264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
Grażyna Wilk
Wrocław jest jednym z największych grantodawców organizacji pozarządowych w Polsce. W 2025 roku na dotacje dla NGO przeznaczył 264,8 mln zł. Rok wcześniej było to ponad 240 mln zł, a w 2023 roku 221,7 mln zł. Każdego roku miasto zawiera ponad 1100 umów na realizację zadań publicznych. Skala tej współpracy należy do największych w kraju. Problem w tym, że system sprawozdawczości praktycznie nie pozwala odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: jaki efekt społeczny przyniosło wydanie tych pieniędzy.
Przeanalizowaliśmy sprawozdania z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za lata 2023, 2024 i 2025 oraz obowiązującą Politykę współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, przyjętą uchwałą nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 roku. Zestawiliśmy sposób raportowania wyników z rekomendacjami zawartymi w raporcie zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierunkiem Aldony Wiktorskiej-Święckiej, Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024 (UWr / Fundacja Umbrella, 2025), oraz z podejściem do ewaluacji polityk publicznych opisywanym przez OECD w raporcie Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation (2024).
Pytanie było jedno. Czy na podstawie miejskich sprawozdań można ocenić skuteczność wydatkowania ponad ćwierć miliarda złotych rocznie? Odpowiedź nie jest oczywista na pierwszy rzut oka, ale analiza prowadzi do jednoznacznego wniosku: nie można.
Miasto szczegółowo opisuje skalę działań
Sprawozdania z realizacji Programu współpracy to obszerne dokumenty. Zawierają informacje o liczbie ogłoszonych konkursów, zawartych umowach, wysokości przekazanych dotacji oraz realizowanych zadaniach w podziale na obszary polityki miejskiej, od pomocy społecznej, przez kulturę i sport, po ekologię i prawa człowieka. W poszczególnych obszarach przedstawiane są dane dotyczące liczby odbiorców, wydarzeń, godzin usług czy uczestników projektów.
Tego typu informacje są potrzebne. Pozwalają odpowiedzieć na pytania: ile pieniędzy wydano, ilu wykonawców realizowało zadania, ilu mieszkańców objęto wsparciem, jaką skalę miały poszczególne działania. Są to jednak wyłącznie wskaźniki opisujące zakres realizacji zadania, a nie jego skuteczność. Miasto pokazuje więc bardzo dokładnie, co zostało zrobione. Znacznie rzadziej pokazuje, co dzięki temu się zmieniło.
Między produktem a rezultatem istnieje zasadnicza różnica
W ewaluacji polityk publicznych od dawna rozróżnia się kilka poziomów oceny działań. Najprostszy dotyczy nakładów finansowych, czyli tego, ile pieniędzy przeznaczono na dany cel. Kolejny opisuje produkty, czyli bezpośrednie, policzalne rezultaty wykonania zadania: liczbę uczestników, szkoleń, porad, wydarzeń, posiłków, godzin usług.
Dopiero następne poziomy dotyczą rezultatów i wpływu społecznego. Pytają nie o to, ile osób wzięło udział w projekcie, lecz czy dzięki temu poprawiła się ich sytuacja życiowa. Czy osoba bezdomna wyszła z bezdomności. Czy nastolatek objęty wsparciem psychologicznym rzadziej trafia potem do szpitala. Czy mieszkaniec osiedla, który wziął udział w warsztatach aktywizujących, faktycznie zaangażował się później w życie wspólnoty. OECD wskazuje, że dopiero ten etap pozwala realnie ocenić skuteczność polityk publicznych i podejmować świadome decyzje o dalszym finansowaniu poszczególnych rozwiązań, zamiast kontynuować je z bezwładu.
Analiza wrocławskich sprawozdań pokazuje, że dominują w nich informacje z pierwszych dwóch poziomów: nakładów i produktów. Znacznie trudniej znaleźć dane pozwalające ocenić trwałą zmianę społeczną wywołaną realizowanymi projektami. W setkach stron sprawozdań za trzy kolejne lata nie natrafiliśmy na przykład systematycznego pomiaru rezultatu, który wykraczałby poza policzenie tego, co się wydarzyło.
Co z tego wynika
Nie oznacza to automatycznie, że projekty finansowane przez miasto są nieskuteczne. Wiele wrocławskich organizacji pozarządowych wykonuje wartościową, często bardzo trudną pracę, nierzadko łatając dziury w niewydolnym systemie opieki państwowej i samorządowej.
Oznacza to coś innego. Na podstawie obowiązującego systemu sprawozdawczości nie da się tego ocenić. Jeżeli w obszarze przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu raportowana jest liczba osób objętych pomocą, nie wiemy, ilu spośród nich dzięki tej pomocy faktycznie się usamodzielniło. Jeżeli raportowana jest liczba wydarzeń obywatelskich, nie wiemy, czy przełożyły się one na trwały wzrost aktywności mieszkańców, czy skończyły się razem z ostatnim spotkaniem. Jeżeli sprawozdanie obejmuje liczbę godzin usług opiekuńczych, nie wiemy, czy realnie poprawiły one jakość życia odbiorców, czy jedynie wypełniły wymaganą liczbę godzin w kosztorysie.
To nie jest problem pojedynczego programu, pojedynczej dzielnicy ani pojedynczej organizacji. To cecha całego systemu raportowania, powtarzająca się konsekwentnie we wszystkich trzech analizowanych latach.
Dlaczego system mierzy to, co łatwe, a nie to, co ważne
Przyczyny takiego stanu rzeczy są systemowe, nie osobowe. Nie wynikają ze złej woli konkretnych urzędników czy organizacji, tylko z logiki, w jakiej cały mechanizm został zaprojektowany.
Po pierwsze, logika prawna i administracyjna. Umowy o dofinansowanie wymagają rozliczenia formalnego: czy środki wydano zgodnie z celem, czy dokumentacja jest kompletna, czy dotrzymano terminów. Takie rozliczenie chroni przed niegospodarnością w sensie księgowym. Nie chroni jednak przed nieskutecznością. System nagradza poprawność proceduralną, a nie skuteczność społeczną.
Po drugie, koszty i kompetencje. Pomiar efektów społecznych jest trudniejszy i droższy niż liczenie godzin czy beneficjentów. Wymaga metodologii, na przykład teorii zmiany albo badań porównawczych, danych wyjściowych sprzed interwencji oraz czasu, by ocenić efekt długoterminowy. Jak wynika z raportu Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024 (Stowarzyszenie Klon/Jawor, Fundacja Batorego), większość polskich organizacji, zwłaszcza mniejszych, po prostu nie dysponuje takimi zasobami. Miasto również nie buduje ich systematycznie po swojej stronie. Łatwiej więc zbierać to, co proste do policzenia.
Po trzecie, interesy obu stron układają się w system wzajemnego potwierdzania. Dla urzędu sprawozdania ilościowe są dowodem aktywności: wydaliśmy, zrealizowaliśmy, objęliśmy wsparciem. Dla organizacji są dowodem, że wywiązały się z umowy i mogą ubiegać się o kolejne środki w następnym konkursie. System staje się samowystarczalny. Pieniądze płyną, umowy są podpisywane, sprawozdania składane i przyjmowane. Pytanie „czy to działa” nie pojawia się, bo formalnie nikt nie jest zobowiązany go zadać.
Po czwarte, kultura zarządzania publicznego. Wrocław, podobnie jak wiele polskich miast, wciąż funkcjonuje w paradygmacie wydawania środków, a nie osiągania rezultatów. Raport OECD z 2024 roku pokazuje, że dojrzałe systemy współpracy z sektorem społecznym coraz częściej przechodzą na model oparty na pomiarze wpływu i finansowaniu zorientowanym na cel, a nie na sam fakt realizacji działania. Polska, a wraz z nią Wrocław, wciąż pozostaje w tyle za tą transformacją.
Raport, który miasto samo zamówiło
Dowodem na to, że w samym Urzędzie Miejskim istnieje świadomość tych ograniczeń, jest wspomniany już raport zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024. Badacze przeanalizowali dwie dekady relacji między Ratuszem a trzecim sektorem i wskazali, że system ewoluował od prostych konkursów ofert do bardziej złożonych form partnerstwa. Jednocześnie utrwalił się model, w którym miasto finansuje działalność, a organizacje dostarczają usługi i sprawozdania z ich realizacji. Zabrakło natomiast pętli zwrotnej opartej na wiedzy o wpływie, czyli mechanizmu, który pozwalałby wykorzystać zebrane doświadczenia do poprawy kolejnych edycji programu.
Raport zawiera konkretne rekomendacje ewaluacyjne. To, czy zostaną wdrożone, zależy od decyzji politycznej, a nie od dostępności wiedzy. Wiedza już istnieje, sfinansowana zresztą przy udziale podmiotów współpracujących z samym miastem.
Co można zrobić inaczej
Alternatywy dla obecnego modelu nie są ani tajemnicą, ani wynalazkiem teoretycznym. Część z nich wynika wprost z rekomendacji raportu Uniwersytetu Wrocławskiego, część z doświadczeń międzynarodowych opisanych przez OECD.
Można wprowadzić obowiązkowe elementy pomiaru wpływu w większych konkursach, traktowane nie jako kolejny biurokratyczny wymóg, lecz jako narzędzie uczenia się na przyszłość. Można finansować badania ewaluacyjne prowadzone niezależnie od grantobiorców, tak by ocena nie była sporządzana przez tego, kto sam siebie ocenia. Można budować systemy danych otwartych o problemach społecznych i efektach poszczególnych interwencji, dostępne dla mieszkańców i radnych, a nie zamknięte w wewnętrznych bazach urzędu. Można eksperymentować z modelami finansowania powiązanego z wynikami w wybranych, dobrze zdefiniowanych obszarach. Można wreszcie, tak jak sugeruje OECD, odchodzić od czysto konkursowego modelu rocznych umów na rzecz dłuższych partnerstw opartych na jasno określonej misji i mierzalnych celach, zamiast rozdrabniać środki na dziesiątki niewielkich, powtarzalnych z roku na rok zadań.
Żadne z tych rozwiązań nie jest proste do wdrożenia. Wszystkie wymagają woli politycznej, kompetencji analitycznych i czasu. Alternatywą jest jednak kontynuacja obecnego stanu rzeczy: 264 miliony złotych rocznie, ponad 1100 umów, setki stron sprawozdań i wciąż ten sam brak odpowiedzi na podstawowe pytanie, czy to wszystko działa.
System, który nie wie, czy działa
Wrocławski system współpracy z organizacjami pozarządowymi nie jest wadliwy z powodu złych intencji po żadnej ze stron. Jest wadliwy, bo od lat jest zaprojektowany do produkowania aktywności, a nie do produkowania wiedzy o zmianie. Generuje dane, które dobrze wyglądają w tabelach i podsumowaniach. Nie generuje wiedzy, która pozwalałaby podejmować lepsze decyzje w kolejnym roku.
Mieszkańcy Wrocławia mają prawo wiedzieć, czy 264,8 mln zł wydane w 2025 roku, a wcześniej 221,7 mln zł w 2023 roku, rzeczywiście poprawia sytuację najsłabszych, wzmacnia wspólnoty lokalne i buduje aktywność obywatelską, czy jedynie podtrzymuje istniejący od lat sposób funkcjonowania trzeciego sektora we Wrocławiu. Obecny system sprawozdawczości na to pytanie po prostu nie odpowiada. I dopóki się to nie zmieni, kolejne ponad 1100 umów rocznie będzie przede wszystkim dowodem na to, że miasto potrafi sprawnie wydawać pieniądze, a nie na to, że potrafi rzetelnie rozwiązywać problemy, na które te pieniądze mają odpowiadać.
Bibliografia i źródła:
- Sprawozdanie z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za rok 2023, 2024, 2025, UM Wrocław
- Polityka współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, uchwała nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 r.
- Wiktorska-Święcka A. i in., Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024, UWr / Fundacja Umbrella, Wrocław 2025
- Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024, Stowarzyszenie Klon/Jawor / Fundacja Batorego, Warszawa 2025
- OECD, Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation, OECD Publishing, Paris 2024
Fot. Oleksandr Poliakovsky/www.wroclaw.pl
Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?
Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?
Mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic obronili się przed planem podrzucenia niczym kukułczego jaja ruchu z ul. Koreańskiej. To ważne zwycięstwo zdrowego rozsądku nad partykularnymi interesami wąskiej grupy. Ale zanim ktoś zawiesi rękawice na kołku, warto zapytać: dlaczego w ogóle do tego doszło, kto na tym zarobił politycznie i kto powinien za to zapłacić - stanowiskiem, mandatem albo fotelem prezydenta.
Zwycięstwo, które nie jest siłą władzy
Wrocławski magistrat najpierw okłamał mieszkańców, że zamyka Koreańską tylko tymczasowo, a potem, pod presją wycofał się z tego ordynarnego oszustwa. Przywrócona została wcześniejsza organizacja ruchu. Szybka reakcja urzędu wygląda na sukces mieszkańców - i słusznie, bo to oni się zmobilizowali. Nie należy jej jednak mylić z siłą i kompetencją władzy. To odruch samozachowawczy, a nie strategia. Urząd, który w ciągu kilku dni odwraca decyzję ogłoszoną jako gotowa, przyznaje tym samym, że działał bez rzetelnej analizy i pod presją wąskiej grupy interesu - nie mieszkańców jako całości. I nie ma co się łudzić - urzędnicy są gotowi okłamać mieszkańców po raz kolejny. Wiele wskazuje na to, że ostatnie ustalenia nie przetrwały nawet tygodnia - ale to temat na odrębny wątek.
