Prezes Wisły jest osobiście największym beneficjentem inby, którą nakręcił. Stracił jego klub, stracił Śląsk Wrocław, straciła liga. Ale ambicje prezesa Królewskiego mogą sięgać dalej niż tylko do prezesowskich gabinetów przy ul. Reymonta. Czy to polityka napisała scenariusz ostatnich tygodni? Test nadejdzie w najbliższych miesiącach.
Telefon z Krakowa
W natłoku informacji w wytworzonej przez prezesa Wisły aferze walkowerowej czytelnikom mógł umknąć jeden fakt, który może okazać się kluczowy dla rozczytania istoty gry. Otóż na prośbę pana Królewskiego interwencji w sprawie kibiców Wisły podjął się nie kto inny jak prezydent Miszalski. Ten miał dzwonić do Jacka Sutryka i prosić o otwarcie trybun dla zorganizowanej grupy wyjazdowej z Krakowa.
Miszalski jest obecnie ogólnopolsko synonimem samorządowego obciachu. Po dwóch latach rządów wypełnionych upychaniem kolesi po urzędzie i spółkach miarka się przebrała i mieszkańcy powiedzieli mu: dość. Najprawdopodobniej jeszcze przed wakacjami będziemy obserwować referendum odwoławcze w Grodzie Kraka.
Miszalski wraz z akolitami z KO bronią się wykorzystując wszelkie dostępne narzędzia i wszystkich dostępnych sojuszników. Nie tylko próbowali niszczyć wizerunek przedsiębiorców zaangażowanych w zbiórkę podpisów (skąd my to znamy!), nie tylko wezwali na pomoc elity i Donalda Tuska. Wszystko wskazuje na to, że ich sojusznikiem w obronie ratuszowej wieży będzie również prezes Jarosław Królewski, o którym od dawna mówiło się jako o sojuszniku obecnej partii władzy. Jednak czy będzie tylko sojusznikiem przegranego dworu Miszalskiego?
Ambicje większe niż piłka
Coraz więcej mówi się o tym, że Królewski może mieć poważne ambicje polityczne. Olbrzymia afera, którą zgotował kibicom z całej Polski kosztem wizerunku Śląska Wrocław może mu w tym tylko pomóc. Gdy spojrzymy na popularność nazwiska pana prezesa przed i po wybuchu afery trzeba przyznać, że z trzecioligowca awansował przynajmniej na zaplecze lokalnej ekstraklasy rozpoznawalnych postaci. Z pewnością panu Królewskiemu nie brak ambicji i miłości własnej, która musi podpowiadać mu: Jarek, to jest Twój czas.

Choć skostniały rynek polityczny w Krakowie łatwo nie przyjmuje karierowiczów, którzy chcą pominąć kolejność dziobania, jednak zwróćmy uwagę w jak trudnej sytuacji jest krakowska KO. Nie dość, że prezydent, szef struktur partii i główny kadrowy kolesi w jednej osobie jest postawiony pod referendalnym pręgierzem. Wszystkie te obsadzone przez niekompetentnych partyjniaków publiczne stołki zaczynają ich parzyć w portki.
Zniechęcanie do referendum jako polityczna waluta
Królewski ma w ręku niezłe karty. Co bowiem się stanie, gdy zacznie nawoływać kibiców Wisły, by nie brali udziału w referendum odwoławczym? Ile będzie warte takie wsparcie w chwili próby? Czy nominację na funkcję prezydenta Krakowa po odwołaniu obecnego? Na pewno panu Królewskiemu ambicji nie brakuje i prezydenckie ostrogi chętnie by przywdział. Jaką cenę zapłacimy za spełnianie tych marzeń?
Wszystko to musiało stać się kosztem Śląska Wrocław. Dlaczego? Bo to jedyny konkurent w lidze z dużego miasta, z dużym szyldem i z dużym problemami. Królewski wyszedł z założenia, że dotknięty kryzysem Śląsk nie odpowie. Że jego kosztem w sposób tani będzie można zbudować sobie nazwisko. Tylko częściowo się pomylił – władze miasta tak zawsze gorliwie pokazujące się z szyldem WKS – do dziś przeraźliwie głośno milczą.
Test intencji
Czy to polityka napisała scenariusz ostatnich tygodni? Test nadejdzie w najbliższych miesiącach. Jeżeli prezes Wisły nie stanie, o czym lubi wspominać, po stronie zasad i nie poprze referendum odwoławczego – będziemy wiedzieć jakie były jego intencje. Spodziewałbym się więcej informacji w nadchodzących tygodniach.
Piotr Uhle

