Wieczna podwyżka. Jak szukający oszczędności Wrocław drenuje kieszenie mieszkańców

Parkowanie: wieczna podwyżka. Jak Wrocław ratuje budżet kosztem mieszkańców

Damian Daszkowski

Radni, stosunkiem głosów 23 „za” do 2 „przeciw”, uzależnili stawki za parkowanie od płacy minimalnej. Od 2027 roku opłaty będą rosły automatycznie wraz z każdą podwyżką najniższego wynagrodzenia. Nie jest to żadne rozwiązanie kryzysu mobilności w mieście – to zwykły drenaż portfeli tych, których najmniej stać na ponoszenie kolejnych obciążeń finansowych.

Za godzinę postoju trzeba będzie zapłacić 4,80 zł, podczas gdy wczoraj kosztowało to 3 zł. W najpowszechniejszej strefie oznacza to wzrost aż o 60 procent z dnia na dzień, a trzecia godzina parkowania podrożała o ponad 100 procent. Wrocław obudził się w rzeczywistości, w której opłaty za parkowanie są ściśle powiązane z wysokością minimalnej pensji i wzrosną zawsze, gdy rząd ogłosi jej waloryzację. Rada Miejska stworzyła mechanizm „wiecznej podwyżki”, a wrocławski Ratusz otrzymał wymówkę idealną. Nie trzeba już debatować, uzasadniać ani proponować alternatyw. Wystarczy czekać na decyzje rządu o wzroście płacy minimalnej.

Drożej niż w Warszawie

Jeszcze rok temu Wrocław mógł pochwalić się najtańszym parkowaniem wśród dużych polskich miast. Wkrótce stanie się jednym z najdroższych. Za pierwszą godzinę postoju w śródmieściu wrocławscy kierowcy zapłacą 9,10 zł – dla porównania, w Warszawie to zaledwie 4,50 zł. Miasto wybiera dziwną strategię konkurencji: chce być droższe od stolicy, droższe od Krakowa i Poznania. Fakt, że opłata we Wrocławiu będzie dwukrotnie wyższa niż w Warszawie, dobitnie pokazuje, że miasto chce głęboko sięgnąć do kieszeni kierowców. Czy jednak robi to w celu poprawy jakości życia albo ze względu na brak dostępnych miejsc parkingowych w strefie płatnego parkowania?

Prawdziwy powód podwyżek

Ratusz zasłania się analizą zleconą zewnętrznej firmie. Główny argument urzędników brzmi: od 2020 roku płaca minimalna rosła, a koszty parkowania stały w miejscu. W efekcie opłata stała się „relatywnie niska”, przez co kierowcy chętniej zostawiają samochody w Strefie Płatnego Parkowania. Skutkiem mają być zatłoczone ulice, brak rotacji i zajętość miejsc na poziomie 100 procent.

To uzasadnienie brzmi niezwykle naukowo, ale maskuje fundamentalny błąd w myśleniu. Nie chodzi przecież o to, by wrocławskie parkingi były najdroższe w kraju. Trudno również zgodzić się z tezą, że zajętość miejsc realnie wynosi 100% i brakuje rotacji. Tym bardziej brakuje prognoz dotyczących wpływu zmiany najniższej krajowej na dostępność tych miejsc. A powinno chodzić przecież o racjonalną politykę transportową, którą władze miasta od lat zaniedbują.

Jeden z radnych trafnie zdiagnozował prawdziwy problem: – Wy po prostu nie możecie się powstrzymać. Zamiast rozwiązywać problemy mieszkańców, łatwiej jest sięgnąć do ich kieszeni – podsumował Łukasz Kasztelowicz (klub PiS). Kto ostatecznie zweryfikuje, czy te drastyczne podwyżki faktycznie przyniosą poprawę sytuacji? Nikt. Radni zagłosowali w ciemno.

Gdzie jest alternatywa i kto za to zapłaci?

Warto przyjrzeć się fundamentom tej decyzji. Czy przed wprowadzeniem podwyżek radni porozmawiali z mieszkańcami? Czy przeprowadzono rzetelne konsultacje społeczne? Czy ktoś w ogóle zastanowił się, kto zapłaci za to najwyższą cenę? Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: nie.

Wrocław przez lata nie potrafił stworzyć sprawnego systemu komunikacji publicznej. Autobusy i tramwaje wciąż nie gwarantują punktualności, niezawodności i odpowiedniej dostępności. Wiele osób nie jeździ samochodem z czystej wygody. Muszą dojechać do pracy, odwieźć dzieci do szkoły, czy zaopiekować się starszymi rodzicami. Nie każdy ma też zdrowie, by przemieszczać się po mieście rowerem lub zatłoczonym transportem zbiorowym. Dla takich osób auto nie jest luksusem, lecz narzędziem codziennego przetrwania. Radni drastycznie podnieśli im koszty życia, nie oferując w zamian systemu, który zachęciłby ich do wyboru alternatywnego środka transportu. To nie jest polityka transportowa – to kolejny podatek.

Zamożni kierowcy nawet nie odczują tej zmiany. Prawdziwy problem uderzy w osoby o niskich dochodach, rodziny z dziećmi i drobnych przedsiębiorców. Kilka złotych więcej za każdą godzinę składa się na setki a czasem i tysiące złotych rocznie – to bardzo wymierny koszt dla domowego budżetu, w którym liczy się każdy grosz. Rada Miejska tłumaczy te kroki „racjonalną polityką transportową”. Tylko dla kogo ona jest racjonalna? Z pewnością nie dla mieszkańca zarabiającego pensję minimalną.

Uzasadnienie oderwane od rzeczywistości

Dyrektor ZDiUM przekonywał podczas sesji: – Obserwujemy tendencję do pozostawiania samochodów na długie godziny. Patrząc na inne miasta, widzimy, że stawki we Wrocławiu są znacząco niższe – tłumaczył Tomasz Staruchowicz. Brak w tym jednak głębszej logiki. Dziś radni wybierają drogę konformizmu: „skoro w innych miastach jest drogo, u nas też musi być”. To żadna strategia, to po prostu ślepy wyścig do złotówek, które jeszcze zostały w kieszeni mieszkańców.

Radny klubu Naprawmy Przyszłość, Piotr Uhle, ostro ocenił uzasadnienie stawek od wskaźnika wynagrodzeń rzamiast każdorazowego odrębnego głosowania: – Wydaje mi się, że wykonujemy tu gest Poncjusza Piłata. Z szacunku dla mieszkańców, każda podwyżka powinna być poprzedzona merytoryczną debatą i solidnym uzasadnieniem. Te słowa idealnie podsumowują sytuację. Radni uznali, że najwygodniej będzie poszukać dodatkowych dochodów bezpośrednio w kieszeniach obywateli, bo to znacznie łatwiejsze niż żmudna praca nad faktyczną poprawą systemu transportowego. Wynik głosowania – 23 głosy za, 2 przeciw, 4 wstrzymujące się – dowodzi, że opór i powiedzenie „nie” było możliwe. Niestety, większość wybrała pójście na łatwiznę.

Co nas czeka w 2027 roku?

