Rower czy motocykl? Wrocław musi uporządkować elektryczne jednoślady

Rower czy motocykl? Wrocław musi uporządkować elektryczne jednoślady

Magdalena Gajewska-Królicka

Na ulicach Wrocławia coraz częściej spotykamy pojazdy elektryczne, które trudno jednoznacznie zakwalifikować. Rower? Motorower? Hulajnoga? A może coś, co tylko z wyglądu przypomina rower, ale możliwościami jest już zupełnie innym pojazdem?

To kwestia bezpieczeństwa mieszkańców, a nie hipotetyczna dyskusja. Problem jest realny i widoczny. Na wrocławskich drogach i ścieżkach rowerowych pojawiają się elektryczne jednoślady, których parametry zdecydowanie wykraczają poza to, co powinien oferować legalny rower elektryczny. Są pojazdy wyposażone w manetki gazu, pozwalające na jazdę bez pedałowania, rozwijające znaczne prędkości i ważące zdecydowanie więcej niż klasyczny rower.

Ich użytkownicy często poruszają się jednak tak, jakby nadal jechali zwykłym rowerem. I właśnie tutaj pojawia się problem.

Nie można udawać, że każdy elektryk jest rowerem

Legalny rower elektryczny jest rowerem. Ma określone parametry, a jego silnik ma wspomagać jazdę, a nie zastępować ją w całości. Tymczasem na rynku dostępne są pojazdy, które wizualnie przypominają rowery elektryczne, choć ich możliwości znacznie wykraczają poza ustawową definicję roweru.

To nie jest niewinna różnica techniczna. Jeżeli pojazd może osiągać prędkości właściwe dla motoroweru, ma manetkę gazu i może poruszać się bez pedałowania, to nie powinien korzystać z drogi rowerowej na takich samych zasadach jak zwykły rower. Nie można mieć jednocześnie osiągów motoru i praw rowerzysty. A jednak właśnie z takimi sytuacjami spotykamy się również we Wrocławiu.

Policjanci podczas kontroli ujawniali już pojazdy, które tylko przypominały rowery elektryczne, a w rzeczywistości ze względu na swoje parametry nie spełniały wymogów przewidzianych dla rowerów. W jednym z przypadków kontrolowany jednoślad wyposażony był w manetkę przyspieszenia, nie posiadał pedałów i mógł rozwijać prędkość znacznie przekraczającą dopuszczalną dla roweru elektrycznego.

Statystyki pokazują, że problem jest realny i dotyczy również Wrocławia. Od stycznia do końca października 2025 roku na Dolnym Śląsku odnotowano 55 wypadków z udziałem użytkowników hulajnóg elektrycznych, wobec 48 w analogicznym okresie 2024 roku i 41 w 2023 roku. W samym Wrocławiu i powiecie wrocławskim w 2025 roku w wypadkach z udziałem rowerzystów zginęły dwie osoby. Jednocześnie podczas policyjnej akcji „Elektryczny Rower i Hulajnoga” na Dolnym Śląsku skontrolowano blisko 700 uczestników ruchu i ujawniono niemal 500 wykroczeń. W przypadku hulajnóg najczęściej dotyczyły one przekraczania dozwolonej prędkości i niestosowania się do sygnalizacji świetlnej. To pokazuje, że potrzebne są regularne, skuteczne kontrole - również parametrów technicznych elektrycznych jednośladów - oraz zdecydowane egzekwowanie przepisów, zanim kolejny niebezpieczny przejazd zakończy się tragedią.

Jak widać nie mamy do czynienia z hipotetycznym problemem. To dzieje się tu i teraz – na ulicach naszego miasta, a chodzi o bezpieczeństwo mieszkańców.

Droga rowerowa nie jest miejscem dla motocykli udających rowery

Wrocławianie korzystający z dróg rowerowych mają prawo oczekiwać bezpieczeństwa. Na tej samej trasie mogą spotkać się dziecko jadące swoim pierwszym rowerem, senior korzystający z legalnego e-bike'a, osoba jadąca rekreacyjnie oraz użytkownik hulajnogi.

Wszyscy mają prawo czuć się tam bezpiecznie. Nie można więc pozwalać, aby obok nich poruszały się ciężkie i szybkie pojazdy, które możliwościami przypominają motorowery, a mimo to korzystają z infrastruktury przeznaczonej dla rowerów.

Problemem jest nie tylko sprzęt, ale także zachowanie

Nielegalne lub niewłaściwie zmodyfikowane jednoślady to tylko część problemu. Drugą jest sposób, w jaki część użytkowników korzysta z miejskiej infrastruktury. Jazda po chodnikach. Przejeżdżanie przez przejścia dla pieszych. Ignorowanie sygnalizacji. Jazda pod prąd. Nadmierna prędkość. To nie są drobne przewinienia. Każde z takich zachowań może doprowadzić do wypadku.

Wrocławska policja podczas specjalnych działań kontrolnych dotyczących elektrycznych rowerów i hulajnóg ujawniła ponad sto wykroczeń. To pokazuje, że problem nie sprowadza się do kilku przypadkowych osób. Oczywiście zdecydowana większość rowerzystów i użytkowników hulajnóg korzysta z nich odpowiedzialnie. Ale właśnie dlatego nie można pozwolić, aby łamanie przepisów stało się czymś powszechnie akceptowanym.

Hulajnogi – wygodny transport, ale także problem dla pieszych

Hulajnogi elektryczne na stałe wpisały się w przestrzeń Wrocławia. Dla wielu mieszkańców są wygodnym sposobem przemieszczania się. Niestety dla pieszych ich obecność często oznacza również problemy. Hulajnogi zostawiane na środku chodnika - przy przejściach, na przystankach, w losowych  miejscach infrastruktury publicznej, w których blokują przejście.

Dla zdrowej i sprawnej osoby jest to problem. Dla osoby z niepełnosprawnością wzroku, osoby poruszającej się na wózku, seniora czy rodzica z dziecięcym wózkiem może oznaczać realną przeszkodę. Przestrzeń publiczna nie może być podporządkowana wygodzie jednego użytkownika kosztem wszystkich pozostałych. Jeżeli firma zarabia na udostępnianiu tysięcy pojazdów w mieście, musi również ponosić odpowiedzialność za to, jak te pojazdy funkcjonują w przestrzeni publicznej. Nie może być tak, że operator zarabia na każdym przejeździe, a problem źle zaparkowanych hulajnóg pozostaje problemem mieszkańców i miasta.

Inne miasta już działają

W wielu europejskich i amerykańskich miastach zasady korzystania z hulajnóg elektrycznych i rowerów współdzielonych są już ściśle regulowane. Paryż zakazał parkowania hulajnóg na chodnikach i ograniczył liczbę operatorów, Helsinki wprowadziły dynamiczne limity prędkości oraz nocne ograniczenia korzystania z hulajnóg, Oslo zmniejszyło flotę z ponad 25 tys. do ok. 8 tys. pojazdów, a Kopenhaga i Sztokholm ograniczyły liczbę operatorów. Barcelona wprowadziła wysokie mandaty za łamanie zasad, San Francisco i Seattle stosują limity flot, geofencing i rygorystyczne systemy pozwoleń, a Bruksela wymaga od operatorów szybkiego usuwania źle zaparkowanych pojazdów. Madryt, wobec nieskutecznego egzekwowania zasad bezpieczeństwa i parkowania, zdecydował się nawet zawiesić wynajem hulajnóg przez aplikacje.

Wrocław nie musi wymyślać rozwiązań od podstaw. Jak widać, w wielu miastach na Świecie zasady dotyczące hulajnóg i innych pojazdów współdzielonych są znacznie bardziej zdecydowane:

  • Są obowiązkowe miejsca parkowania,
  • Są ograniczenia liczby pojazdów,
  • Są strefy, w których hulajnogi automatycznie zwalniają,
  • Są systemy geofencingu, które uniemożliwiają zakończenie przejazdu w niedozwolonym miejscu,
  • Są kary dla operatorów.

W sytuacji, gdy firma nie przestrzega zasad, może stracić możliwość prowadzenia działalności. To nie jest walka z nowoczesnością. To jest zarządzanie miastem.

Wrocław potrzebuje zdecydowanej reakcji

Dzisiaj problemem jest skuteczne egzekwowanie przepisów oraz niedostateczne odgórne działanie w celu wprowadzenia zasad. Dlatego już dzisiaj potrzebujemy regularnych kontroli elektrycznych jednośladów, szczególnie tych, których parametry budzą uzasadnione wątpliwości.

Potrzebujemy zdecydowanej reakcji na nielegalne modyfikacje.

Potrzebujemy skuteczniejszego nadzoru nad hulajnogami.

Potrzebujemy jasnych zasad parkowania.

Potrzebujemy odpowiedzialności operatorów.

Potrzebujemy również współpracy miasta, policji i straży miejskiej.

Nie można czekać, aż wydarzy się poważny wypadek, żeby zacząć traktować problem poważnie.

Bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej powinno być ważniejsze niż wygoda użytkownika czy interes operatora… Wrocław jest miastem, w którym ludzie mają prawo korzystać z rowerów, hulajnóg i innych form nowoczesnego transportu. Ale mają też prawo do bezpiecznych chodników, dróg rowerowych i ulic. Te prawa nie powinny się wzajemnie wykluczać.

Trzeba skończyć z pobłażaniem dla pojazdów, które udają rowery, choć ich parametry wskazują na zupełnie inną kategorię. Trzeba uporządkować funkcjonowanie hulajnóg w przestrzeni publicznej. Trzeba pociągnąć operatorów do odpowiedzialności za chaos, który powstaje w związku z ich działalnością.

I przede wszystkim trzeba zacząć traktować bezpieczeństwo mieszkańców jako priorytet.

Rower elektryczny – tak!  Hulajnoga – tak! Nowoczesna mobilność – zdecydowanie tak! Ale nie może być zgody na sytuację, w której motocykl udaje rower, a chodnik staje się parkingiem dla hulajnóg. Nowoczesne miasto to nie miasto bez zasad. To miasto, które potrafi jasno wyznaczyć granice i konsekwentnie ich przestrzegać. Wrocław powinien zrobić to teraz.


Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?

Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?

Magdalena Gajewska-Królicka

Rada Miejska Wrocławia odrzuciła petycję w sprawie wzmocnienia roli rad osiedli, mimo że własna komisja rekomendowała jej uwzględnienie. W głosowaniu za petycją opowiedziało się jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a 13 wstrzymało się od głosu. Decyzja stawia pod znakiem zapytania szczerość zapowiadanej od miesięcy reformy.

Czy Wrocław rzeczywiście chce rozmawiać o reformie Rad Osiedli, czy jedynie sprawia takie wrażenie? Ostatnia sesja Rady Miejskiej daje niestety powody do poważnych wątpliwości.

Radni miejscy odrzucili petycję z postulatami przygotowanymi podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego – dokumentu wypracowanego przez mieszkańców, część obecnych i byłych Radnych Osiedlowych, społeczników oraz osoby od lat zaangażowane w funkcjonowanie lokalnego samorządu. Nie był to dokument napisany zza biurka. Powstał na podstawie doświadczeń ludzi, którzy każdego dnia mierzą się z problemami funkcjonowania osiedli i najlepiej wiedzą, gdzie obecny system zwyczajnie nie działa. Warto podkreślić, że sama komisja merytoryczna rozpatrująca petycję zarekomendowała jej uwzględnienie stosunkiem głosów 2 do 0, przy 3 wstrzymujących się. Mimo to podczas głosowania na sesji plenarnej rekomendacja komisji nie została podtrzymana.

Argument o "błędzie prawnym"

Najbardziej zaskakuje jednak uzasadnienie tej decyzji. Radny Sławomir Czerwiński z klubu Lewica Naprzód, w imieniu którego zgłosił stanowisko „bez opinii", wskazał między innymi na brak podstawy prawnej dla postulatu sesji hybrydowych. Tę wątpliwość rozwinął radny Robert Suligowski, przekonując, że petycja zawiera błąd prawny i deklarując wstrzymanie się od głosu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to argument chybiony w odniesieniu do całości dokumentu. Petycja nie jest przecież projektem uchwały ani aktem prawa miejscowego. Jej celem nie jest tworzenie gotowych przepisów, lecz wskazanie kierunku zmian i zwrócenie uwagi na problemy wymagające rozwiązania. To właśnie później rolą organów miasta jest przełożenie takich postulatów na poprawne pod względem prawnym rozwiązania.

Zgadzam się, ale się wstrzymam

Równie zaskakujące były głosy radnych, którzy deklarowali, że zgadzają się z częścią postulatów, ale nie ze wszystkimi, dlatego postanowili wstrzymać się od głosu. Radna Martyna Stachowiak, przewodnicząca komisji rozpatrującej petycję, wprost przyznała podczas sesji – zgadzam się w większości co do zasady, niekoniecznie zgadzam się co do poszczególnych rozwiązań – po czym wyjaśniła, że ze względu na brak możliwości głosowania nad poszczególnymi punktami osobno nie jest w stanie poprzeć całości dokumentu. Takie podejście prowadzi do prostego pytania: czy naprawdę łatwiej odrzucić cały dokument niż rozpocząć rozmowę o tych propozycjach, z którymi samemu się zgadza?

Przecież właśnie na tym polega dialog. Nie trzeba akceptować każdego przecinka, aby uznać, że przedstawione problemy są realne i wymagają wspólnej pracy. Odrzucenie petycji nie oznacza odrzucenia kilku punktów. Oznacza odrzucenie inicjatywy obywatelskiej przygotowanej przez środowisko, które działa na rzecz wrocławskich osiedli.

Reforma zapowiadana od miesięcy

To szczególnie zastanawiające w kontekście wielokrotnie zapowiadanej kompleksowej reformy Rad Osiedli. Od miesięcy słyszymy o potrzebie zmian. Tymczasem konkretów wciąż brakuje. Jedyną szerzej omawianą inicjatywą był projekt uchwały dotyczącej konsultacji społecznych przygotowany przez dwóch radnych miejskich. Rada Miejska nie zdecydowała się jednak na jego przyjęcie, a sam projekt koncentrował się przede wszystkim na zmianach granic osiedli. To ważny temat, ale z pewnością nie najważniejszy.

Prawdziwe problemy Rad Osiedli leżą gdzie indziej. To ograniczone kompetencje, niewystarczająca sprawczość, niejasne finansowanie, brak nowoczesnych narzędzi komunikacji, niedostateczna cyfryzacja oraz niewystarczający wpływ na decyzje dotyczące najbliższego otoczenia mieszkańców. Właśnie o tym mówiła petycja. O sprawach fundamentalnych.

Paradoks partycypacji

Nie sposób nie zauważyć pewnego paradoksu. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o chęci współpracy z mieszkańcami i wzmacniania partycypacji społecznej. Z drugiej, gdy oddolne środowisko przedstawia wizję zmian, wypracowaną wspólnie przez część praktyków samorządu osiedlowego, dokument zostaje odrzucony – mimo pozytywnej rekomendacji własnej komisji Rady Miejskiej. Trudno uznać to za zachętę do obywatelskiego zaangażowania.

