Śmieciowa ośmiornica pod politycznym parasolem? CBA, prokuratura i wrocławska afera śmieciowa.
Od kilku lat wokół systemu gospodarowania odpadami we Wrocławiu narastają pytania o przejrzystość przetargów, powiązania polityczne oraz rolę największych firm śmieciowych. To, co początkowo wyglądało na spór o ceny i organizację systemu, dziś przeradza się w poważną sprawę badana przez służby państwowe. Akcja CBA i zabezpieczenie dokumentów w wielu miejscach pokazują, że w grę mogą wchodzić znacznie poważniejsze mechanizmy niż tylko administracyjna nieudolność.
Początek alarmu: SOS Wrocław i walka o dane
Od 2022 roku ludzie związani z ruchem SOS Wrocław zwracają uwagę na problem z gospodarką odpadami w mieście. Początkowo byliśmy nieliczni, a nasz głos był lekceważony. Zamiast rzeczowej dyskusji pojawiały się ataki, próby zastraszania oraz nasyłanie organów ścigania.
Konsekwentnie wskazywaliśmy, że sytuacja budzi poważne wątpliwości, zwłaszcza że przed opinią publiczną ukrywano kluczowe dane. Gdy po nieudanym przetargu podniesiono mieszkańcom ceny do obecnej, horrendalnej wysokości, zwracaliśmy uwagę na konieczność przebudowy całego systemu oraz na pojawiające się nieprawidłowości.
Na początku ubiegłego roku grupa radnych – z udziałem Piotra Uhle, Jakuba Janasa i Jakuba Nowotarskiego – rozpoczęła kontrolę w związku z opóźnieniem przetargu oraz zamieszaniem kadrowym w spółce Ekosystem. Domagaliśmy się prawdy i dostępu do dokumentów. Najpierw spółka, a później wiceprezydent Młyńczak konsekwentnie odmawiali ich udostępnienia.
Już jako SOS Wrocław zawiadomiliśmy Najwyższą Izbę Kontroli oraz prokuraturę.
Polityka i biznes wokół odpadów
Polityką odpadową szczególnie zainteresowały się dwie polityczki z naszego regionu – Renata Granowska oraz Anna Sobolak.
W przypadku tej pierwszej pojawia się kontekst rodzinny i biznesowy. Jej mąż – poza kontrowersyjną posadą, która przynosiła dochody kosztem instytucji opiekuńczej – był prezesem klubu piłki ręcznej Śląska Wrocław. Na koszulkach tego klubu można było znaleźć logotypy sponsorów, w tym dwóch największych firm zarabiających na wrocławskich śmieciach.
Właścicielem klubu jest spółka oraz stowarzyszenie związane z najbliższym otoczeniem Renaty Granowskiej – małżeństwem Rybczaków. Agnieszka Rybczak jest radną i przewodniczącą Rady Miejskiej Wrocławia. Jej mąż – poza działalnością sportową – do niedawna był wspólnikiem Wojciecha Granowskiego w spółce importującej włoski sprzęt sportowy. Co ciekawe, sprzęt tej marki najprawdopodobniej trafi również do zawodowego Śląska Wrocław w piłce nożnej.
Z kolei Anna Sobolak, posłanka z okolic Wrocławia, była bardzo aktywna w sprawach związanych z branżą odpadową i podejmowała interwencje dotyczące obszarów zainteresowania firm śmieciowych. Jednocześnie jej mąż przez wiele lat pełnił funkcję wiceprezesa miejskiej spółki Ekosystem, która organizuje przetargi na odbiór odpadów we Wrocławiu.
Jak informowała niedawno „Gazeta Wyborcza”, już po zakończeniu pracy w spółce wystawiał faktury jednej z firm, które wygrywają przetargi na odbiór odpadów w mieście. Faktury opiewały na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pytana o tę sytuację posłanka odpowiadała retorycznie: „To co, cieciem ma być?”.
Presja, zawiadomienia i próby uciszania sprawy
W tym czasie wszyscy zainteresowani twardo trzymali wspólną linię. Spółka zawiadomiła prokuraturę, twierdząc, że radny Piotr Uhle – domagający się dostępu do informacji – utrudnia przetarg.
Sygnalistkę, która informowała o ryzykach w przetargu nie tylko zwolniono z pracy, ale również skierowano wobec niej organy ścigania. Klub Śląsk Wrocław – piłka ręczna – przestał eksponować logotypy spółek śmieciowych, a wielu obserwatorów uznało, że sprawa została wyciszona.
Akcja CBA i początek śledztwa
Tymczasem sprawa eksplodowała miejskim politykom w twarz. Centralne Biuro Antykorupcyjne wraz z Prokuraturą Krajową przeprowadziło szeroko zakrojoną akcję. W ponad dwudziestu lokalizacjach zabezpieczono duże ilości dokumentów oraz nośników danych.
To bardzo poważna operacja. Tego typu działania nie są podejmowane w ciemno. Służby wchodzą w tak szeroką akcję dopiero wtedy, gdy istnieją mocne podstawy i rozbudowana wiedza operacyjna. Zabezpieczone materiały mają teraz zostać uzupełnione o materiał dowodowy.
Kolejne etapy postępowania to przesłuchania, ewentualne zarzuty oraz – w dalszej perspektywie – skierowanie aktu oskarżenia do sądu.
Kto znalazł się w kręgu zainteresowania służb
Z zakresu działań można wnioskować, że dokumenty musiał udostępniać Paweł Karpiński, prezes Ekosystemu, a także największe spółki śmieciowe działające w mieście.
W licznych publikacjach pojawia się również nazwisko posłanki Sobolak wraz z mężem. Z kolei wizyta CBA w klubie Śląsk Wrocław – piłka ręczna – prowadzi do przypuszczeń, że interesy małżeństwa Granowskich oraz Rybczaków także znalazły się pod lupą śledczych.
Mechanizm politycznego parasola
Jak taki układ mógł funkcjonować we Wrocławiu? Jednym z powodów jest fakt, że część wspomnianych osób pełni ważne funkcje polityczne, które dają realny wpływ na funkcjonowanie instytucji publicznych.
Wiceprezydent Renata Granowska – poza silną pozycją w urzędzie – dysponuje również zapleczem w Radzie Miejskiej. Choć sama nie jest radną, wpływ ten realizuje poprzez przewodniczącego klubu radnych Koalicji Obywatelskiej – Roberta Leszczyńskiego.
To on miał być wykonawcą politycznej woli zaplecza ratusza. Wzmocniony pozycją swojej politycznej patronki wykorzystywał wszystkie dostępne metody, by zdyscyplinować radnych wybranych z list Koalicji Obywatelskiej. Dzięki temu władze miasta mogły liczyć na stabilną większość nawet przy najbardziej kontrowersyjnych decyzjach.
W takim układzie spokojni mogli być również ci, którzy zarabiali ogromne pieniądze na wrocławskim systemie gospodarowania odpadami.
Polityczne zależności i stanowiska
Jednak każdemu wiernemu żołnierzowi należy się zapłata. Czy dlatego żona Roberta Leszczyńskiego otrzymała niedawno intratne stanowisko w Starostwie Powiatowym?
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element tej układanki. Starosta powiatu był wcześniej społecznym asystentem posłanki Anny Sobolak – tej samej, której mąż zarabiał duże pieniądze na firmach śmieciowych obsługujących Wrocław, a wcześniej współorganizował przetargi na odbiór odpadów.
Leszczyński nie poszedł w ślady Sobolak i nie zapytał publicznie, czy jego żona „ma być cieciem”. Stwierdził natomiast, że ujawnienie sprawy to próba politycznego ataku na jego osobę.
Przetarg jako złoty interes
Dziś wiemy, że przeciągający się przetarg jest znakomitym interesem dla firm śmieciowych. Zarabiają one ogromne pieniądze na chaosie i nieudolności wrocławskiej administracji.
Skala tej nieudolności jest na tyle spektakularna, że coraz częściej pojawia się pytanie: czy był to jedynie brak kompetencji, czy też celowy sabotaż systemu?
Czy Wrocław stanie się symbolem afery?
Na szczęście wymiar sprawiedliwości zaczął działać, a młyny sprawiedliwości powoli zaczęły mielić. Sprawa nie zakończy się szybko. Należy spodziewać się kolejnych jej etapów i nowych informacji o niepokojących powiązaniach biznesu, polityki i publicznych pieniędzy.
Pojawia się jednak pytanie o skalę problemu. Czy okaże się, że Wrocław – niczym Palermo – stanie się symbolem powiązań o charakterze mafijnym?
Niektórzy z bohaterów tej afery starają się dziś o kierownicze funkcje i wpływy w rządzącej Koalicji Obywatelskiej. Jeśli zdobędą realną władzę w strukturach partii, pojawia się obawa, że „śmieciowa ośmiornica” jeszcze mocniej oplącze miasto.
Odpowiedź na to pytanie poznamy już wkrótce.
Dlaczego Renata Granowska powinna powołać męża na prezesa Śląska Wrocław
Od przekazania przez miasto 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław wiceprezydent Renata Granowska dwoi się i troi, by przejąć kontrolę nad klubem. Mamy dla pani prezydent radę od serca. Pani Renato! Zamiast tracić czas na udawanie procedur i niepotrzebny teatrzyk powinna Pani obsadzić funkcję prezesa Śląska Wrocław swoim mężem.
30 milionów powodów
30 milionów, które trafiło ostatnio na działalność Śląska Wrocław rozbudza wyobraźnię wielu. Szczególnie tych przedsiębiorczych, którzy wiedzą jak się robi pieniądze na sporcie. Śląsk Wrocław miał „szczęście” do takich ludzi przez wiele, wiele lat.
Nic więc dziwnego, że na nowo zainteresowanie zawodową piłką nożną przejawiła Renata Granowska. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego na nowo? Przecież w lożach VIP można było panią prezydent widzieć regularnie.
Otóż jeszcze nie tak dawno próbowała przekonać opinię publiczną, że „nigdy nie zajmowałm się sportem zawodowym w mieście i nie zajmuję się. Sport zawodowy jest poza mną”.
Wówczas zarzucano jej konflikt interesów. Tak się składa, że gdy wielomilionowe dotacje z miasta otrzymywał Śląsk Wrocław Handball – jego prezesem był mąż wiceprezydentki. Znany ze zdolności do dorabiania, niezależnie czy to w jeleniogórskich wodociągach czy też w… sierocińcu, co wzbudziło powszechne i uzasadnione oburzenie opinii publicznej.
Przywracamy ręczne sterowanie?
Dziś jednak takich skrupułów wiceprezydent Granowska nie ma i zapomniała, że zawodowym sportem nigdy miała się nie zajmować. Teraz już się „znowu” zajmuje.
Nie tylko pojawiła się przebrana w bluzę klubu na spotkaniu z kibicami, gdzie zebrała wiele krytycznych i oburzonych obecną sytuacją uwag. Kibice mieli wypomnieć jej współodpowiedzialność za kolesiostwo, niegospodarność i spadek Śląska do pierwszej ligi. Niezrażona, za plecami zarządu, miała prowadzić rozmowy o ratunkowym zatrudnieniu Ryszarda Tarasiewicza na stanowisku głównego trenera.
Zrobiła to pomimo obietnic, że ręcznego sterowania nie będzie. Pytana przez Gazetę Wrocławską przyznała, że z racji pełnionego stanowiska spotyka się z różnymi osobami, aby rozmawiać o piłce nożnej i sporcie.
Ale zaraz, zaraz. To jak to miało być? Czy ktoś uważa Wrocławian za idiotów czy po prostu ordynarnie kłamie? Pani prezydent jednak zajmuje się zawodowym sportem i miała potężny konflikt interesów gdy przekazywała dotację na klub prowadzony przez jej męża?
Mieszkańcom i kibicom obiecywano koniec ręcznego sterowania. Miało nie być wchodzenia do szatni, co obiecywał Jacek Sutryk. Miało skończyć się uzgadnianie strategii klubu i negocjowanie kontraktów zawodników w gabinetach polityków. Miało skończyć się zwalnianie dyrektorów sportowych przez urzędników. Wszystko miało być pięknie. Ale nadszedł czas, a wraz z czasem – nadeszła Ona.
