Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Złośliwi na ZMP mówią „Związek Merów Pazernych”. Dlaczego? Od niemal dwóch lat na czele organizacji zrzeszającej ponad 350 polskich samorządów stoi człowiek oskarżony o korupcję i oszustwo. Żaden z burmistrzów ani prezydentów zasiadających w ZMP nie podniósł tematu. Za to wspólnie forsują projekty, które chronią ich kieszenie, fotele i bezkarność. Czas nazwać rzeczy po imieniu: ZMP przestał reprezentować miasta. Reprezentuje interesy włodarzy.

Prezes z zarzutami. Organizacja milczy.

Od czerwca 2024 roku Związkiem Miast Polskich kieruje Jacek Sutryk. Ten sam Sutryk, któremu prokuratura postawiła cztery zarzuty: jeden korupcyjny i trzy dotyczące oszustwa. Zarzut korupcyjny dotyczy wręczenia 75 tysięcy złotych rektorowi Collegium Humanum w zamian za fikcyjny dyplom MBA. Trzy zarzuty oszustwa dotyczą użycia tego dyplomu, by zasiąść w radach nadzorczych spółek samorządowych i inkasować wynagrodzenia, na które nie zasłużył. Łącznie, według śledczych, wzbogacił się w ten sposób o 230 tysięcy złotych. W listopadzie 2024 roku akt oskarżenia trafił do sądu.

Jakby tego było mało, pod lupą służb znalazł się też wiceprezes ZMP, prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk. W lutym agenci CBA zatrzymali go i przedstawili dwa zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych. Prokuratura zawiesiła go w czynnościach służbowych.

Żaden z pozostałych burmistrzów i prezydentów zrzeszonych w ZMP nie zabrał głosu. Nikt nie wnioskował o zawieszenie prezesa. Nikt nie zapytał, czy organizacja powinna być prowadzona przez człowieka, który stanie przed sądem w sprawie korupcyjnej. I to właśnie mówi o niej wszystko.

Stołek za stołek, czyli jak wyglądało zarabianie na spółkach

Zanim Sutryk trafił w ręce prokuratury, w listopadzie 2024 roku spotkał się z ministrem spraw wewnętrznych Tomaszem Siemoniakiem i wręczył mu pakiet zmian legislacyjnych proponowanych przez ZMP. Jednym z kluczowych postulatów był powrót do możliwości zasiadania przez prezydentów miast w radach nadzorczych spółek komunalnych.

To nie jest abstrakcja. Polskie samorządy znały tę praktykę doskonale. Sutryk zasiadał w radach nadzorczych spółek komunalnych w Tychach i Gliwicach, a włodarze tych miast w radach nadzorczych spółek wrocławskich (GW, krakow.wyborcza.pl). Prezydent Częstochowy Matyjaszczyk lądował w Krakowie, w radzie nadzorczej Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Stołek za stołek. Samorządowy Erasmus. Środowisko koleguje się, siada nawzajem w swoich spółkach i inkasuje. Publiczne pieniądze, prywatne korzyści.

Za rządów PiS zakaz ten wprowadzono. Sutryk, któremu zasiadanie właśnie w takich radach nadzorczych figuruje w akcie oskarżenia, zabiega - jako prezes ZMP - o jego zniesienie. Ruchy miejskie z całego kraju nazwały to po imieniu: Lex Sutryk. - Nie ma naszej zgody. Samorząd to nie dojna krowa, miasto to nie partyjne koryto - ocenił Jan Mencwel z warszawskiej organizacji Miasto Jest Nasze (GW, krakow.wyborcza.pl).

Krakowscy aktywiści z Akcji Ratunkowej dla Krakowa wyliczyli, że w poprzedniej kadencji krakowscy radni zarobili co najmniej 2 miliony złotych dzięki zatrudnieniu w spółkach i jednostkach zależnych od prezydenta. Wrocław nie był wyjątkiem. Aktywiści Akcji Miasto, analizując oświadczenia majątkowe, wytropili fikcyjne rady programowe w miejskich spółkach, obsadzone radnymi i urzędnikami. Sekretarz miasta Włodzimierz Patalas tylko za udział w radzie programowej Wrocławskiego Parku Wodnego zarobił w 2021 roku 26 tysięcy złotych. Proceder kwitł i częściowo zlikwidowano go dopiero pod presją opinii publicznej - a można było nigdy nie odkryć. Pod warunkiem, że oświadczenia majątkowe zniknęłyby z BIP. Dokładnie o to zabiega ZMP.

Jawność? „Stygmatyzuje i grozi napadem”

ZMP postanowił zadbać o to, żeby następnym razem nikt niczego nie wytropił. Komisja Administracji Związku wypracowała stanowisko: oświadczenia majątkowe nie powinny być już publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej. Samorządowcy chcą przekazywać je wyłącznie CBA i urzędom skarbowym. Argument? Ochrona prywatności i bezpieczeństwo - bo kryminaliści mogą dowiedzieć się, jakim samochodem jeździ burmistrz. - A czy są jakieś statystyki tych kradzieży, wymuszeń i oszustw? - pyta Alina Czyżewska, specjalistka w zakresie społecznej kontroli władzy (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Pytanie jest retoryczne. Argument jest pretekstem.

- Pomysł ZMP oznacza jedno - opinia publiczna nic nie będzie wiedziała - mówi Marzena Błaszczyk z zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Co nie wiedziałaby? Na przykład tego, że radny Czesław Cyrul z Lewicy "wykonywał czynności z zakresu PR" we Wrocławskich Inwestycjach i zarobił na tym 262 tysiące złotych brutto. Że Bartłomiej Ciążyński, były wiceminister sprawiedliwości, pobrał ze spółek miejskich łącznie 437 tysięcy złotych i nie przyznał się do tego publicznie, dopóki oświadczenie nie zmusiło go do przejrzystości. Że radna Ewa Wolak dostała ze Stadionu Wrocław prawie 80 tysięcy złotych po znajomości - i spółkę do ujawnienia jej nazwiska zmuszał wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Gdyby oświadczeń nie było w BIP, nic z tego by nie wyszło na jaw. Jakub Nowotarski, przewodniczący Akcji Miasto i wrocławski radny, nie ma wątpliwości: - To kolejny raz, gdzie ZMP, któremu szefuje Jacek Sutryk, pokazuje, że chodzi im tylko o własne interesy, a nie poprawę jakości życia w miastach (GW, wroclaw.wyborcza.pl).

Trzecia kadencja, przyspawanie do stołka i emerytura po pięćdziesiątce

Postulat zniesienia dwukadencyjności ZMP forsuje od dawna. W lipcu 2025 roku poparto projekt PSL przywracający stan sprzed 2018 roku. W uzasadnieniu stanowiska Zgromadzenia Ogólnego ZMP, podpisanym przez Sutryka jako prezesa, można przeczytać, że ograniczenie kadencji "pozbawia obywatela-wyborcę prawa do wybrania popieranej przez siebie osoby". To ciekawe rozumowanie - szczególnie gdy formułuje je człowiek, który chciałby zostać wybrany po raz trzeci.

Komisja Małych Miast ZMP zaapelowała do premiera o umożliwienie samorządowcom przejścia na emeryturę po ukończeniu 50 lat - w wysokości co najmniej 85 procent maksymalnego ustawowego wynagrodzenia. - Co za chory pomysł z tymi emeryturami, absolutnie się z tym nie zgadzam - ocenił burmistrz Kłodzka Michał Piszko (GW, wroclaw.wyborcza.pl). - Nas na to nie stać jako państwa - wtóruje mu wójt Dobromierza Jerzy Ulbin. W sieci: "Co za pazerność", "Kolejna nadzwyczajna kasta", "Co jeszcze, może dziedziczenie fotela w ratuszu?"

Jest też pomysł, który - jak relacjonuje dziennikarz Andrzej Andrysiak - padł podczas zgromadzenia ZMP w Gdyni pod koniec marca 2025 roku. Samorządowcy rozważają podniesienie wymaganej frekwencji w referendum odwoławczym do poziomu, jaki osiągnął dany włodarz przy swoim wyborze. Logika: skoro czekają nas trudne decyzje, musimy być chronieni przed politycznymi atakami. Innymi słowy - mieszkańcy powinni mieć coraz mniej narzędzi, żeby rozliczyć tych, którym powierzyli władzę.

Jak nie wyjdzie w samorządach, to może uda się w Sejmie

Gdy postulat zniesienia dwukadencyjności utknął - bo w koalicji rządzącej nie ma zgody - ZMP sięgnął po nowy argument. Na forum Związku pojawił się pomysł wprowadzenia dwukadencyjności również w Sejmie. To nie jest filozoficzna dyskusja o jakości demokracji. To, jak trafnie diagnozuje dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego, "wyłącznie kontra względem ograniczenia liczby kadencji prezydentów, burmistrzów, wójtów. I tylko w tym kontekście ona powstała" (GW, lodz.wyborcza.pl).

Można to też czytać jako groźbę pod adresem posłów: usuńcie nasze ograniczenia, bo inaczej zażądamy waszych. I jako awans: skoro samorządowcy kończą kadencje, a na listy wyborcze wpływowi włodarze mogą skutecznie wymóc sobie miejsca, to po co im ograniczenia dla siedzących na Wiejskiej?

Tyle że - jak zauważa Onasz - pomysł jest polityczną fikcją. - Posłowie mają w tyle głowy własny interes. Gdyby doszło do głosowania, mielibyśmy szeroką "koalicję dietetyczną" (GW, lodz.wyborcza.pl). Nikt nie podetnie gałęzi, na której siedzi. Antoni Macierewicz i Robert Telus mogą spać spokojnie. Ale groźba jako narzędzie nacisku na kolegów z koalicji - działa. I o to właśnie chodzi.

Samorządy mają o co walczyć. Ale nie o przywileje władzy

Polskie samorządy potrzebują silnej reprezentacji. Potrzebują walki o Związek Metropolitalny - który dla Śląska przyniósł od 2017 roku kilka miliardów złotych na zadania wspólne, podczas gdy Wrocław wciąż czeka. Potrzebują lepszego podziału wpływów z podatków, zmian w prawie lokatorskim, odpadowym, oświatowym, środków na infrastrukturę i transport. To są realne interesy mieszkańców.

Zamiast tego ZMP wdaje się w polityczne spory, które służą wyłącznie jednej grupie zawodowej: burmistrzom i prezydentom. Lobbuje za tym, żeby siedzieli dłużej, zarabiali więcej w spółkach i żeby trudniej było sprawdzić, ile mają na koncie. Gdy dostaje po rękach w parlamencie - grozi posłom lustrzanym ograniczeniem. Gdy ktoś wytyka korupcję - milczy, bo wszyscy zasiadający w ZMP mają interes w tym, żeby temat ucichł.

- To jest po prostu jakaś niewyobrażalna i niezrozumiała pazerność - mówi Jakub Nowotarski (GW, krakow.wyborcza.pl). Maciej Fijak z Akcji Ratunkowej dla Krakowa jest jeszcze dosadniejszy: - Widać, że ta pazerność samorządowców na publiczne stołki jest bardzo duża. Przypomina to coraz bardziej osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości (GW, krakow.wyborcza.pl).