Warto odnotować też głos radnego Suligowskiego, który zakwestionował reprezentatywność środowiska stojącego za petycją, mówiąc wprost – nie mam wrażenia, żeby to był głos całego środowiska – w odpowiedzi na co radny Piotr Uhle zastrzegł, że nigdy nie twierdził, jakoby petycja była głosem całego środowiska osiedlowego, a jedynie efektem pracy merytorycznej kilkudziesięciu osób, w większości radnych osiedlowych.

Punkt wyjścia, który zamknięto na starcie

Nikt rozsądny nie twierdzi, że memorandum Niezależnego Kongresu Osiedlowego było dokumentem idealnym. Być może część zapisów wymagała doprecyzowania, część zmian, a część dalszej analizy. Ale właśnie temu powinien służyć dialog. Rolą władz miasta nie jest oczekiwanie od mieszkańców gotowych projektów legislacyjnych, lecz prowadzenie rozmowy z tymi, którzy dostrzegają problemy i proponują kierunki ich rozwiązania.

Największą wartością tej petycji nie były poszczególne zapisy. Był nią fakt, że przedstawiciele wielu osiedli wspólnie wypracowali wizję zmian. Można było potraktować ją jako punkt wyjścia do stworzenia rzeczywiście kompleksowej reformy. Zamiast tego większość Rady Miejskiej postanowiła zamknąć temat już na starcie – w głosowaniu petycję poparło jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a aż 13 wstrzymało się od głosu, przy 37 radnych uprawnionych do głosowania i 27 obecnych na sali.

Jeżeli tak ma wyglądać dialog z mieszkańcami, trudno nie zadać pytania: czy zapowiadana reforma Rad Osiedli rzeczywiście ma powstać wspólnie z mieszkańcami, czy będzie jedynie kolejnym projektem przygotowanym bez uwzględnienia doświadczeń osób, które od lat społecznie pracują na rzecz swoich osiedli?

Wrocław potrzebuje dziś odwagi do rozmowy, a nie odwagi do odrzucania społecznych inicjatyw. Reforma Rad Osiedli nie wydarzy się sama. Nie powstanie również bez ludzi, którzy tworzą je od środka. Odrzucenie petycji nie zamyka dyskusji o przyszłości osiedli. Pokazuje jednak, że przed nami wciąż daleka droga do prawdziwego partnerstwa.


Koniec kosmicznych marzeń o ESA. Czy Wrocław potrafi żyć bez korporacyjnego mitu?

Koniec kosmicznych marzeń o ESA. Czy Wrocław potrafi żyć bez korporacyjnego mitu?

Marek Zalewski

Przegrana Wrocławia w starciu o prestiżowe centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej to coś więcej niż jednorazowy prestiżowy policzek ze strony Warszawy. To jasny sygnał, że dotychczasowy model rozwoju miasta oparty na ładnych prezentacjach, wizerunkowych sukcesach i zagranicznych biurowcach właśnie się wyczerpał.  Jeśli Wrocław chce przetrwać nadchodzące wstrząsy na rynku technologii i automatyzacji, musi pilnie porzucić korporacyjne złudzenia i zbudować most łączący zaawansowane usługi z twardym, nowoczesnym przemysłem. Czas na prawdziwy test dojrzałości.

Punkt wyjścia: Wrocław przegrywa wyścig o ESA

13 lipca 2026 roku poznaliśmy odpowiedź na pytanie, które od miesięcy elektryzowało wrocławskie środowisko naukowe, technologiczne i samorządowe: gdzie w Polsce powstanie centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wrocław przegrał. O lokalizację ubiegało się siedem największych polskich miast - Gdańsk, Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Warszawa i Wrocław - a decyzję ogłosili wspólnie premier Donald Tusk, minister finansów i gospodarki Andrzej Domański oraz dyrektor generalny ESA Josef Aschbacher. Nowy ośrodek, zajmujący się bezpieczeństwem kosmicznym, technologiami podwójnego zastosowania, łącznością satelitarną oraz zarządzaniem danymi i sytuacjami kryzysowymi, stanie w Warszawie. Będzie to pierwsze centrum ESA utworzone poza państwami założycielskimi Agencji i pierwsza duża placówka ESA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Reakcja władz miasta była pojednawcza, ale i wymowna. Decyzję o lokalizacji Biura Europejskiej Agencji Kosmicznej w Warszawie przyjmujemy z szacunkiem, trudno konkurować ze stolicą, chociażby ze względu na bliskość agend państwowych - przyznał Radosław Michalski, dyrektor Departamentu Marki Miasta. To zdanie, choć wypowiedziane w tonie pogodzenia się z wynikiem, jest w istocie diagnozą strukturalną, nie przypadkiem. Wrocław nie przegrał dlatego, że zabrakło mu kompetencji naukowych czy przemysłowych. Prof. Krzysztof Sośnica z Uniwersytetu Przyrodniczego, zaangażowany w przygotowanie wrocławsko-dolnośląskiej aplikacji, podkreślał, że miasto uzyskało zdecydowane poparcie sąsiednich regionów Czech i Saksonii oraz listy poparcia od agencji kosmicznych, firm i uczelni z kilkudziesięciu krajów. Wrocław przegrał, bo w grze o prestiżowe, scentralizowane instytucje liczy się przede wszystkim bliskość władzy centralnej, a tego żadna, nawet najlepiej przygotowana, prezentacja potencjału nie zastąpi.

To dobry punkt wyjścia do szerszej rozmowy o tym, na czym Wrocław powinien dziś budować swoją przewagę gospodarczą. Bo skoro miasto z definicji nie wygrywa wyścigów o prestiżowe instytucje ulokowane tam, gdzie jest stolica, tym bardziej potrzebuje mocnej, samodzielnej bazy: przemysłu, twardych kompetencji technicznych i usług, które nie zależą od jednorazowej decyzji podejmowanej w Warszawie. Ryzykiem nie jest tylko utrata pojedynczej instytucji. Ryzykiem jest myślenie, że o pozycji gospodarczej miasta decydują głównie efektowne ogłoszenia i rywalizacja o symboliczne szyldy, a nie codzienna, żmudna praca nad tym, jakie realne kompetencje i miejsca pracy zostają na miejscu.

W poprzednim tekście pisaliśmy o końcu mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Nie dlatego, że sektor nowoczesnych usług biznesowych przestał mieć znaczenie. Przeciwnie. Nadal jest jednym z najważniejszych filarów gospodarki Wrocławia. Problem polega na czymś innym: samo posiadanie dużych centrów usług nie jest już wystarczającą strategią rozwoju miasta.

Wrocław musi dziś zadać bardziej precyzyjne pytanie. Nie tylko: ilu inwestorów przyciągamy? Ale też: jakie kompetencje zostają w mieście, jakie miejsca pracy są odporne na automatyzację i czy lokalna gospodarka potrafi przestawić ludzi z wygaszanych procesów do sektorów, które będą realnie rosły?

Sektor usług idzie w górę. To dobra wiadomość, ale nie pełna odpowiedź

Trzeba uczciwie powiedzieć: sektor BSC, czyli centrów usług biznesowych, nie stoi w miejscu. Polska, w tym Wrocław, od lat przesuwa się w górę łańcucha wartości. Coraz mniej chodzi wyłącznie o proste księgowanie faktur, rutynowe procesy finansowe czy administracyjne back office. Coraz większe znaczenie mają IT, analityka danych, cyberbezpieczeństwo, inżynieria, automatyzacja, zarządzanie procesami i wybrane funkcje R&D.

To jest istotna zmiana. Oznacza, że Wrocław nie jest już wyłącznie miejscem taniej pracy biurowej dla zagranicznych central. W coraz większym stopniu staje się lokalizacją bardziej zaawansowanych kompetencji. Taki kierunek jest korzystny, bo zwiększa wartość pracy wykonywanej w mieście i zmniejsza ryzyko prostego przeniesienia części usług do tańszej lokalizacji.

Ale tu pojawia się zastrzeżenie. Awans w łańcuchu wartości nie usuwa ryzyka. On je tylko zmienia.

Po pierwsze, IT także nie jest nietykalne. Sztuczna inteligencja nie zastępuje całych zawodów z dnia na dzień, ale zmienia popyt na kompetencje. Najbardziej zagrożone nie muszą być wszystkie stanowiska informatyczne, lecz te, które opierają się na powtarzalnych zadaniach, prostym wsparciu, podstawowym testowaniu, administracji systemowej, obsłudze narzędzi i zadaniach juniorskich. Rynek nie musi zwalniać tysięcy osób od razu. Wystarczy, że ograniczy rekrutacje na wejściowe stanowiska, a to już zmienia ścieżkę kariery młodych ludzi.

Po drugie, R&D brzmi dobrze w prezentacjach, ale nie każde R&D oznacza lokalną innowacyjność. Jeżeli centrum badawczo rozwojowe działa w Polsce, ale własność intelektualna, komercjalizacja i najważniejsze decyzje pozostają za granicą, to miasto zyskuje miejsca pracy i kompetencje, ale niekoniecznie pełną wartość gospodarczą. Wrocław powinien więc wspierać R&D, ale nie mylić obecności zagranicznego centrum z budową własnej, lokalnej gospodarki innowacyjnej.

Kraków pokazuje, że problem nie jest tylko wrocławski

Warto spojrzeć na Kraków, bo to naturalny punkt porównania dla Wrocławia. Tam również przez lata sektor usług biznesowych był jednym z symboli sukcesu. Dziś lokalny rynek pracy staje się bardziej selektywny. Stopa bezrobocia w Krakowie formalnie nadal pozostaje jedną z najniższych w Polsce (2,5-2,8 proc. na przełomie 2025 i 2026 roku), ale pod tym spokojnym wskaźnikiem kryje się wyraźne pogorszenie. Według raportu „Krakowskie Obserwatorium Rynku Pracy” Grodzkiego Urzędu Pracy, na koniec września 2025 roku liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 22,9 proc. rok do roku, a w grupie do 30. roku życia aż o 37,7 proc. W tym samym okresie (I-IX 2025) liczba pracowników zgłoszonych do zwolnień grupowych wzrosła o 80,4 proc. rok do roku, do 3903 osób. Krakowski urząd pracy oraz eksperci rynku wskazują częściowo na zmiany legislacyjne w zasadach rejestracji bezrobotnych jako czynnik zawyżający dynamikę, ale skala wzrostu wśród najmłodszych pracowników i rosnąca liczba zwolnień grupowych trudno wytłumaczyć wyłącznie statystyką.

To jest ważna lekcja. Miasto może jednocześnie mieć dobre ogólne wskaźniki i narastające problemy w konkretnych segmentach rynku pracy. Niskie bezrobocie nie wyklucza trudności osób młodych, pracowników administracyjnych, juniorów, specjalistów od prostych procesów biurowych czy osób z kompetencjami dopasowanymi do jednego typu korporacyjnej organizacji.

Wrocław powinien wyciągnąć z tego wniosek wcześniej, nie dopiero wtedy, gdy lokalne dane zaczną wyglądać podobnie.

Przemysł wraca jako temat strategiczny

W debacie o Wrocławiu przez lata dominował język usług, biur i talentów. Przemysł był traktowany często jako coś mniej nowoczesnego. To błąd.

Nowoczesny przemysł, szczególnie przemysł obronny, elektroniczny, energetyczny, inżynieryjny i podwójnego zastosowania, może być dla regionu jednym z najważniejszych stabilizatorów rynku pracy. Nie chodzi o sentymentalny powrót do gospodarki kominów i hal produkcyjnych. Chodzi o przemysł wysokiej wartości, który łączy produkcję, inżynierię, serwis, elektronikę, oprogramowanie i logistykę.

Pod Wrocławiem widać już takie sygnały. W podwrocławskiej Czernicy, w wyniku połączenia PIT-RADWAR S.A. i Wojskowych Zakładów Łączności nr 2, powstaje Dolnośląskie Centrum Produkcyjno-Serwisowe Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Inwestycja o wartości ponad 300 mln zł, realizowana w latach 2024-2027, ma zwiększyć zdolności produkcyjne i serwisowe zakładu, m.in. w zakresie systemów łączności taktycznej na licencji L3Harris. Zatrudnienie ma wzrosnąć o 250 proc.: z obecnych ok. 170 specjalistów do docelowo blisko 270 osób, częściowo dzięki środkom z unijnego programu SAFE. Jelcz podpisał 5 marca 2026 roku z Polską Grupą Zbrojeniową umowę inwestycyjną o wartości ponad 756 mln zł (dokładnie 756 090 000 zł, ze środków Funduszu Inwestycji Kapitałowych) na budowę nowej fabryki w podwrocławskich Miłoszycach i zwiększenie zdolności produkcyjnych. Docelowo, do 2030 roku, ma to pozwolić na wzrost produkcji nawet do 1600-1800 pojazdów rocznie we wszystkich zakładach spółki, wobec obecnych ok. 500 sztuk rocznie. W Raciborzu, w halach po Rafako, na mocy porozumienia PGZ, Agencji Rozwoju Przemysłu i Jelcza z października 2025 roku, przygotowywana jest produkcja związana z Jelczem i sektorem obronnym.

To są miejsca pracy innego typu niż klasyczne BSC. Wymagają spawaczy, monterów, elektroników, automatyków, logistyków, inżynierów, projektantów, specjalistów jakości, zakupowców, programistów systemów wbudowanych i ludzi od zarządzania złożoną produkcją. Innymi słowy, to nie jest alternatywa wobec kompetencji nowoczesnych usług, tylko ich możliwe uzupełnienie.

Właśnie tutaj Wrocław powinien szukać swojej przewagi: w połączeniu usług biznesowych, kompetencji technologicznych, uczelni technicznych i przemysłu wysokiej wartości.

Volvo jako lekcja, nie jako anegdota

Przykład Volvo pokazuje, dlaczego ta dyskusja jest ważna, choć trzeba go osadzić we właściwym czasie. Decyzję o zamknięciu wrocławskiej fabryki zabudów autobusowych Volvo Buses ogłoszono w marcu 2023 roku, a produkcję wygaszono do pierwszego kwartału 2024 roku. Zmiana modelu biznesowego w Europie dotknęła około 1500 miejsc pracy we Wrocławiu. Firma zadeklarowała wówczas wsparcie dla pracowników oraz sprzedaż nieruchomości przy ul. Mydlanej szwedzkiemu Vargas Holding, który zapowiedział zatrudnienie części załogi i uruchomienie w tym miejscu innej działalności (m.in. produkcji pomp ciepła). Pozostałe wrocławskie oddziały Grupy Volvo, zatrudniające ponad 2100 osób w obszarach R&D, IT i usług finansowych, nie zostały objęte decyzją.

Sam fakt sprzed ponad dwóch lat pozostaje jednak istotny jako ilustracja mechanizmu: Wrocław utracił ważną część kompetencji produkcyjnych w branży autobusowej.

Gdy miasto traci zaawansowaną produkcję, traci nie tylko etaty. Traci doświadczenie zespołów, kulturę techniczną, sieci dostawców, praktyczną wiedzę produkcyjną i możliwość łączenia przemysłu z usługami inżynieryjnymi.

A takich kompetencji nie odbudowuje się prostą kampanią promocyjną.

Wrocław potrzebuje mostu między usługami a przemysłem

Nie chodzi o to, aby przeciwstawiać korporacje przemysłowi. To byłby fałszywy podział. Nowoczesna gospodarka potrzebuje obu elementów. Centra usług mogą dostarczać kompetencji z zakresu finansów, zakupów, compliance, analizy danych, IT, zarządzania projektami i automatyzacji. Przemysł daje natomiast twarde zakorzenienie gospodarcze, długie łańcuchy dostaw, miejsca pracy techniczne i zdolność tworzenia realnych produktów.