Uroki władzy – wszystko zostaje w rodzinie
Nie jest tajemnicą, że nic pani Granowskiej nie „kręci” jak władza. Nie tylko zbudowała sobie pozycję utkaną na niemoralnych zależnościach finansowych radnych miejskich. Nie tylko korzysta z przywilejów władzy takich jak wystawne jedzenie i picie opłacane służbową kartą czy też szampańska zabawa na służbowych wyjazdach do dalekich krajów. Nie tylko wchodzi na głowę Jackowi Sutrykowi do tego stopnia, że niektórzy nazywają ją „nadprezydentką”. Zdaniem innych to za mało – bardziej właściwym tytułem wydaje się być Grafini bądź Księżna Wrocławia.
Teraz Renata Granowska chce ręcznie sterować klubem piłkarskim. Oczywiście, to pani prezydent się należy, nie śmiemy polemizować. Tylko po co te cyrki i ceregiele. Prezesem klubu powinien zostać doświadczony małżonek pani Renaty – Wojciech. Przyśpieszy to obieg informacji i nikt nie będzie miał wątpliwości co do tego, że zarząd realizuje wolę właściciela. Oficjalną strategię będzie można ustalić np. przy niedzielnym, rodzinnym rosole.
Złośliwi mogą powiedzieć, że do wskazywania zarządowi woli właściciela jest Rada Nadzorcza i Biuro Nadzoru Właścicielskiego. Aby ułatwić sprawę na funkcji jednoosobowej Rady widzielibyśmy Roberta Leszczyńskiego. Ten emerytowany żołnierz od dłuższego czasu pełni rolę młodszego kapciowego na dworze Granowskiej i w wolnych chwilach egzekwuje jej wolę w klubie Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej mogłoby być oszczędnością dla finansów państwa, bo wówczas Leszczyński nie musiałby upychać swojej rodziny po zaprzyjaźnionych urzędach.
Wszyscy będą zadowoleni, bo decyzyjność i władza będą skupione w jednych rękach. Ktoś zakrzyknie, że władza absolutna deprawuje absolutnie. I pewnie coś w tym może być. Bo jednolitość władzy to również jednolita i pełna odpowiedzialność za porażki. A ta może nadejść szybciej, niż się niektórym wydaje.
Czy przez Granowską Śląsk zmarnuje ostatnią szansę na odbudowę zaufania?
Sytuacja jest tak tragiczna, że niewiele pozostaje poza pustym śmiechem. Ostatnia szansa, którą dostał Śląsk Wrocław od radnych może zostać zaprzepaszczona ze względu na apetyt na władzę i wpływy jednego środowiska.
Na Śląsk Wrocław patrzy teraz cały kraj. Żaden miejski klub po serii upokarzających porażek sportowych i finansowych nie dostał takiego koła ratunkowego na nowy start jak nasz – wszystkich podatników wrocławskich – klub.
Zadaniem dziennikarzy, polityków, opinii publicznej i – szczególnie – oddanych kibiców będzie teraz szczegółowa obserwacja wszelkich decyzji, które będą zapadały w Śląsku w najbliższych miesiącach. Bo każda decyzja podjęta pod dyktando polityków, którzy chcą bawić się w menedżerów piłkarskich za nasze pieniądze będzie ze swojej definicji podejrzana.
Każdy rodzic, który kocha swoje dziecko wie, że nie zawsze właściwym rozwiązaniem jest wyciągnięcie z kieszeni kolejnego cukierka. Nadszedł czas odpowiedzialności i konsekwencji. A pani Granowska powinna swoje chciwe na władzę ręce trzymać od klubu z daleka, choć talentu do wykrywania dobrych interesów trudno jej odmówić.
Do sprawy będziemy jeszcze wracać, bo jest do czego.
Wybory w KO: stronnicy ratusza łączą siły, czy Jaros pójdzie va banque?
Ratusz otwiera szampana. Już dawno we Wrocławiu tak wiele nie zależało od tak niewielu. W najlepsze trwają układanki w Koalicji Obywatelskiej. Mamy poniedziałek, a nie ucichł huk wystrzelonych korków z butelek szampana we wrocławskim ratuszu. Anna Sobolak wycofała się z kandydowania na szefową miejskich struktur KO i zdecydowała się o poparciu urzędowego pupilka — Roberta Leszczyńskiego. Razem mogą liczyć na sto kilkadziesiąt głosów i zająć istotną pozycję w walce o zwycięstwo. To pierwszy ruch jednoczący frakcje Śmieciowych Królowych (Granowskiej i Sobolak) z frakcją urzędniczą.
Władza lubi spokój
To dobry znak dla wszystkich, których cieszy ekipa, która czerpie szerokimi strumieniami korzyści z władzy we Wrocławiu. Dla wszystkich, którzy bezrefleksyjnie poparli przekazanie następnych 30 mln zł na Śląsk Wrocław, popierają niepobieranie należytej kontrybucji od spekulantów na rynku patodeweloperskim, tworzą szklarniowe warunki do rozwoju prywatnych firm śmieciowych i wspierają panoszącą się po mieście i wszechobecną kolesiozę.
Kanapy wracają do gry
Czy Leszczyński uzyska poparcie kanap w gabinecie Grzegorza Schetyny przy ul. Ofiar Oświęcimskich? Póki co oficjalnym kandydatem na szefa wrocławskich struktur KO jest Jarosław Duda-Latoszewski. Kiedyś członek rządu i europoseł, dziś prezes wojewódzkiego DOLMED-u, który obrusza się, gdy ktoś nazwie go kierownikiem przychodni. Po odsunięciu środowiska kanapowego od wpływów w piłkarskim Śląsku Wrocław na pewno połączenie sił ze stronnictwem ratuszowym będzie trudne, ale nie niemożliwe. Sto kilkadziesiąt głosów Leszczyńskiego i 30–40 Dudy to poważna zaliczka do starcia, które nadchodzi wielkimi krokami.
Dwór się kruszy
Czy taka liczba głosów wystarczy? Na pewno będzie łatwiej wobec podziału w dawnym środowisku Jarosa. Od wiceministra w rządzie Donalda Tuska odwróciło się wielu wiernych mu przez lata działaczy. Kością niezgody była polityka szarej eminencji na dworze Jarosa, czyli Maurycego Graszewicza. Ten, zamiast pozyskiwać poparcie dla swojego pryncypała, to je trwonił angażując się w konflikty, obrażając się i przede wszystkim nieustannie intrygując.
Bunt Bryłki
Punktem przełomowym było zerwanie się spod kontroli Graszewicza Krzysztofa Bryłki, który pokazał, że posiada własną pozycję w partii. Nie dość, że nie pozwolił wymienić się w kole na osobę z otoczenia rodzinno-towarzyskiego Graszewicza, to zgłosił swoją kandydaturę na szefa KO we Wrocławiu. Bryłka to były szef koła Wrocław w Nowoczesnej, bez sukcesów ubiegał się o mandat poselski. Po przejściu do Platformy był identyfikowany z Jarosem.
Jaros gra va banque
Według coraz częściej pojawiających się informacji w sztabie Jarosa zrozumieli już, że wystawianie Graszewicza byłoby strategicznym błędem i obnażyłoby słabość środowiska. Dlatego otoczenie wiceministra z Wrocławia podjęło decyzję o zmianie kandydata. Jednak nie chodzi o logiczną — wydawać by się mogło — decyzję o zakopaniu topora wojennego i poparcie Bryłki, a start… samego Michała Jarosa.
Jaros, mimo poniesionych strat, w partii jest nadal popularny. Ostro wypowiada się o polityce miejskiej, jednak w poglądzie na współpracę z magistratem osamotniony przez radnych wybranych z list ułożonych mu przez Graszewicza. Czy wystarczy mu głosów, by przegonić ewentualny sojusz Leszczyńskiego i Dudy? Z pewnością dużo łatwiej byłoby, gdyby nie to, że jego środowisko będzie miało dwóch kandydatów — jego samego i Bryłkę. Wygląda na to, że w związku z tym wypadają z gry o najwyższe stawki, choć Jaros zarejestrował swoją kandydaturę tylko na poziomie regionalnym. Jak będzie ostatecznie? Dowiemy się w najbliższych dniach.
Cichy gracz z Nowoczesnej
Wszystkiemu przygląda się z pewnego dystansu Tadeusz Grabarek, który ogłosił swoje ambicje powalczenia nie tylko o Wrocław, ale również o cały Dolny Śląsk. Grabarek często mówi o sobie, że jest maksymalistą i wieść gminna niesie, że do partii wstąpił z niemałą liczbą członków Nowoczesnej. Ci członkowie to osoby w większości dość niedawno przyjęte do partii, są więc zaangażowani, mają opłacone składki członkowskie i zapewne licznie wezmą udział w wyborach.
Dlatego mniej istotne wydają się krytyczne wobec Platformy Obywatelskiej i Jacka Sutryka wypowiedzi Grabarka, które wypominają mu media. Bardziej istotne jest to, czy aktyw Nowoczesnej nie podzieli się na ostatniej prostej. Gdy dobrze przyłoży się ucho tu i tam, to słyszymy, że chrapkę na funkcję szefowej miejskich struktur miała posłanka z Nowoczesnej, Jolanta Niezgodzka. Lider formacji raczej nie popiera jej ambicji, bo na niedzielnym dwudziestopięcioleciu KO Grabarek wystąpił w otoczeniu innych kobiet samorządu — Magdaleny Razik-Trziszki oraz Magdaleny Piaseckiej.
Podsumowanie: wybory, które pokażą układ sił
Wybory w miejskiej Koalicji Obywatelskiej we Wrocławiu zapowiadają się nie jako starcie programów, lecz test realnych wpływów i zdolności mobilizacji partyjnego zaplecza. Nie dajmy się jednak zwieść – waga tych wyborów dla dalszego funkcjonowania miasta jest pierwszorzędna i wyznaczy dynamikę prac Rady Miejskiej Wrocławia, w której KO nadal ma samodzielną większość.
Z jednej strony widać konsolidację środowisk związanych z ratuszem i administracją miejską, z drugiej — wyraźne pęknięcie w obozie Michała Jarosa. W tle pozostaje Nowoczesna z własnymi ambicjami i potencjałem organizacyjnym. Najbliższe tygodnie pokażą, czy decydująca okaże się logika jednoczenia frakcji wokół władzy, czy też mobilizacja partyjnych struktur przeciwko niej. Jedno jest pewne — wynik tych wyborów będzie miał znaczenie nie tylko dla lokalnych struktur KO, ale dla całego układu politycznego we Wrocławiu.
Z całą pewnością czeka nas jeszcze wiele zwrotów akcji, dlatego zachęcamy do śledzenia naszej strony!
Kto kogo wygryzie w KO? Cztery frakcje wchodzą na pole bitwy
Wczoraj zarysowaliśmy stawkę wyborów wewnętrznych w KO. Dziś postaramy się opisać cztery najważniejsze frakcje i środowiska, które staną w szranki o polityczne życie, stołki, kariery i wpływy. Nie dowiecie się z tego tekstu dużo o interesach mieszkańców, które podnoszą na sztandary politycy, bo tego po prostu nie robią. W politycznej walce na śmierć i życie chodzi o coś zupełnie innego.
Czy szara eminencja wyjdzie z cienia?

Pierwsza frakcja jest związana z szefem partii w regionie, Michałem Jarosem. W wyborach reprezentować ma ją Maurycy Graszewicz. Dziś szeregowy członek zarządu regionu, ale ma opinię szarej eminencji partii i najbliższego doradcy dzisiejszego szefa regionu. Człowiek doświadczony i bardzo sprytny, jednak do formy anegdoty urosły opowieści o tym jak objęcie tej samej funkcji obiecywał niemalże jednocześnie dwóm lub trzem osobom. A że zainteresowani dowiedzieli się o sprawie to… już nikt nie miał ochoty z Graszewiczem rozmawiać. Jednego nie można mu odmówić – w zdolności do jednoczenia partyjnego ludu przeciwko sobie mógłby stawać w szranki z weteranem platformerskich bojów – Jarosławem Charłampowiczem.