Czas rozwiązać ZMP, bo organizacja zapomniała o swojej misji

Tego nie da się zreformować od środka. Organizacja, w której burmistrzowie i prezydenci głosują nad własnymi przywilejami, zawsze będzie głosować na swoją korzyść. Organizacja, której szefuje oskarżony o korupcję włodarz i w której nikt nie pyta, czy tak być powinno, straciła moralne prawo do reprezentowania kogokolwiek.

ZMP powinien zostać rozwiązany. Na jego miejsce powinna powstać organizacja, która od pierwszego dnia kieruje się interesem mieszkańców, a nie polityków, którym zdarzyło się zasiąść na fotelu burmistrza. Taka, która walczy o transparentność zamiast ją likwidować, o narzędzia kontroli obywatelskiej zamiast ograniczeń, o wspólnotę samorządową zamiast o prywatne koryto.

Mieszkańcy polskich miast zasługują na kogoś, kto ich naprawdę reprezentuje. Nie na kogoś, kto ich okrada - i jeszcze chce, żeby to zostało utajnione w BIP.

Fot. profil na FB Jacka Sutryka


Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.

Dolny Śląsk jest ostatnim województwem w Polsce bez spalarni odpadów. Wielu traktuje to jak zaległość do nadrobienia. My twierdzimy odwrotnie - to przewaga, którą można mądrze wykorzystać. Wrocław stoi przed wyborem: pójść utartą ścieżką i zbudować kosztowną instalację, która za dekadę stanie się finansową kotwicą. Albo sięgnąć po rozwiązania, które Europa właśnie zaczyna wdrażać zamiast spalarni. Czas na decyzję jest teraz - i są ku temu twarde, ekonomiczne powody.

Historia, która powinna być przestrogą

W 2013 roku Polska oferowała samorządom 600 milionów złotych dotacji i pożyczki z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko na budowę spalarni odpadów. Kraków wziął. Poznań wziął. Wrocław odmówił.

Dziś prezes Ekosystemu przywołuje tę decyzję jako jeden z głównych powodów problemów miasta z odpadami. I ma rację - tamta decyzja była błędem. Ale wyciąga z niej zły wniosek. Bo zbudowanie spalarni w 2025 roku, bez unijnego dofinansowania, w realiach zupełnie innych niż te sprzed dwunastu lat, to nie naprawa tamtego błędu. To popełnienie nowego - i dużo kosztowniejszego.

Spalanie to nie recykling. I nigdy nie będzie

Unijna hierarchia postępowania z odpadami jest jednoznaczna: najpierw zapobieganie, potem ponowne użycie, potem recykling, dopiero potem odzysk energii - czyli spalanie - a na samym końcu składowanie. Spalenie śmieciarki nie jest recyklingiem. Jest czwartym wyborem z pięciu możliwych.

Wrocław w 2026 roku zobowiązany jest osiągnąć poziom recyklingu 56 procent wszystkich odpadów. W 2030 roku ten próg wzrośnie do 60 procent, a w 2035 do 65 procent. Za każdą tonę poniżej wymaganego poziomu grożą kary finansowe płacone przez gminę - czyli przez mieszkańców z podatków. Prezes Ekosystemu przyznał w radiu, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. I że nie obliczył nawet, jakie kary za to zapłacimy.

Spalarnia tego problemu nie rozwiązuje - pogłębia go. Każda tona odpadów wrzucona do pieca to tona, która nie trafia do recyklingu. Im więcej spalimy, tym dalej od wymaganych poziomów, tym wyższe kary.

Finansowa kotwica: ETS od 2026 roku i wyższe opłaty za odpady

Tu zaczyna się ekonomia, która powinna zakończyć każdą dyskusję o budowie spalarni w Polsce.

Od 2026 roku spalarnie odpadów komunalnych zostały włączone do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych ETS. Oznacza to jedno: każda tona spalonego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Nie jutro. Już teraz - a dla instalacji, która ma powstać za kilka lat i działać przez trzydzieści, to fundament kalkulacji finansowej.

Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, okazuje się instalacją obciążoną stałym i rosnącym kosztem regulacyjnym, którego nie można ominąć ani wynegocjować. Miasto, które ją wybuduje, będzie przez dekady kupować uprawnienia do emisji CO2 - ze środków publicznych, niezależnie od cen rynkowych odpadów i niezależnie od tego, czy instalacja zarabia czy nie. A gdy do spalarni trzeba dopłacać - rośnie wysokość opłaty za odpady. Gdy dojdą opłaty za ETS - należy spodziewać się wzrostu wysokości odpadów. Do jakiej wysokości? Prawo dziś pozwala na podniesienie opłaty nawet do 70 zł od osoby miesięcznie.

Półtora miliarda na budowę spalarni, który nie może się zwrócić

Budowa nowoczesnej spalarni dla miasta wielkości Wrocławia to koszt rzędu miliarda złotych lub więcej - bez unijnego dofinansowania, na warunkach rynkowych. To instalacja, która aby być opłacalna, musi przez cały czas swojej pracy otrzymywać odpowiednią ilość odpadów.

I tu pojawia się problem, który Szwecja i Dania znają doskonale. Szwecja importuje rocznie około 700 tysięcy ton śmieci z Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, bo własnych odpadów ma za mało, żeby zasilić swoje spalarnie. Spalarnie potrzebują naprawdę sporej ilości śmieci, żeby w ogóle działać - rocznie przywozi się ich prawie półtora miliona ton.

Jeśli Wrocław uzależni ciepłownictwo od spalarni - a taki model jest najbardziej opłacalny - miasto stanie się zakładnikiem strumienia odpadów. Gdy recykling wzrośnie (a musi, bo wymusza to prawo), gdy zmniejszy się ilość odpadów trafiających do spalenia, spalarnia będzie wymagała dotowania lub importu śmieci z innych gmin. To nie jest hipoteza - to doświadczenie każdego kraju, który tę ścieżkę przeszedł.

Polska ma już i tak bardzo duże moce przepustowe do spalania odpadów. Czy naprawdę potrzeba nowych instalacji? W Polsce moce istniejących spalarni odpadów komunalnych są znaczne. Inicjatywa STOP Wrocławskiej spalarni informuje, że mamy:

🔥 11 spalarni i współspalarni odpadów (wydajność 1,75 mln ton rocznie),
🔥 9 instalacji do spalania odpadów w cementowniach (1,75 mln ton rocznie),
🔥 5 spalarni w budowie i rozbudowie (510 tys. ton rocznie),
🔥 42 spalarnie w zaawansowanym procedowaniu (część z uzyskanym dofinansowaniem NFOŚiGW i/lub decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach) (ok. 2,5 mln ton rocznie),
To w sumie blisko 70 instalacji o wydajności ponad 6,5 mln ton rocznie, a krajowe roczne zapotrzebowanie na spalanie odpadów to ok. 4 mln ton i powinno spadać ze względu na coraz skuteczniejszy recykling..

Emisje i ryzyko awarii - co wylatuje z komina

Zwolennicy spalarni mówią: nowoczesne instalacje są bezpieczne, filtry zatrzymują szkodliwe substancje. To po części prawda - przy sprawnym działaniu systemu oczyszczania spalin. Ale systemy ulegają awariom.

Każda awaria filtrów oznacza wypuszczenie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich - substancji silnie rakotwórczych, które osiadają w glebie i wchodzą do łańcucha pokarmowego. Zasięg takiej awarii to nie kilkaset metrów, lecz kilometry.

Warto przy tym pamiętać, że problem emisji dioksyn w Polsce pochodzi głównie ze źródeł niekontrolowanych. Jeden pożar składowiska odpadów emituje do atmosfery tyle rakotwórczych dioksyn, ile przez osiem lat wytworzą wszystkie polskie spalarnie - taką ocenę przedstawił prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej. To argument za dobrą segregacją i eliminacją nielegalnych składowisk - nie za budową nowych pieców. Tym bardziej, że do takich niekontrolowanych pożarów zadziwiająco często dochodzi w samych spalarniach – ostatnio m.in. w Gdańsku, Przysiece czy Olsztynie.

Koszty infrastrukturalne i społeczne - kto zapłaci za transport?

Spalarnia to nie tylko komin i piec. To cała logistyka: dziesiątki ciężarówek ze śmieciami wjeżdżających codziennie w jedno miejsce, infrastruktura drogowa, hałas, smród przy rozładunku, presja na okolicznych mieszkańców.

Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu odpadowego - to przeniesienie go do sąsiednich gmin.

Przyszłość należy do recyklingu, nie do ognia

Podczas gdy spalarnia to technologia z końca XIX wieku - pierwszą uruchomiono w Nottingham w 1874 roku - recykling wchodzi właśnie w erę przełomu.

Nowoczesne sortownie wyposażone w systemy optycznego rozpoznawania frakcji i ramiona robotyczne potrafią odzyskiwać surowce, które jeszcze dekadę temu trafiały na wysypisko. Bydgoszcz wybudowała nowoczesną sortownię odpadów w trzy lata - bez miliardowych kosztów, bez ETS, z realnym wpływem na poziomy recyklingu. Kompostownie i biometanownie przetwarzają frakcję organiczną w substrat rolniczy i biometan, zamykając obieg materii. Cały świat eksperymentuje z procesami chemicznymi, które pozwalają odzyskiwać tworzywa sztuczne wcześniej uznawane za nierecyklowalną frakcję.

AI i robotyzacja zmieniają ekonomikę sortowania. To co dziś jest za drogie, za pięć lat może być tańsze od spalania - i na pewno tańsze od spalania z doliczonym ETS.

Dolny Śląsk ma szansę, której nie ma nikt inny

Jesteśmy ostatnim województwem bez spalarni. To nie wstyd - to przewaga startowa. Możemy uczyć się na błędach Krakowa, Poznania i trzydziestu krajów europejskich, które teraz zastanawiają się, jak wyplątać się z uzależnienia od instalacji termicznych i jak spełnić unijne poziomy recyklingu przy jednoczesnym spalaniu połowy strumienia odpadów.

Wrocław może zbudować system oparty na sortowniach nowej generacji, kompostowniach, biometanowniach i punktach selektywnej zbiórki dostępnych dla każdego mieszkańca. System, który z każdym rokiem będzie bliżej wymaganych poziomów recyklingu, a nie dalej. System, który nie będzie wymagał zakupu uprawnień emisyjnych i nie stanie się zakładnikiem strumienia odpadów.

Albo może wybrać ścieżkę utartą - i za dwadzieścia lat tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego import śmieci z ościennych gmin jest koniecznością, a rachunki za ciepło rosną, bo uprawnienia CO2 są coraz droższe.

Skąd nagły zwrot?

