Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Dwie trzecie Polaków poniżej trzydziestki nie żyje w relacji, z której mogłyby urodzić się dzieci. W poprzednich tekstach cyklu pisaliśmy o tym, jak państwo zawiodło w kwestii mieszkań, rynku pracy i edukacji, oraz jak zmieniły się kulturowe normy dotyczące rodzicielstwa. Teraz czas na wątek, o którym publicystyka demograficzna mówi jakby mniej chętnie: rosnąca polityczna przepaść między młodymi kobietami a młodymi mężczyznami. Przepaść, która sprawia, że coraz trudniej uformować parę – a bez pary nie ma dzieci. Współczynnik dzietności w Polsce wynosi 1,068. Czas zobaczyć, co za tym stoi.

Przepaść, której nie widać w GUS-ie

Sondaż YouGov na zlecenie Fundacji TUI, przeprowadzony w 2025 roku na 6,7 tys. osób z siedmiu krajów europejskich, przynosi niepokojący obraz: tylko 38% młodych Polaków uważa, że demokracja w Polsce funkcjonuje dobrze. Ale za tym odczytem zbiorczym kryje się zjawisko, które sondaże rzadko pokazują z podziałem na płeć: młode Polki i młodzi Polacy nie tylko inaczej oceniają bieżącą sytuację – coraz częściej żyją w odrębnych politycznych światach.

Analiza danych z badania European Election Studies 2024, obejmującego 27 krajów i niemal 25 tys. wyborców, opublikowana w Journal of European Public Policy w marcu 2025 roku, pokazuje, że historyczne sukcesy partii skrajnie prawicowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wśród młodych wyborców były przede wszystkim zjawiskiem męskim – wśród młodych kobiet tego przesunięcia nie zaobserwowano. Gallup odnotował w 2024 roku gwałtowny wzrost liczby młodych Amerykanek, które określają swoje poglądy jako liberalne – szczególnie wyraźny w zestawieniu z rówieśnikami płci męskiej. Według danych Financial Times, przytaczanych przez PBS NewsHour, kobiety w wieku 18–30 lat w Stanach Zjednoczonych są o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym wieku. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z w kwestiach politycznych i kulturowych jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych.

W Polsce wzorzec jest podobny: według badania „Stan młodych 2025" (Fundacja Ważne Sprawy/More in Common) 45% młodych nie czuje się reprezentowanych przez żadną partię – przy czym 47% mężczyzn i 43% kobiet. Jednocześnie dane wyborcze są czytelne: Konfederacja i PiS ciągną wśród młodych mężczyzn, Lewica i KO – wśród młodych kobiet.

Kobiety: nierówność, która wróciła z Trybunału

Po stronie kobiet geneza polskiego rozdźwięku jest stosunkowo czytelna. Strajk Kobiet z 2020 roku, wywołany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającym przepisy aborcyjne, był pierwszym doświadczeniem politycznym pokoleniowym dla setek tysięcy młodych Polek. Podobny efekt miał globalny ruch #MeToo, który w Polsce – choć słabszy niż na Zachodzie – przeniknął do świadomości pokolenia studiującego. Badania SocLab z 2025 roku potwierdzają, że młode Polki są dziś wyraźnie bardziej krytyczne wobec tradycyjnych modeli rodziny i instytucji państwowych niż ich rówieśnicy.

Te doświadczenia nie wzięły się znikąd: luka płacowa, niedoreprezentowanie kobiet w organach władzy, nierówny podział pracy opiekuńczej, przemoc domowa, bariery awansu zawodowego. To są realne zjawiska, które każdego roku opisuje i mierzy GUS, OECD i Eurostat. Kobiety znalazły w feminizmie język, który tłumaczy ich trudności jako problemy strukturalne – nie indywidualne porażki.

Mężczyźni: poczucie marginalizacji, które nie jest prostacką bzdurą

Tu wchodzimy na teren, który polskie media publiczne i liberalne środowiska akademickie mają tendencję do kwitowania jednym słowem: „manosfera". I kończą analizę. To błąd – i to podwójny. Po pierwsze, bo odpycha od rozmowy mężczyzn, którzy mają do niej prawo. Po drugie, bo wypycha ich na margines, w którym zamiast otwarcie rozmawiać o wyzwaniach świata - zostawia ich w ramionach niektórych twórców contentu, którzy pęczniejące pretensje ochoczo monetyzują.