Wdrożenie nowych stawek zaplanowano na 1 lutego 2027 roku. Do tego czasu na wrocławskich ulicach nie zmieni się absolutnie nic. Komunikacja miejska będzie funkcjonować tak samo, drogi pozostaną bez zmian, a infrastruktura nie ulegnie poprawie. Zmienią się tylko kwoty na parkometrach. Mieszkańcy będą płacić znacznie więcej za dokładnie to samo, co mają dziś. To nie jest rozwój miasta – to brutalne sprowadzenie mieszkańców do roli bankomatu dla władz, które obawiają się podejmowania trudnych i wymagających decyzji.

Wrocławianie zasługują na więcej. Zasługują na realną politykę transportową, na rzetelną debatę i na sensowne alternatywy komunikacyjne. Zamiast tego otrzymują w prezencie „wieczną podwyżkę” – automatyczny mechanizm, który sięgnie do ich portfeli za każdym razem, gdy rząd w Warszawie uzna, że Polacy powinni zarabiać więcej. W tak skonstruowanym systemie zawsze wygrywają ci, którzy dyktują ceny, a przegrywają ci, których po prostu na to nie stać.

 


Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Polityczna przepaść pokolenia Z. Kiedy on i ona żyją na różnych planetach

Dwie trzecie Polaków poniżej trzydziestki nie żyje w relacji, z której mogłyby urodzić się dzieci. W poprzednich tekstach cyklu pisaliśmy o tym, jak państwo zawiodło w kwestii mieszkań, rynku pracy i edukacji, oraz jak zmieniły się kulturowe normy dotyczące rodzicielstwa. Teraz czas na wątek, o którym publicystyka demograficzna mówi jakby mniej chętnie: rosnąca polityczna przepaść między młodymi kobietami a młodymi mężczyznami. Przepaść, która sprawia, że coraz trudniej uformować parę – a bez pary nie ma dzieci. Współczynnik dzietności w Polsce wynosi 1,068. Czas zobaczyć, co za tym stoi.

Przepaść, której nie widać w GUS-ie

Sondaż YouGov na zlecenie Fundacji TUI, przeprowadzony w 2025 roku na 6,7 tys. osób z siedmiu krajów europejskich, przynosi niepokojący obraz: tylko 38% młodych Polaków uważa, że demokracja w Polsce funkcjonuje dobrze. Ale za tym odczytem zbiorczym kryje się zjawisko, które sondaże rzadko pokazują z podziałem na płeć: młode Polki i młodzi Polacy nie tylko inaczej oceniają bieżącą sytuację – coraz częściej żyją w odrębnych politycznych światach.

Analiza danych z badania European Election Studies 2024, obejmującego 27 krajów i niemal 25 tys. wyborców, opublikowana w Journal of European Public Policy w marcu 2025 roku, pokazuje, że historyczne sukcesy partii skrajnie prawicowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wśród młodych wyborców były przede wszystkim zjawiskiem męskim – wśród młodych kobiet tego przesunięcia nie zaobserwowano. Gallup odnotował w 2024 roku gwałtowny wzrost liczby młodych Amerykanek, które określają swoje poglądy jako liberalne – szczególnie wyraźny w zestawieniu z rówieśnikami płci męskiej. Według danych Financial Times, przytaczanych przez PBS NewsHour, kobiety w wieku 18–30 lat w Stanach Zjednoczonych są o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym wieku. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z w kwestiach politycznych i kulturowych jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych.

W Polsce wzorzec jest podobny: według badania „Stan młodych 2025" (Fundacja Ważne Sprawy/More in Common) 45% młodych nie czuje się reprezentowanych przez żadną partię – przy czym 47% mężczyzn i 43% kobiet. Jednocześnie dane wyborcze są czytelne: Konfederacja i PiS ciągną wśród młodych mężczyzn, Lewica i KO – wśród młodych kobiet.

Kobiety: nierówność, która wróciła z Trybunału

Po stronie kobiet geneza polskiego rozdźwięku jest stosunkowo czytelna. Strajk Kobiet z 2020 roku, wywołany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającym przepisy aborcyjne, był pierwszym doświadczeniem politycznym pokoleniowym dla setek tysięcy młodych Polek. Podobny efekt miał globalny ruch #MeToo, który w Polsce – choć słabszy niż na Zachodzie – przeniknął do świadomości pokolenia studiującego. Badania SocLab z 2025 roku potwierdzają, że młode Polki są dziś wyraźnie bardziej krytyczne wobec tradycyjnych modeli rodziny i instytucji państwowych niż ich rówieśnicy.

Te doświadczenia nie wzięły się znikąd: luka płacowa, niedoreprezentowanie kobiet w organach władzy, nierówny podział pracy opiekuńczej, przemoc domowa, bariery awansu zawodowego. To są realne zjawiska, które każdego roku opisuje i mierzy GUS, OECD i Eurostat. Kobiety znalazły w feminizmie język, który tłumaczy ich trudności jako problemy strukturalne – nie indywidualne porażki.

Mężczyźni: poczucie marginalizacji, które nie jest prostacką bzdurą

Tu wchodzimy na teren, który polskie media publiczne i liberalne środowiska akademickie mają tendencję do kwitowania jednym słowem: „manosfera". I kończą analizę. To błąd – i to podwójny. Po pierwsze, bo odpycha od rozmowy mężczyzn, którzy mają do niej prawo. Po drugie, bo wypycha ich na margines, w którym zamiast otwarcie rozmawiać o wyzwaniach świata - zostawia ich w ramionach niektórych twórców contentu, którzy pęczniejące pretensje ochoczo monetyzują.

Tymczasem za wejściem młodych mężczyzn w świat antyfeminizmu stoi nie głupota, lecz konkretne doświadczenie poczucia marginalizacji w dystrybucji prestiżu. Narracja o konieczności naprawiania historycznych krzywd wyrządzonych kobietom przez mężczyzn, spada na pokolenie, które nie wyrządziło tych krzywd. Przeciwnie -  samo boryka się z prekaryzacją pracy, trudnościami mieszkaniowymi i kryzysem sensu. To nie trafia w próżnię. Trafia na ziemię, na której wyrastają poglądy, które nas od siebie nawzajem oddalają zamiast zbliżać.

Raport Klubu Jagiellońskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce" dokumentuje zjawiska, które rzadko goszczą w głównonurtowej debacie: mężczyźni żyją krócej, częściej giną w wypadkach przy pracy, częściej popełniają samobójstwa, rzadziej kończą studia wyższe, gorzej wypadają w systemie edukacji. A mimo to w sferze publicznej dominuje przekaz, że to kobiety są grupą defaworyzowaną – i tylko o nich należy mówić.

Do tego dochodzą konkretne, instytucjonalne asymetrie. Wiek emerytalny: kobiety przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, mężczyźni w 65. Alieanacja rodzicielska: ojcowie, którzy tracą kontakt z dziećmi po rozwodzie, przegrywają tę walkę w sądach rodzinnych nieproporcjonalnie często. Mecenas Paweł Suski z Fundacji Tato.Net szacuje, że ponad 70% spraw o ograniczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich kończy się decyzją niekorzystną dla ojca. Nie chcemy w tym miejscu rozstrzygać o powodach. Zauważamy zjawisko.