Od dłuższego czasu mnożą się głosy za budową spalarni odpadów dla Wrocławia. Mówił o tym nie tylko prezes Karpiński w Radio Rodzina czy w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Wielokrotnie o budowie takich instalacji pozytywnie wypowiadały się władze województwa, w szczególności marszałek Paweł Gancarz oraz członek zarządu województwa, Michał Rado. Do chóru apologetów spalania odpadów dołączył w styczniu nawet Jacek Sutryk, który w wywiadzie z red. Wieczorkowskim twierdził o budowie spalarni m.in. że "to jest potrzebne", "nikogo nie truje, to jest przecież ekologiczne", powoływał się na rzekome "argumenty naukowe", mówił, że "inne województwa zarabiają na tym" i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.

Tymczasem jeszcze trzy lata temu jego pierwszy zastępca, Jakub Mazur mówił: - Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy. To oczywiście wynika z oceny sytuacji i analizowania tego, co nas czeka w przyszłości. Widzimy dzisiaj nadwyżki odpadów wysokokalorycznych i konieczność budowy jeszcze kilku instalacji w Polsce. Wiem, że są projekty na 39 w różnych miejscach, w tym na Dolnym Śląsku. To już jednak polityka i decyzje na poziomie rządu, jak to regulować. My uznaliśmy, że nie ma sensu, żeby Wrocław inwestował ponad miliard złotych w instalację, która - zważywszy na strumień odpadów w perspektywie 2035 roku - nie będzie miała ekonomicznego sensu. To nie zdążyłoby się nam zwrócić (...). Ponadto podjęliśmy decyzję, że dążymy do bycia „zielonym” miastem, które ogranicza emisje. A więc w takie inwestycje nie wchodzimy, bo termiczne przetwarzanie jest emisyjne i podkreśla się to we wszystkich strategicznych dokumentach unijnych - mówił dla Portalu Samorządowego Wiceprezydent Jakub Mazur.

Wybór jest teraz. I po raz pierwszy od lat - jest w rękach nowych ludzi.

 


Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty

Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił kolejnego wywiadu. Tym razem w Radiu Rodzina wyjaśniał, dlaczego Wrocław od ponad roku nie może rozstrzygnąć przetargu i co dalej z gospodarką odpadami. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. Ale jest jeden wątek, który wymaga szczególnej uwagi - bo za nieudolnością przetargową wyłania się wyraźny plan B: spalić problem razem ze śmieciami.

Prezes przyznaje: opłata za śmieci mogłaby być niższa

Prowadzący rozmowę ks. Kowalski zapytał gościa wprost: "Czy cena, jaką dziś wrocławianie płacą za wywóz śmieci, mogłaby być niższa?" Karpiński odpowiedział: - Tak, mogłaby być niższa, gdyby w 2005 roku nie sprywatyzowano Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i gdyby w 2013 roku ówczesne władze Wrocławia przyjęły 600 milionów na budowę instalacji.

To mieszanie prawdy z kłamstwem. Prywatyzacja WPO była błędem, za które Wrocław płaci do dziś. Ale o dotacjach na jakie instalacje mówił prezes Ekosystemu? 100 mln zł dotacji i 500 mln zł pożyczki z NFOŚiGW można było uzyskać na... budowę spalarni odpadów. Kraków i Poznań te pieniądze wzięły. Zbudowały rusztowe spalarnie - które nie zwiększają poziomów recyklingu. Co gorsza: niebawem zostaną objęte unijnym systemem opłat za emisje CO2, co przeistoczy je w finansową pułapkę.

Ale to był rok 2005 i 2013. Karpiński zarządza Ekosystemem teraz. Pytanie brzmiało o cenę dziś, a odpowiedź dotyczyła decyzji sprzed 11-21 lat. To klasyczne przekierowanie uwagi: zamiast odpowiedzieć za własne działania, wskazuje się na poprzedników.

Zamiast obniżek: 15% to normalna zwyżka rynkowa

Prowadzący dopytał: "A gdybyście 400 dni temu wyłonili wykonawcę, nie miałoby to wpływu na cenę?" Karpiński: - Nie wyłoniliśmy, bo nie mogliśmy. Obecna cena z wolnej ręki jest o 15% wyższa niż z umowy z 2023 roku. Przy 20% inflacji przez trzy lata to normalna zwyżka.

To prawda tylko w połowie. Inflacja faktycznie wyniosła około 20% w ciągu trzech lat - to argument uczciwy. Problem polega na tym, że 15% jest liczone od bazy, która w 2023 roku wzrosła już o 125%. Prezes porównuje wzrost procentowy, nie kwoty. Gdyby za wywóz tony odpadów płaciliśmy w 2020 roku 100 zł, to po wzroście o 125% płaciliśmy 225 zł, a po kolejnych 15% płacimy już 259 zł. Inflacja tłumaczy część wzrostu - nie tłumaczy wszystkiego. Prezes do tej pory nie udostępnił umów, o które wnosiliśmy jeszcze w kwietniu. Gdy je przeczytamy to dowiemy się jakiej jakości produkt kupujemy za te 15% więcej. Bo gdyby okazało się, że płacimy jak za Mercedesa a otrzymujemy Syrenę tylko 15% drożej - nie świadczyłoby to najlepiej o zarządzaniu spółką i organizowaniu zamówień publicznych.

Nie możemy iść na skróty, bo procedury

Argument wygodnie pomijający fakty. Prezes mówi o 14 rozprawach jako dowodzie ciężkiej pracy spółki. Nie wspomina jednak, że jedną z kluczowych spraw Ekosystem przegrał, bo pełnomocnik spółki nie przedstawił na sali sądowej żadnych argumentów - ani pisemnie, ani ustnie. Sąd Okręgowy w Warszawie napisał wprost, że nie może wyręczać profesjonalnego prawnika. Nie to jest "paraliż systemu zamówień publicznych". To jest paraliż kadry zarządzającej spółką.

Chrzanów to powierzchowne porównanie

SOS Wrocław zestawiło konkretne liczby: ta sama firma śmieciarska przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - prawie dwa razy więcej. Krapiński nazwał to porównanie "powierzchownym" i zaproponował inne zestawienie: - Niech pan porówna z Długołęką i Kobierzycami, gdzie stawki są wyższe przy niższej jakości usług.

To unik, nie odpowiedź. Bioodpady to resztki jedzenia i odpady kuchenne - to, co wrzucasz do brązowego pojemnika. Chrzanów i Wrocław leżą w różnych regionach, ale usługę wykonuje ten sam wykonawca. Argument o "innych warunkach lokalnych" mógłby tłumaczyć różnicę między różnymi firmami. Nie tłumaczy różnicy w ofercie tej samej firmy złożonej w dwóch różnych miastach - i to różnicy tak fundamentalnej.

Na to pytanie Karpiński nie odpowiada. Zamiast tego sugeruje, żeby SOS Wrocław samo zgłosiło sprawę do odpowiednich służb - co jest o tyle ironiczne, że SOS Wrocław jako pierwsze złożyło zawiadomienie do prokuratury.

Przetarg rozstrzygniemy przed wakacjami

Karpiński zapowiedział: dokumenty do KIO do 20 maja, rozprawa dwa tygodnie później, wyrok na początku czerwca, otwarcie ofert pod koniec maja - jeśli nie pojawią się nowe odwołania.

To życzenie, nie plan. Przez ostatnie 425 dni każdy kolejny "optymistyczny termin" się nie ziścił. Otwarcie ofert zaplanowane na 7 maja 2026 roku nie odbyło się - zostało przesunięte. Nowe odwołanie już wpłynęło. Karpiński mówi "jeśli nie będzie kolejnych odwołań" - przez ponad rok było ich ponad czterdzieści. I jego służby wszystkie sprawy przegrały.

Prezes kar nie obliczał

Wrocław w 2026 roku musi osiągnąć poziom recyklingu 56% - czyli 56% wszystkich odpadów musi trafić do ponownego przetworzenia, nie na wysypisko. Jeśli tego nie osiągnie, gmina zapłaci kary finansowe z miejskiego budżetu - czyli z pieniędzy podatników. Karpiński sam przyznał w wywiadzie, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. Prowadzący zapytał: "Wiemy, jakie kary poniesiemy?" Karpiński: - Ja takich kar nie obliczałem i trudno mi powiedzieć, jaki jest wymiar tych kar.

Prezes spółki zarządzającej systemem odpadów wartym w obecnym przetargu ponad miliard złotych nie obliczył, ile miasto zapłaci kar za nieosiągnięcie obowiązkowych poziomów recyklingu - kar, które zapłacą mieszkańcy Wrocławia ze swoich podatków.

Co przemilczano

W całym wywiadzie nie padło ani jedno słowo o tym, że funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych zleconych przez Prokuraturę Krajową. Prowadzący nie zapytał. Prezes nie powiedział. Nie padło też słowo o sygnalistce - pracownicy Ekosystemu, która alarmowała o nieprawidłowościach i została zwolniona. Państwowa Inspekcja Pracy uznała to zwolnienie za bezprawne i nakazała przywrócenie jej do pracy.

To nie były tematy poboczne. To są fakty dotyczące spółki, której prezes przez kilkanaście minut tłumaczył w radiu, że wszystko jest pod kontrolą.

Musimy zbudować infrastrukturę

Pytany o to, czy Wrocław nie powinien iść śladem Bydgoszczy, która w trzy lata postawiła własną sortownię odpadów, prezes Ekosystemu przyznał rację. I ma rację co do diagnozy: Wrocław jest uzależniony od prywatnych firm, bo nie ma własnej sortowni ani instalacji przetwarzania odpadów. Budowa infrastruktury to jedyne wyjście.

Pytanie dotyczy jednak kierunku. I tu zaczyna się problem.

Piromańskie zapędy prezesa Ekosystemu

W wywiadzie i we wcześniejszych wystąpieniach prezes Ekosystemu wyraźnie ciąży ku jednemu: uznaniu, że budowa spalarni odpadów to dobry kierunek. Tymczasem spalanie odpadów nie rozwiąże żadnego z trzech kluczowych problemów Wrocławia.

Po pierwsze, spalanie to nie recykling. Wrocław już teraz nie osiągnie wymaganego poziomu 56% recyklingu w 2026 roku i poniesie za to wielomilionowe kary. Spalenie odpadów w piecu nie zalicza się do recyklingu w unijnej hierarchii - wręcz przeciwnie, zmniejsza ilość surowców trafiających do odzysku materiałowego. Miasto, które buduje spalarnię zamiast rozwijać selektywną zbiórkę, samo sobie wbija nóż w plecy w kontekście wymogów recyklingowych.

Po drugie, od 2028 roku spalarnie odpadów najprawdopodobniej wejdą do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji ETS. Oznacza to, że każda tona spalanego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Prognozy cen uprawnień na 2030 rok sięgają 188 euro za tonę CO2. Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, może okazać się finansową pułapką na dekady - opłaconą przez mieszkańców. Co więcej - ze względu na to, że w Polsce mamy już wiele tego typu instalacji - możliwe, że będzie generowała konieczność importowania odpadów zza granicy.

Po trzecie, koszty środowiskowe i społeczne są nie do przyjęcia. Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Zasięg oddziaływania obejmuje gęsto zaludnione tereny. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu - to przeniesienie go do sąsiednich gmin i zatruwanie powietrza ponad głowami tych, którzy już teraz płacą za chaos w systemie.