Dlatego Wrocław powinien zacząć myśleć o rynku pracy nie jako o zbiorze osobnych branż, lecz jako o systemie przepływu kompetencji. Pracownik centrum usług nie musi na zawsze pozostać pracownikiem centrum usług. Osoba z doświadczeniem w zakupach, jakości, analizie danych, logistyce albo zarządzaniu procesami może być bardzo cenna w przemyśle obronnym, energetycznym, automotive, elektronice czy produkcji specjalistycznej. Ale taki przepływ nie wydarzy się sam.

Potrzebne są programy przekwalifikowania, współpraca uczelni z firmami, aktywna rola miasta, lepsze dane o ryzykach sektorowych i poważniejsze potraktowanie technicznych zawodów średniego szczebla. Wrocław powinien przestać myśleć wyłącznie w kategoriach „biura kontra fabryki”. Przyszłość leży raczej w połączeniu: biuro projektujące, analizujące i automatyzujące procesy oraz zakład, który rzeczywiście coś produkuje, serwisuje i rozwija.

Środa Śląska-Miękinia: sukces, który trzeba mierzyć w czasie

W tym kontekście warto spojrzeć także na Park Przemysłowy Środa Śląska-Miękinia. Ogłoszenie wyboru tej lokalizacji przez tajwańskie środowisko firm zrzeszonych wokół TEEMA zostało przedstawione jako jeden z największych sukcesów inwestycyjnych Dolnego Śląska ostatnich lat. I rzeczywiście, potencjał jest duży. Mówimy o terenach przygotowywanych wcześniej pod projekt Intela, o bliskości Wrocławia, autostrady A4, dróg S3 i S5 oraz o możliwości przyciągnięcia firm z obszaru elektroniki, elektromobilności, serwerów AI, komponentów i technologii przemysłowych.

Ale właśnie dlatego trzeba oddzielić komunikat promocyjny od realnej polityki gospodarczej.

Na razie wiemy, że tajwańskie firmy wskazały lokalizację i że projekt ma mieć charakter parku technologicznego, a nie jednej fabryki. Wiemy także, że w przestrzeni publicznej pojawiają się bardzo duże liczby: dziesiątki tysięcy miejsc pracy, miliardowe inwestycje, a nawet wizja technologicznego miasta. Nie wiemy jednak jeszcze wystarczająco dużo o harmonogramie, etapowaniu inwestycji, pierwszych konkretnych inwestorach, strukturze zatrudnienia, poziomie wynagrodzeń i tym, ile miejsc pracy powstanie w najbliższych trzech, pięciu latach, a ile jest raczej wizją dekady lub dłuższego horyzontu.

To rozróżnienie jest kluczowe. Dla mieszkańca Wrocławia, Środy Śląskiej, Miękini czy okolicznych gmin nie wystarczy informacja, że „kiedyś” może powstać kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Ważne jest, kiedy powstaną pierwsze realne etaty, jakiego typu będą to stanowiska, czy region ma kadry techniczne, czy powstaną programy szkoleniowe i czy lokalne firmy staną się częścią łańcucha dostaw, czy tylko zapleczem logistycznym i usługowym dla zewnętrznych graczy.

Podobnie trzeba ostrożnie traktować samą „tajwańskość” projektu. TEEMA jest organizacją branżową zrzeszającą firmy, a nie jednym inwestorem budującym jedną fabrykę według jednego harmonogramu. To może być zaleta, bo taki model pozwala tworzyć ekosystem kilku lub kilkunastu przedsiębiorstw. Ale jest też ryzyko: dopóki nie znamy listy firm, zakresu produkcji i realnych zobowiązań inwestycyjnych, trudno ocenić, ile w tym twardej inwestycji, a ile strategicznego pozycjonowania Polski i Dolnego Śląska w rozmowach z tajwańskim przemysłem.

Wrocław i region powinny więc cieszyć się z tej szansy, ale nie powinny jej przedwcześnie konsumować politycznie. Po doświadczeniu z Intelem wiemy już, że nawet wielkie zapowiedzi technologiczne mogą zostać wstrzymane albo zmienione. Dlatego projekt w Środzie Śląskiej-Miękini powinien być oceniany według konkretnych wskaźników: rozpoczęcia budowy, podpisanych umów z firmami, pierwszych pozwoleń, wartości nakładów, liczby etatów w pierwszych etapach, udziału polskich dostawców i współpracy z uczelniami technicznymi.

Jeżeli ten projekt rzeczywiście przejdzie z fazy zapowiedzi do fazy przemysłowej realizacji, może stać się ważnym elementem nowej gospodarczej odporności regionu. Ale sukcesem nie będzie samo ogłoszenie inwestycji. Sukcesem będzie dopiero trwały ekosystem produkcji, inżynierii, dostawców, serwisu, R&D i dobrze płatnych miejsc pracy.

Czas na prawdziwy test dojrzałości

Sektor usług biznesowych we Wrocławiu rzeczywiście przesuwa się w górę łańcucha wartości. To dobra wiadomość. Ale nie może być alibi dla braku szerszej strategii gospodarczej.

IT może być pod presją automatyzacji. R&D nie zawsze oznacza lokalną własność innowacji. Rynek pracy staje się bardziej selektywny. Przemysł przetwórczy nie ma dziś łatwej koniunktury, ale właśnie dlatego inwestycje w przemysł wysokiej wartości, szczególnie obronny, energetyczny i technologiczny, powinny stać się dla Wrocławia ważnym tematem strategicznym.

Miasto nie powinno wybierać między korporacjami a przemysłem. Powinno budować odporność przez ich połączenie. Przegrana w wyścigu o centrum ESA to przypomnienie, że nie każdą kartę rozdaje Wrocław, ale to właśnie dlatego twarda, samodzielna baza gospodarcza, a nie kolejne prestiżowe ogłoszenia, powinna być priorytetem.

Wrocław będzie silny nie wtedy, gdy będzie miał tylko dużo miejsc pracy w biurach. Będzie silny wtedy, gdy będzie miał gospodarkę zdolną do zmiany: z usług prostych do zaawansowanych, z administracji do technologii, z analizy danych do produkcji, z korporacyjnego back office do realnych kompetencji przemysłowych.

To jest prawdziwy test dojrzałości miasta.

 


Śmieciowy chaos, polityczne stołki i zdrada mieszkańców: Prawda o wrocławskiej koalicji władzy

Śmieciowy chaos, polityczne stołki i zdrada mieszkańców: Prawda o wrocławskiej koalicji władzy

Po tej sesji wszystko jest jasne - nikt nie powinien mieć wątpliwosci na kogo spada odpowiedzialność za podwyżki śmieci - na Koalicję Obywatelską funkcjonującą w triumwiracie Jacek Sutryk – Grzegorz Schetyna – Michał Jaros. Do końca kadencji ten triumwirat ograbi mieszkańców z dodatkowego pół miliarda złotych.

Koalicja Obywatelska przeciwko obywatelom

Kto poparł podwyżkę za śmieci?

Partia z nazwy obywatelska wystąpiła przeciwko obywatelom. Najpierw jej człowiek Michał Młyńczak pod rękę z jej wychowankiem – Pawłem Karpińskim zgotowali mieszkańcom chaos w systemie zagospodarowania odpadów. Potem dali im sowite nagrody i znakomicie płatne posady. Potem radni KO przypieczętowali proces głosując jak jeden mąż za grabieniem mieszkańców.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że KO zapłaci wysoką cenę polityczną za śmieciowy chaos. Mimo to – politycy tej formacji zdecydowali się żyrować skandaliczną podwyżkę? Dlaczego? Gołym okiem widać, że musiało dojść do pewnego rodzaju układu, targu. I czas by wzięli za to odpowiedzialność.

Posady, złote spadochrony i zakulisowe układy

Fot. FB M.Młyńczak

Jeżeli gotowi byli za to zapłacić to co uzyskali w zamian? Co tym razem położono na szczękach targowiska, w które zamieniono wrocławską Radę Miejską? Co będzie gdy okaże się, że część niezależnych radnych, którzy domagali się podniesienia standardów rządzenia oczekiwało po prostu stołków dla siebie? A co jeśli ceną za zgodę na grabienie mieszkańców była wiceprezydentura i wiceprezesura (bez konkursu!) dla wrocławskich Mateuszy, choć coraz więcej osób porównuje ich do postaci Dawida Kacprzyka z warszawskiego Szpitala Południowego? Wrocławskie Mateusze-Dawidki zdobywają władzę, zarabiają nawet do 400 000 zł rocznie, choć nie mają do tego niezbędnych kompetencji. A odwołani wiceprezydenci dostali w zamian za kompromitowanie miasta i chaos… olbrzymie nagrody i złote spadochrony, na których zlecieli do miejskich spółek na funkcje dające im podobne, olbrzymie pieniądze.

Tymczasem finanse Wrocławia są w katastrofalnym stanie i na kolesi trzeba znaleźć pieniądze. Dlatego znowu sięgnęli do kieszeni mieszkańców i znowu podnieśli koszty życia najgorzej sytuowanym. Gdzie wówczas był podwójny szef KO, Michał Jaros? Czy formacja, którą kieruje w regionie i w mieście nie ma żadnych zastrzeżeń do polityki śmieciowej w mieście? Dlaczego radni z nim kojarzeni przestali dystansować się od jawnie antyobywatelskich decyzji miasta?

Kiedyś obowiązywała narracja, że za całe urzędowe zło odpowiadała Renata Granowska. Została jednak wyrzucona z partii i z urzędu. Dziś już nie ma na kogo zrzucić winę. Czy zatem mieszkańcy odczuli zmiany na lepsze?

Przeciwnie. Koalicja Obywatelska we Wrocławiu poszła na wojnę z obywatelami. Wbrew obietnicom. Wbrew zapowiedziom. Wbrew standardom i logice. Ale z olbrzymimi korzyściami dla niektórych członków partii władzy. Których? Nietrudno dostrzec kto szykuje się do przejęcia kolejnych stołków i robienia znakomitych interesów kosztem miasta. Miało być lepiej. A jest tak samo, tylko przekazano złotą pałeczkę w partyjnej sztafecie władzy nowym-starym politykom.

Ucieczka z pola bitwy: Gest Piłata i pęknięcia w Lewicy

A tej, kolejnej już zdrady wyborcy Koalicji Obywatelskiej nie zapomną. Wiedzieli o tym radni KO – Maciej Zieliński, Krzysztof Zalewski i Joanna Pieczyńska, którzy na kluczowe głosowanie nie dotarli. Wykonali gest Piłata, który ostatecznie nie przełoży się na złagodzenie społecznego gniewu.

Podobny gest wykonało dwóch radnych Lewicy – Dominik Kłosowski i Robert Maślak, który niemal wybiegał z Sali Sesyjnej przed głosowaniem podwyżek. Nie jest tajemnicą, że spoistość tego klubu wisi na włosku. Paradoksalnie to część starszych działaczy próbowało zablokować podwyżki opłat. Okazało się, że są jednak w klubie w mniejszości a stołki kolesi są zbyt cenne, by narazić je na szwank. Dlatego zamiast stanąć w obronie najgorzej sytuowanych mieszkańców – uciekli z pola bitwy.

Sprawa może zakończyć się głębszym podziałem, gdyż tajemnicą poliszynela jest, że starsi działacze nie zgadzają się na przyjmowanie politycznych spadów z KO w postaci Roberta Suligowskiego i Sławomira Czerwińskiego. Znają starą zasadę polityki, że jeżeli ktoś raz zdradził – będzie zdradzał w przyszłości. Bracia twix jak się mówi o tym komediowo-dramatycznym duecie najpierw zdradzili wyborców żyrując rządy Jacka Sutryka, później zdradzili Michała Jarosa, któremu zawdzięczali wszystko a i tak dogadali się ze skompromitowaną Granowską, teraz zdradzili KO. Nie z powodów ideowych, nie dla realizacji obiecanego programu. Dlatego, bo ten jeden raz KO, po serii kompromitacji związanych z reformą osiedlową, chciało uratować choć resztki swojej wiarygodności i nie poparło deformatorskich zamierzeń duetu, który najpierw był zielony a teraz jest czerwony.

Czy klub w takiej konfiguracji utrzyma się długo? Czy wobec ewidentnej zmiany układu sił prezydent Ryszard Kessler utrzyma swoje stanowisko, na które wielu młodych działaczy i działaczek ostrzą sobie zęby? Jak to mawiał klasyk – czas pokaże. Ale może pokazać bardzo niedługo.

Pasmo podwyżek i arogancja wrocławskich elit

Politycy KO i Lewicy przehandlowali interesy mieszkańców tak jak to zwykle robili. Wmawiali ludziom, że to w ich interesie. Że to odpowiedzialna decyzja. Straszyli, że miasto może przestać funkcjonować. Próbowali zmienić temat dyskusji na spór między PiS a KO. Próbowali po raz kolejny opowiadać bajeczkę o budowie własnych kompetencji. Zapomnieli już, że dokładnie taką samą opowiadali 3,5 roku temu przy poprzedniej podwyżce a nie zrobili tym czasie nic. Zamiast zmieniać na lepsze – jeszcze bardziej zepsuli system. Ty, obywatelu za to zapłacisz. A oni będą taplać się w luksusach za Twoje pieniądze.

Tak samo było z podwyżkami opłat za parkowanie, za wodę, zamieszkania komunalne, przy podnoszeniu opłat za wstęp do ZOO i Aquaparku, czy kolejnych podwyżkach w TBS. Podobnie było przy służalczym realizowaniu interesów ulubionych władzy deweloperów – oczywiście kosztem jakości życia mieszkańców.

Podobnie przy finansowaniu sportu i ekskluzywnych zagranicznych wycieczek. I zatrudnianiu armii kolesi po linii partyjnej. Ty, obywatelu, płać, popieraj i nie zadawaj głupich pytań. Oni, wrocławska elita, nie tylko zadbają o to, by na ich władzy zarabiał kto trzeba. Powiedzą Ci też, jak masz żyć, by im wygodniej było realizować swój plan.

Czas na rozliczenia: Biała księga wrocławskich patologii

Koniec bezkarności. Teraz, gdy emocje nieco opadły czas na organiczną pracę. Dlatego zaproponowałem utworzenie białej księgi naruszeń, bezeceństw i marnotrawstwa dobra wspólnego we Wrocławiu. To nasze dobro, które jest rozkradane przez polityków i ich zauszników. Księga musi być tworzona w szerokim porozumieniu i stanowić punkt wyjścia do rozliczenia tej władzy.

Powinna zawierać wszystkie przypadki łamania zasad i krzywdzenia mieszkańców. Od najdrobniejszego do największego – by wszyscy zobaczyli jak olbrzymia jest skala patologii, które toczą miasto niczym złośliwy nowotwór.

Mamy już pierwsze zgłoszenia od organizacji społecznych, politycznych i od zwykłych mieszkańców. Wszystkich zainteresowanych współtworzeniem tej księgi – zapraszamy do kontaktu – działanie nadejdzie szybciej niż się spodziewacie.

Fot. FB Biuro Prasowe UM Wrocławia


Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?