Tymczasem za wejściem młodych mężczyzn w świat antyfeminizmu stoi nie głupota, lecz konkretne doświadczenie poczucia marginalizacji w dystrybucji prestiżu. Narracja o konieczności naprawiania historycznych krzywd wyrządzonych kobietom przez mężczyzn, spada na pokolenie, które nie wyrządziło tych krzywd. Przeciwnie -  samo boryka się z prekaryzacją pracy, trudnościami mieszkaniowymi i kryzysem sensu. To nie trafia w próżnię. Trafia na ziemię, na której wyrastają poglądy, które nas od siebie nawzajem oddalają zamiast zbliżać.

Raport Klubu Jagiellońskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce" dokumentuje zjawiska, które rzadko goszczą w głównonurtowej debacie: mężczyźni żyją krócej, częściej giną w wypadkach przy pracy, częściej popełniają samobójstwa, rzadziej kończą studia wyższe, gorzej wypadają w systemie edukacji. A mimo to w sferze publicznej dominuje przekaz, że to kobiety są grupą defaworyzowaną – i tylko o nich należy mówić.

Do tego dochodzą konkretne, instytucjonalne asymetrie. Wiek emerytalny: kobiety przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, mężczyźni w 65. Alieanacja rodzicielska: ojcowie, którzy tracą kontakt z dziećmi po rozwodzie, przegrywają tę walkę w sądach rodzinnych nieproporcjonalnie często. Mecenas Paweł Suski z Fundacji Tato.Net szacuje, że ponad 70% spraw o ograniczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich kończy się decyzją niekorzystną dla ojca. Nie chcemy w tym miejscu rozstrzygać o powodach. Zauważamy zjawisko.

I wreszcie kwestia, którą za naszą wschodnią granicą widać szczególnie ostro: asymetria obowiązku obrony kraju. W razie konfliktu zbrojnego mężczyźni będą musieli nadstawiać karku za cały kraj – kobiety będą mogły, jeśli zechcą. To nie jest abstraktyjna filozofia równości. To życie lub śmierć. I to pokolenie widzi, że nikt mu za to nie dziękuje – a gdy próbuje o tym mówić, słyszy, że jest uprzywilejowane.

Dochodzi do tego zjawisko selektywnej równości. Parytety i kwoty są egzekwowane z żelazną konsekwencją tam, gdzie prestiż jest wysoki: zarządy spółek, rady nadzorcze, listy wyborcze, składy paneli eksperckich, fotele rektorskie. Nikt jednak nie wymaga parytetu płci wśród górników, hutników, monterów sieci energetycznych, hydraulików, śmieciarzy, budowlańców ani strażaków. Kiedy praca jest niebezpieczna, brudna lub fizycznie wyczerpująca – równość przestaje być pilna. Kiedy praca daje władzę lub prestiż – nagle staje się pierwszoplanowym zagadnieniem moralnym. Ten dualizm jest dostrzegany przez młodych mężczyzn nie jako abstrakcyjny argument filozoficzny, lecz jako codzienne doświadczenie.

Na koniec – podwójne wiązanie kulturowe. Młody mężczyzna powinien być „prawdziwym mężczyzną", ale jednocześnie powinien „pohamować swoje ambicje" i nie zdominować rozmowy. Powinien pokazywać emocje – ale Szymon Hołownia, który płakał publicznie w trakcie kampanii wyborczej, doczekał się fali kpin w internecie, ze strony i prawicy, i centrolewicy. Podobnie było, gdy wyciekły informacje o jego depresji – nie dość, że w czasie kryzysu psychicznego został zmarginalizowany we własnej formacji politycznej, to gdy sprawa została ujawniona – stał się obiektem powszechnych kpin i lekceważenia.

