Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dolny Śląsk jest ostatnim województwem w Polsce bez spalarni odpadów. Wielu traktuje to jak zaległość do nadrobienia. My twierdzimy odwrotnie - to przewaga, którą można mądrze wykorzystać. Wrocław stoi przed wyborem: pójść utartą ścieżką i zbudować kosztowną instalację, która za dekadę stanie się finansową kotwicą. Albo sięgnąć po rozwiązania, które Europa właśnie zaczyna wdrażać zamiast spalarni. Czas na decyzję jest teraz - i są ku temu twarde, ekonomiczne powody.

Historia, która powinna być przestrogą

W 2013 roku Polska oferowała samorządom 600 milionów złotych dotacji i pożyczki z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko na budowę spalarni odpadów. Kraków wziął. Poznań wziął. Wrocław odmówił.

Dziś prezes Ekosystemu przywołuje tę decyzję jako jeden z głównych powodów problemów miasta z odpadami. I ma rację - tamta decyzja była błędem. Ale wyciąga z niej zły wniosek. Bo zbudowanie spalarni w 2025 roku, bez unijnego dofinansowania, w realiach zupełnie innych niż te sprzed dwunastu lat, to nie naprawa tamtego błędu. To popełnienie nowego - i dużo kosztowniejszego.

Spalanie to nie recykling. I nigdy nie będzie

Unijna hierarchia postępowania z odpadami jest jednoznaczna: najpierw zapobieganie, potem ponowne użycie, potem recykling, dopiero potem odzysk energii - czyli spalanie - a na samym końcu składowanie. Spalenie śmieciarki nie jest recyklingiem. Jest czwartym wyborem z pięciu możliwych.

Wrocław w 2026 roku zobowiązany jest osiągnąć poziom recyklingu 56 procent wszystkich odpadów. W 2030 roku ten próg wzrośnie do 60 procent, a w 2035 do 65 procent. Za każdą tonę poniżej wymaganego poziomu grożą kary finansowe płacone przez gminę - czyli przez mieszkańców z podatków. Prezes Ekosystemu przyznał w radiu, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. I że nie obliczył nawet, jakie kary za to zapłacimy.

Spalarnia tego problemu nie rozwiązuje - pogłębia go. Każda tona odpadów wrzucona do pieca to tona, która nie trafia do recyklingu. Im więcej spalimy, tym dalej od wymaganych poziomów, tym wyższe kary.

Finansowa kotwica: ETS od 2026 roku i wyższe opłaty za odpady

Tu zaczyna się ekonomia, która powinna zakończyć każdą dyskusję o budowie spalarni w Polsce.

Od 2026 roku spalarnie odpadów komunalnych zostały włączone do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych ETS. Oznacza to jedno: każda tona spalonego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Nie jutro. Już teraz - a dla instalacji, która ma powstać za kilka lat i działać przez trzydzieści, to fundament kalkulacji finansowej.

Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, okazuje się instalacją obciążoną stałym i rosnącym kosztem regulacyjnym, którego nie można ominąć ani wynegocjować. Miasto, które ją wybuduje, będzie przez dekady kupować uprawnienia do emisji CO2 - ze środków publicznych, niezależnie od cen rynkowych odpadów i niezależnie od tego, czy instalacja zarabia czy nie. A gdy do spalarni trzeba dopłacać - rośnie wysokość opłaty za odpady. Gdy dojdą opłaty za ETS - należy spodziewać się wzrostu wysokości odpadów. Do jakiej wysokości? Prawo dziś pozwala na podniesienie opłaty nawet do 70 zł od osoby miesięcznie.

Półtora miliarda na budowę spalarni, który nie może się zwrócić

Budowa nowoczesnej spalarni dla miasta wielkości Wrocławia to koszt rzędu miliarda złotych lub więcej - bez unijnego dofinansowania, na warunkach rynkowych. To instalacja, która aby być opłacalna, musi przez cały czas swojej pracy otrzymywać odpowiednią ilość odpadów.

I tu pojawia się problem, który Szwecja i Dania znają doskonale. Szwecja importuje rocznie około 700 tysięcy ton śmieci z Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, bo własnych odpadów ma za mało, żeby zasilić swoje spalarnie. Spalarnie potrzebują naprawdę sporej ilości śmieci, żeby w ogóle działać - rocznie przywozi się ich prawie półtora miliona ton.

Jeśli Wrocław uzależni ciepłownictwo od spalarni - a taki model jest najbardziej opłacalny - miasto stanie się zakładnikiem strumienia odpadów. Gdy recykling wzrośnie (a musi, bo wymusza to prawo), gdy zmniejszy się ilość odpadów trafiających do spalenia, spalarnia będzie wymagała dotowania lub importu śmieci z innych gmin. To nie jest hipoteza - to doświadczenie każdego kraju, który tę ścieżkę przeszedł.

Polska ma już i tak bardzo duże moce przepustowe do spalania odpadów. Czy naprawdę potrzeba nowych instalacji? W Polsce moce istniejących spalarni odpadów komunalnych są znaczne. Inicjatywa STOP Wrocławskiej spalarni informuje, że mamy:

🔥 11 spalarni i współspalarni odpadów (wydajność 1,75 mln ton rocznie),
🔥 9 instalacji do spalania odpadów w cementowniach (1,75 mln ton rocznie),
🔥 5 spalarni w budowie i rozbudowie (510 tys. ton rocznie),
🔥 42 spalarnie w zaawansowanym procedowaniu (część z uzyskanym dofinansowaniem NFOŚiGW i/lub decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach) (ok. 2,5 mln ton rocznie),
To w sumie blisko 70 instalacji o wydajności ponad 6,5 mln ton rocznie, a krajowe roczne zapotrzebowanie na spalanie odpadów to ok. 4 mln ton i powinno spadać ze względu na coraz skuteczniejszy recykling..

Emisje i ryzyko awarii - co wylatuje z komina

Zwolennicy spalarni mówią: nowoczesne instalacje są bezpieczne, filtry zatrzymują szkodliwe substancje. To po części prawda - przy sprawnym działaniu systemu oczyszczania spalin. Ale systemy ulegają awariom.

Każda awaria filtrów oznacza wypuszczenie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich - substancji silnie rakotwórczych, które osiadają w glebie i wchodzą do łańcucha pokarmowego. Zasięg takiej awarii to nie kilkaset metrów, lecz kilometry.

Warto przy tym pamiętać, że problem emisji dioksyn w Polsce pochodzi głównie ze źródeł niekontrolowanych. Jeden pożar składowiska odpadów emituje do atmosfery tyle rakotwórczych dioksyn, ile przez osiem lat wytworzą wszystkie polskie spalarnie - taką ocenę przedstawił prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej. To argument za dobrą segregacją i eliminacją nielegalnych składowisk - nie za budową nowych pieców. Tym bardziej, że do takich niekontrolowanych pożarów zadziwiająco często dochodzi w samych spalarniach – ostatnio m.in. w Gdańsku, Przysiece czy Olsztynie.

Koszty infrastrukturalne i społeczne - kto zapłaci za transport?

Spalarnia to nie tylko komin i piec. To cała logistyka: dziesiątki ciężarówek ze śmieciami wjeżdżających codziennie w jedno miejsce, infrastruktura drogowa, hałas, smród przy rozładunku, presja na okolicznych mieszkańców.

Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu odpadowego - to przeniesienie go do sąsiednich gmin.

Przyszłość należy do recyklingu, nie do ognia

Podczas gdy spalarnia to technologia z końca XIX wieku - pierwszą uruchomiono w Nottingham w 1874 roku - recykling wchodzi właśnie w erę przełomu.

Nowoczesne sortownie wyposażone w systemy optycznego rozpoznawania frakcji i ramiona robotyczne potrafią odzyskiwać surowce, które jeszcze dekadę temu trafiały na wysypisko. Bydgoszcz wybudowała nowoczesną sortownię odpadów w trzy lata - bez miliardowych kosztów, bez ETS, z realnym wpływem na poziomy recyklingu. Kompostownie i biometanownie przetwarzają frakcję organiczną w substrat rolniczy i biometan, zamykając obieg materii. Cały świat eksperymentuje z procesami chemicznymi, które pozwalają odzyskiwać tworzywa sztuczne wcześniej uznawane za nierecyklowalną frakcję.