Referendum nie jest celem samym w sobie. Jak uratować miasto przed kryzysem?

Piotr Uhle

Stan naszego miasta z każdym miesiącem pogarsza się na tyle, że wymaga to podjęcia stanowczych działań naprawczych. Zanim jednak po raz trzeci we Wrocławiu narodzi się inicjatywa referendalna, musimy chłodno ocenić sytuację i nasze siły. Bo referendum nie jest celem samym w sobie. To środek do uratowania miasta przed zepsutymi politykami.

SOS Wrocław jest środowiskiem ludzi, których połączyła troska o miasto. Chcemy uratować nasz ukochany Wrocław przed degradacją i pogorszeniem jakości życia mieszkańców. Naszą misją jest odzyskać miasto dla mieszkańców, bo prezydent i Rada Miejska Wrocławia przestali ich reprezentować. Zamiast tego – reprezentują interesy partyjniaków i grup interesu.

Jak władza ignoruje głos mieszkańców

Obywatele mają wiele narzędzi, którymi mogą wpływać na miasto. Mogą się publicznie wypowiadać na absolutoryjnej sesji Rady Miejskiej, mogą domagać się od władz dotrzymywania obietnic, mogą brać udział w konsultacjach społecznych, mogą pisać wnioski i petycje, mogą pisać projekty obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych. Mogą głosować w budżecie obywatelskim czy też partycypować w Programie Inicjatyw Lokalnych.

Każda z tych procedur zawiodła. Mieszkańcy na sesji Rady nazywani byli przez ważnego urzędnika pajacami. Słowo dane przez władzę warte jest tyle co nic – pokazała to kpina z konkursów na prezesów i wiceprezesów spółek miejskich. Głosy mieszkańców w konsultacjach społecznych są lekceważone. Wnioski, skargi i petycje – odrzucane jak w przypadku programu Rewitalizacja TERAZ. Obywatelskie inicjatywy uchwałodawcze są odrzucane jak w przypadku uchwały Wrocław przeciw patodeweloperom. Głosowanie w budżecie obywatelskim bada prokuratura, bo głosować miały osoby w wieku ponad 200 lat. A Programem Inicjatyw Lokalnych władza manipuluje, gdy tylko nie chce realizować konkretnej inwestycji.

Z narzędzi demokratycznych pozostaje zatem tylko referendum. Nie jest ono jednak celem samym w sobie. Jest środkiem do osiągnięcia celu. Mamy unikatowe doświadczenia z poprzednich prób oraz sojuszniczych sił samorządowych z innych miast Polski. Aby rozpocząć tego typu działania trzeba dokładnie wsłuchać się w tętno społecznych emocji miasta.

Dlatego nie palimy się by natychmiast i za wszelką cenę rozpoczynać zbiórkę podpisów. Dostrzegamy bardzo poważne powody, by taki proces zorganizować, jednak trzecie podejście ma sens tylko wtedy, gdy będzie miało realne szanse powodzenia.

Poważne błędy i władza, która sama generuje konflikt

Obserwując to, co dzieje się w zarządzaniu miastem, trudno nie zauważyć narastających problemów. Prezydent w Ratuszu realnie pracuje niewiele, a jego zastępcy skupiają się na podróżach po świecie i uprawianiu polityki, zamiast na realnym rozwiązywaniu spraw wrocławian. Działania doraźne nie mogą jednak na dłuższą metę zastępować rzetelnej, codziennej pracy.

Paradoksalnie, to właśnie obecna władza swoimi decyzjami robi najwięcej, by doprowadzić do społecznego buntu. To nie mieszkańcy czy organizacje pozarządowe szukają konfliktu – on jest budowany odgórnie. Przykłady można mnożyć: kontrowersje wokół spalarni, powszechne kolesiostwo, bezwstydne łamanie wyborczych obietnic czy ograniczanie ludziom prawa do wypowiedzi.

Trudno o zaufanie, gdy dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, jak ta, gdy deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską. Coraz częściej mamy też do czynienia z retoryką, w której Jacek Sutryk wskazuje "obywateli gorszego sortu", co pogłębia tylko podziały w mieście. I nie pomaga mu w tym ciążący na nim akt oskarżenia za korupcję i oszustwa.

Chłodna kalkulacja: czy mamy siły na referendum?

Stawka jest najwyższa – odzyskanie miasta spod rządów partyjniaków i grup interesu. Zwracamy na to uwagę od dłuższego czasu i rzeczywistość tylko te obserwacje potwierdza – nie tylko w postaci wspomnianego dewelopera ale również szeroko zakrojonej akcji Prokuratury Krajowej i CBA w aferze śmieciowej.

Mimo tych wszystkich uchybień, musimy zadać sobie pytanie: czy to już moment na referendum? Referendum nie jest bowiem celem samym w sobie – jest jedynie narzędziem, i to niezwykle wymagającym do skutecznego wykorzystania.

Znamy realia i wiemy, że kolesiom z magistratu nie podoba się krytyka, dlatego próbują nas i innych aktywistów zastraszać. Wiemy, że rzeczywistość demokracji i wolności jest daleka od ideału. Wiemy, że natychmiast znajdzie się wielu dyspozycyjnych względem władzy menedżerów medialnych. Zrobią wiele, by ruchy obywatelskie zmarginalizować, wyśmiać, sprowadzić na margines. Widzieliśmy to we Wrocławiu, widzieliśmy w Krakowie. Na temat tego ostatniego KRRiTV przygotowała cały raport, nie zostawiając na prorządowych mediach suchej nitki.

Zanim podejmiemy decyzję czy ponownie wyjść na ulice, musimy mieć pewność, że ta akcja nie zakończy się fiaskiem. Uważnie analizujemy sytuację w innych miastach i po wydarzeniach w Krakowie, rozmawiamy o referendum w naszym mieście, ale z dużą dawką ostrożności.

Fundamenty gospodarki miejskiej wymagają naprawy

Sama zmiana na stanowisku prezydenta nie uzdrowi natychmiast miejskich finansów i usług. Kluczowe obszary funkcjonowania Wrocławia wymagają systemowej przebudowy. Zła polityka śmieciowa nie może bezkarnie drenować naszych kieszeni. Skala zaniedbań jest ogromna, o czym świadczy pół miliarda złotych wydane bez przetargu na śmieci i ponad 400 dni paraliżu – sprawa, w której większość Jacka Sutryka w Radzie Miejskiej powiedziała wprost: nie ma czego badać.

Do tego dochodzi polityka kadrowa i finansowa w spółkach miejskich, która coraz bardziej przypomina zamknięty układ. Wszyscy pamiętamy sytuację, w której byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody, a chwilę później znaleźli intratne posady w miejskich spółkach, na stanowiskach stworzonych wprost dla nich.

Jednocześnie KO straciła ambicję by sytuację we Wrocławiu radykalnie poprawić – zamiast tego stworzono stanowisko wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej specjalnie dla Mateusza Jędrachowicza – zausznika partyjnej władzy. Wszyscy ci ludzie będą zarabiali dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie a zwykły mieszkaniec nie będzie miał z tego żadnej korzyści.

To jaskrawy dowód na to, jak bardzo odklejona od problemów zwykłych ludzi jest dzisiejsza elita wrocławska, co widać szczególnie ostro w referendalnym świetle. By to zmienić potrzebujemy pewnego minimum programowego, które odpowie na potrzeby i obserwacje mieszkańców.

Najpierw ogólnomiejska debata

Aby trzecia inicjatywa miała rację bytu, to sami mieszkańcy muszą jednoznacznie wyrazić opinię, że mają dość tej nieudolności i zepsuciu. Decyzja o uruchomieniu procedury musi wynikać z oddolnej, powszechnej potrzeby, a nie z ambicji poszczególnych osób.

Zanim jednak podejmiemy kroki formalne, to, w jaki sposób chcemy obronić sprawy wrocławian, powinno być przedmiotem szerokiej, ogólnomiejskiej debaty. Musimy wypracować wspólną wizję naprawy miasta. Prawdziwym testem naszej dojrzałości będzie odpowiedź na pytanie, czy jako obywatele potrafimy się zjednoczyć i odzyskać nasze miasto z rąk polityków. Dopiero gdy będziemy gotowi na tę debatę i pewni naszych sił, przyjdzie czas na ostateczne decyzje.

I chciałbym aby ten tekst został potraktowany do zaproszenia do takiej debaty.


Jacek Sutryk wskazuje obywateli gorszego sortu

Jacek Sutryk wskazuje obywateli gorszego sortu

Piotr Uhle

Słuchając wystąpienia Jacka Sutryka podczas uroczystej sesji Rady Miejskiej Wrocławia na Święto Wrocławia, trudno oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy mają do czynienia ze schyłkowym aktem władzy głęboko wyobcowanej i zamkniętej w murach własnego samozadowolenia. Pod płaszczykiem troski o starożytną ideę polis i arystotelesowską eudajmonię, prezydent zaprezentował klasyczną retorykę oblężonej twierdzy. Zamiast dialogu dostaliśmy podział na posłusznych poddanych oraz „pseudo-obywatelskie, radykalne grupy”, których jedynym celem ma być rzekomo „przejęcie władzy”. Taka bezczelna, pełna pychy narracja człowieka, który zaczął mylić samorządność z własnym stanem posiadania, wymaga twardej odpowiedzi.

Miejski urząd certyfikacji obywatelskości

Kto dał Jackowi Sutrykowi prawo do arbitralnego decydowania o tym, kto we Wrocławiu jest pełnoprawnym obywatelem, a kto zasługuje jedynie na miano „pseudo-obywatela”? Kto postawił go w roli miejskiego urzędu certyfikacji, który wskazuje palcem: ten mieszkaniec jest prawdziwy, a ten fałszywy? Prezydent chętnie mówi o wspólnocie, ale w jego ustach staje się ona strukturą wyłącznie dla wybranych, klakierów i tych, którzy nie psują nastroju na oficjalnych uroczystościach. Choć wyciera sobie usta klasycznymi pojęciami, jego rozumienie polis jest całkowicie wypaczone. Dla niego ideałem jest miasto bez sporu, bez kontroli i bez trudnych pytań.

Prawdziwe społeczeństwo obywatelskie istnieje właśnie po to, by patrzeć władzy na ręce – zwłaszcza wtedy, gdy tej władzy się to nie podoba. Sutryk natomiast krytykę zwalcza, etykietuje i próbuje delegitymizować. To nie przypadek, że w ostatnich dniach stowarzyszenie SOS Wrocław opisywało wysyłane przez urzędników pisma przedprocesowe, mające charakter klasycznych SLAPP-ów (działań kneblujących krytykę). Teraz do logiki zastraszania przez kancelarie prawne doszedł język pogardy z oficjalnej mównicy.

Historia uczy, że taka ślepota bywa dla rządzących zgubna. Dokładnie taką samą drogą – przepełnioną wyobcowaniem i niezasłużonym poczuciem wyższości – kroczył prezydent Bronisław Komorowski tuż przed swoją porażką wyborczą w 2015 roku. On również wskazywał, kto mieści się w jego definicji społeczeństwa, a kto nie. Dziś Jacek Sutryk brzmi identycznie. Obywatele nie potrzebują jednak jego certyfikatu przyzwoitości, by decydować o swoim mieście.

Mit „silnego mandatu społecznego” w świetle liczb

W swoim przemówieniu prezydent bez mrugnięcia okiem pouczał radnych i mieszkańców o konieczności podejmowania niepopularnych decyzji, zasłaniając się „silnym mandatem”. Warto zdjąć te propagandowe okulary i sprawdzić oficjalne dane Państwowej Komisji Wyborczej (PKW).

W wyborach samorządowych w 2024 roku, startując jako lider listy do Rady Miejskiej (Okręg nr 4), Jacek Sutryk uzyskał zaledwie 2 822 głosy – wynik więcej niż przeciętny jak na urzędującego włodarza. W pierwszej turze wyborów prezydenckich zdobył co prawda 80 585 głosów (34,33%), ale ostateczną wygraną musiał wymęczyć dopiero w dogrywce. Co ważniejsze, kredyt zaufania legł w gruzasz już rok później. Jak informowała PAP, w pierwszej inicjatywie referendalnej SOS Wrocław zebrało pod wnioskiem o odwołanie prezydenta około 35 tysięcy podpisów. W drugim podejściu, według Radia Wrocław, było to ponad 20 tysięcy. Choć z przyczyn formalnych do referendum nie doszło, skala tej dwukrotnej mobilizacji mieszkańców to potężny proces społeczny, którego rozsądna władza nigdy by nie zlekceważyła. Mandat wyborczy daje prawo do rządzenia, ale nie daje licencji na pogardę i uciszanie krytyków.

Festiwal niedotrzymanych obietnic i prokuratorskie zarzuty

Tym bardziej że Jacek Sutryk sam ma dziś gigantyczny problem z elementarną wiarygodnością, a lista jego złamanych obietnic dyskwalifikuje go jako moralnego patrona Wrocławia:

  • Fikcyjne konkursy w spółkach miejskich: Radio ZET opisywało przedwyborcze zapowiedzi o transparentności, dbałości o kompetencje i mienie komunalne. Jak ujawniła później Gazeta Wyborcza, z hucznych deklaracji pozostał jedynie pusty śmiech – otwarte konkursy okazały się parawanem dla politycznych nominacji dla działaczy PO, Lewicy i Nowoczesnej.
  • Kompromitacja wokół Śląska Wrocław: Zapowiadana w kampanii prywatyzacja klubu okazała się zwykłą ściemą. Zamiast prywatnego inwestora wrocławianie otrzymali organizacyjny chaos, sportowy upadek do niższej ligi i kolejne miliony z budżetu miasta pompowane w worek bez dna – bez planu.
  • Afera Collegium Humanum: Prezydent publicznie zarzekał się, że z jego studiami na tej uczelni było wszystko w porządku. Rzeczywistość, opisywana m.in. przez portal OKO.press, okazała się bezlitosna – Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty prokuratorskie, w tym trzy dotyczące oszustw oraz jeden korupcyjny, związany z kupnem fałszowanego dyplomu MBA.

Sutryk może być autorytetem od lewych dyplomów, nie od obywatelskości

W oficjalnym programie prezydenckim Jacek Sutryk mamił wyborców hasłem o „Wrocławiu dla nas wszystkich”. Dziś z uroczystej mównicy słyszymy brutalny podział na prawdziwych obywateli i radykałów, których jedyną winą jest to, że pytają o publiczne pieniądze i sprawdzają rejestry umów.

Tania ucieczka w arystotelesowskie definicje pod koniec „drugiej i ostatniej kadencji” nie zatuszuje rzeczywistego, katastrofalnego bilansu tych rządów. Wrocławianie nie potrzebują władzy, która osłania się pseudofilozoficznym bełkotem przed prokuratorem i własnymi mieszkańcami. Najbardziej niebezpieczny moment dla każdej władzy przychodzi wtedy, gdy zaczyna ona wierzyć, że sama jest wspólnotą, a każdy krytyk to populista i wróg miasta. W demokracji chęć kontroli, a nawet zmiany władzy nie jest patologią – jest prawem wolnych obywateli, i wrocławianie będą z tego prawa korzystać.