Młodzi mężczyźni uczeni są, że powinni popierać równość płci – ale jeżeli w rozmowie poruszą kwestię przemilczanych nierówności dotykających mężczyzn, spotkają się nie ze zrozumieniem, lecz z zawstydzaniem i zarzutem mansplainingu. Na ten grunt wchodzą autorytety manosfery – nie jako przyczyna alienacji, lecz często jako jedyny płomyk nadziei, na który mogą liczyć.

Korea Południowa: ostrzeżenie z krańca korkociągu, w który wpadamy

Polska jest na wczesnym etapie procesu, który Korea Południowa przerabia już od dekady. Współczynnik dzietności w Korei Południowej wyniósł w 2023 roku 0,72 – najniższy w historii pomiarów na świecie – i wzrósł nieznacznie do 0,75 w 2024 roku. Jednocześnie tamtejsza polaryzacja płciowa wśród młodych jest bezprecedensowa. Koreańscy mężczyźni w wieku 18–29 lat przesunęli się bardziej w prawo niż jakakolwiek inna demograficzna grupa na świecie, a po stronie kobiet odpowiedzią stał się ruch 4B: deklaracja rezygnacji z heteroseksualnych związków, małżeństwa i rodzicielstwa jako formy protestu przeciwko patriarchalnemu systemowi. W wyborach prezydenckich 2025 roku niemal 60% kobiet w ich dwudziestych latach życia głosowało na kandydata lewicowego, podczas gdy niemal 40% młodych mężczyzn popierało konserwatystę.

Badania Carnegie Endowment z 2025 roku wskazują, że antyfeminizm wśród młodych Koreańczyków napędzają: przekonanie o braku dyskryminacji kobiet, lęk ekonomiczny, rosnąca luka aspiracyjna i zmieniająca się dynamika rynku matrymonialnego – kobiety coraz częściej odmawiają wejścia w małżeństwo. Jak piszą badacze z Oxford Academic, sprzeciw młodych koreańskich mężczyzn wobec równościowych polityk wynika z przepaści między oczekiwaną od nich rolą żywiciela rodziny a ekonomiczną niemożnością jej wypełnienia.

Koreańskie doświadczenie jest zatem przestrogą precyzyjną: polaryzacja polityczna między płciami nie jest neutralna demograficznie. Jest ona jednym z mechanizmów, który – obok kryzysu mieszkaniowego i zmiany norm kulturowych – sprawia, że pary po prostu nie powstają.

USA: kiedy linia na wykresie zamienia się w ścianę

Stany Zjednoczone są w połowie drogi między Polską a Koreą. Kobiety w wieku 18–30 lat są tam o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych. Po wyborach 2024 roku, gdy Donald Trump wygrał z poparciem młodych mężczyzn, a Kamala Harris – młodych kobiet – badania pokazały skok w liczbie par, które deklarują, że polityczne poglądy partnera są dla nich „nieakceptowalną" różnicą.

Wykres The Economist porównujący kraje stawia USA obok Korei jako jeden z bardziej spolaryzowanych przypadków. Polska jest tuż za nimi – z tym że historia jest odmienna, jej polaryzacja narasta szybciej, a jej system wsparcia instytucjonalnego dla par i rodzin jest słabszy.

Polityka wchodzi do sypialni

Badanie z Uniwersytetu w Kolonii, opisane przez WP Wiadomości w czerwcu 2026 roku, pokazuje, że orientacja polityczna jest dziś jednym z kluczowych filtrów doboru partnerów. Efekt jest szczególnie silny wśród osób o wyrazistych poglądach: silnie prawicowi mężczyźni i silnie lewicowe kobiety rzadko tworzą pary. Co więcej, gdy spojrzeć w badania CBOS-u głębiej możemy zaobserwować, że wśród najmłodszych Polaków odsetek osób nieaktywnych seksualnie jest faktycznie zauważalnie wyższy wśród prawicowych mężczyzn (40% wobec 25% w grupie zwolenników lewicy) i wśród kobiet o poglądach lewicowych (34% wobec 23% w grupie o poglądach prawicowych).