AI i robotyzacja zmieniają ekonomikę sortowania. To co dziś jest za drogie, za pięć lat może być tańsze od spalania - i na pewno tańsze od spalania z doliczonym ETS.

Dolny Śląsk ma szansę, której nie ma nikt inny

Jesteśmy ostatnim województwem bez spalarni. To nie wstyd - to przewaga startowa. Możemy uczyć się na błędach Krakowa, Poznania i trzydziestu krajów europejskich, które teraz zastanawiają się, jak wyplątać się z uzależnienia od instalacji termicznych i jak spełnić unijne poziomy recyklingu przy jednoczesnym spalaniu połowy strumienia odpadów.

Wrocław może zbudować system oparty na sortowniach nowej generacji, kompostowniach, biometanowniach i punktach selektywnej zbiórki dostępnych dla każdego mieszkańca. System, który z każdym rokiem będzie bliżej wymaganych poziomów recyklingu, a nie dalej. System, który nie będzie wymagał zakupu uprawnień emisyjnych i nie stanie się zakładnikiem strumienia odpadów.

Albo może wybrać ścieżkę utartą - i za dwadzieścia lat tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego import śmieci z ościennych gmin jest koniecznością, a rachunki za ciepło rosną, bo uprawnienia CO2 są coraz droższe.

Skąd nagły zwrot?

Od dłuższego czasu mnożą się głosy za budową spalarni odpadów dla Wrocławia. Mówił o tym nie tylko prezes Karpiński w Radio Rodzina czy w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Wielokrotnie o budowie takich instalacji pozytywnie wypowiadały się władze województwa, w szczególności marszałek Paweł Gancarz oraz członek zarządu województwa, Michał Rado. Do chóru apologetów spalania odpadów dołączył w styczniu nawet Jacek Sutryk, który w wywiadzie z red. Wieczorkowskim twierdził o budowie spalarni m.in. że "to jest potrzebne", "nikogo nie truje, to jest przecież ekologiczne", powoływał się na rzekome "argumenty naukowe", mówił, że "inne województwa zarabiają na tym" i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.

Tymczasem jeszcze trzy lata temu jego pierwszy zastępca, Jakub Mazur mówił: - Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy. To oczywiście wynika z oceny sytuacji i analizowania tego, co nas czeka w przyszłości. Widzimy dzisiaj nadwyżki odpadów wysokokalorycznych i konieczność budowy jeszcze kilku instalacji w Polsce. Wiem, że są projekty na 39 w różnych miejscach, w tym na Dolnym Śląsku. To już jednak polityka i decyzje na poziomie rządu, jak to regulować. My uznaliśmy, że nie ma sensu, żeby Wrocław inwestował ponad miliard złotych w instalację, która - zważywszy na strumień odpadów w perspektywie 2035 roku - nie będzie miała ekonomicznego sensu. To nie zdążyłoby się nam zwrócić (...). Ponadto podjęliśmy decyzję, że dążymy do bycia „zielonym” miastem, które ogranicza emisje. A więc w takie inwestycje nie wchodzimy, bo termiczne przetwarzanie jest emisyjne i podkreśla się to we wszystkich strategicznych dokumentach unijnych - mówił dla Portalu Samorządowego Wiceprezydent Jakub Mazur.

Wybór jest teraz. I po raz pierwszy od lat - jest w rękach nowych ludzi.

 


Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił kolejnego wywiadu. Tym razem w Radiu Rodzina wyjaśniał, dlaczego Wrocław od ponad roku nie może rozstrzygnąć przetargu i co dalej z gospodarką odpadami. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. Ale jest jeden wątek, który wymaga szczególnej uwagi - bo za nieudolnością przetargową wyłania się wyraźny plan B: spalić problem razem ze śmieciami.

Prezes przyznaje: opłata za śmieci mogłaby być niższa

Prowadzący rozmowę ks. Kowalski zapytał gościa wprost: "Czy cena, jaką dziś wrocławianie płacą za wywóz śmieci, mogłaby być niższa?" Karpiński odpowiedział: - Tak, mogłaby być niższa, gdyby w 2005 roku nie sprywatyzowano Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i gdyby w 2013 roku ówczesne władze Wrocławia przyjęły 600 milionów na budowę instalacji.

To mieszanie prawdy z kłamstwem. Prywatyzacja WPO była błędem, za które Wrocław płaci do dziś. Ale o dotacjach na jakie instalacje mówił prezes Ekosystemu? 100 mln zł dotacji i 500 mln zł pożyczki z NFOŚiGW można było uzyskać na... budowę spalarni odpadów. Kraków i Poznań te pieniądze wzięły. Zbudowały rusztowe spalarnie - które nie zwiększają poziomów recyklingu. Co gorsza: niebawem zostaną objęte unijnym systemem opłat za emisje CO2, co przeistoczy je w finansową pułapkę.

Ale to był rok 2005 i 2013. Karpiński zarządza Ekosystemem teraz. Pytanie brzmiało o cenę dziś, a odpowiedź dotyczyła decyzji sprzed 11-21 lat. To klasyczne przekierowanie uwagi: zamiast odpowiedzieć za własne działania, wskazuje się na poprzedników.

Zamiast obniżek: 15% to normalna zwyżka rynkowa

Prowadzący dopytał: "A gdybyście 400 dni temu wyłonili wykonawcę, nie miałoby to wpływu na cenę?" Karpiński: - Nie wyłoniliśmy, bo nie mogliśmy. Obecna cena z wolnej ręki jest o 15% wyższa niż z umowy z 2023 roku. Przy 20% inflacji przez trzy lata to normalna zwyżka.

To prawda tylko w połowie. Inflacja faktycznie wyniosła około 20% w ciągu trzech lat - to argument uczciwy. Problem polega na tym, że 15% jest liczone od bazy, która w 2023 roku wzrosła już o 125%. Prezes porównuje wzrost procentowy, nie kwoty. Gdyby za wywóz tony odpadów płaciliśmy w 2020 roku 100 zł, to po wzroście o 125% płaciliśmy 225 zł, a po kolejnych 15% płacimy już 259 zł. Inflacja tłumaczy część wzrostu - nie tłumaczy wszystkiego. Prezes do tej pory nie udostępnił umów, o które wnosiliśmy jeszcze w kwietniu. Gdy je przeczytamy to dowiemy się jakiej jakości produkt kupujemy za te 15% więcej. Bo gdyby okazało się, że płacimy jak za Mercedesa a otrzymujemy Syrenę tylko 15% drożej - nie świadczyłoby to najlepiej o zarządzaniu spółką i organizowaniu zamówień publicznych.

Nie możemy iść na skróty, bo procedury

Argument wygodnie pomijający fakty. Prezes mówi o 14 rozprawach jako dowodzie ciężkiej pracy spółki. Nie wspomina jednak, że jedną z kluczowych spraw Ekosystem przegrał, bo pełnomocnik spółki nie przedstawił na sali sądowej żadnych argumentów - ani pisemnie, ani ustnie. Sąd Okręgowy w Warszawie napisał wprost, że nie może wyręczać profesjonalnego prawnika. Nie to jest "paraliż systemu zamówień publicznych". To jest paraliż kadry zarządzającej spółką.

Chrzanów to powierzchowne porównanie

SOS Wrocław zestawiło konkretne liczby: ta sama firma śmieciarska przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - prawie dwa razy więcej. Krapiński nazwał to porównanie "powierzchownym" i zaproponował inne zestawienie: - Niech pan porówna z Długołęką i Kobierzycami, gdzie stawki są wyższe przy niższej jakości usług.

To unik, nie odpowiedź. Bioodpady to resztki jedzenia i odpady kuchenne - to, co wrzucasz do brązowego pojemnika. Chrzanów i Wrocław leżą w różnych regionach, ale usługę wykonuje ten sam wykonawca. Argument o "innych warunkach lokalnych" mógłby tłumaczyć różnicę między różnymi firmami. Nie tłumaczy różnicy w ofercie tej samej firmy złożonej w dwóch różnych miastach - i to różnicy tak fundamentalnej.

Na to pytanie Karpiński nie odpowiada. Zamiast tego sugeruje, żeby SOS Wrocław samo zgłosiło sprawę do odpowiednich służb - co jest o tyle ironiczne, że SOS Wrocław jako pierwsze złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Przetarg rozstrzygniemy przed wakacjami

Karpiński zapowiedział: dokumenty do KIO do 20 maja, rozprawa dwa tygodnie później, wyrok na początku czerwca, otwarcie ofert pod koniec maja - jeśli nie pojawią się nowe odwołania.