Najbardziej bulwersuje to, że środowiska samorządowe zamiast oczyścić się z takiej czarnej owcy jak Sutryk – wyniosły go do najwyższych honorów przyznając tytuł prezesa Związku Miast Polskich. W tym związku zamiast naprawiać samorząd – działa na rzecz jego psucia. To z ZMP wyszły skandaliczne idee zniesienia dwukadencyjności, utajnienia oświadczeń majątkowych, wcześniejszych bardzo wysokich emerytur dla  prezydentów miast czy podniesienia progu frekwencyjnego. To nie do obrony.

W świecie Sutryka status obywatela gorszego sortu to zaszczyt

Czy prezydent Wrocławia adresował ten fragment wypowiedzi do mnie osobiście? Raczej nie bo we wszystkich wyborach, w których startowaliśmy do Rady Miejskiej uzyskiwałem znacząco lepsze wyniki. Trudno więc, by próbował zarzucić moim działaniom brak mandatu.

Wiem jednak, że gdy człowiek o takim dorobku w niszczeniu demokracji, zwalczaniu organizacji pozarządowych, podporządkowywaniu sobie mediów, łamaniu wyborczych obietnic oraz szemranej moralności dzieli mieszkańców na obywateli i gorszy sort – wolę być obywatelem gorszego sortu. Jeżeli obywatelskie doświadczenie Jacka Sutryka ma być wzorcem z Sevres cnoty – wolę być gorszego sortu.

Wykluczanie ze wspólnoty całych grup ludzi będzie miało miejsce dalej. Sutryk jest od tego specjalistą – to on sugerował, że kto go nie popiera ten nie kocha Wrocławia. Jest złym człowiekiem. Trzeba go prześwietlić, wyświetlić i zwalczać. I tak traktuje niezależnie myślących obywateli – niech ten gorszy sort mieszkańców płaci podatki ale niech lepiej nie interesuje się szczegółami, bo jeszcze dostanie kociej mordy.

Wiem, że będę odsądzany od czci i wiary. Że będę atakowany, będą mnie lżyć i grozić mi pozwami. Ale nie przestanę opisywać patologii wrocławskiej władzy. Bo tylko zorganizowane społeczeństwo obywatelskie może dać im odpór. I ja zamierzam to społeczeństwo wspierać. Nie dlatego, że mam do kogokolwiek bezkrytyczny stosunek. Dlatego, że w chwili zagrożenia dla lokalnej demokracji – a z taką sytuacją mamy we Wrocławiu do czynienia – tylko solidarność jest bronią mieszkańców.

Są dwie drogi, by odzyskać miasto od ludzi, którzy tak odkleili się od rzeczywistości, że kadencję i mandat pomylili z koronacją. Jedna wiedzie przez demokratyczne wybory. Druga – przez demokratyczne referendum. To mieszkańcy zdecydują, którą drogę wybiorą.


Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa

Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa

Mieszkaniec Południa Wrocławia

W ostatnich latach władze Wrocławia składają bardzo wiele obietnic mieszkańcom. Na przykładzie Pakietu dla Południa przyjrzyjmy się, co z tych obietnic udało się zrealizować, a czego nie. Spróbujmy też zastanowić się, dlaczego miasto nie korzysta z licznych możliwości, które mogłyby usprawnić życie codzienne mieszkańców. Mowa tutaj głównie o niedrożności infrastrukturalnej osiedli tej części Wrocławia.

Ponieważ niedrożność obecnego układu komunikacyjnego jest zarówno zdaniem mieszkańców, jak również w świetle licznych badań i analiz natężenia ruchu zdecydowanie największym lokalnym problemem, temat ten zostanie poniżej podjęty ze szczególną uwagą.

Co zrobiono – uczciwy bilans Pakietu dla Południa

Jest kilka inwestycji, które dotychczas zrealizowano. Są to: trasa autobusowa na Jagodno, Promenada Krzycka, buspas na Bardzkiej między Armii Krajowej a Piękną. Warto zauważyć, że inwestycje te są relatywnie łatwe w wykonaniu w stosunku do np. całkowitej przebudowy skrzyżowania i organizacji ruchu w sąsiedztwie czy wyniesienia toru kolejowego nad poziom ulicy. W trakcie realizacji natomiast pozostają: projektowanie tramwaju na Jagodno wraz z przebudową ulicy Buforowej oraz budowa Wschodniej Obwodnicy Wrocławia (odcinek Radomierzyce – Bielany Wrocławskie), za który odpowiada Marszałek Województwa Planowane otwarcie kompletnej wówczas trasy to koniec 2027 roku. Warto przy tym zaznaczyć, iż wspomniana inwestycja miała pierwotnie powstać kilka lat wcześniej. Już teraz mówi się, że po oddaniu do użytkowania rozwiąże ona problem zatkania południowej części miasta jedynie częściowo.

Nie zrealizowano natomiast mimo zapowiedzi kilku kluczowych inwestycji, które w znacznym stopniu odciążyły by kręgosłup infrastrukturalny w tej części miasta. Ba, nawet niektóre z nich nie są w chwili obecnej na etapie przygotowawczym. Mowa tu o:

  • braku bezkolizyjnych przejazdów linii 285 przy ul. Zwycięskiej i Borowskiej. Wyniesienie torów nad ul. Bardzką rozwiązuje tylko jeden z trzech głównych konfliktów linii 285 z ruchem miejskim. Dwa pozostałe – przejazdy przy ulicach Zwycięskiej i Borowskiej – nie są objęte żadnym porozumieniem ani nawet studium. Tymczasem to właśnie przy ul. Zwycięskiej szlabany paraliżują ruch na statystycznie najbardziej zakorkowanym skrzyżowaniu aglomeracji. Już w 2022 roku, kiedy linia kolejowa została uruchomiona, kilkukilometrowe korki na al. Karkonoskiej stały się normą. Jacek Sutryk już w 2020 roku nazywał sytuację „skandalem", a miało to miejsce jeszcze przed uruchomieniem linii nr 285. Wiadomo było wówczas, że przejazd w poziomie będzie stwarzał szereg problemów i potęgował korki. Prezydent wysyłał co prawda pisma do PKP PLK, które jednak nie przyniosły efektu, a problem jest strukturalny – tory biegną w poziomie ulicy. Nie dość, że już kilka lat wcześniej sama ulica Zwycięska we Wrocławiu wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce, otwarcie w taki sposób tej linii kolejowej – zgodnie z oczekiwaniami – pogłębiło tylko problem;
  • braku estakady Al. Karkonoska/ul. Zwycięska. Pomimo bardzo dobrze przygotowanych analiz i wizualizacji rozwiązania dwupoziomowego, Ratusz nigdy nie wyjaśnił publicznie, dlaczego projekt nie wszedł w życie. Autorzy pierwotnej koncepcji z firmy Arcadis sami wyrażali zdziwienie, że projekt nie został zrealizowany. Jest to o tyle ciekawe, iż Wrocław jest jednym z nielicznych miast w Polsce i Europie, gdzie poza nielicznymi wyjątkami (np. skrzyżowanie Alei Wielkiej Wyspy z ul. Międzyrzecką) systemowo nie są budowane skrzyżowania bezkolizyjne. Wszystko stoi na jednym poziomie, komunikacja między i w obrębie osiedli jest kompletnie niewydolna (jak na Partynicach), a projekty ułatwiające codzienne życie mieszkańcy mogą jedynie oglądać na wizualizacjach;
  • braku buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego. Inwestycja figuruje w Pakiecie dla Południa jako „planowana", ale bez terminu realizacji i źródeł finansowania;
  • braku rozwiązania dla skrzyżowania ul. Zwycięska/al. Karkonoska po oddaniu ostatniego odcinka WOW (Wschodnia Obwodnica Wrocławia), która ma być gotowa pod koniec 2027 roku. Obwodnica skieruje bowiem na al. Karkonoską jeszcze więcej pojazdów – już teraz natężenie ruchu dla tego węzła to ponad 62 tysiące pojazdów na dobę. Żadna z planowanych inwestycji nie odpowiada na to wyzwanie. Mało tego – już teraz mówi się, że Wschodnia Obwodnica Wrocławia w niewielkim tylko stopniu odciąży Ołtaszyn, Partynice i liczne osiedla, borykające się z ciągłymi korkami. Ponadto, duża liczba skrzyżowań o ruchu okrężnym (kolizyjność) w ciągu WOW nasuwa dodatkowe pytanie dotyczące płynności ruchu tamże, zwłaszcza w kontekście gwałtownie rosnącego poziomu suburbanizacji terenów wokół niej.

Sukces z goryczą

2 kwietnia 2026 roku podpisane zostało porozumienie PLK–Miasto. Jest to realny i długo wyczekiwany postęp w usprawnieniu komunikacji Jagodna z centrum miasta. Dzięki temu porozumieniu tory nad przeciążoną ul. Bardzką mogą zostać wyniesione nad jej poziom, otwiera ono też perspektywę uruchomienia tramwaju na Jagodno. Inwestycja będzie miała wpływ również na północno-zachodnią część Wrocławia – umożliwi powstanie węzła kolejowego na Maślicach. Porozumienie PLK-Miasto otwiera drogę do ważnej inwestycji. Jej koszty opiewałyby na łączną kwotę 60 mln zł, z czego około 1/3 pokryłoby Miasto. Wedle informacji z dnia porozumienia, przetarg na dokumentację miałby zamknąć się w ciągu 2 miesięcy od jego ogłoszenia. Wskazany został również termin ogłoszenia wykonawcy robót – maksymalnie do końca września 2028 roku, natomiast zakończenie budowy miałoby miejsce w 2029 roku. Jednak to tylko częściowe działanie, nie odpowiadające na pozostałe problemy związane z linią 285. W Pakiecie dla Południa cały czas brakuje bowiem rozwiązania dla skrzyżowania linii 285 z ul. Zwycięską i Borowską. Ta pierwsza jest kluczowa dla całego południa Wrocławia – najbardziej zakorkowana ulica w Polsce pozostaje blokowana dodatkowo przez przecinające ją tory, a równolegle zatykana jest al. Karkonoska, a więc główna wylotówka Centrum - Autostrada A4. Sytuacja ta jest niezmienna od momentu uruchomienia linii w kierunku Sobótki, tj. 12 czerwca 2022 roku i pomimo wielu deklaracji, jak dotąd nie widać perspektyw na jej zmianę.

Można by zadać pytanie, po co rozbudowywać ul. Zwycięską od obecnego Ronda Ojca Pio do Al. Karkonoskiej z drogi dwupasmowej do drogi czteropasmowej, skoro nie ma w planach żadnego rozwiązania dwupoziomowego ani z linią kolejową, ani z Al. Karkonoską i ul. Jeździecką. Poszerzenie drogi i przebudowa skrzyżowania ul. Zwycięskiej z Ołtaszyńską są w planach, niemniej jest to przykład działań bardzo częściowych, nie mających większego znaczenia dla upłynnienia ruchu. Miastu dobrze wychodzi budowanie ścieżek rowerowych i realizowania lokalnych, małych inwestycji. Dlaczego te większe nie wychodzą już za dobrze pomimo, że są na nie zarówno środki, jak i zapotrzebowanie społeczne? Kwestię budowy nowoczesnych rozwiązań inżynieryjnych w ciągu linii 285 podnoszą mieszkańcy i eksperci od lat. W petycji skierowanej do PLK i miasta wprost wskazano, że możliwe było poprowadzenie linii 285 nasypem i wiaduktami nad ul. Buforową, Ołtaszyńską i Zwycięską – ale zamiast tego zdecydowano się we wszystkich trzech przypadkach na skrzyżowania jednopoziomowe. Kolej na Sobótkę zamyka przejazdy na ul. Zwycięskiej, Borowskiej i Buforowej co 20–30 minut. Dla kierowców i pasażerów komunikacji miejskiej oznacza to dodatkowy paraliż na ulicach, które i bez tego są przepełnione. Tymczasem inwestycja, która zostanie zrealizowana na ul. Bardzkiej dowodzi, że techniczne i finansowe wyniesienie linii 285 na wiadukt jest jak najbardziej wykonalne – kosztuje ok. 60 mln zł i miasto ma wolę współfinansowania. Dlaczego tego samego podejścia nie zastosowano do ul. Zwycięskiej? Ulica ta już lata przed uruchomieniem wspomnianej linii kolejowej regularnie wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce. Sam Wrocław w ostatnich latach bardzo często wygrywa rankingi lub znajduje się w ich ścisłej czołówce, biorące pod uwagę najbardziej zakorkowane miasta w kraju (szczególnie relatywnie miarodajne rankingi średniego czasu przejazdu przez polskie miasta).

Michał Jaros i „zielone wiadukty", odrzucane poprawki radnego Roberta Grzechnika

W 2017 roku Michał Jaros, ówczesny poseł Nowoczesnej zaproponował budowę pięciu estakad w newralgicznych, zakorkowanych miejscach Wrocławia. Aż trzy z nich miały powstać przy głównym wjeździe do miasta od południa – dwie nad skrzyżowaniem al. Karkonoskiej z ul. Zwycięską i Jeździecką oraz jedna na wlocie ul. Wyścigowej w al. Karkonoską. Koszt każdej z nich oszacowano na około 15 mln zł. Poseł argumentował konieczność ich budowy m.in. faktem, że skrzyżowanie al. Karkonoska/ul. Zwycięska jest jednym z najbardziej zakorkowanych miejsc w Polsce – średnia prędkość samochodów przejeżdżających rano ul. Zwycięską to zaledwie 2 km/h. Także później poseł Michał Jaros wielokrotnie wypowiadał się w kwestiach poprawy infrastruktury na południu Wrocławia. Nie tylko postulował rozbudowę i modernizację całego Wrocławskiego Węzła Kolejowego na czele z budową czwartego toru na Estakadzie Grabiszyńskiej, ale wprost zwracał też uwagę na pilną potrzebę budowy wiaduktu kolejowego nad ul. Zwycięską. Obecnie piastuje funkcję wiceministra w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. Należy przy tym zaznaczyć, że jego bezpośredni wpływ na PLK jest dość ograniczony, inaczej by było w sytuacji pełnienia podobnej funkcji w Ministerstwie Infrastruktury. Nie zmienia to jednak wymowy politycznej: jest posłem z Wrocławia, liderem KO na Dolnym Śląsku wybranym na kolejną kadencję, od lat zaangażowanym w temat i mocno wypowiadającym się w sprawach komunikacji, a przez ostatnie 2,5 roku współrządzi z partią zarządzającą miastem. To wystarczy, żeby zadać pytanie o odpowiedzialność. Dlaczego poseł Jaros jako wiceminister rządu z ramienia największej partii współrządzącej krajem, której działacze zarządzają Wrocławiem, mając większość w Radzie Miejskiej, nie doprowadził do ujęcia wyniesienia linii 285 ponad ul. Zwycięską w porozumieniu z PLK? Nie są odosobnionymi uprawnione opinie, że pan poseł często zmienia front wedle doraźnych korzyści politycznych i traktuje zobowiązania wobec wyborców z dużą rezerwą.