Co zamiast spalarni?

Mechaniczno-biologiczne przetwarzanie odpadów, rozbudowa kompostowni, sortownie zwiększające odzysk surowców, biogazownie - to kierunki, które naprawdę mogą poprawić poziomy recyklingu i uniezależnić Wrocław od oligopolu firm śmieciowych. Karpiński wymienia je w wywiadzie - jednak dla uważnie słuchających najmocniej wybrzmiewa argument o instalacjach do "termicznego przetwarzania".

Piroman może i zna inne narzędzia. Ale zawsze sięgnie po ogień.

Ilustracja ma charakter satyryczny i nie obrazuje rzeczywistych zdarzeń.


Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Pierwsza praca Mateusza Żaka: nie zmarnować sukcesu Śląska Wrocław i znaleźć inwestora

Nowy wiceprezydent Wrocławia Mateusz Żak obejmuje nadzór nad sportem w momencie wyjątkowym: WKS Śląsk Wrocław jest na progu awansu do ekstraklasy. To najlepsza chwila, by zrobić porządek z finansami klubu i przejść do procesu prywatyzacji. Pierwsze z sześciu zadań, które dla niego przygotowaliśmy, jest oczywiste - i nie cierpi zwłoki.

Sto milionów złotych w cztery lata

Raport Grant Thornton na temat finansów Śląska Wrocław to lektura, po której trudno znaleźć słowo inne niż "horror". Przez cztery lata - od 2021 do 2024 roku - klub kosztował podatników łącznie około 100 milionów złotych. Miasto przekazało 79,5 mln zł tytułem podwyższenia kapitału: 13 mln zł w 2021, 13 mln zł w 2022, 17 mln zł w 2023 i 32,5 mln zł w 2024 roku. Kolejne 21 mln zł wpłynęło od spółek miejskich - MPWiK, Portu Lotniczego, MPK, Wrocławskiego Parku Wodnego, ZOO Wrocław, TBS - tytułem usług sponsoringu i reklamy. Żadna z tych informacji nie była wcześniej podawana do publicznej wiadomości.

Koszty personelu przez lata rosły i niemal zrównały się z wydatkami sportowymi. W krytycznym momencie sięgnęły 135 procent dochodów spółki. W 2022 roku przychody Śląska nie były w stanie pokryć nawet samych wynagrodzeń pracowników. Zatrudnienie na koniec 2024 roku wyniosło 44 osoby - o 3 więcej niż rok wcześniej. I 30 więcej niż w trakcie zdobywania ostatniego mistrzostwa. Mimo deklarowanych redukcji.

System do dziedziczenia deficytu

To nie był przypadek ani seria pechowych lat. Stworzono mechanizm, w którym deficyt był generowany i przekazywany kolejnym zarządom, a politycy przez lata prowadzili klub za rękę - dokładając kolejne dziesiątki milionów bez przedstawienia radnym żadnego planu wyjścia z zadłużenia. Gdy głosowali nad kolejnymi 30 mln zł, nie wiedzieli, co kupują.

Raport nie odpowiada na wszystkie pytania - spółka nie udostępniła audytorom danych o zatrudnieniu w poszczególnych kategoriach, co uniemożliwiło zbadanie, czy rosnące koszty wynikały ze wzrostu etatów czy podwyżek. To samo w sobie jest sygnałem.

Sprawą finansowania i prywatyzacji Śląska zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. W grudniu 2024 roku NIK potwierdziła rozpoczęcie kontroli doraźnej dotyczącej finansowania i wspierania przez gminę Wrocław działalności WKS Śląsk Wrocław SA. Tymczasem w Chorzowie za analogiczne patologie w finansowaniu futbolu postawiono już urzędnikom zarzuty.

Awans to okno możliwości - i ono się zamknie

Śląsk jest na progu awansu do ekstraklasy. Przychody wzrosną automatycznie - prawa telewizyjne, lepsza frekwencja. To najlepszy moment, w którym klub może być atrakcyjny dla prywatnego inwestora i jednocześnie nie potrzebuje natychmiastowego dofinansowania miejskiego, by przetrwać.

Do najbliższych wyborów daleko. To zwiększa odporność miasta na naciski medialne i próby politycznego wpływu ze strony potencjalnych nabywców. Okno jest otwarte. Pytanie, czy Żak zdecyduje się przez nie wyjść.

Czego oczekujemy od Mateusza Żaka

Zadanie pierwsze jest konkretne: rzetelny audyt wydatków klubu, ocena zasadności umów z partnerami - agentami, pośrednikami, doradcami, firmami cateringowymi i marketingowymi - oraz podwykonawcami. Odchudzenie kosztów własnych, renegocjacja relacji ze spółką Stadion Wrocław i zwiększenie przychodów. A następnie - przygotowanie i przeprowadzenie procesu sprzedaży klubu prywatnemu inwestorowi, gdy bilans po awansie i restrukturyzacji zacznie wyglądać bardziej zdrowo.

Mateusz Żak dostał w ręce klub najprawdopodobniej po sukcesie, z NIK za plecami i stos niewygodnych cyfr przed sobą. Lepszego momentu nie będzie.


Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Pierwsza praca dla Grzegorza Romana: wyjaśnić aferę śmieciową

Nowy wiceprezydent Wrocławia z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Roman, dostał konkretną tekę i konkretne zadanie. Pierwsze z sześciu prac, które dla niego przygotowaliśmy, jest zarazem najpilniejsze: wyjaśnienie afery śmieciowej, która od ponad roku paraliżuje jeden z najdroższych systemów komunalnych w Polsce. Czas na działania, prawdę i odpowiedzi - dość mącenia wody i stawiania zasłon dymnych.

424 dni, pół miliarda, żaden przetarg nierozstrzygnięty

Wrocław ma problem z odpadami od dawna. Ale to, co dzieje się od marca 2025 roku, przekracza wszelkie dotychczasowe standardy nieudolności. Miejska spółka Ekosystem ogłosiła przetargi na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów w sześciu sektorach miasta o łącznej wartości ponad miliarda złotych. Od ogłoszenia przetargu 12 marca 2025 roku minęło już 424 dni - żaden z przetargów nie został rozstrzygnięty. Zaplanowane na 7 maja otwarcie ofert nie odbyło się. Ekosystem przesunął je na koniec maja. Jeśli pojawią się kolejne odwołania - a historia nie napawa optymizmem - termin znów się oddali.

W tym czasie miasto trzykrotnie ratowało się umowami z wolnej ręki: w czerwcu 2025 roku za około 136 mln zł, w październiku za 192 mln zł, a w marcu 2026 roku za 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych trafiło do firm śmieciowych bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu i bez ujawnienia szczegółów mieszkańcom.

Tryb z wolnej ręki jest prawnie zarezerwowany dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu przetargowi od kilkunastu lat, trudno mówić o nieprzewidywalności.

Nieudolność czy coś więcej?

Sama skala porażek prawnych budzi poważne pytania. Ekosystem przegrał szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W jednym z wyroków Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził wprost, że skarga spółki - reprezentowanej przez profesjonalnego pełnomocnika - nie zawierała rozwinięcia zarzutów ani na piśmie, ani na rozprawie. Sąd odmówił wyręczania prawnika. Efekt: odpowiedzialność za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, zamiast spoczywać na wykonawcach, zostaje po stronie miasta. A za 2026 rok obowiązuje poziom 56 procent - jego nieosiągnięcie oznacza wielomilionowe kary.

Pytanie, które zadaje sobie coraz więcej wrocławian, brzmi: czy to jeszcze zwykła niekompetencja, czy może celowe działanie? Gdy przetarg się nie kończy, umowy z wolnej ręki - bez przetargu, bez konkurencji - stają się jedyną opcją. A na takim układzie ktoś zarabia. Szczodrze.

Smaczku dodaje sprawie fakt, że spółka aktualizując warunki zamówienia... nie wykonała wyroku KIO. Prezydent Młyńczak grzmiał, że niewykonanie wyroku to polityczna gra na czas. Należy rozumieć, że na tej grze tracą mieszkańcy a zyskują firmy śmieciowe. Co z tą wiedzą zrobi prezydent Młyńczak jako osoba publiczna? A może zostawi swojemu następcy "trupa" w szafie?

CBA i prokuratura już w aktach sprawy

Sprawy nie traktują poważnie wyłącznie radni koalicji Sutryka, którzy w głosowaniu 19 do 10 odrzucili wniosek o powołanie specjalnej komisji śmieciowej. Za to bardzo poważnie traktuje ją Prokuratura Krajowa. Funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych - nie zwykłej kontroli administracyjnej.

Stowarzyszenie SOS Wrocław zawiadomiło prokuraturę o możliwym przekroczeniu uprawnień i działaniu w celu uzyskania korzyści majątkowej przy przygotowaniu przetargu. Wcześniej Państwowa Inspekcja Pracy stwierdziła, że spółka bezprawnie zwolniła sygnalistkę, która alarmowała o nieprawidłowościach.

Wrocław płaci najwięcej, dostaje najmniej jasności

Wrocław należy dziś do miast z najdroższym systemem odpadów w Polsce. Ten sam wykonawca przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - niemal dwa razy drożej. Wrocławianie dopłacają do usług w innych miastach, bo tam jest konkurencja, a tu - oligopol chroniony przez niemoc lub wygodę zarządzających miastem.

Czego oczekujemy od Grzegorza Romana

Pierwsza praca dla nowego wiceprezydenta jest prosta do opisania, trudna do wykonania - bo uderza w interesy ludzi dobrze zakorzenionych w wrocławskim układzie. Oczekujemy pełnego wyjaśnienia okoliczności, w których pół miliarda złotych trafiło do firm bez przetargu. Oczekujemy rzeczywistej współpracy z organami ścigania, a nie komunikatów uspokajających. I oczekujemy rozstrzygnięcia przetargu - prawdziwego, z wynikiem - zanim mieszkańcy dostaną kolejny rachunek za śmieci droższy niż poprzedni. Czy jedynym sposobem będzie wymiana całej kadry kierowniczej w Ekosystemie? Tylko jeżeli sięgnie się po fachowców a nie po kolesi.

Grzegorz Roman i Koalicja Obywatelska wzięli za Wrocław pełną odpowiedzialność. Czas sprawdzić, czy to coś zmienia.


Reformę osiedli znów zaczynają od końca - wstępne uwagi do projektu zmian

WSTĘPNE UWAGI

do projektu zmian w statutach osiedli i podziale Wrocławia na osiedla

skierowanym pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia do konsultacji

Zarząd Stowarzyszenia SOS Wrocław, działające na rzecz transparentności samorządu, ochrony tożsamości lokalnej i realnego wzmocnienia samorządności osiedlowej, po zapoznaniu się z projektem uchwały w sprawie zmian w podziale Wrocławia na osiedla oraz z projektem wzorcowego Statutu Osiedla, przedstawia niniejsze stanowisko w ramach konsultacji społecznych ogłoszonych uchwałą Rady Miejskiej Wrocławia.