To życzenie, nie plan. Przez ostatnie 425 dni każdy kolejny "optymistyczny termin" się nie ziścił. Otwarcie ofert zaplanowane na 7 maja 2026 roku nie odbyło się - zostało przesunięte. Nowe odwołanie już wpłynęło. Karpiński mówi "jeśli nie będzie kolejnych odwołań" - przez ponad rok było ich ponad czterdzieści. I jego służby wszystkie sprawy przegrały.

Prezes kar nie obliczał

Wrocław w 2026 roku musi osiągnąć poziom recyklingu 56% - czyli 56% wszystkich odpadów musi trafić do ponownego przetworzenia, nie na wysypisko. Jeśli tego nie osiągnie, gmina zapłaci kary finansowe z miejskiego budżetu - czyli z pieniędzy podatników. Karpiński sam przyznał w wywiadzie, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. Prowadzący zapytał: "Wiemy, jakie kary poniesiemy?" Karpiński: - Ja takich kar nie obliczałem i trudno mi powiedzieć, jaki jest wymiar tych kar.

Prezes spółki zarządzającej systemem odpadów wartym w obecnym przetargu ponad miliard złotych nie obliczył, ile miasto zapłaci kar za nieosiągnięcie obowiązkowych poziomów recyklingu - kar, które zapłacą mieszkańcy Wrocławia ze swoich podatków.

Co przemilczano

W całym wywiadzie nie padło ani jedno słowo o tym, że funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych zleconych przez Prokuraturę Krajową. Prowadzący nie zapytał. Prezes nie powiedział. Nie padło też słowo o sygnalistce - pracownicy Ekosystemu, która alarmowała o nieprawidłowościach i została zwolniona. Państwowa Inspekcja Pracy uznała to zwolnienie za bezprawne i nakazała przywrócenie jej do pracy.

To nie były tematy poboczne. To są fakty dotyczące spółki, której prezes przez kilkanaście minut tłumaczył w radiu, że wszystko jest pod kontrolą.

Musimy zbudować infrastrukturę

Pytany o to, czy Wrocław nie powinien iść śladem Bydgoszczy, która w trzy lata postawiła własną sortownię odpadów, prezes Ekosystemu przyznał rację. I ma rację co do diagnozy: Wrocław jest uzależniony od prywatnych firm, bo nie ma własnej sortowni ani instalacji przetwarzania odpadów. Budowa infrastruktury to jedyne wyjście.

Pytanie dotyczy jednak kierunku. I tu zaczyna się problem.

Piromańskie zapędy prezesa Ekosystemu

W wywiadzie i we wcześniejszych wystąpieniach prezes Ekosystemu wyraźnie ciąży ku jednemu: uznaniu, że budowa spalarni odpadów to dobry kierunek. Tymczasem spalanie odpadów nie rozwiąże żadnego z trzech kluczowych problemów Wrocławia.

Po pierwsze, spalanie to nie recykling. Wrocław już teraz nie osiągnie wymaganego poziomu 56% recyklingu w 2026 roku i poniesie za to wielomilionowe kary. Spalenie odpadów w piecu nie zalicza się do recyklingu w unijnej hierarchii - wręcz przeciwnie, zmniejsza ilość surowców trafiających do odzysku materiałowego. Miasto, które buduje spalarnię zamiast rozwijać selektywną zbiórkę, samo sobie wbija nóż w plecy w kontekście wymogów recyklingowych.

Po drugie, od 2028 roku spalarnie odpadów najprawdopodobniej wejdą do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji ETS. Oznacza to, że każda tona spalanego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Prognozy cen uprawnień na 2030 rok sięgają 188 euro za tonę CO2. Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, może okazać się finansową pułapką na dekady - opłaconą przez mieszkańców. Co więcej - ze względu na to, że w Polsce mamy już wiele tego typu instalacji - możliwe, że będzie generowała konieczność importowania odpadów zza granicy.

Po trzecie, koszty środowiskowe i społeczne są nie do przyjęcia. Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Zasięg oddziaływania obejmuje gęsto zaludnione tereny. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu - to przeniesienie go do sąsiednich gmin i zatruwanie powietrza ponad głowami tych, którzy już teraz płacą za chaos w systemie.

Co zamiast spalarni?

Mechaniczno-biologiczne przetwarzanie odpadów, rozbudowa kompostowni, sortownie zwiększające odzysk surowców, biogazownie - to kierunki, które naprawdę mogą poprawić poziomy recyklingu i uniezależnić Wrocław od oligopolu firm śmieciowych. Karpiński wymienia je w wywiadzie - jednak dla uważnie słuchających najmocniej wybrzmiewa argument o instalacjach do "termicznego przetwarzania".

Piroman może i zna inne narzędzia. Ale zawsze sięgnie po ogień.

Ilustracja ma charakter satyryczny i nie obrazuje rzeczywistych zdarzeń.


Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Nowy wiceprezydent Wrocławia z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Roman, dostał konkretną tekę i konkretne zadanie. Pierwsze z sześciu prac, które dla niego przygotowaliśmy, jest zarazem najpilniejsze: wyjaśnienie afery śmieciowej, która od ponad roku paraliżuje jeden z najdroższych systemów komunalnych w Polsce. Czas na działania, prawdę i odpowiedzi - dość mącenia wody i stawiania zasłon dymnych.

424 dni, pół miliarda, żaden przetarg nierozstrzygnięty

Wrocław ma problem z odpadami od dawna. Ale to, co dzieje się od marca 2025 roku, przekracza wszelkie dotychczasowe standardy nieudolności. Miejska spółka Ekosystem ogłosiła przetargi na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów w sześciu sektorach miasta o łącznej wartości ponad miliarda złotych. Od ogłoszenia przetargu 12 marca 2025 roku minęło już 424 dni - żaden z przetargów nie został rozstrzygnięty. Zaplanowane na 7 maja otwarcie ofert nie odbyło się. Ekosystem przesunął je na koniec maja. Jeśli pojawią się kolejne odwołania - a historia nie napawa optymizmem - termin znów się oddali.

W tym czasie miasto trzykrotnie ratowało się umowami z wolnej ręki: w czerwcu 2025 roku za około 136 mln zł, w październiku za 192 mln zł, a w marcu 2026 roku za 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych trafiło do firm śmieciowych bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu i bez ujawnienia szczegółów mieszkańcom.

Tryb z wolnej ręki jest prawnie zarezerwowany dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu przetargowi od kilkunastu lat, trudno mówić o nieprzewidywalności.

Nieudolność czy coś więcej?

Sama skala porażek prawnych budzi poważne pytania. Ekosystem przegrał szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W jednym z wyroków Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził wprost, że skarga spółki - reprezentowanej przez profesjonalnego pełnomocnika - nie zawierała rozwinięcia zarzutów ani na piśmie, ani na rozprawie. Sąd odmówił wyręczania prawnika. Efekt: odpowiedzialność za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, zamiast spoczywać na wykonawcach, zostaje po stronie miasta. A za 2026 rok obowiązuje poziom 56 procent - jego nieosiągnięcie oznacza wielomilionowe kary.

Pytanie, które zadaje sobie coraz więcej wrocławian, brzmi: czy to jeszcze zwykła niekompetencja, czy może celowe działanie? Gdy przetarg się nie kończy, umowy z wolnej ręki - bez przetargu, bez konkurencji - stają się jedyną opcją. A na takim układzie ktoś zarabia. Szczodrze.

Smaczku dodaje sprawie fakt, że spółka aktualizując warunki zamówienia... nie wykonała wyroku KIO. Prezydent Młyńczak grzmiał, że niewykonanie wyroku to polityczna gra na czas. Należy rozumieć, że na tej grze tracą mieszkańcy a zyskują firmy śmieciowe. Co z tą wiedzą zrobi prezydent Młyńczak jako osoba publiczna? A może zostawi swojemu następcy "trupa" w szafie?

CBA i prokuratura już w aktach sprawy

Sprawy nie traktują poważnie wyłącznie radni koalicji Sutryka, którzy w głosowaniu 19 do 10 odrzucili wniosek o powołanie specjalnej komisji śmieciowej. Za to bardzo poważnie traktuje ją Prokuratura Krajowa. Funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych - nie zwykłej kontroli administracyjnej.