Pod koniec 2020 roku, a więc 1,5 roku przed uruchomieniem linii kolejowej nr 285 w kierunku Sobótki i Świdnicy, radny Robert Grzechnik złożył do budżetu miasta poprawkę zakładającą opracowanie dokumentacji projektowej estakady wzdłuż al. Karkonoskiej, która przebiegałaby nad skrzyżowaniem z ul. Zwycięską i Jeździecką. W związku ze zbliżającym się terminem inauguracji ruchu pociągów pasażerskich na tej trasie (planowo miało mieć to miejsce w 2021 roku), argumentował on, że bez przebudowy na skrzyżowanie bezkolizyjne, a z czynną, dość jednak ruchliwą linią kolejową w poziomie, będzie ono całkowicie paraliżowane. Poprawka była odrzucana wielokrotnie przez radnych popierających Prezydenta Sutryka. Warto w tym miejscu przywołać remont ul. Zwycięskiej w latach 2012-2013. Już wówczas bowiem ulica należała do najbardziej zakorkowanych w Polsce. Remont poza wymianą nawierzchni, budową lewoskrętów oraz ronda był bardzo skromny w stosunku do pierwotnych planów i nie uwzględnił choćby samej tylko dynamiki rozwoju osiedla. Zamiast poszerzyć ulicę do dwóch pasów ruchu w obydwu kierunkach, powstało średnio jedynie półtora. Zrezygnowano też z sygnalizacji świetlnej na rzecz ronda, które przy takim natężeniu ruchu okazuje się już od lat dodatkową uciążliwością.

Upadła koncepcja estakady

Budowa estakady przy skrzyżowaniu ul. Zwycięskiej i Jeździeckiej z al. Karkonoską spotkała się z aż 92-procentowym poparciem w Panelu Obywatelskim, co – zgodnie z formułą – czyniło te rekomendacje wiążącymi. Koncepcja upadła jednak z niewiadomych przyczyn. Jakby tego było mało, w 2024 roku mieszkańcy wystosowali petycję do Prezydenta Wrocławia, pod którą podpisy złożyło 718 osób. Do dnia dzisiejszego jednak sprawie nie został nadany dalszy bieg. Nowoczesne rozwiązania inżynieryjne dla odcinka linii 285 na zachód od ul. Bardzkiej nie mogą być konkretnie analizowane, dopóki nie zakończy się Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego. Z informacji uzyskanych od miasta wynika, że to PKP postawiło taki warunek. Miasto natomiast nie podaje na dzień dzisiejszy żadnego terminu zakończenia tego studium. Oznacza to odsunięcie w czasie realizacji wyczekiwanych z niecierpliwością wiaduktów na kompletnie nieznany termin. Cała sprawa blokowania drożności ul. Zwycięskiej została w praktyce zawieszona na bliżej nieokreślonym opracowaniu PKP. Bez terminu tego studium nie da się oszacować, czy – powtarzając za panem Prezydentem – „skandal” potrwa 2 lata, 5, a może i 10 lat. Co ciekawe, Miasto przyznaje, że rozwiązanie dwupoziomowe jest w tym przypadku jedynym sensownym rozwiązaniem, ale nie ma go w jakimkolwiek harmonogramie ani budżecie. Wszyscy wiedzą co należałoby zrobić, aby rozwiązać problem, jednak koncepcja posła Jarosa i radnego Grzechnika z 2017 roku do dnia dzisiejszego jest systematycznie odrzucana. Jakby tego było mało, potwierdzono, że analiza wyniesienia linii nad Zwycięską istnieje. Została opracowana w 2021 roku, wspólnie z Urzędem Marszałkowskim w kontekście wniosku do programu Kolej+, jednak nie podano ani jej wyników, ani przyczyn, dla których nie została wykorzystana nawet w kontekście porozumienia z PLK z kwietnia bieżącego roku. PLK jest pod nadzorem ministra infrastruktury, więc rząd ma narzędzia. Pytanie więc, kto podjął decyzję, żeby ograniczyć zakres inwestycji wyłącznie do ul. Bardzkiej? I czy Miasto ma wpływ na zakres i harmonogram Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego, czy biernie oczekuje na jego wyniki?

Co dalej z Pakietem dla południa?

Koordynacja Pakietu dla Południa należy do Departamentu Infrastruktury i Transportu. Miasto natomiast nie wskazuje żadnej osoby odpowiedzialnej, nie powołuje się na żaden dokument, nie wiadomo też jaka jednostka prowadziłaby monitoring całego projektu. Prezydent Wrocławia nie planuje przedstawienia Radzie Miejskiej zbiorczego raportu z realizacji Pakietu dla Południa. Raport taki mógłby zawierać harmonogram, wszelkie koszty oraz stan inwestycji, co byłoby na pewno cenną informacją i dobrym punktem odniesienia wobec aktualnej sytuacji projektu.

Łącznie z 16 inwestycji opisanych w projekcie, aż 7 z nich ma status "harmonogram realizacji zostanie ustalony po opracowaniu dokumentacji projektowej". Tak więc, miasto nie potrafi określić daty zakończenia następujących realizacji:

  • tramwaju na osiedle Klecina (pętla Kupiecka),
  • tramwaju na Jagodno,
  • rozbudowy ul. Zwycięskiej,
  • wytyczenia i budowy buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego,
  • zatoki autobusowej przy ul. Grota-Roweckiego,
  • łącznika ul. Iwaszkiewicza-Kajdasza,
  • trasy tramwajowej ul. Działkowa/Borowska.

Na uwagę zasługuje też fakt, że dwie inwestycje (tramwaj/buspas na osiedle Ołtaszyn oraz łącznik z ul. Waligórskiego w kierunku pętli tramwajowej „Krzyki”) są na ten moment całkowicie zamrożone. Oczekują one bowiem na decyzje PKP (budowa tunelu pod obwodnicą towarową Wrocławia).

Rozdźwięk między kosztami pierwotnymi a realnymi

Spośród inwestycji w ramach Pakietu jest wiele takich, które zostały nierzetelnie oszacowane. Większość spośród nich dotyczy zaniżonych kosztów na etapie przygotowania, a więc koszty realizacji okazywały się w praktyce wyższe. Najbardziej jaskrawymi przykładami wyższych kosztów rynkowych od planowanych są następujące inwestycje:

  • ciąg pieszo-rowerowy ul. Zwycięska–Ołtaszyńska (wzrost kosztów względem szacunków pierwotnych o aż 178%),
  • pętla autobusowa przy ul. Zwycięskiej (wzrost o 82%),
  • remont ul. Pawiej (wzrost o 140%).
  • Wyjątkiem jest realizacja ciągu pieszo-rowerowego wzdłuż ul. Ołtaszyńskiej (Rondo Ojca Pio–WTWK Partynice). Pierwotnie koszt oszacowano na 7 320 000 zł, natomiast koszty realizacji wyniosą faktycznie 6 922 672 zł.
  • Warto dodać, iż w Pakiecie dla Południa znajdują się inwestycje niepoparte dotychczas żadnym kosztorysem inwestorskim, jak np.:
  • wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Klecinę (pętla przy ul. Kupieckiej) – 87,8 mln zł,
  • wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Jagodno – 132,675 mln zł.

Są to jedynie kwoty robocze z WPF (Wieloletni Plan Finansowy), niepoparte jeszcze żadnym kosztorysem inwestorskim. W ramach trzech nieco mniejszych inwestycji (poprawa skomunikowania stacji kolejowej Iwiny z Jagodnem w ramach współpracy z gminą Siechnice, kompleksowy remont ul. Orawskiej i Białoszewskiego) Miasto pozostawia całkowicie puste pola kosztowe. Podano jedynie źródło finansowania (umowy z art. 16 ustawy o drogach publicznych), bez żadnych kwot.

Pakiet dla Południa jako przykład nieskoordynowanych działań punktowych

Na przykładzie Pakietu dla Południa widać nieskoordynowanie i niespójność działań inwestycyjnych. Trudno nie odnieść wrażenia, że Miasto nie zabiega lub zabiega nieskutecznie o systemowe rozwiązywanie problemów lokalnych. Brak inicjatywy w uzyskaniu porozumienia z PLK w związku z budową wiaduktów i odsunięcie inwestycji na czas nieokreślony dowodzi, że mimo wielu publicznych obietnic i zapowiedzi osób mających realny wpływ na decyzje w mieście, decydenci nie potrafią rozwiązywać problemów systemowych. Wrocław jako miasto, którego faktyczna liczba mieszkańców zbliża się do miliona, zasługuje na nowoczesne rozwiązania infrastrukturalne. Miasta podobnej wielkości w Polsce mają pełne obwodnice autostradowe (Łódź, Kraków – ostatni odcinek niebawem zostanie oddany do użytku), czy też szerokie i drożne arterie w kierunku centrum (Warszawa, częściowo Poznań). Nawet jeżeli wiele dużych inwestycji w innych miastach realizowanych jest ze środków centralnych, to jednak zazwyczaj miasta te skutecznie zabiegały o ich powstanie w różny sposób, lobbując na rzecz interesu publicznego. We Wrocławiu, a zwłaszcza w jego bardzo dynamicznie rozwijającej się południowej części takich rozwiązań brakuje. Przed wyborami samorządowymi (nie tylko tymi ostatnimi) Wrocławianie mogli zobaczyć całkiem sporo plakatów z ładnie brzmiącymi obietnicami. Tematy takie, jak np. tramwaj na Ołtaszyn podnoszone były już przed wyborami w 2018 roku). Lecz nader często brakowało konkretów w postaci przewidywanych terminów realizacji, założeń projektów, finansowania. Miasto w mniejszym stopniu powinno funkcjonować na zasadzie „cóż szkodzi obiecać”, a w większym realizować swoje zapowiedzi czy też proponować realne projekty na realny czas, okazując tym samym szacunek wyborcom.
Fot. Marek Księżarek www.wroclaw.pl


Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

SOS Wrocław dotknął sedna i dlatego należy nas zastraszyć. W ostatnim tygodniu trafiły do nas dwa prawnicze pisma, które w naszej opinii mają nas zastraszyć i zniechęcić do dalszego sprawdzania, ile pieniędzy trafia do politycznych sojuszników i kolesi Jacka Sutryka z publicznej kasy. W naszej opinii mają one charakter tzw. SLAPPa, czyli strategicznych działań prawnych na rzecz stłumienia krytyki władzy. Ale nas zastraszyć nie jest tak łatwo.

Dwa straszaki w jednym tygodniu

Pierwsze pismo przyszło w poniedziałek. Napisał je Marcin Zatorski, radca prawny, który jeszcze nie tak dawno reprezentował setki mieszkańców wrocławskiego TBS. Teraz reprezentuje… Michała Młyńczaka, byłego wiceprezydenta miasta. Temu nie spodobały się nasze wpisy dotyczące złotego spadochronu, który zapewniło mu miasto w miejskiej spółce Ekosystem, a także to, że wskazywaliśmy nieudolność miasta w rozstrzygnięciu przetargu.

Drugie pismo przyszło we wtorek. Napisała je do nas kancelaria, której wspólnik reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej i jednocześnie świadczy lukratywne zlecenia na rzecz gminy Wrocław. Nie podobało mu się to, że analizowaliśmy zapisy Urzędowego Rejestru Umów i zadawaliśmy pytania o to, czy relacja pomiędzy prof. Błaszczakiem, Jackiem Sutrykiem i Urzędem Miejskim jest etyczna. Bolało go również to, że analizowaliśmy, czy jego położenie nie może być nazwane konfliktem interesów.

W podobnym czasie podobne przedprocesowe pisma otrzymała Fundacja Obywatel TBS, a także wrocławska Gazeta Wyborcza, straszona przez miejską spółkę Ekosystem odszkodowaniem o wartości 250 000 zł. W naszej opinii nie ma przypadków – to wygląda jak skoordynowana akcja instytucji miejskich oraz sojuszników i kolesi Jacka Sutryka przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu oraz mediom.

Profesor w konflikcie interesów

Szczególnie zastanawiająca w tej sytuacji jest rola radcy prawnego, profesora Błaszczaka. To osoba, która nie tylko z tytułu zaufania powinna być krystalicznie czysta. Jako pracownik naukowy z tytułem profesora, który poza praktykowaniem prawa uczy tej praktyki innych, powinien całą swoją postawą świecić przykładem dla adeptów trudnego, prawniczego rzemiosła.

Tymczasem postawił się w sytuacji bardzo niekomfortowej. Nie dość, że w 2022 roku jednocześnie świadczył usługi na rzecz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej oraz jako prezydenta miasta w sprawie o charakterze SLAPP przeciwko autorom podcastu „Przyjaciele Kota Wrocka" – to w 2024 roku jego kancelaria świadczyła na rzecz miasta kolejne, bardzo intratne zlecenie w zakresie zastępstwa procesowego oraz doradztwa prawnego. Co ciekawe, napisał strategię procesową do sprawy, w której zespół radców prawnych Urzędu Miejskiego od niemal dwóch lat już taką strategię posiadał. Nie chcemy szkodzić sprawie, więc nie będziemy wchodzić w szczegóły – napiszemy: opinia pana profesora nie była tzw. „gamechangerem". Nie przeszkodziło to, by zawrzeć z nim umowę o wartości 61 500 zł i wypłacić za samą strategię procesową 36 900 zł – potwierdza to okazana w trakcie kontroli radnego umowa i faktury.

Wszystkie kwoty podawane przez nas w toku postępowania podawaliśmy na podstawie publicznych, urzędowych rejestrów. Nawet szef zespołu radców prawnych, mecenas Wojciech Szuster potwierdził, że urzędowy rejestr umów prowadzony jest w sposób, który może wprowadzać czytelnika w błąd. Jeżeli kogoś pan mecenas Błaszczak zamierza pozywać – może warto byłoby pozwać Prezydenta Wrocławia? Chociaż wtedy to dopiero zrobiłby się etyczny mętlik w zasupłanych i nachodzących na siebie interesach różnych mocodawców.

Dlaczego? W tym samym roku prof. Błaszczak okazał się być pełnomocnikiem procesowym zatrzymanego przez CBA Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum, w której prezydent Wrocławia usłyszał zarzuty korupcji i oszustwa.

Normalną, etyczną reakcją byłoby zgłoszenie przez pana profesora do Gminy Wrocław zaistniałego konfliktu interesów i wycofanie się ze sprawy. Nie miało to jednak miejsca – profesor i mecenas Błaszczak nadal świadczył na rzecz urzędu rządzonego przez jego mocodawcę usługi.

Czy gdyby firma realizująca inwestycje drogowe na rzecz miasta układała chodnik w ogrodzie pana prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? Czy gdyby firma, która buduje dla miasta szkołę, remontowała prywatny dom prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? To sytuacja, którą należy w szczególny sposób badać, bo tworzy przestrzeń do nadużyć. Szczególnie gdy dotyczy to prezydenta oskarżonego przez Prokuraturę Krajową o łapownictwo i oszustwa.

Profesor Błaszczak nie tylko nie wycofał się z dyskusyjnej etycznie sytuacji. Zamiast tego skierował pismo względem naszego Stowarzyszenia, w którym próbuje nas zastraszyć. Czy tak zachowują się akademickie i prawnicze autorytety? A może te absurdalne działania są podyktowane tym, co jeszcze może ujrzeć światło dzienne? Tylko pan profesor i jego wspólnicy wiedzą, czego nie chcą ujawnić opinii publicznej. Jednak nasze doświadczenie każe sądzić, że w debacie publicznej takich spraw - jeżeli istnieją - długo nie da się utrzymać w tajemnicy.