To nie jest anegdota z Tindera. To mechanizm demograficzny. W populacji, gdzie dwie trzecie ludzi przed trzydziestką nie żyje w trwałej relacji – jak pisaliśmy w poprzednim tekście cyklu – każde dodatkowe zawężenie puli potencjalnych partnerów ma konsekwencje. Jeśli ideologiczna nieprzekraczalna bariera odcina od siebie dwa sektory pokolenia, które i tak mają problem z uformowaniem par – dzietność spada dalej.

Autorzy badania EES 2024 piszą wprost, że „polaryzacja postaw może prowadzić do wzrostu wskaźników odrzucenia między płciami, pogorszenia jakości relacji osobistych i wzrostu samotności – a tendencja ta może również wpływać na wzorce demograficzne, wpływając na wskaźniki urodzeń i rozwodów".

Żadna polityka prorodzinna nie zastąpi pary

Poprzednie teksty cyklu wskazywały na odpowiedzialność państwa i samorządu oraz na kulturowe przemiany norm rodzicielskich. Ten tekst dodaje trzeci wymiar: strukturalna polaryzacja polityczna między kobietami a mężczyznami, nasilona przez algorytmy mediów społecznościowych i wzmocniona polskim kontekstem – sporem o aborcję, ruchem #MeToo, wojną za wschodnią granicą – ogranicza zdolność tworzenia par, zanim jeszcze w głowie pojawi się pytanie o mieszkanie i dziecko.

Żaden transfer pieniężny, bon żłobkowy ani ulga podatkowa nie zadziała na parę, która nigdy nie zdążyła powstać, bo on i ona żyli w bąblach algorytmu, który nagradzał go za oburzenie na feminizm, a ją za oburzenie na patriarchat.

Nie chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni myśleli tak samo. Różnorodność poglądów jest zdrowa i cenna. Chodzi o to, że system, który zamienia normalne różnice w nieprzekraczalne barwy plemienne, niszczy społeczną tkankę, z której wyrastają relacje – i dzieci. Żadna polityka demograficzna, ani krajowa, ani wrocławska, nie jest kompletna, dopóki nie bierze tego pod uwagę.

To ciche żniwo, które pobiera budowana od lat przez największe partie polaryzacja. Dzieci, które się nie urodziły, już się nigdy nie urodzą. A słupki, które budowano na nienawiści nie będą wieczne. Tylko od nas – Polek i Polaków – zależy czy pozwolimy sobie na dalsze manipulowanie w imię partyjnych interesów.

Wierzę, że zdamy ten egzamin. Kraków wskazał nam drogę.

 

Tekst jest trzecim z cyklu poświęconego przyczynom kryzysu demograficznego. Poprzednie części: „Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada" oraz „Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?" – dostępne na soswroclaw.pl

Źródła: Milosav i in., Journal of European Public Policy (2025) – tandfonline.com · Gallup, Exploring Young Women's Leftward Expansion (2024) – gallup.com · Kamisar/Bowman, NBC News (2025) – nbcnews.com · Fundacja Ważne Sprawy/More in Common, Stan młodych 2025waznesprawy.org · Carnegie Endowment, The Fight Over Gender Equality in South Korea (2025) – carnegieendowment.org · Maastricht Diplomat, The Youth Will Decide (2025) – maastrichtdiplomat.org · Oxford Academic, Anti-Gender Politics, Economic Insecurity, and Right-Wing Populism (2024) – academic.oup.com · WP Wiadomości (2026) – wiadomosci.wp.pl · Klub Jagielloński, Przemilczane nierównościklubjagiellonski.pl · YouGov/Fundacja TUI (2025), cyt. za: J. Bielecki, Rzeczpospolita, 07.07.2025 · GUS, Polska w liczbach 2026

 


Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Damian Daszkowski

Współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,068. W poprzednim tekście zwracaliśmy uwagę na aspekty polityki państwa i samorządu. Jednak tego wskaźnika nie da się wyjaśnić wyłącznie kosztami mieszkań czy wysokością zasiłków. Coraz więcej badaczy wskazuje, że u źródeł kryzysu demograficznego leży coś głębszego: zmiana tego, jak myślimy o dzieciach, związkach i własnym życiu. 

