nie czekając na zawiadomienie.
Jeśli prokuratura podejdzie do sprawy poważnie i wykorzysta wszystkie narzędzia, nie przesądzając wyniku, dowiemy się prawdy. Prokuratura powinna w tej sprawie zażądać dokumentów, przesłuchać świadków, powołać biegłych i zabezpieczyć dowody. Wszystko to w ramach powziętego postępowania. Radni i dziennikarze tego nie mogą.
Chorzów to początek
Na razie to tylko akt oskarżenia i proces, którego wyniku nie znamy. Ale już teraz widać, że czas samowoli i szastania publicznymi pieniędzmi może się kończyć. Samorządowcy cytowani przez prasę mówią wprost, że jeśli byli prezydenci Chorzowa zostaną skazani, miasta w całym kraju zakręcą kurek zawodowym klubom, bo nikt nie będzie chciał zasiąść na ławie oskarżonych.
Fala egzekwowania odpowiedzialności za niegospodarność i nieliczenie się ze społecznymi pieniędzmi może popłynąć dalej i objąć wiele samorządów w Polsce. Wtedy ujawniona zostanie skala żerowania na majątku mieszkańców. Czy Wrocław będzie wśród nich? To zależy od tego, czy ktoś zada pytania, zanim zrobi to prokurator z Katowic.
W Chorzowie akt oskarżenia objął nie tylko prezydenta miasta a 20 osób zaangażowanych w ten proceder. Kto we Wrocławiu poza Jackiem Sutrykiem może się obawiać? Najlepiej wiedzą o tym sami zainteresowani.
Sprawiedliwość od polityków można egzekwować także na drodze obywatelskiej. Nie musimy godzić się na brak przejrzystości i ewidentne marnowanie publicznych pieniędzy. Nie trzeba czekać na koniec kadencji - jedynym demokratycznym narzędziem, które dałoby kres tej komedii jest referendum odwoławcze. Pokazał Kraków, pokazało Zabrze i pokazała Sobótka, że można. Da się.
Czy Wrocławianie pokażą swoją siłę? Czas pokaże.
Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie
Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie
Piotr Uhle
Chcesz poprzeć obywatelski projekt uchwały we Wrocławiu? Musisz znaleźć członka komitetu z teczką, papierową listą i długopisem, podpisać się własnoręcznie i mieć nadzieję, że nikt się nie pomyli przy przepisywaniu lub sprawdzaniu danych. W 2026 roku.
Kraków rozwiązał ten problem pięć lat temu. Od 2021 roku krakowianie mogą poprzeć obywatelską inicjatywę uchwałodawczą przez internet - profilem zaufanym, podpisem kwalifikowanym albo e-dowodem. Bez wychodzenia z domu, bez umawiania się z komitetem, bez ryzyka, że lista zaginie albo ktoś źle odczyta czyjeś nazwisko.
Wrocław może dogonić XXI wiek
Dwa tygodnie temu złożyłem na ręce Przewodniczącej Rady Miejskiej Wrocławia projekt uchwały, który wprowadza dokładnie takie rozwiązanie u nas. Elektroniczne zbieranie podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał - jako dodatkową opcję obok listy papierowej, nie zamiast niej. Kto woli papier, wciąż będzie mógł podpisać się papierowo. Kto woli internet, dostanie taką możliwość.
To rozwiązanie ma znaczenie nie dla urzędników, tylko dla ludzi, którzy dziś praktycznie nie mogą skorzystać z obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej: pracujących w nietypowych godzinach, rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami ograniczającymi mobilność, mieszkańców czasowo przebywających poza miastem. Dla nich papierowa lista to nie formalność - to realna bariera.
Ile to kosztowało w Krakowie?
Zapytałem Urząd Miasta Krakowa wprost: ile to kosztowało i czy w ogóle działa. Odpowiedź przyszła na piśmie.
Wdrożenie systemu do elektronicznego zbierania podpisów kosztowało Kraków 163 282,50 zł - jednorazowo, rozłożone na dwa lata (2021–2022). To nie jest budowa osobnego systemu od zera, tylko rozbudowa istniejącego Biuletynu Informacji Publicznej. Kosztów utrzymania nie da się nawet wydzielić - "zatapiają się" w normalnych kosztach utrzymania BIP, czyli praktycznie nic nie kosztują osobno. A przez pięć lat działania nie odnotowano ani jednej awarii samego systemu.
I co najważniejsze - ludzie z tego korzystają. Od 2021 roku Krakowianie przeprowadzili przez ten system 17 obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych, zbierając łącznie ponad 14 200 podpisów elektronicznych. Rekordzistka - inicjatywa w sprawie uchylenia Strefy Czystego Transportu - zebrała 7220 podpisów, ponad 24-krotność wymaganego minimum. To nie jest martwy przepis. To realne narzędzie, z którego mieszkańcy faktycznie korzystają, kiedy coś ich naprawdę obchodzi.
Tani, sprawdzony, bezawaryjny mechanizm, funkcjonujący od pięciu lat w drugim największym mieście Polski. Trudno o lepszy argument, że Wrocław powinien mieć to samo.
Łatki zamiast reformy
Od dawna słyszymy, że Statut Wrocławia doczeka się kompleksowej zmiany - nowoczesnej, przemyślanej, na miarę miasta, które chce uchodzić za jedno z najbardziej rozwiniętych w Polsce. Czekaliśmy. Cierpliwie.
To, co ostatecznie trafiło pod obrady, to punktowe, mało istotne poprawki - łatki, a nie reforma. Rozumiem, że duże zmiany wymagają czasu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają czekać na "kiedyś", skoro konkretny, sprawdzony w innym dużym mieście problem można rozwiązać już teraz, jedną uchwałą, bez czekania na wielki projekt, który wciąż nie nadchodzi. Dlatego działam tu i teraz.
