Kolesie nie chcą, byście wtrącali się do ich interesów

Kolesie nie chcą, byście wtrącali się do ich interesów

Słyszeliście? Nie będzie ułatwień dla obywateli w inicjatywach uchwałodawczych, a prace nad zmianą Statutu miasta będą przewlekane. Z dyskusji radnych płynie wyraźne przesłanie: niech mieszkańcy i osiedlowcy znają swoje miejsce i nie wtrącają się w interesy partyjnych panisk. Przed ich obliczem mieszkańcy mają przybrać postawę marną, zgarbioną, by zbytnim 

Podpisy elektroniczne tylko dla partii. Głos mieszkańców? Na później

KO i Lewica odrzuciły dziś propozycję, by wprowadzić miasto w XXI wiek i dać mieszkańcom możliwość zbierania podpisów pod uchwałami obywatelskimi drogą elektroniczną. Tymczasem taką możliwość stworzono dla partyjnych działaczy zbierających podpisy pod kandydatami do Sejmu. Nowoczesność jest dla swoich, a dla ciebie, obywatelu, pozostaje archaiczne zbieranie podpisów na papierze.

Koledzy z KO i Lewicy rozwlekli też prace nad zmianami, które mają dać głos osiedlowcom i mieszkańcom. Zamiast 6 miesięcy komisja ma pracować rok, a do jej składu nie dopuszczono nikogo, kto w dyskusji podnosił potrzebę otwarcia Rady Miejskiej na mieszkańców. Co prawda obiecywali to w kampanii, a półmetek kadencji już minął, ale spokojnie. Oni mają czas. Byle byście tylko nie psuli im interesów.

Czego się boją?

Czego oni tak się boją? Zderzenia z głosem mieszkańców, gdy przepychają niekorzystne dla nich rozwiązania? A może tego, że mieszkańcy realnie zainteresują się tym, kto, co i w czyim interesie wyczynia podczas posiedzeń? Komu nie w smak jawność, partycypacja i inicjatywa oddolna?

Obietnice łamane po raz kolejny

Koalicja Obywatelska po raz kolejny działa wbrew interesom obywateli. Po raz kolejny łamie swoje obietnice. Po raz kolejny pokazuje, że oderwała się od rzeczywistości i straciła legitymację do sprawowania władzy.

Lewica, która powinna reprezentować słabszych, udowodniła, że nie jest w stanie tego robić. Zamieniła partię w firmę do realizowania interesów swoich ludzi.

Prawdziwa twarz władzy

Koledzy pokazali prawdziwą twarz. Poczuli się pewnie, bo nabrali przekonania, że mieszkańcy nic nie mogą. Przepchnęli podwyżki za śmieci, mieszkania, TBS, aquapark i zoo. Szykują podwyżki cen biletów. Rozdali prezenty grupom interesu, a teraz zaczynają zabezpieczać wszystkie wejścia do oblężonej twierdzy.

Na razie żyje się tam zasobnie i przyjemnie. A że lud pod murami głoduje? Zakrzykną: niech jedzą ciastka.

Referendum to jedyna demokratyczna droga

Pomijając barwne metafory: jeżeli mieszkańcy pozwolą się tak traktować, będą tak traktowani. Władza będzie dążyć do upodlenia praw obywatelskich i pozbawienia mieszkańców narzędzi kontroli i partycypacji, aż do momentu, gdy powiedzą dość.

Czy zbuntują się przeciw tej opresji? Jedyną demokratyczną drogą jest referendum. Czy znajdą się chętni, by je zorganizować? Czas pokaże.


Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk

Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk

Prokuratura po wieloletnim śledztwie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko byłemu prezydentowi Chorzowa, jego zastępcy i grupie urzędników. Zarzuty są poważne, a wśród nich niegospodarność na ponad 29 mln zł. Jeśli sąd podzieli tę ocenę, upowszechniona w Polsce praktyka finansowania zawodowego sportu przez samorządy może dobiec końca. Pytanie, które wrocławianie powinni sobie zadać, brzmi: co to oznacza dla miasta, które robi to samo od 2007 roku?

Chorzów: samorządowcy w roli działaczy sportowych

Akt oskarżenia objął 20 osób. Według prokuratury w latach 2011–2020 miasto wspierało Ruch Chorzów pożyczkami, obejmowaniem akcji i przetargiem na promocję, którego warunki miały przesądzić o wygranej klubu. Szkodę miasta wyceniono na ponad 29 mln zł, a szkodę miejskiej spółki, przez którą poszła jedna z pożyczek, na 12 mln zł. Niegospodarność jest zagrożona karą do 10 lat więzienia (art. 296 § 3 k.k.), a przy zbiegu przestępstw sąd może orzec karę łączną wyższą. Przy szkodzie o ogromnym rozmiarze - nawet do 25 lat.

Co to oznacza w praktyce? Że panowie samorządowcy bawili się w działaczy sportowych za pieniądze mieszkańców. Gdy pieniądze wpływają do spółki prawa handlowego, wychodzą spod kontroli społecznej. Nie wiadomo, na co zostały wydane i do kogo ostatecznie trafiły.

Przesłanki zarzutu są proste. Miasto obejmowało akcje spółki, która była na stałych stratach, bez uzasadnienia ekonomicznego. Biegły wskazał, że miasto nie odniosło z tego żadnej korzyści, a w razie upadku klubu jako akcjonariusz zostałoby zaspokojone na końcu. Do tego dochodzą pożyczki i ustawiony, zdaniem prokuratury, przetarg. Wszystko to mieści się w publicystycznym pojęciu niegospodarności.

Akt oskarżenia nie jest wyrokiem. Oskarżeni korzystają z domniemania niewinności i zapowiadają obronę.

Wrocław: te same mechanizmy od 2007 roku

Co wam to przypomina? Czy ten mechanizm funkcjonował tylko w Chorzowie?

Od 2007 r. z budżetu Wrocławia i miejskich instytucji szerokim strumieniem płyną pieniądze do Śląska Wrocław. 

Były dotacje, były zwiększenia kapitału zakładowego, promocja miasta poprzez sport, były pożyczki. Pożyczały miejskie spółki, ale pożyczyło też miasto. Tak jak w 2023 roki, gdy rada miejskaprzegłosowała pożyczkę do 20 mln zł, z której klub dostał 13,3 mln zł i większości nie zwrócił.

Do tego dochodzą wykupy powierzchni reklamowych i lóż przez miejskie spółki: Zoo Wrocław zapłaciło klubowi w latach 2018–2022 ponad 4,5 mln zł. Kluczowe pytanie jest takie samo jak w Chorzowie: czy to zakup reklamy, czy dofinansowanie klubu z innej miejskiej kieszonki?

Widać też powtarzalny schemat. Miasto udziela pożyczki na bieżącą działalność, klub jej nie spłaca, termin przedłużają kolejne aneksy, a dług zamienia się na akcje. Tak było z częścią pożyczki z 2012 r., a w grudniu 2023 r. prezydent zarządzeniem zamienił 7,5 mln zł długu na nowe akcje, które objęła gmina, choć miała już około 99,5 proc. kapitału. Radni dowiedzieli się o tym po fakcie. 

Prezydent jednoosobowo zdecydował o zmianie długu w akcje. Ta fikcja była konieczna by ukryć fakt, przed którym ostrzegali opozycyjni radni: klub nie będzie miał z czego pożyczki zwrócić. To bliźniacza sytuacja do tej z Chorzowa.

Czy była zgodna z prawem, ocenić może jedynie prokuratura i niezawisły sąd.

Radni podnosili ręce, ale wnioskodawcą był prezydent

Sutryk, jak urzędnicy w Chorzowie będzie stawiał argument, że to radni głosowali i się zgodzili, wiec to na nich spoczywa odpowiedzialność.. To prawda, ale to niczego nie zamyka. Projekty uchwał o pożyczkach i dokapitalizowaniu przygotowywał i wnosił prezydent miasta. On odpowiada za ich treść, a uchwały powinny być wcześniej sprawdzone pod względem zgodności z prawem. Głosowanie rady nie oczyszcza z odpowiedzialności kogoś, kto uzasadnił decyzję i przedstawił ją jako konieczną. A jeżeli wprowadził tym samym radnych w błąd - przewina jest tym większa.