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w „Polsce w liczbach 2026", w 2025 roku na jedną kobietę przypadało średnio 1,068 dziecka. W 1990 roku ten sam wskaźnik wynosił 1,99, czyli był bliski poziomowi zastępowalności pokoleń, szacowanemu na ok. 2,1. Od tego czasu Polska systematycznie oddala się od tej granicy. Mediana wieku ludności rośnie, a liczba osób w wieku poprodukcyjnym przewyższyła już liczbę osób w wieku przedprodukcyjnym. Podobnie jest we Wrocławiu, który od lat zachowuje chwiejny balans demograficzny głównie dzięki migracjom młodych ludzi do miasta, które równoważą przewagę zgonów nad urodzeniami oraz wyjazdy młodych rodzin do podmiejskiego obwarzanka.

To nie tylko polski problem. Według Eurostatu średni współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł w 2024 roku 1,34, ze szczególnie niskimi wartościami w Hiszpanii i na Malcie. Trend ma więc charakter strukturalny i wiąże się z przemianami typowymi dla wysoko rozwiniętych społeczeństw. Ale skala i tempo, z jakim Polska traci dzieci, każą szukać przyczyn nie tylko w gospodarce.

Kiedy dziecko przestało być oczywistością

Jeszcze dwie, trzy dekady temu posiadanie dzieci było w polskiej kulturze elementem niemal automatycznym, częścią scenariusza dorosłego życia, na równi ze ślubem czy pracą. Dziś coraz częściej jest jedną z opcji do rozważenia, konkurującą z karierą, podróżami, czy po prostu spokojem.

Badania Instytutu Pokolenia wśród młodych Polaków pokazują, że tradycja - czyli wartość najsilniej korelująca z wyższą dzietnością - jest dla pokolenia dziadków najważniejszą wartością życiową. U ojców jest niemal równie istotna. U dzisiejszych studentów spada na czwarte miejsce, wyparta przez osiągnięcia i sukces zawodowy.

Socjolodzy opisują ten mechanizm jako rodzaj samonapędzającej się zmiany norm. Im więcej osób w naszym otoczeniu funkcjonuje bez dzieci, tym mniej to dziwi, tym łatwiej samemu podjąć taką decyzję, i tym bardziej bezdzietność staje się po prostu jedną z możliwych dróg, a nie odstępstwem od reguły. Dane CBOS z badania z 2022 roku to potwierdzają: odsetek bezdzietnych kobiet w wieku 18–45 lat, które w ogóle nie planują potomstwa, wzrósł z 22% w 2017 roku do 42% w 2022 roku — podwoił się w ciągu zaledwie pięciu lat. To nie jest powolna zmiana kulturowa; to przyspieszenie.

Co istotne, nie chodzi tu wyłącznie o emancypację kobiet czy politykę równościową, jak bywa to przedstawiane w publicystyce. Państwa, które najlepiej godzą aktywność zawodową kobiet z rodzicielstwem - czyli te z rozwiniętą opieką instytucjonalną i elastycznym rynkiem pracy - notują wyższą dzietność niż kraje, w których kobiety mają mniejsze szanse na pracę. Problem nie leży w tym, że kobiety pracują, lecz w tym, że rodzicielstwo i praca są sobie wzajemnie przeciwstawiane. Co znamienne, w lipcowym badaniu CBOS z 2025 roku aż 51% młodych ludzi uważa, że kobiety pracujące zawodowo są bardziej szanowane niż te zajmujące się wyłącznie domem i dziećmi — a wśród samych kobiet ten odsetek jest jeszcze wyższy.

Wioska, która zniknęła z miast

Drugim kulturowym wątkiem, coraz częściej obecnym w debacie, jest zanik tego, co bywa nazywane „wioską" — czyli sieci wsparcia: babć, sąsiadów, dalszej rodziny, znajomych gotowych pomóc przy dziecku. W tradycyjnych, wielogeneracyjnych społecznościach opieka nad dzieckiem była rozłożona na wiele osób. W dużych miastach młoda rodzina zostaje z dzieckiem często sama, bez sieci, którą można by poprosić o pomoc na kilka godzin.