I wreszcie kwestia, którą za naszą wschodnią granicą widać szczególnie ostro: asymetria obowiązku obrony kraju. W razie konfliktu zbrojnego mężczyźni będą musieli nadstawiać karku za cały kraj – kobiety będą mogły, jeśli zechcą. To nie jest abstraktyjna filozofia równości. To życie lub śmierć. I to pokolenie widzi, że nikt mu za to nie dziękuje – a gdy próbuje o tym mówić, słyszy, że jest uprzywilejowane.

Dochodzi do tego zjawisko selektywnej równości. Parytety i kwoty są egzekwowane z żelazną konsekwencją tam, gdzie prestiż jest wysoki: zarządy spółek, rady nadzorcze, listy wyborcze, składy paneli eksperckich, fotele rektorskie. Nikt jednak nie wymaga parytetu płci wśród górników, hutników, monterów sieci energetycznych, hydraulików, śmieciarzy, budowlańców ani strażaków. Kiedy praca jest niebezpieczna, brudna lub fizycznie wyczerpująca – równość przestaje być pilna. Kiedy praca daje władzę lub prestiż – nagle staje się pierwszoplanowym zagadnieniem moralnym. Ten dualizm jest dostrzegany przez młodych mężczyzn nie jako abstrakcyjny argument filozoficzny, lecz jako codzienne doświadczenie.

Na koniec – podwójne wiązanie kulturowe. Młody mężczyzna powinien być „prawdziwym mężczyzną", ale jednocześnie powinien „pohamować swoje ambicje" i nie zdominować rozmowy. Powinien pokazywać emocje – ale Szymon Hołownia, który płakał publicznie w trakcie kampanii wyborczej, doczekał się fali kpin w internecie, ze strony i prawicy, i centrolewicy. Podobnie było, gdy wyciekły informacje o jego depresji – nie dość, że w czasie kryzysu psychicznego został zmarginalizowany we własnej formacji politycznej, to gdy sprawa została ujawniona – stał się obiektem powszechnych kpin i lekceważenia.

Młodzi mężczyźni uczeni są, że powinni popierać równość płci – ale jeżeli w rozmowie poruszą kwestię przemilczanych nierówności dotykających mężczyzn, spotkają się nie ze zrozumieniem, lecz z zawstydzaniem i zarzutem mansplainingu. Na ten grunt wchodzą autorytety manosfery – nie jako przyczyna alienacji, lecz często jako jedyny płomyk nadziei, na który mogą liczyć.

Korea Południowa: ostrzeżenie z krańca korkociągu, w który wpadamy

Polska jest na wczesnym etapie procesu, który Korea Południowa przerabia już od dekady. Współczynnik dzietności w Korei Południowej wyniósł w 2023 roku 0,72 – najniższy w historii pomiarów na świecie – i wzrósł nieznacznie do 0,75 w 2024 roku. Jednocześnie tamtejsza polaryzacja płciowa wśród młodych jest bezprecedensowa. Koreańscy mężczyźni w wieku 18–29 lat przesunęli się bardziej w prawo niż jakakolwiek inna demograficzna grupa na świecie, a po stronie kobiet odpowiedzią stał się ruch 4B: deklaracja rezygnacji z heteroseksualnych związków, małżeństwa i rodzicielstwa jako formy protestu przeciwko patriarchalnemu systemowi. W wyborach prezydenckich 2025 roku niemal 60% kobiet w ich dwudziestych latach życia głosowało na kandydata lewicowego, podczas gdy niemal 40% młodych mężczyzn popierało konserwatystę.

Badania Carnegie Endowment z 2025 roku wskazują, że antyfeminizm wśród młodych Koreańczyków napędzają: przekonanie o braku dyskryminacji kobiet, lęk ekonomiczny, rosnąca luka aspiracyjna i zmieniająca się dynamika rynku matrymonialnego – kobiety coraz częściej odmawiają wejścia w małżeństwo. Jak piszą badacze z Oxford Academic, sprzeciw młodych koreańskich mężczyzn wobec równościowych polityk wynika z przepaści między oczekiwaną od nich rolą żywiciela rodziny a ekonomiczną niemożnością jej wypełnienia.

Koreańskie doświadczenie jest zatem przestrogą precyzyjną: polaryzacja polityczna między płciami nie jest neutralna demograficznie. Jest ona jednym z mechanizmów, który – obok kryzysu mieszkaniowego i zmiany norm kulturowych – sprawia, że pary po prostu nie powstają.

USA: kiedy linia na wykresie zamienia się w ścianę

Stany Zjednoczone są w połowie drogi między Polską a Koreą. Kobiety w wieku 18–30 lat są tam o 30 punktów procentowych bardziej liberalne od mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym. NBC News pisało w 2025 roku, że przepaść między kobietami a mężczyznami z pokolenia Z jest znacznie głębsza niż we wszystkich starszych kohortach pokoleniowych. Po wyborach 2024 roku, gdy Donald Trump wygrał z poparciem młodych mężczyzn, a Kamala Harris – młodych kobiet – badania pokazały skok w liczbie par, które deklarują, że polityczne poglądy partnera są dla nich „nieakceptowalną" różnicą.

Wykres The Economist porównujący kraje stawia USA obok Korei jako jeden z bardziej spolaryzowanych przypadków. Polska jest tuż za nimi – z tym że historia jest odmienna, jej polaryzacja narasta szybciej, a jej system wsparcia instytucjonalnego dla par i rodzin jest słabszy.

Polityka wchodzi do sypialni

Badanie z Uniwersytetu w Kolonii, opisane przez WP Wiadomości w czerwcu 2026 roku, pokazuje, że orientacja polityczna jest dziś jednym z kluczowych filtrów doboru partnerów. Efekt jest szczególnie silny wśród osób o wyrazistych poglądach: silnie prawicowi mężczyźni i silnie lewicowe kobiety rzadko tworzą pary. Co więcej, gdy spojrzeć w badania CBOS-u głębiej możemy zaobserwować, że wśród najmłodszych Polaków odsetek osób nieaktywnych seksualnie jest faktycznie zauważalnie wyższy wśród prawicowych mężczyzn (40% wobec 25% w grupie zwolenników lewicy) i wśród kobiet o poglądach lewicowych (34% wobec 23% w grupie o poglądach prawicowych).

To nie jest anegdota z Tindera. To mechanizm demograficzny. W populacji, gdzie dwie trzecie ludzi przed trzydziestką nie żyje w trwałej relacji – jak pisaliśmy w poprzednim tekście cyklu – każde dodatkowe zawężenie puli potencjalnych partnerów ma konsekwencje. Jeśli ideologiczna nieprzekraczalna bariera odcina od siebie dwa sektory pokolenia, które i tak mają problem z uformowaniem par – dzietność spada dalej.

Autorzy badania EES 2024 piszą wprost, że „polaryzacja postaw może prowadzić do wzrostu wskaźników odrzucenia między płciami, pogorszenia jakości relacji osobistych i wzrostu samotności – a tendencja ta może również wpływać na wzorce demograficzne, wpływając na wskaźniki urodzeń i rozwodów".

Żadna polityka prorodzinna nie zastąpi pary

Poprzednie teksty cyklu wskazywały na odpowiedzialność państwa i samorządu oraz na kulturowe przemiany norm rodzicielskich. Ten tekst dodaje trzeci wymiar: strukturalna polaryzacja polityczna między kobietami a mężczyznami, nasilona przez algorytmy mediów społecznościowych i wzmocniona polskim kontekstem – sporem o aborcję, ruchem #MeToo, wojną za wschodnią granicą – ogranicza zdolność tworzenia par, zanim jeszcze w głowie pojawi się pytanie o mieszkanie i dziecko.