W naszej opinii sprawą powinny zająć się instytucje odpowiedzialne za dyscyplinę i etykę w ramach korporacji prawniczych, w których występuje bądź występował prof. Błaszczak, a także Uniwersytet Wrocławski.

Złoty spadochron Młyńczaka

Dziwna jest także rola prezesa Ekosystemu, niedawno zwolnionego z funkcji wiceprezydenta miasta, Michała Młyńczaka. Ten straszy nas krokami prawnymi za ujawnianie jego złotego spadochronu w postaci grubych setek tysięcy złotych wynagrodzenia w spółce Ekosystem. Za co ta podwyżka względem pensji wiceprezydenta? Chyba w nagrodę za współodpowiedzialność za chaos we wrocławskim systemie odbioru i zagospodarowania odpadów.

Nie podoba mu się, że porównujemy jego zespół do Gangu Olsena, choć nie był w stanie rozstrzygnąć przetargu przez niemal 450 dni, a okoliczności działań spółki Ekosystem i polityków ją nadzorujących bada Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne, które dokonało przeszukania i zabezpieczenia dokumentów w siedzibie spółki.

Jednak to działania SOS Wrocław, które nagłaśniają tę niepokojącą aferę, są uznawane za szkodliwe i zasługujące na dalsze kroki prawne. Ekosystem już próbował iść tą drogą, gdy jesienią straszył krokami prawnymi po zgłoszeniu przez nas nieprawidłowości we wrocławskich śmieciach do Najwyższej Izby Kontroli. Po tym, gdy nie daliśmy się zastraszyć, spółka zawiadomiła prokuraturę, próbując przypisać absurdalne zarzuty przewodniczącemu SOS Wrocław, Piotrowi Uhle. Nie daliśmy się zastraszyć wtedy, nie damy i teraz.

Nie tylko my

Podobne pisma otrzymała w mijającym tygodniu fundacja Obywatel TBS oraz wrocławska redakcja Gazety Wyborczej. Obywatel TBS od spółki TBS Wrocław. Gazeta Wyborcza – od Ekosystemu za cykl artykułów ujawniających rozmiary wrocławskiej afery śmieciowej. Obie sprawy są podobne – miejskim podmiotom nie podoba się publiczna krytyka ich działań. Dla nich najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zadawał takich głupich pytań. A miasto byłoby najlepsze, gdyby można było spokojnie zarabiać pieniądze, ale bez tych natrętnych mieszkańców. Biura funkcjonowałyby sprawnie, zatrudnienie w spółkach rosło i nikt nie zakłócałby spokoju kolesiom.

Wszystkie skarżące się strony łączy jeden fakt. Nie brakuje im pieniędzy na obsługę prawną. Jednak wszystkie podmioty w całości lub w pewnym zakresie żyją z naszych podatków. Otrzymują czynsze, opłaty śmieciowe lub wynagrodzenia z miejskich instytucji. I wykorzystują swoją pozycję do tego, by walczyć z mediami i społeczeństwem obywatelskim.

Prywatne interesy, publiczne pieniądze

Niszcząc media i społeczeństwo obywatelskie, Jacek Sutryk, jego podwładni, sojusznicy i kolesie niszczą też lokalną demokrację. Ale nie dziwi nas ten fakt. Lokalna demokracja jest dla nich największym zagrożeniem. Dlatego prezydent wielokrotnie lżył i obrażał mieszkańców w obrzydliwy i pożałowania godny sposób. Dlatego jako prezes ZMP tworzy przestrzeń do lobbowania za utajnianiem oświadczeń majątkowych, przywróceniem możliwości dorabiania w radach nadzorczych, zniesienia dwukadencyjności, zapewnienia wcześniejszej, sowitej emerytury dla samorządowych kolesi.

Jako osoba prywatna Jacek Sutryk często popadał w wątpliwe etycznie sytuacje. Swój dom kupił po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy, który nie tylko otrzymywał wielomilionowe dotacje z miasta. Odkąd Jacek Sutryk został prezydentem, dotacje znacząco wzrosły. Poprzedni dom prezydent sprzedał z kolei swojemu podwładnemu, który, tak się składa, jest prezesem Aquaparku i zarabia tam grube setki tysięcy złotych. Po transakcji prezydent awansował żonę prezesa, którą zrobił… prezesem miejskiego ZOO. Oczywiście, bez konkursu.

Poprzednie zastraszające pismo przedprocesowe prof. Błaszczak wysyłał dla Jacka Sutryka w związku z innym konfliktem interesów. Profil na Facebooku Jacka Sutryka z setkami tysięcy polubień jest jego prywatną własnością, jednak na jego popularność pracują w godzinach pracy rzesze urzędników i pracowników miejskich spółek oraz instytucji. Ten profil ma rynkową wartość, a wydając polecenia publikowania tam materiałów, Jacek Sutryk może uzyskiwać korzyść majątkową, której nigdzie nie zgłasza. Podobnie było, gdy na partyjną imprezę Campus Polska jechał urzędowym busem. Gdy jako prezes ZMP lobbował za własnymi przywilejami. Wymieniać można długo.

Nie zastraszycie nas

Po pierwsze: mamy rację. Po drugie: to Wy macie powody do obaw i dlatego wysyłacie te bzdurne groźby dalszych prawnych kroków. Po trzecie: demokracja w mieście wymaga nagłaśniania niegodziwości i dziwnych układów, które panują we Wrocławiu Jacka Sutryka, jego podwładnych, sojuszników i kolesi. Nie zaprzestaniemy tej działalności tylko dlatego, że kolesiom się ona nie podoba.

Chcą nas zniszczyć. Nie mamy wielkich zasobów finansowych i koneksji w wymiarze sprawiedliwości, dlatego liczą, że się ugniemy. Jednak nie o nas tu chodzi. Chodzi o to, by pozbawić Was, czytelników, dostępu do informacji o patologicznych układach wokół Urzędu Miasta. Bo dziś tylko opinia publiczna jest ograniczeniem dla ich apetytu na władzę oraz frukta za nią idące.

Perspektywa otrzymania pozwu z pewnością nie jest niczym przyjemnym. Pamiętajmy jednak, że sprawy cywilne z definicji są jawnego a przed pytaniami Sądu nie można uciekać w retorykę i nie da się ich zakrzyczeć wykupionymi kampaniami medialnymi. Opinia publiczna może w takim procesie poznać wiele bardzo interesujących faktów.

Dlatego będziemy dalej ujawniać i interweniować w sprawach patologii toczących Wrocław. To nie my jesteśmy ich przyczyną. Nie damy się zastraszyć, bo taki jest nasz obowiązek względem Was - mieszkańców. Prosimy jednak o jak najszersze udostępnienie tego tekstu w ramach gestu solidarności - chcemy wiedzieć, że nasze działania mają społeczne poparcie.

 

 


Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?

Ewa Kamińska

Prawie dwa lata temu zadzwoniłam do Urzędu Miejskiego Wrocławia z prostym pytaniem. Na Ołtaszynie powstaje nowa szkoła. Mieszkańcy zabiegali o nią od lat. Okoliczna SP34 od dawna pęka w szwach. Dla wielu rodzin to jedna z najważniejszych inwestycji edukacyjnych w tej części miasta. Chciałam wiedzieć, jak będzie funkcjonować. Czy będzie dobrym miejscem dla mojego dziecka, które zacznie szkołę we wrześniu 2026 roku.

Usłyszałam dwie rzeczy.

Po pierwsze, że dopiero w 2026 roku będzie wiadomo, jak szkoła zostanie zorganizowana.

Po drugie, że miasto odchodzi od klas integracyjnych na rzecz edukacji włączającej.

Przyznam szczerze: wtedy hasło „edukacja włączająca” niewiele mi mówiło. Dziś wiem znacznie więcej - i właśnie dlatego jestem bardziej zaniepokojona niż wtedy. I my wszyscy powinniśmy.  Nie dlatego, że uważam edukację włączającą za zły kierunek. Wręcz przeciwnie.

Im więcej czytam, rozmawiam z rodzicami, nauczycielami i specjalistami, tym bardziej dochodzę do wniosku, że edukacja włączająca jest dobrym kierunkiem. Problem polega na tym, że coraz częściej mam wrażenie, iż we Wrocławiu hasło „edukacja włączająca” stało się wygodną odpowiedzią na pytania, których nikt nie chce sobie naprawdę zadać.

Dlaczego likwidujemy kolejne formy wsparcia, zanim stworzymy skuteczną alternatywę?

Dlaczego nowe szkoły projektujemy tak, jakby wszystkie dzieci funkcjonowały identycznie? Dlaczego przy inwestycjach liczonych w setkach milionów złotych nie zaczynamy od pytania, czego potrzebują uczniowie, którzy najbardziej odstają od systemowej normy?

Bo jeśli od pierwszego dnia wiadomo, że w szkole będą uczyć się dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, opiniami poradni psychologiczno-pedagogicznych czy niepełnosprawnościami, to rozsądniej jest uwzględnić ich potrzeby na etapie organizacji placówki niż reagować w ciągu roku szkolnego. Łatwiej od początku zaplanować klasy integracyjne, zrekrutować nauczycieli współorganizujących kształcenie, przygotować przestrzeń i procedury, niż później tłumaczyć rodzicom, dlaczego system znowu nie nadążył za rzeczywistością.

Zwłaszcza że nie mówimy o problemie, którego nikt wcześniej nie przewidział. Mówimy o dzieciach, które już mieszkają we Wrocławiu. To właśnie ten fragment układanki najbardziej mnie zastanawia.

Budżet Wrocławia na 2026 rok jest największy w historii miasta. Na edukację przeznaczamy miliardy złotych. W dokumentach strategicznych przeczytamy o wysokiej jakości edukacji, wspieraniu potencjału każdego ucznia, przeciwdziałaniu wykluczeniu i budowaniu miasta przyjaznego mieszkańcom.

Brzmi świetnie.

Tylko że równocześnie Wrocław nie posiada aktualnej strategii odpowiadającej na wyzwania, z którymi szkoły mierzą się dzisiaj. Dokument z 2015 r. w żaden sposób nie odnosi się do tego co to znaczy edukacja włączająca we Wrocławiu. Potrzebujemy pilnej aktualizacji i mądrego przywództwa. Nie za dziesięć lat. Dzisiaj.

W czasie, gdy lawinowo rośnie liczba uczniów z diagnozami ADHD, autyzmu i innymi szczególnymi potrzebami edukacyjnymi. Gdy poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie nadążają za potrzebami rodzin. Gdy rodzice coraz częściej organizują sobie wiedzę o szkołach metodą poczty pantoflowej, bo nie ufają systemowi. Na grupach dla rodziców dzieci autystycznych i dzieci z niepełnosprawnościami regularnie pojawiają się rozpaczliwe pytania:

  • „Czy ktoś zna szkołę, która sobie poradzi?”
  • „Gdzie moje dziecko będzie bezpieczne?”
  • „Czy ktoś ma doświadczenia z tą placówką?”
  • „Czy ta szkoła respektuje zalecenia z poradni?”

Nie pytają o szkołę marzeń. Pytają o szkołę, która nie zrobi ich dziecku krzywdy. To nie jest detal a sygnał alarmowy! Bo jeśli rodzice dzieci ze szczególnymi potrzebami muszą działać jak detektywi, to znaczy, że system nie daje im poczucia bezpieczeństwa.

Jeszcze bardziej zastanawia mnie coś innego. Jesteśmy w środku niżu demograficznego. To idealny moment, by zastanowić się, jakiej szkoły potrzebujemy na kolejne dekady. Czy naprawdę najlepszym pomysłem są ogromne placówki dla kilkuset lub ponad tysiąca uczniów? Jeśli tak to dlaczego nie zmniejszyć ilości uczniów w klasach?

Czy ktoś sprawdził, jak funkcjonują w takich warunkach dzieci autystyczne? Dzieci z ADHD? Dzieci z trudnościami sensorycznymi? Dzieci z niepełnosprawnościami?

Czy ktoś zapytał rodziców, czego potrzebują ich dzieci?

Ja nie spotkałam się z taką rozmową. A przecież szkoła nie jest magazynem dzieci.  Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. We Wrocławiu już dziś są szkoły, które naprawdę dobrze radzą sobie z edukacją włączającą.

Są dyrektorzy, którzy potrafią budować wspierające środowisko. Nauczyciele, którzy rozumieją neuroróżnorodność. Placówki, które nie traktują rodziców jak petentów. Są szkoły, do których rodzice ustawiają się w kolejce właśnie dlatego, że dzieci czują się tam bezpiecznie.

Skoro takie miejsca istnieją, to dlaczego nie stają się wzorem dla całego systemu? Dlaczego nie bierzemy tego, co już w nich działa za wzór? Dlaczego nie adaptujemy tych praktyk przy organizacji nowych szkół? Przez większość życia zawodowego pracowałam w doradztwie podatkowym. W konsultingu nauczyłam się jednej rzeczy: nie da się zaprojektować dobrego rozwiązania bez rzetelnej diagnozy problemu. Najpierw zbiera się dane. Potem analizuje stan obecny. Następnie identyfikuje dobre praktyki.

Dopiero na końcu projektuje rozwiązanie.

To nie jest rewolucyjna wiedza a po prostu zdrowy rozsądek. Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy we Wrocławiu naprawdę projektujemy edukację wokół potrzeb dzieci? Czy raczej wokół potrzeb systemu?

Bo edukacja włączająca nie zaczyna się w klasie. Zaczyna się kilka lat wcześniej, przy stole, przy którym podejmuje się decyzje o tym, jaką szkołę zbudować, ilu uczniów do niej przyjąć i dla jakich dzieci ma być gotowa. Jeżeli jesteś rodzicem, nauczycielem, uczniem albo dyrektorem szkoły - napisz do nas na kontakt@soswroclaw.pl

Jak wygląda edukacja włączająca z Twojej perspektywy?  Co działa? Co nie działa? Jakich rozwiązań brakuje?

Bo zanim wydamy kolejne setki milionów złotych i napiszemy te nowe strategie, warto upewnić się, że naprawdę rozumiemy z czym się we wrocławskiej edukacji mierzymy.

 


Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?

Damian Daszkowski

Współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,068. W poprzednim tekście zwracaliśmy uwagę na aspekty polityki państwa i samorządu. Jednak tego wskaźnika nie da się wyjaśnić wyłącznie kosztami mieszkań czy wysokością zasiłków. Coraz więcej badaczy wskazuje, że u źródeł kryzysu demograficznego leży coś głębszego: zmiana tego, jak myślimy o dzieciach, związkach i własnym życiu. 

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w „Polsce w liczbach 2026", w 2025 roku na jedną kobietę przypadało średnio 1,068 dziecka. W 1990 roku ten sam wskaźnik wynosił 1,99, czyli był bliski poziomowi zastępowalności pokoleń, szacowanemu na ok. 2,1. Od tego czasu Polska systematycznie oddala się od tej granicy. Mediana wieku ludności rośnie, a liczba osób w wieku poprodukcyjnym przewyższyła już liczbę osób w wieku przedprodukcyjnym. Podobnie jest we Wrocławiu, który od lat zachowuje chwiejny balans demograficzny głównie dzięki migracjom młodych ludzi do miasta, które równoważą przewagę zgonów nad urodzeniami oraz wyjazdy młodych rodzin do podmiejskiego obwarzanka.