Badania CBOS z 2025 roku pokazują, jak dosłownie przekłada się to na decyzje prokreacyjne. Wśród kobiet pozostających w związkach, które nie mogłyby liczyć na żadne wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, zaledwie 3% planuje potomstwo w ciągu najbliższych lat. Wśród tych, które mogą liczyć na pięć różnych źródeł wsparcia (partner, rodzice, teściowie, dalsza rodzina, znajomi) — aż 38%. Sieć wsparcia nie jest zatem kwestią komfortu; jest warunkiem koniecznym decyzji o dziecku.

Towarzyszy temu zjawisko, które część badaczy nazywa wprost „dzieciofobią": wypychanie dzieci z przestrzeni publicznej. Restauracje bez wysokich krzesełek, baseny z ograniczeniami wiekowymi, lokale, w których obecność dziecka jest traktowana jako uciążliwość. To z pozoru drobne sygnały, ale ich suma tworzy obraz miasta, w którym rodzicielstwo jest czymś, co trzeba schować, nie czymś, co jest normalną częścią życia wspólnoty.

Dla porównania: w Czechach, gdzie dzietność jest wyraźnie wyższa niż w Polsce, niemal połowa obywateli uważa posiadanie dzieci za swego rodzaju zobowiązanie społeczne. W Polsce taki pogląd deklaruje tylko 33% badanych, a 59% wprost się z nim nie zgadza — wynika z badania CBOS z 2025 roku. To nie jest różnica w wysokości zasiłków, to różnica w tym, jak społeczeństwo postrzega rolę dziecka.

Pokolenie, które nie tworzy par

Trzeci wątek kulturowy dotyczy czegoś, co poprzedza decyzję o dziecku: trwałych związków. Według dostępnych badań dwie trzecie Polaków przed trzydziestym rokiem życia nie żyje w relacji, z której mogłyby się urodzić dzieci. Sto lat temu w analogicznym wieku w związkach małżeńskich była ponad dziewięćdziesięcioprocentowa większość populacji.

Badaczka Jean Twenge wskazuje rok 2012 — moment masowego upowszechnienia smartfonów — jako punkt zwrotny dla relacji społecznych młodych ludzi. Zbieżność dat z globalnym załamaniem dzietności jest uderzająca. Analitycy opisani przez „Financial Times" policzyli, że w krajach, gdzie nastąpił gwałtowny wzrost nasycenia rynku smartfonami, wskaźniki dzietności spadały w tempie 20–38% szybciej niż wcześniej. Zbudowany przez nich model matematyczny wskazuje, że gdyby ceny i dostępność smartfonów pozostały na poziomie z 2007 roku, Stany Zjednoczone uniknęłyby nawet 43% zaobserwowanego regresu demograficznego. Argument jest tym mocniejszy, że trend dotyczy krajów skrajnie różnych gospodarczo, co podważa tezę, że chodzi wyłącznie o ekonomię.

Mechanizm nie jest tajemnicą. Między 2003 a 2024 rokiem czas spędzany na kontaktach twarzą w twarz skrócił się w USA o 22%, a czas przed ekranem wzrósł o 93%. Aplikacje randkowe nie są zaprojektowane po to, by użytkownik szybko znalazł partnera i odinstalował aplikację — ich algorytmy utrzymują go w stanie ciągłego poszukiwania, a wyidealizowane profile generują nierealistyczne oczekiwania wobec realnych ludzi. Efektem jest masowa samotność: w USA 42% osób w wieku 25–39 lat żyje samotnie.

Polskie dane CBOS rysują obraz bardziej niejednoznaczny. Sześćdziesiąt pięć procent młodych Polaków wciąż spotyka się ze znajomymi w realu przynajmniej kilka razy w miesiącu - to odróżnia nas od bardziej wyizolowanych społeczeństw. Jednocześnie co trzeci Polak w wieku 18–24 lat nie jest aktywny seksualnie, co jest zjawiskiem bez precedensu w powojennych danych.