Już w październiku Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom
Projekt trafi teraz do zaopiniowania przez komisje i kluby radnych, a następnie pod obrady sesji Rady Miejskiej. Będę informował na bieżąco o postępach prac - i liczę na to, że mieszkanki i mieszkańcy Wrocławia dadzą znać swoim radnym, że to rozwiązanie jest im potrzebne.
Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły.
Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia
Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?
Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?
Piotr Uhle
Łukasz Gibała zdobył 61% głosów i będzie nowym prezydentem Krakowa. W stolicy Małopolski pospolite ruszenie obywateli zderzyło się z aparatem największej partii w Polsce i z aparatem państwa. Najważniejsze nie jest to, że wygrał Gibała, lecz że legł mit wszechwładnej KO. Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa?
Pospolite ruszenie przeciwko władzy
W Krakowie doszło do konfrontacji. Doszło do starcia pospolitego ruszenia obywateli, którzy zderzyli się nie tylko z aparatem największej partii w Polsce ale także z aparatem państwa.
To nie była konfrontacja KO z innymi partiami, którą śledzimy na co dzień w mediach. KO, której działacze są tak pewni siebie, że powtarzają tezy Donalda Tuska z 2011 roku. Mówią, że nie mają z kim przegrać, szczególnie po rozłamie w PiS. Tymczasem w Krakowie przegrali z obywatelami.
Wygrał Gibala z poparciem 64% wg. badań exit poll pracowni OGB. Bez poparcia wielkich polityków. I chyba dobrze, że o nie nie zabiegał - handlowanie głosami w starym, partyjnym stylu to nie jest standard nowoczesnego, uczciwego samorządu, o który wiele środowisk zabiega.
Warszawka w terenie nie pomaga
Konkurentka Gibały zdobyła tylko 36% głosów wg. badań exit poll pracowni OGB, które miała szersze wsparcie ze strony szeroko znanych postaci polskiej polityki. Donald Tusk nie tylko uczestniczył wraz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w ogłoszeniu jej kandydatury w ogrodach KPRM w Warszawie (co wzbudziło uzasadnione wątpliwości co do tego, czy KO nie chce do Krakowa wysłać po prostu namiestnika). Tusk przyjechał także do Krakowa, by wspierać swoją kandydatkę na Nowej Hucie. Frekwencja co prawda nie dopisała i trzeba było usuwać puste krzesła, by uniknąć kompromitacji, ale trzeba przyznać jedno: KO nie dysponuje większym aktywem niż Donald Tusk.
Piątkowską popierali także Radosław Sikorski (co prawda tak wystąpił na konferencji, że sąd musiał go zmusić do przeprosin), Andrzej Domański (co prawda budżet państwa się sypie, ale by kusić mieszkańców Krakowa fatamorganą - pieniądze się znajdą) Jakub Rutnicki (Minister Sportu obiecał następne 30 mln zł) czy Bartłomiej Sienkieiwcz. Na ostatniej prostej panika w sztabie KO musiała być tak wielka, że poprosili o wsparcie Aleksandrę Dulkiewicz, byłego prezydenta Jacka Majchrowskiego a nawet… odwołanego w referendum Aleksandra Miszalskiego! Na sam koniec tej maskarady przygalopował z warszawskiej stajni Roman Giertych, pouczając Krakowian komu warto, a komu nie warto ufać.
KO powtarza refren starych obietnic. I nikt w nie nie wierzy
Wszystko to miało opowiedzieć jedną historię: Gdy obywatele zagłosują zgodnie z życzeniem Koalicji Obywateli - na Kraków spadnie deszcz rządowych pieniędzy, który uzdrowi katastrofę finansów miejskich i pomoże rozwijać miasto. Nie mówiono co będzie, gdy zagłosują niezgodnie z ich życzeniem, ale wszyscy to doskonale rozumieli: nazywano Gibałą solistą, który nic dla Krakowa nie załatwi. Kazali nawet radnym KO podpisać lojalki, że nigdy z nim jako prezydentem współpracować nie zamierzają, czym zaprzeczyli idei samorządności jako takiej.
Mieszkańcy mieli jednak głowę na karku. Wiedzą, że gdy partia mówi, że zabierze to zabierze, a gdy mówi, że da to… mówi. Ten sam Radosław Sikorski, który poparł Piątkowską został nagrany w chwili szczerości, gdy mówił o deklaracjach składanych w kampanii, że “dwa razy obiecać to jak raz dotrzymać”. Krakowianie widzieli przecież te same obietnice o budowie metra czy metropolii krakowskiej dwa lata temu, gdy partia obywateli udzielała wsparcia Aleksandrowi Miszalskiemu. Złośliwy przypomni, że od ubiegłego roku oficjalny program KO to motto “cóż szkodzi obiecać”, my wskażemy po prostu, że wiarygodność składanych obietnic była po prostu zerowa.
Powiedzieli: nie dla uwikłania miasta w partyjne wojenki
Z drugiej strony Krakowianie wiedzieli też, że rządy KO nie są wieczne. Oczywistym było, że partia Donalda Tuska w najmniejszym wymiarze w rozwoju Krakowa nie pomoże (bo nie ma na to pieniędzy - ledwo starczyło by wesprzeć bliski rodzinnie premierowi Gdańsk). Jednak każdy zadał sobie pytanie z jakiej perspektywy rozmawiał będzie z kolejnym rządem nowy prezydent Krakowa. I czy ewentualne zaangażowanie w ideologiczne wojny pomoże rozwojowi miasta czy też mu zaszkodzi.