To nie tylko polski problem. Według Eurostatu średni współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł w 2024 roku 1,34, ze szczególnie niskimi wartościami w Hiszpanii i na Malcie. Trend ma więc charakter strukturalny i wiąże się z przemianami typowymi dla wysoko rozwiniętych społeczeństw. Ale skala i tempo, z jakim Polska traci dzieci, każą szukać przyczyn nie tylko w gospodarce.

Kiedy dziecko przestało być oczywistością

Jeszcze dwie, trzy dekady temu posiadanie dzieci było w polskiej kulturze elementem niemal automatycznym, częścią scenariusza dorosłego życia, na równi ze ślubem czy pracą. Dziś coraz częściej jest jedną z opcji do rozważenia, konkurującą z karierą, podróżami, czy po prostu spokojem.

Badania Instytutu Pokolenia wśród młodych Polaków pokazują, że tradycja - czyli wartość najsilniej korelująca z wyższą dzietnością - jest dla pokolenia dziadków najważniejszą wartością życiową. U ojców jest niemal równie istotna. U dzisiejszych studentów spada na czwarte miejsce, wyparta przez osiągnięcia i sukces zawodowy.

Socjolodzy opisują ten mechanizm jako rodzaj samonapędzającej się zmiany norm. Im więcej osób w naszym otoczeniu funkcjonuje bez dzieci, tym mniej to dziwi, tym łatwiej samemu podjąć taką decyzję, i tym bardziej bezdzietność staje się po prostu jedną z możliwych dróg, a nie odstępstwem od reguły. Dane CBOS z badania z 2022 roku to potwierdzają: odsetek bezdzietnych kobiet w wieku 18–45 lat, które w ogóle nie planują potomstwa, wzrósł z 22% w 2017 roku do 42% w 2022 roku — podwoił się w ciągu zaledwie pięciu lat. To nie jest powolna zmiana kulturowa; to przyspieszenie.

Co istotne, nie chodzi tu wyłącznie o emancypację kobiet czy politykę równościową, jak bywa to przedstawiane w publicystyce. Państwa, które najlepiej godzą aktywność zawodową kobiet z rodzicielstwem - czyli te z rozwiniętą opieką instytucjonalną i elastycznym rynkiem pracy - notują wyższą dzietność niż kraje, w których kobiety mają mniejsze szanse na pracę. Problem nie leży w tym, że kobiety pracują, lecz w tym, że rodzicielstwo i praca są sobie wzajemnie przeciwstawiane. Co znamienne, w lipcowym badaniu CBOS z 2025 roku aż 51% młodych ludzi uważa, że kobiety pracujące zawodowo są bardziej szanowane niż te zajmujące się wyłącznie domem i dziećmi — a wśród samych kobiet ten odsetek jest jeszcze wyższy.

Wioska, która zniknęła z miast

Drugim kulturowym wątkiem, coraz częściej obecnym w debacie, jest zanik tego, co bywa nazywane „wioską" — czyli sieci wsparcia: babć, sąsiadów, dalszej rodziny, znajomych gotowych pomóc przy dziecku. W tradycyjnych, wielogeneracyjnych społecznościach opieka nad dzieckiem była rozłożona na wiele osób. W dużych miastach młoda rodzina zostaje z dzieckiem często sama, bez sieci, którą można by poprosić o pomoc na kilka godzin.

Badania CBOS z 2025 roku pokazują, jak dosłownie przekłada się to na decyzje prokreacyjne. Wśród kobiet pozostających w związkach, które nie mogłyby liczyć na żadne wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, zaledwie 3% planuje potomstwo w ciągu najbliższych lat. Wśród tych, które mogą liczyć na pięć różnych źródeł wsparcia (partner, rodzice, teściowie, dalsza rodzina, znajomi) — aż 38%. Sieć wsparcia nie jest zatem kwestią komfortu; jest warunkiem koniecznym decyzji o dziecku.

Towarzyszy temu zjawisko, które część badaczy nazywa wprost „dzieciofobią": wypychanie dzieci z przestrzeni publicznej. Restauracje bez wysokich krzesełek, baseny z ograniczeniami wiekowymi, lokale, w których obecność dziecka jest traktowana jako uciążliwość. To z pozoru drobne sygnały, ale ich suma tworzy obraz miasta, w którym rodzicielstwo jest czymś, co trzeba schować, nie czymś, co jest normalną częścią życia wspólnoty.

Dla porównania: w Czechach, gdzie dzietność jest wyraźnie wyższa niż w Polsce, niemal połowa obywateli uważa posiadanie dzieci za swego rodzaju zobowiązanie społeczne. W Polsce taki pogląd deklaruje tylko 33% badanych, a 59% wprost się z nim nie zgadza — wynika z badania CBOS z 2025 roku. To nie jest różnica w wysokości zasiłków, to różnica w tym, jak społeczeństwo postrzega rolę dziecka.

Pokolenie, które nie tworzy par

Trzeci wątek kulturowy dotyczy czegoś, co poprzedza decyzję o dziecku: trwałych związków. Według dostępnych badań dwie trzecie Polaków przed trzydziestym rokiem życia nie żyje w relacji, z której mogłyby się urodzić dzieci. Sto lat temu w analogicznym wieku w związkach małżeńskich była ponad dziewięćdziesięcioprocentowa większość populacji.

Badaczka Jean Twenge wskazuje rok 2012 — moment masowego upowszechnienia smartfonów — jako punkt zwrotny dla relacji społecznych młodych ludzi. Zbieżność dat z globalnym załamaniem dzietności jest uderzająca. Analitycy opisani przez „Financial Times" policzyli, że w krajach, gdzie nastąpił gwałtowny wzrost nasycenia rynku smartfonami, wskaźniki dzietności spadały w tempie 20–38% szybciej niż wcześniej. Zbudowany przez nich model matematyczny wskazuje, że gdyby ceny i dostępność smartfonów pozostały na poziomie z 2007 roku, Stany Zjednoczone uniknęłyby nawet 43% zaobserwowanego regresu demograficznego. Argument jest tym mocniejszy, że trend dotyczy krajów skrajnie różnych gospodarczo, co podważa tezę, że chodzi wyłącznie o ekonomię.

Mechanizm nie jest tajemnicą. Między 2003 a 2024 rokiem czas spędzany na kontaktach twarzą w twarz skrócił się w USA o 22%, a czas przed ekranem wzrósł o 93%. Aplikacje randkowe nie są zaprojektowane po to, by użytkownik szybko znalazł partnera i odinstalował aplikację — ich algorytmy utrzymują go w stanie ciągłego poszukiwania, a wyidealizowane profile generują nierealistyczne oczekiwania wobec realnych ludzi. Efektem jest masowa samotność: w USA 42% osób w wieku 25–39 lat żyje samotnie.

Polskie dane CBOS rysują obraz bardziej niejednoznaczny. Sześćdziesiąt pięć procent młodych Polaków wciąż spotyka się ze znajomymi w realu przynajmniej kilka razy w miesiącu - to odróżnia nas od bardziej wyizolowanych społeczeństw. Jednocześnie co trzeci Polak w wieku 18–24 lat nie jest aktywny seksualnie, co jest zjawiskiem bez precedensu w powojennych danych.

Do tego dochodzi nowy wymiar polaryzacji. Młode polskie kobiety są statystycznie bardziej lewicowe, młodzi mężczyźni bardziej prawicowi - i przepaść ta rośnie. Jednocześnie kobiety masowo migrują do większych miast, mężczyźni częściej zostają w mniejszych ośrodkach. Obie grupy dosłownie się mijają: w metropoliach wykształconych kobiet jest proporcjonalnie więcej niż mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym, w mniejszych miastach odwrotnie.

Idealne dziecko albo żadne

Paradoksem jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. Badanie CBOS z 2025 roku jest w tej kwestii jednoznaczne: 44% młodych ludzi chciałoby mieć dwoje dzieci, 20% trójkę lub więcej, a jedynie 12% deklaruje, że nie chce mieć dzieci w ogóle. Mediana wynosi dwoje. To nie jest pokolenie, które odrzuca rodzicielstwo — to pokolenie, które je odkłada, aż do momentu, gdy odkładanie staje się rezygnacją.

Dane CBOS z 2023 roku pokazują tę dynamikę w czasie: mediana wieku kobiet planujących pierwsze dziecko przesunęła się z 27 lat w 2017 roku do 29 lat w 2022 roku. Dwa lata na przestrzeni pięciolatki. Efekt tej arytmetyki jest wymierny: wśród osób w wieku 40–44 lata aż 31% ma mniej dzieci, niż chciałoby mieć — u mężczyzn ten odsetek sięga 35%. To nie są niespełnione marzenia o rodzinie wielodzietnej; to w większości jedno dziecko zamiast dwójki, dwójka zamiast trójki. Luka między aspiracją a rzeczywistością, która zamknęła się cicho, bez dramatycznej decyzji.

Mechanizm jest psychologicznie spójny: młodzi Polacy odkładają decyzję, bo uważają, że wymaga ona perfekcyjnej stabilizacji — finansowej, mieszkaniowej, emocjonalnej. Ideał, który nigdy w pełni nie nadchodzi.

Czwarty czynnik: kompulsywne rodzicielstwo

Rzadziej wymieniany kulturowy czynnik to zmiana standardów samego rodzicielstwa. Poprzednie pokolenia wychowywały dzieci w znacznej mierze na podwórku, w nieformalnych grupach rówieśniczych, przy dużym udziale sieci sąsiedzkiej i rodzinnej. Współczesny model rodzicielstwa coraz częściej zakłada pełne zaangażowanie rodziców całą dobę: organizacja zajęć dodatkowych, stymulacja sensoryczna, odpowiednie zabawki, właściwa dieta, ciągłe towarzystwo.

CBOS rejestruje ten stan świadomości dokładnie. 86% młodych uważa, że wychowanie dziecka w obecnych czasach jest dużym wyzwaniem, 83% — że wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. To nie jest mniejszość przekonana o trudności rodzicielstwa; to zdecydowana większość. Co ciekawe — i co artykuły o kryzysie demograficznym rzadko odnotowują — jednocześnie 91% badanych uważa, że dzięki rodzicielstwu można się wiele nauczyć, 86% że sprawia ono wiele radości, a 76% że dzieci nadają życiu sens. Rodzicielstwo jest postrzegane jako trudne i bezcenne zarazem. To nie niechęć do dzieci napędza kryzys, lecz lęk przed niemożnością sprostania własnym standardom.

Paradoks polega na tym, że im wyższe są standardy wychowania, tym bardziej zniechęca to do posiadania kolejnych dzieci. Jeden projekt wychowawczy pochłania całą dostępną energię i czas. Nie jest to zjawisko marginalne — jest widoczne w danych dotyczących czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców, który w ciągu ostatnich dekad wzrósł mimo jednoczesnego wzrostu aktywności zawodowej kobiet. Coś, co miało być troską, stało się kolejną formą presji.

Kultura kontra ekonomia — kto napędza kryzys?

Artykuł mógłby tu skończyć narrację na ogólnym poziomie, gdyby nie dane, które precyzyjnie układają czynniki w hierarchię. CBOS z 2025 roku zapytał bezdzietnych nieplanujących potomstwa o powody. Wynik jest jednoznaczny: przy decyzji o pierwszym dziecku czynniki kulturowe dominują nad ekonomicznymi. Niechęć do posiadania dzieci lub przekonanie, że dzieci to zbyt duża odpowiedzialność, deklaruje łącznie 35% ankietowanych — potrzeba niezależności i czasu dla siebie kolejne 32%. Bariery materialne wskazuje 25%. Kolejność nie jest przypadkowa.

Co jednak ważne — i co niekiedy umyka w debacie — gdy pytamy o decyzję o kolejnym dziecku, proporcje się odwracają. Tu na czoło wysuwa się sytuacja materialna (27%), a dopiero za nią czynniki zawodowe (14%). Kryzys dzietności ma więc dwa piętra: na pierwszym, gdzie podejmowana jest decyzja o wejściu w rodzicielstwo, rządzi kultura; na drugim, gdzie decyduje się o skali rodziny, rządzi ekonomia. Polityka publiczna, skupiona niemal wyłącznie na świadczeniach pieniężnych, dociera głównie na drugie piętro.

Skutki, których nie widać od razu

Kulturowe przyczyny kryzysu demograficznego mają też kulturowe skutki, które będą widoczne dopiero z czasem. Pokolenia wychowywane jako jedynacy albo w rodzinach bez kontaktu z licznym rodzeństwem i kuzynostwem inaczej uczą się dzielenia, współpracy, rozwiązywania konfliktów. Słabnące więzi sąsiedzkie i rodzinne oznaczają mniej naturalnych mechanizmów wsparcia w sytuacjach kryzysowych, a więcej zadań przejmowanych przez instytucje publiczne.

Zmienia się też sam dyskurs publiczny. Niska dzietność bywa dziś przedstawiana w kategoriach katastroficznych, jako zagrożenie dla „przetrwania narodu", co dodatkowo polaryzuje debatę i utrudnia rzeczową rozmowę o przyczynach i rozwiązaniach. Tymczasem, jak zauważają eksperci, mówienie o nieuchronnej „niewypłacalności państwa" czy „utracie suwerenności" ma charakter publicystyczny, nie analityczny. Starzenie się społeczeństwa jest realnym wyzwaniem dla systemu zabezpieczeń społecznych, ale wymaga adaptacji instytucji, nie paniki.

Czego kultura nie rozwiąże sama

Z konstytucyjnego punktu widzenia państwo ma obowiązek ochrony rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa, co wynika z artykułów 18 i 71 Konstytucji RP. Dotychczasowe instrumenty — głównie świadczenia pieniężne — ograniczyły ubóstwo dzieci i poprawiły sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwróciły trendu demograficznego.

To, co dziś najbardziej widoczne w badaniach, to fakt, że decyzje o dzieciach zależą nie tylko od pieniędzy, ale od poczucia stabilności, dostępności mieszkań, jakości usług publicznych i tego, czy otoczenie społeczne traktuje rodzicielstwo jako coś wartego wsparcia, czy jako prywatny wybór, z którym trzeba sobie radzić samemu. I tu dane CBOS dają odpowiedź, której nie daje żaden program świadczeń: sieć wsparcia — realna, ludzka, codzienna — jest silniejszym predyktorem decyzji o dziecku niż wysokość transferów socjalnych.

Żadna kampania społeczna nie zastąpi żłobka. Żaden żłobek nie zastąpi też zmiany w tym, jak patrzymy na dzieci w naszym otoczeniu: w pracy, w restauracji, na osiedlu. Kulturowy wymiar kryzysu demograficznego jest trudniejszy do zmierzenia niż wskaźnik TFR, ale bez jego uwzględnienia trudno zrozumieć, dlaczego kolejne programy finansowe nie przynoszą oczekiwanych efektów. I dlaczego 31% czterdziestolatków ma mniej dzieci, niż chciało mieć — nie dlatego, że zmienili zdanie, ale dlatego, że idealne warunki nigdy nie nadeszły.


Dane ilościowe: CBOS, komunikat Nr 68/2025 „Pokolenia Z i Y o rodzicielstwie" (oprac. M. Omyła-Rudzka) oraz CBOS, komunikat Nr 3/2023 „Postawy prokreacyjne kobiet".

Zdjęcia P.Uhle