To dlatego tytułowe pytanie nie jest retoryczne. Pożyczka z 2023 r. i konwersja długu na akcje to odpowiedzialność  prezydenta Sutryka. Nie przesądzajmy o niczyjej winie, ale wszystkie te działania zasługują na sprawdzenie.

Dlaczego nie pozwolono nam kontrolować klubu

Radni opozycji próbowali szarpnąć za cugle i przeprowadzić kontrolę w klubie. Odmawiano nam dostępu do dokumentów, a spółka powoływała się na tajemnicę przedsiębiorstwa, choć jej właścicielem jest gmina, czyli mieszkańcy. Nawet komisja rewizyjna oraz zewnętrzna firma przygotowująca analizę kondycji finansowej spółki nie otrzymała dokumentów źródłowych. Dlatego dziś tak naprawdę nikt nie wie co tam się wydarzyło. Rada odrzuciła również propozycję powołania doraźnej komisji ds. zbadania sytuacji finansowej klubu.

Dziś mamy akt oskarżenia, w którym prokuratura dokonała oceny prawnej podobnych mechanizmów. Po jego opublikowaniu trudniej twierdzić, że takie działania nie wymagają analizy prawnej. Jest też wątek kontrolny - od lat kontrolę finansowania klubu prowadzi Najwyższą Izba Kontroli. Sprawdzane były nie tylko Finanse klubu ale także dokumenty w Urzędzie Miasta i szeregu jednostek powiązanych finansowo ze Śląskiem Wrocław. W czerwcu miasto miało otrzymać raport w tej sprawie z wnioskiem o odniesienie. Do dziś jego treści nie poznała opinia publiczna co budzi pytania o przyczyny tak dużej zwłoki. 

Prokuratura ma narzędzia, których nie mamy my

Wiedza, którą tu przedstawiamy, jest powszechnie znana i dostępna w mediach, w odpowiedziach na interpelacje i w uchwałach rady. Ten tekst można traktować także jako publiczne przedstawienie faktów organom ścigania. Niegospodarność jest ścigana z urzędu, więc prokuratura we Wrocławiu może rozważyć wszczęcie postępowania, nie czekając na zawiadomienie.

Jeśli prokuratura podejdzie do sprawy poważnie i wykorzysta wszystkie narzędzia, nie przesądzając wyniku, dowiemy się prawdy. Prokuratura powinna w tej sprawie zażądać dokumentów, przesłuchać świadków, powołać biegłych i zabezpieczyć dowody. Wszystko to w ramach powziętego postępowania.  Radni i dziennikarze tego nie mogą.

Chorzów to początek

Na razie to tylko akt oskarżenia i proces, którego wyniku nie znamy. Ale już teraz widać, że czas samowoli i szastania publicznymi pieniędzmi może się kończyć. Samorządowcy cytowani przez prasę mówią wprost, że jeśli byli prezydenci Chorzowa zostaną skazani, miasta w całym kraju zakręcą kurek zawodowym klubom, bo nikt nie będzie chciał zasiąść na ławie oskarżonych.

Fala egzekwowania odpowiedzialności za niegospodarność i nieliczenie się ze społecznymi pieniędzmi może popłynąć dalej i objąć wiele samorządów w Polsce. Wtedy ujawniona zostanie skala żerowania na majątku mieszkańców. Czy Wrocław będzie wśród nich? To zależy od tego, czy ktoś zada pytania, zanim zrobi to prokurator z Katowic.

W Chorzowie akt oskarżenia objął nie tylko prezydenta miasta a 20 osób zaangażowanych w ten proceder. Kto we Wrocławiu poza Jackiem Sutrykiem może się obawiać? Najlepiej wiedzą o tym sami zainteresowani.

Sprawiedliwość od polityków można egzekwować także na drodze obywatelskiej. Nie musimy godzić się na brak przejrzystości i ewidentne marnowanie publicznych pieniędzy. Nie trzeba czekać na koniec kadencji - jedynym demokratycznym narzędziem, które dałoby kres tej komedii jest referendum odwoławcze. Pokazał Kraków, pokazało Zabrze i pokazała Sobótka, że można. Da się.

Czy Wrocławianie pokażą swoją siłę? Czas pokaże.


Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Piotr Uhle

Chcesz poprzeć obywatelski projekt uchwały we Wrocławiu? Musisz znaleźć członka komitetu z teczką, papierową listą i długopisem, podpisać się własnoręcznie i mieć nadzieję, że nikt się nie pomyli przy przepisywaniu lub sprawdzaniu danych. W 2026 roku.

Kraków rozwiązał ten problem pięć lat temu. Od 2021 roku krakowianie mogą poprzeć obywatelską inicjatywę uchwałodawczą przez internet - profilem zaufanym, podpisem kwalifikowanym albo e-dowodem. Bez wychodzenia z domu, bez umawiania się z komitetem, bez ryzyka, że lista zaginie albo ktoś źle odczyta czyjeś nazwisko.

Wrocław może dogonić XXI wiek

Dwa tygodnie temu złożyłem na ręce Przewodniczącej Rady Miejskiej Wrocławia projekt uchwały, który wprowadza dokładnie takie rozwiązanie u nas. Elektroniczne zbieranie podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał - jako dodatkową opcję obok listy papierowej, nie zamiast niej. Kto woli papier, wciąż będzie mógł podpisać się papierowo. Kto woli internet, dostanie taką możliwość.

To rozwiązanie ma znaczenie nie dla urzędników, tylko dla ludzi, którzy dziś praktycznie nie mogą skorzystać z obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej: pracujących w nietypowych godzinach, rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami ograniczającymi mobilność, mieszkańców czasowo przebywających poza miastem. Dla nich papierowa lista to nie formalność - to realna bariera.

Ile to kosztowało w Krakowie?

Zapytałem Urząd Miasta Krakowa wprost: ile to kosztowało i czy w ogóle działa. Odpowiedź przyszła na piśmie.

Wdrożenie systemu do elektronicznego zbierania podpisów kosztowało Kraków 163 282,50 zł - jednorazowo, rozłożone na dwa lata (2021–2022). To nie jest budowa osobnego systemu od zera, tylko rozbudowa istniejącego Biuletynu Informacji Publicznej. Kosztów utrzymania nie da się nawet wydzielić - "zatapiają się" w normalnych kosztach utrzymania BIP, czyli praktycznie nic nie kosztują osobno. A przez pięć lat działania nie odnotowano ani jednej awarii samego systemu.

I co najważniejsze - ludzie z tego korzystają. Od 2021 roku Krakowianie przeprowadzili przez ten system 17 obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych, zbierając łącznie ponad 14 200 podpisów elektronicznych. Rekordzistka - inicjatywa w sprawie uchylenia Strefy Czystego Transportu - zebrała 7220 podpisów, ponad 24-krotność wymaganego minimum. To nie jest martwy przepis. To realne narzędzie, z którego mieszkańcy faktycznie korzystają, kiedy coś ich naprawdę obchodzi.

Tani, sprawdzony, bezawaryjny mechanizm, funkcjonujący od pięciu lat w drugim największym mieście Polski. Trudno o lepszy argument, że Wrocław powinien mieć to samo.

Łatki zamiast reformy

Od dawna słyszymy, że Statut Wrocławia doczeka się kompleksowej zmiany - nowoczesnej, przemyślanej, na miarę miasta, które chce uchodzić za jedno z najbardziej rozwiniętych w Polsce. Czekaliśmy. Cierpliwie.

To, co ostatecznie trafiło pod obrady, to punktowe, mało istotne poprawki - łatki, a nie reforma. Rozumiem, że duże zmiany wymagają czasu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają czekać na "kiedyś", skoro konkretny, sprawdzony w innym dużym mieście problem można rozwiązać już teraz, jedną uchwałą, bez czekania na wielki projekt, który wciąż nie nadchodzi. Dlatego działam tu i teraz.