Stowarzyszenie SOS Wrocław zawiadomiło prokuraturę o możliwym przekroczeniu uprawnień i działaniu w celu uzyskania korzyści majątkowej przy przygotowaniu przetargu. Wcześniej Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że spółka bezprawnie zwolniła sygnalistkę, która alarmowała o nieprawidłowościach.

Wrocław płaci najwięcej, dostaje najmniej jasności

Wrocław należy dziś do miast z najdroższym systemem odpadów w Polsce. Ten sam wykonawca przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - niemal dwa razy drożej. Wrocławianie dopłacają do usług w innych miastach, bo tam jest konkurencja, a tu - oligopol chroniony przez niemoc lub wygodę zarządzających miastem.

Czego oczekujemy od Grzegorza Romana

Pierwsza praca dla nowego wiceprezydenta jest prosta do opisania, trudna do wykonania - bo uderza w interesy ludzi dobrze zakorzenionych w wrocławskim układzie. Oczekujemy pełnego wyjaśnienia okoliczności, w których pół miliarda złotych trafiło do firm bez przetargu. Oczekujemy rzeczywistej współpracy z organami ścigania, a nie komunikatów uspokajających. I oczekujemy rozstrzygnięcia przetargu - prawdziwego, z wynikiem - zanim mieszkańcy dostaną kolejny rachunek za śmieci droższy niż poprzedni. Czy jedynym sposobem będzie wymiana całej kadry kierowniczej w Ekosystemie? Tylko jeżeli sięgnie się po fachowców a nie po kolesi.

Grzegorz Roman i Koalicja Obywatelska wzięli za Wrocław pełną odpowiedzialność. Czas sprawdzić, czy to coś zmienia.


Powstanie speckomisja rady aby mieszkańcy płacili mniej za śmieci. We Wrocławiu?

  1. Powstanie speckomisja rady aby mieszkańcy płacili mniej za śmieci. We Wrocławiu?

Nie! W Czechowicach-Dziedzicach, gdzie radni powołali doraźną komisję do analizy systemu gospodarowania odpadami. We Wrocławiu większość rządząca odrzuciła identyczny wniosek. Różnica jest prosta: Czechowice liczą pieniądze. Wrocław jest w opinii rządzących na tyle bogaty, żeby móc ignorować problem - a w najgorszym razie przerzucić jego koszty na mieszkańców. Ustawowy sufit to dziś 70 zł od osoby miesięcznie.

Śmieci w Czechowicach są sprawą poważną

Rada Miejska w Czechowicach-Dziedzicach powołała doraźną komisję do analizy i nowelizacji systemu gospodarowania odpadami komunalnymi. Komisja ma sprawdzić zapisy i regulaminy tak, by były jak najkorzystniejsze dla mieszkańców - i jak najtańsze. Przewodniczący nowej komisji Radosław Hudziec nie owijał w bawełnę: "Wszyscy wiemy, że dynamiczny wzrost kosztów uderza w naszych mieszkańców". Burmistrz Marian Błachut zapowiedział, że prace komisji powinny zakończyć się w czerwcu, a wnioski posłużą zmianom w regulaminie, które umożliwią ogłoszenie nowego przetargu.

Czechowice to miasto, które nie może sobie pozwolić na beztroskę. Rachunki za śmieci rosną, a każda złotówka ma znaczenie.

Wrocław jest bogaty, najwyżej mieszkańcy zapłacą więcej

We Wrocławiu wniosek o powołanie podobnej komisji zgłosił radny Piotr Uhle z klubu Naprawmy Przyszłość. Liczby, które przytoczył, są porażające: postępowania przetargowe na odbiór odpadów ogłoszono w marcu 2025 roku i po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki - łącznie ponad pół miliarda złotych, bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu.

Odpowiedź większości była krótka. Wiceprezydent Michał Młyńczak nazwał wniosek "polityczną grą na czas" i rekomendował jego odrzucenie. Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych Koalicji Obywatelskiej. Komisja nie powstanie. Zamiast niej powołano zespół w spółce Ekosystem, która za obecny wrocławski śmieciowy bałagan odpowiada. Czy w takiej konfiguracji możliwa jest uczciwa ocena obecnego systemu? Jak będą przebiegać prace? Zobaczymy już niebawem - pierwsze posiedzenie w przyszłym tygodniu.

Nadchodzą podwyżki. Jak wysokie?

Wrocław płaci dziś 41,24 zł od osoby miesięcznie - stawka nie zmieniła się od ponad trzech lat. Brzmi niedrogo? Od 31 marca 2026 roku maksymalna ustawowa stawka opłaty za odpady komunalne wynosi 70 zł od mieszkańca miesięcznie - to wzrost z dotychczasowych 63,34 zł, wynikający z nowego obwieszczenia Prezesa GUS o dochodach rozporządzalnych.  (podatkowyreferat) Między tym, co Wrocław pobiera dziś, a tym, co może pobrać jutro, jest prawie 30 złotych różnicy - na osobę, co miesiąc. Na rodzinę czteroosobową to około 1400 zł rocznie.

Zamiast analizować, dlaczego system kosztuje tyle co kosztuje i jak go naprawić, miasto zostawiło sobie narzędzie zastępcze: podwyżkę. Jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje teraz zespół powołany przy spółce Ekosystem - czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Czechowice liczą swoje złotówki. Wrocław wie, że podwyżki dla mieszkańców będą dużym ciosem, ale to poświęcenie, które urzędnicy są gotowi ponieść w imię krycia niekompetencji kolesi.

fot. Oskar Piecuch / czecho.pl


Afera śmieciowa: Pół miliarda bez przetargu, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać

Nie będzie speckomisji śmieciowej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Radni lojalni wobec Sutryka nie chcą się przepracowywać i poparli wniosek o jej odrzucenie.

Wniosek zgłosił wiceprezydent Michał Młyńczak. Poparło go 19 radnych Koalicji Obywatelskiej, 10 było przeciw, dwoje wstrzymało się od głosu. Komisja, która miała zbadać, dlaczego od ponad roku nie da się we Wrocławiu rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci i dlaczego miasto wydaje setki milionów złotych z wolnej ręki, nie powstanie. Większość rządząca uznała, że nie ma czego badać.

407 dni, pół miliarda i ani jednego rozstrzygniętego przetargu

Liczby, które przytoczył wnioskodawca Piotr Uhle (klub Naprawmy Przyszłość), są wprost porażające. Postępowania przetargowe na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów komunalnych w sześciu sektorach Wrocławia ogłoszono w marcu 2025 roku. Po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. Spółka Ekosystem przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki: w czerwcu 2025 r. na ok. 136 mln zł, w październiku 2025 r. na 192 mln zł, w marcu 2026 r. na 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych — bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, na warunkach, których szczegółów miasto nie ujawnia.

Tryb z wolnej ręki, jak wynika z prawa zamówień publicznych, zarezerwowany jest dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu kolejnemu przetargowi od kilkunastu lat, „nieprzewidywalność" to argument trudny do utrzymania.

Jest jeszcze drugie dno. Już w 2026 roku miasto ma ustawowy obowiązek osiągnąć 56-procentowy poziom recyklingu odpadów komunalnych. Niewypełnienie progu oznacza wielomilionowe kary. Sądy w toku postępowań ustaliły, że odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów tym razem nie udało się przerzucić na wykonawców — zostanie ona w całości po stronie miasta. Eksperci wskazują, że kluczowy wyrok został wydany na skutek nieudolności i niekompetencji spółki w trakcie sprawy sądowej. Więcej o tym przeczytacie w tekście "Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa".  W uzasadnieniu do wyroku czytamy:

"Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska.
Sąd Okręgowy uznał, że tak sprecyzowane żądania w zakresie kosztów nie nadają się do rozpoznania, tym bardziej biorąc pod uwagę, że strona skarżąca była zastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze”
(wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.).

Trudno też wytłumaczyć różnice cenowe. W Chrzanowie ten sam wykonawca, co we Wrocławiu, przetwarza tonę bioodpadów za 746 zł. We Wrocławiu — za 1310 zł. Niemal dwa razy więcej u tej samej firmy. Wrocławianie zrzucają się na śmieci w Chrzanowie, bo tam jest konkurencja a w stolicy Dolnego Śląska - oligopol i nieudolna spółka organizująca przetargi.