Koniec mitu wszechwładnej KO
Wybory w Krakowie to nie jest tylko lokalna sprawa. Nie piszemy tu o tym, że wyniki lokalnych wyborów wprost mogą przełożyć się na ogólnopolskie słupki. Na naszych oczach legł mit wszechwładnej KO. Legł mit dominacji koalicji obywateli w dużych miastach. Cena, którą zapłaci za swoją arogancję partia władzy będzie dużo wyższa, bo na Kraków patrzyła cała Polska.
I nie chodzi o to, że wygrał Gibała. Z Koalicją Obywateli wygrali sami obywatele. Pokazali, że mają podmiotowość i zdolność do wybierania zgodnie z własnym interesem a nie życzeniem, które płynie do nich z partyjnych centrali. To oni ocenią, czy Łukasz Gibała będzie dobrze rządził. I warszawskim politykom nic do tego.
Bo obywatele, gdy się dobrze zorganizują - będą w stanie wygrać z każdą partią w Polsce. Oczywiście mówimy tu o lokalnych wyborach - w plemiennej, rytualnej walce o rządy w Polsce wciąż wodzowie nie będą sobie mieli równych. Już za dwa tygodnie swoje zdanie wypowie Częstochowa. Ruszają się inne miasta.
Wrocław: do trzech razy sztuka?
Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa i uwolnić się od partyjnego dyktatu? Wszystko zależy od mieszkańców, którzy już dziś mogą rozpocząć rozmowę o tym, czy warto zakrzyknąć: do trzech razy sztuka! I skutecznie przeprowadzić inicjatywę odwołania Jacka Sutryka z funkcji prezydenta.
Tak się składa, że w najbliższych dniach rozpoczyna się proces, w którym prezydent Wrocławia jest oskarżony o łapownictwo i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Miasto jest w tracie cyklu podwyżek, finanse przestały się dopinać a kolesie pławią się w luksusach kosztem zwykłych mieszkańców. Czy to będzie wystarczająca sprężyna, by strzaskać zakrzepłą skorupę układu, który podzielił się wpływami i sprywatyzował Wrocław? Tu najwięcej zależy, drogi czytelniku, od Ciebie.
Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?
Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?
Damian Daszkowski
Władza samorządowa to nie jest prywatny folwark, a publiczne pieniądze to nie nagroda za partyjną lojalność. Demokracja bezpośrednia nie jest własnością żadnej partii - to narzędzie obywateli, którzy chcą odzyskać realny wpływ na swoje miasto. Idzie nowa era w lokalnej polityce. Era, w której mieszkańcy nie muszą już biernie przyglądać się decyzjom zza urzędniczych biurek.
Referendum: prawo zapisane w Konstytucji
Artykuł 170 Konstytucji RP daje wspólnotom samorządowym możliwość korzystania z referendum. To narzędzie, które pozwala obywatelom nie tylko wybierać władzę, ale również rozliczać ją w trakcie kadencji. Kraków w 2026 roku i Zabrze w 2025 roku pokazały, że prezydent miasta nie jest nietykalny. Mieszkańcy mogą odwołać władzę przed końcem kadencji, jeżeli uznają, że utraciła ich zaufanie.
I właśnie po to istnieje referendum lokalne. Żeby obywatele nie musieli bezradnie czekać kolejnych lat, kiedy mają poczucie, że ich miastem rządzą ludzie, którzy zapomnieli, komu powinni służyć. Miasto należy do mieszkańców, a sprawowanie władzy to służba, nie bankomat.
Dwie prędkości Wrocławia: pensje mieszkańców vs. dochody władzy
Spójrzmy na wrocławską rzeczywistość. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło tu w 2025 roku około 9 677 zł. To około 116 tys. zł brutto rocznie.
A teraz spójrzmy na elitę. Jak wynika z publikacji Radia Wrocław , wiceprezydent Renata Granowska wykazała około 426 tys. zł dochodów za 2025 rok. Radny Michał Młyńczak? On wykazał około 379 tys. zł dochodów z pracy i rad nadzorczych, a po uwzględnieniu 350 tys. zł darowizn łączna wartość wykazanych wpływów wynosiła około 729 tys. zł.
To przepaść. Dochody z samej tylko pracy i rad nadzorczych tych dwojga to odpowiednio 3,7 oraz 3,3-krotność rocznych zarobków przeciętnego wrocławianina (pamiętając oczywiście, że kwota darowizn nie jest wynagrodzeniem za pracę).
Pytamy o standardy, bo my za to płacimy
Czy samo wysokie wynagrodzenie oznacza przestępstwo? Oczywiście, że nie. Czy zasiadanie w radzie nadzorczej jest automatycznie patologią? Również nie. Ale mieszkańcy mają pełne prawo pytać o kryteria nominacji, kompetencje, wysokość wynagrodzeń, przejrzystość procedur i rzeczywiste efekty pracy osób zarządzających majątkiem publicznym.
Problem zaczyna się wtedy, gdy mieszkańcy mają płacić coraz więcej, miasto ponosi wielomilionowe zobowiązania, a obywatele nie otrzymują przekonujących odpowiedzi, kto odpowiada za decyzje i jak rozliczane są osoby sprawujące władzę.
Nie przesądzam, że konkretna osoba dopuściła się przestępstwa. Stawiam jednak pytanie o standardy, przejrzystość i odpowiedzialność. W państwie prawa zarzuty trzeba udowadniać, ale obywateli nie wolno uciszać tylko dlatego, że domagają się wyjaśnień.