Już w październiku Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom

Projekt trafi teraz do zaopiniowania przez komisje i kluby radnych, a następnie pod obrady sesji Rady Miejskiej. Będę informował na bieżąco o postępach prac - i liczę na to, że mieszkanki i mieszkańcy Wrocławia dadzą znać swoim radnym, że to rozwiązanie jest im potrzebne.

Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły.

Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia


Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Piotr Uhle

Łukasz Gibała zdobył 61% głosów i będzie nowym prezydentem Krakowa. W stolicy Małopolski pospolite ruszenie obywateli zderzyło się z aparatem największej partii w Polsce i z aparatem państwa. Najważniejsze nie jest to, że wygrał Gibała, lecz że legł mit wszechwładnej KO. Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa?

Pospolite ruszenie przeciwko władzy

W Krakowie doszło do konfrontacji. Doszło do starcia pospolitego ruszenia obywateli, którzy zderzyli się nie tylko z aparatem największej partii w Polsce ale także z aparatem państwa.

To nie była konfrontacja KO z innymi partiami, którą śledzimy na co dzień w mediach. KO, której działacze są tak pewni siebie, że powtarzają tezy Donalda Tuska z 2011 roku. Mówią, że nie mają z kim przegrać, szczególnie po rozłamie w PiS. Tymczasem w Krakowie przegrali z obywatelami.

Wygrał Gibala z poparciem 64% wg. badań exit poll pracowni OGB. Bez poparcia wielkich polityków. I chyba dobrze, że o nie nie zabiegał - handlowanie głosami w starym, partyjnym stylu to nie jest standard nowoczesnego, uczciwego samorządu, o który wiele środowisk zabiega.

Warszawka w terenie nie pomaga

Konkurentka Gibały zdobyła tylko 36% głosów wg. badań exit poll pracowni OGB, które miała szersze wsparcie ze strony szeroko znanych postaci polskiej polityki. Donald Tusk nie tylko uczestniczył wraz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w ogłoszeniu jej kandydatury w ogrodach KPRM w Warszawie (co wzbudziło uzasadnione wątpliwości co do tego, czy KO nie chce do Krakowa wysłać po prostu namiestnika). Tusk przyjechał także do Krakowa, by wspierać swoją kandydatkę na Nowej Hucie. Frekwencja co prawda nie dopisała i trzeba było usuwać puste krzesła, by uniknąć kompromitacji, ale trzeba przyznać jedno: KO nie dysponuje większym aktywem niż Donald Tusk.

Piątkowską popierali także Radosław Sikorski (co prawda tak wystąpił na konferencji, że sąd musiał go zmusić do przeprosin), Andrzej Domański (co prawda budżet państwa się sypie, ale by kusić mieszkańców Krakowa fatamorganą - pieniądze się znajdą) Jakub Rutnicki (Minister Sportu obiecał następne 30 mln zł) czy Bartłomiej Sienkieiwcz. Na ostatniej prostej panika w sztabie KO musiała być tak wielka, że poprosili o wsparcie Aleksandrę Dulkiewicz, byłego prezydenta Jacka Majchrowskiego a nawet… odwołanego w referendum Aleksandra Miszalskiego! Na sam koniec tej maskarady przygalopował z warszawskiej stajni Roman Giertych, pouczając Krakowian komu warto, a komu nie warto ufać.

KO powtarza refren starych obietnic. I nikt w nie nie wierzy

Wszystko to miało opowiedzieć jedną historię: Gdy obywatele zagłosują zgodnie z życzeniem Koalicji Obywateli - na Kraków spadnie deszcz rządowych pieniędzy, który uzdrowi katastrofę finansów miejskich i pomoże rozwijać miasto. Nie mówiono co będzie, gdy zagłosują niezgodnie z ich życzeniem, ale wszyscy to doskonale rozumieli: nazywano Gibałą solistą, który nic dla Krakowa nie załatwi. Kazali nawet radnym KO podpisać lojalki, że nigdy z nim jako prezydentem współpracować nie zamierzają, czym zaprzeczyli idei samorządności jako takiej.

Mieszkańcy mieli jednak głowę na karku. Wiedzą, że gdy partia mówi, że zabierze to zabierze, a gdy mówi, że da to… mówi. Ten sam Radosław Sikorski, który poparł Piątkowską został nagrany w chwili szczerości, gdy mówił o deklaracjach składanych w kampanii, że “dwa razy obiecać to jak raz dotrzymać”. Krakowianie widzieli przecież te same obietnice o budowie metra czy metropolii krakowskiej dwa lata temu, gdy partia obywateli udzielała wsparcia Aleksandrowi Miszalskiemu. Złośliwy przypomni, że od ubiegłego roku oficjalny program KO to motto “cóż szkodzi obiecać”, my wskażemy po prostu, że wiarygodność składanych obietnic była po prostu zerowa.

Powiedzieli: nie dla uwikłania miasta w partyjne wojenki

Z drugiej strony Krakowianie wiedzieli też, że rządy KO nie są wieczne. Oczywistym było, że partia Donalda Tuska w najmniejszym wymiarze w rozwoju Krakowa nie pomoże (bo nie ma na to pieniędzy - ledwo starczyło by wesprzeć bliski rodzinnie premierowi Gdańsk). Jednak każdy zadał sobie pytanie z jakiej perspektywy rozmawiał będzie z kolejnym rządem nowy prezydent Krakowa. I czy ewentualne zaangażowanie w ideologiczne wojny pomoże rozwojowi miasta czy też mu zaszkodzi.

Koniec mitu wszechwładnej KO

Wybory w Krakowie to nie jest tylko lokalna sprawa. Nie piszemy tu o tym, że wyniki lokalnych wyborów wprost mogą przełożyć się na ogólnopolskie słupki. Na naszych oczach legł mit wszechwładnej KO. Legł mit dominacji koalicji obywateli w dużych miastach. Cena, którą zapłaci za swoją arogancję partia władzy będzie dużo wyższa, bo na Kraków patrzyła cała Polska.

I nie chodzi o to, że wygrał Gibała. Z Koalicją Obywateli wygrali sami obywatele. Pokazali, że mają podmiotowość i zdolność do wybierania zgodnie z własnym interesem a nie życzeniem, które płynie do nich z partyjnych centrali. To oni ocenią, czy Łukasz Gibała będzie dobrze rządził. I warszawskim politykom nic do tego.

Bo obywatele, gdy się dobrze zorganizują - będą w stanie wygrać z każdą partią w Polsce. Oczywiście mówimy tu o lokalnych wyborach - w plemiennej, rytualnej walce o rządy w Polsce wciąż wodzowie nie będą sobie mieli równych. Już za dwa tygodnie swoje zdanie wypowie Częstochowa. Ruszają się inne miasta.

Wrocław: do trzech razy sztuka? 

Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa i uwolnić się od partyjnego dyktatu? Wszystko zależy od mieszkańców, którzy już dziś mogą rozpocząć rozmowę o tym, czy warto zakrzyknąć: do trzech razy sztuka! I skutecznie przeprowadzić inicjatywę odwołania Jacka Sutryka z funkcji prezydenta. 

Tak się składa, że w najbliższych dniach rozpoczyna się proces, w którym prezydent Wrocławia jest oskarżony o łapownictwo i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Miasto jest w tracie cyklu podwyżek, finanse przestały się dopinać a kolesie pławią się w luksusach kosztem zwykłych mieszkańców. Czy to będzie wystarczająca sprężyna, by strzaskać zakrzepłą skorupę układu, który podzielił się wpływami i sprywatyzował Wrocław? Tu najwięcej zależy, drogi czytelniku, od Ciebie.


Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Damian Daszkowski

Władza samorządowa to nie jest prywatny folwark, a publiczne pieniądze to nie nagroda za partyjną lojalność. Demokracja bezpośrednia nie jest własnością żadnej partii - to narzędzie obywateli, którzy chcą odzyskać realny wpływ na swoje miasto. Idzie nowa era w lokalnej polityce. Era, w której mieszkańcy nie muszą już biernie przyglądać się decyzjom zza urzędniczych biurek.

Referendum: prawo zapisane w Konstytucji

Artykuł 170 Konstytucji RP daje wspólnotom samorządowym możliwość korzystania z referendum. To narzędzie, które pozwala obywatelom nie tylko wybierać władzę, ale również rozliczać ją w trakcie kadencji. Kraków w 2026 roku i Zabrze w 2025 roku pokazały, że prezydent miasta nie jest nietykalny. Mieszkańcy mogą odwołać władzę przed końcem kadencji, jeżeli uznają, że utraciła ich zaufanie.

I właśnie po to istnieje referendum lokalne. Żeby obywatele nie musieli bezradnie czekać kolejnych lat, kiedy mają poczucie, że ich miastem rządzą ludzie, którzy zapomnieli, komu powinni służyć. Miasto należy do mieszkańców, a sprawowanie władzy to służba, nie bankomat.

Dwie prędkości Wrocławia: pensje mieszkańców vs. dochody władzy

Spójrzmy na wrocławską rzeczywistość. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło tu w 2025 roku około 9 677 zł. To około 116 tys. zł brutto rocznie.

A teraz spójrzmy na elitę. Jak wynika z publikacji Radia Wrocław , wiceprezydent Renata Granowska wykazała około 426 tys. zł dochodów za 2025 rok. Radny Michał Młyńczak? On wykazał około 379 tys. zł dochodów z pracy i rad nadzorczych, a po uwzględnieniu 350 tys. zł darowizn łączna wartość wykazanych wpływów wynosiła około 729 tys. zł.

To przepaść. Dochody z samej tylko pracy i rad nadzorczych tych dwojga to odpowiednio 3,7 oraz 3,3-krotność rocznych zarobków przeciętnego wrocławianina (pamiętając oczywiście, że kwota darowizn nie jest wynagrodzeniem za pracę).

Pytamy o standardy, bo my za to płacimy

Czy samo wysokie wynagrodzenie oznacza przestępstwo? Oczywiście, że nie. Czy zasiadanie w radzie nadzorczej jest automatycznie patologią? Również nie. Ale mieszkańcy mają pełne prawo pytać o kryteria nominacji, kompetencje, wysokość wynagrodzeń, przejrzystość procedur i rzeczywiste efekty pracy osób zarządzających majątkiem publicznym.

Problem zaczyna się wtedy, gdy mieszkańcy mają płacić coraz więcej, miasto ponosi wielomilionowe zobowiązania, a obywatele nie otrzymują przekonujących odpowiedzi, kto odpowiada za decyzje i jak rozliczane są osoby sprawujące władzę.

Nie przesądzam, że konkretna osoba dopuściła się przestępstwa. Stawiam jednak pytanie o standardy, przejrzystość i odpowiedzialność. W państwie prawa zarzuty trzeba udowadniać, ale obywateli nie wolno uciszać tylko dlatego, że domagają się wyjaśnień.

Ta sama miara dla wszystkich

Zwykły człowiek musi pilnować każdej złotówki. Płaci czynsz, rachunki, podatki i opłaty miejskie. Kiedy popełni błąd, ponosi jego konsekwencje. Kiedy zabraknie mu pieniędzy, nikt nie zwolni go z odpowiedzialności. Dlaczego zatem władza miałaby być traktowana inaczej? Dlaczego mieszkańcy mają bezwarunkowo akceptować system, w którym politycy obejmują kolejne funkcje, zasiadają w radach nadzorczych i uzyskują dodatkowe dochody, podczas gdy zwykli pracownicy muszą ciężko pracować na utrzymanie swoich rodzin?

I właśnie dlatego potrzebujemy silnej demokracji bezpośredniej! Referendum to nie jest zamach na demokrację. To demokracja w najczystszej postaci. Referendum daje mieszkańcom możliwość powiedzenia: nie akceptujemy sposobu, w jaki zarządzacie naszym miastem. Nie zgadzamy się na brak przejrzystości. Chcemy jawnych konkursów, uczciwych zasad nominacji, kontroli miejskich spółek i odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Jeżeli władza traci zaufanie mieszkańców, obywatele powinni mieć realne narzędzia, aby ją rozliczyć. Nie tylko podczas wyborów odbywających się raz na kilka lat.

Nie ma znaczenia, czy rządzi KO, PiS, Lewica, Razem, Konfederacja czy jakakolwiek inna formacja. Mieszkańcy nie są własnością partii, a samorząd nie jest przechowalnią dla politycznych kolegów. To narzędzie zwykłych ludzi przeciwko arogancji każdej władzy. Czas zacząć z niego korzystać.


Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!

Ile zarabiają zarządy spółek?

Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:

  • Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej. 
  • Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
  • ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie. 
  • WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu. 
  • Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
  • Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
  • Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej  departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
  • Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
  • Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.

Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne. 

W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy

Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy. 

Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy

Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.

Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:

  • Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie.  Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
  • Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
  • Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!

„Odpowiedź jest negatywna"

Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!

Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?

Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!

Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?

Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych  wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.

Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.


Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocławianie płacą rachunek

Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocław płaci rachunek

Piotr Uhle

Prezydent Wrocławia i jego pierwszy zastępca w ciągu roku pokonali w delegacjach dystans, który pozwoliłby pięciokrotnie okrążyć kulę ziemską. Skokowy wzrost wydatków na zagraniczne wojaże zbiegł się z postawieniem Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa. Mieliśmy w ratuszu nielegalny komis, mieliśmy studio produkcji porno – dziś odnaleźliśmy biuro podróży.

Gdyby połączyć w jedną trasę wszystkie delegacje Jacka Sutryka i Jakuba Mazura z ostatnich kilkunastu miesięcy, wyszłoby ponad 221 tysięcy kilometrów – to więcej niż pięć okrążeń Ziemi po równiku. Sami to policzyliśmy, kilometr po kilometrze, na podstawie oficjalnych zestawień przekazanych przez Urząd Miejski Wrocławia.

Biuro podróży zamiast ratusza

Jacek Sutryk został zatrzymany przez CBA w listopadzie 2024 roku i usłyszał cztery zarzuty – jeden korupcyjny, trzy oszustwa – w związku z aferą fałszywych dyplomów Collegium Humanum. Rok 2025, pierwszy pełny rok od tego zatrzymania, okazał się dla urzędu rekordowy pod względem wydatków na delegacje: ponad milion złotych, więcej niż w jakimkolwiek innym roku od 2018. Licząc od grudnia 2018 do sierpnia 2026 roku, Urząd Miejski Wrocławia wydał na krajowe i zagraniczne podróże służbowe blisko 4,3 miliona złotych.

Absolutnymi liderami w liczbie i długości wyjazdów są sam prezydent oraz jego najbliższy polityczny współpracownik, wiceprezydent Jakub Mazur. Sutryk odbył w analizowanym okresie 30 delegacji (104 tysiące km w obie strony), Mazur – aż 40 (117,5 tysiąca km). To więcej niż wszyscy pozostali wiceprezydenci razem wzięci.

Dokąd jeżdżą prezydent i wiceprezydent

W oczy rzucają się wyjazdy, co do których trudno znaleźć realne uzasadnienie proporcjonalne do ich kosztu i odległości:

  • Chicago – Charlotte – Vancouver (Sutryk i Mazur razem, 8 dni) – oficjalnie: spotkania z Polonią, obchody 235-lecia Konstytucji 3 Maja, spotkanie z władzami Charlotte i „globalna konferencja technologiczno-finansowa”. Sama ta jedna delegacja to ponad 20 tysięcy kilometrów w obie strony.
  • Stambuł i Tokio (Sutryk i Mazur razem, osobno) – oficjalny cel: „inspekcja procesu produkcji autobusów” dla MPK. Nie wiadomo, jakie kompetencje techniczne w ocenie linii produkcyjnych autobusów posiadają prezydent miasta i jego zastępca.
  • Helsinki – szkolenie „architektura bezpieczeństwa – projektowanie i zarządzanie nowoczesną infrastrukturą schronową”, w którym osobiście uczestniczyli i prezydent, i wiceprezydent.
  • Batumi – wizyta w gruzińskim mieście partnerskim, zorganizowana przez marszałka województwa, w której uczestniczyli obaj.
  • Barcelona i Madryt (Mazur, wielokrotnie) – m.in. udział w „platformie wspierającej odzyskiwanie nadwyżek jedzenia w koncepcie zero waste”.