Zwycięstwo Graszewicza może oznaczać, że we Wrocławiu wiele się nie zmieni – jego nieoficjalne rządy w partii nie przełożyły się do tej pory na postawienie choćby trudnych warunków prezydentowi Sutrykowi.
Śmieciowe królowe przejmą Wrocław?
Drugie środowisko to ekipa Renaty Granowskiej. Wiceprezydent Wrocławia najchętniej wystartowałaby sama, ale została z hukiem wyrzucona z partii. Dlatego w walce o szefową struktur reprezentować będzie ją posłanka Anna Sobolak. Łączona przez Gazetę Wyborczą z wrocławską aferą śmieciową parlamentarzystka była bohaterką jednego z naszych ostatnich tekstów pt. „Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?” – zachęcamy do lektury. Smaku historii dodaje wybitny i pełen szacunku występ posłanki w Radio Rodzina, w której pyta co ma jej dobrze wykształcony mąż w życiu robić, CIECIEM BYĆ?
Kto wie czego jeszcze dowiemy się o tej historii, gdyż w ostatnich tygodniach śledztwo w tej sprawie wszczęła katowicka delegatura Prokuratury Krajowej. Tak, TA delegatura.
Ale nie dajmy się zwieść, to Granowska kieruje swoją spółdzielnią. Sobolak będzie chciała przywrócenia pryncypałki do partii i pełnej współpracy partii ze oskarżonym o korupcję i oszustwa Jackiem Sutrykiem. To będzie potwierdzenie, że partia popiera wszystkie patologie, które obciążały Granowską – dotacje dla klubu sportowego zarządzanego przez jej męża, dorabianie w sierocińcu, płacenie służbową kartą i na koniec bardzo ważne: wulgarność i ogólny niski poziom kultury osobistej. To będą zachowania w partii nie tylko oficjalnie tolerowane ale wyniesione wręcz na sztandary.
Zwycięstwo Sobolak to zła informacja, dla wszystkich, którzy chcą zmian we Wrocławiu. Nie spodziewamy się jednak, by tą perspektywą martwili się właściciele firm śmieciowych obsługujących miasto.
Wraca nowe: czy to znów czas Grzegorza Schetyny?
Trzecie środowisko gromadzi się na kanapach w gabinecie Grzegorza Schetyny. Doświadczony i wytrawny gracz jakim jest były Marszałek Sejmu, Wicepremier i szef MSZ (a można wymieniać jeszcze długo!) już zaklepał sobie miejsce na wypadek przegranej w walce o polityczne być albo nie być. W przypadku, gdyby spotkał go brak sensownej propozycji startu do parlamentu – nagrodą pocieszenia ma być dla niego prezydentura Wrocławia.
Jego czempionem w walce o kierowanie strukturami KO we Wrocławiu może być zarówno wiceprezydent Michał Młyńczak jak i radny Robert Leszczyński, który niedawno ochoczo kandydaturze „Grzegorza” ochoczo przyklasnął i to jeszcze w telewizji.
Schetyna traci wpływy we Wrocławiu, trudno inaczej oceniać ostatnie zmiany w Śląsku Wrocław. Michał Mazur, który niedawno utracił funkcję prezesa klubu, był człowiekiem kojarzonym z byłym marszałkiem Sejmu. Sutryk go zwolnił i zastąpił niezależnym Remigiuszem Jezierskim. Zmiana wydaje się być obiecująca, ale miało wzbudzić na wspomnianych kanapach gniewny pomruk niezadowolenia.
Młyńczak i Leszczyński to wierni żołnierze. Jednak ten pierwszy gdyby wystartował okazałby pewną nielojalność względem swojego oficjalnego szefa – Jacka Sutryka. Leszczyński jest szefem klubu KO a zawodowo pracuje bezpośrednio z sekretarzem generalnym partii – Marcinem Kierwińskim. To jego silne, warszawskie plecy. Czy wystarczą?
Zwycięstwo tego środowiska oznacza powrót do tego, co było. W Śląsku Wrocław oraz na styku z wielkim biznesem deweloperskim, który dziś i tak jest znakomicie obsługiwany przez Jacka Sutryka. Dla zwykłego mieszkańca oznacza to stagnację. I wiele, wiele publicznych milionów na Śląsk Wrocław.
Nowoczesna zmiana? Czyli jaka?
Czwarte środowisko to nieoczekiwanie wchodząca przebojem do KO Nowoczesna. Do walki stanąć ma radny Tadeusz Grabarek, który jako szef dolnośląskich struktur .N zadbał, by jej członkowie licznie stawili się jako kandydaci do nowej-starej partii. Zaskoczenie liczebnością struktur u niektórych polityków było tak duże, że zaczęli się (z pewnymi sukcesami) domagać weryfikacji wszystkich związanych z dawną partią Ryszarda Petru. Jednak patronat Adama Szłapki, którym może wylegitymować się Grabarek, z pewnością pomoże w odnalezieniu drogi do ucha przewodniczącego Tuska w razie gdyby sprawa miała stanąć na ostrzu noża.
Czego można spodziewać się po zwycięstwie Grabarka? Ludzie Nowoczesnej chcą by struktury powiatowe miały realną sprawczość. Największym zagrożeniem jest tu Renata Granowska, która nie tylko ośmieszyła władze partii żonglowaniem umowami koalicyjnymi. Jest również realnym obciążeniem wizerunkowym dla formacji, co potwierdziły władze partii usuwając kontrowersyjną polityczkę ze swojego grona.
Dlatego ludzie Nowoczesnej najpewniej będą chcieli doprowadzić do wymiany wiceprezydent Granowskiej na swojego człowieka, który nie będzie obciążony aferalną przeszłością. To również sposób, by pokazać sprawczość, skuteczność i zdolność do wymuszenia ustępstw na Jacku Sutryku.
Kto miałby zastąpić Granowską? Wiele mówi się o obecnym szefie urzędowego departamentu Kultury i Sportu, Jarosławie Perducie. To doświadczony w pracy samorządowej specjalista, szanowany i lubiany w instytucjach kultury. Wielokrotnie był przymierzany przez media nawet do funkcji Prezydenta Wrocławia.
Zwycięstwo Grabarka nie zmieni wiele w relacjach KO – Jacek Sutryk ale wymiana Granowskiej, gdyby zakończyła się powodzeniem – z pewnością sprawiłaby, że wielu urzędników, aktywistów, ludzi kultury i organizacji pozarządowych odetchnęłoby z ulgą.
Czy do wyścigu dołączą czarne konie?
Dla kronikarskiego porządku dodajmy, że przez część działaczy do funkcji szefowej KO we Wrocławiu przymierzana jest również Jolanta Niezgodzka, posłanka Nowoczesnej. Czy w .N się dogadają czy nie – dowiemy się w nadchodzących tygodniach.
W grze mogą pojawić się również czarne konie. W ostatnich dniach z funkcji wiceprezesa Dozamelu (spółki Skarbu Państwa) odwołany został Krzysztof Bryłka. Dziennikarze spekulują, że ma to związek z rozluźnieniem jego związków z Maurycym Graszewiczem. Bryłka nie dość, że ośmielił się wystartować w wyborach w jednym z kół przeciwko kandydatce związanej ze wspomnianym dżentelmenem, to jeszcze ośmielił się je wygrać! To zaliczka kilkudziesięciu szabel, które we wrocławskich szrankach mogą okazać się istotne.
Podobnym czarnym koniem może okazać się radny Mateusz Żak, dziś wiceszef wrocławskich struktur KO oraz pełniąca funkcję szefowej partii w mieście senator Barbara Zdrojewska. Trudno dziś jednak szacować ich szanse, tak samo jak wykluczyć i to, że wobec trudnego wyboru pojawi się ktoś nowy, kto uczyni wybór jeszcze trudniejszym.
Potrzeba się nieźle napracować, by wszystko zostało po staremu
Jak widać na tak zarysowanym planie pola bitwy – kandydatów nie brakuje. 20 lutego mija czas na formalne zgłoszenia, więc wówczas dowiemy się jak zakończy się trwający obecnie proces preselekcji kandydatów. Realny jest jednak scenariusz, w którym członkowie KO będą mieli bardzo szeroki wybór. Który może zakończyć się niedużymi różnicami w wyniku poszczególnych kandydatów. I choć w wyborach drugiej tury jak w Polsce 2050 nie będzie – może zabraknąć wyraźnego zwycięzcy.
To będzie oznaczało nie tylko słaby mandat ale również trudności ze zbudowaniem trwałego układu władzy. Ta będzie musiała być zbudowana w oparciu o egzotyczne koalicje. To oznacza wieczne dyskusje i awantury, przeciągające się w czasie decyzje. I małą sprawczość.
Dylematy słabszych graczy: Grabarek czy Granowska?
Tymczasem będziemy obserwować twarde starcie pomiędzy Renatą Granowską a Tadeuszem Grabarkiem. Kto wyjdzie z niego zwycięsko? Wiele może zależeć od Maurycego Graszewicza, który prędzej czy później musi zrozumieć, że jego szanse na zwycięstwo nie graniczą nawet z czysto matematycznymi. Czy zdecyduje się zasypać rowy podziałów z Renatą Granowską, kopane od lat? Czy też poprze Grabarka, którego dołączenie do KO próbował z wielkim wysiłkiem zablokować lub przynajmniej zmniejszyć liczebność jego drużyny?
Na podobne pytanie musi odpowiedzieć sobie środowisko kierujące polityką z kanap w gabinecie Grzegorza Schetyny.
Sutryk obstawia… wszystkich
Cichym zwycięzcą wyborów w KO jest już dziś… Jacek Sutryk. Każdy z wariantów konserwuje jego władzę i dzieli odpowiedzialność za grzechy z partią obecnej władzy. W ratuszu mogą spać spokojnie.
A co z mieszkańcami? Przecież to o ich dobro ma w tym wszystkim chodzić. Mieszkańcy niech dziś uważnie obserwują, bo salon wybiera sobie nową konfigurację. Ważne, by cały proces czytać bez upiększania i rozumieć jakie interesy stoją za poszczególnymi środowiskami.
W tych wyborach nie zagłosujesz a i tak mogą zmienić Twoje miasto
Nadchodzą wybory, które zdecydują o przyszłości Wrocławia i choć większość naszych czytelników nie będzie mogła w nich zagłosować. Zadecydują o tym interesy których grup zgromadzonych wokół Wrocławia będą „na wierzchu”.
Te wybory to wewnętrzne wybory w Koalicji obywatelskiej. Trwają już teraz w kołach, ale już 8-go marca poznamy liderów struktur dolnośląskich i wrocławskich. W międzyczasie będziemy obserwować przejawy tej walki w lokalnych mediach.
Jak przebrnąć przez ten chaotyczny czas i nie utracić najważniejszych wątków sprzed oczu? Przygotowaliśmy dla Ciebie, Czytelniku, serię tekstów, które bez mydlenia oczu, bez upiększania pomogą zrozumieć co dla przyszłości miasta oznaczają przepychanki pomiędzy środowiskami, które rządzą stolicą Dolnego Śląska oraz dzielą – stanowiska i frukta. Gotowi? No to zaczynamy!
Kto będzie dzierżył długopis?
Jaka jest stawka tych wyborów? Pewnie myślisz, drogi czytelniku, że chodzi o możliwość odsunięcia grup interesów od spraw Wrocławia? Rozwiązania jego palących problemów ze śmieciami, z patodeweloperką albo doprowadzenie do dobrej prywatyzacji Śląska Wrocław?
Rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna i przyziemna. Partyjny wyścig to swoisty wyścig po długopis, którym stworzone będą listy wyborcze – najpierw do Sejmu i Senatu (2027 r.), później do samorządu i Parlamentu Europejskiego (2029 r.). A jak wiemy – nic nie rozbudza partyjnych emocji lepiej niż to kto będzie na liście i na którym (najlepiej biorącym) miejscu. Dlaczego? Bo ich kształt decyduje o politycznym przetrwaniu polityków oraz o tym, kto będzie rządził klubowymi dobudówkami partii w Radzie Miejskiej Wrocławia, Radzie Powiatu Wrocławskiego oraz w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego.
Stawka jest zatem olbrzymia, bo długopis politycznego życia i śmierci będzie znajdował się w rękach tych, którzy tę batalię wygrają. Zachowanie dobrych relacji z dzierżycielem długopisu to podstawa partyjnej piramidy Maslowa.
Kto się naje a kogo czeka polityczny post?
Ale to nie wszystko. Ostatnie miesiące i lata pokazały nam również, że struktury partii decydują o umowach koalicyjnych. Na ich podstawie powołuje się na poszczególne funkcje – oficjalnie wiceprezydentów, przewodniczących rad i sejmiku. Nieoficjalnie – o powoływaniu prezesów spółek, rozdawaniu rad nadzorczych czy zatrudnianiu kolesi w podległych instytucjach.
Dlatego poza podstawą piramidy Maslowa – przetrwaniem – walka toczy się o potrzeby nieco wyższego rzędu. Chodzi bowiem o zapewnienie środków do życia dla polityków i ich najbliższych. Oraz – oczywiście – o rozwój ich karier.
Do tego dochodzi cała inna lista potrzeb wyższego rzędu – komu dokopać, kogo poniżyć, kogo przeczołgać, na kim wywrzeć zemstę. Komu dać szansę, by sprawdził się w biznesie. Albo czyje biznesy powinny we współpracy z publicznymi podmiotami rozkwitać.
Prawdopodobnie część z czytelników zadaje sobie teraz pytanie: a to nie chodzi o to, żeby mieszkańcom się lepiej żyło? Przecież to oni finansują praktycznie całą tę zabawę? Bez zbędnego cynizmu: prawie każdego z polityków, gdy o to zapytacie powiedzą: oczywiście, chodzi o dobro mieszkańców. A cicho pomyślą, że najpierw zajmą się tym jak mieszkańcom to dobro odebrać.
Medialne echa walki buldogów pod dywanem
Po wyrzuceniu z PO Renaty Granowskiej obowiązki szefowej miejskich struktur pełni senator Barbara Zdrojewska. Polityczka zachowuje jednak powściągliwość i nie zaskoczyła w ostatnich miesiącach opinii publicznej żadnym zdecydowanym ruchem. Jej strategia to raczej doprowadzenie struktur do wyborów bez większych wstrząsów.
A do wyborów szykują się wszystkie istotne środowiska w Koalicji Obywatelskiej. Jej przejawy dostrzegamy w mediach. Otóż odkryta niedawno przez Gazetę Wyborczą afera wokół posłanki Sobolak ma być tylko przejawem jej wewnętrznej wojny z szarą eminencją KO – Maurycym Graszewiczem. Według doniesień Wyborczej jej mąż miał świadczyć wysoko wyceniane usługi doradcze dla firm śmieciowych obsługujących Wrocław (czytaj więcej: czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?) Sobolak ze znaną sobą gracją odciągała uwagę w Radio Rodzina od potencjalnego konfliktu interesów i z poczuciem wyższości wobec ciężko pracujących ludzi zapytała gdzie miałby pracować jej mąż, BYĆ CIECIEM?
Anna Sobolak, KO, pierwsza i ostatnia kadencja. Elita
W ramach napierdalanki w dolnośląskiej PO, pani Sobolak z „szacunkiem” do zwykłych ludzi, pracowników parkingów.
„Mój mąż ma ugruntowaną pozycję, jeżeli chodzi o swoją działalność, jest ekspertem w tym co robi, przepraszam,… pic.twitter.com/hMhusWBxFh
— Bꓭambo (@obserwujesobie) January 27, 2026
Z kontrofensywą ruszył dystansujący się dotychczas od wrocławskich spraw szef dolnośląskich struktur KO, Michał Jaros. W Radio Wrocław i Echo 24 krytykował wrocławski przetarg na zagospodarowanie odpadów, który ma kosztować mieszkańców już 60 mln zł. To oczywisty kamyczek do ogródka Sobolak. Dodatkowo krytycznie oceniał decyzję własnych radnych o przyznaniu kolejnych 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław. To piętno, którym naznaczane są pozostałe środowiska, które walczą o przejęcie i skapitalizowanie władzy we Wrocławiu.
Niedawno czytaliśmy również doniesienia o zwolnieniu z zarządu Dozamelu (spółka Skarbu Państwa) Krzysztofa Bryłki, który postawił się władzom partyjnym i ośmielił się wygrać wybory w kole.
❗️EKIPA MICHAŁA JAROSA W ODWROCIE?
Krzysztof Bryłka utrzymał partyjne stanowisko przewodniczącego koła gospodarczego we wrocławskiej Koalicjj Obywatelskiej. W głosowaniu wyraźnie pokonał Izabelę Kontecką (mamę radnej Dominiki Konteckiej), którą osobiście wspierał wiceminister… https://t.co/ko28kGqBQf pic.twitter.com/Z7ut826E3c
— Marcin Torz (@MarcinTorz) January 23, 2026
Pokażemy to, co politycy chcieliby zachować w tajemnicy przed mieszkańcami
To tylko wycinek przejawów walki, która obecnie się toczy. Ale nie dajmy się zwieść. W interesie wszystkich polityków jest, by zwykli mieszkańcy nie byli w stanie wyraźnie odczytać jakie grupy i interesy uczestniczą w rozgrywce o władzę. Gdy politycy zajmują się sami sobą – tracą hamulce i przez moment można dostrzec realnie zarysowane linie podziału. Dlatego w interesie mieszkańców jest dobrze rozumieć kto, jakimi metodami i w imię czego ubiega się o władzę.
Z tego powodu dziś rozpoczynamy cykl tekstów, które będą bez zbędnego pudrowania obnażać mechanizmy układania się salonu wrocławskiej władzy na nowo. Pomożemy czytać i rozumieć cały proces bez upiększania i mydlenia oczu. I nie pozwolimy, by instrumentalnie traktowane przez polityków media odwracały uwagi od głównego przedmiotu problemu.
Pierwszy tekst, w którym pod lupę weźmiemy walczące ze sobą frakcje władzy już jutro, zapraszamy na niego już dziś!
Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?
Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?
Coraz więcej faktów wskazuje, że wrocławski system gospodarowania odpadami nie jest jedynie technicznym problemem samorządu, lecz polem gry polityczno-biznesowej, w której kluczowe role odgrywają ci sami ludzie, te same nazwiska i te same spółki. Oficjalnie – same przypadki. Nieoficjalnie – sieć powiązań, która coraz bardziej przypomina ośmiornicę.
Afera, która nie chce zniknąć
We Wrocławiu od miesięcy mówi się o „aferze śmieciowej”. To określenie początkowo funkcjonowało w kuluarach – wśród radnych, urzędników i ludzi związanych z branżą odpadów. W ostatnich dniach światło dzienne ujrzały nowe fakty. Stało się to dzięki publikacjom medialnym i kolejnym decyzjom ratusza, które zamiast uspokajać sytuację, tylko ją komplikują.
Problem nie dotyczy wyłącznie pieniędzy, choć te – liczone w setkach milionów a nawet miliardach złotych – są tu kluczowe. Chodzi również o zaufanie do państwa i samorządu, o elementarne standardy przejrzystości oraz o pytanie, czy politycy i ich najbliżsi powinni funkcjonować jednocześnie po obu stronach stołu: tej publicznej i tej biznesowej.
Tym bardziej, że haracz na styku obu stron barykady płacą nie politycy a zwykli mieszkańcy
Gazeta Wyborcza odsłania kulisy
Iskrą, która rozpaliła dyskusję na nowo, był tekst wrocławskiej „Gazety Wyborczej”. Dziennikarze opisali w nim działalność męża prominentnej posłanki Koalicji Obywatelskiej, Anny Sobolak – polityczki od lat specjalizującej się w tematyce gospodarki odpadami.
Z ustaleń wynika, że mąż posłanki przez długi czas zarabiał bardzo duże pieniądze, doradzając jednej z największych firm śmieciowych działających na terenie Wrocławia. Samo doradztwo – w oderwaniu od kontekstu – nie byłoby niczym nagannym. Problem pojawia się wtedy, gdy spojrzymy na całą sieć zależności.
Znamy bowiem tylko wierzchołek góry lodowej. Wiemy o trzech fakturach na 60 000 zł. Jednak czy to wszystko? Czy doradztwo miało miejsce wyłącznie względem jednej firmy, która zarabia na wrocławskich śmieciach? Sprawa powinna być przedmiotem szczegółowej analizy. Opinia publiczna powinna poznać fakty, jednak tu wszystko zależy wyłącznie od dobrej woli posłanki. Wyłącznie wyspecjalizowane organy dysponują narzędziami do weryfikacji jak było naprawdę.
Kim jest Anna Sobolak?
Dla wielu mieszkańców Wrocławia Anna Sobolak zaistniała w przestrzeni publicznej dzięki emocjonalnemu nagraniu, w którym zwracała się do prezydenta Ukrainy słowami “You are our hero!” i “Sława Ukrainie”. Być może to stamtąd wzięła standardy w relacjach między parlamentem a biznesem? Niech ten medialny obraz nie przysłoni jednak faktu, że Sobolak jest posłanką pierwszej kadencji, która do Sejmu dostała się z 6. miejsca na liście Koalicji Obywatelskiej, zdobywając 7675 głosów.
Wcześniej była szerzej nieznana poza wąskim gronem działaczy partyjnych. W kampanii wyborczej dała się jednak zapamiętać z innego powodu – miasto i okoliczne powiaty zostały dosłownie zasypane banerami z jej wizerunkiem oraz hasłem: „Oczyśćmy Polskę”. Hasłem nośnym, sugestywnym i – jak się dziś okazuje – nabierającym nieoczekiwanie ironicznego znaczenia.
Po wejściu do Sejmu Sobolak szybko zaczęła budować swoją pozycję jako jedna z bardziej aktywnych posłanek w obszarze gospodarki odpadami. Regularnie zabiera głos w Sejmie, składa interpelacje i występuje jako ekspertka od systemów śmieciowych. Jej aktywność dotyczy nie abstrakcyjnych regulacji, lecz bardzo konkretnych mechanizmów funkcjonujących w samorządach, w tym we Wrocławiu.
To właśnie w tym miejscu zachodzi obawa, że może nastąpić zasadniczy konflikt interesów – nawet jeśli formalnie nie został on nigdzie stwierdzony.
Polityczne wspólniczki – interesy i wspólny wróg

Sobolak nie działa w polityce sama. Jej najbliższą sojuszniczką jest Renata Granowska i drogi obu pań od lat biegną blisko siebie. Gdy Granowska kierowała wrocławską Platformą Obywatelską, Sobolak była sekretarzem struktur i szefową sztabu wyborczego w wyborach samorządowych.
Gdy pojawiały się potrzeby personalne, na przykład zatrudnienie w starostwie powiatowym najbliższej rodziny prominentnych radnych PO – Sobolak miała odgrywać kluczową rolę. Starosta Powiatu Wrocławskiego był w końcu jej asystentem społecznym, podobnie jak jego córka.
Dziś, mimo formalnego usunięcia Granowskiej z partii, współpraca trwa.
Obie polityczki łączy dziś także wspólny przeciwnik: regionalny baron Koalicji Obywatelskiej, Michał Jaros, oraz jego najbliższe otoczenie. Konflikt wewnątrz KO przenosi się na poziom samorządów i spółek komunalnych, gdzie stawką są realne pieniądze i wpływy.
W tym kontekście decyzje dotyczące Ekosystemu i przetargu śmieciowego przestają być wyłącznie techniczne. Stają się elementem politycznej rozgrywki.