Ta sama miara dla wszystkich
Zwykły człowiek musi pilnować każdej złotówki. Płaci czynsz, rachunki, podatki i opłaty miejskie. Kiedy popełni błąd, ponosi jego konsekwencje. Kiedy zabraknie mu pieniędzy, nikt nie zwolni go z odpowiedzialności. Dlaczego zatem władza miałaby być traktowana inaczej? Dlaczego mieszkańcy mają bezwarunkowo akceptować system, w którym politycy obejmują kolejne funkcje, zasiadają w radach nadzorczych i uzyskują dodatkowe dochody, podczas gdy zwykli pracownicy muszą ciężko pracować na utrzymanie swoich rodzin?
I właśnie dlatego potrzebujemy silnej demokracji bezpośredniej! Referendum to nie jest zamach na demokrację. To demokracja w najczystszej postaci. Referendum daje mieszkańcom możliwość powiedzenia: nie akceptujemy sposobu, w jaki zarządzacie naszym miastem. Nie zgadzamy się na brak przejrzystości. Chcemy jawnych konkursów, uczciwych zasad nominacji, kontroli miejskich spółek i odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Jeżeli władza traci zaufanie mieszkańców, obywatele powinni mieć realne narzędzia, aby ją rozliczyć. Nie tylko podczas wyborów odbywających się raz na kilka lat.
Nie ma znaczenia, czy rządzi KO, PiS, Lewica, Razem, Konfederacja czy jakakolwiek inna formacja. Mieszkańcy nie są własnością partii, a samorząd nie jest przechowalnią dla politycznych kolegów. To narzędzie zwykłych ludzi przeciwko arogancji każdej władzy. Czas zacząć z niego korzystać.
Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!
Ile zarabiają zarządy spółek?
Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:
- Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej.
- Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
- ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie.
- WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu.
- Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
- Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
- Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
- Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
- Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.
Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne.
W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy
Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy.
Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy
Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.
Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:
- Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie. Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
- Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
- Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!
„Odpowiedź jest negatywna"
Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!
Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?
Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!
Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?
Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.
Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
Cóż szkodzi obiecać. To prawdziwe motto władzy, która rządzi Polską i Wrocławiem. Mieszkańców południa miasta władza traktuje szczególnie brutalnie, niemal ostentacyjnie zapominając o danym wcześniej słowie, gdy tylko mija kampanijne wzmożenie. Jagodno, Wojszyce, Ołtaszyn - nie mają obywatele łatwego życia z koalicją obywateli.
Urzędowe oszustwa: najpierw tramwaj, teraz szkoła
Jeszcze niedawno mieszkańcom Jagodna obiecywano tramwaj. Dostali autobusy. Teraz scenariusz powtarza się ze szkołą. Jeśli powstanie zespół szkolno-przedszkolny przy Smardzowskiej, to na Jagodnie już nigdy realnie nie powstanie. Takie jest nasze zdanie i przy naszej obecnej demografii nie będzie go trudno bronić. Wyjaśniamy poniżej dlaczego, a po drodze cytujemy pismo samego wiceprezydenta.
Obietnice były. Jagodno, osiedle bardzo aktywne wyborczo, nie ma własnej szkoły podstawowej. Politycy koalicji spotykali się z jego mieszkańcami w szkole na sąsiednich Wojszycach przy Asfaltowej. Padały zapewnienia, trwały rozmowy. 17 lutego 2025 r., w obecności wiceprezydenta Ryszarda Kesslera,
- Na spotkaniu padały twarde obietnice uruchomienia szkoły na Lutosławskiego jak najszybciej - mówi nam Krystian Adamski, Wiceprzewodniczący Zarządu Osiedla Jagodno. - Początkowo oni mówili sami o wrześniu 2028, jak zaczęliśmy dopytywać czy aby na pewno w 3 lata zdążą to zaczęli kluczyć ze może jakie opóźnienia mogą być z uwagi na przekazanie gruntu. Teraz jakoś słabo się starają - dodaje radny.
Departament Edukacji potwierdził, że budowa nowego zespołu szkolno-przedszkolnego na Jagodnie jest priorytetem miasta, i zwrócił się do Wydziału Finansów Oświatowych o jak najszybsze pozyskanie działki od KOWR.
Miasto wiedziało od lat, że Jagodno potrzebuje szkoły
Miasto wiedziało od lat. Już w konsultacjach do wytycznych dla Jagodna (Biuro Rozwoju Wrocławia, 2019) mieszkańcy wskazywali brak placówek oświatowych i postulowali budowę szkoły. Wytyczne wskazały rezerwy pod szkołę na Jagodnie (przy klinie wojszycko-jagodzińskim i przy ul. Sarniej) oraz teren pod oświatę przy Buforowej. Smardzowskiej w tym dokumencie nie ma.
O sprawę zabiegała Rada Osiedla Jagodno i radny Krystian Adamski. W czerwcu 2026 r. Rada Osiedla uchwałą poprosiła o przyspieszenie prac. W lipcu Wydział Finansów Oświatowych odpowiedział, że grunt wciąż jest w procedurze nabycia od KOWR, a po jego przejęciu „podejmowane będą dalsze działania". I co? Łyso Wam teraz?
Co miasto odpowiedziało we wrześniu. 14 września 2026 r. wiceprezydent Kessler odpowiedział na zapytanie radnej Agnieszki Duszy, czy miasto planuje szkołę na Jagodnie. Pierwszą rzeczą, którą wymienił, nie była szkoła na Jagodnie. Była nią placówka przy Smardzowskiej, budowana z prywatnym inwestorem, która ma ruszyć od września 2028 r. i stanowić „istotne uzupełnienie istniejącej sieci oświatowej" dla mieszkańców Jagodna i Wojszyc. O szkole na gruncie KOWR pismo mówi ogólnie: o „inwestycji oświatowej, w tym budowie szkoły podstawowej", z trwającym podziałem działek 1/110 i 1/112. Nie podaje ani terminu, ani harmonogramu. A na pytanie, dlaczego szkoły na Jagodnie nie planuje się dziś wprost, wiceprezydent odpowiada, że „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu".