Kto naprawdę stał za planem na Koreańskiej
To, co wyglądało na spontaniczną inicjatywę osiedlową, miało konkretnych autorów. Przewodniczący Rady Osiedla Marek Sadowski razem ze stworzonym naprędce stowarzyszeniem, które powołali Paweł Gruszka, Małgorzata Bielecka oraz Agnieszka Lingas-Łoniewska, ułożyli sobie sprawę po cichu z urzędem miejskim. Wsparcia politycznego - jeśli wierzyć sąsiadom - udzielili niektórzy urzędnicy oraz radna Agnieszka Dusza. Wszystkich, którzy firmowali ten pomysł, łączy jedno: mieszkają w bezpośrednim sąsiedztwie ulicy Koreańskiej, którą chcieli zamknąć dla wszystkich, tylko nie dla siebie. To podręcznikowy przypadek postawy, którą Amerykanie nazywają syndromem NIMBY - not in my backyard. Zwykle to aktywiści miejscy piętnują taką postawę jako szkodliwą dla wspólnoty. Tym razem część środowiska aktywistycznego sama ją zastosowała, a władza polityczna dała jej posłuch.
Nie jest to zresztą przypadek. Rada Osiedla Brochów od dawna uchodziła w wielu środowiskach za jedną z najbardziej prosutrykowych rad w mieście. Trudno się dziwić, że prezydent Jacek Sutryk i jego urzędnicy mieli akurat na jej podszepty wyjątkowo wyczulone ucho - i akurat tym razem byli gotowi działać szybko, bez analizy, wbrew interesowi całej wspólnoty.
Ruchu nie da się przerzucać jak gorącego ziemniaka
Sedno problemu nie zniknęło wraz z wycofaniem kontrowersyjnej decyzji. Cały ten spór pokazał, że miasto od lat próbuje rozwiązywać problem transportowy wschodniego Wrocławia metodą gorącego ziemniaka - przerzucając ruch z jednej ulicy na drugą, zamiast zaplanować go systemowo. Koreańska nie może zostać zamknięta ani odciążona kosztem sąsiadów, bo to nie rozwiązuje niczego - tylko przenosi problem o kilkaset metrów dalej. Libańska nie może też przejąć na siebie całego ruchu, który dziś obciąża okolicę, bo nie do tego została zaprojektowana i nie ma do tego przepustowości. Obie ulice - i Koreańska, i Libańska - są tej części miasta potrzebne. Jedna nie zastąpi drugiej. Bez spójnego planu, który obejmie całą siatkę połączeń Brochowa, Bieńkowic i Jagodna ze wschodnią obwodnicą, każda kolejna „decyzja" będzie tylko przekładaniem tego samego problemu na inny adres.
Mościckiego: osiem zmarnowanych lat
Ulica Mościckiego, formalnie droga zbiorcza, która powinna przejmować ruch łączący Brochów, Bieńkowice i Jagodno ze wschodnią obwodnicą Wrocławia, leżała odłogiem przez całą kadencję prezydenta Jacka Sutryka. Interpelacje w tej sprawie składano od lat: już w 2017 roku radny Kłosowski pytał o brak chodnika i oświetlenia, w 2019 roku kolejni radni wracali do sprawy stanu jezdni i bezpiecznej infrastruktury rowerowej. W 2025 roku temat wracał ponownie - najpierw jako pytanie o bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów oraz poszerzenie wiaduktu, potem jako interpelacja radnej Agnieszki Duszy dotycząca negocjacji z PKP. Odpowiedź urzędu przez lata brzmiała tak samo: teren jest „wyjątkowo trudny" - wiadukty, skarpy, rowy, gęsta zieleń - a pełna przebudowa byłaby zbyt kosztowna, więc realizuje się tylko punktowe łaty: oświetlenie z budżetu obywatelskiego, reorganizację parkowania, fragment chodnika finansowany przez TBS.
Libańska jako droga lokalna równoważąca Koreańską
Ten sam urząd, który latami tłumaczył się „trudnym terenem" przy Mościckiego, z entuzjazmem opisuje „korzystniejsze warunki projektowe" nowej ulicy Libańskiej. Nowa droga - zaplanowana jeszcze w miejscowym planie z 2013 roku - ma powstać częściowo za pieniądze deweloperów: blisko 3,7 miliona złotych wkładu wniosą firmy budujące w tej okolicy nowe osiedla. Przy Libańskiej ma też stanąć nowy węzeł przesiadkowy dla autobusów, bo obecny przystanek przy Ziemniaczanej jest za mały. Brzmi to jak inwestycja skrojona pod potrzeby nowych mieszkańców i deweloperów, a nie pod realny, systemowy problem transportowy istniejącej części miasta. Bez spójnej analizy kosztów i korzyści obu inwestycji oraz bez wyjaśnienia, dlaczego finansowanie prywatne miałoby decydować o priorytetach transportowych miasta, trudno mówić o rozwiązaniu problemu - raczej o jego przesunięciu w czasie i na inną ulicę.
Jagodno czeka jeszcze dłużej
O ile Brochów i Bieńkowice zaczynają wreszcie być słyszalne, o tyle sąsiednie Jagodno przez ostatnie miesiące dostawało jeszcze mocniej. Buforowa, Konduktorska i Schuberta to ulice, które w ostatnim czasie szczególnie ucierpiały pod naporem ruchu, jaki miasto latami kierowało właśnie tędy, bo nie chciało lub nie potrafiło rozbudować alternatywnych połączeń zbiorczych, w tym Mościckiego. Każda kolejna prowizorka na Koreańskiej, Libańskiej czy Mościckiego bez uwzględnienia Jagodna w całościowym planie oznacza w praktyce dalsze dokładanie ruchu tam, gdzie mieszkańcy już dziś nie mogą sobie z nim poradzić. Systemowe rozwiązanie dla wschodniego Wrocławia musi objąć Jagodno tak samo jak Brochów i Bieńkowice - inaczej znów przerzucimy gorącego ziemniaka, tylko w drugą stronę.
Kto powinien wziąć odpowiedzialność
Mieszkańcy mają pełne prawo domagać się konsekwencji wobec wszystkich, którzy doprowadzili do tej sytuacji - i nikogo z tej listy nie należy pomijać.
Wobec urzędników, którzy wprost wprowadzali mieszkańców w błąd, uzasadnione jest żądanie dymisji. Dotyczy to kierownictwa Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia, które straciło wiarygodność, dyrektora Staruchowicza ze ZDiUM, a także Elwiry Nowak, szefowej Wydziału Inżynierii Miejskiej, oraz jej zastępcy ds. zarządzania ruchem Andrzeja Brzozy. Dyrektorka Urbanek, która współtworzyła tę politykę, sama odeszła już na emeryturę - ale to nie zamyka sprawy odpowiedzialności pozostałych.
Wobec prezydenta Jacka Sutryka i radnej Agnieszki Duszy, którzy ponoszą odpowiedzialność polityczną za całą sprawę, jedyną skuteczną drogą jest pozbawienie ich funkcji w drodze referendum - bo do końca kadencji zostały jeszcze prawie trzy lata, w czasie których mogą dalej szkodzić tej części miasta.
Wobec Rady Osiedla Brochów, która zamiast reprezentować mieszkańców, ułożyła sobie sprawę z urzędem kosztem sąsiadów - właściwą drogą są wybory. I tak się składa, że odbędą się one już 21 marca. To najbliższa i najbardziej naturalna okazja, by wymienić lokalne elity, które zawiodły zaufanie mieszkańców.
Przestrzeń dla liderów, którzy działają dla mieszkańców, a nie obok nich
Konflikt wokół Koreańskiej zmobilizował mieszkańców i pokazał im siłę wspólnego działania. Chcemy, żeby ta energia przełożyła się na coś trwałego. Dlatego apelujemy o jak najwięcej przestrzeni i wsparcia dla lokalnych liderów, którzy są gotowi realnie działać na rzecz Brochowa, Bieńkowic i Jagodna - nie wbrew mieszkańcom, tylko dla nich. Brochów i Bieńkowice potrzebują ludzi uczciwych, którzy przedstawią konkretny program dla całej dzielnicy - a nie takich, którzy traktują tę funkcję jako sposób na załatwienie kilku spraw sobie i najbliższym sąsiadom. Piłka jest teraz po stronie mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna.
A my jesteśmy do ich dyspozycji.
Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
Obiecali "tymczasowo". Zamknęli na zawsze. I zrobili to po cichu, w wąskim gronie, licząc, że nikt się nie zorientuje, zanim będzie za późno na sprzeciw. Nie wyszło – bo sprawa wypłynęła nie dzięki uczciwości urzędu, tylko wbrew niej. Przyjrzyjmy się dokładniej mechanizmowi, jakiego dopuściło się miasto Wrocław wobec mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna w sprawie organizacji ruchu. Nieliczni wzięli większość jako zakładników swoich interesów. A tego mieszkańcy im nie darują.
Obiecanki urzędników
Jeszcze w maju 2026 r. urząd był w tej sprawie jednoznaczny. Ruch jednokierunkowy na Koreańskiej, Ziemniaczanej i Boiskowej to rozwiązanie tymczasowe, wprowadzone na czas remontu wiaduktów na ul. Gazowej. Mieszkańców uspokajano: to na chwilę, na czas inwestycji, potem wróci normalność.
Trzy i pół miesiąca później gruchnęła wiadomość, że urzędnicy pokątnie, w wąskim gronie z niewielką grupą mieszkańców jednorodzinnej zabudowy przy Koreańskiej, uzgodnili wyrzucenie tej obietnicy do kosza. Sprawa wyszła na jaw przypadkiem, poza kontrolą urzędu – bo gdyby nie ujawnienie przez samych mieszkańców, dowiedzielibyśmy się o tym najwcześniej po fakcie, z komunikatu prasowego napisanego już językiem decyzji ostatecznej. Urzędnicy zostali złapani na gorącym uczynku.
Mniejszość ma władzę i dyktuje warunki milczącej większości
Istota sprawy jest prosta. Mniejszość chce kosztem milczącej większości załatwić swój partykularny interes. Kilkadziesiąt domów przy trzech ulicach ma mieć trwały spokój – kosztem setek, a być może tysięcy mieszkańców Brochowa i Bieńkowic, którzy tracą sprawny wyjazd z miasta i skomunikowanie z obwodnicą. Najciężej odczują to mieszkańcy Jagodna, którzy w całej tej sprawie nie mieli głosu w ogóle. Cóż – można by rzec cynicznie tak, jak najwyraźniej myślą o tym w magistracie: Jagodno wytrzyma.
Sojusz wąskiej grupy mieszkańców jednej ulicy z władzami miasta doprowadził do sytuacji, w której poprawiono komfort życia kilkudziesięciu gospodarstw domowych, a pogorszono go u znacznie większej liczby ludzi – i nikt w tym procesie nie policzył, po której stronie bilansu jest więcej osób. Warto zapytać dlaczego. Czy ma to związek z tym, że w najbliższej okolicy jednej z zamykanych ulic mieszka radna Dusza? Albo z tym, że w okolicy najgłośniej protestującej mieszka szefostwo Rady Osiedla? A może jeszcze ktoś inny, o kim jeszcze nie wiemy? Zapytaliśmy urząd wprost, czy którykolwiek z decyzyjnych urzędników formalnie wyłączył się z udziału w sprawie, żeby mieć pewność, że decyzje o zamknięciu ulic nie zapadają w niczyim prywatnym interesie. Na odpowiedź czekamy.
Policzmy, ile to kosztuje
Wydłużenie dojazdu to nie abstrakcja. To realny, policzalny koszt, który mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic ponoszą każdego dnia: dodatkowe kilometry i kilkanaście–kilkadziesiąt minut objazdu w jedną stronę. Rozłożone na miesiąc dojazdów do pracy, szkoły, na zakupy, to rząd wielkości kilkunastu godzin miesięcznie – w skali roku kilka dodatkowych dób życia, które władza po prostu ludziom zabrała, bez pytania o zgodę. Do tego dochodzi paliwo – każdy dodatkowy kilometr objazdu to realne, comiesięczne wydatki z domowego budżetu - 50 - 100 zł, zależnie od rozmiaru samochodu, którym mieszkaniec się przemieszcza.
To kolejna opłata, której nikt nie uchwalił w żadnej radzie, nikt nie ogłosił, a mieszkańcy i tak ją płacą. Może warto nazwać rzecz po imieniu: podatek od urzędniczej głupoty.
Konsultacje po fakcie to szopka, nie konsultacje
Teraz, gdy sprawa wypłynęła, urząd zapowiada konsultacje społeczne. Pytanie brzmi: po co konsultować decyzję, która już zapadła i którą już ogłoszono jako obowiązującą? Czy to konsultacje, czy tylko tłumaczenie ludziom, co mają o tym myśleć?
Czego można się spodziewać po konsultacjach organizowanych przez urząd, który w tej sprawie od początku traktował mieszkańców bez należnego im szacunku – informując ich na końcu procesu, a nie na początku? To próba urobienia mieszkańców i kpina z idei, o którą walczyły pokolenia aktywistów - władzy, która słucha mieszkańców, służy im a nie uszczęśliwia na siłę w przekonaniu o własnej nieomylności.