Mąż posłanki i firma śmieciowa
Mąż Anny Sobolak nie jest anonimowym konsultantem z zewnątrz. Przez lata był prezesem wrocławskiej spółki Ekosystem, czyli miejskiego podmiotu odpowiedzialnego za gospodarkę odpadami. W 2024 roku, już jako prywatny doradca, współpracował z firmą, która aktywnie działa na terenie miasta i żyje z kontraktów związanych z odbiorem i zagospodarowaniem śmieci.
Według medialnych ustaleń poza wystawianiem tej firmie faktur miał spotykać się w 2024 roku z dyrektorem jednego z kluczowych departamentów Urzędu Miejskiego Wrocławia, któremu podlega nadzór właścicielski nad spółkami komunalnymi.
W tym nadzór nad Ekosystemem.
Sport, polityka i pieniądze
Wspomniana firma śmieciowa sponsoruje między innymi Spartę Wrocław i Śląsk Wrocław Handball. Sponsoring klubów sportowych to sposób, by dotrzeć do prominentnych polityków. W tym przypadku wszystkie ślady prowadzą do Renaty Granowskiej. W jaki sposób?
W czasie, gdy mąż posłanki Sobolak świadczył dla niej usługi, prezesem WKS-u był Wojciech Granowski. Nazwisko nie jest przypadkowe.
Renata Granowska wchodzi do gry
Wojciech Granowski jest mężem Renaty Granowskiej – dziś pierwszej wiceprezydent Wrocławia, a wówczas szefowej wrocławskich struktur Platformy Obywatelskiej. To ona w okresie świąteczno-noworocznym 2024 roku, poza oficjalną ramówką, pojawiła się w Radiu Wrocław, by niespodziewanie skomentować sytuację w Ekosystemie. Skąd takie nerwowe posunięcie?
Poza tłumaczeniem się z dziwnych wydatków opłacanych służbową kartą (26 000 zł na jedzenie i picie), odniosła się do niespodziewanej dymisji Izabeli Piekielnik, która kilka dni wcześniej rzuciła papierami w atmosferze skandalu.
Granowska mówiła o swoich wątpliwościach dotyczących przetargu na zagospodarowanie odpadów. Zwracała uwagę, że nastąpiła konieczność zadania pytań i o bezpieczeństwie finansowym mieszkańców. To ona wówczas publicznie postulowała objęcie przetargu tzw. tarczą antykorupcyjną ABW i CBA.
Deklaracja brzmiała poważnie. Jak się zapewne domyślacie – żadnej tarczy nie było, ale więcej o tym przeczytacie poniżej.
Przetarg, który zmienia wszystko
Czy na politycznych układach korzysta śmieciowy oligopol? Ekosystem przygotowywał się w 2024 roku do jednego z największych przetargów w swojej historii – postępowania na zagospodarowanie odpadów komunalnych, wartego setki milionów złotych. Równolegle spółka zawierała umowy z wolnej ręki, również dotyczące tej samej sfery działalności.
Stroną tych umów – tak się składa – była firma, która płaciła mężowi posłanki Sobolak za doradztwo. Przypadek? Być może. Dla publicznych pieniędzy taka sytuacja jest jednak skrajnie niebezpieczna.
Zwłaszcza że rozmowy męża posłanki z urzędnikiem miejskim miały dotyczyć sytuacji w spółce, którą wcześniej sam zarządzał. Dla porządku dodajmy, że zarówno posłanka jak i jej mąż temu zdecydowanie zaprzeczają.
Tarcza, której nie było
Jak ujawniła w innym materiale Gazeta Wyborcza, Ekosystem nie złożył wniosku do CBA o objęcie przetargu specjalną tarczą antykorupcyjną, choć prezes Paweł Karpiński wielokrotnie zarzekał się, że każdy dokument jest sprawdzany przez służby. Samo postępowanie został ogłoszony znacznie później niż planowano. Zanim to się stało dymisję złożyła dotychczasowa Prezes Ekosystemu – co w spółkach komunalnych zdarza się niezwykle rzadko.
Zamiast uspokojenia sytuacji pojawił się chaos. A w obronę spółki zaangażowała się wiceprezydent Renata Granowska, odpowiedzialna za kulturę, sport i część funduszy europejskich. Dlaczego właśnie ona? Tego nikt oficjalnie nie wyjaśnił.
Jedno jest natomiast pewne: firma, na rzecz której pracował mąż posłanki Sobolak, nie straciła na tym zamieszaniu. Przeciwnie – wykonuje zlecenia bez przetargu po znacznie lepszej niż dotychczas cenie.
Cień śledztwa i aresztowań
Na tym tle szczególnie niepokojąco brzmi inny fakt. Na oficjalnej stronie miasta Wrocławia można znaleźć informację, że prezes i członek zarządu wspomnianej firmy śmieciowej zostali zatrzymani w śledztwie dotyczącym nielegalnego wysypiska odpadów w Rudnej Wielkiej. Sąd zdecydował o ich tymczasowym aresztowaniu.
Mimo to spółka nie zniknęła z rynku. Wręcz przeciwnie – nadal aktywnie działa we Wrocławiu, pozostaje beneficjentem miejskiego systemu i buduje swój wizerunek poprzez sponsoring sportu.
Przetarg w zawieszeniu
Miasto – pod pretekstem, który wielu ekspertów określa jako absurdalny – odwołało przetarg na zagospodarowanie odpadów. Jak dowiedzieliśmy się we wtorek – firmy śmieciowe złożyły odwołanie od tej decyzji do Krajowej Izby Odwoławczej. Jej wyrok może podlegać dalszym zaskarżeniom więc sprawa może się ciągnąć miesiącami.
A funkcjonowanie miasta na podstawie umów z „wolnej ręki” ma swoich beneficjentów.
W okresie bez przetargu ktoś musi odbierać i zagospodarowywać odpady. I niemal pewne jest, że największa część tych pieniędzy trafi do firm, która już wcześniej były bardzo poważnymi graczami na wrocławskim, oligopolicznym rynku.
Zapłacą za to – oczywiście – Wrocławianie i Wrocławianki. Jak czytamy w Inforze mogą zafundować także tańsze śmieci w innych miejscowościach, bo dzięki wrocławskiemu eldorado są w stanie zdobywać nowe rynki.
„Firmy odpadowe startujące w przetargach w całej Polsce potrafią na jednych rynkach agresywnie zaniżać ceny – po to, by wygrać postępowanie – a następnie „odbić” sobie straty, oferując zdecydowanie wyższe stawki tam, gdzie samorząd ma ograniczone pole manewru (…). Z publicznie dostępnych danych wyłania się dość czytelny obraz: te same podmioty potrafią na mniejszych rynkach oferować stawki nawet o kilkadziesiąt, a w niektórych frakcjach o kilkaset procent niższe niż we Wrocławiu.
Za kompleksową usługę (odbiór, transport i zagospodarowanie) bioodpadów we Wrocławiu ta sama firma wyceniała tonę na 1 310 zł, podczas gdy w Chrzanowie – na 746 zł. W przypadku tworzyw sztucznych, metali i opakowań różnica jest jeszcze bardziej uderzająca: 1 410 zł za tonę we Wrocławiu wobec 725 zł w Chrzanowie. Przy przeterminowanych lekach skala rozjazdu sięga tysięcy złotych: 11 000 zł za tonę we Wrocławiu kontra 5 800 zł w Chrzanowie. W kluczowych frakcjach oznacza to różnice od około 70 do niemal 100 procent – przy tym samym wykonawcy.”
Małe miasto, wielkie przypadki
Wrocław bywa nazywany „dużym miastem o małomiasteczkowych relacjach”. Wszyscy się znają, wszyscy się spotykają, wszyscy mają do siebie numery telefonów. W takim środowisku przypadki rzeczywiście się zdarzają.
Problem w tym, że w aferze śmieciowej tych przypadków jest po prostu za dużo. Za dużo nazwisk, za dużo powiązań, za dużo decyzji, które zawsze – w dziwny sposób – układają się w korzystną całość dla tych samych podmiotów.
Coraz gorszy zapach
Można oczywiście tłumaczyć wszystko zbiegiem okoliczności. Można mówić o nagonce politycznej, medialnej przesadzie i złej woli krytyków. Tylko że z każdym kolejnym tygodniem ta historia coraz gorzej pachnie. To włoski zapaszek, który zamiast alpejską świeżością przypomina raczej klimat Neapolu. Czy mamy we Wrocławiu naszą Camorrę? Z pewnością nie, ale kto wie, nasi politycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.f
Mieszkańcy Wrocławia mają pełne prawo pytać, czy w mieście nie działa właśnie śmieciowa ośmiornica – system zależności, który oplata samorząd, politykę i biznes, skutecznie chroniąc swoich i wypychając na margines interes publiczny.
Bo w tej historii stawką nie są już tylko śmieci.
Stawką jest wiarygodność władzy.
Niema Rada Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej
Rada Niema Wrocławia. Komfort Sutryka, kompromitacja Koalicji Obywatelskiej
Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia przeszło do historii nie jako moment przełomu, lecz jako spektakl politycznej kapitulacji. Rada, która miała przemówić w imieniu mieszkańców, wybrała milczenie. A milczenie to dało Jackowi Sutrykowi i jego zapleczu dokładnie to, czego potrzebowali – komfort dalszego rządzenia.
Sesja, która miała być próbą
Dzisiejsza sesja Rady Miejskiej Wrocławia miała – wedle zapowiedzi i oczekiwań – stać się momentem poważnej próby dla lokalnej klasy politycznej. Po miesiącach narastających kontrowersji wokół prezydenta Jacka Sutryka, po decyzjach prokuratury, po zatrzymaniu i akcie oskarżenia, radni otrzymali wreszcie możliwość, by jasno określić swoje stanowisko. Nie w mediach społecznościowych, nie w kuluarach, lecz w świetle kamer i w imieniu wrocławian.
Zamiast tego zobaczyliśmy jednak Radę Niemą – organ uchwałodawczy, który abdykował z roli forum debaty i kontroli władzy wykonawczej. Sesję, w której formalnie odbyło się głosowanie nad apelem do prezydenta o zrzeczenie się mandatu, ale faktycznie nie odbyła się żadna realna rozmowa o odpowiedzialności, standardach i przyszłości miasta.
Komfort rządzenia zamiast odpowiedzialności
Jacek Sutryk może dziś spać spokojnie. Mimo głośnych zapowiedzi „rozliczeń”, mimo wzmożenia w regionalnych strukturach partii rządzącej, mimo publicznych deklaracji o trosce o wizerunek miasta – nic się nie stało. Sutryk, jego zastępczyni Renata Granowska oraz całe zaplecze polityczno-urzędnicze mogą rządzić dalej, dokładnie tak jak dotąd.
Na nic zdało się prężenie muskułów. Na nic uchwała dolnośląskiego zarządu Koalicji Obywatelskiej, wzywająca Jacka Sutryka do rezygnacji z funkcji prezydenta. Dokument, który miał być sygnałem „odpowiedzialności” i „standardów”, okazał się politycznym rekwizytem – dobrze brzmiącym w komunikacie prasowym, kompletnie bez znaczenia w realnej polityce miejskiej.
Radni Koalicji Obywatelskiej wcześniej grzecznie zagłosowali za budżetem miasta, zapewniając prezydentowi stabilne funkcjonowanie aparatu władzy. A dziś poszli krok dalej – nawet nie zdobyli się na elementarną konsekwencję wobec własnego stanowiska partyjnego.
Apel o rezygnację Sutryka? KO nie skorzystało z okazji do pokazania konsekwencji
Kulminacyjnym punktem sesji był projekt apelu Rady Miejskiej Wrocławia do prezydenta Jacka Sutryka o podjęcie decyzji o zrzeczeniu się mandatu. Treść apelu była jednoznaczna, wyważona i – co szczególnie istotne – bliźniaczo podobna do stanowiska władz Koalicji Obywatelskiej.