Jakie konkretne korzyści udało się dzięki tym wyjazdom załatwić dla Wrocławia? Na odpowiedzi w tym zakresie nadal czekamy.

Sprawdź szczegóły: CZĘŚĆ 1, CZĘŚĆ 2.

Bal mistrzów sportu, maraton w Walencji i inne wycieczki kierownictwa

Lista dziwnych wyjazdów nie kończy się na dwóch najważniejszych osobach w mieście. Dyrektor departamentu Damian Żołędziewski pojechał do Warszawy na Bal Mistrzów Sportu – „w imieniu Jacka Sutryka”. Wiceprezydent Renata Granowska odbyła czterodniową delegację zagraniczną do Walencji, gdzie – jak wprost napisano w celu podróży – by wziąć udział w 34. edycji półmaratonu Valencia. Do tego dochodzą: kilkanaście osób z kierownictwa urzędu wysłanych osobno na to samo Forum Ekonomiczne w Karpaczu, czy regularne wyjazdy służbowe by brać udział w wydarzeniach politycznych, np. stowarzyszenia TAK! Dla Polski czy Campus Polska.

Skarbnik ubolewa nad kondycją budżetu, ale kasa się znajduje

Uderza fakt, że w mieście, w którym każdą złotówkę powinniśmy oglądać dwa razy, tak lekką ręką wydaje się pieniądze podatników. Skarbnik na lipcowej sesji Rady Miejskiej przedstawiał, jak trudna jest sytuacja budżetu Wrocławia. Miasto sięga coraz głębiej do kieszeni mieszkańców – podwyżki za śmieci, za wodę, za mieszkania komunalne, za bilety do zoo i aquaparku – a tu takie kwiatki.

„Ważniejsze rzeczy na głowie” Sutryka. Podróże?

W czwartek w Radio Rodzina Jacek Sutryk tłumaczył, że nie ma ochoty rozmawiać z radnymi o przyspieszeniu tramwajów, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. To postawa, którą prezentuje od dłuższego czasu wobec Rady Miejskiej Wrocławia. Trudno dostrzec go w trakcie obrad sesji, nie pojawia się na komisjach. W ostatnim czasie coraz rzadziej prowadzi też Kolegium Prezydenta. Jakie ma zatem ważniejsze rzeczy na głowie?

Wychodzi na to, że głównie podróżowanie. Od kiedy zrozumiał, że politycznie nie ma już przyszłości – realnie abdykował. Nie rządzi i nie panuje. Zamiast tego wyciska ostatnią kroplę soku z owocu, jakim jest Miasto Wrocław. Nie obchodzi go, co i kto z Wrocławiem będzie robił – byle do następnej wypłaty, byle do następnej wycieczki. Mafia śmieciowa i koalicja deweloperska szaleją pod nosem. Kolesie, partyjniacy i działacze sportowi rozszarpują to, co jeszcze zostało w mieście do podzielenia. A Jacek Placek bierze pod rękę Kubusia Wędrowniczka i lecą na koniec świata.

Łódź i Warszawa już to przerabiały

Wrocław nie byłby pierwszym miastem, w którym zamiłowanie prezydenta do podróży kończy się politycznym trzęsieniem ziemi. Prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki w czasie swojej kadencji wyjeżdżał służbowo za granicę 168 razy, a wydatki na jego podróże i podróże urzędników sięgnęły w jednym roku 860 tysięcy złotych, z planem na kolejny rok idącym w milion. Zamiłowanie prezydenta do zwiedzania świata było jedną z przyczyn, dla których mieszkańcy doprowadzili do referendum w sprawie jego odwołania.

W Warszawie temat wracał przy okazji krytyki Rafała Trzaskowskiego – politycy opozycji wyliczali, że prezydent stolicy odbył w trakcie kadencji 51 delegacji zagranicznych i 30 krajowych, komentując: „planeta płonie, a Rafał Trzaskowski lata dookoła Ziemi”. Mieszkańcy chwilę temu ogłosili, że zebrali już ponad 100 000 podpisów za odwołaniem prezydenta Warszawy. We Wrocławiu mamy dokładnie ten sam mechanizm – tylko że tu prezydentowi towarzyszą jeszcze poważne zarzuty prokuratorskie.

Jedyna droga to referendum

Jak długo mieszkańcy będą to znosić? Marnowanie Wrocławia, by zaspokoić potrzeby wąskiej grupy kolesi pasących się na niszczeniu miasta i grabieniu wrocławian? Sami z własnej woli z funkcji nie odejdą. Jedyną drogą pozostaje referendum.

Do sprawy będziemy jeszcze wracać.


Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina

Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina

W niedzielę, 20 września, mieszkańcy gminy Sobótka zdecydują, kto przez najbliższe dwa i pół roku będzie kierował urzędem. To starcie, które wykracza poza lokalne podwórko – bo choć na kartach wyborczych znajdą się dwa nazwiska, w tle rozgrywa się coś więcej: pytanie, czy niezależna, oddolna polityka jest w stanie przebić się przez zorganizowaną machinę partyjną.

Wyniki, które dają do myślenia

Pierwsza tura należała do Marceli Hryniak-Bereżnickiej, radnej miejskiej i jednej z twarzy inicjatywy referendalnej sprzed lat, która zebrała ponad 36% głosów – blisko 1500 poparć. Grzegorz Waksmundzki, kandydat związany ze środowiskiem Koalicji Obywatelskiej, uzyskał około 28%. Trzecie miejsce zajął Mateusz Jędra, emerytowany sztangista i działacz sportowy z ponad 900 głosami – i to właśnie jego poparcie dla Waksmundzkiego w sztabie KO przyjęto z ulgą, bo teoretycznie domyka drugiej turze arytmetykę.

Teoretycznie. Bo druga tura rządzi się własnymi prawami, a mobilizacja elektoratu wokół kandydatki niezależnej bywa trudniejsza do przewidzenia niż proste sumowanie głosów.

Dwie różne opowieści o samorządzie

Hryniak-Bereżnicka konsekwentnie unika wielkich obietnic. W swoich wypowiedziach podkreśla, że priorytetem jest uporządkowanie pracy urzędu, przygotowanie budżetu na 2027 rok, kontynuacja rozpoczętych inwestycji oraz decyzje dotyczące oczyszczalni ścieków i jakości wody. To język praktyka, nie showmana – i sama przyznaje, że nie chce obiecywać „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Deklaruje też zmianę stylu zarządzania: jawny kalendarz burmistrza, koniec z zamkniętymi spotkaniami, równe traktowanie wszystkich radnych niezależnie od tego, czy są „swoi”, czy „obcy”.

Po drugiej stronie stoi kandydat wspierany przez pełną strukturę partyjną – zaangażowali się w kampanię zarówno radni gminni i miejscy, jak i politycy szczebla regionalnego. To zresztą jeden z wątków, które wracają w lokalnej debacie: skala billboardów i banerów kandydata KO w całej gminie budzi pytania o źródła finansowania kampanii, a sama jej intensywność stała się tematem komentarzy mieszkańców.

Każdy wyborca musi również zadać sobie pytanie czy obiecywany niekończący się strumień państwowych i wojewódzkich pieniędzy, który ma iść za kandydatem partii władzy ma szansę się urzeczywistnić. Pamiętajmy o nieoficjalnym zawołaniu tej formacji: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.