Co miała robić komisja

Projekt klubu Naprawmy Przyszłość zakładał powołanie ciała, które przez pół roku zająłby się systemem odpadowym całościowo: oceną jego funkcjonowania, analizą zamówień publicznych, sytuacji finansowej, otoczenia rynkowego, a na końcu — wypracowaniem rekomendacji obniżenia kosztów i stawki opłaty dla mieszkańców. Raport miał trafić do rady do końca października 2026 r.

Uhle podkreślał, że nie chodzi o powielanie pracy komisji rewizyjnej, której tegoroczny plan kontroli obejmuje wyłącznie spółkę Ekosystem. Komisja doraźna miała patrzeć szerzej: na cały system. Intencję wnioskodawca wyłożył wprost, odwołując się do napisu w sali sesyjnej: „Być narodowi użytecznym. I my dzisiaj zdajemy pewnego rodzaju test czy egzamin, czy nam się chce pracować na to, żeby być użytecznym, czy po prostu chodzi o to, żeby użytecznym byli inni, a nam było wygodnie".

Linia obrony większości: „polityczna gra na czas"

Klub Koalicji Obywatelskiej, który w radzie ma zdecydowaną większość, zajął stanowisko negatywne. Przewodniczący Robert Leszczyński sugerował, że wnioskodawca raport ma już właściwie napisany i że komisja byłaby ciałem do „hucpy politycznej". Krytyczne uwagi wniosła Komisja Statutowa: zakres działania komisji uznano za zbyt szeroki jak na ciało doraźne.

Najmocniejsze stanowisko zajął jednak wiceprezydent Michał Młyńczak — i to on dwukrotnie wnosił o odrzucenie projektu. „Ta podkomisja, co do której pan radny Uhle dzisiaj składa, to jest polityczna gra na czas" — mówił. „Panu poprzez tą podkomisję zależy na kontynuowaniu w ciągłym, w trybie permanentnym tego, aby nie doprowadzić po prostu do finałowych rozstrzygnięć przetargowych i grać dalej na czas. Grać dalej na to, aby wprowadzać medialny szum, chaos i w tym zakresie pełną manipulację".

Riposta Uhlego była najmocniejszym momentem debaty. - Jeżeli pan uważa, że moje intencje są takie, żeby wpłynąć na wynik przetargu, to proszę iść i zawiadomić prokuraturę. Normalnie bym tak powiedział, tylko już to zrobiliście. Problem jest taki, że to nie do moich drzwi załomotało CBA, tylko do innych drzwi panie prezydencie — odpowiedział wiceprezydentowi.

PiS: koalicji nie chce się pracować

Projektowi klubu Uhlego poparcia udzieliło Prawo i Sprawiedliwość. Przewodniczący Łukasz Kasztelewicz stawiał diagnozę bez ogródek: „Coś się źle dzieje w Ekosystemie. Powinniśmy to sprawdzić. Nie wiem, dlaczego taka wielka obrona". I dalej: „Wiadomo, że są pewne procedury prawne. (...) Ale to już trwa półtora roku. Wszystko przegrywacie, czego się nie tkniecie".

Pod adresem KO Kosztelewicz nie owijał w bawełnę. - Wam się po prostu nie chce pracować w Radzie Miejskiej. (...) Jedyne co możecie robić, to po prostu głosować za, za, za wszystkimi projektami suflowanymi przez pana prezydenta".

Sympatię dla projektu wyraził też Sławomir Śmigielski (Lewica), zarazem przewodniczący komisji rewizyjnej. „Coś jest na rzeczy, ewidentnie coś jest na rzeczy" — mówił o branży, w której „nie pies merda ogonem, ale ogon merda psem". Andrzej Kilijanek (KO) zaproponował alternatywę — sesję nadzwyczajną poświęconą wyłącznie odpadom — i złożył wniosek formalny o informacje od prezydenta dotyczące spalarni i miejskiego przedsiębiorstwa wywozu odpadów. Dominik Kłosowski (Lewica) opowiadał się za przywróceniem MPO przynajmniej na ćwiartce miasta, mówiąc o Wrocławiu jako „zakładniku kilku podmiotów".

Anatomia głosowania

Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych KO. Przeciw odrzuceniu — czyli za powołaniem komisji — 10 osób: trzyosobowy klub Naprawmy Przyszłość (Janas, Nowotarski, Uhle), siedmioro radnych PiS (Kasztelowicz, Kilijanek, Krzeszowiec, Kurczewski, Olbert, Piwoński oraz Śmigielski). Wstrzymały się dwie osoby — Dominika Kontecka i Krzysztof Zalewski. Pięcioro radnych obecnych nie wzięło udziału w głosowaniu.

Co znaczące, Dominik Kłosowski, który w trakcie debaty mówił o wrocławskim oligopolu firm śmieciowych i postulował powrót do MPO, ostatecznie zagłosował za odrzuceniem projektu wraz z klubem KO.

Co dalej i czego nie będzie

Po odrzuceniu uchwały jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje zespół powołany przy spółce Ekosystem — czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Komisja rewizyjna zbada w 2026 roku samą spółkę, ale nie cały system. Przetargi, których nie udało się rozstrzygnąć przez 407 dni, pozostają nierozstrzygnięte. Umowy z wolnej ręki — kontynuowane.

A pytanie, które debata pozostawia bez odpowiedzi, brzmi prosto: jeśli największy klub w radzie sam przyznaje, że problem odpadowy jest realny — „sprawy odpadowe są nam w klubie bliskie i wiemy, jak ważna to jest rzecz", jak deklarował Leszczyński — to dlaczego odrzucił jedyne narzędzie systemowej analizy poza samą spółką? I komu na rękę jest, by analiza skupiła się tam, gdzie kontrolowani sami sobą rządzą?

Mieszkańcy Wrocławia, którzy ostatecznie zapłacą za ten paraliż w opłacie śmieciowej, odpowiedzi na te pytania nie usłyszeli.

Ilustracje, poza wynikiem głosowania, zostały wygenerowane za pomocą narzędzi AI.


Wyłudzą Twoje dane albo zapłacisz 5000 zł

Uwaga! Miejska spółka chce wyłudzić Twoje dane i oddać firmom śmieciowym. Odmówisz? Możesz zapłacić nawet 5000 zł grzywny. Absurd? Kto żyje we Wrocławiu, ten w cyrku się nie śmieje. Jak to możliwe, że pod płaszczykiem "regulaminu" miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę? Zapraszam do czytania.

Niekompetencja i szkodzenie miastu przez miejską spółkę Ekosystem sięga niespotykanych wcześniej we Wrocławiu wymiarów. To ta sama spółka, która od roku nie jest w stanie wybrać firm do odbioru odpadów, za domaganie się prawdy wyrzuca sygnalistkę, a na aktywistów nasyła prokuraturę. Teraz chce wyłudzić Twoje dane. I utworzyć z nich największą we Wrocławiu bazę, którą przekaże wprost do firm śmieciowych.

Baza danych dla śmieciarzy – co chcą o Tobie wiedzieć?

Chodzi o pełen zestaw danych. Zgodnie z nowym, dodawanym do regulaminu paragrafem 17a, jako właściciel nieruchomości będziesz zmuszony podać:

„1) dokładną lokalizację miejsca gromadzenia odpadów;

2) oznaczenie czy miejsce gromadzenia odpadów jest wspólne dla kilku właścicieli nieruchomości, a jeżeli jest – to wskazanie wszystkich właścicieli nieruchomości korzystających ze wspólnego miejsca gromadzenia odpadów;

3) wskazanie tytułu prawnego do korzystania z terenu, na którym znajduje się miejsce gromadzenia odpadów;

4) dane kontaktowe do właściciela (właścicieli) nieruchomości.”

Z kolei w samym formularzu zgłoszeniowym miasto wprost żąda od Ciebie podania imienia, nazwiska, numeru telefonu oraz adresu e-mail. Czy macie zaufanie, że firmy śmieciowe (i ich ewentualni podwykonawcy) nie wykorzystają tych danych w niewłaściwy sposób? No właśnie, to tak jak ja.

Dlaczego ta uchwała jest rażąco nielegalna?

Mimo to, w dobie wszechobecnych przepisów RODO, miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę zmieniającą regulamin utrzymania gminy w czystości. Gdyby weszła w życie – od Ciebie, ode mnie i od setek tysięcy innych mieszkańców pobierane będą nadmiarowe i nieprzewidziane w ustawie dane!,  Dlaczego nieprzewidziane? Bo urzędnicy ewidentnie liczą, że nikt nie zajrzy do ustawy. Przepis, na który powołuje się miasto (art. 4 ust. 2a pkt 7 ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach), brzmi jasno:

„Rada gminy może w regulaminie określić sposób zgłaszania lokalizacji miejsca gromadzenia odpadów przez właściciela nieruchomości...”