Próbkę tego, jak traktowani są mieszkańcy dała wczorajsza sesja Rady Osiedla Brochów, która poza arogancją wykazała się brakiem zdolności do rozwiązywania konfliktów społecznych. Lokalne przywództwo kompletnie zawiodło, gdy sytuacja wymagała czegoś więcej niż uśmiechów i miłego spędzania czasu za publiczne pieniądze. To szczególnie rozczarowujące, bo wszystkim nasuwają się pytania czy interes prywatny nie wziął górę nad interesem ogółu. Mimo, że na spotkanie przyszło ponad 100 mieszkańców - racja nadal pozostawała po stronie lokalnej elity władzy. Trudno zrozumieć jak tę jawną arogancję mogą tolerować ludzie zadeklarowani jako aktywiści działający na rzecz mieszkańców.
Kto jeszcze powinien się tym zająć
Dyrekcja Wydziału Inżynierii Miejskiej i Departamentu Infrastruktury i Transportu odpowiada za tę decyzję i za sposób, w jaki ją przeprowadzono – bez rzetelnych danych, bez konsultacji z sąsiednią gminą, bez policzenia, kto na tym traci. To wystarczający powód, by rozważyć wniosek o odwołanie kierownictwa obu jednostek. Rozważamy wsparcie w tej sprawie petycji mieszkańców i kierowanie kolejnych zapytań.
Warto też zapytać, gdzie w tej sprawie jest samorząd wojewódzki. Marszałek Województwa Dolnośląskiego ma przecież Departament Rozwoju Aglomeracji, a decyzja dotyczy nie tylko Wrocławia, ale i relacji z gminą Siechnice. Czy ręce pana Jarosława Charłampowicza, koordynatora ds. współpracy z samorządami są tak mocno zajęte trzymaniem stołka, że nie jest w stanie już wykonywać realnej pracy?
A gdzie podział się Starosta Wrocławski? Gdzie jest Stowarzyszenie Aglomeracja Wrocławska, które z definicji ma koordynować właśnie tego typu sprawy między gminami? Wszyscy zapadli się pod ziemię, gdy mieszkańcy liczą na rozwiązanie problemu. Zaskoczeni?
Jagodno i Brochów – najgłośniejszy przykład tego, jak miasto planuje transport
Nikt przed podjęciem decyzji o zmianie organizacji ruchu nie zapytał mieszkańców Jagodna co o tym sądzą. Nie zrobiono tak, mimo że to oni odczują skutki zamknięcia Brochowa najdotkliwiej. To nie pierwszy raz, kiedy Jagodno zderza się z niekompetencją planowania transportowego – wystarczy spojrzeć na ul. Buforową, karykaturę drogi zbiorczej, która nie radzi sobie z obsługą ruchu nawet bez dodatkowego obciążenia z Brochowa. A to nie koniec inwestycji mieszkaniowych na tym osiedlu – kolejni mieszkańcy dopiero się tam wprowadzą. Odpowiedź urzędników jest zwykle jedna: przesiądźcie się na tramwaj. Tylko że tramwaj na Jagodno pojedzie najwcześniej za kilka lat. Po stu latach planowania Wrocław wciąż sadza swoich mieszkańców w symbolicznym już polu kapusty.
Ile można znosić traktowanie wielkiego już osiedla niczym kolonii, z której najpierw wyciśnięto pieniądze przy wyprzedaży działek, później przy transakcjach zakupu nieruchomości a teraz - pomimo chaosu i utrudnień prezentowanym mieszkańcom przez władze - apeluje się o rozliczenie podatku dochodowego we Wrocławiu?
Cały południowy wschód miasta pozostaje jakby zapomniany. Nikt nie zadbał o to, by powstała porządna ulica zbiorcza, łącząca tę część miasta z obwodnicą wschodnią w taki sposób, by odpowiadała tempie rozbudowy zabudowy mieszkaniowej. Zamiast tego wpycha się potoki transportowe w uliczki do tego nieprzygotowane. Nie remontuje się Mościckiego i na siłę wpycha ruch na kameralne osiedle przy Libańskiej.
Czy planiści brali to pod uwagę, gdy jeszcze w czerwcu tego roku zaproponowali Radzie Miejskiej plan z dodatkową zabudową przy Topolowej, Mościckiego i Wiaduktowej? Czy ktoś jeszcze panuje nad tym co się dzieje w Urzędzie Miasta i jak wpływa to na życie mieszkańców? Zamiast wizji przestrzennej i transportowej proponuje się nam załatwiactwo, klajstrowanie dziur na gumę do żucia i pokątne fastrygowanie zabudowy. Nie w imię dobra wspólnego tylko partykularnych interesów.
Co dalej
Złożyliśmy formalne zapytanie do Prezydenta Wrocławia, w którym pytamy m.in. o projekt stałej organizacji ruchu, źródło i metodologię danych o spadku ruchu na Koreańskiej, dokumentację decyzji z 12 sierpnia, zakres konsultacji z Radami Osiedli Jagodno i Bieńkowice oraz z gminą Siechnice, a także o pełną treść wniosku mieszkańców i towarzyszącej mu narracji. Odpowiedzi opublikujemy w całości.
Ale coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że doszliśmy do punktu, w którym ta władza po prostu nie reaguje na głos mieszkańców, zamiast tego próbuje ich urabiać do podjętej wcześniej decyzji.
Nie ma sensu prosić tych ludzi o więcej szacunku – trzeba wziąć sprawy we własne ręce, tam, gdzie zgodnie z prawem należy władza: do mieszkańców. Nie do koalicji. Do obywateli. A droga do tego wiedzie przez referendum.
W innym przypadku urzędnicy i politycy będą wiedzieli, że we Wrocławiu przejdzie każda niegodziwość.
Lista hańby. 23 radnych po stronie śmieciowej mafii
Lista hańby. 23 radnych po stronie śmieciowej mafii
Piotr Uhle
Gdy mieszkańcy Wrocławia są obciążani horrendalnymi podwyżkami za śmieci, szukają obrony u swoich przedstawicieli. Wczoraj, 26 sierpnia, przekonali się, że większość Rady Miejskiej broni nie ich interesów, a interesu prezydenta i śmieciowej mafii. Aż 23 radnych zagłosowało za oddaleniem dobrze udokumentowanej skargi na drastyczną podwyżkę opłat za odpady. Publikujemy pełną listę – z podziałem na kluby.
Grabież w majestacie prawa
Gdy obywatele są łupieni przez władzę, ich pierwszym odruchem jest szukanie wsparcia u swoich reprezentantów. W samorządzie, takim jak wrocławski, oznacza to zwrócenie się do prezydenta i radnych. Problem w tym, że w kwestii opłat za śmieci to właśnie prezydent i jego urzędnicy są stroną sięgającą głęboko do kieszeni wrocławian – dlatego to radni powinni być pierwszą linią obrony. Niestety, gdy w lipcu pod obrady Rady Miejskiej trafiła nieprzygotowana uchwała podnosząca opłaty za odpady, większość zdecydowała, że ten drenaż portfeli jest w porządku. Mieszkańcy nie poddali się i szukali sprawiedliwości dalej. Mecenas Grzegorz Prigan napisał skargę, wskazując na brak rzetelności wyliczeń, na których oparto podwyżkę. Chwała mu za to – gdy zawodzą politycy, trzeba szukać obrony w literze prawa. Skarga była dobrze udokumentowana i potwierdzała to, o czym mówiliśmy od początku: kalkulacja podwyżki jest błędna. W momencie jej uchwalania nikt nie wiedział, ilu tak naprawdę mamy we Wrocławiu mieszkańców i płatników w systemie gospodarowania odpadami. Nie było też wiadomo, ile w systemie pozostanie nieruchomości niezamieszkałych, które płacą najwyższe stawki i stanowią istotny element finansowania całości. Dziś już wiemy – ich liczba spadła o 5,5 proc.
Jak radni głosowali nad skargą mieszkańców?
Wobec tych wszystkich faktów można by się spodziewać, że Rada Miejska rozpatrzy skargę na korzyść wrocławian. Nic bardziej mylnego. 26 sierpnia, podczas XXXVI sesji Rady Miejskiej, odbyło się jawne głosowanie nad projektem uchwały w sprawie skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na uchwałę ustalającą metody i stawki opłaty (druk nr 946/26). Radni głosowali nad wnioskiem o oddalenie skargi – a więc głos „za" oznaczał odrzucenie racji mieszkańców, a głos „przeciw" – stanięcie w ich obronie. Wynik: 23 głosy za oddaleniem skargi, 10 przeciw, przy udziale 34 z 37 uprawnionych radnych. Radni nie tylko nie zgodzili się na uwzględnienie skargi. Prowadząca obrady nie dopuściła nawet do głosowania nad wnioskiem o wstrzymanie wejścia w życie podwyżek do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez sąd administracyjny. Zamiast bronić mieszkańców, stanęli po stronie interesów śmieciowej mafii, stając się jej przybudówką i ekspozyturą.
Lista hańby – klub po klubie
-
Klub Radnych Koalicja Obywatelska – za oddaleniem skargi zagłosowało 17 z 18 członków klubu: Marzena Bogusz, Izabela Duchnowska, Agnieszka Dusza, Tadeusz Grabarek, Dominika Kontecka-Graszewicz, Robert Leszczyński (przewodniczący klubu), Sebastian Lorenc, Kacper Mędygrał, Joanna Pieczyńska, Magdalena Razik-Trziszka, Agnieszka Rybczak, Edyta Skuła, Martyna Stachowiak, Igor Wójcik, Ewa Wrońska, Krzysztof Zalewski, Maciej Zieliński. (Ewa Wolak była nieobecna).
-
Klub Radnych Lewica Naprzód – za oddaleniem skargi zagłosowało 5 z 7 członków klubu: Sławomir Czerwiński, Anna Kołodziej (wiceprzewodnicząca klubu), Robert Maślak, Dorota Pędziwiatr (przewodnicząca klubu), Robert Suligowski. (Bartłomiej Ciążyński był obecny, ale nie głosował; Dominik Kłosowski był nieobecny).
-
Radni niezrzeszeni – za oddaleniem skargi zagłosował: Jarosław Krauze.
Razem: 23 radnych, którzy zdecydowali, że mieszkańcy mają płacić więcej na podstawie wyliczeń, których rzetelności sami nie potrafią obronić.
Kto bronił mieszkańców? Warto pokazać, kto w tym głosowaniu stanął po właściwej stronie. Przeciwko oddaleniu skargi, a więc w obronie mieszkańców, zagłosowało 10 radnych: cały Klub Radnych Prawo i Sprawiedliwość (Łukasz Kasztelowicz – przewodniczący, Karolina Krzeszowiec, Michał Kurczewski, Łukasz Olbert, Robert Pieńkowski, Dariusz Piwoński, Sławomir Śmigielski; nieobecny był Andrzej Kilijanek) oraz cały Klub Radnych Naprawmy Przyszłość (Jakub Janas – przewodniczący, Jakub Nowotarski, Piotr Uhle).
Po co nam tacy radni?
Po co mieszkańcom radni, którzy nie znajdują czasu na obronę ich interesów, ale jak lwy walczą o zyski koalicji deweloperskiej i śmieciowej mafii? Prezydent, który w oparciu o nierzetelny dokument okrada mieszkańców, już dawno się skompromitował i powszechnie wiadomo, że powinien pożegnać się ze stanowiskiem. Wczoraj maski opadły ostatecznie – radni okazali się mieszkańcom potrzebni mniej więcej tyle, co plaster na armatę. To kolejny dowód w tej kadencji na to, że stracili oni moralne prawo do reprezentowania wrocławian. Nie mają już żadnego mandatu do sprawowania swojej funkcji poza tym czysto formalnym. Czy to towarzystwo naprawdę uważa, że może rządzić bez oglądania się na potrzeby mieszkańców? Czym wrocławianie są gorsi od zabrzan czy krakusów, którzy potrafili skutecznie wyrzucić złą władzę na bruk? Oby więc również u nas znalazła się wola, by w demokratyczny i pokojowy sposób odebrać mandaty radnym reprezentującym obce interesy. Jedyna droga do tego prowadzi przez referendum.
Presja ma sens. Jak mieszkańcy Wrocławia kruszą beton władzy
Presja ma sens. Jak mieszkańcy Wrocławia kruszą beton władzy
Piotr Uhle
Sesja Rady Miejskiej poświęcona planowi ogólnemu pokazała coś, czego wrocławska polityka lokalna nie widziała od dawna: politycy, którzy boją się zorganizowanych mieszkańców, zaczynają głosować inaczej niż zwykle. To nie przypadek – to efekt presji, tysięcy podpisów i uporu ludzi, którzy nie odpuścili.
Po przebiegu głosowań widać wyraźnie: gdy mieszkańcy ze sobą współpracują, politycy zaczynają się liczyć z konsekwencjami. Wiedzą już, że bezkarnie nie sprzedadzą interesu wrocławian – i realnie się tego boją. To właśnie ten strach pozwolił przełamać zimną skorupę tworzoną przez partie władzy. Współpraca ponad podziałami ma sens. Trzeba tylko mocniej zaznaczać, że zmiany są niezbędne.