Stowarzyszenie docenia fakt objęcia konsultacjami zarówno projektu nowego podziału na osiedla, jak i wzorcowego statutu. Jednocześnie nie możemy pozostać obojętni wobec poważnych uchybień proceduralnych i merytorycznych, które – naszym zdaniem – dyskwalifikują przedłożony projekt w jego obecnej postaci i wymagają istotnych korekt.

Oceny krytyczne i zastrzeżenia

  1. Brak instrumentów finansowych i za mało kompetencji – konsultacje bez treści

Projekt reformy ponownie – podobnie jak wszystkie poprzednie zmiany w ciągu ostatnich 35 lat – ogranicza się do reorganizacji granic osiedli, nie proponując żadnego realnego wzmocnienia ich kompetencji finansowych. Tymczasem samorządność osiedlowa bez własnych zasobów jest samorządnością jedynie na papierze. Projekt nie zawiera propozycji wprowadzenia ani zwiększenia żadnego z poniższych instrumentów:

  • funduszu osiedlowego o charakterze inwestycyjnym,
  • funduszu infrastruktury osiedlowej,
  • mechanizmów partycypacji budżetowej o wiążącym charakterze,
  • prawa osiedla do dysponowania częścią wpływów z podatków lokalnych z obszaru osiedla.

Stowarzyszenie stoi na stanowisku, że organizowanie konsultacji społecznych w sprawie granic osiedli bez jednoczesnego przedstawienia oferty wzmocnienia ich kompetencji finansowych jest działaniem pozornym. Mieszkańcy pytani o granice i nazwy osiedli nie są informowani o tym, że za tymi zmianami nie idą żadne nowe uprawnienia. Takie konsultacje nie spełniają standardu rzetelności wymaganego przez art. 5a ustawy o samorządzie gminnym.

Nadal brak tak istotnych zapisów jak możliwość komunikowania się z dzielnicowym bez pośrednictwa WCRS, składania interpelacji osiedlowych, brak zapewnionego głosu na sesjach Rady Miejskiej Wrocławia i wielu innych postulowanych zmian.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Obowiązek przeprowadzenia wyborów przy liczbie kandydatów równej liczbie mandatów

Projekt nowego statutu (§ 63 ust. 2) nakazuje przeprowadzenie wyborów nawet w sytuacji, gdy liczba kandydatów jest równa liczbie mandatów – mandat uzyskuje wówczas kandydat, który otrzymał co najmniej jeden ważny głos. Rozwiązanie to rodzi poważne wątpliwości z punktu widzenia zasady równości wyborów i proporcjonalności wymagań.

W wyborach do rad gmin przepisy Kodeksu wyborczego przewidują możliwość uproszczonej procedury i objęcia mandatu bez głosowania, gdy lista kandydatów jest równa liczbie mandatów. Ustanawianie dla wyborów do rad osiedli wymogów surowszych niż dla wyborów do organów gminy jest rozwiązaniem nieracjonalnym i generuje zbędne koszty administracyjne.

Stowarzyszenie postuluje powrót do rozwiązania, które w razie równej liczby kandydatów i mandatów uznaje kandydatów za wybranych bez konieczności przeprowadzania głosowania, jako rozwiązania prostszego, tańszego i spójnego z powszechnym systemem wyborczym.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Ryzyko upolitycznienia Rad Osiedli – przepisy o klubach radnych

Projekt nowego statutu wprowadza nową instytucję – kluby radnych (§ 22). Rozwiązanie to, przeniesione bezpośrednio z regulaminów rad gmin, budzi poważne obawy o spójność z naturą samorządu osiedlowego. Stowarzyszenie dostrzega następujące ryzyka:

  • Kluby radnych osiedlowych będą naturalnie tworzone wzdłuż linii partyjnych, co doprowadzi do przeniesienia antagonizmów z polityki ogólnomiejskiej i ogólnopolskiej na poziom osiedlowy.
  • Działalność klubów może prowadzić do osłabienia indywidualnej reprezentacji radnego wobec mieszkańców na rzecz dyscypliny klubowej.
  • Pierwszeństwo głosu dla przedstawicieli komisji i klubów instytucjonalizuje uprzywilejowanie zorganizowanych frakcji kosztem radnych niezrzeszonych.

Stowarzyszenie postuluje wykreślenie przepisów o klubach radnych ze wzorcowego statutu lub co najmniej wprowadzenie zakazu powoływania klubów powiązanych z partiami politycznymi lub komitetami wyborczymi startującymi w wyborach do Rady Miejskiej.

✘  OCENA: NEGATYWNA – z postulatem zmiany

  1. Utrata nazw i tożsamości lokalnej osiedli

Proponowany podział Wrocławia zakłada zniesienie dotychczasowych 48 osiedli i powołanie nowych jednostek pomocniczych w odmiennych granicach. Skutkuje to utratą nazw przez wiele osiedli, których tożsamość budowana była przez mieszkańców przez dziesiątki lat.

Nazwy osiedli to nie są tylko etykiety administracyjne – to nośniki lokalnej historii, pamięci zbiorowej, więzi sąsiedzkich i identyfikacji mieszkańców. Likwidacja nazw takich osiedli jak Maślice, Karłowice-Różanka, Osobowice-Rędzin czy Gądów-Popowice Płd. to akt destrukcji kapitału społecznego, który nie da się naprawić żadną późniejszą reformą.

Stowarzyszenie postuluje, aby nowe jednostki pomocnicze w możliwie szerokim zakresie zachowały nazwy historyczne, a w przypadku łączenia osiedli stosowały nazwy złożone nawiązujące do tradycji wszystkich włączanych obszarów.

✘  OCENA: NEGATYWNA

  1. Likwidacja osiedli sprzeciwiających się agresywnej zabudowie – ryzyko sankcji politycznej

Analiza proponowanego podziału wskazuje, że wśród osiedli przewidzianych do zniesienia i wchłonięcia przez nowe, większe jednostki, nieproporcjonalnie często pojawiają się te, których rady w minionych kadencjach formułowały stanowcze opinie krytyczne wobec projektów zabudowy deweloperskiej lub decyzji Prezydenta w zakresie zagospodarowania przestrzennego.

Jeśli reforma granic jest narzędziem rozbijania aktywnych i niezależnych rad osiedli, mamy do czynienia z działaniem sprzecznym z ideą samorządności lokalnej i zasadą ochrony jednostek pomocniczych działających zgodnie z prawem. Aktywna rada osiedla to wartość, którą należy chronić – nie problem, który należy rozwiązać administracyjnie.

Wzrost wielkości osiedla nie wzmacnia samorządu – wręcz przeciwnie, utrudnia mieszkańcom identyfikację z organem i uczestnictwo w wyborach. Większe osiedla oznaczają niższą frekwencję, mniejszą rozpoznawalność kandydatów i łatwiejsze sterowanie radami przez zorganizowane siły polityczne.

Stowarzyszenie żąda od Rady Miejskiej przedstawienia szczegółowego uzasadnienia wyboru kryteriów podziału na nowe osiedla, w tym wyjaśnienia, dlaczego aktywne rady osiedli nie są traktowane jako wartość do zachowania.

✘  OCENA: NEGATYWNA – z żądaniem wyjaśnień

III. Oceny pozytywne

  1. Przyznanie Radzie kompetencji kontrolnych

Stowarzyszenie z uznaniem przyjmuje zmianę charakteru Rady Osiedla z wyłącznie uchwałodawczego na uchwałodawczy i kontrolny (§ 10 ust. 1 projektu). Jest to zmiana oczekiwana od lat przez środowiska społecznikowskie i radnych osiedlowych.

Funkcja kontrolna Rady powinna umożliwiać rzeczywiste egzekwowanie od Zarządu rzetelności wykonania planu finansowego i realizacji zadań publicznych, i stanowi istotne wzmocnienie pozycji Rady jako organu reprezentującego interesy mieszkańców.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Prawo wnoszenia inicjatyw obywatelskich przez mieszkańców

Projekt statutu (§ 5 ust. 3) po raz pierwszy wprost gwarantuje mieszkańcom osiedli prawo wnoszenia inicjatyw obywatelskich do Rady, dotychczas stosowane jedynie na poziomie ogólnomiejskim. Stowarzyszenie ocenia to rozwiązanie pozytywnie jako krok w kierunku realnej demokracji uczestniczącej na poziomie osiedlowym.

Postulujemy jednocześnie, aby regulacje wykonawcze określiły niski próg podpisów wymaganych do złożenia inicjatywy, adekwatny do skali danego osiedla.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Wygaszenie mandatu radnego skazanego za przestępstwo umyślne

Projekt wprowadza nową przesłankę wygaśnięcia mandatu radnego – prawomocny wyrok sądu za przestępstwo umyślne (§ 100 ust. 1 pkt 5 projektu). Stowarzyszenie w pełni popiera to rozwiązanie.

Samorząd osiedlowy pełni ważną funkcję zaufania publicznego. Zachowanie autorytetu moralnego jego członków jest warunkiem skuteczności działania rady. Przepis wzmacnia standardy etyczne samorządu osiedlowego, dostosowując je do standardów wymaganych od radnych gmin.

✔  OCENA: POZYTYWNA

  1. Konkluzje i postulaty

Stowarzyszenie SOS Wrocław wzywa Radę Miejską Wrocławia do:

  1. Wstrzymania konsultacji w sprawie zmian granic osiedli do czasu przedstawienia kompletnej oferty wzmocnienia finansowego i kompetencyjnego jednostek pomocniczych (fundusz osiedlowy, fundusz infrastruktury osiedlowej).
  2. Ujawnienia pełnych kryteriów wyznaczania granic nowych osiedli i wyjaśnienia, według jakiego klucza dobrano osiedla przeznaczone do likwidacji.
  3. Podjęcia prac nad uchwałą wprowadzającą fundusz osiedlowy i fundusz infrastruktury osiedlowej jako warunek sine qua non reformy podziału Wrocławia na osiedla.
  4. Wykreślenia ze wzorcowego statutu lub istotnego ograniczenia przepisów o klubach radnych, w celu ochrony apolitycznego charakteru samorządu osiedlowego.
  5. Zagwarantowania ochrony historycznych nazw osiedli poprzez wprowadzenie do projektu uchwały podziałowej zasady zachowania ciągłości nazewniczej.
  6. Dokonania korekty przepisu dotyczącego wyborów przy równej liczbie kandydatów i mandatów – w kierunku uproszczonej procedury analogicznej do stosowanej w wyborach do rad gmin.

Czytaj projekt uchwały


Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Prezydent Wrocławia od miesięcy zasiada na ławie oskarżonych – przynajmniej w teorii. W praktyce nie zasiada nigdzie, bo do pierwszej rozprawy jeszcze nie doszło. Sprawa się przeciąga, prokurator się zmienia, sąd się zmienia. A Sutryk rządzi miastem dalej. Czy to tylko biurokratyczny pech?

Sprawa sądowa – kronika opóźnień

Śląski wydział Prokuratury Krajowej skierował pierwszy akt oskarżenia do sądu pod koniec listopada 2025 roku. Objął 29 osób oskarżonych o 67 przestępstw, w tym prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, byłych europosłów oraz byłych komendantów Państwowej Straży Pożarnej. Akt oskarżenia liczył 623 strony (źródło: Bankier.pl/PAP).