Żaden transfer pieniężny, bon żłobkowy ani ulga podatkowa nie zadziała na parę, która nigdy nie zdążyła powstać, bo on i ona żyli w bąblach algorytmu, który nagradzał go za oburzenie na feminizm, a ją za oburzenie na patriarchat.

Nie chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni myśleli tak samo. Różnorodność poglądów jest zdrowa i cenna. Chodzi o to, że system, który zamienia normalne różnice w nieprzekraczalne barwy plemienne, niszczy społeczną tkankę, z której wyrastają relacje – i dzieci. Żadna polityka demograficzna, ani krajowa, ani wrocławska, nie jest kompletna, dopóki nie bierze tego pod uwagę.

To ciche żniwo, które pobiera budowana od lat przez największe partie polaryzacja. Dzieci, które się nie urodziły, już się nigdy nie urodzą. A słupki, które budowano na nienawiści nie będą wieczne. Tylko od nas – Polek i Polaków – zależy czy pozwolimy sobie na dalsze manipulowanie w imię partyjnych interesów.

Wierzę, że zdamy ten egzamin. Kraków wskazał nam drogę.

 

Tekst jest trzecim z cyklu poświęconego przyczynom kryzysu demograficznego. Poprzednie części: „Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada" oraz „Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?" – dostępne na soswroclaw.pl

Źródła: Milosav i in., Journal of European Public Policy (2025) – tandfonline.com · Gallup, Exploring Young Women's Leftward Expansion (2024) – gallup.com · Kamisar/Bowman, NBC News (2025) – nbcnews.com · Fundacja Ważne Sprawy/More in Common, Stan młodych 2025waznesprawy.org · Carnegie Endowment, The Fight Over Gender Equality in South Korea (2025) – carnegieendowment.org · Maastricht Diplomat, The Youth Will Decide (2025) – maastrichtdiplomat.org · Oxford Academic, Anti-Gender Politics, Economic Insecurity, and Right-Wing Populism (2024) – academic.oup.com · WP Wiadomości (2026) – wiadomosci.wp.pl · Klub Jagielloński, Przemilczane nierównościklubjagiellonski.pl · YouGov/Fundacja TUI (2025), cyt. za: J. Bielecki, Rzeczpospolita, 07.07.2025 · GUS, Polska w liczbach 2026

 


Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Damian Daszkowski

Współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,068. W poprzednim tekście zwracaliśmy uwagę na aspekty polityki państwa i samorządu. Jednak tego wskaźnika nie da się wyjaśnić wyłącznie kosztami mieszkań czy wysokością zasiłków. Coraz więcej badaczy wskazuje, że u źródeł kryzysu demograficznego leży coś głębszego: zmiana tego, jak myślimy o dzieciach, związkach i własnym życiu. 

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w „Polsce w liczbach 2026", w 2025 roku na jedną kobietę przypadało średnio 1,068 dziecka. W 1990 roku ten sam wskaźnik wynosił 1,99, czyli był bliski poziomowi zastępowalności pokoleń, szacowanemu na ok. 2,1. Od tego czasu Polska systematycznie oddala się od tej granicy. Mediana wieku ludności rośnie, a liczba osób w wieku poprodukcyjnym przewyższyła już liczbę osób w wieku przedprodukcyjnym. Podobnie jest we Wrocławiu, który od lat zachowuje chwiejny balans demograficzny głównie dzięki migracjom młodych ludzi do miasta, które równoważą przewagę zgonów nad urodzeniami oraz wyjazdy młodych rodzin do podmiejskiego obwarzanka.

To nie tylko polski problem. Według Eurostatu średni współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł w 2024 roku 1,34, ze szczególnie niskimi wartościami w Hiszpanii i na Malcie. Trend ma więc charakter strukturalny i wiąże się z przemianami typowymi dla wysoko rozwiniętych społeczeństw. Ale skala i tempo, z jakim Polska traci dzieci, każą szukać przyczyn nie tylko w gospodarce.

Kiedy dziecko przestało być oczywistością

Jeszcze dwie, trzy dekady temu posiadanie dzieci było w polskiej kulturze elementem niemal automatycznym, częścią scenariusza dorosłego życia, na równi ze ślubem czy pracą. Dziś coraz częściej jest jedną z opcji do rozważenia, konkurującą z karierą, podróżami, czy po prostu spokojem.

Badania Instytutu Pokolenia wśród młodych Polaków pokazują, że tradycja - czyli wartość najsilniej korelująca z wyższą dzietnością - jest dla pokolenia dziadków najważniejszą wartością życiową. U ojców jest niemal równie istotna. U dzisiejszych studentów spada na czwarte miejsce, wyparta przez osiągnięcia i sukces zawodowy.

Socjolodzy opisują ten mechanizm jako rodzaj samonapędzającej się zmiany norm. Im więcej osób w naszym otoczeniu funkcjonuje bez dzieci, tym mniej to dziwi, tym łatwiej samemu podjąć taką decyzję, i tym bardziej bezdzietność staje się po prostu jedną z możliwych dróg, a nie odstępstwem od reguły. Dane CBOS z badania z 2022 roku to potwierdzają: odsetek bezdzietnych kobiet w wieku 18–45 lat, które w ogóle nie planują potomstwa, wzrósł z 22% w 2017 roku do 42% w 2022 roku — podwoił się w ciągu zaledwie pięciu lat. To nie jest powolna zmiana kulturowa; to przyspieszenie.

Co istotne, nie chodzi tu wyłącznie o emancypację kobiet czy politykę równościową, jak bywa to przedstawiane w publicystyce. Państwa, które najlepiej godzą aktywność zawodową kobiet z rodzicielstwem - czyli te z rozwiniętą opieką instytucjonalną i elastycznym rynkiem pracy - notują wyższą dzietność niż kraje, w których kobiety mają mniejsze szanse na pracę. Problem nie leży w tym, że kobiety pracują, lecz w tym, że rodzicielstwo i praca są sobie wzajemnie przeciwstawiane. Co znamienne, w lipcowym badaniu CBOS z 2025 roku aż 51% młodych ludzi uważa, że kobiety pracujące zawodowo są bardziej szanowane niż te zajmujące się wyłącznie domem i dziećmi — a wśród samych kobiet ten odsetek jest jeszcze wyższy.

Wioska, która zniknęła z miast

Drugim kulturowym wątkiem, coraz częściej obecnym w debacie, jest zanik tego, co bywa nazywane „wioską" — czyli sieci wsparcia: babć, sąsiadów, dalszej rodziny, znajomych gotowych pomóc przy dziecku. W tradycyjnych, wielogeneracyjnych społecznościach opieka nad dzieckiem była rozłożona na wiele osób. W dużych miastach młoda rodzina zostaje z dzieckiem często sama, bez sieci, którą można by poprosić o pomoc na kilka godzin.