Do tego dochodzi nowy wymiar polaryzacji. Młode polskie kobiety są statystycznie bardziej lewicowe, młodzi mężczyźni bardziej prawicowi - i przepaść ta rośnie. Jednocześnie kobiety masowo migrują do większych miast, mężczyźni częściej zostają w mniejszych ośrodkach. Obie grupy dosłownie się mijają: w metropoliach wykształconych kobiet jest proporcjonalnie więcej niż mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym, w mniejszych miastach odwrotnie.

Idealne dziecko albo żadne

Paradoksem jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. Badanie CBOS z 2025 roku jest w tej kwestii jednoznaczne: 44% młodych ludzi chciałoby mieć dwoje dzieci, 20% trójkę lub więcej, a jedynie 12% deklaruje, że nie chce mieć dzieci w ogóle. Mediana wynosi dwoje. To nie jest pokolenie, które odrzuca rodzicielstwo — to pokolenie, które je odkłada, aż do momentu, gdy odkładanie staje się rezygnacją.

Dane CBOS z 2023 roku pokazują tę dynamikę w czasie: mediana wieku kobiet planujących pierwsze dziecko przesunęła się z 27 lat w 2017 roku do 29 lat w 2022 roku. Dwa lata na przestrzeni pięciolatki. Efekt tej arytmetyki jest wymierny: wśród osób w wieku 40–44 lata aż 31% ma mniej dzieci, niż chciałoby mieć — u mężczyzn ten odsetek sięga 35%. To nie są niespełnione marzenia o rodzinie wielodzietnej; to w większości jedno dziecko zamiast dwójki, dwójka zamiast trójki. Luka między aspiracją a rzeczywistością, która zamknęła się cicho, bez dramatycznej decyzji.

Mechanizm jest psychologicznie spójny: młodzi Polacy odkładają decyzję, bo uważają, że wymaga ona perfekcyjnej stabilizacji — finansowej, mieszkaniowej, emocjonalnej. Ideał, który nigdy w pełni nie nadchodzi.

Czwarty czynnik: kompulsywne rodzicielstwo

Rzadziej wymieniany kulturowy czynnik to zmiana standardów samego rodzicielstwa. Poprzednie pokolenia wychowywały dzieci w znacznej mierze na podwórku, w nieformalnych grupach rówieśniczych, przy dużym udziale sieci sąsiedzkiej i rodzinnej. Współczesny model rodzicielstwa coraz częściej zakłada pełne zaangażowanie rodziców całą dobę: organizacja zajęć dodatkowych, stymulacja sensoryczna, odpowiednie zabawki, właściwa dieta, ciągłe towarzystwo.

CBOS rejestruje ten stan świadomości dokładnie. 86% młodych uważa, że wychowanie dziecka w obecnych czasach jest dużym wyzwaniem, 83% — że wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. To nie jest mniejszość przekonana o trudności rodzicielstwa; to zdecydowana większość. Co ciekawe — i co artykuły o kryzysie demograficznym rzadko odnotowują — jednocześnie 91% badanych uważa, że dzięki rodzicielstwu można się wiele nauczyć, 86% że sprawia ono wiele radości, a 76% że dzieci nadają życiu sens. Rodzicielstwo jest postrzegane jako trudne i bezcenne zarazem. To nie niechęć do dzieci napędza kryzys, lecz lęk przed niemożnością sprostania własnym standardom.

Paradoks polega na tym, że im wyższe są standardy wychowania, tym bardziej zniechęca to do posiadania kolejnych dzieci. Jeden projekt wychowawczy pochłania całą dostępną energię i czas. Nie jest to zjawisko marginalne — jest widoczne w danych dotyczących czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców, który w ciągu ostatnich dekad wzrósł mimo jednoczesnego wzrostu aktywności zawodowej kobiet. Coś, co miało być troską, stało się kolejną formą presji.

Kultura kontra ekonomia — kto napędza kryzys?

Artykuł mógłby tu skończyć narrację na ogólnym poziomie, gdyby nie dane, które precyzyjnie układają czynniki w hierarchię. CBOS z 2025 roku zapytał bezdzietnych nieplanujących potomstwa o powody. Wynik jest jednoznaczny: przy decyzji o pierwszym dziecku czynniki kulturowe dominują nad ekonomicznymi. Niechęć do posiadania dzieci lub przekonanie, że dzieci to zbyt duża odpowiedzialność, deklaruje łącznie 35% ankietowanych — potrzeba niezależności i czasu dla siebie kolejne 32%. Bariery materialne wskazuje 25%. Kolejność nie jest przypadkowa.