Debata, której nie będzie

Symbolicznym elementem ostatnich dni kampanii stał się spór o formułę debaty. Hryniak-Bereżnicka zadeklarowała pełną dostępność na spotkanie z bezpośrednim udziałem mieszkańców – z wyjątkiem piątkowego wieczoru. Kontrkandydat, mimo wcześniejszego przyjęcia zaproszenia, nie znalazł czasu w kalendarzu. Ostatecznie odbędzie się jedynie debata radiowa, ze zdalnie przesyłanymi pytaniami słuchaczy – bez bezpośredniej konfrontacji z wyborcami na sali.

Co mówią komentarze

Lokalna dyskusja internetowa wokół wyborów jest, jak to zwykle bywa, mocno spolaryzowana – część głosów sprowadza się do anonimowych przytyków partyjnych i niepotwierdzonych plotek, inne bezpośrednio stawiają pytanie, komu i dlaczego opłaca się utrzymanie status quo w gminie. Powtarzającym się motywem jest sprzeciw wobec „upartyjnienia” stanowiska burmistrza i obawa, że zwycięstwo kandydata KO oznaczać będzie powrót dawnych układów – tylko w nowej odsłonie. Z drugiej strony pojawiają się głosy podważające kompetencje kandydatki niezależnej i przypominające jej dotychczasowe zaangażowanie społeczne jako atut, nie przeszkodę.

Stawka na niedzielę

Dla Koalicji Obywatelskiej ta druga tura to gra o coś więcej niż jeden fotel burmistrza – to test siły partyjnej struktury w mniejszej gminie, gdzie dotąd rządziły bardziej lokalne układy niż centralowa polityka. Dla mieszkańców Sobótki to z kolei pytanie, czy warto dać kredyt zaufania kandydatce, która nie ma za sobą partyjnego zaplecza, ale ma za to kilkuletnią historię pracy u podstaw – i czy chcą przełamać schemat, w którym o władzy lokalnej decydują bilbordy i partyjny desant, a nie codzienna, żmudna praca w radzie.

Rozstrzygnie się również pytanie czy mieszkańcy postawią kropkę nad “i” oraz dokonają prawdziwej, obywatelskiej zmiany we własnej gminie.

Wybory odbędą się w najbliższą niedzielę.

 


264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO

264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO

Grażyna Wilk

Wrocław jest jednym z największych grantodawców organizacji pozarządowych w Polsce. W 2025 roku na dotacje dla NGO przeznaczył 264,8 mln zł. Rok wcześniej było to ponad 240 mln zł, a w 2023 roku 221,7 mln zł. Każdego roku miasto zawiera ponad 1100 umów na realizację zadań publicznych. Skala tej współpracy należy do największych w kraju. Problem w tym, że system sprawozdawczości praktycznie nie pozwala odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: jaki efekt społeczny przyniosło wydanie tych pieniędzy.

Przeanalizowaliśmy sprawozdania z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za lata 2023, 2024 i 2025 oraz obowiązującą Politykę współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, przyjętą uchwałą nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 roku. Zestawiliśmy sposób raportowania wyników z rekomendacjami zawartymi w raporcie zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierunkiem Aldony Wiktorskiej-Święckiej, Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024 (UWr / Fundacja Umbrella, 2025), oraz z podejściem do ewaluacji polityk publicznych opisywanym przez OECD w raporcie Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation (2024).

Pytanie było jedno. Czy na podstawie miejskich sprawozdań można ocenić skuteczność wydatkowania ponad ćwierć miliarda złotych rocznie? Odpowiedź nie jest oczywista na pierwszy rzut oka, ale analiza prowadzi do jednoznacznego wniosku: nie można.

Miasto szczegółowo opisuje skalę działań

Sprawozdania z realizacji Programu współpracy to obszerne dokumenty. Zawierają informacje o liczbie ogłoszonych konkursów, zawartych umowach, wysokości przekazanych dotacji oraz realizowanych zadaniach w podziale na obszary polityki miejskiej, od pomocy społecznej, przez kulturę i sport, po ekologię i prawa człowieka. W poszczególnych obszarach przedstawiane są dane dotyczące liczby odbiorców, wydarzeń, godzin usług czy uczestników projektów.

Tego typu informacje są potrzebne. Pozwalają odpowiedzieć na pytania: ile pieniędzy wydano, ilu wykonawców realizowało zadania, ilu mieszkańców objęto wsparciem, jaką skalę miały poszczególne działania. Są to jednak wyłącznie wskaźniki opisujące zakres realizacji zadania, a nie jego skuteczność. Miasto pokazuje więc bardzo dokładnie, co zostało zrobione. Znacznie rzadziej pokazuje, co dzięki temu się zmieniło.

Między produktem a rezultatem istnieje zasadnicza różnica

W ewaluacji polityk publicznych od dawna rozróżnia się kilka poziomów oceny działań. Najprostszy dotyczy nakładów finansowych, czyli tego, ile pieniędzy przeznaczono na dany cel. Kolejny opisuje produkty, czyli bezpośrednie, policzalne rezultaty wykonania zadania: liczbę uczestników, szkoleń, porad, wydarzeń, posiłków, godzin usług.

Dopiero następne poziomy dotyczą rezultatów i wpływu społecznego. Pytają nie o to, ile osób wzięło udział w projekcie, lecz czy dzięki temu poprawiła się ich sytuacja życiowa. Czy osoba bezdomna wyszła z bezdomności. Czy nastolatek objęty wsparciem psychologicznym rzadziej trafia potem do szpitala. Czy mieszkaniec osiedla, który wziął udział w warsztatach aktywizujących, faktycznie zaangażował się później w życie wspólnoty. OECD wskazuje, że dopiero ten etap pozwala realnie ocenić skuteczność polityk publicznych i podejmować świadome decyzje o dalszym finansowaniu poszczególnych rozwiązań, zamiast kontynuować je z bezwładu.

Analiza wrocławskich sprawozdań pokazuje, że dominują w nich informacje z pierwszych dwóch poziomów: nakładów i produktów. Znacznie trudniej znaleźć dane pozwalające ocenić trwałą zmianę społeczną wywołaną realizowanymi projektami. W setkach stron sprawozdań za trzy kolejne lata nie natrafiliśmy na przykład systematycznego pomiaru rezultatu, który wykraczałby poza policzenie tego, co się wydarzyło.

Co z tego wynika

Nie oznacza to automatycznie, że projekty finansowane przez miasto są nieskuteczne. Wiele wrocławskich organizacji pozarządowych wykonuje wartościową, często bardzo trudną pracę, nierzadko łatając dziury w niewydolnym systemie opieki państwowej i samorządowej.

Oznacza to coś innego. Na podstawie obowiązującego systemu sprawozdawczości nie da się tego ocenić. Jeżeli w obszarze przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu raportowana jest liczba osób objętych pomocą, nie wiemy, ilu spośród nich dzięki tej pomocy faktycznie się usamodzielniło. Jeżeli raportowana jest liczba wydarzeń obywatelskich, nie wiemy, czy przełożyły się one na trwały wzrost aktywności mieszkańców, czy skończyły się razem z ostatnim spotkaniem. Jeżeli sprawozdanie obejmuje liczbę godzin usług opiekuńczych, nie wiemy, czy realnie poprawiły one jakość życia odbiorców, czy jedynie wypełniły wymaganą liczbę godzin w kosztorysie.

To nie jest problem pojedynczego programu, pojedynczej dzielnicy ani pojedynczej organizacji. To cecha całego systemu raportowania, powtarzająca się konsekwentnie we wszystkich trzech analizowanych latach.

Dlaczego system mierzy to, co łatwe, a nie to, co ważne

Przyczyny takiego stanu rzeczy są systemowe, nie osobowe. Nie wynikają ze złej woli konkretnych urzędników czy organizacji, tylko z logiki, w jakiej cały mechanizm został zaprojektowany.