Badania CBOS z 2025 roku pokazują, jak dosłownie przekłada się to na decyzje prokreacyjne. Wśród kobiet pozostających w związkach, które nie mogłyby liczyć na żadne wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, zaledwie 3% planuje potomstwo w ciągu najbliższych lat. Wśród tych, które mogą liczyć na pięć różnych źródeł wsparcia (partner, rodzice, teściowie, dalsza rodzina, znajomi) — aż 38%. Sieć wsparcia nie jest zatem kwestią komfortu; jest warunkiem koniecznym decyzji o dziecku.

Towarzyszy temu zjawisko, które część badaczy nazywa wprost „dzieciofobią": wypychanie dzieci z przestrzeni publicznej. Restauracje bez wysokich krzesełek, baseny z ograniczeniami wiekowymi, lokale, w których obecność dziecka jest traktowana jako uciążliwość. To z pozoru drobne sygnały, ale ich suma tworzy obraz miasta, w którym rodzicielstwo jest czymś, co trzeba schować, nie czymś, co jest normalną częścią życia wspólnoty.

Dla porównania: w Czechach, gdzie dzietność jest wyraźnie wyższa niż w Polsce, niemal połowa obywateli uważa posiadanie dzieci za swego rodzaju zobowiązanie społeczne. W Polsce taki pogląd deklaruje tylko 33% badanych, a 59% wprost się z nim nie zgadza — wynika z badania CBOS z 2025 roku. To nie jest różnica w wysokości zasiłków, to różnica w tym, jak społeczeństwo postrzega rolę dziecka.

Pokolenie, które nie tworzy par

Trzeci wątek kulturowy dotyczy czegoś, co poprzedza decyzję o dziecku: trwałych związków. Według dostępnych badań dwie trzecie Polaków przed trzydziestym rokiem życia nie żyje w relacji, z której mogłyby się urodzić dzieci. Sto lat temu w analogicznym wieku w związkach małżeńskich była ponad dziewięćdziesięcioprocentowa większość populacji.

Badaczka Jean Twenge wskazuje rok 2012 — moment masowego upowszechnienia smartfonów — jako punkt zwrotny dla relacji społecznych młodych ludzi. Zbieżność dat z globalnym załamaniem dzietności jest uderzająca. Analitycy opisani przez „Financial Times" policzyli, że w krajach, gdzie nastąpił gwałtowny wzrost nasycenia rynku smartfonami, wskaźniki dzietności spadały w tempie 20–38% szybciej niż wcześniej. Zbudowany przez nich model matematyczny wskazuje, że gdyby ceny i dostępność smartfonów pozostały na poziomie z 2007 roku, Stany Zjednoczone uniknęłyby nawet 43% zaobserwowanego regresu demograficznego. Argument jest tym mocniejszy, że trend dotyczy krajów skrajnie różnych gospodarczo, co podważa tezę, że chodzi wyłącznie o ekonomię.

Mechanizm nie jest tajemnicą. Między 2003 a 2024 rokiem czas spędzany na kontaktach twarzą w twarz skrócił się w USA o 22%, a czas przed ekranem wzrósł o 93%. Aplikacje randkowe nie są zaprojektowane po to, by użytkownik szybko znalazł partnera i odinstalował aplikację — ich algorytmy utrzymują go w stanie ciągłego poszukiwania, a wyidealizowane profile generują nierealistyczne oczekiwania wobec realnych ludzi. Efektem jest masowa samotność: w USA 42% osób w wieku 25–39 lat żyje samotnie.

Polskie dane CBOS rysują obraz bardziej niejednoznaczny. Sześćdziesiąt pięć procent młodych Polaków wciąż spotyka się ze znajomymi w realu przynajmniej kilka razy w miesiącu - to odróżnia nas od bardziej wyizolowanych społeczeństw. Jednocześnie co trzeci Polak w wieku 18–24 lat nie jest aktywny seksualnie, co jest zjawiskiem bez precedensu w powojennych danych.

Do tego dochodzi nowy wymiar polaryzacji. Młode polskie kobiety są statystycznie bardziej lewicowe, młodzi mężczyźni bardziej prawicowi - i przepaść ta rośnie. Jednocześnie kobiety masowo migrują do większych miast, mężczyźni częściej zostają w mniejszych ośrodkach. Obie grupy dosłownie się mijają: w metropoliach wykształconych kobiet jest proporcjonalnie więcej niż mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym, w mniejszych miastach odwrotnie.

Idealne dziecko albo żadne

Paradoksem jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. Badanie CBOS z 2025 roku jest w tej kwestii jednoznaczne: 44% młodych ludzi chciałoby mieć dwoje dzieci, 20% trójkę lub więcej, a jedynie 12% deklaruje, że nie chce mieć dzieci w ogóle. Mediana wynosi dwoje. To nie jest pokolenie, które odrzuca rodzicielstwo — to pokolenie, które je odkłada, aż do momentu, gdy odkładanie staje się rezygnacją.

Dane CBOS z 2023 roku pokazują tę dynamikę w czasie: mediana wieku kobiet planujących pierwsze dziecko przesunęła się z 27 lat w 2017 roku do 29 lat w 2022 roku. Dwa lata na przestrzeni pięciolatki. Efekt tej arytmetyki jest wymierny: wśród osób w wieku 40–44 lata aż 31% ma mniej dzieci, niż chciałoby mieć — u mężczyzn ten odsetek sięga 35%. To nie są niespełnione marzenia o rodzinie wielodzietnej; to w większości jedno dziecko zamiast dwójki, dwójka zamiast trójki. Luka między aspiracją a rzeczywistością, która zamknęła się cicho, bez dramatycznej decyzji.

Mechanizm jest psychologicznie spójny: młodzi Polacy odkładają decyzję, bo uważają, że wymaga ona perfekcyjnej stabilizacji — finansowej, mieszkaniowej, emocjonalnej. Ideał, który nigdy w pełni nie nadchodzi.

Czwarty czynnik: kompulsywne rodzicielstwo

Rzadziej wymieniany kulturowy czynnik to zmiana standardów samego rodzicielstwa. Poprzednie pokolenia wychowywały dzieci w znacznej mierze na podwórku, w nieformalnych grupach rówieśniczych, przy dużym udziale sieci sąsiedzkiej i rodzinnej. Współczesny model rodzicielstwa coraz częściej zakłada pełne zaangażowanie rodziców całą dobę: organizacja zajęć dodatkowych, stymulacja sensoryczna, odpowiednie zabawki, właściwa dieta, ciągłe towarzystwo.

CBOS rejestruje ten stan świadomości dokładnie. 86% młodych uważa, że wychowanie dziecka w obecnych czasach jest dużym wyzwaniem, 83% — że wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. To nie jest mniejszość przekonana o trudności rodzicielstwa; to zdecydowana większość. Co ciekawe — i co artykuły o kryzysie demograficznym rzadko odnotowują — jednocześnie 91% badanych uważa, że dzięki rodzicielstwu można się wiele nauczyć, 86% że sprawia ono wiele radości, a 76% że dzieci nadają życiu sens. Rodzicielstwo jest postrzegane jako trudne i bezcenne zarazem. To nie niechęć do dzieci napędza kryzys, lecz lęk przed niemożnością sprostania własnym standardom.