W połowie grudnia 2025 roku Sąd Okręgowy w Katowicach, do którego pierwotnie trafiła sprawa, wniósł o przekazanie jej do Warszawy – argumentując, że 32 spośród 76 świadków mieszka w stolicy, a na Śląsku tylko kilku. W styczniu 2026 roku katowicki sąd apelacyjny zgodził się, powołując się na tzw. ekonomikę procesową (źródło: Bankier.pl).

W lutym 2026 roku wylosowano sędziego. Padło na Dariusza Łubowskiego z Sądu Okręgowego w Warszawie – człowieka z 30-letnim stażem, specjalistę od międzynarodowego prawa karnego. Problem w tym, że nominacja nastąpiła dosłownie kilka dni po tym, jak sędzia Łubowski został odwołany z kierowania sekcją postępowania międzynarodowego przez prezes sądu Beatę Najjar. Odwołanie zbiegło się z polityczną burzą wokół jego decyzji o uchyleniu Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Marcina Romanowskiego. Łubowski twierdził przed Krajową Radą Sądownictwa, że spotykają go szykany i represje – i że wylosował sprawę o blisko 300 tomach akt, od której nie mógł się odwołać (źródło: Radio Wrocław, Rzeczpospolita).

Do dziś nie wyznaczono daty pierwszej rozprawy.

Kompromitujące tłumaczenia Sutryka przed prokuratorem

Sutryk od początku konsekwentnie powtarzał: będę się tłumaczył w sądzie, tam udowodnię niewinność. Tymczasem to, co zeznał prokuratorom, zostało opisane przez Newsweek i Gazetę Wyborczą w osobie redaktora Marcina Rybaka. Obraz, który się z tych zeznań wyłania, jest – łagodnie mówiąc – niecodzienny.

Ile studiował? Jeden albo dwa semestry – nie pamiętał dokładnie. Jak nazywał się kierunek? Nie pamiętał. Jak wyglądały zaliczenia? Zdawał tylko egzamin końcowy, ale nie pamiętał, czy dostał link, czy logował się na stronie. Z kim studiował? Nie pamiętał, nie interesował się. Kiedy odebrał dyplom? Nie pamiętał. Jaka była pora roku? Też nie wiedział.

Jedynym materialnym dowodem na uczestnictwo w zajęciach okazały się dwa quizy. Pierwszy zawierał sześć pytań o PR i marketing. Drugi – 10 pytań o ład korporacyjny, z których Sutryk odpowiedział poprawnie na osiem. Do testu podchodził pięć razy. Prokuratura twierdziła, że prezydent nie wziął udziału w żadnych zajęciach i nie zdał żadnego egzaminu.

Zapytany o rewers dyplomu – gdzie widnieją zaliczone przedmioty i zajęcia praktyczne – nie wiedział, co się tam znajduje. Inni absolwenci z jego rocznika wiedzieli. Nikt ze środowiska studenckiego nie zgłosił się jako świadek wspólnej nauki z prezydentem Wrocławia, mimo wielokrotnych publicznych apeli dziennikarzy i komentatorów.

Jak w 43 dni zdobyć uprawnienia do "zarobienia" pół miliona z publicznych pieniędzy?

Oficjalny rok akademicki w Collegium Humanum, na który Jacek Sutryk miał być zapisany, zaczął się 1 października 2019 roku. Zajęcia ruszyły 5 października. Tymczasem umowa o świadczenie nauki nosi datę 10 października – a więc została zawarta już po starcie roku i po rozpoczęciu zajęć. Ale prokuratura ustaliła, że nawet ta data jest fikcyjna.

Zgodnie z ustaleniami śledczych – opisanymi przez Newsweek na podstawie zeznań prezydenta i materiałów z akt – umowa datowana na październik 2019 roku w rzeczywistości powstała pół roku później, pod koniec kwietnia 2020 roku. Dowodem miały być analizy wskazujące, kiedy tekst dokumentu został wygenerowany w systemie komputerowym uczelni. 21 kwietnia 2020 roku Sutryk spotkał się osobiście z rektorem. Następnego dnia – 22 kwietnia – przelał na konto uczelni 9 500 złotych za oba semestry studiów. Bez odsetek za siedmiomiesięczne opóźnienie, bez żadnego wyjaśnienia.

43 dni później, 2 czerwca 2020 roku, odebrał dyplom MBA. Trzy tygodnie przed pozostałymi studentami z rocznika. Sesja egzaminacyjna dla innych miała się zacząć 20 czerwca. Tydzień po odebraniu dyplomu Sutryk pojawił się już jako członek rady nadzorczej Regionalnego Centrum Gospodarki Wodno-Ściekowej w Tychach. Ten sam dyplom otworzył mu drzwi do rady nadzorczej Śląskiego Centrum Logistycznego w Gliwicach i Kolei Dolnośląskich. Łącznie w trzech spółkach zarobił prawie pół miliona złotych).

Mechanizm był prosty: Sutryk z kilkoma innymi prezydentami miast zorganizowali sobie dodatkowy zarobek, zatrudniając się nawzajem w spółkach miejskich. Prezydent Wrocławia zatrudniał kolegę z Tychów, prezydent Tychów trafiał do Wrocławia. Dyplom MBA był biletem wstępu – wymaganym formalnie, zdobytym, jak twierdzi prokuratura, w sposób korupcyjny.

Pytania, na które nie ma odpowiedzi

Sprawa Sutryka rodzi pytania, które nie dotyczą tylko jego samego. Dlaczego zmieniono naczelnika delegatury Prokuratury Krajowej w Katowicach – tej samej instytucji, która wszczęła i prowadziła to postępowanie – w kluczowym momencie proceduralnym?

Dlaczego wątek Wrocławskiego Parku Technologicznego nie jest kontynuowany? Według aktu oskarżenia były rektor Collegium Humanum Paweł Cz. zeznał prokuratorowi wprost: „Nie wykonywałem żadnych prac opisanych w temacie umowy zlecenia" – chodzi o fikcyjny kontrakt w WPT, który miał być łapówką za dyplom Sutryka (źródło: Wrocław.Wyborcza.pl). Tymczasem na liście oskarżonych ani nawet podejrzanych nie figuruje Maciej Potocki – prezes WPT, który ze strony spółki zawierał bądź zlecał zawarcie tych umów z rektorem. Dlaczego?

Dlaczego bohaterowie wrocławskich układów nadal zarządzają miejskim mieniem? Marian D., którego nazwisko pojawia się w kontekście wrocławskich powiązań, wciąż pełni funkcję na lotnisku. Mechanizm – jak opisuje Wrocław.Wyborcza.pl – polegał na opłacaniu popleczników ze spółek publicznych i umacnianiu za to ich lojalności. W sprawę zaangażowani byli bardzo ważni urzędnicy na dworze Jacka Sutryka. Urząd refinansował studia i szkolenia w Collegium Humanum o wartości setek tysięcy złotych. Nic się nie zmieniło. Układ trwa, choć urzędników na studia wysyła się dziś w mieście niechętnie. Stracili uczciwi pracownicy, poza tym nic się nie zmieniło. Układ trwa.

Dlaczego sąd odmówił Gazecie Wrocławskiej wglądu do aktu oskarżenia, stosując argumentację podobną do linii obrony samego Sutryka – o domniemaniu niewinności, ochronie dobrego imienia i przedwczesności ocen (źródło: Gazeta Wrocławska)? Czy sprawa zostanie przeprowadzona za zamkniętymi drzwiami?

Dwie prędkości jednego państwa

Warto zestawić ze sobą dwa obrazy. Gdy prokuratura badała podpisy Szymona Hołowni – politycznego rywala obecnej koalicji – organy państwa działały błyskawicznie. Decyzja zapadła w krótkim czasie i wywołała polityczną burzę. Tymczasem prezydent miasta z aktem oskarżenia liczącym setki stron czeka na pierwszą rozprawę bez podanego terminu. Mamy uzasadnione wątpliwości, czy sprawa zakończy się przed końcem obecnej kadencji Sutryka. Jeśli nie – to wygrana jest dla układu. Dla wrocławian oznacza to coś prostego: przez całą kadencję ich miastem rządzi człowiek z aktem oskarżenia w szufladzie, a sprawiedliwość może zaczekać w kolejce między wnioskami o odroczenie i zmianami właściwości sądów.

Wrocław zasługuje na więcej. W szczególności na odpowiedzi.

Tekst oparty na publicznie dostępnych materiałach prasowych i procesowych. O winie lub niewinności oskarżonych orzeknie sąd.

 


KO w objęciach Sutryka - maski opadły

KO w objęciach Sutryka - maski opadły

W ubiegłym tygodniu ostatnie maski opadły. Koalicja Obywatelska oficjalnie przyznała się do pełnej kolaboracji z prezydentem Jackiem Sutrykiem. Nic tak nie łączy jak wspólny interes - i właśnie ten interes, a nie dobro mieszkańców Wrocławia, stał się fundamentem nowego politycznego układu. Układ ten ma swoją cenę - i zapłacą ją wrocławianie.

W KO wygodnie jest mieć krótką pamięć

KO nie przeszkadza ani brak rzetelnych audytów w spółkach miejskich, ani fasadowy charakter konkursów lub ich całkowity brak. Nie przeszkadza afera Collegium Humanum, która wstrząsnęła środowiskiem akademickim. Nie przeszkadza afera śmieciowa ani rozpasane apetyty deweloperów bliskich władzy - apetyty skrzętnie zaspokajane przez ekipę Sutryka przez ostatnie lata kosztem zwykłych mieszkańców. Słowem: KO wchodzi w mariaż z ekipą, która - zdaniem wielu wyborców tej partii - powinna być rozliczona, a nie nagradzana koalicyjnym parasolem. Z ekipą, która mimo zapowiedzi nie była w stanie zrealizować obietnic formacji Tuska dotyczących standardów rządzenia we Wrocławiu. Wchodząc w ten układ, KO po prostu oszukuje własnych wyborców.

Co każdy z tego ma

Logika tego układu jest prosta i brutalna zarazem. Wyposzczeni działacze KO, szczególnie ci sceptyczni do tej pory względem polityki ratusza, ruszą po nowe stanowiska w spółkach i urzędach. Awansowani decydenci będą zaspokajać oczekiwania środowisk, które od lat czekają na swoją kolej, odsunięte dotąd na boczny tor.

Partia wypełnia własny interes: dostaje władzę i możliwość wzmocnienia zaplecza przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu. Skwapliwie realizuje przy okazji wolę Donalda Tuska, który zażądał spokoju na Dolnym Śląsku - bo po krwawych wewnętrznych wyborach KO jest osłabiona i dryfuje bez wyraźnego kursu strategicznego. Poza jednym: więcej władzy dla swoich w mieście i województwie. Po co im ta władza? Tym będą przejmować się później.