Porównajmy to z wcześniejszym językiem miasta. W lutym 2025 r. i w lipcu 2026 r. mówiono o priorytecie i o zespole szkolno-przedszkolnym. We wrześniu 2026 r. nie ma już ani priorytetu, ani terminu, jest za to „nie ma obowiązku". Oficjalna notatka z lutego 2025 r. nie podaje żadnej daty. Terminy 2028–2029, a nawet 2030 pochodzą z relacji uczestników spotkania. Dziś nie ma ani gruntu, ani projektu budowlanego, ani oficjalnej daty.
Dlaczego Smardzowska zabije szkołę na Jagodnie?
- Zniknie powód. Prawie tysiąc miejsc dla dzieci przy Smardzowskiej (SP 600, przedszkole 350, żłobek 48) to skala, której potrzebuje Jagodno. Miasto samo przedstawia ją jako odpowiedź na potrzeby Jagodna. Może więc ogłosić, że problem rozwiązano, bo nowa placówka stoi i przyjmie dzieci z południa.
- Zniknie presja. Rodzice z Jagodna dostaną miejsca „gdzieś obok", więc przestaną naciskać. A to właśnie presja mieszkańców przez lata wymuszała każdy krok.Z czasem maleć będzie też presja demograficzna.
- Zniknie budżet. Dwie duże placówki w sąsiednich osiedlach to wydatek, którego miasto trudno uzasadni. Pierwsza, prywatna, ma ruszyć we wrześniu 2028 r. Druga, na gruncie od Skarbu Państwa, nie ma oficjalnej daty i wciąż nie ma gruntu.
- Zadecyduje argument „obwodu". Wiceprezydent podkreśla, że sieć szkół opiera się na obwodach, a nie na osiedlach. Obwód SP nr 11 obejmuje Jagodno i część Wojszyc. To otwiera drogę do rozwiązania wyłącznie administracyjnego: nowa placówka na Wojszycach, zmiana obwodów, a argument o braku szkoły na Jagodnie znika bez jednej łopaty ziemi przy Lutosławskiego. Pytamy, czy to właśnie jest plan.
Wojszyce zapłacą rachunek
A co z mieszkańcami Wojszyc? Dostali niedawno szkołę na Asfaltowej i płacą za to korkami. Teraz mają dostać drugą:
- budynek ma mieć około 125 m długości i 15–18 m wysokości, z boiskiem na dachu, a według pomiarów mieszkańców stanie 11,4–20 m od granic ich domów i ogrodów;
- szacują oni 1200–1600 przejazdów samochodowych dziennie po uliczkach, na których dziś bawią się dzieci;
- działka ma 0,8 ha, a teren SP 11 przy Asfaltowej 3,6 ha;
- mieszkańcy twierdzą, że o inwestycji dowiedzieli się dopiero we wrześniu, po wakacyjnej decyzji o pozwoleniu na budowę, oraz że dwie sąsiednie wspólnoty zostały pominięte jako strony postępowania. Złożyli odwołania do wojewody.
Dlaczego władza tak bardzo oderwała się od rzeczywistości? Zarządza miastem z tabelek i Excela, z biurka, z którego wszystko wygląda na dobrze zorganizowane. Z poziomu Smardzowskiej, Wierzyńskiego i Asfaltowej o ósmej rano widać co innego. Czy ktoś w ogóle tym miastem rządzi?
Czego żądamy
Pytania do prezydenta:
- Czy miasto potwierdza, że w rejonie ul. Lutosławskiego powstanie szkoła podstawowa lub zespół szkolno-przedszkolny, w jakim terminie i o jakiej wielkości? Co oznacza sformułowanie „w tym budowę szkoły podstawowej"?
- Czy placówka przy Smardzowskiej ma zaspokoić potrzeby oświatowe Jagodna i czy po jej otwarciu zmienią się obwody szkolne?
- Czy zdanie „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu" oznacza, że Jagodno szkoły nie dostanie?
- Kto wybrał inwestora i na jakich zasadach: najem, wykup, finansowanie, własność budynku?
- Dlaczego konsultacje i informacja zostały pominięte?
Żądamy: publicznego harmonogramu budowy szkoły na Jagodnie z terminem przejęcia gruntu od KOWR, ujawnienia umowy z inwestorem oraz analiz ruchu i hałasu, konsultacji z mieszkańcami obu osiedli, a także spotkania prezydenta z nimi na miejscu w godzinach szczytu.
Nie jesteśmy przeciwko szkołom. Jesteśmy za dotrzymywaniem obietnic, a przeciwko aroganckiej grze na przeczekanie i gaszeniu pożarów cudzym kosztem. Ile jeszcze mieszkańcy zamierzają to tolerować?
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Piotr Uhle
Pierwszą turę wyborów w Krakowie wygrał Łukasz Gibała i ma wszystkie karty w ręku, by wygrać w drugiej. Jednak nie jego wynik jest najbardziej interesujący. Wczorajsze wybory to pierwszy twardy pomiar tego, co dzieje się pod powierzchnią polskiej polityki miejskiej – i sygnał ostrzegawczy, który we Wrocławiu powinien zabrzmieć równie głośno, jak zabrzmiał w Krakowie.
