Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Ewa Kamińska

Prawie dwa lata temu zadzwoniłam do Urzędu Miejskiego Wrocławia z prostym pytaniem. Na Ołtaszynie powstaje nowa szkoła. Mieszkańcy zabiegali o nią od lat. Okoliczna SP34 od dawna pęka w szwach. Dla wielu rodzin to jedna z najważniejszych inwestycji edukacyjnych w tej części miasta. Chciałam wiedzieć, jak będzie funkcjonować. Czy będzie dobrym miejscem dla mojego dziecka, które zacznie szkołę we wrześniu 2026 roku.

Usłyszałam dwie rzeczy.

Po pierwsze, że dopiero w 2026 roku będzie wiadomo, jak szkoła zostanie zorganizowana.

Po drugie, że miasto odchodzi od klas integracyjnych na rzecz edukacji włączającej.

Przyznam szczerze: wtedy hasło „edukacja włączająca” niewiele mi mówiło. Dziś wiem znacznie więcej - i właśnie dlatego jestem bardziej zaniepokojona niż wtedy. I my wszyscy powinniśmy.  Nie dlatego, że uważam edukację włączającą za zły kierunek. Wręcz przeciwnie.

Im więcej czytam, rozmawiam z rodzicami, nauczycielami i specjalistami, tym bardziej dochodzę do wniosku, że edukacja włączająca jest dobrym kierunkiem. Problem polega na tym, że coraz częściej mam wrażenie, iż we Wrocławiu hasło „edukacja włączająca” stało się wygodną odpowiedzią na pytania, których nikt nie chce sobie naprawdę zadać.

Dlaczego likwidujemy kolejne formy wsparcia, zanim stworzymy skuteczną alternatywę?

Dlaczego nowe szkoły projektujemy tak, jakby wszystkie dzieci funkcjonowały identycznie? Dlaczego przy inwestycjach liczonych w setkach milionów złotych nie zaczynamy od pytania, czego potrzebują uczniowie, którzy najbardziej odstają od systemowej normy?

Bo jeśli od pierwszego dnia wiadomo, że w szkole będą uczyć się dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, opiniami poradni psychologiczno-pedagogicznych czy niepełnosprawnościami, to rozsądniej jest uwzględnić ich potrzeby na etapie organizacji placówki niż reagować w ciągu roku szkolnego. Łatwiej od początku zaplanować klasy integracyjne, zrekrutować nauczycieli współorganizujących kształcenie, przygotować przestrzeń i procedury, niż później tłumaczyć rodzicom, dlaczego system znowu nie nadążył za rzeczywistością.

Zwłaszcza że nie mówimy o problemie, którego nikt wcześniej nie przewidział. Mówimy o dzieciach, które już mieszkają we Wrocławiu. To właśnie ten fragment układanki najbardziej mnie zastanawia.

Budżet Wrocławia na 2026 rok jest największy w historii miasta. Na edukację przeznaczamy miliardy złotych. W dokumentach strategicznych przeczytamy o wysokiej jakości edukacji, wspieraniu potencjału każdego ucznia, przeciwdziałaniu wykluczeniu i budowaniu miasta przyjaznego mieszkańcom.

Brzmi świetnie.

Tylko że równocześnie Wrocław nie posiada aktualnej strategii odpowiadającej na wyzwania, z którymi szkoły mierzą się dzisiaj. Dokument z 2015 r. w żaden sposób nie odnosi się do tego co to znaczy edukacja włączająca we Wrocławiu. Potrzebujemy pilnej aktualizacji i mądrego przywództwa. Nie za dziesięć lat. Dzisiaj.

W czasie, gdy lawinowo rośnie liczba uczniów z diagnozami ADHD, autyzmu i innymi szczególnymi potrzebami edukacyjnymi. Gdy poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie nadążają za potrzebami rodzin. Gdy rodzice coraz częściej organizują sobie wiedzę o szkołach metodą poczty pantoflowej, bo nie ufają systemowi. Na grupach dla rodziców dzieci autystycznych i dzieci z niepełnosprawnościami regularnie pojawiają się rozpaczliwe pytania:

  • „Czy ktoś zna szkołę, która sobie poradzi?”
  • „Gdzie moje dziecko będzie bezpieczne?”
  • „Czy ktoś ma doświadczenia z tą placówką?”
  • „Czy ta szkoła respektuje zalecenia z poradni?”

Nie pytają o szkołę marzeń. Pytają o szkołę, która nie zrobi ich dziecku krzywdy. To nie jest detal a sygnał alarmowy! Bo jeśli rodzice dzieci ze szczególnymi potrzebami muszą działać jak detektywi, to znaczy, że system nie daje im poczucia bezpieczeństwa.

Jeszcze bardziej zastanawia mnie coś innego. Jesteśmy w środku niżu demograficznego. To idealny moment, by zastanowić się, jakiej szkoły potrzebujemy na kolejne dekady. Czy naprawdę najlepszym pomysłem są ogromne placówki dla kilkuset lub ponad tysiąca uczniów? Jeśli tak to dlaczego nie zmniejszyć ilości uczniów w klasach?

Czy ktoś sprawdził, jak funkcjonują w takich warunkach dzieci autystyczne? Dzieci z ADHD? Dzieci z trudnościami sensorycznymi? Dzieci z niepełnosprawnościami?

Czy ktoś zapytał rodziców, czego potrzebują ich dzieci?

Ja nie spotkałam się z taką rozmową. A przecież szkoła nie jest magazynem dzieci.  Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. We Wrocławiu już dziś są szkoły, które naprawdę dobrze radzą sobie z edukacją włączającą.

Są dyrektorzy, którzy potrafią budować wspierające środowisko. Nauczyciele, którzy rozumieją neuroróżnorodność. Placówki, które nie traktują rodziców jak petentów. Są szkoły, do których rodzice ustawiają się w kolejce właśnie dlatego, że dzieci czują się tam bezpiecznie.

Skoro takie miejsca istnieją, to dlaczego nie stają się wzorem dla całego systemu? Dlaczego nie bierzemy tego, co już w nich działa za wzór? Dlaczego nie adaptujemy tych praktyk przy organizacji nowych szkół? Przez większość życia zawodowego pracowałam w doradztwie podatkowym. W konsultingu nauczyłam się jednej rzeczy: nie da się zaprojektować dobrego rozwiązania bez rzetelnej diagnozy problemu. Najpierw zbiera się dane. Potem analizuje stan obecny. Następnie identyfikuje dobre praktyki.

Dopiero na końcu projektuje rozwiązanie.

To nie jest rewolucyjna wiedza a po prostu zdrowy rozsądek. Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy we Wrocławiu naprawdę projektujemy edukację wokół potrzeb dzieci? Czy raczej wokół potrzeb systemu?

Bo edukacja włączająca nie zaczyna się w klasie. Zaczyna się kilka lat wcześniej, przy stole, przy którym podejmuje się decyzje o tym, jaką szkołę zbudować, ilu uczniów do niej przyjąć i dla jakich dzieci ma być gotowa. Jeżeli jesteś rodzicem, nauczycielem, uczniem albo dyrektorem szkoły - napisz do nas na kontakt@soswroclaw.pl

Jak wygląda edukacja włączająca z Twojej perspektywy?  Co działa? Co nie działa? Jakich rozwiązań brakuje?

Bo zanim wydamy kolejne setki milionów złotych i napiszemy te nowe strategie, warto upewnić się, że naprawdę rozumiemy z czym się we wrocławskiej edukacji mierzymy.