Co jednak ważne — i co niekiedy umyka w debacie — gdy pytamy o decyzję o kolejnym dziecku, proporcje się odwracają. Tu na czoło wysuwa się sytuacja materialna (27%), a dopiero za nią czynniki zawodowe (14%). Kryzys dzietności ma więc dwa piętra: na pierwszym, gdzie podejmowana jest decyzja o wejściu w rodzicielstwo, rządzi kultura; na drugim, gdzie decyduje się o skali rodziny, rządzi ekonomia. Polityka publiczna, skupiona niemal wyłącznie na świadczeniach pieniężnych, dociera głównie na drugie piętro.

Skutki, których nie widać od razu

Kulturowe przyczyny kryzysu demograficznego mają też kulturowe skutki, które będą widoczne dopiero z czasem. Pokolenia wychowywane jako jedynacy albo w rodzinach bez kontaktu z licznym rodzeństwem i kuzynostwem inaczej uczą się dzielenia, współpracy, rozwiązywania konfliktów. Słabnące więzi sąsiedzkie i rodzinne oznaczają mniej naturalnych mechanizmów wsparcia w sytuacjach kryzysowych, a więcej zadań przejmowanych przez instytucje publiczne.

Zmienia się też sam dyskurs publiczny. Niska dzietność bywa dziś przedstawiana w kategoriach katastroficznych, jako zagrożenie dla „przetrwania narodu", co dodatkowo polaryzuje debatę i utrudnia rzeczową rozmowę o przyczynach i rozwiązaniach. Tymczasem, jak zauważają eksperci, mówienie o nieuchronnej „niewypłacalności państwa" czy „utracie suwerenności" ma charakter publicystyczny, nie analityczny. Starzenie się społeczeństwa jest realnym wyzwaniem dla systemu zabezpieczeń społecznych, ale wymaga adaptacji instytucji, nie paniki.

Czego kultura nie rozwiąże sama

Z konstytucyjnego punktu widzenia państwo ma obowiązek ochrony rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa, co wynika z artykułów 18 i 71 Konstytucji RP. Dotychczasowe instrumenty — głównie świadczenia pieniężne — ograniczyły ubóstwo dzieci i poprawiły sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwróciły trendu demograficznego.

To, co dziś najbardziej widoczne w badaniach, to fakt, że decyzje o dzieciach zależą nie tylko od pieniędzy, ale od poczucia stabilności, dostępności mieszkań, jakości usług publicznych i tego, czy otoczenie społeczne traktuje rodzicielstwo jako coś wartego wsparcia, czy jako prywatny wybór, z którym trzeba sobie radzić samemu. I tu dane CBOS dają odpowiedź, której nie daje żaden program świadczeń: sieć wsparcia — realna, ludzka, codzienna — jest silniejszym predyktorem decyzji o dziecku niż wysokość transferów socjalnych.

Żadna kampania społeczna nie zastąpi żłobka. Żaden żłobek nie zastąpi też zmiany w tym, jak patrzymy na dzieci w naszym otoczeniu: w pracy, w restauracji, na osiedlu. Kulturowy wymiar kryzysu demograficznego jest trudniejszy do zmierzenia niż wskaźnik TFR, ale bez jego uwzględnienia trudno zrozumieć, dlaczego kolejne programy finansowe nie przynoszą oczekiwanych efektów. I dlaczego 31% czterdziestolatków ma mniej dzieci, niż chciało mieć — nie dlatego, że zmienili zdanie, ale dlatego, że idealne warunki nigdy nie nadeszły.


Dane ilościowe: CBOS, komunikat Nr 68/2025 „Pokolenia Z i Y o rodzicielstwie" (oprac. M. Omyła-Rudzka) oraz CBOS, komunikat Nr 3/2023 „Postawy prokreacyjne kobiet".

Zdjęcia P.Uhle