Ustawa pozwala miastu określić sposób zgłaszania (np. czy robimy to na piśmie, czy elektronicznie), a nie zakres pozyskiwanych danych! Rada Miejska nie ma najmniejszej podstawy prawnej, aby żądać od mieszkańców podawania numerów telefonów, adresów e-mail czy oświadczeń o tytule prawnym do gruntu. To jawne i bezprawne wykroczenie poza delegację ustawową. Co więcej – gdy słusznie odmówisz podania danych ze względu na to, że ustawa nie przewiduje takiego trybu – grozi Ci nawet 1500 zł grzywny.

Skąd to całe zamieszanie? KIO i kapitulacja Ekosystemu

Czy Ekosystem postradał zmysły? Czy funkcjonuje na pasku firm śmieciowych? A może to zwykła nieudolność? Co do utraty zmysłów i wykonywania oczekiwań firm śmieciowych pozwolę sobie nie komentować, ale wiele wskazuje na to, że z gigantyczną nieudolnością właśnie mamy do czynienia.

Absurdalny zapis jest wprost wynikiem przegranej przez Ekosystem we wrześniu ubiegłego roku sprawy przed Krajową Izbą Odwoławczą. Jednym z jej wątków było właśnie przekazywanie danych właścicieli nieruchomości celem kontroli segregowania odpadów. Pełnomocnicy spółki Ekosystem po prostu nie byli w stanie wykazać, że interesy mieszkańców chroni prawo, a zarząd – w całej swej nieomylnej mądrości – postanowił odpuścić odwołanie. Zamiast walczyć o nasze prawa, woleli przerzucić obowiązek na nas. Mimo że proponowana procedura jest ewidentnie nielegalna, a sprawa sądowa miała miejsce ponad pół roku temu – zmiany wprowadza się po wrocławsku – na chybcika, na ostatnią chwilę. Teraz, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu.

Bezczelne kłamstwo o "bezkosztowości"

W uzasadnieniu do projektu uchwały urzędnicy napisali:

„Podjęcie uchwały nie generuje bezpośrednich kosztów po stronie budżetu Gminy.”

To piramidalna bzdura i mydlenie oczu radnym oraz mieszkańcom. Jeśli ten bubel prawny wejdzie w życie, to do spółki i urzędu spłyną nowe formularze w ilości przewyższającej dotychczasowe deklaracje śmieciowe (bo formularz wymaga odrębnego zgłoszenia dla każdego miejsca gromadzenia odpadów!). Dwa podmioty (Urząd Miejski i Ekosystem) będą musiały zorganizować gigantyczny, kosztowny system przyjmowania, ewidencjonowania i przekazywania danych, z którymi można przecież  zrobić bardzo wiele. Trzeba zapewnić na to potężny zasób sprzętowy, informatyczny i zatrudnić nowych urzędników. Kto za to zapłaci? Oczywiście my, w opłatach za śmieci.

Widmo milionowych kar i luksusy zarządu

To, co dzieje się w Ekosystemie, woła o pomstę do nieba. Ekipa zarządzająca spółką od dłuższego czasu balansuje na krawędzi nieudolności i sabotażu. Na ich działaniach krocie zarabiają firmy śmieciowe, a już wkrótce zapłacimy więcej i my – bo dopóki przetarg nie jest rozstrzygnięty, płacimy więcej. Od niesławnego wyroku sądu to na mieście spoczywać będą gigantyczne kary za niespełnienie norm segregacji odpadów. To są prawdopodobnie grube setki milionów złotych, które trzeba będzie skądś wziąć. Nie mówiąc już o karach nałożonych potencjalnie przez UODO za nieprawidłowe przetwarzanie danych.

To co, myślicie, że ekipa z Ekosystemu zapłaci z własnej kieszeni? Honor by tego wymagał, prawda? Otóż nie – zapłacisz Ty, ja, zapłacą wszyscy mieszkańcy. A zapłacisz niemało, bo spółka bardzo niedawno wyprowadziła się do luksusowego biurowca, za którego najem płacimy z publicznej kasy krocie. Tyle dobrego, że gdy CBA przyjechało niedawno kontrolować ten bajzel – mogło chociaż pracować w komfortowych warunkach. Jednak nie możemy liczyć tylko na zewnętrzne służby.

Czas powiedzieć DOŚĆ

Dlatego poza wyrzuceniem do kosza złej, nielegalnej uchwały wyłudzeniowej proponuję jeszcze jedną rzecz. Wnoszę o powołanie w Radzie Miejskiej Wrocławia specjalnej, doraźnej komisji ds. systemu gospodarowania odpadami we Wrocławiu.

Nie przeprowadzono we Wrocławiu żadnych istotnych inwestycji, które zmniejszyłyby naszą zależność od firm śmieciowych. Nadal większość mieszkańców ma daleko do PSZOK-a. Nadal nie mamy pomysłu, jak zintegrować odbiór odpadów z miejską energetyką. Mamy XXI wiek, a nasz system zagospodarowania śmieci to głębokie lata dziewięćdziesiąte. Liczę na to, że znajdziemy skuteczny sposób, by wyznaczyć kierunki działań dla prezydenta i spółki, bo dziś pomysłu ewidentnie brak.

Brak, choć trzy lata temu taki pomysł proponowałem pod roboczą nazwą „śmieci za złotówkę”. Prezes Paweł Karpiński, wówczas jeszcze radny – głosował przeciw. Może dlatego mieszkańcy nie wybrali go na kolejną kadencję, a Jacek Sutryk musiał ratować pozycję i finanse swojego kolesia, wsadzając go do strategicznie ważnej dla miasta spółki?

Być może, ale dziś czas powiedzieć dość. Koniec marnotrawstwa, nie będzie zgody na wyłudzanie danych, dość puszczania prezesa samopas, bo sobie po prostu nie radzi. Zapraszam Was do śledzenia najbliższej sesji Rady Miejskiej. Zobaczymy, kto podniesie rękę za ukaraniem mieszkańców i wyłudzeniem ich danych.


Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa

Minął rok od ogłoszenia przetargu a Ekosystem nadal nie potrafi go rozstrzygnąć. Szczęśliwego finału nadal nie widać nawet na horyzoncie. Kto na tym korzysta?

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie minął rok od ogłoszenia przez miejską spółkę Ekosystem przetargów na zagospodarowanie odpadów we Wrocławiu. Wartość postępowań była gigantyczna – nawet 1 miliard 50 milionów złotych. Miały one uporządkować system odbioru i zagospodarowania odpadów na kolejne lata. Zamiast tego stały się symbolem chaosu, prawnych porażek i rosnących wątpliwości dotyczących sposobu zarządzania jedną z najdroższych usług komunalnych w mieście.

Minęło dwanaście miesięcy. Przetarg wciąż nie został rozstrzygnięty. A lista wydarzeń, które w tym czasie się wydarzyły, przypomina raczej kronikę kryzysu niż opis sprawnie prowadzonego postępowania.

Miliardowy przetarg, który utknął

System gospodarowania odpadami w dużym mieście to jedna z najdroższych usług publicznych. Nic więc dziwnego, że przetarg o wartości ponad miliarda złotych budzi ogromne zainteresowanie branży. W przypadku Wrocławia miał on wyłonić firmy odpowiedzialne za odbiór i zagospodarowanie odpadów w kolejnych latach. Problem w tym, że po roku od jego ogłoszenia miasto wciąż stoi w tym samym miejscu.

W międzyczasie mieszkańcy już zapłacili za ten chaos. W ubiegłym roku Rada Miejska musiała przesunąć dodatkowe ponad 40 mln zł na system gospodarki odpadami, aby utrzymać jego funkcjonowanie. Oznacza to jedno: koszty rosną, a stabilnego rozwiązania nadal nie widać. W normalnie działającym systemie przetarg tej skali byłby kluczowym elementem porządkowania finansów miasta. We Wrocławiu stał się raczej symbolem przeciągającego się kryzysu.