Po pierwsze, logika prawna i administracyjna. Umowy o dofinansowanie wymagają rozliczenia formalnego: czy środki wydano zgodnie z celem, czy dokumentacja jest kompletna, czy dotrzymano terminów. Takie rozliczenie chroni przed niegospodarnością w sensie księgowym. Nie chroni jednak przed nieskutecznością. System nagradza poprawność proceduralną, a nie skuteczność społeczną.

Po drugie, koszty i kompetencje. Pomiar efektów społecznych jest trudniejszy i droższy niż liczenie godzin czy beneficjentów. Wymaga metodologii, na przykład teorii zmiany albo badań porównawczych, danych wyjściowych sprzed interwencji oraz czasu, by ocenić efekt długoterminowy. Jak wynika z raportu Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024 (Stowarzyszenie Klon/Jawor, Fundacja Batorego), większość polskich organizacji, zwłaszcza mniejszych, po prostu nie dysponuje takimi zasobami. Miasto również nie buduje ich systematycznie po swojej stronie. Łatwiej więc zbierać to, co proste do policzenia.

Po trzecie, interesy obu stron układają się w system wzajemnego potwierdzania. Dla urzędu sprawozdania ilościowe są dowodem aktywności: wydaliśmy, zrealizowaliśmy, objęliśmy wsparciem. Dla organizacji są dowodem, że wywiązały się z umowy i mogą ubiegać się o kolejne środki w następnym konkursie. System staje się samowystarczalny. Pieniądze płyną, umowy są podpisywane, sprawozdania składane i przyjmowane. Pytanie „czy to działa” nie pojawia się, bo formalnie nikt nie jest zobowiązany go zadać.

Po czwarte, kultura zarządzania publicznego. Wrocław, podobnie jak wiele polskich miast, wciąż funkcjonuje w paradygmacie wydawania środków, a nie osiągania rezultatów. Raport OECD z 2024 roku pokazuje, że dojrzałe systemy współpracy z sektorem społecznym coraz częściej przechodzą na model oparty na pomiarze wpływu i finansowaniu zorientowanym na cel, a nie na sam fakt realizacji działania. Polska, a wraz z nią Wrocław, wciąż pozostaje w tyle za tą transformacją.

Raport, który miasto samo zamówiło

Dowodem na to, że w samym Urzędzie Miejskim istnieje świadomość tych ograniczeń, jest wspomniany już raport zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024. Badacze przeanalizowali dwie dekady relacji między Ratuszem a trzecim sektorem i wskazali, że system ewoluował od prostych konkursów ofert do bardziej złożonych form partnerstwa. Jednocześnie utrwalił się model, w którym miasto finansuje działalność, a organizacje dostarczają usługi i sprawozdania z ich realizacji. Zabrakło natomiast pętli zwrotnej opartej na wiedzy o wpływie, czyli mechanizmu, który pozwalałby wykorzystać zebrane doświadczenia do poprawy kolejnych edycji programu.

Raport zawiera konkretne rekomendacje ewaluacyjne. To, czy zostaną wdrożone, zależy od decyzji politycznej, a nie od dostępności wiedzy. Wiedza już istnieje, sfinansowana zresztą przy udziale podmiotów współpracujących z samym miastem.

Co można zrobić inaczej

Alternatywy dla obecnego modelu nie są ani tajemnicą, ani wynalazkiem teoretycznym. Część z nich wynika wprost z rekomendacji raportu Uniwersytetu Wrocławskiego, część z doświadczeń międzynarodowych opisanych przez OECD.

Można wprowadzić obowiązkowe elementy pomiaru wpływu w większych konkursach, traktowane nie jako kolejny biurokratyczny wymóg, lecz jako narzędzie uczenia się na przyszłość. Można finansować badania ewaluacyjne prowadzone niezależnie od grantobiorców, tak by ocena nie była sporządzana przez tego, kto sam siebie ocenia. Można budować systemy danych otwartych o problemach społecznych i efektach poszczególnych interwencji, dostępne dla mieszkańców i radnych, a nie zamknięte w wewnętrznych bazach urzędu. Można eksperymentować z modelami finansowania powiązanego z wynikami w wybranych, dobrze zdefiniowanych obszarach. Można wreszcie, tak jak sugeruje OECD, odchodzić od czysto konkursowego modelu rocznych umów na rzecz dłuższych partnerstw opartych na jasno określonej misji i mierzalnych celach, zamiast rozdrabniać środki na dziesiątki niewielkich, powtarzalnych z roku na rok zadań.

Żadne z tych rozwiązań nie jest proste do wdrożenia. Wszystkie wymagają woli politycznej, kompetencji analitycznych i czasu. Alternatywą jest jednak kontynuacja obecnego stanu rzeczy: 264 miliony złotych rocznie, ponad 1100 umów, setki stron sprawozdań i wciąż ten sam brak odpowiedzi na podstawowe pytanie, czy to wszystko działa.

System, który nie wie, czy działa

Wrocławski system współpracy z organizacjami pozarządowymi nie jest wadliwy z powodu złych intencji po żadnej ze stron. Jest wadliwy, bo od lat jest zaprojektowany do produkowania aktywności, a nie do produkowania wiedzy o zmianie. Generuje dane, które dobrze wyglądają w tabelach i podsumowaniach. Nie generuje wiedzy, która pozwalałaby podejmować lepsze decyzje w kolejnym roku.

Mieszkańcy Wrocławia mają prawo wiedzieć, czy 264,8 mln zł wydane w 2025 roku, a wcześniej 221,7 mln zł w 2023 roku, rzeczywiście poprawia sytuację najsłabszych, wzmacnia wspólnoty lokalne i buduje aktywność obywatelską, czy jedynie podtrzymuje istniejący od lat sposób funkcjonowania trzeciego sektora we Wrocławiu. Obecny system sprawozdawczości na to pytanie po prostu nie odpowiada. I dopóki się to nie zmieni, kolejne ponad 1100 umów rocznie będzie przede wszystkim dowodem na to, że miasto potrafi sprawnie wydawać pieniądze, a nie na to, że potrafi rzetelnie rozwiązywać problemy, na które te pieniądze mają odpowiadać.

Bibliografia i źródła:

Fot. Oleksandr Poliakovsky/www.wroclaw.pl


Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?

Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?

Mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic obronili się przed planem podrzucenia niczym kukułczego jaja ruchu z ul. Koreańskiej. To ważne zwycięstwo zdrowego rozsądku nad partykularnymi interesami wąskiej grupy. Ale zanim ktoś zawiesi rękawice na kołku, warto zapytać: dlaczego w ogóle do tego doszło, kto na tym zarobił politycznie i kto powinien za to zapłacić - stanowiskiem, mandatem albo fotelem prezydenta.

Zwycięstwo, które nie jest siłą władzy

Wrocławski magistrat najpierw okłamał mieszkańców, że zamyka Koreańską tylko tymczasowo, a potem, pod presją wycofał się z tego ordynarnego oszustwa. Przywrócona została wcześniejsza organizacja ruchu. Szybka reakcja urzędu wygląda na sukces mieszkańców - i słusznie, bo to oni się zmobilizowali. Nie należy jej jednak mylić z siłą i kompetencją władzy. To odruch samozachowawczy, a nie strategia. Urząd, który w ciągu kilku dni odwraca decyzję ogłoszoną jako gotowa, przyznaje tym samym, że działał bez rzetelnej analizy i pod presją wąskiej grupy interesu - nie mieszkańców jako całości. I nie ma co się łudzić - urzędnicy są gotowi okłamać mieszkańców po raz kolejny. Wiele wskazuje na to, że ostatnie ustalenia nie przetrwały nawet tygodnia - ale to temat na odrębny wątek.