Sutryk dostaje to, czego potrzebuje najbardziej: komfortowe rządzenie do 2029 roku bez presji opozycji zdolnej do realnego rozliczania władzy. Jeśli odnowione małżeństwo przetrwa - a obu stronom zależy, żeby przetrwało - wspólnie namaszczą kandydata na następcę i zadbają o ciągłość układu.

A mieszkańcy?

Czas pokaże, czy na tym politycznym handlu skorzystają wrocławianie. Może nowa koalicja okaże się sprawniejsza niż dotychczasowy układ. Może część zaległych obietnic w końcu zostanie zrealizowana. Optymizm jest jednak trudny do uzasadnienia, gdy patrzy się na to, jak ten sojusz powstawał i co było jego rzeczywistą walutą przetargową. Dowiemy się wkrótce, bo rzeczywistość będzie poddawała odnowione małżeństwo KO-Sutryk licznym próbom i testom.

Jedno jest pewne - dobro mieszkańców nie było przy negocjacyjnym stole przedmiotem głębokiej debaty ani tym bardziej twardych gwarancji. Było najwyżej tłem, na którym rozgrywano partyjne interesy. Wrocławianie dowiedzą się, ile są warte złożone obietnice - tak jak zawsze: po czasie.

To na ich krótką pamięć liczą dziś reprezentanci lokalnej elity władzy KO. Naszą rolą będzie o złożonych obietnicach przypominać.


Wyłudzą Twoje dane albo zapłacisz 5000 zł

Uwaga! Miejska spółka chce wyłudzić Twoje dane i oddać firmom śmieciowym. Odmówisz? Możesz zapłacić nawet 5000 zł grzywny. Absurd? Kto żyje we Wrocławiu, ten w cyrku się nie śmieje. Jak to możliwe, że pod płaszczykiem "regulaminu" miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę? Zapraszam do czytania.

Niekompetencja i szkodzenie miastu przez miejską spółkę Ekosystem sięga niespotykanych wcześniej we Wrocławiu wymiarów. To ta sama spółka, która od roku nie jest w stanie wybrać firm do odbioru odpadów, za domaganie się prawdy wyrzuca sygnalistkę, a na aktywistów nasyła prokuraturę. Teraz chce wyłudzić Twoje dane. I utworzyć z nich największą we Wrocławiu bazę, którą przekaże wprost do firm śmieciowych.

Baza danych dla śmieciarzy – co chcą o Tobie wiedzieć?

Chodzi o pełen zestaw danych. Zgodnie z nowym, dodawanym do regulaminu paragrafem 17a, jako właściciel nieruchomości będziesz zmuszony podać:

„1) dokładną lokalizację miejsca gromadzenia odpadów;

2) oznaczenie czy miejsce gromadzenia odpadów jest wspólne dla kilku właścicieli nieruchomości, a jeżeli jest – to wskazanie wszystkich właścicieli nieruchomości korzystających ze wspólnego miejsca gromadzenia odpadów;

3) wskazanie tytułu prawnego do korzystania z terenu, na którym znajduje się miejsce gromadzenia odpadów;

4) dane kontaktowe do właściciela (właścicieli) nieruchomości.”

Z kolei w samym formularzu zgłoszeniowym miasto wprost żąda od Ciebie podania imienia, nazwiska, numeru telefonu oraz adresu e-mail. Czy macie zaufanie, że firmy śmieciowe (i ich ewentualni podwykonawcy) nie wykorzystają tych danych w niewłaściwy sposób? No właśnie, to tak jak ja.

Dlaczego ta uchwała jest rażąco nielegalna?

Mimo to, w dobie wszechobecnych przepisów RODO, miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę zmieniającą regulamin utrzymania gminy w czystości. Gdyby weszła w życie – od Ciebie, ode mnie i od setek tysięcy innych mieszkańców pobierane będą nadmiarowe i nieprzewidziane w ustawie dane!,  Dlaczego nieprzewidziane? Bo urzędnicy ewidentnie liczą, że nikt nie zajrzy do ustawy. Przepis, na który powołuje się miasto (art. 4 ust. 2a pkt 7 ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach), brzmi jasno:

„Rada gminy może w regulaminie określić sposób zgłaszania lokalizacji miejsca gromadzenia odpadów przez właściciela nieruchomości...”

Ustawa pozwala miastu określić sposób zgłaszania (np. czy robimy to na piśmie, czy elektronicznie), a nie zakres pozyskiwanych danych! Rada Miejska nie ma najmniejszej podstawy prawnej, aby żądać od mieszkańców podawania numerów telefonów, adresów e-mail czy oświadczeń o tytule prawnym do gruntu. To jawne i bezprawne wykroczenie poza delegację ustawową. Co więcej – gdy słusznie odmówisz podania danych ze względu na to, że ustawa nie przewiduje takiego trybu – grozi Ci nawet 1500 zł grzywny.

Skąd to całe zamieszanie? KIO i kapitulacja Ekosystemu

Czy Ekosystem postradał zmysły? Czy funkcjonuje na pasku firm śmieciowych? A może to zwykła nieudolność? Co do utraty zmysłów i wykonywania oczekiwań firm śmieciowych pozwolę sobie nie komentować, ale wiele wskazuje na to, że z gigantyczną nieudolnością właśnie mamy do czynienia.

Absurdalny zapis jest wprost wynikiem przegranej przez Ekosystem we wrześniu ubiegłego roku sprawy przed Krajową Izbą Odwoławczą. Jednym z jej wątków było właśnie przekazywanie danych właścicieli nieruchomości celem kontroli segregowania odpadów. Pełnomocnicy spółki Ekosystem po prostu nie byli w stanie wykazać, że interesy mieszkańców chroni prawo, a zarząd – w całej swej nieomylnej mądrości – postanowił odpuścić odwołanie. Zamiast walczyć o nasze prawa, woleli przerzucić obowiązek na nas. Mimo że proponowana procedura jest ewidentnie nielegalna, a sprawa sądowa miała miejsce ponad pół roku temu – zmiany wprowadza się po wrocławsku – na chybcika, na ostatnią chwilę. Teraz, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu.

Bezczelne kłamstwo o "bezkosztowości"

W uzasadnieniu do projektu uchwały urzędnicy napisali:

„Podjęcie uchwały nie generuje bezpośrednich kosztów po stronie budżetu Gminy.”

To piramidalna bzdura i mydlenie oczu radnym oraz mieszkańcom. Jeśli ten bubel prawny wejdzie w życie, to do spółki i urzędu spłyną nowe formularze w ilości przewyższającej dotychczasowe deklaracje śmieciowe (bo formularz wymaga odrębnego zgłoszenia dla każdego miejsca gromadzenia odpadów!). Dwa podmioty (Urząd Miejski i Ekosystem) będą musiały zorganizować gigantyczny, kosztowny system przyjmowania, ewidencjonowania i przekazywania danych, z którymi można przecież  zrobić bardzo wiele. Trzeba zapewnić na to potężny zasób sprzętowy, informatyczny i zatrudnić nowych urzędników. Kto za to zapłaci? Oczywiście my, w opłatach za śmieci.

Widmo milionowych kar i luksusy zarządu

To, co dzieje się w Ekosystemie, woła o pomstę do nieba. Ekipa zarządzająca spółką od dłuższego czasu balansuje na krawędzi nieudolności i sabotażu. Na ich działaniach krocie zarabiają firmy śmieciowe, a już wkrótce zapłacimy więcej i my – bo dopóki przetarg nie jest rozstrzygnięty, płacimy więcej. Od niesławnego wyroku sądu to na mieście spoczywać będą gigantyczne kary za niespełnienie norm segregacji odpadów. To są prawdopodobnie grube setki milionów złotych, które trzeba będzie skądś wziąć. Nie mówiąc już o karach nałożonych potencjalnie przez UODO za nieprawidłowe przetwarzanie danych.

To co, myślicie, że ekipa z Ekosystemu zapłaci z własnej kieszeni? Honor by tego wymagał, prawda? Otóż nie – zapłacisz Ty, ja, zapłacą wszyscy mieszkańcy. A zapłacisz niemało, bo spółka bardzo niedawno wyprowadziła się do luksusowego biurowca, za którego najem płacimy z publicznej kasy krocie. Tyle dobrego, że gdy CBA przyjechało niedawno kontrolować ten bajzel – mogło chociaż pracować w komfortowych warunkach. Jednak nie możemy liczyć tylko na zewnętrzne służby.

Czas powiedzieć DOŚĆ

Dlatego poza wyrzuceniem do kosza złej, nielegalnej uchwały wyłudzeniowej proponuję jeszcze jedną rzecz. Wnoszę o powołanie w Radzie Miejskiej Wrocławia specjalnej, doraźnej komisji ds. systemu gospodarowania odpadami we Wrocławiu.

Nie przeprowadzono we Wrocławiu żadnych istotnych inwestycji, które zmniejszyłyby naszą zależność od firm śmieciowych. Nadal większość mieszkańców ma daleko do PSZOK-a. Nadal nie mamy pomysłu, jak zintegrować odbiór odpadów z miejską energetyką. Mamy XXI wiek, a nasz system zagospodarowania śmieci to głębokie lata dziewięćdziesiąte. Liczę na to, że znajdziemy skuteczny sposób, by wyznaczyć kierunki działań dla prezydenta i spółki, bo dziś pomysłu ewidentnie brak.

Brak, choć trzy lata temu taki pomysł proponowałem pod roboczą nazwą „śmieci za złotówkę”. Prezes Paweł Karpiński, wówczas jeszcze radny – głosował przeciw. Może dlatego mieszkańcy nie wybrali go na kolejną kadencję, a Jacek Sutryk musiał ratować pozycję i finanse swojego kolesia, wsadzając go do strategicznie ważnej dla miasta spółki?

Być może, ale dziś czas powiedzieć dość. Koniec marnotrawstwa, nie będzie zgody na wyłudzanie danych, dość puszczania prezesa samopas, bo sobie po prostu nie radzi. Zapraszam Was do śledzenia najbliższej sesji Rady Miejskiej. Zobaczymy, kto podniesie rękę za ukaraniem mieszkańców i wyłudzeniem ich danych.


Czego wstydzi się Jarosław Królewski?

Czego wstydzi się Jarosław Królewski?

Tydzień temu pochylaliśmy się nad możliwymi powiązaniami prezesa Wisły Kraków z prominentnymi politykami KO. Nie minęło kilka dni, gdy światło dzienne ujrzały nowe fakty, które zupełnie zmieniają perspektywę na zadymę nakręconą przez pana Jarosława Królewskiego kosztem Śląska Wrocław i grosza wrocławskiego podatnika. Niczym w znanej baśni ktoś musi w końcu wstać i powiedzieć: król jest nagi. Nomen omen.

Sponsor strategiczny i Sławomir Nowak

Otóż dzięki doniesieniom Marcina Torza wiemy dużo więcej o powiązaniach Wisły z jego sponsorem strategicznym i podmiotami kontrolowanymi przez polityków Koalicji Obywatelskiej. Firma Texom, bo o niej mowa ma specyficzne podejście do obsadzania rad nadzorczych. Dla siebie wzięła posadę w Radzie Nadzorczej Wisły Kraków. W swojej radzie nadzorczej zatrudniła… Sławomira Nowaka. Stało się to praktycznie w tym samym czasie, gdy w atmosferze olbrzymiego skandalu odwołany został jego proces dotyczący zarzucanej mu korupcji na olbrzymią skalę.