Łukasz Gibała – 36,38 proc. Monika Piątkowska, kandydatka formacji rządzącej – 29,91 proc. Michał Drewnicki z PiS – 17,50 proc. Reszta rozproszona między Razem, Nową Lewicą a Konfederacją. Liczby są jednoznaczne i nie da się ich zinterpretować inaczej: kandydatka partii władzy przegrała pierwszą turę z outsiderem niezwiązanym z żadną z dużych formacji, a koalicja rządząca Polską, która trzy lata temu w wyborach do Sejmu zebrała w Krakowie blisko 65 proc. głosów, wczoraj zmieściła się w niecałych 35 procentach.
To nie jest korekta wyborcza w granicach błędu statystycznego. To tektoniczne tąpnięcie – i jak każde tąpnięcie, jest sygnałem czegoś głębszego, co dzieje się w warstwach, których na co dzień nie widać. To proces, na który zwracamy uwagę od dłuższego czasu: Koalicja Obywatelska przegrała z obywatelami. Mamy do czynienia z procesem przekształcania się partii obywatelskiej w partię kolesi. To proces, który prowadzi ich do zguby, ten proces będzie postępował również we Wrocławiu - ale więcej o nim w dalszej części tekstu.
Sondaże skompromitowane, wyborcy nieugięci
Zanim przejdziemy do sedna, trzeba nazwać po imieniu to, co wydarzyło się wokół samych badań przedwyborczych, bo to osobny skandal, który zasługuje na pamięć. Pracownia IBRIS jeszcze dwa tygodnie przed głosowaniem sugerowała, że do drugiej tury z Gibałą wejdzie Daria Gosek-Popiołek, a poparcie dla lidera rankingu oscyluje wokół 17-18 proc. Rzeczywisty wynik – ponad 36 proc., dwa razy więcej niż wskazywał sondaż – zostawia tę prognozę w gruzach. To nie jest pomyłka metodologiczna, jaka zdarza się każdej pracowni. To praca wykonana na zamówienie polityczne, uprawiana pod szyldem rzetelnego badania opinii publicznej. Najbliżej prawdy były sondaże OGB, w tym exit poll, który od razu wskazał właściwy kierunek.
Wniosek na przyszłość jest prosty i dotyczy nie tylko Krakowa: IBRIS przestał być źródłem wiedzy o nastrojach społecznych, a stał się narzędziem kształtowania narracji pod z góry ustalony wynik. Warto to zapamiętać przy każdym kolejnym „sondażu", który pojawi się przy okazji wrocławskich sporów – o referendum, o plan ogólny, o gospodarkę odpadami. Sondaż zamówiony nie jest pomiarem, jest bronią.
Ale to, że manipulacja sondażowa ostatecznie nie zmieniła wyniku, jest ważniejsze niż sama manipulacja. Krakowianie głosowali wbrew temu, co miało im się wydawać nieuchronne, wbrew narracji budowanej tygodniami w mediach i pracowniach badawczych. To pokazuje siłę nastroju społecznego, którego żadna pracownia, żaden spin doktor i żadna kampania medialna nie są już w stanie skutecznie ukryć ani zneutralizować.
To nie jest wynik o Krakowie. To wynik o elitach władzy
Można próbować tłumaczyć porażkę kandydatki koalicji rządzącej wyłącznie lokalnymi błędami – rygorystyczną strefą czystego transportu, podwyżkami biletów komunikacji miejskiej i opłat parkingowych, kolejnymi aferami kolesiostwa przy obsadzie spółek miejskich. To wygodne wytłumaczenie, bo pozwala zamknąć sprawę na poziomie technicznym, jako błąd komunikacyjny czy nietrafioną decyzję administracyjną, i uniknąć trudniejszego, bardziej niewygodnego pytania.
Prawda jest głębsza: w największych polskich miastach narasta bunt przeciwko elitom, które te miasta sobie przywłaszczyły. To nie jest zjawisko wyłącznie krakowskie ani wyłącznie związane z jedną partią – to proces ogólnopolski, który po prostu ujawnia się najpierw tam, gdzie te elity mają swój matecznik, swoje najgęstsze skupisko wpływów, kontaktów i zależności. Metropolie są miejscem narodzin tych elit i miejscem, w którym ich władza jest najbardziej widoczna na co dzień – w cenach mieszkań, w przetargach, w obsadzie stanowisk.
Kraków pokazał proces, który dojrzewał tam od lat: mieszkańcy przestają akceptować rządy ludzi głęboko przekonanych o własnej wyższości moralnej i intelektualnej, obsadzających spółki miejskie kolesiami zamiast kompetentnymi menedżerami, rozdających korzyści wybranym grupom interesu kosztem zwykłych podatników płacących coraz wyższe rachunki, i traktujących każdy sprzeciw obywatelski jako atak na naturalny, słuszny porządek rzeczy, a nie jako uzasadnioną reakcję na realne problemy.
Wrocław rządzony jest przez tę samą formację
Prezydent Wrocławia jest prezydentem z nadania Koalicji Obywatelskiej. Mechanizmy, które doprowadziły do erozji zaufania w Krakowie, działają tutaj od lat – tyle że jeszcze nie eksplodowały w wyborczej urnie, z prostego powodu: Wrocław takiej urny, takiego bezpośredniego testu nastrojów, od dawna nie miał.