Kto naprawdę stał za planem na Koreańskiej

To, co wyglądało na spontaniczną inicjatywę osiedlową, miało konkretnych autorów. Przewodniczący Rady Osiedla Marek Sadowski razem ze stworzonym naprędce stowarzyszeniem, które powołali Paweł Gruszka, Małgorzata Bielecka oraz Agnieszka Lingas-Łoniewska, ułożyli sobie sprawę po cichu z urzędem miejskim. Wsparcia politycznego - jeśli wierzyć sąsiadom - udzielili niektórzy urzędnicy oraz radna Agnieszka Dusza. Wszystkich, którzy firmowali ten pomysł, łączy jedno: mieszkają w bezpośrednim sąsiedztwie ulicy Koreańskiej, którą chcieli zamknąć dla wszystkich, tylko nie dla siebie. To podręcznikowy przypadek postawy, którą Amerykanie nazywają syndromem NIMBY - not in my backyard. Zwykle to aktywiści miejscy piętnują taką postawę jako szkodliwą dla wspólnoty. Tym razem część środowiska aktywistycznego sama ją zastosowała, a władza polityczna dała jej posłuch.

Nie jest to zresztą przypadek. Rada Osiedla Brochów od dawna uchodziła w wielu środowiskach za jedną z najbardziej prosutrykowych rad w mieście. Trudno się dziwić, że prezydent Jacek Sutryk i jego urzędnicy mieli akurat na jej podszepty wyjątkowo wyczulone ucho - i akurat tym razem byli gotowi działać szybko, bez analizy, wbrew interesowi całej wspólnoty.

Ruchu nie da się przerzucać jak gorącego ziemniaka

Sedno problemu nie zniknęło wraz z wycofaniem kontrowersyjnej decyzji. Cały ten spór pokazał, że miasto od lat próbuje rozwiązywać problem transportowy wschodniego Wrocławia metodą gorącego ziemniaka - przerzucając ruch z jednej ulicy na drugą, zamiast zaplanować go systemowo. Koreańska nie może zostać zamknięta ani odciążona kosztem sąsiadów, bo to nie rozwiązuje niczego - tylko przenosi problem o kilkaset metrów dalej. Libańska nie może też przejąć na siebie całego ruchu, który dziś obciąża okolicę, bo nie do tego została zaprojektowana i nie ma do tego przepustowości. Obie ulice - i Koreańska, i Libańska - są tej części miasta potrzebne. Jedna nie zastąpi drugiej. Bez spójnego planu, który obejmie całą siatkę połączeń Brochowa, Bieńkowic i Jagodna ze wschodnią obwodnicą, każda kolejna „decyzja" będzie tylko przekładaniem tego samego problemu na inny adres.

Mościckiego: osiem zmarnowanych lat

Ulica Mościckiego, formalnie droga zbiorcza, która powinna przejmować ruch łączący Brochów, Bieńkowice i Jagodno ze wschodnią obwodnicą Wrocławia, leżała odłogiem przez całą kadencję prezydenta Jacka Sutryka. Interpelacje w tej sprawie składano od lat: już w 2017 roku radny Kłosowski pytał o brak chodnika i oświetlenia, w 2019 roku kolejni radni wracali do sprawy stanu jezdni i bezpiecznej infrastruktury rowerowej. W 2025 roku temat wracał ponownie - najpierw jako pytanie o bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów oraz poszerzenie wiaduktu, potem jako interpelacja radnej Agnieszki Duszy dotycząca negocjacji z PKP. Odpowiedź urzędu przez lata brzmiała tak samo: teren jest „wyjątkowo trudny" - wiadukty, skarpy, rowy, gęsta zieleń - a pełna przebudowa byłaby zbyt kosztowna, więc realizuje się tylko punktowe łaty: oświetlenie z budżetu obywatelskiego, reorganizację parkowania, fragment chodnika finansowany przez TBS.

Libańska jako droga lokalna równoważąca Koreańską

Ten sam urząd, który latami tłumaczył się „trudnym terenem" przy Mościckiego, z entuzjazmem opisuje „korzystniejsze warunki projektowe" nowej ulicy Libańskiej. Nowa droga - zaplanowana jeszcze w miejscowym planie z 2013 roku - ma powstać częściowo za pieniądze deweloperów: blisko 3,7 miliona złotych wkładu wniosą firmy budujące w tej okolicy nowe osiedla. Przy Libańskiej ma też stanąć nowy węzeł przesiadkowy dla autobusów, bo obecny przystanek przy Ziemniaczanej jest za mały. Brzmi to jak inwestycja skrojona pod potrzeby nowych mieszkańców i deweloperów, a nie pod realny, systemowy problem transportowy istniejącej części miasta. Bez spójnej analizy kosztów i korzyści obu inwestycji oraz bez wyjaśnienia, dlaczego finansowanie prywatne miałoby decydować o priorytetach transportowych miasta, trudno mówić o rozwiązaniu problemu - raczej o jego przesunięciu w czasie i na inną ulicę.

Jagodno czeka jeszcze dłużej

O ile Brochów i Bieńkowice zaczynają wreszcie być słyszalne, o tyle sąsiednie Jagodno przez ostatnie miesiące dostawało jeszcze mocniej. Buforowa, Konduktorska i Schuberta to ulice, które w ostatnim czasie szczególnie ucierpiały pod naporem ruchu, jaki miasto latami kierowało właśnie tędy, bo nie chciało lub nie potrafiło rozbudować alternatywnych połączeń zbiorczych, w tym Mościckiego. Każda kolejna prowizorka na Koreańskiej, Libańskiej czy Mościckiego bez uwzględnienia Jagodna w całościowym planie oznacza w praktyce dalsze dokładanie ruchu tam, gdzie mieszkańcy już dziś nie mogą sobie z nim poradzić. Systemowe rozwiązanie dla wschodniego Wrocławia musi objąć Jagodno tak samo jak Brochów i Bieńkowice - inaczej znów przerzucimy gorącego ziemniaka, tylko w drugą stronę.

Kto powinien wziąć odpowiedzialność

Mieszkańcy mają pełne prawo domagać się konsekwencji wobec wszystkich, którzy doprowadzili do tej sytuacji - i nikogo z tej listy nie należy pomijać.

Wobec urzędników, którzy wprost wprowadzali mieszkańców w błąd, uzasadnione jest żądanie dymisji. Dotyczy to kierownictwa Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia, które straciło wiarygodność, dyrektora Staruchowicza ze ZDiUM, a także Elwiry Nowak, szefowej Wydziału Inżynierii Miejskiej, oraz jej zastępcy ds. zarządzania ruchem Andrzeja Brzozy. Dyrektorka Urbanek, która współtworzyła tę politykę, sama odeszła już na emeryturę - ale to nie zamyka sprawy odpowiedzialności pozostałych.

Wobec prezydenta Jacka Sutryka i radnej Agnieszki Duszy, którzy ponoszą odpowiedzialność polityczną za całą sprawę, jedyną skuteczną drogą jest pozbawienie ich funkcji w drodze referendum - bo do końca kadencji zostały jeszcze prawie trzy lata, w czasie których mogą dalej szkodzić tej części miasta.

Wobec Rady Osiedla Brochów, która zamiast reprezentować mieszkańców, ułożyła sobie sprawę z urzędem kosztem sąsiadów - właściwą drogą są wybory. I tak się składa, że odbędą się one już 21 marca. To najbliższa i najbardziej naturalna okazja, by wymienić lokalne elity, które zawiodły zaufanie mieszkańców.

Przestrzeń dla liderów, którzy działają dla mieszkańców, a nie obok nich

Konflikt wokół Koreańskiej zmobilizował mieszkańców i pokazał im siłę wspólnego działania. Chcemy, żeby ta energia przełożyła się na coś trwałego. Dlatego apelujemy o jak najwięcej przestrzeni i wsparcia dla lokalnych liderów, którzy są gotowi realnie działać na rzecz Brochowa, Bieńkowic i Jagodna - nie wbrew mieszkańcom, tylko dla nich. Brochów i Bieńkowice potrzebują ludzi uczciwych, którzy przedstawią konkretny program dla całej dzielnicy - a nie takich, którzy traktują tę funkcję jako sposób na załatwienie kilku spraw sobie i najbliższym sąsiadom. Piłka jest teraz po stronie mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna.

 

A my jesteśmy do ich dyspozycji.