Paradoks polega na tym, że im wyższe są standardy wychowania, tym bardziej zniechęca to do posiadania kolejnych dzieci. Jeden projekt wychowawczy pochłania całą dostępną energię i czas. Nie jest to zjawisko marginalne — jest widoczne w danych dotyczących czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców, który w ciągu ostatnich dekad wzrósł mimo jednoczesnego wzrostu aktywności zawodowej kobiet. Coś, co miało być troską, stało się kolejną formą presji.

Kultura kontra ekonomia — kto napędza kryzys?

Artykuł mógłby tu skończyć narrację na ogólnym poziomie, gdyby nie dane, które precyzyjnie układają czynniki w hierarchię. CBOS z 2025 roku zapytał bezdzietnych nieplanujących potomstwa o powody. Wynik jest jednoznaczny: przy decyzji o pierwszym dziecku czynniki kulturowe dominują nad ekonomicznymi. Niechęć do posiadania dzieci lub przekonanie, że dzieci to zbyt duża odpowiedzialność, deklaruje łącznie 35% ankietowanych — potrzeba niezależności i czasu dla siebie kolejne 32%. Bariery materialne wskazuje 25%. Kolejność nie jest przypadkowa.

Co jednak ważne — i co niekiedy umyka w debacie — gdy pytamy o decyzję o kolejnym dziecku, proporcje się odwracają. Tu na czoło wysuwa się sytuacja materialna (27%), a dopiero za nią czynniki zawodowe (14%). Kryzys dzietności ma więc dwa piętra: na pierwszym, gdzie podejmowana jest decyzja o wejściu w rodzicielstwo, rządzi kultura; na drugim, gdzie decyduje się o skali rodziny, rządzi ekonomia. Polityka publiczna, skupiona niemal wyłącznie na świadczeniach pieniężnych, dociera głównie na drugie piętro.

Skutki, których nie widać od razu

Kulturowe przyczyny kryzysu demograficznego mają też kulturowe skutki, które będą widoczne dopiero z czasem. Pokolenia wychowywane jako jedynacy albo w rodzinach bez kontaktu z licznym rodzeństwem i kuzynostwem inaczej uczą się dzielenia, współpracy, rozwiązywania konfliktów. Słabnące więzi sąsiedzkie i rodzinne oznaczają mniej naturalnych mechanizmów wsparcia w sytuacjach kryzysowych, a więcej zadań przejmowanych przez instytucje publiczne.

Zmienia się też sam dyskurs publiczny. Niska dzietność bywa dziś przedstawiana w kategoriach katastroficznych, jako zagrożenie dla „przetrwania narodu", co dodatkowo polaryzuje debatę i utrudnia rzeczową rozmowę o przyczynach i rozwiązaniach. Tymczasem, jak zauważają eksperci, mówienie o nieuchronnej „niewypłacalności państwa" czy „utracie suwerenności" ma charakter publicystyczny, nie analityczny. Starzenie się społeczeństwa jest realnym wyzwaniem dla systemu zabezpieczeń społecznych, ale wymaga adaptacji instytucji, nie paniki.

Czego kultura nie rozwiąże sama

Z konstytucyjnego punktu widzenia państwo ma obowiązek ochrony rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa, co wynika z artykułów 18 i 71 Konstytucji RP. Dotychczasowe instrumenty — głównie świadczenia pieniężne — ograniczyły ubóstwo dzieci i poprawiły sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwróciły trendu demograficznego.

To, co dziś najbardziej widoczne w badaniach, to fakt, że decyzje o dzieciach zależą nie tylko od pieniędzy, ale od poczucia stabilności, dostępności mieszkań, jakości usług publicznych i tego, czy otoczenie społeczne traktuje rodzicielstwo jako coś wartego wsparcia, czy jako prywatny wybór, z którym trzeba sobie radzić samemu. I tu dane CBOS dają odpowiedź, której nie daje żaden program świadczeń: sieć wsparcia — realna, ludzka, codzienna — jest silniejszym predyktorem decyzji o dziecku niż wysokość transferów socjalnych.

Żadna kampania społeczna nie zastąpi żłobka. Żaden żłobek nie zastąpi też zmiany w tym, jak patrzymy na dzieci w naszym otoczeniu: w pracy, w restauracji, na osiedlu. Kulturowy wymiar kryzysu demograficznego jest trudniejszy do zmierzenia niż wskaźnik TFR, ale bez jego uwzględnienia trudno zrozumieć, dlaczego kolejne programy finansowe nie przynoszą oczekiwanych efektów. I dlaczego 31% czterdziestolatków ma mniej dzieci, niż chciało mieć — nie dlatego, że zmienili zdanie, ale dlatego, że idealne warunki nigdy nie nadeszły.


Dane ilościowe: CBOS, komunikat Nr 68/2025 „Pokolenia Z i Y o rodzicielstwie" (oprac. M. Omyła-Rudzka) oraz CBOS, komunikat Nr 3/2023 „Postawy prokreacyjne kobiet".

Zdjęcia P.Uhle

 


Klauzula informacyjna RODO dla Niezależnego Kongresu Osiedlowego i kongresu Ukradzione Miasto

Klauzula informacyjna RODO dla Niezależnego Kongresu Osiedlowego i kongresu Ukradzione Miasto

zgodnie z art. 13 ust. 1 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO) 

  1. Administratorem Twoich danych osobowych jest Stowarzyszenie SOS Wrocław z siedzibą we Wrocławiu, wpisane do rejestru stowarzyszeń, innych organizacji społecznych i zawodowych oraz zakładów opieki zdrowotnej Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego KRS 0001189179, NIP 8982323742 REGON 54250398000000
  2. Twoje dane osobowe przetwarzane będą w celu ewidencjonowania uczestników Niezależnego Kongresu Osiedlowego oraz przekazywania informacji o innych działaniach Stowarzyszenia, na podstawie art. 6 ust. 1 lit. b Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz. U. UE. L. z 2016 r. Nr 119, str. 1), zwanego dalej Rozporządzeniem.
  3. Wyrażenie zgody na przechowywanie i publikowanie wizerunku audio lub/i wizualnego są dobrowolne. W przypadku niewyrażenia zgody, Państwo zobowiązują się zadbać o to, aby nie uczestniczyć w sesjach audio lub/i wizualnego podczas trwania spotkań organizowanych przez Stowarzyszenie.
  4. Twoje dane osobowe mogą być również przetwarzane w celu dochodzenia lub obrony roszczeń związanych z twoim członkostwem w Stowarzyszeniu, na podstawie art. 6 ust. 1 lit. f. Rozporządzenia, co stanowi prawnie uzasadniony interes Administratora twoich danych.
  5. Odbiorcą Twoich danych osobowych będą osoby upoważnione przez Administratora do przetwarzania danych osobowych w ramach wykonywania swoich obowiązków służbowych oraz podmioty, którym Administrator zleca wykonywanie czynności, z którymi wiąże się konieczność przetwarzania danych. W szczególności podmioty świadczące na naszą rzecz usługi księgowe, administrowanie systemem informatycznym i dostawców narzędzi elektronicznych służących do przechowywania danych.
  6. Twoje dane osobowe będą przechowywane przez okres członkostwa w Stowarzyszeniu, a po jego upływie przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  7. Posiadasz prawo dostępu do treści swoich danych oraz prawo ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych na zasadach wskazanych w art. 20 Rozporządzenia, prawo wniesienia sprzeciwu.
  8. Masz prawo wniesienia skargi do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, gdy uznasz, że przetwarzanie Twoich danych osobowych narusza przepisy Rozporządzenia.
  9. Podanie przez Ciebie Twoich danych osobowych jest dobrowolne. Konsekwencją niepodania danych osobowych będzie brak rozpatrzenia deklaracji członkowskiej i brak wpisu na listę Członków Stowarzyszenia.
  10. Twoje dane osobowe nie będą przetwarzane w sposób zautomatyzowany, nie będą poddawane profilowaniu.
  11. Przysługuje Pani/Panu prawo do:
    1. uzyskania informacji na temat przetwarzania Danych, w tym o kategoriach przetwarzanych danych i ewentualnych odbiorcach Danych,
    2. żądania skorygowania nieprawidłowych Danych lub uzupełnienia niekompletnych Danych,
    3. żądania usunięcia lub ograniczenia przetwarzania Danych – na zasadach opisanych w RODO,
    4. złożenia sprzeciwu wobec przetwarzania - na zasadach opisanych w RODO, 
    5. przenoszenia Danych – poprzez otrzymanie Danych od Administratora formacie umożliwiającym ich przekazanie wybranemu podmiotowi trzeciemu,
    6. złożenia skargi do organu nadzorczego - Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych,
      ul. Stawki 2, 00 - 193 Warszawa – w przypadku stwierdzenia, że Dane są przetwarzane sprzecznie z prawem.
  12. Wszelkie wnioski, pytania i żądania związane z przetwarzaniem Danych powinny być kierowane na adres e-mail: kontakt@soswroclaw.pl