Rada, działając w interesie mieszkańców, wskazywała wprost, że sytuacja, w której najwyższy przedstawiciel miasta został zatrzymany, usłyszał zarzuty i ma postawiony akt oskarżenia, jest niedopuszczalna. Podkreślano konieczność odbudowy zaufania społecznego, stabilności funkcjonowania miasta i uniknięcia nieodwracalnych strat wizerunkowych.
Głosowanie nad apelem do prezydenta Jacka Sutryka o zrzeczenie się mandatu miało charakter testu zero-jedynkowego. Nie było tu miejsca na niuanse, półtony ani proceduralne wykręty. Było pytanie o elementarną odwagę polityczną i o to, czy radni są gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje publiczne deklaracje.
Tyle warta jest ta Rada Miejska - przecież to tylko apel. wstydźcie się. Nie jesteście godni reprezentować mieszkańców Wrocławia. pic.twitter.com/RWKPAGbSjt
— ZTS-Polityka (@ZTS_Polityka) December 18, 2025
Wynik głosowania mówi wszystko:
- za apelem – 10 radnych,
- przeciw – 15 radnych,
- wstrzymujących się – 2 radnych,
- niegłosujących mimo obecności – 8 radnych.
To właśnie ta ostatnia grupa powinna szczególnie przykuwać uwagę mieszkańców Wrocławia. Ośmiu radnych było obecnych na sali, kworum zostało osiągnięte, system do głosowania działał – a jednak nie zdobyli się oni nawet na symboliczny gest poparcia bądź sprzeciwu. Milczenie zostało wybrane jako strategia polityczna.
Wśród radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy zagłosowali przeciw apelowi, znaleźli się m.in. Robert Leszczyński, Ewa Wolak, Sebastian Lorenc, Dorota Pędziwiatr, Agnieszka Rybczak, Martyna Stachowiak oraz Robert Suligowski. To nazwiska dobrze znane wrocławskiej opinii publicznej – od lat obecne w samorządzie, od lat deklarujące przywiązanie do standardów demokracji i transparentności.

Szczególnie rażąca jest postawa tych radnych KO, którzy byli obecni na sali, ale nie odważyli się zagłosować. Ich decyzja – lub raczej jej brak – jest politycznym komunikatem samym w sobie.
Gdzie była odwaga tych radnych? Gdzie była elementarna lojalność wobec wyborców, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską jako formację rzekomo stojącą na straży standardów państwa prawa? Jak wytłumaczyć fakt, że w sprawie tak fundamentalnej jak odpowiedzialność prezydenta miasta, radni wybrali taktykę chowania głowy w piasek?
Ta bierność nie jest neutralna. Nie jest „techniczna”. Jest świadomym wyborem politycznym, który realnie wzmacnia Jacka Sutryka i jego zaplecze.
Trzeba powiedzieć jednoznacznie: pełną odpowiedzialność za tę sytuację ponosi Koalicja Obywatelska. Niezależnie od walk frakcji i dawnych partii wchodzących w skład KO – to zaprzeczenie największej wartości, która stała za sukcesami KO – ideowości.
Mimo strzelistego aktu Zarządu Regionu KO - radni KO nie tylko nie poparli apelu – część z nich zagłosowała przeciw, część wstrzymała się od głosu, a część ograniczyła się do obecności bez zajęcia stanowiska. To kompromitacja w czystej postaci. Jeśli bowiem własna uchwała partyjna nie jest wystarczającym powodem do konsekwentnego działania, to rodzi się pytanie: po co w ogóle te uchwały są podejmowane?
Kneblowanie debaty jako standard
Co szczególnie znamienne, szef klubu Koalicji Obywatelskiej w Radzie Miejskiej Wrocławia, Robert Leszczyński, wykazał się nadzwyczajną gorliwością w jednym aspekcie – zgłosił wniosek o głosowanie projektu apelu bez jakiejkolwiek dyskusji.
Nie była to sytuacja przypadkowa ani jednorazowa. Radny Leszczyński znany jest z temperowania demokracji proceduralnej i ograniczania debaty publicznej. Wnioski o zamykanie dyskusji, odbieranie głosu czy skracanie wypowiedzi stały się w jego wykonaniu politycznym nawykiem.
Tym razem jednak skala cynizmu była wyjątkowa. W sprawie o fundamentalnym znaczeniu dla miasta – odpowiedzialności prezydenta obciążonego zarzutami – przewodniczący klubu rządzącej formacji uznał, że rozmowa jest zbędna. Jakby sama możliwość zadania pytania była zagrożeniem dla stabilności systemu.
Fasadowość samorządu
Czwartkowa sesja brutalnie obnażyła fasadowość debaty toczonej w ramach Rady Miejskiej Wrocławia. Pokazała, że uzależnienie radnych od władzy wykonawczej, sieć zależności personalnych i politycznych oraz wiernopoddańcza służba skompromitowanej ekipie są ważniejsze niż elementarna lojalność wobec wyborców.
Bezrefleksyjne żyrowanie patologii w wykonaniu Roberta Leszczyńskiego, Ewy Wolak czy Sebastiana Lorenca nie dziwi – radni ci od lat przyzwyczaili opinię publiczną do gestów, które obrażają inteligencję wyborców. Głosowania sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami, milczenie w kluczowych momentach, dyscyplina partyjna stawiana ponad interesem miasta – to wszystko stało się normą.
Coraz mniej zaskakujące milczenie dawnych krytyków

Nadal jednak dziwi – i to szczególnie – zachowanie Roberta Suligowskiego oraz Sławomira Czerwińskiego. To politycy, którzy zaledwie półtora roku temu stali na wrocławskim rynku z tabliczkami „nie popieramy Jacka Sutryka”. Publicznie dystansowali się od prezydenta, budowali swój wizerunek na krytyce stylu jego rządzenia i zapowiadali zmianę jakości w samorządzie.
Dzisiejsze głosowanie pokazało, jak niewiele warte były tamte deklaracje. Tak spektakularnego oszustwa wyborców Wrocław nie widział od 1989 roku. Oto politycy, którzy zdobyli mandaty na sprzeciwie wobec Sutryka, w kluczowym momencie stanęli po stronie status quo.
To nie jest już kwestia różnicy zdań czy ewolucji poglądów. To demonstracyjne porzucenie własnych obietnic i dowód na to, że samorządowy feudalizm potrafi skutecznie wchłaniać nawet swoich byłych krytyków.
Rada Niema jak w Rzeczpospolitej Szlacheckiej
Mamy więc Radę Niemą. Historia zna takie przypadki. Osiemnastowieczny Sejm Niemy był symbolem upadku państwa polskiego, sparaliżowanego przez patologie demokracji szlacheckiej, klientelizm i obce wpływy.
Czwartkowe posiedzenie Rady Miejskiej Wrocławia oczywiście nie przesądza o losach państwa, ale jest czytelnym zwiastunem kryzysu lokalnego systemu władzy. Systemu, w którym rada przestaje być organem kontrolnym, a staje się maszynką do głosowania. W którym debata jest zagrożeniem, a milczenie – cnotą.
Feudalizm samorządowy Sutryka
Model rządzenia zbudowany wokół Jacka Sutryka przypomina feudalny układ zależności. Prezydent, wsparty stabilną większością, obsadza stanowiska, rozdaje wpływy i zapewnia polityczny parasol lojalnym radnym. W zamian otrzymuje spokój – nawet wtedy, gdy miasto pogrąża się w kryzysie wizerunkowym.
Ten system nie służy mieszkańcom. Może im się przysłużyć tylko w jeden sposób – upadając. Dopóki bowiem Rada Miejska pozostaje niema, dopóty odpowiedzialność polityczna pozostaje pustym hasłem, a samorząd traci sens jako instytucja reprezentująca wspólnotę.
Co dalej z Wrocławiem?
Dzisiejsza sesja nie zamknęła żadnego etapu. Przeciwnie – otworzyła nowy rozdział rozczarowania i gniewu społecznego. Mieszkańcy Wrocławia zobaczyli jasno, kto w tej radzie jest gotów mówić w ich imieniu, a kto woli milczeć, by nie narazić się władzy.
Rada Niema przeszła do historii. Pytanie tylko, czy stanie się ona impulsem do przebudzenia obywatelskiego, czy kolejnym dowodem na to, że lokalna demokracja została przejęta przez wąską kastę interesów. Odpowiedź na to pytanie dopiero przed nami.
Wspólniczka Jacka Sutryka skazana
Sprawiedliwości wreszcie stało się zadość. Renata Granowska po długiej epopei wyrzucona z PO. Hydrze ucięto jedną głowę. Druga nadal czeka na sprawiedliwość.
Granowska: brutalna polityk obdarzona dotykiem Midasa. Ale nietypowym.
Pierwsza wiceprezydent Wrocławia w polityce znana była od lat z bardzo ostrych metod, umiejętności podporządkowywania sobie i pozyskiwania ludzi. To ona groźbą lub obietnicą dzieliła i rządziła we wrocławskiej Platformie Obywatelskiej. To od jej łaski zależało obsadzanie dyrektorskich i prezesowskich stołków, ale także dostęp wielu drobnych możliwości zarabiania dla swoich zwolenników i ich rodzin. Trudno odmówić jej skuteczności. Tymi metodami od ubiegłego roku trzęsie klubem radnych KO w Radzie Miejskiej Wrocławia.
Wykształciła u siebie niespotykany u innych we Wrocławiu polityczny dotyk Midasa. Pieniądze publiczne potrafiła przekształcić w prywatne i kierować w odpowiednie miejsca. Zupełnym przypadkiem wielomilionowe dotacje trafiały do klubu sportowego prowadzonego przez jej męża i finansującego jej polityczne zaplecze. Zupełnym przypadkiem ten to wiceprezydent Granowska oraz jej mąż trafiali do rad nadzorczych publicznych spółek. Szczytem zbiegów okoliczności było, gdy ten sam mąż zaczął ciągnąć kasę z domu dziecka. Dzieci najpierw los ograbił z prawa do zwykłej rodziny. Rolę opiekuna wzięło na siebie społeczeństwo, pokrywając koszty wychowania i utrzymania dzieci. To dlatego tak często organizowane są zrzutki na domy dziecka. Granowscy zadziałali odwrotnie. 4 tysiące miesięcznie z domu dziecka podległego koleżance wiceprezydent zasilały na podstawie dziwnej umowy domowy budżet państwa Granowskich. Nie widzieli w tym niczego niestosownego.
Granowska i Sutryk: trafił swój na swego
Granowska lubi się dobrze bawić, dobrze zjeść i wypić. Władza musi mieć przecież swoje luksusowe atrybuty. Dlatego nikt nie dziwił się, gdy zobaczył wielkie wydatki ze służbowej karty na jedzenie i picie. Nikt nie dziwił się kosztownym wyjazdom. Nikt też nie dziwił się, że umeblowanie jej gabinetu kosztowało tyle co niezły samochód.
Wszystko to sprawiło, że znalazła świetną nić porozumienia z innym lubiącym blichtr i dobrą zabawę samorządowcem: Jackiem Sutrykiem. Trafił swój na swego. I dopiero w tej współpracy Granowska rozwinęła swoje zdolności do rozmiarów wcześniej niespotykanych. Przekonana o potężnej pozycji i ciesząc się poparciem swojego coraz bardziej skompromitowanego pryncypała – rozpoczęła rozbudowywać swoje imperium. Obietnicą i groźbą podporządkowywała sobie innych polityków i pracowicie wiła sieć powiązań, które przekształcały pieniądze publiczne w prywatne.
To dzięki takim mechanizmom tworzą się mafie.
Granowska i śmieci: niebezpieczna gra
Renata Granowska nie waha się, gdy widzi możliwość uzyskania wielkich wpływów. Czy to dlatego próbowała wpływać na osoby decyzyjne, by opóźnić termin ogłoszenia przetargu na odbiór odpadów? Przypomnijmy, że mowa jest o przetargu wartym ponad MILIARD ZŁOTYCH. Odpowiednio duże opóźnienie przetargu może wpłynąć, że stanie się on mniej konkurencyjny. Podpisywane w międzyczasie umowy z dotychczasowymi wykonawcami oraz potencjalne ograniczenie konkurencyjności przetargu jest oczywiście na rękę oligopolowi firm śmieciowych, który wykształtował się we Wrocławiu.