Co udało się uratować
Lista wygranych tej sesji jest dłuższa, niż ktokolwiek mógł się spodziewać jeszcze kilka miesięcy temu.
Sołtysowice obroniono przed nadmierną zabudową – i to podwójnie. Zablokowano szkodliwą poprawkę Koalicji Obywatelskiej, która zamieniała teren usługowy za Koroną w wielopiętrowe bloki, a dodatkowo zmniejszono intensywność zabudowy wokół al. Poprzecznej i ograniczono jej maksymalną wysokość do 12 metrów – dokładnie tak, jak postulowali mieszkańcy.
Udało się doprowadzić do uwzględnienia w planie trasy czeskiej, mimo olbrzymiego oporu magistratu.
Zapewniono większą rezerwę terenu dla Parku Słonecznego na Gaju, co wywołało prawdziwą radość wśród okolicznych mieszkańców.
Zabezpieczono przed zabudową tereny dawnego klasztoru Urszulanek na Karłowicach. To duża rzecz – formalnie stało się to za sprawą wniosku PiS, choć analogiczny wniosek klubu Naprawmy Przyszłość miał być głosowany dopiero później, jako że reprezentuje mniejszy klub w Radzie.
Ograniczono możliwość stosowania tzw. DWZ-tek (obszarów uzupełnienia zabudowy) – choć wniosek o całkowitą likwidację OUZ na terenach pod zabudowę wielorodzinną nie przeszedł.
Obroniono Żar przed nadmierną zabudową wielorodzinną, forsowaną przez Koalicję Obywatelską.
Prodeweloperskie lobby zostało zmuszone do wycofania się z szeregu kontrowersyjnych poprawek – przy Paprotnej, Strzegomskiej i na Kozanowie.
System zaczyna pękać
Tysiące podpisów zebranych pod obywatelskimi wnioskami mają swoją siłę – trudno je dziś zignorować. Zmieniają się czasy, a politycy coraz bardziej „trzęsą portkami" przed zorganizowanymi mieszkańcami. To płomyk nadziei, że inicjatywy obywatelskie zaczną być traktowane poważnie.
Nie dlatego, że Rada Miejska nagle stała się miejscem empatycznym – ale dlatego, że politycy zaczynają bać się obywateli, którzy się organizują. Mieszkańcy wracają na należne im miejsce: to przecież oni są pracodawcami polityków i samorządowców, nie odwrotnie.
Szkoda, że nie stało się to wcześniej – choćby przy głosowaniu nad projektem uchwały „Wrocław przeciw patodeweloperom" czy przy petycji „Rewitalizacja TERAZ". Szkoda, że potrzeba było do tego politycznych rozgrywek wewnątrz samej Rady Miejskiej. Ale teraz mieszkańcy mają moment, w którym mogą poczuć, jak to powinno wyglądać na co dzień: politycy szanujący swoich wyborców.
Nie łudźmy się jednak, że tak zostanie na zawsze. Raz naruszone interesy prędzej czy później ułożą się na nowo. Lewica wynegocjuje swoje koncesje w mieście, wymieni wiceprezydenta i wróci do współrządzenia. Koalicja Obywatelska wróci do lojalnego żyrowania kolejnych niekorzystnych dla mieszkańców zmian – chyba że wydarzy się coś, czego politycy się nie spodziewają: społeczeństwo obywatelskie nie przestanie działać i będzie kontynuowało presję.
Koalicja Deweloperska nadal jest niebezpieczna
Sukcesy tej sesji to jednak wciąż za mało. W mocy pozostaje wiele niekorzystnych zapisów – choćby na Placu Grunwaldzkim, w okolicach Dworca Świebodzkiego czy „Na Ostatnim Groszu". Nie udało się zbudować większości dla sensownych zmian przy ul. Lotniczej. W Radzie Miejskiej wciąż brakuje partnerów do rozmowy o uczciwym podziale zysku z przekształcania gruntów.
W planie pozostaje też szereg innych kontrowersyjnych zapisów – między innymi dotyczących wieżowców liczących po 100, a nawet 200 metrów, rozsianych losowo po całym mieście i dewastujących sylwetkę miasta. Ślepe dążenie do naśladowania wielkich metropolii pozbawi Wrocław charakteru, a dotychczasowe eksperymenty z wysokościowcami raczej się nie powiodły – zamiast zdobić, szpecą wizerunek miasta.
Koalicja Deweloperska nie znika. Będzie próbowała odzyskać utracone dziś przyczółki, zmieniać plan ogólny, aktualizować go, wpychać bokiem kolejne niekorzystne dla mieszkańców poprawki. Dlatego musimy zachować czujność.
Świadomi obywatele zasługują na władzę, której można zaufać
Ile jeszcze można trwać w układzie, w którym wybrańców trzeba trzymać za mordę, bo inaczej zaczną załatwiać swoje interesiki? To nienaturalne, ale przy obecnej elicie nie ma innego wyjścia. Ci ludzie nie są w stanie wprowadzić żadnych realnych zmian na lepsze – są częścią systemu zepsutego do cna.
Jeżeli chcemy kiedykolwiek poczuć się szanowanymi przez swoich reprezentantów obywatelami, musimy zmienić obecną władzę. Można liczyć na to, że zrobią to za nas prokurator i sąd – to jednak naiwna nadzieja. Można liczyć, że ekipa Jacka Sutryka odejdzie w niesławie – ale to zostawmy w sferze marzeń. Tymczasem kolejne interesy będą załatwiane, a Wrocław będzie popadał w coraz głębszy kryzys.
Sprawiedliwość w życiu publicznym rzadko przychodzi sama i na czas. Dzieje się tak wtedy, gdy ludzie z ideą w sercu wyegzekwują ją, korzystając z demokratycznych narzędzi przyznanych im przez ustawodawcę: inicjatyw uchwałodawczych, petycji, dostępu do informacji publicznej. To zestaw narzędzi, z których musimy korzystać każdego dnia.
Ale jedynym narzędziem, które pozwala odsunąć złą władzę raz na zawsze, jest referendum. Czy wrocławianie stwierdzą, że nie są w niczym gorsi od krakusów, warszawiaków, zabrzan czy mieszkańców Częstochowy? Czy odwołają złą władzę? Czasu nie przybywa, a patrzeć, jak mafia śmieciowa pod rękę z koalicją deweloperską szarpie sukno wrocławskiego samorządu, jest po prostu szkoda.
To jak będzie?
Czy radni sprzedadzą mieszkańców deweloperom? Plan ogólny Wrocławia
Czy radni sprzedadzą mieszkańców deweloperom? Plan ogólny Wrocławia
Magdalena Gajewska-Królicka
W poniedziałek Rada Miejska Wrocławia będzie głosować nad planem ogólnym miasta. To dokument, który na pierwszy rzut oka może wydawać się kolejnym, skomplikowanym opracowaniem planistycznym, pełnym map, oznaczeń, wskaźników i terminów, których większość mieszkańców na co dzień nie używa. W rzeczywistości jest to jedna z ważniejszych decyzji dotyczących przyszłości Wrocławia. Plan ogólny nie wskaże wprawdzie, gdzie dokładnie powstanie konkretny blok, ale ustali ramy, w których w kolejnych latach będzie można planować zabudowę, wyznaczać nowe plany miejscowe i – w określonych sytuacjach – wydawać decyzje o warunkach zabudowy.
Dlatego nie powinniśmy patrzeć na niego jak na dokument techniczny, który należy po prostu przyjąć, bo wynika z reformy systemu planowania przestrzennego. To jest moment, w którym miasto powinno odpowiedzieć sobie na znacznie ważniejsze pytanie: jak chcemy, żeby Wrocław wyglądał za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat? Czy rozwój miasta ma polegać przede wszystkim na zwiększaniu intensywności zabudowy i wykorzystywaniu kolejnych terenów pod inwestycje, czy też chcemy rozwijać miasto w sposób, który uwzględnia również dostęp do zieleni, jakość przestrzeni publicznych, transport, szkoły, infrastrukturę społeczną i zwykły komfort życia mieszkańców?
To pytanie jest szczególnie istotne, bo w tej dyskusji ścierają się dwie różne perspektywy czasowe. To, co powstanie dziś na danej działce, zostanie z mieszkańcami na dekady, często na zawsze – dom, ulicę, sąsiedztwo trudno „cofnąć". Dla dewelopera to inaczej wygląda: sprzedaje mieszkania, realizuje zysk i przechodzi do kolejnego projektu. Ta różnica w horyzoncie czasowym jest jednym z powodów, dla których część inwestorów traktuje kolejne działki jak okazję życia – i dlaczego to właśnie miasto, a nie rynek, powinno pilnować, żeby ta okazja nie odbywała się kosztem tych, którzy z danym miejscem zostaną na zawsze.
Projekt planu ogólnego pozostawia szereg miejsc, które już dziś budzą bardzo duże emocje i protesty mieszkańców. Nie chodzi przy tym o sprzeciw wobec rozwoju jako takiego. Wrocław będzie się rozwijał i potrzebuje nowych mieszkań, inwestycji, miejsc pracy oraz dobrej infrastruktury. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozwój jest utożsamiany przede wszystkim z możliwością maksymalnego wykorzystania potencjału kolejnych działek.
Kto tworzy miasto?
Podczas ostatniego posiedzenia Komisji Architektury i Rozwoju Przestrzennego pojawiła się wypowiedź przewodniczącego komisji, radnego Sebastiana Lorenca, który mówił o potrzebie „odczarowania" grupy przedsiębiorców-deweloperów, wskazując, że to oni tworzą miasto: „Ci deweloperzy mieszkaniowi budują miasto, więc mają takie same prawa do funkcjonowania jak każdy inny deweloper".
Warto się przy tej wypowiedzi zatrzymać, bo dobrze pokazuje szerszy problem dotyczący myślenia o rozwoju Wrocławia. Deweloperzy są potrzebni, ponieważ bez prywatnych inwestycji nie powstawałaby znaczna część nowych mieszkań. Nie oznacza to jednak, że interes inwestora powinien być utożsamiany z interesem mieszkańców albo że każda możliwość zwiększenia zabudowy jest z definicji korzystna dla miasta.
Deweloper patrzy przede wszystkim na konkretną nieruchomość i jej potencjał inwestycyjny. Miasto powinno patrzeć szerzej – na całą dzielnicę, układ komunikacyjny, dostępność szkół, przedszkoli i usług, istniejącą zabudowę, tereny zielone, stosunki wodne, przestrzeń publiczną oraz to, jak dana inwestycja wpłynie na sąsiedztwo. Te perspektywy nie zawsze są ze sobą zbieżne. I właśnie dlatego potrzebne jest planowanie przestrzenne.
Jeżeli więc mamy „odczarowywać" jakąś grupę, to warto również odczarować przekonanie, że więcej zabudowy zawsze oznacza lepiej rozwijające się miasto. Nie oznacza.
Sołtysowice – dlaczego zmiana kierunku planowania budzi sprzeciw?
Dobrym przykładem jest rejon al. Poprzecznej na Sołtysowicach. To miejsce szczególnie dobrze pokazuje napięcie pomiędzy dotychczasową polityką przestrzenną miasta a kierunkiem, który może zostać wyznaczony przez plan ogólny.
Na tym obszarze obowiązuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który przewiduje ochronę terenów zielonych. Tymczasem projekt planu ogólnego przewiduje rozwiązania pozwalające patrzeć na ten obszar zupełnie inaczej – jako potencjalne miejsce dla wysokiej i bardziej intensywnej zabudowy.
Skalę tych planów dobrze pokazało wiosną 2025 roku spotkanie zorganizowane przez radnego Dominika Kłosowskiego z radą osiedla Sołtysowice, oficjalnie poświęcone tematom infrastrukturalnym. W jego trakcie przedstawiony został konspekt inwestycji dewelopera Lokum, zakładający budowę ponad 6000 mieszkań, w tym kilkunastokondygnacyjnych budynków po obu stronach alei Poprzecznej, wraz z wiaduktem nad torami. Rada Osiedla Sołtysowice opisała to spotkanie jako nietypowe i zapytała Urząd Miejski, jak ma się to do wcześniejszych zapewnień, że najpierw powstanie obwodnica, a dopiero potem – ewentualnie – kolejne osiedle. Urząd odpowiedział, że jego stanowisko się nie zmieniło: bez nowych połączeń drogowych żadna inwestycja mieszkaniowa w tej części miasta nie powinna ruszyć.
W trakcie konsultacji społecznych dot. planu ogólnego mieszkańcy Sołtysowic nie domagali się zatrzymania rozwoju osiedla. Wskazywali przede wszystkim na potrzebę zachowania odpowiedniej skali zabudowy, ograniczenia jej intensywności i ochrony większej ilości zieleni. To są postulaty, które trudno uznać za nieracjonalne.
Problem polega na tym, że w przedstawionym projekcie nie znalazły się rozwiązania, które w sposób realny odpowiadałyby na te oczekiwania.
Planowanie przestrzenne powinno być przewidywalne. Mieszkaniec, który kupuje mieszkanie obok terenu objętego planem przewidującym zieleń, ma prawo zakładać, że miasto nie zmieni kierunku rozwoju tego miejsca bez poważnej przyczyny. Jeżeli natomiast każdy teren może w kolejnych dokumentach zostać ponownie „otwarty" na intensywną zabudowę, trudno mówić o stabilności polityki przestrzennej.