Powiecie, że to jeszcze nic nie znaczy. Co prawda Sławomir Nowak przez długie lata był najbliższym współpracownikiem Donalda Tuska i to za obecnej władzy fatalnie wyglądające śledztwo zostało skręcone, ale samo w sobie nie jest to inkryminujące. Choć na miejscu właścicieli Texomu zastanowiłbym się nad polityką kadrową w firmie, bo ta decyzja sprawia, że słowo „korupcja” będzie wielokrotnie wymieniane w bezpośrednim sąsiedztwie nazwy przedsiębiorstwa. A to nikomu nie pomaga.

Dobrze jest dobrze żyć z Koalicją Obywatelską?

Dlaczego zatem właściciele Texomu zdecydowali się na taką współpracę? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale warto spojrzeć na fakty. Od czasu zmiany władzy w Polsce przedsiębiorstwo wyspecjalizowało się w zamówieniach publicznych. Buduje i remontuje komendy Policji, Straży Pożarnej, Zakłady Karne czy nawet siedzibę jednej z prokuratur. Wszystkie te instytucje podlegają politykom KO, którzy z Nowakiem przez lata znali się jak łyse konie.

Ciekawa koincydencja tyczy się również samego Krakowa. W mieście wiosną 2024 roku wybory wygrywa Aleksander Miszalski z KO. Texom zostaje sponsorem strategicznym Wisły i od razu otrzymuje szereg zleceń z miasta Krakowa i jednostek mu podległych. Za poprzednich, długoletnich rządów Jacka Majchrowskiego udało się Texomowi wygrać jeden miejski przetarg na 20 mln. Za obecnych – mimo krótkiego czasu – aż 4 i to na 150 mln.

Trzeba przyznać, że to dużo szczęścia jak na jedną firmę. Nie jest nam wiadome jak wywiązują się ze swoich zadań ale z pewnością na dojściu polityków KO do władzy w Polsce i w Krakowie Texom nie stracił. Stał się również bezpieczną przystanią dla byłego prominentnego polityka PO, którego kontakty i wiedza o politykach Koalicji Obywatelskiej jest trudna do przecenienia.

Prezes Królewski o niczym nie wiedział?

W reakcji na przedstawione fakty prezes Królewski wydał szereg niespójnych i nerwowych oświadczeń. Najpierw zasugerował, że nie będzie sprawy komentował, by nie budować jej zasięgów. Później, gdy zasięgi nadeszły – wydał z siebie dziwny wpis, w którym nie tylko obrażał osoby zadające uzasadnione pytania ale również próbował sprowadzić sprawę do absurdu, jednocześnie nie odnosząc się do zasadniczych pytań. Następnego dnia ponownie wkleił swoje oświadczenie sprzed kilku dni o dystansie do polityki, który powoduje jego brak poparcia dla inicjatywy referendalnej na rzecz odwołania Miszalskiego i jego kolesi.

Jednak trudno w ten dystans do polityki uwierzyć. Trudno uwierzyć, że Nowak, Miszalski, właściciele Texomu i Królewski nie wiedzieli o swoim istnieniu. Trudno uwierzyć, że nigdy ze sobą nie rozmawiali. A gdy w nieformalnych okolicznościach spotyka się zamawiający i wykonawca olbrzymich przetargów – porządnym ludziom włos na plecach się jeży. Szczególnie, że we władzach firmy zarabiających na publicznych zleceniach zasiada człowiek, za którym ciągnie się paskudna historia z korupcją w tle.

Tego wątku prezes Królewski mniej lub bardziej zgrabnie unika. Więc warto postawić mu pytanie: czy wiedział o zatrudnieniu Sławomira Nowaka w firmie Texom. Czy kiedykolwiek się z nim spotykał. Czy przedstawiciele firmy spotykali się w obecności lub za wiedzą prezesa Królewskiego z prezydentem Miszalskim bądź jego przedstawicielami. Czy wykorzystywane były do tego obiekty Wisły Kraków? Czy sponsoring firmy Texom dla Wisły Kraków miał jakikolwiek związek z wykonywaniem na rzecz Krakowa przetargów? To są pytania, które powinny zostać publicznie przecięte przez prezesa, który tak wiele mówił o tym, że gardzi dziwnymi układami.

Choć ewidentnie sam siedzi po uszy w bardzo specyficznej konfiguracji. Czy nie budzi ona, drogi czytelniku, Twoich wątpliwości? Czy nie są to szklarniowe wręcz warunki do przekroczenia granic pomiędzy zwykłym, nieładnym lobbingiem a karalną korupcją?

Czy dlatego unika odniesienia się do sedna sprawy? Czy dlatego nie może poprzeć referendum odwoławczego? Media donoszą, że w Koalicji Obywatelskiej prowadzone są już rozmowy o następcy Miszalskiego. Czy w procesie wyboru nowej, koronowanej głowy, Królewski chce odegrać główną rolę? W końcu to jego, królewskie skronie dużo bardziej zasługują na dźwiganie ciężaru korony niż umorusana głowa jakiegoś kmiota. Lubi o tym wspominać również w kontekście, że to jego Donald Tusk zaprosił do prestiżowej Rady Przyszłości przy polskim rządzie.

Pod płaszczykiem neutralności czai się lojalność wobec władzy

 

Referenda w Polsce mogą być dźwignią, która zacznie wyłamywać zęby umoszczonych na wygodnych tronach przedstawicieli koalicyjnej elity. Tak patrzy na nie Donald Tusk, który w równie nerwowych słowach co wspomniane wcześniej oświadczenia Królewskiego, odmówił obywatelskości inicjatywie referendalnej w Krakowie. Nazwał ją polityczną rozróbą PiS i Konfederacji. Czym potwierdził, że swoje najlepsze polityczne lata ma już za sobą. Nie ten słuch społeczny co kiedyś. I naród dużo bardziej świadomy.

Na starcie w Krakowie patrzy cała Polska. W blokach czekają kolejne inicjatywy obywatelskie. Referendum będzie ważne tylko wtedy, gdy do urn stawi się wystarczająca – niemała liczba mieszkańców. To gra, w której stronnictwo zmiany dąży do wysokiej frekwencji, stronnictwo kontynuacji – do tego, by wyborcy zostali w domach. I właśnie dlatego nie pozostawia przestrzeni na neutralność.

Wobec walki o frekwencję pozostają tylko dwie postawy. Otwarte poparcie dla referendum po jednej stronie – i zwalczanie referendum poprzez aktywną agitację za bojkotem, bierność, „neutralność”, zniechęcanie do walki, relatywizowanie, hamletyzowanie albo sofistykę po drugiej. Królewski swoją rzekomą neutralnością potwierdził, że już dawno temu zapisał się do obozu Miszalskiego. A jego deklaracja musi mieć znaczący wpływ na postawę licznych kibiców Wisły w mieście.

Nawet można byłoby go zrozumieć. Jak wytłumaczyłby się z tego Donaldowi Tuskowi, któremu doradza w Radzie Przyszłości? Jak wytłumaczyłby to swojemu sponsorowi strategicznemu, który na obecnej władzy zarabia krocie i przekazuje je na działalność klubu Królewskiego? Jak wytłumaczyłby się z tego Aleksandrowi Miszalskiemu, skromnemu kibicowi Wisły i jednemu z najpoważniejszych klientów strategicznego sponsora Królewskiego? Jak wytłumaczyłby się Sławkowi Nowakowi, gdyby na siebie przypadkiem wpadli?

Empatia to jedno. Fakty – drugie. Zachowanie Królewskiego może być w KO wiele warte. Czy prezydenturę? A może inne funcje? A może apanaże? Stawka jest wysoka i sięga daleko poza Kraków. Dlatego zamiast na wyborczym boisku toczona jest przy zielonym stoliku układów, wymiany korzyści i poparć.

Lojaliści KO lubią wygrywać przy zielonym stoliku

Podobnie przy zielonym stoliku toczona jest batalia przeciwko Śląskowi Wrocław. Poprzez awanturę, nacisk opinii publicznej i otwarte łamanie przepisów ligowych Królewski wygadał z korzyścią dla swojego nieprawomocną, milionową karę dla WKSu. Wywarł tak dużą presję na PZPNie i prezesie Kuleszy, że ten nie wytrzymał i zamiast kary podobne do analogicznych sytuacji we wcześniejszych orzeczeniach (od 20 do 50 tysiecy złotych) wlepiono wrocławskiemu klubowi okrągły milion.

Gdy obserwuję całą tę szopkę przypomina mi się sytuacja z niedawnego Pucharu Narodów Afryki. Kilka tygodni temu reprezentacja Senegalu wygrała 1:0 w finale tego turnieju z faworyzowanym Marokiem. Stało się mimo kontrowersyjnego rzutu karnego podyktowanego tak jakby miał pomóc w zwycięstwie faworytów. Nie udało się? W ubiegłym tygodniu sprawę rozstrzygnięto – a jak – na zielonym suknie. Komisja Odwoławcza afrykańskiej federacji piłkarskiej uznała, że faworytom należał się walkower. Czy w brudnej grze prowadzonej przez Wisłę chodziło o wprowadzenie w polskiej piłce afrykańskich standardów?

Dlaczego mamy do czynienia z przyzwoleniem na taką anarchię? Skąd bierność PZPN, Ministra Sportu oraz wrocławskich polityków KO? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że wszystkich łączy lojalność względem obecnej władzy.

Czas wykorzenić afrykańskie standardy

Wielokrotnie stawałem przeciwko patologiom trapiącym wrocławski samorząd. Również Śląsk Wrocław. I dlatego mam nie tylko prawo ale i obowiązek stanąć przeciwko patologii, która chcąc nie chcąc dotyka interesu wrocławskiego podatnika.

Afrykańskie standardy, w których kacykowie stojący na czele plemienia mogą wyrwać dla siebie więcej poprzez rozwiązania siłowe i układy powinny dobiec końca. Jakkolwiek szlachetne nie byłyby skronie noszące koronę. Jak bardzo prestiżowe i onieśmielające nie byłyby elity w miastach mówiące, że nie wypada buntować się przeciwko złej władzy. Jakkolwiek odwiecznie słuszna i wszechpotężna nie byłaby władza karmiąca wybranych i pozostawiająca na aucie niepokornych. Ludzie odzyskają władzę dla siebie.

I stanie się tak pomimo fałszywych autorytetów, którzy umiejętnie strojąc się w piórka autorytetów moralnych tkwią po uszy w standardach afrykańskich. Bo te autorytety choćby nawet najlepiej ubrane, jedzące najsmaczniejszy kawior i bywające na najbardziej znamienitych dworach – w swojej istocie – utrwalają afrykańskie standardy władzy. Czy opinia publiczna da na to swoją zgodę?

Piotr Uhle