Rozpasanie deweloperskie zapisane w kolejnych wersjach planu ogólnego, przyjmowanego wbrew licznym głosom sprzeciwu mieszkańców i ekspertów urbanistyki. Przetargi w gospodarce odpadami, które od lat budzą uzasadnione pytania o to, czyj interes – publiczny czy prywatny – faktycznie zabezpieczają. Spółki i instytucje miejskie funkcjonujące jako zaplecze kadrowe dla swoich, dla ludzi lojalnych politycznie, nie zawsze kompetentnych merytorycznie. Setki milionów złotych rocznie przekazywane organizacjom pozarządowym bez realnego, twardego rozliczenia z efektów tych wydatków. To nie są odosobnione, przypadkowe błędy złego zarządzania, które da się naprawić kosmetyczną korektą. To symptomy tego samego, głębszego mechanizmu, który właśnie przegrał w pierwszej turze w Krakowie: władzy, która przez lata bezkarności przestała się czuć realnie odpowiedzialna przed mieszkańcami, bo przez lata po prostu nie musiała się z niczego tłumaczyć.
Panika elit i retoryka nienawiści, która łączy kolesi wszystkich miast
Najbardziej wymowna po ogłoszeniu wyników była reakcja samej Moniki Piątkowskiej, która zamiast refleksji nad przyczynami porażki zaproponowała krakowianom katastroficzną, wręcz kasandryczną wizję przyszłości: zapowiedź niepokojów społecznych i masowych zwolnień, gdyby ostatecznie wygrał jej rywal. To czysta retoryka strachu, skalkulowana na zablokowanie zmiany emocjonalnym szantażem, a nie na rzeczowe zrozumienie tego, co właśnie zakomunikowali jej wyborcy.
Brzmi to niepokojąco znajomo. We Wrocławiu podobny język stosował już prezydent Jacek Sutryk, nazywając obywatelską inicjatywę referendalną „podpalaniem miasta" i sugerując publicznie, że jej organizatorów należy „dobrze prześwietlić", jakby chodziło o zagrożenie bezpieczeństwa, a nie o realizację konstytucyjnego prawa mieszkańców. Jego zastępcy i podwładni mówili wówczas o „niebezpiecznych środowiskach" rzekomo stojących za obywatelską inicjatywą, urzędnicy i lokalni politycy publicznie obrażali mieszkańców korzystających z demokratycznego prawa do zabierania głosu we własnej sprawie.
To nie przypadek, że elity władzy w różnych miastach, niezależnie od siebie, sięgają po niemal identyczny słownik w chwili, gdy czują realne zagrożenie dla swoich stanowisk i wpływów. To znak, że doskonale wiedzą, co się zbliża, i próbują to z góry zdyskredytować, zanim zjawisko nabierze politycznego rozpędu, zanim mieszkańcy zdążą się zorganizować i policzyć swoje siły.
Czy Wrocław wyciągnie wnioski?
Wynik krakowski jest dziś najbardziej wiarygodnym sondażem, jaki mieliśmy od dawna – bo to sondaż przeprowadzony przez samych obywateli, w warunkach realnej stawki, a nie na próbie kilkuset osób dobranej pod tezę zamawiającego. Pokazuje on wyraźnie, że erozja poparcia dla formacji rządzącej dużymi polskimi miastami nie jest chwilowym, przejściowym wahnięciem nastrojów, lecz procesem systematycznym, postępującym jak gangrena – i wcześniej czy później dotrze także do Wrocławia, niezależnie od tego, jak bardzo lokalne elity będą się przed tym bronić.
Pytanie, które musimy sobie dziś zadać, brzmi: czy wrocławianie poczekają biernie, aż ten proces sam dopełni się w naturalnym rytmie kolejnych wyborów samorządowych za kilka lat, czy zdecydują się przyspieszyć rozliczenie władzy już teraz, korzystając z narzędzi, które daje im prawo. Jedyną realną drogą do tego jest referendum – instrument, który pozwala mieszkańcom powiedzieć „dość" bez czekania na odległy kalendarz wyborczy, bez zdawania się na łaskę kolejnej kampanii zdominowanej przez zamawiane sondaże i medialny spin.
Kraków pokazał dobitnie, że to nie jest walka z wiatrakami skazana z góry na porażkę – to walka, którą realnie można wygrać, jeśli tylko mieszkańcy zdecydują się w nią zaangażować. Pytanie brzmi: czy Wrocław będzie gotowy, gdy przyjdzie na to czas?
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Najpierw dziennikarze ujawniają, że urzędnicy chcą w zaciszu gabinetów przepchnąć podwyżkę cen biletów do 6,10 zł. Chwilę później miasto publikuje płomienne dementi. Problem w tym, że zamiast zamknąć temat, magistrat sam podkłada ogień pod zapalnik. Skoro żadnej podwyżki „nie ma”, to dlaczego urzędnicy tak obszernie tłumaczą, dlaczego jest nam ona... absolutnie niezbędna?
Miasto mówi „nie”, ale po cichu urabia radnych
Sprawa z pozoru była prosta. Pojawia się gorąca informacja o gigantycznej, blisko 35-procentowej podwyżce (z 4,60 zł na 6,10 zł). Magistrat reaguje natychmiastowym komunikatem PR-owym. Czytamy w nim wielkimi literami: NIE MA DECYZJI O PODNIESIENIU CENY. Nie ma rzekomo ustalonej daty. Takie stawki nie miały być przedmiotem oficjalnych uzgodnień.
I tu sprawa powinna się zakończyć. Tyle że to dopiero początek festiwalu urzędowej nowomowy.
Większa część tego rzekomego sprostowania to w rzeczywistości gotowy, przygotowany wpis pod tytułem: „Dlaczego znowu zamierzamy sięgnąć do waszych kieszeni”. Urzędnicy zgrabnie tłumaczą, że bilet kosztuje 4,60 zł już od pięciu lat. Przypominają o cenach prądu, które wystrzeliły o 65%. Ubolewają, że z biletów mają zaledwie drobną część miliardowego budżetu na transport miejski.