Lotnicza 100 – czy miasto musi oddawać tereny pod rynek deweloperski?
Podobne pytania pojawiają się w przypadku terenu przy Lotniczej 100. W tym przypadku warto wyjść poza samą dyskusję o parametrach zabudowy i zadać pytanie dotyczące polityki mieszkaniowej Wrocławia.
Miasto potrzebuje nowych mieszkań, ale potrzebuje przede wszystkim mieszkań dostępnych dla osób o różnych dochodach. Rynek deweloperski odpowiada tylko na część tego problemu. Dla wielu mieszkańców zakup nowego mieszkania po cenach rynkowych jest zwyczajnie poza zasięgiem.
Dlatego w przypadku atrakcyjnych miejskich terenów zasadne jest pytanie, czy część z nich nie powinna być przeznaczana na mieszkania komunalne, społeczne lub inne formy budownictwa dostępnego cenowo. Jeżeli miasto pozbywa się możliwości wpływania na sposób wykorzystania takich nieruchomości, a następnie próbuje rozwiązywać problemy mieszkaniowe za pomocą kolejnych programów, jego możliwości są znacznie mniejsze.
Nie chodzi o to, by każdy teren przeznaczać pod mieszkania komunalne. Chodzi o zachowanie równowagi i świadomość, że polityka mieszkaniowa to coś więcej niż tworzenie warunków do budowy kolejnych mieszkań na sprzedaż.
Grunwald – wysokość budynku nie może być jedynym argumentem
Kolejnym przykładem jest teren po BP i McDonald's na Grunwaldzie, gdzie pojawia się perspektywa wysokiej zabudowy.
Wysokie budynki mogą być elementem dobrze zaprojektowanego miasta. Nie ma powodu, aby z zasady ich zakazywać. Wysokość powinna jednak wynikać z analizy całego otoczenia, a nie wyłącznie z możliwości zabudowania konkretnej nieruchomości – tym bardziej że mowa o Grunwaldzie, czyli części historycznego śródmieścia. Miasta, które poważnie traktują ochronę własnego dziedzictwa, rozstrzygają tę kwestię inaczej niż my. Paryż w obowiązującym planie ogranicza wysokość zabudowy w większości miasta do 18–37 metrów, a nowa polityka urbanistyczna zakłada wprost, że Tour Montparnasse pozostanie jedynym wieżowcem w centrum. Praga reguluje wysokość praktycznie całego miasta, dopuszczając wyższą zabudowę wyłącznie w wyznaczonych „poziomach wież". Nawet Wiedeń, który wieżowców nie zakazuje, wyłączył swoje historyczne centrum z lokalizowania nowych wysokościowców.
Planowanie przestrzenne powinno odpowiadać na pytanie nie tylko „ile możemy zbudować?", ale również „ile ta część miasta jest w stanie udźwignąć?" i „czy to w ogóle miejsce, w którym powinniśmy budować wysoko?"
Trasa Czeska – nie można planować zabudowy bez planowania komunikacji
Jeszcze inny problem pokazuje przykład Trasy Czeskiej. Projekt sięga lat 80., gdy powstał w Katedrze Gospodarki Przestrzennej i Urbanistyki Politechniki Wrocławskiej pod kierunkiem prof. Zipsera jako element niezbędny do obsługi komunikacyjnej południowej części miasta. Na początku lat 2000. trafił do Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego – z którego, jak wskazują mieszkańcy Oporowa, miał zostać później wykreślony.
Skutki widać dziś na ul. Jordanowskiej: ciąg pieszo-jezdny bez chodników, w najwęższym miejscu zaledwie 3 metry szerokości, zbudowany ponad sto lat temu jako droga dojazdowa do wsi Oporów. Dziś tą samą uliczką nawigacje kierują tranzyt z Autostradowej Obwodnicy Wrocławia, byle ominąć korki na Wiejskiej i Solskiego. Obowiązuje tam ograniczenie do 20 km/h, w praktyce często łamane. Mieszkańcy od lat proszą Wydział Inżynierii Miejskiej o dodatkowe progi zwalniające – podobny los dzielą inne osiedlowe uliczki południa, jak Dożynkowa, Jutrzenki, Buraczana czy ciągi w Muchoborze.
Warto przy tym zauważyć, że gdy mowa o finansowaniu Alei Północnej – trasy mającej odciążyć osiedla Polanowic, Poświętnego i Sołtysowic – uzasadnienie brzmi bardzo podobnie do argumentacji za Trasą Czeską: dokończenie brakującego odcinka obwodnicy śródmiejskiej jako niezbędne dla wydolności układu drogowego. To pokazuje, jak ważne jest patrzenie na plan ogólny w sposób całościowy. Jeżeli jednocześnie nie rozwijamy infrastruktury, problemy są przenoszone na istniejące osiedla.
Dlatego trudno mówić o odpowiedzialnym planowaniu miasta, jeżeli najpierw dopuszczamy intensywną zabudowę, a dopiero później zastanawiamy się, jak obsłużyć komunikacyjnie obszar, który dzięki wcześniejszym decyzjom został znacznie bardziej obciążony.
OUZ – mało widoczny element planu, który może mieć bardzo duże znaczenie
Szczególnej uwagi wymagają również obszary uzupełnienia zabudowy – OUZ. Dla przeciętnego mieszkańca jest to termin techniczny, który niewiele mówi. W rzeczywistości jest bardzo ważny, ponieważ po wejściu planu ogólnego w życie granice tych obszarów będą miały znaczenie między innymi dla możliwości wydawania decyzji o warunkach zabudowy.
To właśnie dlatego dyskusja o OUZ nie powinna zostać sprowadzona do technicznego elementu dokumentacji.
Idea jest zrozumiała: w pierwszej kolejności należy wykorzystywać tereny znajdujące się w istniejącej strukturze miasta, uzupełniać luki w zabudowie i przeciwdziałać jej rozpraszaniu. Dzięki temu można lepiej wykorzystać istniejącą infrastrukturę i ograniczać presję na tereny otwarte.
Problem pojawia się wtedy, gdy obszary uzupełnienia zabudowy zostają wyznaczone zbyt szeroko. Wtedy zamiast porządkować istniejącą strukturę miasta, mogą stać się narzędziem dalszego dogęszczania i otwierania kolejnych terenów pod inwestycje.
W przypadku Wrocławia ma to szczególne znaczenie, ponieważ miasto już dziś jest bardzo zróżnicowane przestrzennie. Mamy zwarte osiedla, tereny poprzemysłowe, obszary otwarte, kliny zieleni, doliny rzeczne, tereny rolnicze i zabudowę rozproszoną. Nie wszystkie te miejsca powinny być traktowane w taki sam sposób.
OUZ powinny służyć przede wszystkim uzupełnianiu rzeczywistych luk w istniejącej strukturze miasta, a nie tworzeniu rezerwy pod przyszłą zabudowę tam, gdzie infrastruktura i układ przestrzenny nie uzasadniają dalszego rozwoju.
Im większy obszar zostanie objęty OUZ, tym większa będzie potencjalna presja inwestycyjna. Dlatego w tym przypadku ostrożność jest zdecydowanie lepsza niż maksymalizacja możliwości zabudowy.
Gaj i Park Słoneczny – gdy „studnia" zabiera miastu oddech
Podobny mechanizm dotyczy kwartału zabudowy przy Parku Słonecznym na Osiedlu Gaj, między ulicami Armii Krajowej, Borowską, Świeradowską i Bardzką. To spójny zespół zabudowy z lat 70., zaprojektowany z myślą o strefach zielonych i rekreacyjnych, zrealizowany dotąd tylko w połowie – a mimo to otaczająca go zieleń systematycznie się kurczy na rzecz kolejnych inwestycji.
Dopuszczenie w tym miejscu zabudowy o wysokości do 40 metrów od strony Armii Krajowej oznaczałoby domknięcie kwartału budynkami tworzącymi efekt „studni", blokującej klin przewietrzania biegnący od strony Wojszyc w kierunku Hub. To nie jest wyłącznie kwestia estetyki – brak swobodnej wymiany powietrza zwiększa ryzyko zalegania smogu, zwłaszcza w sezonie grzewczym, w rejonie i tak już obciążonym ruchem na Armii Krajowej. Park Słoneczny i otaczająca go zieleń pełnią więc funkcję nie dekoracyjną, tylko klimatyczną i zdrowotną dla całego osiedla.
Co się stanie po uchwaleniu planu?
Nie należy straszyć mieszkańców, że uchwalenie planu ogólnego oznacza automatycznie budowę bloków na każdym terenie wskazanym jako przeznaczony do rozwoju. To byłoby uproszczenie. Plan ogólny jest dokumentem strategicznym, który wyznacza ramy dla późniejszych decyzji planistycznych i inwestycyjnych.
Ale właśnie dlatego jego znaczenie jest tak duże.
Jeżeli dzisiaj ustalimy zbyt wysoką intensywność zabudowy, za szerokie obszary uzupełnienia zabudowy albo zbyt słabą ochronę terenów zielonych, to w przyszłości kolejne decyzje będą podejmowane już w ramach stworzonych przez ten dokument. Nie będzie więc łatwo wrócić do punktu wyjścia i powiedzieć, że jednak chcemy niższej zabudowy, większej ilości zieleni czy mniejszej presji inwestycyjnej.
Plan ogólny jest więc momentem, w którym trzeba patrzeć kilka kroków do przodu.
I właśnie dlatego niepokój mieszkańców dotyczący konkretnych terenów nie powinien być traktowany jako przeszkoda dla rozwoju miasta. Jest częścią normalnej, demokratycznej dyskusji o tym, jak ten rozwój ma wyglądać.
Warto w tym miejscu odnotować, że przed poniedziałkową sesją do projektu uchwały zgłoszone zostały poprawki idące w kierunku ograniczenia intensywności i wysokości zabudowy w części spornych stref (w tym w rejonie Sołtysowic), objęcia dodatkowej powierzchni ochroną jako tereny zieleni, zawężenia lub likwidacji części zbyt szeroko wyznaczonych OUZ oraz przywrócenia rezerwy terenowej pod Trasę Czeską zgodnej z ustaleniami studium z 2010 roku. To sygnał, że przynajmniej część radnych dostrzega opisane wyżej problemy i próbuje im formalnie przeciwdziałać.
Nie chodzi o to, żeby zatrzymać Wrocław
Warto to powiedzieć bardzo jasno: sprzeciw wobec części zapisów planu ogólnego nie oznacza sprzeciwu wobec budowania mieszkań czy rozwoju Wrocławia.
Wrocław potrzebuje mieszkań. Potrzebuje inwestycji. Potrzebuje nowych miejsc pracy. Potrzebuje dobrze wykorzystać tereny poprzemysłowe i zdegradowane. Potrzebuje również zwiększać liczbę mieszkańców w miejscach dobrze skomunikowanych i wyposażonych w infrastrukturę.
Ale właśnie dlatego potrzebujemy dobrego planowania, a nie maksymalnego otwierania kolejnych terenów pod zabudowę.
Nowe mieszkania powinny powstawać tam, gdzie można zapewnić odpowiednią komunikację i usługi. Dogęszczanie powinno być prowadzone w sposób, który nie niszczy jakości istniejących osiedli. Tereny zielone powinny być chronione tam, gdzie pełnią ważne funkcje przyrodnicze, klimatyczne i społeczne. A OUZ powinny być wyznaczane tak, aby porządkować miasto, a nie rozszerzać presję inwestycyjną.
To nie jest antyrozwojowe podejście. To jest po prostu odpowiedzialne planowanie miasta.
Radni mają jeszcze możliwość zareagować
Dlatego przed poniedziałkowym głosowaniem warto, aby mieszkańcy Wrocławia odezwali się do swoich radnych. Szczególnie do tych, którzy reprezentują ich okręgi i będą podejmować decyzję dotyczącą całego miasta.
Warto zapytać ich, jak zamierzają głosować w sprawie najbardziej kontrowersyjnych terenów. Czy poprą rozwiązania chroniące tereny na Sołtysowicach? Czy opowiedzą się za ograniczeniem nadmiernej intensywności zabudowy? Czy będą domagać się racjonalnego wyznaczania obszarów uzupełnienia zabudowy? Czy będą pamiętać o konieczności rozwoju infrastruktury i transportu, w tym o rozwiązaniach takich jak Trasa Czeska? I wreszcie, czy w przypadku miejskich nieruchomości, takich jak Lotnicza 100, będą patrzeć również na potrzeby mieszkaniowe mieszkańców, a nie tylko na możliwości inwestycyjne?
Radni powinni mieć świadomość, że plan ogólny nie jest dokumentem przygotowywanym dla jednej kadencji Rady Miejskiej. Jego skutki będą odczuwalne znacznie dłużej niż przez najbliższe wybory samorządowe.
Dlatego warto dziś pytać nie tylko o to, co pozwala wybudować projekt planu ogólnego.
Warto zapytać również, czego nie powinniśmy pozwolić zabudować.
Bo dobre miasto nie jest tym, w którym udało się zabudować każdą dostępną działkę. Dobre miasto to takie, w którym potrafimy zdecydować, gdzie inwestować, gdzie uzupełniać zabudowę, gdzie budować wyżej, ale także gdzie pozostawić przestrzeń dla zieleni, rekreacji i przyszłych pokoleń.