Dlaczego Jacek Sutryk powinien zostać odwołany?

My, mieszkanki i mieszkańcy Wrocławia wnosimy o referendum w sprawie odwołania Jacka Sutryka z funkcji Prezydenta Miasta Wrocławia. Jacek Sutryk w ciągu lat swojej kadencji udowodnił bowiem, że jest człowiekiem nielicującym z wartościami, ideałami i kompetencjami, których wymaga się od Prezydenta Miasta.

Prezydent Jacek Sutryk oszukał wyborców w 2024 roku. Obiecał transparentne konkursy na prezesów i członków zarządów spółek komunalnych. Tymczasem wiceprezesa MPWiK powołał bez konkursu, a nazwiska prezesów szeregu spółek komunalnych opinia publiczna poznała długo przed ogłoszeniem lub rozstrzygnięciem konkursu na przykład spółek Spartan czy MPWiK.

Prezydent Jacek Sutryk zapewniał mieszkańców, że dyplom podejrzanej uczelni Collegium Humanum uzyskał w uczciwy sposób. Tymczasem w reportażu Czarno na Białym TVN 24 usłyszeliśmy od jego kolegów i koleżanek ze studiów, że nie kojarzą go z zajęć. CBA i Prokuratura również mają wątpliwości co do uczciwości uzyskania tego dyplomu, ponieważ w związku z jego uzyskaniem i wykorzystaniem w celu zarobienia niemal pół miliona złotych ze spółek samorządowych postawiono Jackowi Sutrykowi zarzuty korupcji i oszustwa.

Prezydent Jacek Sutryk jest również odpowiedzialny za upadek piłkarskiego Śląska Wrocław i zmarnotrawienie ponad 100 mln zł z budżetu miasta, które zamiast na wielki sukces przełożyły się na wielką klapę – menedżerską, finansową i sportową.

Prezydent Jacek Sutryk otoczył się siecią powiązań towarzyskich, rodzinnych, politycznych i finansowych. W urzędzie kwitnie kolesiostwo – w miejskich spółkach funkcjonowały dziwne rady programowe, w tym zajmujące się degustacją sałatek. Zatrudniano niemal połowę poprzedniego skład Rady Miejskiej Wrocławia w instytucjach miejskich. Kwitł proces „samorządowego Erasmusa”, czyli zatrudniania polityków i ważnych urzędników z Wrocławia i ich rodzin w radach nadzorczych spółek samorządowych innych gmin, podczas gdy politycy i ważni urzędnicy tych gmin znajdywali zatrudnienie we Wrocławiu.

Na niespotykaną wcześniej skalę rozkwitł również nepotyzm, którego emanacją było sprawowanie przez małżeństwo Grzegorza Kaliszczaka i Joanny Kasprzak funkcji prezesów Aquaparku i ZOO. Małżeństwo zarobiło w ten sposób około 4 000 000 zł i zdarzały się sytuację, gdy mąż i żona podpisywali między sobą umowy reprezentując dwie spółki miejskie.

Spółka TBS jest doskonałym przykładem na to, że nieodpowiedzialna polityka osób upełnomocnionych przez Jacka Sutryka prowadzi do konfliktów, zaniedbań, finansowania politycznych sojuszników oraz ich biznesu, a ostatecznie - do podwyżek opłat dla mieszkańców. Działania spółki i buta prezydenta doprowadziły w końcu do wytoczenia procesów sądowych przez 1755 mieszkańców. O wygranych wyrokach nie przeczytają Państwo w propagandowej gazetce czy na miejskim opłacanym przez wszystkich mieszkańców portalu wroclaw.pl.

Wrocław Jacka Sutryka stał się ogólnopolskim pośmiewiskiem. Miastem, które co prawda ma jedne z najwolniejszych tramwajów w Polsce, ale za to stoi w najdłuższych korkach w szczycie komunikacyjnym. Nie zrealizowano założeń Wrocławskiej Polityki Mobilności, a konsultacje społeczne Strefy Czystego Transportu były prowadzone nieudolnie i zamiast do konsensusu doprowadziły do ostrego konfliktu społecznego.

Wrocław Jacka Sutryka to miasto, w którym regularnie forsuje się uchwały o przyjęciu miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego wbrew opiniom i protestom mieszkańców. Większość spływających uwag opiniowana jest negatywnie. Jednocześnie w sposób znaczący wydłużył się proces uzyskiwania pozwolenia na budowę, zlikwidowano funkcję Miejskiego Konserwatora Zabytków a przez lata nie przyznawano dotacji na remonty zabytków rejestrowych.

W trakcie prezydentury Jacka Sutryka pojawiły się liczne zarzuty dotyczące problemów infrastrukturalnych, słabego planowania przestrzennego oraz zbyt bliskiej współpracy z deweloperami, co negatywnie wpłynęło na jakość życia mieszkańców. Dynamicznie rozwijające się osiedle Jagodno stało się pomnikiem jego zaniedbań.

Wrocław Jacka Sutryka to miasto, które traci szanse rozwojowe, a wątpliwości budzi uczciwość i transparentność procedur w sprawach publicznych. Każdy miesiąc i rok funkcjonowania Jacka Sutryka na funkcji Prezydenta Wrocławia jest w opinii wnioskodawców wymierną szkodą dla miasta. Dlatego ogłaszamy zamiar złożenia wniosku o referendum ws. odwołania Jacka Sutryka z funkcji Prezydenta Miasta Wrocławia.

Komitet Referendalny SOS Wrocław


Czy czeka nas tsunami Lex Developer?

W ciągu najbliższych miesięcy i lat może nas czekać tsunami wniosków w trybie lex developer. Tzw. Specustawa Mieszkaniowa przewiduje możliwość przekształcenia działek o charakterze poprzemysłowym i wojskowym na takie pod zabudowę mieszkaniową. Dzieje się to z pominięciem planów, studium i konsultacji społecznych przewidzianych w ustawie o planowaniu.