Porażki w sądach


Jednym z najbardziej kompromitujących wątków ostatniego roku są sprawy sądowe dotyczące systemu śmieciowego. Spółka Ekosystem przegrała między innymi spór dotyczący odpowiedzialności za niespełnienie norm segregacji odpadów. Sprawa została rozpatrzona przez Sąd Okręgowy w Warszawie, a uzasadnienie wyroku nie pozostawia złudzeń co do jakości przygotowania skargi.

W sentencji czytamy:

„Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska.
Sąd Okręgowy uznał, że tak sprecyzowane żądania w zakresie kosztów nie nadają się do rozpoznania, tym bardziej biorąc pod uwagę, że strona skarżąca była zastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze”
(wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.).

W świecie prawników taka konkluzja oznacza jedno – sprawa została fatalnie przygotowana. Sąd wprost wskazuje, że nie jest od tego, aby uzupełniać argumentację strony reprezentowanej przez profesjonalnego pełnomocnika. W przypadku spółki zarządzającej miliardowym systemem gospodarowania odpadami trudno nie zadać pytania: czy to zwykła nieudolność, czy już coś więcej?

Unieważniony przetarg… i kolejne fiasko

Pod koniec ubiegłego roku spółka Ekosystem zdecydowała się na krok radykalny – unieważnienie przetargu. Decyzja o unieważnieniu postępowania tej skali powinna być przygotowana z najwyższą starannością. W grze uczestniczą bowiem potężne firmy, które nie wahają się korzystać z narzędzi prawnych, aby walczyć o kontrakty warte setki milionów złotych.

Tymczasem w poniedziałek spółka przegrała kolejną sprawę – tym razem przed Krajową Izbą Odwoławczą. KIO zakwestionowała decyzję o unieważnieniu przetargu. W uzasadnieniu wskazano, że spółka nie uprawdopodobniła zdarzeń, które miały stanowić podstawę unieważnienia postępowania. Co więcej – według informacji pojawiających się w przestrzeni publicznej – do Izby ponownie nie dostarczono wszystkich wymaganych dokumentów.

Czy tak działa instytucja, której zależy na szybkim i skutecznym zakończeniu postępowania przetargowego? Pytanie staje się jeszcze bardziej zasadne, gdy uświadomimy sobie jedną rzecz. Brak rozstrzygnięcia przetargu oznacza konieczność zawierania umów z wolnej ręki, czyli w trybie niekonkurencyjnym. A to rozwiązanie, które dla firm śmieciowych bywa wyjątkowo wygodne.

Sygnalistka zamiast nagrody dostała zwolnienie

Zamiast wyciągać wnioski z kolejnych problemów, spółka Ekosystem zdecydowała się na walkę z osobami, które alarmowały o nieprawidłowościach. Jedną z nich była pracowniczka, która informowała o problemach w spółce. Została zwolniona z pracy pod zarzutem wysyłania maili ze skrzynki służbowej na prywatną. Sprawa szybko trafiła pod lupę instytucji kontrolnych. Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że działania spółki były bezprawne. Sygnalistka została przywrócona do pracy. Kontrola PIP wskazała jednoznacznie, że spółka naruszyła przepisy. W normalnej organizacji byłby to moment refleksji. We Wrocławiu był to raczej kolejny rozdział konfliktu.

Zawiadomienie na radnego

Spółka złożyła także zawiadomienie do prokuratury na radnego miejskiego Piotra Uhle, który od miesięcy domaga się ujawnienia informacji o sytuacji przetargu i systemie gospodarowania odpadami. Cała sprawa zaczęła się na początku ubiegłego roku, gdy radni – Piotr Uhle, Jakub Nowotarski i Jakub Janas – rozpoczęli kontrolę w siedzibie spółki. Pojawia się więc pytanie: czy działania spółki miały powstrzymać kolejne kontrole i presję ze strony organizacji społecznych? Stowarzyszenie SOS Wrocław nie tylko wnioskowało o kontrolę Najwyższej Izby Kontroli, ale również złożyło zawiadomienie do organów ścigania o możliwym przekroczeniu uprawnień przez urzędników. Chodziło o podejrzenie działania w celu uzyskania korzyści majątkowej w związku z przygotowaniem przetargu.

Do spółki wchodzi CBA

W pewnym momencie sprawa przybrała zupełnie inny wymiar.

Do siedziby spółki Ekosystem weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego, działający na polecenie Prokuratury Krajowej. Zabezpieczano dokumenty związane z funkcjonowaniem spółki.

W przestrzeni publicznej pojawiały się uspokajające komunikaty mówiące o „czynnościach kontrolnych”. Problem w tym, że nie były to zwykłe kontrole administracyjne.

Funkcjonariusze wykonywali czynności procesowe – zabezpieczali materiały dowodowe. Takie działania nie są podejmowane na podstawie czyjegoś widzimisię. Wymagają wcześniejszych materiałów operacyjnych i decyzji prokuratury.

To oznacza, że sprawa została potraktowana przez państwowe instytucje jako poważna. Czy służby obawiały się fałszowania dokumentów lub niszczenia dowodów? Tego dziś jeszcze nie wiemy. Odpowiedzi przyniosą dopiero kolejne etapy postępowania.

Rok chaosu

Podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy jest brutalne. Przez rok Wrocław – działając poprzez spółkę Ekosystem – nie potrafił rozstrzygnąć przetargu na odbiór i zagospodarowanie odpadów.

Po kolejnych porażkach prawnych finał nadal nie jest nawet widoczny na horyzoncie. Miasto będzie więc zmuszone podpisać kolejne umowy w trybie niekonkurencyjnym.

To rozwiązanie wyjątkowe i w praktyce bardzo kontrowersyjne. W wielu przypadkach może stanowić podstawę do podważenia legalności takich działań. Jednocześnie spółka znalazła czas na inne działania.

Nowe biura i wielkie inwestycje

Ekosystem wynajął nowe biura w prestiżowym biurowcu. Tymczasem działka, na której znajduje się dotychczasowa siedziba spółki, odgrywa istotną rolę w planowanych inwestycjach deweloperskich w tej części miasta. To jednak nie wszystko. Spółka doprowadziła również do usunięcia stoczni rzecznej z dzierżawionego nabrzeża przy ul. Michalczyka. Teren ten także jest interesujący dla inwestorów planujących nowe projekty. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej historii priorytety zostały ustawione w dość osobliwy sposób.

Najdroższe śmieci w Polsce

Najbardziej bolesny wymiar całej sprawy odczuwają mieszkańcy. Wrocław należy dziś do miast z najdroższym systemem gospodarki odpadami w Polsce. Analizy pokazują, że różnice w cenach potrafią być ogromne. Przykład przywołany przez infor.pl jest wymowny. Jedna z firm za kompleksową usługę odbioru i zagospodarowania bioodpadów:

  • we Wrocławiu wyceniała tonę na 1310 zł,
  • w Chrzanowie – na 746 zł.

Różnica jest gigantyczna. Oznacza to, że mieszkańcy Wrocławia w praktyce finansują dumping cenowy firm śmieciowych w innych miastach.

Zapowiedź podwyżek

W listopadzie ubiegłego roku prezydent Wrocławia Jacek Sutryk zapowiedział w Radiu Rodzina kolejne podwyżki opłat za śmieci. Jednocześnie zapewniał, że nie będą one miały nic wspólnego z działaniami miasta. Trudno jednak nie postawić kilku podstawowych pytań. Jeżeli to nie miasto wskazuje kierunek działania spółki Ekosystem – to kto to robi? Jeżeli to nie mieszkańcy korzystają na obecnym modelu – to kto korzysta?

Po roku chaosu, sądowych porażek, konfliktów z sygnalistami i wizyty służb specjalnych mieszkańcy Wrocławia nadal nie wiedzą, kiedy – i czy w ogóle – system gospodarowania odpadami w ich mieście zacznie działać w sposób przejrzysty, stabilny i uczciwy. Na razie wiadomo jedno. Rachunki za śmieci z pewnością nie będą niższe.


Śmieciowa ośmiornica pod politycznym parasolem? CBA, prokuratura i wrocławska afera śmieciowa.

Od kilku lat wokół systemu gospodarowania odpadami we Wrocławiu narastają pytania o przejrzystość przetargów, powiązania polityczne oraz rolę największych firm śmieciowych. To, co początkowo wyglądało na spór o ceny i organizację systemu, dziś przeradza się w poważną sprawę badana przez służby państwowe. Akcja CBA i zabezpieczenie dokumentów w wielu miejscach pokazują, że w grę mogą wchodzić znacznie poważniejsze mechanizmy niż tylko administracyjna nieudolność.