W poniedziałek radni będą głosować nad planem Wrocławia. Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że zanim podniosą rękę za jego przyjęciem, odpowiedzą sobie na jedno zasadnicze pytanie: czy ten plan rzeczywiście prowadzi Wrocław w stronę miasta, w którym sami chcieliby mieszkać za 10, 20 i 30 lat?
Magdalena Gajewska-Królicka – przewodnicząca Rady Osiedla Sołtysowice, członkini zarządu SOS Wrocław
Afera z deweloperką na Lotniczej. Dlaczego zawsze stratni muszą być mieszkańcy?
Afera z deweloperką na Lotniczej. Dlaczego zawsze stratni muszą być mieszkańcy?
Piotr Uhle
Znani dziennikarze próbują spłycić problem zagospodarowania Lotniczej 100 do sporu kto wygra: deweloper czy firma śmieciowa. To fałszywy dylemat. Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego przy każdej takiej transakcji przegrywają mieszkańcy Wrocławia.
W przestrzeni publicznej przybywa zdecydowanych głosów w sprawie inwestycji mieszkaniowej przy Lotniczej 100. Sprawa elektryzuje opinię publiczną, bo dotyczy atrakcyjnej lokalizacji i ogromnych pieniędzy, które może zarobić deweloper. Niedawno obszerny materiał na ten temat opublikował serwis ujawniamy.com, przedstawiając w nim głównie argumenty strony deweloperskiej.
Pojawiło się tam wiele stwierdzeń wartych komentarza – między innymi o rzekomo niezaspokojonych potrzebach mieszkaniowych Wrocławia.
Czego naprawdę brakuje we Wrocławiu
Potrzeby mieszkaniowe Wrocławia są niezaspokojone – to prawda. Problem w tym, że dotyczy to głównie mieszkań znacznie bardziej przystępnych cenowo niż te, które oferuje rynek deweloperski. Na rynku pierwotnym i wtórnym obserwujemy dziś raczej przełamywanie koniunktury na korzyść kupującego – efekt zmian demograficznych, wysycenia rynku, sztucznie wywindowanych cen oraz malejącego optymizmu Polaków wobec sygnałów nadchodzącego spowolnienia gospodarczego. Na rynku dostępnych jest około 10 tysięcy mieszkań, co przy obecnym tempie sprzedaży oznacza zapas na półtora roku.
Prawdziwy niedobór dotyczy mieszkań komunalnych i społecznych oraz przystępnego cenowo najmu. Wrocławianie czekają w kolejce po mieszkanie komunalne latami, a mieszkania w kolejnych naborach do programów mieszkań społecznych rozchodzą się „na pniu”.
Bliskie są nam w tej sprawie poglądy artykułowane przez ideową lewicę – środowiska takie jak Razem czy Nowa Fala – które konsekwentnie twierdzą, że środki państwa i samorządu powinny być angażowane w budowę szerokiej oferty mieszkań dla ludzi o różnej zasobności portfela.
Warto wiedzieć, jak na tego typu postulaty reaguje wrocławska większość rządząca. Podczas październikowej sesji Rady Miejskiej, przy okazji uchwały o zasadach gospodarowania nieruchomościami gminnymi, Sebastian Lorenc z KO ocenił hasło „Mieszkanie prawem, nie towarem” jako „chyba najgłupsze, co można w tej sprawie mieć do powiedzenia”. W tej samej wypowiedzi przekonywał, że bez deweloperów, którzy – jak twierdzi – wybudowali około 90–95% mieszkań w mieście, Wrocław miałby nie lukę, a „krater mieszkaniowy”. Innymi słowy: postulat mieszkań dostępnych cenowo dla wszystkich to dla szefa Komisji Architektury i Rozwoju Przestrzennego temat do kpiny, a jedynym realnym rozgrywającym na rynku mieszkaniowym mają pozostać deweloperzy.
Nie chcemy rozstrzygać, czy rację ma deweloper – silnie powiązany z najwyższymi władzami miasta – czy firma śmieciowa działająca w tym miejscu od lat. Nie wchodzimy w spór interesów branży śmieciowej z deweloperską. Pewne jest jedno: powinny obowiązywać zasady, których dziś we Wrocławiu brakuje.
Kto płaci za wzrost wartości działki
W trybie lex deweloper, a wkrótce także w trybie ZPI, działki przemysłowe i usługowe przekształcane są tak, by można było na nich stawiać bloki mieszkalne. W wyniku tego procesu wartość działek rośnie wielokrotnie – często nawet 8–10-krotnie. Połowa tego wzrostu powinna trafiać na inwestycje służące wszystkim mieszkańcom Wrocławia. Branża deweloperska korzysta już z licznych przywilejów podatkowych i realnie zyskuje na wydatkach publicznych kierowanych przez samorząd. Dlatego pieniądze z nadmiernego zysku dewelopera na przekształceniu działki po prostu należą się mieszkańcom. Można – i należy – oczekiwać, że trafią one na budowę tanich mieszkań komunalnych.
Działając w ten sposób, można by wygenerować środki wystarczające na budowę nawet 2500–3000 mieszkań komunalnych dostępnych w przystępnych cenach dla mniej zasobnych mieszkańców. To istotna liczba, bo na koniec 2024 roku wrocławski zasób komunalny liczył 29 888 mieszkań, a radni – wbrew protestom mieszkańców i opozycji – przyjęli plan zmniejszenia go do 2031 roku o ponad 5000 lokali [1][2]. Podobnie jak na rynku odpadów, grupa cwaniaków chce przejąć za bezcen wpływ miasta na to, jak się we Wrocławiu mieszka.
Warto przy tym zobaczyć, jak wygląda w praktyce jakość konsultacji, na które tak chętnie powołuje się ratusz. 19 sierpnia na posiedzenie Komisji Architektury i Rozwoju Przestrzennego przyszła grupa przedsiębiorców i pracowników z ulic Metalowców i Stargardzkiej – ludzi, którzy protestowali przeciwko wpisaniu ich terenu do strefy mieszkaniowej w Planie Ogólnym. Zostali wysłuchani, ich uwagi zapisano – i na tym się skończyło. Nie powinno to dziwić: ten sam Lorenc na tym samym posiedzeniu zapewniał, że „się nie obawia”, bo deweloperzy mieszkaniowi budują miasto i „mają takie same prawa do funkcjonowania” jak protestujący przedsiębiorcy z sąsiedztwa. Innymi słowy – decyzja zapadła, zanim jeszcze wysłuchano uwag, a rola konsultacji sprowadziła się do formalnego zapisania protestu w protokole. Ewentualna korekta ma nastąpić w bliżej nieokreślonej przyszłości. Po polsku nazywa się to terminem świętego Dygdy – bo takiego świętego w kalendarzu nie ma.
Lotnicza jako podręcznikowy przykład
Czy miasto należycie dba o interesy mieszkańców? Inwestycja przy Lotniczej jest tego znakomitym przykładem – zgodę na jej realizację wydano już w trybie specustawy mieszkaniowej. Zamiast jednak 50-procentowego udziału w zyskach ze wzrostu wartości działki, w gwarancjach bankowych zapewniono mieszkańcom udział na poziomie zaledwie 10%. Deweloper, który uzyskał zgodę, zdążył już sprzedać działkę – i to za cenę potwierdzającą wcześniejsze ustalenia. Pisaliśmy o tym w zeszłym roku w tekście „Wrocław traci miliony na decyzjach lex deweloper”. Na tej jednej inwestycji miasto straciło nawet około 30 mln zł.
I na tym polega istota sprawy: jakiej partycypacji będziemy oczekiwać od inwestorów budujących nowe mieszkania we Wrocławiu? Ten kontekst w dotychczasowych publikacjach jest pomijany – co wygodne zarówno dla podmiotów, które w ten sposób się bogacą, jak i dla polityków, którzy to bogacenie się umożliwiają. Zasadne staje się więc pytanie nie tylko o to, w czyim interesie działają, ale też co w zamian za zdradę interesu mieszkańców otrzymują.
Pewnym jest, że biznes deweloperski generuje pieniądze, które mogą pomagać w skutecznym pozyskaniu poparcia wśród urzędników, polityków, biznesmenów, samorządowców czy dziennikarzy. I dlatego za każdym razem, gdy widzimy trudne do wytłumaczenia fikołki wspierające różne inwestycje deweloperskie zadajmy sobie pytanie: kto na tym naprawdę korzysta?
Układ, który się nie naprawi sam
To wszystko potwierdza, że obecna władza we Wrocławiu nie jest zdolna do naprawienia sytuacji. Przeciwnie – przez lata budowała układ, który pozwolił grupie spekulantów bogacić się na tworzeniu banku gruntów, doprowadzaniu do ich przekształceń i przekazywaniu do dalszego obrotu. Koalicja deweloperska – czasem pod rękę, czasem w sporze z mafią śmieciową – kontroluje największe pieniądze, jakie można zrobić na interesach mieszkańców. Wrocławianom pozostaje patrzeć, płacić i płakać: za bardzo drogie mieszkania oraz za najwyższe w Polsce – wśród miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców – opłaty za śmieci.
Chyba że ktoś w końcu powie dość i stwierdzi, że czas przerwać to szaleństwo. Że korupcja musi mieć swoje granice, a za sprzedawanie interesów mieszkańców władzę mogą spotkać konsekwencje. Obywatele mogą czekać do wyborów w 2029 roku, ale pogrążona w dekadencji ekipa skupiona wokół Jacka Sutryka oraz coraz bardziej żądna stołków koalicja KO z Lewicą miasta nie uratują. Przeciwnie – proces rozrywania sukna i sprzedawania interesów będzie tylko przyspieszał. Gąb do nakarmienia będzie coraz więcej, długi wdzięczności coraz droższe w spłacaiu, a możliwości budżetu miasta będą się kurczyć. Wiadomo, kto za to zapłaci – mieszkańcy. Kosztem ludzkiej krzywdy powstaną kolejne fortuny.
Jest inna droga
Jest jednak droga, która prowadzi do zmian w sposób demokratyczny i pozwala odsunąć szkodliwą ekipę od władzy. Skutecznie przeszli nią mieszkańcy Zabrza i Krakowa, niebawem przed podobnym testem staną mieszkańcy Częstochowy. To droga referendum. Czy wrocławianie powiedzą wreszcie dość? Czas pokaże.
Czytaj też:
- https://wiadomosci.radiozet.pl/polska/burza-po-decyzji-radnych-z-wroclawia-chodzi-o-mieszkania-wstyd
- https://www.radiowroclaw.pl/articles/view/155195/Wroclaw-zmniejsza-pule-mieszkan-komunalnych-Kontrowersje-wokol-programu-na-lata-2026-2031
- https://soswroclaw.pl/wroclaw-traci-miliony-na-decyzjach-lex-deweloper/
- Protokół Sesji Rady Miejskiej Wrocławia, uchwała w sprawie zasad gospodarowania nieruchomościami stanowiącymi własność Gminy Wrocław – druk nr 512/25, 20 października 2025 r.
Czy elity Wrocławia potrzebują Zdrojewskiego by zrozumieć skalę śmieciowej katastrofy?
Czy elity Wrocławia potrzebują Zdrojewskiego by zrozumieć skalę śmieciowej katastrofy?
Piotr Uhle
Bogdan Zdrojewski nie musi nikomu schlebiać. Nie zasiada w radzie nadzorczej żadnej miejskiej spółki, nie zabiega o miejsce na liście, nie ma czego bronić przed elektoratem Wrocławia w najbliższym tygodniu. Kiedy więc europoseł Koalicji Obywatelskiej i najlepiej oceniany w historii prezydent Wrocławia mówi wprost, że w gospodarce odpadami mamy do czynienia z „katastrofą" – trudno to zbyć wzruszeniem ramion. Dziś, jego zdaniem, miasto jest zależne od firm śmieciowych w utylizacji odpadów, a ceny są bardzo wysokie – mimo że jego własne środowisko polityczne współrządzi Wrocławiem od lat.
To ważne zdanie, bo pada z ust kogoś, kto akurat nie ma interesu w tym, by straszyć. I dlatego tym bardziej rzuca się w oczy kontrast: podczas gdy Zdrojewski nazywa rzecz po imieniu, cała reszta ekipy rządzącej miastem – z prezesem Ekosystemu Michałem Młyńczakiem na czele – robi wszystko, żeby przekierować uwagę na sprawy techniczne. Liczbę pytań w przetargu. Terminy rozpraw przed Krajową Izbą Odwoławczą. Procent wzrostu korzystania z PSZOK-ów. Wszystko, byle nie odpowiadać na pytanie, które zadał na antenie DeWuRadio Zdrojewski: dlaczego system, który miasto samo sobie zbudowało, spowodował katastrofę.
Pisaliśmy już o tym, że ten kryzys nie wziął się znikąd. W tekście „Afera śmieciowa: doktryna szoku po wrocławsku” opisywaliśmy, jak władza latami budowała atmosferę katastrofy, żeby pod jej płaszczykiem przepchnąć niepopularne decyzje – podwyżki, umowy z wolnej ręki, przedłużenie kontraktów. Diagnoza Zdrojewskiego wpisuje się w ten sam obraz, tyle że wypowiedziana przez kogoś, kto akurat tego kryzysu nie wywołał i nie musi go dziś tłumaczyć.