Interpretacja jest jasna: dzisiaj miasto twierdzi, że 6,10 zł „nie ma na stole”. Ale lista wymówek do wprowadzenia nowej, droższej taryfy jest już wydrukowana i czeka na odpowiedni moment.
Jedno jest pewne - miasto pogrywa sobie z mieszkańcami zamiast otwarcie mówić o swoich planach. Pytane o urabianie radnych - kręci by tylko się nie przyznać, że proces wprowadzania podwyżek już trwa. Znowu oszukują ludzi.
Urzędnikom przeszkadza, że w biletach przestał być najdroższy
Wrocław przez ostatni rok coraz głębiej sięga do kieszeni mieszkańców. Mamy najdroższe śmieci w Polsce, najdroższe ZOO, bardzo drogi aquapark, coraz droższe mieszkania komunalne, TBS-y i opłaty za wodę. Akurat w cenie biletów plasowaliśmy się w środku stawki. Tak się składa, że “genialny” pomysł urzędników przywróci Wrocławiowi zasłużone pierwsze miejsce na liście najdroższych miast do życia w Polsce.
Nie tak dawno Krakusi pogonili prezydenta Miszalskiego m.in. po tym, gdy podniósł mieszkańcom cenę biletu jednorazowego do rekordowych 6 zł. Urzędnicy wrocławscy najwyraźniej poczuli się zawstydzeni i postanowili przebić stolicę Małopolski. Nigdy nie było mowy o stawce 6,10 zł? To o jakiej była mowa? 6,20 zł? 6,30 zł?
Artykuł-uzasadnienie zamiast twardego sprostowania
To klasyczna, cyniczna strategia wrocławskiego Ratusza. Widzieliśmy to już dokładnie przy opłatach za wodę, wywóz śmieci, przy opłatach w TBS i czynszach komunalnych.
- Obietnice: Przed wyborami lub pod presją inicjatywy referendalnej obiecują, że nie podniosą i zrezygnują z kolesiostwa.
- Presja: Gdy pojawia się presja społeczna – twardo dementują plotki.
- Urabianie: Chwilę później zaczynają zakulisowe „konsultacje” z radnymi i głośno narzekają na rosnące koszty.
- Finał: Gdy tylko presja wyborów lub groźba referendum się oddala - gigantyczny rachunek i tak ląduje na stole wrocławian.
Jeśli urząd faktycznie przymierza się do podniesienia cen biletów, powinien zagrać z mieszkańcami w otwarte karty. Pokazać konkretne symulacje, wyliczyć własne oszczędności w miejskich spółkach czy wreszcie wyciąć ciepłe posadki bez konkursów dla politycznych spadochroniarzy. Zamiast tego serwuje nam zgraną płytę o tym, że „wszystko drożeje”.
Szkoda tylko, że w Ratuszu nie potrafią oszczędzać na kolesiach.
Pasażer płaci, pasażer wymaga (a dostaje figę z makiem)
Pasażer MPK nie dotuje abstrakcyjnego „transportu zbiorowego”. Płaci za konkretną usługę. Chce dojechać do pracy. Punktualnie. Szybko. Latem z włączoną klimatyzacją, a zimą w ogrzewanym, czystym wagonie.
Tymczasem mieszkańcy w sieci nie zostawiają na priorytetach miasta suchej nitki:
„Może mamy jedne z najwolniejszych tramwajów, ale za to teraz będą najdroższe” — ocenia gorzko Piotr. „Kpina! Całe miasto rozkopane, w remontach, nigdzie nie da się normalnie dojechać, a oni będą jeszcze ceny biletów podnosić...” — punktuje Ania. „Koszty utrzymania komunikacji może i rosną, ale byłoby na to utrzymanie więcej pieniędzy, gdyby nie wieczne wydawanie milionów na Śląsk Wrocław i ciepłe posadki urzędników” — trafia w samo sedno Klaudia.
Wrocławianin nie jest bankomatem bez dna. Rachunki za wodę, prąd i odpady drastycznie poszły w górę. Koszty życia w naszym mieście biją ogólnopolskie rekordy. Dlatego każda kolejna podwyżka cen biletów, która nie idzie w parze z żelazną poprawą jakości MPK, jest zwykłym pluciem wyborcom w twarz.
Najpierw rachunek dla władzy, potem dla mieszkańców
Dziś podwyżki rzekomo nie ma. Trzymamy urzędników za słowo.
Będziemy jednak patrzeć władzy na ręce, żeby za parę miesięcy nie okazało się, że „podwyżki niby nie było, ale radni właśnie przegłosowali nową taryfę”. Było tak przy podwyżkach opłaty za odpady (w 2022 roku - mieszkańcy dostali prezent pod choinkę, w tym - zmiany przepychano w sezonie urlopowym). Każdy mieszkaniec ma pełne prawo wiedzieć, ile dokładnie zapłaci za bilet, zanim urzędnicy i politycy przyklepią to w gronie partyjniaków i sługusów władzy, byle tylko opinia publiczna dowiedziała się ostatnia.
Obecna ekipa straciła moralne prawo do wyciągania ręki po nasze pieniądze, skoro najpierw sama nie potrafi gospodarnie zarządzać miastem. Rozwiązanie tego problemu nie leży w ciągłym podnoszeniu cen. Leży w przewietrzeniu Ratusza – i jeśli prezydent oraz rada miejska nie zejdą z drogi ciągłego drenażu naszych portfeli, wrocławianom pozostanie tylko jedna, twarda demokratyczna droga obrony swoich praw: referendum.