Zapewne tylko przypadkiem to właśnie to te same firmy śmieciowe sponsorowały klub prowadzony przez męża Granowskiej i stanowiący zaplecze finansowe dla politycznego otoczenia wiceprezydent Wrocławia. Bo przecież tylko złośliwi mogą dostrzec w tym niezręczność, prawda?
Kto by się przejmował, że niekompetentne działanie spółki śmieciowej mogą doprowadzić do konieczności zapłacenia 100 mln zł kar. Czy ze względu na tę sytuację zimą ubiegłego roku papierami rzuciła ówczesna, przyzwoicie oceniana prezes miejskiej spółki Ekosystem? Tę informację najprawdopodobniej posiadają wyłącznie obie panie. Ale dużo tych przypadków, prawda?
Granowska wyrzucona z PO: czy to naprawdę oczyszczenie?
Szef PO w regionie powiedział do mediów, że jego partia posiada mechanizmy samooczyszczenia. Jednak czy rzeczywiście jest tak, jak mówią politycy?
Uczciwie trzeba przyznać, że usunięcie Granowskiej jest dobrą decyzją. Dającą pewne światełko nadziei. Być może stanie się pierwszym krokiem do przywrócenia elementarnych zasad w życiu publicznym. Jak będzie? Czas pokaże już niebawem.
Hydra, której we wtorek ucięto jedną głowę ma jeszcze drugą. Tą głową jest Jacek Sutryk, skompromitowany polityk bez honoru, z którym Platforma Obywatelska nadal jest w koalicji. W koalicji, którą zawierała Renata Granowska. Wszystko to żyrowali z mniejszą lub większą gorliwością radni PO i innych formacji w klubie. Część nie ograniczyła się do żyrowania – pełnymi garściami czerpała korzyści wynikające z wejścia w rządzącą miastem klikę.
Sprawiedliwość w polityce: tylko mieszkańcy mogą wyciągnąć odpowiedzialność
Granowska została skazana, Sutryk nadal rządzi miastem. Obydwoje są formalnie niewinni, jednak ich dokonania powinny przekreślić ich polityczną przyszłość. Są politykami skompromitowanymi i niegodnymi pełnienia funkcji, które przyszło im dziś zajmować.
Paragrafami i prawomocnymi wyrokami niech zajmie się prokurator i sędzia. Jednak już dziś wiadomo z politykami jakiego formatu mamy do czynienia. Już dziś światło dzienne wyszło wystarczająco wiele faktów, byśmy mogli orzec – czy Jacek Sutryk i Renata Granowska mają dalej rządzić Wrocławiem przez najbliższe 4 lata? Czy ta tragikomiczna para prezydencka jest jeszcze w stanie zrobić dla miasta coś dobrego? Czy interesy Wrocławia będą należycie zabezpieczone w czasie gdy rządzić nim będą politycy bez przyszłości?
To społeczeństwo Wrocławia staje się dziś ławą przysięgłych. I może wyciągnąć polityczną odpowiedzialność w najbardziej demokratyczny z demokratycznych sposobów: podpisując się za wnioskiem i biorąc udział w referendum w sprawie odwołania prezydenta oraz Rady Miejskiej Wrocławia.
Nie bądźmy obojętni. Zło zwycięża, gdy dobrzy ludzie milczą. Czas na liczne podpisy pod wnioskiem o odwołanie prezydenta Sutryka. Odetnijmy hydrze drugą głowę i dajmy wrocławianom drugą szansę, by wybrali swoje władze. Za pierwszym razem ewidentnie zostali bowiem wprowadzeni w błąd.

Wrocławiem rządzi partia dyrektorów, choć nikt na nią nie głosował
Wrocławiem rządzi partia dyrektorów, choć nikt na nią nie głosował
We Wrocławiu miała być nowa jakość – miasto obywatelskie, otwarte, racjonalne w wydatkach. W kampanii obiecywano transparentny budżet i rozwagę przy zarządzaniu wspólnymi pieniędzmi. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Zamiast miasta mieszkańców powstało miasto dyrektorów. A precyzyjniej – partia dyrektorów, która rozrasta się szybciej niż jakakolwiek formacja polityczna i kosztuje więcej niż niejedna inwestycja infrastrukturalna.
Ta nowa partia nie startowała w wyborach, nie musiała się tłumaczyć z programów i obietnic. Po prostu zaczęła rosnąć w cieniu urzędniczych struktur. Jej symbolem nie są plakaty, hasła czy konwencje, lecz nowe biura, gabinety, sekretariaty i – przede wszystkim – coraz wyższe przelewy na dyrektorskie konta.
Nasz prezydent jest z zawodu dyrektorem
- Dziś pozostaje mi ich [wrocławian – przyp. red.] przeprosić za moją naiwność i wiarę w to, że wyzwaniu bycia prezydentem takiego miasta jak Wrocław może podołać człowiek z doświadczeniem dyrektora w urzędzie miasta – mówił o Jacku Sutryku Tadeusz Grabarek w wywiadzie dla Gazety Wyborczej.
Dzisiejszy stronnik prezydenta Wrocławia trafił w sedno. Prezydentem jest człowiek, który mentalnie pozostał rzecznikiem najwyższej urzędowej kasty: partii dyrektorów. I gdziekolwiek by się nie znalazł – na kolegium prezydenta, na posiedzeniu rady miejskiej, w swoich komentarzach na Facebooku czy w działaniach jako prezesa Związku Miast Polskich – pozostaje mentalnie urzędnikiem średniego szczebla.
Kilka liczb wystarczy, by zrozumieć skalę zjawiska. Jeszcze kilka lat temu Wrocław miał 103 dyrektorów w urzędzie. We wrześniu ubiegłego roku – 125. Pensje? Średnio 18 tysięcy złotych miesięcznie. To oznacza, że utrzymanie tylko tego szczebla zarządzania kosztuje wrocławian ponad 32 miliony złotych do końca 2029 roku.
Wzrost dotyczy nie tylko liczby stanowisk, ale i wynagrodzeń. Jeszcze w 2018 roku średnia pensja dyrektora departamentu wynosiła około 14,5 tysiąca złotych. We wrześniu ubiegłego roku wynosiła blisko 18,1 tysiąca. Podwyżka o kilka tysięcy miesięcznie przy łącznej liczbie etatów daje milionowe koszty w skali roku. Przeczytaj więcej o wynagrodzeniach w urzędzie.
A przecież to dopiero czubek góry lodowej. Bo każdy nowy departament to nie tylko dyrektor, ale także zastępca, sekretariat, kierownicy wydziałów, a wraz z nimi nowe komputery, meble, oprogramowanie, a często także dodatkowe powierzchnie biurowe.
Partia dyrektorów: to nie są tanie rzeczy
Dokumenty ujawniają szczegółowe kwoty. Najem pomieszczeń przy pl. Solnym 20 – prawie 400 tys. zł rocznie. Do tego media i sprzątanie – kolejne 90 tys. zł. Zakup nowych mebli? 97,5 tys. zł. A komputery i oprogramowanie? Od pół miliona w 2024 r. do ponad 1,5 miliona zł rocznie w kolejnych latach.
Takie liczby wyglądają jak budżet nowego programu stypendialnego dla najzdolniejszych uczniów. Tymczasem w rzeczywistości to koszty administracji. Administracji, która miała być racjonalizowana, a nie rozbudowywana.
Co ciekawe, w przypadku Departamentu Obsługi i Administracji oraz Departamentu Finansów Publicznych dyrektorów… w ogóle nie ma. Sekretarz i skarbnik miasta kierują tymi jednostkami sami. I nie tylko radzą sobie dobrze, ale też wprowadzają innowacje – np. wykorzystanie sztucznej inteligencji przy decyzjach administracyjnych. Dowód, że dyrektor to nie zawsze konieczność, a często po prostu dodatkowy koszt. Koszt, który ponosimy na skutek politycznego zaangażowania urzędników na szczeblu dyrektora departamentu.
Dobre wynagrodzenie jest dla partii dyrektorów. Dla Pana, panie Areczku, cztery koła na rękę.
Najbardziej uderzające są dysproporcje. Podczas gdy dyrektor departamentu zarabiał rok temu średnio 18 tys. zł, specjalista – ok. 6 tys., a referent – nieco ponad 5 tys. zł. To niecałe 4 000 zł „na rękę”.
Efekt? Wrocław boryka się z brakami kadrowymi tam, gdzie potrzebni są ludzie pierwszej linii – straż miejska nie jest w stanie obsadzić wakatów, w jednostkach socjalnych brakuje pracowników, a doświadczonych specjalistów trudno zatrzymać w urzędzie. Oni nie mają partii, która ich chroni. Mają za to codzienny kontakt z mieszkańcami i niskie pensje, które nie zachęcają do pozostania.
Dla kogo rządzi partia dyrektorów?
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wymiar obyczajowo-polityczny. Lokale na biura zostały wynajęte od przedsiębiorcy blisko związanego z prezydentem miasta. Wrocław obiegły informacje o wspólnych prywatnych uroczystościach, w których uczestniczyli zarówno biznesmeni, jak i ludzie z ratusza.
Wspomniany przedsiębiorca jest seryjnym szczęściarzem – uzyskuje zgody na rozbiórkę zabytków, kupuje od miasta działkę w ścisłym historycznym centrum bez obowiązku rozpoczęcia inwestycji, a plany miejscowe są sporządzane w taki sposób, by nie tylko nie krępowały jego działań, na niektórych po prostu zarabia krocie.
Nie trzeba być przesadnym cynikiem, żeby zadać pytanie: czy naprawdę chodzi tu o interes mieszkańców Wrocławia? Komu służy partia dyrektorów? I co ją do tej służby przekonało?
Kolejna interpelacja: gra o spółki miejskie
Jednak partia dyrektorów nie działa sama, korzysta ze wsparcia silnego sojusznika: partii prezesów. We wrześniu 2025 roku skierowano do prezydenta Sutryka kolejną interpelację – tym razem jeszcze szerszą. Radnego nie interesują już tylko departamenty, ale także o spółki z udziałem gminy Wrocław. Pytania dotyczą m.in. wynagrodzeń członków zarządów i rad nadzorczych, liczby etatów, nagród i dodatków, a także kosztów prokurentów.
To ważny sygnał: problem nie kończy się na urzędzie. Rozbudowana administracja miejska przenika do spółek komunalnych, które z definicji powinny służyć mieszkańcom – dostarczać wodę, komunikację, mieszkania. Zamiast tego często stają się miejscem dla kolejnych stołków.
Smaczku nadaje fakt, że funkcje prezesów i wiceprezesów miejskich spółek w procedurze, która obraża inteligencję mieszkańców, powierza się politycznym sojusznikom i stronnikom prezydenta. Prym wiodą tu radni sejmiku województwa. Oni również mają szczęście, zapewne nie związane z faktem, że Urząd Marszałkowski z kolei zatrudnia licznych radnych Rady Miejskiej Wrocławia (1. 2. 3. 4. 5.) . Przecież te sprawy z pewnością nie mają ze sobą nic wspólnego, prawda?
Dlaczego to ważne?
Można wzruszyć ramionami: „tak było zawsze, polityka ma swoje koszty”. Ale skala obecnych wydatków sprawia, że nie jest to już tylko kwestia politycznego smaku. To kwestia finansów miasta, które stają się coraz bardziej napięte.
W samym 2024 roku na wynagrodzenia poszło 330 milionów złotych. W sytuacji, gdy miasto potrzebuje inwestycji w transport, edukację czy politykę mieszkaniową, pytanie o priorytety staje się palące.
Piramida władzy zamiast miasta obywateli
Model, który wykształcił się we wrocławskim magistracie, przypomina piramidę: prezydent, wiceprezydenci, a poniżej warstwa dyrektorów departamentów, dyrektorów biur, dyrektorów wydziałów i ich zastępców. Każdy szczebel kosztuje. Każdy generuje nowe potrzeby. Nikt nawet nie analizuje czy oszczędności wynikające ze spłaszczenia struktury nie sprawią, że zwykli pracownicy będą mogli być bardziej docenieni oraz lepiej wynagrodzeni.