Kto ma rację: Młyńczak czy Zdrojewski?
Michał Młyńczak w mediach od dłuższego czasu próbuje rozmydlić sprawę afery śmieciowej. Stał się jej twarzą, bo nikt w mieście nie chciał dać mu lepszej fuchy niż prezes Ekosystemu. Dobrze poinformowani o miejskich sprawach wiedzą, że tej roboty po prostu nie chciał. Ale po przegranych wyborach do rady miasta oraz wyrzuceniu ze stołka wiceprezydenta – nie miał wyjścia. Przyjął podsunięty mu przez służby Jacka Sutryka złoty parasol i zasiadł na gorącym stołku prezesa miejskiej, śmieciowej spółki.
To dlatego dziś opowiada bajki o odpowiedzialności społecznej firm śmieciowych i dziedzictwie prawnym poprzednich przetargów. Pytany wprost o to, dlaczego Wrocław płaci za śmieci więcej niż Kraków czy Warszawa – powtarza argumenty branży odpadowej o najwyższej jakości usług dla mieszkańców. To nie jest język Wrocławia. To jest język tej samej mafii śmieciowej i ratusza Jacka Sutryka, który od lat pozwala jej dyktować warunki.
W znacznej mierze mija się z prawdą, ale nie podejmiemy na tym etapie polemiki z technikaliami. Bo sedno leży gdzie indziej. I tego sedna dotknął Bogdan Zdrojewski.
Bo o ile Zdrojewski mówi o diagnozie – o tym, że system jako całość zawiódł – o tyle Młyńczak mówi wyłącznie o procedurze. Ktoś, kto naprawdę chciałby rozwiązać problem, zacząłby od uznania skali porażki. Młyńczak zaczyna od uznania, że każdy etap tej porażki był formalnie zgodny z prawem.
Komu zatem warto zaufać? Niesamodzielnemu Młyńczakowi, przegranemu politykowi, który wisi na miejskim garnuszku? Człowiekowi na posyłki, który mówi językiem śmieciowych mafii a partia przesuwa go z kąta w kąt, bo wie jak dużym jest obciążeniem?
A może zamiast tego warto zaufać doświadczonemu Zdrojewskiemu, który patrzy na sprawę z perspektywy dystansu, zaufania mieszkańców i może pozwolić sobie na samodzielne oceny?
Rzeczywistość zweryfikowała obietnice
Kiedy w lipcu ogłaszano nowe, warte około dwóch i pół miliarda złotych postępowanie przetargowe, prezes Młyńczak zapewniał oferentów, że „szanuje dorobek prawny", i apelował o „daleko idącą odpowiedzialność społeczną" oraz uczciwą konkurencję. Kilka tygodni wcześniej, przy okazji głosowania nad podwyżką opłat od 1 września, przedstawiciele klubu Koalicji Obywatelskiej mówili o „uszczelnieniu systemu" i odpowiedzialności za miasto.
Od tamtej pory minęło zbyt mało czasu, żeby ferować ostateczne wyroki – ale wystarczająco dużo, by zobaczyć, że żadna z tych obietnic nie przekłada się na konkret. Żadne dziedzictwo prawne nie uchroniło miasta przed kolejnymi odwołaniami. Żadna odpowiedzialność społeczna nie sprawiła, że firmy odbierające odpady przestały przeciągać sprawę. Bo – i to jest sedno problemu – nic z tego nie miało się nigdy wydarzyć naprawdę. To były słowa pokaz, nie zasady działania.
Firmy śmieciowe robią we Wrocławiu, co chcą, bo mogą. Bo po drugiej stronie stołu mają partnera, który pozwoli im na wszystko. Dlatego przeciąganie przetargu jest dla nich złotym interesem – każdy kolejny miesiąc funkcjonowania na umowach z wolnej ręki to realne pieniądze, bez konieczności wygrywania w uczciwej konkurencji. Dlatego zależy im na takich zmianach w dokumentacji przetargowej, które nie tylko zagwarantują im komfort finansowy, ale przede wszystkim domkną kontrolę nad miejskim monopolem na odpady.
To nie jest tylko wrażenie. W tekście „Śmieciowy układ dusi Wrocław. Jak z kieszeni mieszkańców wyciąga się miliardy złotych” pokazywaliśmy, jak wygląda to na liczbach: wartość samego przetargu to około 2,5 mld zł, a przez półtora roku przeciągania sprawy przed KIO i sądem miasto konsekwentnie pogarszało swoją pozycję negocjacyjną wobec tych samych firm, z którymi teraz musi się dogadywać na ich warunkach.
Gdzie KO widzi interes obywateli
Miłościwie panująca we Wrocławiu i w całej Polsce Partia Obywateli po raz kolejny pokazuje, że obywateli zwalcza a zaciekle broni zupełnie innych interesów. Jej przedstawiciele, ramię w ramię z Lewicą, obsługują interesy śmieciowej branży, podczas gdy w sesyjnych wystąpieniach mówią o „odpowiedzialności za mieszkańców" i trosce o domowe budżety. Zapominają przy tym o swojej tożsamości – mieli bowiem dbać o standardy oraz o potrzeby ludzi w najtrudniejszej sytuacji życiowej.
Za to o siebie dbają wyraźnie lepiej. Bezpośrednio odpowiedzialny za chaos i opóźnienia w przetargu Paweł Karpiński, zastępca prezesa Ekosystemu, zainkasował za 2025 rok nagrodę w wysokości 69 tysięcy złotych – niemal maksymalną możliwą kwotę, jaką przyznała mu rada nadzorcza spółki. I to pomimo spektakularnej klapy z przetargiem. To by wiele tłumaczyło. Bo niezależnie od tego, co napisano w oficjalnych dokumentach i powiedziano na konferencjach prasowych, prawdziwym celem całej tej operacji mogło być po prostu domknięcie śmieciowego układu – z korzyścią dla tych, którzy nim zarządzają.
To nie chłopcy na posyłki są prawdziwym problemem
Byłoby jednak zbyt wygodnie skupić się wyłącznie na Michale Młyńczaku i Pawle Karpińskim. Oni są tylko egzekutorami poważniejszych graczy. Ta sama ekipa – polityczna, urzędnicza i biznesowa – rządzi Wrocławiem od dekad i to ona zbudowała system, w którym dziś tkwimy. Nazwiska są znane, pisaliśmy o nich wielokrotnie. Sprawą od lat zajmują się ci sami ludzie, którzy ten system stworzyli. I z każdym dniem widać wyraźnie, że jest coraz gorzej, nie lepiej. Bo z tymi ludźmi lepiej po prostu nie może być.
Doszliśmy do momentu, w którym niewiele już da się naprawić punktowo. Tego się nie da połatać kolejną interpelacją, kolejnym wywiadem czy kolejną obietnicą „odpowiedzialności społecznej". Trzeba zburzyć ten fałszywy gmach, bo źródła układu tkwią w samym ratuszu. Trzeba tych ludzi jak najszybciej odsunąć od władzy.
Chcemy coś zmienić? Nie ma innego wyjścia niż referendum
Czy mamy czekać, aż system się załamie na wzór Sycylii? Jeśli sam Bogdan Zdrojewski – polityk, który akurat nie musi niczego udowadniać – mówi o katastrofie, to czy naprawdę mamy siedzieć i biernie się temu przyglądać?
Warto zresztą przypomnieć, skąd w ogóle wzięła się „Sycylia” w tej debacie. To politycy Koalicji Obywatelskiej – nie my – sięgnęli po ten obraz, straszą nim mieszkańców na sesjach rady miejskiej przy okazji głosowań nad podwyżkami. Jak pisaliśmy w tekście „Sycylia we Wrocławiu? Nie tylko my dostrzegamy mafijne mechanizmy”, nie jesteśmy jedynymi, którzy w tym, co dzieje się na Dolnym Śląsku, dostrzegają mechanizmy znane raczej z układów mafijnych niż z samorządowej polityki. I skoro sami zwolennicy tego systemu przyznają, że jesteśmy bliżej sycylijskiego scenariusza niż nam się wydaje – to tym bardziej nie ma powodu, by na to czekać biernie.
Żeby coś zmienić, trzeba zmienić władzę. Nie zrobi tego rada miejska trzymana w garści przez sieć powiązań finansowych, rodzinnych i politycznych. Nie zrobi tego prokuratura ani sąd, choć sprawy, które od miesięcy dokumentujemy, powinny się już toczyć.
Czy możemy biernie patrzeć na to jak Wrocław prowadzony jest do katastrofy? Jeśli chcemy z tym coś zrobić naprawdę, musimy sięgnąć po inne narzędzia demokratyczne. Nie ma innego wyjścia niż referendum. W przeciwnym razie pozostanie nam tylko patrzeć, jak Wrocław się marnuje.
Fot. dewuradio, dziennik gazeta prawna
Sycylia we Wrocławiu? Nie tylko my dostrzegamy mafijne mechanizmy
Sycylia we Wrocławiu? Nie tylko my dostrzegamy mafijne mechanizmy
Piotr Uhle
- Głowa mi pęka od tych historii z Dolnego Śląska. To jest jakaś polska Sycylia. Skorumpowani politycy, sprzedajni dziennikarze, układy mafijne ponad partyjnymi podziałami, miliony rozkradane z publicznych pieniędzy – napisał na portalu X Szymon Jadczak. Cieszy fakt, że szanowany dziennikarz dostrzega mechanizmy, na które zwracamy uwagę od dłuższego czasu.
Prawa ręka Kierwińskiego straszy Sycylią we Wrocławiu
W trakcie lipcowej sesji Rady Miejskiej wprost scenariuszem sycylijskim straszyli Robert Leszczyński, prawa ręka i współpracownik Marcina Kierwińskiego oraz Sebastian Lorenc. Obaj – cóż za zaskoczenie – są radnymi KO. Sycylia miała zapanować w stolicy Dolnego Śląska gdyby radni nie przegłosowali podwyżki opłaty za śmieci. Czyżby składali w ten sposób mieszkańcom słynną już „propozycję nie do odrzucenia”? Gdy członkowie KO straszą mafijnymi scenariuszami – należy im wierzyć.
Bo to oni doprowadzili piękne i dumne miasto do statusu internetowego mema i pośmiewiska. Od lat mówiono o Wrocławiu, że ze względu na mnogość rzek i kanałów jest Wenecją północy. Jednak politykierzy szukają dla nas innego wzorca rodem ze słonecznej Italii. Skoro Dolny Śląsk w powszechnej opinii został nazwany polską Sycylią to czy można już mówić, że Wrocław staje się polskim Palermo?
Wrocław jak Palermo: szemrane interesy lubią ciszę
Podobieństwa są tak oczywiste, że tylko ślepy by ich nie dostrzegł. Mieszkańcy są grabieni przez szemrany biznes idący pod rękę z urzędnikami i politykami KO. Na przejawy krytyki i niezależnego myślenia wyciąga się inną, znaną mafii zasadę Omerty, czyli zmowy milczenia. Ukrywa się fakty i dowody, kupuje się dziennikarzy i całe media, zastrasza się sygnalistów, nasyła organy ścigania na niewygodnych polityków.
Na tym polega propozycja kolesi spod mafijnego szyldu: płać haracz, spuść głowę nisko i nie interesuj się za bardzo, bo dostaniesz „kociej mordy”. Co prawda dziś polityczny trup nie ścieli się gęsto w wąskich uliczkach śródmieścia. Ale w którym miejscu jest granica niegodziwości, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu? W mojej opinii znajduje się niebezpiecznie blisko.
Opisywaliśmy to w poprzednich tekstach:
- Afera śmieciowa: doktryna szoku po wrocławsku
- Śmieciowy układ dusi Wrocław. Jak z kieszeni mieszkańców wyciąga się miliardy złotych
- Spalarnia, czyli kolejny biznes śmieciowej mafii
- Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy - pełna historia prywatyzacji monopolu
KO składa Wam propozycję nie do odrzucenia. Ale czy naprawdę nie można jej odrzucić?
W jednym Wrocław jednak różni się od Palermo a Dolny Śląsk od Sycylii. Coraz więcej mieszkańców dostrzega, że tę propozycję mogą odrzucić. Że nie muszą godzić się na mafijne standardy. Że koniec końców – jest ich więcej. I że są dostępne narzędzia, by tę mafię odsunąć od władzy.
Nie trzeba używać siły. Złą władzę, która zamiast mieszkańcom służy szemranym interesom – można zmienić w drodze demokratycznej. Można zrobić to obserwując jak marnowane są szanse miasta na rozwój i czekając przez lata aż skończy się kadencja. Można to też zrobić sięgając do innych narzędzi – na przykład wracając do instytucji lokalnego referendum odwoławczego.
Trzecia droga to akceptacja, że grupa silnorękich będzie dalej budowała fortuny kosztem ludzkiej krzywdy. Jednak czy naprawdę stać nas na bierność? Zapraszam do dyskusji.
Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy - pełna historia prywatyzacji monopolu
Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy - pełna historia prywatyzacji monopolu
Piotr Uhle
Od 2013 roku polskie samorządy mają monopol na odpady komunalne. To miało chronić mieszkańców przed dzikimi wysypiskami i dać gminom realną kontrolę nad kosztami. We Wrocławiu monopol ten od lat systematycznie oddawany jest w ręce prywatnego biznesu – a jego architektami i beneficjentami są konkretni ludzie z konkretnej partii. Dziś miasto płaci za to najwyższe w Polsce stawki, a wkrótce może zapłacić jeszcze więcej.
Monopol, który miał chronić mieszkańców
Ustawa, która weszła w życie na początku 2013 roku, zmieniła zasady gry w gospodarce odpadami w Polsce. Gminy stały się formalnym właścicielem odpadów komunalnych wytwarzanych przez mieszkańców i zyskały wyłączne prawo do pobierania opłaty za ich odbiór i zagospodarowanie. Chodziło o to, by śmieci przestały masowo lądować w przydrożnych rowach i lasach, a samorządy – w imieniu i w interesie mieszkańców – mogły skutecznie zarządzać tym sektorem.
Ustawodawca dał gminom wybór: mogły budować własne zdolności operacyjne albo zlecać realizację zadań firmom prywatnym w drodze przetargów. To miało być narzędzie w rękach samorządu, nie pułapka. Wrocław wybrał drogę, która z czasem okazała się pułapką.
Spółka wydmuszka, bo tak jest wygodniej
W 2012 roku, jeszcze przed wejściem ustawy w życie, miasto powołało spółkę Ekosystem, która miała zorganizować cały sektor gospodarki odpadami. Zamiast jednak budować realne kompetencje operacyjne – własną logistykę, własne instalacje przetwarzania, własne zdolności negocjacyjne – Ekosystem od początku funkcjonował jako przedłużenie urzędu, którego jedynym zadaniem było zlecanie wszystkiego na zewnątrz, do prywatnych firm.
To fundamentalna różnica w stosunku do modelu, który miasto z powodzeniem stosuje w innym obszarze infrastruktury krytycznej. Wrocław ma inną miejską spółkę zarządzającą monopolem – MPWiK, odpowiedzialne za dostawy wody i odbiór ścieków. Od lat działa profesjonalnie i stabilnie, rozbudowuje infrastrukturę, inwestuje we własne zdolności i zapewnia bezpieczeństwo tej usługi pod realną kontrolą obywateli i opinii publicznej. Nikt rozsądny nie proponuje, by Wrocław oddał sieć wodociągową prywatnym operatorom bez żadnej kontroli nad infrastrukturą.
W gospodarce odpadami powinno działać to samo. Nie działa – bo miasto latami żyło w błędnym przekonaniu, że powierzenie usługi zewnętrznym firmom zwalnia je z odpowiedzialności za jej cenę. Prawo mówi jednak co innego: miasto posiada śmieci i ma ustawowy obowiązek zapewnić ich odbiór i zagospodarowanie. Niewykonanie tego obowiązku to poważna przesłanka nawet do wprowadzenia zarządu komisarycznego. Presja na miasto jest więc ogromna – a to właśnie ta presja stała się kartą przetargową dla branży.
Monopolizacja rynku pod politycznym nadzorem
Początkowo rynek usług śmieciowych we Wrocławiu był relatywnie otwarty. Z biegiem lat wytworzyła się jednak hermetyczna grupa firm, które stopniowo zaczęły prywatyzować faktyczną kontrolę nad monopolem – mimo że formalnie właścicielem odpadów pozostaje miasto. W ostatnich latach proces ten przyspieszył i się pogłębił.
Najbardziej spektakularnym tego dowodem był przetarg z 2022 roku. Chaos, opóźnienia i seria odwołań doprowadziły do rekordowej podwyżki opłaty za odbiór odpadów – z 24 do 41,24 zł od osoby miesięcznie. Wtedy padały deklaracje, że taka sytuacja nie może się powtórzyć, że trzeba przerwać monopol firm zewnętrznych i budować własne, miejskie zdolności. Nie zrobiono w tym kierunku dosłownie nic. Dziś stawka wynosi 55 zł – najwyższą spośród wszystkich polskich miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców.
Wrocław na musiku - dzieło polityków
Efekt lat zaniechań jest taki, że Wrocław praktycznie nie posiada dziś żadnych własnych zdolności w gospodarce odpadami – ani organizacyjnych, ani logistycznych, ani infrastrukturalnych. Nie ma własnego składowiska, nie ma instalacji recyklingu i odzysku. Absolutnym minimum bezpieczeństwa powinny być niezależne od innych usług, wieloletnie umowy gwarantujące dostęp do składowiska. Wrocław ich nie ma, bo miasto po prostu przestało inwestować w ten obszar wiele lat temu.
Dla porównania: Bydgoszcz w tym samym czasie wybudowała nowoczesną sortownię odpadów, w większości za pieniądze z dotacji unijnych. Wrocław po te środki nie sięgnął.
Bez własnej infrastruktury i organizacji miasto utraciło realną kontrolę nad monopolem, który formalnie do niego należy. Musi płacić firmom zewnętrznym na ich warunkach – a odpady, zamiast być źródłem stabilnych przychodów i kontroli nad usługą publiczną, stały się dla miasta olbrzymim problemem.
Warto sobie zadać pytanie, które nasuwa się samo: gdyby taki sam scenariusz – utrata własnych zdolności i pełne uzależnienie od zewnętrznych dostawców – dotyczył MPWiK, jak wysokie płacilibyśmy dziś rachunki za wodę?
Mechanizm szantażu cenowego
W gospodarce odpadami jedynym realnym ograniczeniem wysokości opłaty jest stawka przeciętnego miesięcznego dochodu rozporządzalnego, publikowana co roku przez GUS. Poza tym pułapem miasto jest zmuszone zapłacić firmom każdą cenę, jakiej te zażądają – i przerzucić koszt na mieszkańców, w opłacie śmieciowej lub w podatkach.
To dlatego firmy z branży mogły bezkarnie przeciągać procedurę przetargową do absurdalnych rozmiarów. Przez półtora roku miasto nie było w stanie wyłonić wykonawców w drodze przetargu – umowy zawierano z wolnej ręki, wydając w ten sposób grubo ponad pół miliarda złotych. Miasto przegrało przy tym wszystkie odwołania przed Krajową Izbą Odwoławczą i w sądzie – trudno uwierzyć, że to wyłącznie efekt urzędniczej nieudolności.
Na tym sabotażu traciły wyłącznie gospodarstwa domowe. Nie traciły firmy śmieciowe, które w tym czasie zawierały kontrakty bez konkurencji, na lepszych dla siebie warunkach. Mieszkańcy obserwowali narastający chaos, który później posłużył do uzasadnienia radykalnych decyzji – zastosowano wobec nich klasyczną doktrynę szoku, strasząc scenariuszem „sycylijskim" (czytaj więcej).
To dlatego firmom z branży zależy dziś na długich, czteroletnich kontraktach. Dlatego trzymają w swoich rękach organizację, logistykę, składowiska i recykling (czytaj więcej). I dlatego dziś dążą do ostatecznego domknięcia infrastrukturalnej zależności miasta od branży – poprzez budowę spalarni odpadów. To nie tylko przejęcie biznesu wartego 2,5 miliarda złotych. To zamknięcie systemu w sposób, z którego przy dramatycznej sytuacji budżetowej Wrocławiowi będzie ekstremalnie trudno się kiedykolwiek wyzwolić (czytaj więcej).
Kto za tym stoi i dlaczego jest to partia obywateli
Oddanie monopolu w prywatne ręce nie było przypadkiem ani zbiegiem okoliczności. Za tym procesem stoją konkretne osoby i konkretna partia.
Cała Platforma Obywatelska głosowała w 2022 roku za rekordowymi podwyżkami, jednocześnie deklarując wzmocnienie własnych, miejskich kompetencji w gospodarce odpadami. Twarzą całego procesu był Paweł Karpiński, wówczas radny PO, później prezes, a następnie wiceprezes Ekosystemu. Politycznie proces nadzorowali Jarosław Charłampowicz, Ewa Wolak i Michał Młyńczak – wszyscy z PO. Za lojalność byli, jak się wydaje, hojnie wynagradzani dodatkowymi zleceniami dla siebie lub swoich bliskich, sięgającymi w niektórych przypadkach niemal miliona złotych.
Środowisko PO, a później KO, czerpało z biznesu śmieciowego wymierne korzyści na wielu poziomach. Mężowie ówczesnych działaczek PO/KO, Renaty Granowskiej i Agnieszki Rybczak, korzystali na sponsoringu udzielanym przez firmy śmieciowe klubowi piłki ręcznej – a to nie jedyne rodzinne powiązania tych pań z branżą. Mąż obecnej posłanki Anny Sobolak z KO najpierw był prezesem miejskiego Ekosystemu, a później wystawiał faktury na dziesiątki tysięcy złotych jednej z firm z branży śmieciowej.
To środowisko Koalicji Obywatelskiej przejęło nadzór nad Ekosystemem, gdy wiceprezydentem miasta został Michał Młyńczak, i utrzymuje tę kontrolę do dziś – Młyńczak został prezesem spółki, a jego stanowisko wiceprezydenckie przejął Grzegorz Roman, również z KO. To w głównej mierze KO odpowiada za to, że opłata za odbiór odpadów wzrosła do 55 złotych miesięcznie – najwyższej stawki wśród polskich miast powyżej stu tysięcy mieszkańców.
Szczególnie zastanawiająca jest w tym kontekście rola liderów KO. Michał Jaros, będąc w parlamentarnej opozycji, organizował konferencje prasowe poświęcone walce z „mafią śmieciową". Po przejściu do koalicji rządzącej – kierując strukturami partii w mieście i województwie – bierze pełną odpowiedzialność za utrwalenie kontroli branży śmieciowej nad miejskim monopolem. Nie jest tajemnicą, że szczegóły podziału stanowisk dla prominentnych działaczy KO – Mateusza Żaka i Grzegorza Romana jako wiceprezydentów oraz Mateusza Jędrachowicza jako wiceprezesa ARAW – uzgadniali w imieniu odpowiednio Grzegorza Schetyny i Michała Jarosa: Jarosław Charłampowicz i Maurycy Graszewicz. Trudno dziś doszukać się w tym układzie jakiejkolwiek niezależności.
Afera śmieciowa ma więc jasną, partyjną identyfikację. Koalicja Obywatelska działa w tej sprawie na własną niekorzyść – i na wyraźną korzyść branży.
Mafijne schematy: zmowa milczenia
Prawda o tej aferze jest dla jej uczestników wyjątkowo niewygodna. Dlatego zastosowano kolejną, dobrze znaną z innych kontekstów zasadę – omertę, zmowę milczenia. Spółka Ekosystem konsekwentnie uchyla się od udzielania odpowiedzi i dostępu do kluczowych dokumentów. Co więcej, aktywnie zwalcza przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, którzy domagają się jawności – zawiadamiając prokuraturę pod wątpliwymi pretekstami i angażując policję, tylko dlatego, że ktoś domaga się prawdy.
Jak paskudna musi być ta prawda, skoro tak pieczołowicie jest strzeżona? Jakie powiązania i przepływy finansowe faktycznie wchodzą tu w grę – tego nie wiemy, bo nie mamy do tego narzędzi ani uprawnień śledczych. Piszemy wyłącznie o tym, co widać gołym okiem, oraz o tym, co udaje się wydobyć od urzędów i spółek w drodze formalnych zapytań i kontroli. Nawet ten fragmentaryczny obraz układa się jednak w bardzo niepokojącą całość. Relacje o charakterze mafijnym nie powstają z dnia na dzień – buduje się je latami, pieczołowicie i subtelnie, a ich uczestnicy hojnie się nawzajem wynagradzają i chronią, by układ trwał.
Umiesz liczyć? Licz na siebie
Zamiast oddawać władzę temu układowi, Wrocław potrzebuje własnego zakładu przetwarzania odpadów, skupionego na nowoczesnym recyklingu. Nie wydmuszki zlecającej wszystko na zewnątrz, ale prężnej organizacji, która – tak jak MPWiK w swojej branży – sama wyznacza standardy na rynku. Tylko w ten sposób miasto może uniezależnić się od dyktatu firm śmieciowych.
Czy taki zakład zbuduje układ, który oplótł swoimi wpływami Wrocław? Przekonani o własnej bezkarności cynicy w gabinetach wierzą, że doprowadzili do sytuacji bez wyjścia – że zmęczeni i zmanipulowani wrocławianie potulnie zapłacą każdą opłatę i każdą daninę na rzecz swoich feudalnych panów.
Nie mają racji.
Czy mieszkańcy dumnego, niepokornego miasta mogą patrzeć na to bezradnie i bezczynnie? Czy pozwolimy na jawną degenerację lokalnych elit i okradanie nas w biały dzień? Jeśli chcemy niezależności od śmieciowego układu, musimy najpierw wybrać sobie niezależną władzę – bo polityczne elity, od lewa przez centrum po miejskich rzekomo niezależnych, nie mają żadnego interesu w rozbiciu tego układu. Same się nim żywią.
Jedyną nadzieją dla Wrocławia jest dziś samoorganizacja społeczeństwa. Tylko silne, świadome i bezkompromisowe społeczeństwo obywatelskie jest w stanie rozbić ten stolik. Czas przestać płacić za ich bal. Czas odzyskać Wrocław.