Początek alarmu: SOS Wrocław i walka o dane

Od 2022 roku ludzie związani z ruchem SOS Wrocław zwracają uwagę na problem z gospodarką odpadami w mieście. Początkowo byliśmy nieliczni, a nasz głos był lekceważony. Zamiast rzeczowej dyskusji pojawiały się ataki, próby zastraszania oraz nasyłanie organów ścigania.

Konsekwentnie wskazywaliśmy, że sytuacja budzi poważne wątpliwości, zwłaszcza że przed opinią publiczną ukrywano kluczowe dane. Gdy po nieudanym przetargu podniesiono mieszkańcom ceny do obecnej, horrendalnej wysokości, zwracaliśmy uwagę na konieczność przebudowy całego systemu oraz na pojawiające się nieprawidłowości.

Na początku ubiegłego roku grupa radnych – z udziałem Piotra Uhle, Jakuba Janasa i Jakuba Nowotarskiego – rozpoczęła kontrolę w związku z opóźnieniem przetargu oraz zamieszaniem kadrowym w spółce Ekosystem. Domagaliśmy się prawdy i dostępu do dokumentów. Najpierw spółka, a później wiceprezydent Młyńczak konsekwentnie odmawiali ich udostępnienia.

Już jako SOS Wrocław zawiadomiliśmy Najwyższą Izbę Kontroli oraz prokuraturę.

Polityka i biznes wokół odpadów

Polityką odpadową szczególnie zainteresowały się dwie polityczki z naszego regionu – Renata Granowska oraz Anna Sobolak.

W przypadku tej pierwszej pojawia się kontekst rodzinny i biznesowy. Jej mąż – poza kontrowersyjną posadą, która przynosiła dochody kosztem instytucji opiekuńczej – był prezesem klubu piłki ręcznej Śląska Wrocław. Na koszulkach tego klubu można było znaleźć logotypy sponsorów, w tym dwóch największych firm zarabiających na wrocławskich śmieciach.

Właścicielem klubu jest spółka oraz stowarzyszenie związane z najbliższym otoczeniem Renaty Granowskiej – małżeństwem Rybczaków. Agnieszka Rybczak jest radną i przewodniczącą Rady Miejskiej Wrocławia. Jej mąż – poza działalnością sportową – do niedawna był wspólnikiem Wojciecha Granowskiego w spółce importującej włoski sprzęt sportowy. Co ciekawe, sprzęt tej marki najprawdopodobniej trafi również do zawodowego Śląska Wrocław w piłce nożnej.

Z kolei Anna Sobolak, posłanka z okolic Wrocławia, była bardzo aktywna w sprawach związanych z branżą odpadową i podejmowała interwencje dotyczące obszarów zainteresowania firm śmieciowych. Jednocześnie jej mąż przez wiele lat pełnił funkcję wiceprezesa miejskiej spółki Ekosystem, która organizuje przetargi na odbiór odpadów we Wrocławiu.

Jak informowała niedawno „Gazeta Wyborcza”, już po zakończeniu pracy w spółce wystawiał faktury jednej z firm, które wygrywają przetargi na odbiór odpadów w mieście. Faktury opiewały na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pytana o tę sytuację posłanka odpowiadała retorycznie: „To co, cieciem ma być?”.

Presja, zawiadomienia i próby uciszania sprawy

W tym czasie wszyscy zainteresowani twardo trzymali wspólną linię. Spółka zawiadomiła prokuraturę, twierdząc, że radny Piotr Uhle – domagający się dostępu do informacji – utrudnia przetarg.

Sygnalistkę, która informowała o ryzykach w przetargu nie tylko zwolniono z pracy, ale również skierowano wobec niej organy ścigania. Klub Śląsk Wrocław – piłka ręczna – przestał eksponować logotypy spółek śmieciowych, a wielu obserwatorów uznało, że sprawa została wyciszona.

Akcja CBA i początek śledztwa

Tymczasem sprawa eksplodowała miejskim politykom w twarz. Centralne Biuro Antykorupcyjne wraz z Prokuraturą Krajową przeprowadziło szeroko zakrojoną akcję. W ponad dwudziestu lokalizacjach zabezpieczono duże ilości dokumentów oraz nośników danych.

To bardzo poważna operacja. Tego typu działania nie są podejmowane w ciemno. Służby wchodzą w tak szeroką akcję dopiero wtedy, gdy istnieją mocne podstawy i rozbudowana wiedza operacyjna. Zabezpieczone materiały mają teraz zostać uzupełnione o materiał dowodowy.

Kolejne etapy postępowania to przesłuchania, ewentualne zarzuty oraz – w dalszej perspektywie – skierowanie aktu oskarżenia do sądu.

Kto znalazł się w kręgu zainteresowania służb

Z zakresu działań można wnioskować, że dokumenty musiał udostępniać Paweł Karpiński, prezes Ekosystemu, a także największe spółki śmieciowe działające w mieście.

W licznych publikacjach pojawia się również nazwisko posłanki Sobolak wraz z mężem. Z kolei wizyta CBA w klubie Śląsk Wrocław – piłka ręczna – prowadzi do przypuszczeń, że interesy małżeństwa Granowskich oraz Rybczaków także znalazły się pod lupą śledczych.

Mechanizm politycznego parasola

Jak taki układ mógł funkcjonować we Wrocławiu? Jednym z powodów jest fakt, że część wspomnianych osób pełni ważne funkcje polityczne, które dają realny wpływ na funkcjonowanie instytucji publicznych.

Wiceprezydent Renata Granowska – poza silną pozycją w urzędzie – dysponuje również zapleczem w Radzie Miejskiej. Choć sama nie jest radną, wpływ ten realizuje poprzez przewodniczącego klubu radnych Koalicji Obywatelskiej – Roberta Leszczyńskiego.

To on miał być wykonawcą politycznej woli zaplecza ratusza. Wzmocniony pozycją swojej politycznej patronki wykorzystywał wszystkie dostępne metody, by zdyscyplinować radnych wybranych z list Koalicji Obywatelskiej. Dzięki temu władze miasta mogły liczyć na stabilną większość nawet przy najbardziej kontrowersyjnych decyzjach.

W takim układzie spokojni mogli być również ci, którzy zarabiali ogromne pieniądze na wrocławskim systemie gospodarowania odpadami.

Polityczne zależności i stanowiska

Jednak każdemu wiernemu żołnierzowi należy się zapłata. Czy dlatego żona Roberta Leszczyńskiego otrzymała niedawno intratne stanowisko w Starostwie Powiatowym?

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element tej układanki. Starosta powiatu był wcześniej społecznym asystentem posłanki Anny Sobolak – tej samej, której mąż zarabiał duże pieniądze na firmach śmieciowych obsługujących Wrocław, a wcześniej współorganizował przetargi na odbiór odpadów.

Leszczyński nie poszedł w ślady Sobolak i nie zapytał publicznie, czy jego żona „ma być cieciem”. Stwierdził natomiast, że ujawnienie sprawy to próba politycznego ataku na jego osobę.

Przetarg jako złoty interes

Dziś wiemy, że przeciągający się przetarg jest znakomitym interesem dla firm śmieciowych. Zarabiają one ogromne pieniądze na chaosie i nieudolności wrocławskiej administracji.

Skala tej nieudolności jest na tyle spektakularna, że coraz częściej pojawia się pytanie: czy był to jedynie brak kompetencji, czy też celowy sabotaż systemu?

Czy Wrocław stanie się symbolem afery?

Na szczęście wymiar sprawiedliwości zaczął działać, a młyny sprawiedliwości powoli zaczęły mielić. Sprawa nie zakończy się szybko. Należy spodziewać się kolejnych jej etapów i nowych informacji o niepokojących powiązaniach biznesu, polityki i publicznych pieniędzy.

Pojawia się jednak pytanie o skalę problemu. Czy okaże się, że Wrocław – niczym Palermo – stanie się symbolem powiązań o charakterze mafijnym?

Niektórzy z bohaterów tej afery starają się dziś o kierownicze funkcje i wpływy w rządzącej Koalicji Obywatelskiej. Jeśli zdobędą realną władzę w strukturach partii, pojawia się obawa, że „śmieciowa ośmiornica” jeszcze mocniej oplącze miasto.

Odpowiedź na to pytanie poznamy już wkrótce.