Piotr Uhle: Na skutek decyzji nieruchomosci będące w posiadaniu deweloperów niesłychanie zyskują na wartości. Dla przykładu dwie inwestycje na Armii Krajowej i Kowalach sprawiają, że działki warte pierwotnie około 65 mln zł zwiększyły swoja wartość do 485 mln zł bez wbicia łopaty w ziemię. Wszystko to w kilka miesięcy. Gotowe do sprzedania na wolnym rynku, gotowe do zabudowywania około 2,5 tysiącami mieszkań. To znakomity biznes.
W normalnym trybie (zmiany studium i Miejscowego Planu Zagospodarowania Przestrzennego) deweloper musiałby czekać nawet 10 lat bez pewności powodzenia. Ponadto, na skutek zwiększenia wartości działki mógłby zostać obciążony rentą planistyczną w wysokości do 30% przyrostu wartości. Ustawa przewiduje możliwość zawierania porozumienia z deweloperem na inwestycje towarzyszące, które złagodzą koszty infrastrukturalne. Należałoby się spodziewać, że ich wartość powinna sięgać w przypadku tych dwóch inwestycji kwoty 140 mln zł - 30% wzrostu wartości gruntu.  Tymczasem gwarancje bankowe, którymi opatrzona jest partycypacja dewelopera opiewają na około 20,5 mln zł. To około 5% wzrostu wartości nieruchomości.
Piotr Uhle: Takie warunki wynegocjował Jacek Sutryk i pod presją czasu zaproponował Radzie Miasta, jednak nie przedstawił jej rzeczywistej analizy deweloperskiej partycypacji. Wprowadzono standardy urbanistyczne, jednak jak powiedział na Komisji Infrastruktury dyrektor Matyja - udzielone wcześniej zgody na lex deweloper nie spełniłyby ich.  Jak widać mamy do czynienia z procesem dotyczącym olbrzymich pięniędzy zarabianych na papierowych decyzjach. Musimy szczególnie uważnie się im przyglądać.
Izabela Cincio: Z plotek i nieoficjalnych informacji wiemy, że szykowane są kolejne inwestycje w trybie lex developer we Wrocławiu. Na Sołtysowicach - na terenie dawnej cukrowni, na terenach powojskowych przy Zwycięskiej, na terenie Hutmenu, na FAT, na terenach dawnego koczowiska Romów przy Kamieńskiego, wreszcie na terenach przy ul. Lotniczej. Jeżeli życzenia deweloperów zostaną spełnione, to we Wrocławiu powstaną osiedla, na których zamieszkać mogliby wszyscy mieszkańcy Trzebnicy, a i tak zostałoby jeszcze sporo pustostanów.
Damian Daszkowski: Ci ludzie będą mieli swoje potrzeby: będą mieli samochody, którymi będą chcieli poruszać się po mieście i gdzieś je zaparkować, będa chcieli korzystać z komunikacji miejskiej, będą posyłać dzieci do szkół i przedszkoli, produkować śmieci, zużywać wodę. Wszystko to na terenach do tego nieprzygotowanych i zaplanowanych na coś zupełnie innego. To oznacza korki, rozjeżdżane chodniki i zieleńce, tłok w szkołach, tryb zmianowy i dowożenie dzieci na inne osiedla
Krystian Adamski: Podobne koszty ponoszą dziś mieszkańcy Jagodna, którzy nawet na spotkanie z premierem musieli jechać do szkoły na Wojszycach, bo na własnym osiedlu szkoły nie mieli. Jak to jest, że przy tak ogromnych zyskach deweloperów, tak olbrzymie koszty muszą ponosić mieszkańcy?
Jakub Janas: Proces konsultacji społecznych lex developer nie odpowiada obecnym standardom współżycia społecznego. Mieszkańcy w oficjalnych dokumentach dowiadują się o zamiarze budowy nowych osiedli na kilka miesięcy przed decyzją a procedura prewnioskowa nie pozwala na spojrzenie na skalę tego procesu z lotu ptaka.
Mieszkańcy zasługują na więcej transparentności w tym zakresie, dlatego składamy wniosek do prezydenta o ujawnienie wszystkich rozpoczętych procedur, które służą do przygotowania wniosków w trybie lex deweloper.

Wręczyli Sutrykowi grę, by przestał rządzić Śląskiem

Popularną grę, w której wcielamy się w menedżera piłkarskiego wręczyli dziś Jackowi Sutrykowi działacze SOS Wrocław – komitetu, który chce przeprowadzenia w stolicy Dolnego Śląska referendum nad odwołaniem prezydenta miasta.

- Przyszliśmy wręczyć Jackowi Sutrykowi grę, bo to koniec czasów, gdy za publiczne pieniądze prezydent Sutryk bawi się w menedżera piłkarskiego – mówił Jakub Janas, radny miejski i jeden z członków komitetu SOS Wrocław. – W ciągu ostatnich 6 latach przekazaliśmy na Śląsk Wrocław z budżetu miasta około 130 mln zł. Mówimy stanowcze dość. Jacek Sutryk i Renata Granowska obiecali już dawno, że sprywatyzują klub piłkarski. Ta prywatyzacja nadal się nie dzieje. Chodzi chyba o to, by klub sprzedawać a nie sprzedać, bo zbyt dużo osób ma dzięki temu dobry zarobek i stałą posadę w Śląsku Wrocław albo w spółkach zależnych. Dlatego dziś wręczamy Jackowi Sutrykowi popularną grę. Niech zacznie bawić się na PC-cie a nie za pomocą publicznych pieniędzy – dodał radny.

- W Śląsku Wrocław największym problemem jest zarządzanie i nic dziwnego, bowiem obecny prezes, Patryk Załęczny był wcześniej ważnym pracownikiem TBS Wrocław – mówił Krystian Adamski, radny osiedla Jagodno. – Najpierw psuli TBS, teraz psują WKS. Wzywamy prezydenta do pilnych kroków naprawczych – zaznaczył Adamski.

- Jacek Sutryk obiecywał prywatyzację Śląska Wrocław a zamiast tego zrobił komunalizację. Dopóki politycy będą wtrącać się w sprawy piłki nożnej zamiast wyników sportowych i finansowych będzie wstyd, kompromitacja i wyprowadzanie pieniędzy na dziwne umowy – mówił Damian Daszkowski z SOS Wrocław. - Jacek Sutryk spuszcza Śląsk Wrocław do pierwszej ligi a Wrocłąw spuści do trzeciej ligi. Dość już mieszania się polityki do zarządzania piłką i miastem – zaznaczył aktywista.

Inicjatorzy próbowali wręczyć grę prezydentowi, jednak włodarz wrocławia nie był obecny w swoim gabinecie. Drzwi otworzyła urzędniczka i wysłała aktywistów z prezentem do kancelarii podawczej.

Zapis z briefingu:

https://www.facebook.com/SOSWroclaw/videos/964070089021871

Zapis z wręczania gry:

https://www.facebook.com/SOSWroclaw/videos/1346558270091973


Hello world!

Welcome to WordPress. This is your first post. Edit or delete it, then start writing!