Efekt? Wrocław jest coraz bardziej zarządzany przez samą administrację. To ona staje się głównym beneficjentem budżetu, a jej utrzymanie – celem samym w sobie. A przecież powinna być tylko narzędziem do osiągania celu. To patologia i wynaturzenie, które możliwe jest tylko ze względu na fakt, że pieczę nad całą tą rzeszą znakomicie wynagradzanych urzędowych arystokratów sprawuje ich niedawny korporacyjny kolega. Dyrektor Jacek Sutryk szkodzi prezydentowi Jackowi Sutrykowi a wtóruje mu jego pierwsza zastępczyni, która na znakomicie płatnych dyrektorskich stanowiskach w rozmaitych urzędach spędziła większość zawodowego życia.
Partia dyrektorów jako styl władzy
„Partia dyrektorów” to nie tylko liczby. To także styl. Styl polegający na tym, że zamiast ograniczać wydatki, mnoży się stanowiska. Zamiast stawiać na fachowców w terenie, stawia się na kolejne szczeble zarządzania. Zamiast przejrzystości – mnoży się gabinety i sekretariaty.
Ten styl jest kosztowny. Jest też politycznie ryzykowny – bo mieszkańcy coraz bardziej widzą, że coś w tej układance się nie zgadza. Czara goryczy przelewa się raz po raz, na przykład gdy dyrektor Bujak w trakcie sesji Rady Miejskiej mówił o mieszkańcach, którzy przyszli zabrać głos „pajace”.
Zakończenie: kto zapłaci rachunek?
Partia dyrektorów nie potrzebuje wyborów, kampanii ani programów. Jej programem są kolejne etaty, jej kampanią – nowe gabinety, a jej wyborcami – sami zainteresowani. Problem w tym, że rachunek za to płacą wrocławianie.
Każdy nowy departament to mniej środków na transport, mniej na mieszkania komunalne, mniej na wsparcie socjalne. Każda kolejna podwyżka dla dyrektora to gorsze warunki pracy dla specjalistów, którzy przecież są solą urzędu i stanowią o jego jakości.
Wrocław miał być miastem obywateli. Dziś coraz bardziej wygląda na miasto dyrektorów. A pytanie, które pozostaje, brzmi: jak długo mieszkańcy będą gotowi finansować tę wynaturzoną, lokalną partię? I kiedy powiedzą: dość.
Uważasz, że tekst jest wartościowy? Wspieraj nas na zrzutka.pl
Wrocławianie, pobudka! Nie urządzajmy się w d****!
Wrocławianie, pobudka! Nie urządzajmy się w d****!
Jest jak powiedział Stefan Kisielewski: "to, że jesteśmy w d**** to jasne. Problemem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać". Wrocław jest od dłuższego czasu w ciężkim kryzysie. Rozwój miasta jest blokowany, a w niektórych obszarach notujemy regres. Stan miasta pod rządami Jacka Sutryka nie odpowiada aspiracjom mieszkańców. Wielu liczyło na to, że sprawę załatwi za nas prokurator albo centralne władze PO. Przeliczyli się.
Samo z siebie nie zmienia się nic i w efekcie znaczna część mieszkańców popada w apatię. Zamiast myśleć o lepszym prezydencie mówią: - Sutryk to przynajmniej już się nakradł, przyjdzie następny i będzie musiał najpierw ukraść swoje. Tłumaczymy sobie rzeczy niewytłumaczalne. Bo trudno jest zaakceptować, że nikt za nas nie zrobi we Wrocławiu porządku. Tę postawę wspiera władza i wspierające ją media, które lubią apatię i atomizację społeczeństwa.
Wrocławskie elity władzy wyczuły tę apatię i wzięły ją za przyzwolenie, by w kolonialny sposób eksploatować i drenować zasoby miasta na zasadzie „TKM”. Skorumpowany układ, którego uosobieniem jest Jacek Sutryk, ma również drugą twarz. To twarz Platformy Obywatelskiej, która cały czas uczestniczy w tym procesie. Powinniśmy być „wdzięczni” partii Donalda Tuska za prezydenta, który stał się symbolem korupcji i zepsucia władzy i całej klasy polityków samorządowych.
Jako mieszkańcy oswoiliśmy się z tą sytuacją i zajęliśmy innymi sprawami. Ten stan wzmagała trwająca konfrontacja polityczna w walce o funkcję Prezydenta RP i gorszące sceny związane z próbami stwierdzenia nieważności wyborów. Ta konfrontacja odsunęła sprawy Wrocławia na dalszy plan, jednak – szczęśliwie zarówno dla stolicy Dolnego Śląska jak i dla całej Polski – ten rozdział mamy już za sobą. Czas, by znów porozmawiać poważnie o Wrocławiu.
Gdy władza chroniła swoich obywatele zakrzyknęli: SOS Wrocław
We Wrocławiu miała już miejsce próba zebrania podpisów pod inicjatywą referendalną w sprawie odwołania Jacka Sutryka. Inicjatorem było SOS Wrocław, które powstało jako obywatelski zryw i niezgoda na to, jak bardzo partie polityczne nic nie chciały zrobić w sprawie odsunięcia od kluczowych spraw skompromitowanego prezydenta razem z szemraną ekipą, która go otacza. Inicjatywa zebrała olbrzymie poparcie, bo podpisy pod inicjatywą złożyło 33 000 mieszkańców. To olbrzymia rzesza ludzi. W tamtej konfrontacji okazała się to jednak niewystarczające. Przegraliśmy bitwę, jednak nie przegraliśmy wojny.
SOS Wrocław jest już inną organizacją niż jeszcze kilka miesięcy temu. Rozbudowaliśmy struktury, poprawiliśmy procedury, przeprowadziliśmy wewnętrzną debatę i nie uciekaliśmy od nazwania przyczyn niepowodzenia próby odwołania Jacka Sutryka na początku tego roku. Wiemy dobrze, co na to wpłynęło – chodzi tu zarówno o czynniki zewnętrzne jak i to, co nie zadziałało w naszej organizacji.
SOS Wrocław cały czas działa. Silniejszy niż kiedykolwiek. Nie jest już ruchem doraźnym, odpowiadającym na potrzebę zagospodarowania społecznej emocji. Konsekwentnie walczymy o sprawy mieszkańców i osiągamy nasze cele.
Jako jedyni pokazaliśmy, że potrafimy sprzeciwić się chciwości patodeweloperów. Zabiegamy o powrót do rewitalizacji i poprawy jakości życia mieszkańców zdegradowanych osiedli. Organizujemy debatę publiczną w postaci spotkań, debat czy planowanego na 13 września Niezależnego Kongresu Osiedlowego. Zorganizowaliśmy ponad 50 różnego rodzaju spotkań na większości wrocławskich osiedli. Pracowaliśmy z mieszkańcami, prowadziliśmy realny dialog, szerzyliśmy wiedzę o patologiach trawiących Wrocław. Liczni mieszkańcy pytali nas wówczas: kiedy kolejna próba odwołania Jacka Sutryka.
Złośliwi nadal będą mówić, że SOS to pospolite ruszenie. Ale tylko ślepota lub zła wola może tak postrzegać autentyczne zaangażowanie społeczne ludzi, którym siłę i energię daje miłość do miasta i jego mieszkańców a nie dążenie do realizacji własnych, partykularnych interesów. To wielka wartość, której nie da się przecenić.
Gdy obywatele śpią budzą się partyjne demony
Społeczna apatia jest dla polityków jak okazja, która czyni złodzieja. Afery tej władzy są widoczne jak na dłoni. Neo-para prezydencka Jacek Sutryk – Renata Granowska daje liczne powody, by budzić oburzenie i niesmak mieszkańców. Warto zwrócić uwagę, że pierwsza zastępczyni Sutryka jest jednocześnie przewodniczącą wrocławskiej Platformy Obywatelskiej i żelazną ręką trzyma struktury partii za twarz. Nie przeszkadzają afery, nie przeszkadzają wyroki sądów koleżeńskich.
Granowska trzyma mocno za twarz również klub KO w Radzie Miejskiej Wrocławia. W mniej lub bardziej bezwzględny sposób przekonała do siebie platformersów, radnych Nowoczesnej i miejskich aktywistów, z których zrobiła maszynkę do głosowania w swoim własnym interesie. Granowska, działając wspólnie i w porozumieniu z Jackiem Sutrykiem zabezpiecza mu tyły, zaciera tropy i zapewnia mu spokojne dotrwanie do końca kadencji. Tym samym stała się ważnym filarem kliki Sutryka.
Radni Koalicji Obywatelskiej, nawet ci wybrani na pierwszą kadencję, stali się częścią układu Sutryka i Granowskiej. Działają z nimi wspólnie i w porozumieniu zapewniając większość w Radzie Miejskiej. Obywatelskości można dziś szukać tylko w nazwie ich klubu, który każdego dnia staje się coraz bardziej Koalicją Poparcia Pary Prezydenckiej.
Neo-para prezydencka i jej liczne afery kompromitują Wrocław
A Para ma wiele grzechów na koncie. Nie tylko nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu na koszt podatnika – opłacone miejską kartą kredytową, w kraju i za granicą. Nie tylko kryminalne zarzuty za łapówkarstwo i oszustwa. To nie tylko śmianie się w oczy wyborcom przy łamaniu albo ośmieszaniu obietnic wyborczych tygodnie ledwie po uzyskaniu od mieszkańców głosów.
To również liczne konflikty interesów, wypłacanie kasy swojej rodzinie i bliskim politykom, udawane konkursy na prezesów spółek, krzyżowe zatrudnianie radnych miejskich w instytucjach wojewódzkich i wojewódzkich – w miejskich. To wysyłanie bliskich i rodziny na intratne posadki i stanowiska w zaprzyjaźnionych samorządach i spółkach. To przymykanie oka nie tylko na prowadzenie lewego komisu w urzędzie, ale także na realizowanie swoich interesów kosztem miasta całej rzeszy dyrektorów, prezesów i rzeczników.
To również oddanie władzy nad miastem i służalcza postawa względem deweloperów. Obecnie toczy się gra o olbrzymie pieniądze liczone w miliardach, nie w tysiącach. Te pieniądze powinny trafić do budżetu miasta, nie do kieszeni deweloperów. To kompromitujący spadek Śląska Wrocław do niższej ligi, ręczne sterowanie klubem i bardzo niejasne relacje oraz finansowanie świata sportu. To także powoli pełzająca afera śmieciowa, której pierwsze objawy zaczynamy już obserwować.
Ostatecznie to po prostu nieskończone zmarnowane szanse, na rozwój Wrocławia. Każdy dzień trwania tego układu to niepowetowane straty. Te szanse już do nas nie wrócą, bo Wrocław nierządem stoi.
Zabrzanie odwołali swoją prezydent za dużo mniejsze przewiny. Patologie zabrzańskiej władzy to mały pikuś w porównaniu z aferami wrocławskiej neo-pary prezydenckiej.
Nie urządzajmy się w ciemnym miejscu. Czas działać!
Apeluję do wszystkich środowisk politycznych we Wrocławiu, którym przyświecają jeszcze jakieś zasady. Ja wiem, że trwanie jest dla wielu wygodne. Że lepiej jest patrzeć z dystansu i oczyma widza oglądać tok zdarzeń. Że w razie czego to inni poniosą konsekwencje.
Ale właśnie dziś jest czas, by opowiedzieć się jednoznacznie i wziąć odpowiedzialność za miasto. Odpowiedzialnością wrocławskich środowisk politycznych i społecznych jest zrobienie porządku w naszym ukochanym mieście.
Bo nikt tego nie zrobi za nas. A z całą pewnością nie prokuratura.
Już nam Zabrze przykład dało jak zwyciężać mamy.
Autor tekstu: Piotr Uhle














