Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Czas zlikwidować Związek Miast Polskich

Złośliwi na ZMP mówią „Związek Merów Pazernych”. Dlaczego? Od niemal dwóch lat na czele organizacji zrzeszającej ponad 350 polskich samorządów stoi człowiek oskarżony o korupcję i oszustwo. Żaden z burmistrzów ani prezydentów zasiadających w ZMP nie podniósł tematu. Za to wspólnie forsują projekty, które chronią ich kieszenie, fotele i bezkarność. Czas nazwać rzeczy po imieniu: ZMP przestał reprezentować miasta. Reprezentuje interesy włodarzy.

Prezes z zarzutami. Organizacja milczy.

Od czerwca 2024 roku Związkiem Miast Polskich kieruje Jacek Sutryk. Ten sam Sutryk, któremu prokuratura postawiła cztery zarzuty: jeden korupcyjny i trzy dotyczące oszustwa. Zarzut korupcyjny dotyczy wręczenia 75 tysięcy złotych rektorowi Collegium Humanum w zamian za fikcyjny dyplom MBA. Trzy zarzuty oszustwa dotyczą użycia tego dyplomu, by zasiąść w radach nadzorczych spółek samorządowych i inkasować wynagrodzenia, na które nie zasłużył. Łącznie, według śledczych, wzbogacił się w ten sposób o 230 tysięcy złotych. W listopadzie 2024 roku akt oskarżenia trafił do sądu.

Jakby tego było mało, pod lupą służb znalazł się też wiceprezes ZMP, prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk. W lutym agenci CBA zatrzymali go i przedstawili dwa zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych. Prokuratura zawiesiła go w czynnościach służbowych.

Żaden z pozostałych burmistrzów i prezydentów zrzeszonych w ZMP nie zabrał głosu. Nikt nie wnioskował o zawieszenie prezesa. Nikt nie zapytał, czy organizacja powinna być prowadzona przez człowieka, który stanie przed sądem w sprawie korupcyjnej. I to właśnie mówi o niej wszystko.

Stołek za stołek, czyli jak wyglądało zarabianie na spółkach

Zanim Sutryk trafił w ręce prokuratury, w listopadzie 2024 roku spotkał się z ministrem spraw wewnętrznych Tomaszem Siemoniakiem i wręczył mu pakiet zmian legislacyjnych proponowanych przez ZMP. Jednym z kluczowych postulatów był powrót do możliwości zasiadania przez prezydentów miast w radach nadzorczych spółek komunalnych.

To nie jest abstrakcja. Polskie samorządy znały tę praktykę doskonale. Sutryk zasiadał w radach nadzorczych spółek komunalnych w Tychach i Gliwicach, a włodarze tych miast w radach nadzorczych spółek wrocławskich (GW, krakow.wyborcza.pl). Prezydent Częstochowy Matyjaszczyk lądował w Krakowie, w radzie nadzorczej Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Stołek za stołek. Samorządowy Erasmus. Środowisko koleguje się, siada nawzajem w swoich spółkach i inkasuje. Publiczne pieniądze, prywatne korzyści.

Za rządów PiS zakaz ten wprowadzono. Sutryk, któremu zasiadanie właśnie w takich radach nadzorczych figuruje w akcie oskarżenia, zabiega - jako prezes ZMP - o jego zniesienie. Ruchy miejskie z całego kraju nazwały to po imieniu: Lex Sutryk. - Nie ma naszej zgody. Samorząd to nie dojna krowa, miasto to nie partyjne koryto - ocenił Jan Mencwel z warszawskiej organizacji Miasto Jest Nasze (GW, krakow.wyborcza.pl).

Krakowscy aktywiści z Akcji Ratunkowej dla Krakowa wyliczyli, że w poprzedniej kadencji krakowscy radni zarobili co najmniej 2 miliony złotych dzięki zatrudnieniu w spółkach i jednostkach zależnych od prezydenta. Wrocław nie był wyjątkiem. Aktywiści Akcji Miasto, analizując oświadczenia majątkowe, wytropili fikcyjne rady programowe w miejskich spółkach, obsadzone radnymi i urzędnikami. Sekretarz miasta Włodzimierz Patalas tylko za udział w radzie programowej Wrocławskiego Parku Wodnego zarobił w 2021 roku 26 tysięcy złotych. Proceder kwitł i częściowo zlikwidowano go dopiero pod presją opinii publicznej - a można było nigdy nie odkryć. Pod warunkiem, że oświadczenia majątkowe zniknęłyby z BIP. Dokładnie o to zabiega ZMP.

Jawność? „Stygmatyzuje i grozi napadem”

ZMP postanowił zadbać o to, żeby następnym razem nikt niczego nie wytropił. Komisja Administracji Związku wypracowała stanowisko: oświadczenia majątkowe nie powinny być już publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej. Samorządowcy chcą przekazywać je wyłącznie CBA i urzędom skarbowym. Argument? Ochrona prywatności i bezpieczeństwo - bo kryminaliści mogą dowiedzieć się, jakim samochodem jeździ burmistrz. - A czy są jakieś statystyki tych kradzieży, wymuszeń i oszustw? - pyta Alina Czyżewska, specjalistka w zakresie społecznej kontroli władzy (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Pytanie jest retoryczne. Argument jest pretekstem.

- Pomysł ZMP oznacza jedno - opinia publiczna nic nie będzie wiedziała - mówi Marzena Błaszczyk z zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska (GW, wroclaw.wyborcza.pl). Co nie wiedziałaby? Na przykład tego, że radny Czesław Cyrul z Lewicy "wykonywał czynności z zakresu PR" we Wrocławskich Inwestycjach i zarobił na tym 262 tysiące złotych brutto. Że Bartłomiej Ciążyński, były wiceminister sprawiedliwości, pobrał ze spółek miejskich łącznie 437 tysięcy złotych i nie przyznał się do tego publicznie, dopóki oświadczenie nie zmusiło go do przejrzystości. Że radna Ewa Wolak dostała ze Stadionu Wrocław prawie 80 tysięcy złotych po znajomości - i spółkę do ujawnienia jej nazwiska zmuszał wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Gdyby oświadczeń nie było w BIP, nic z tego by nie wyszło na jaw. Jakub Nowotarski, przewodniczący Akcji Miasto i wrocławski radny, nie ma wątpliwości: - To kolejny raz, gdzie ZMP, któremu szefuje Jacek Sutryk, pokazuje, że chodzi im tylko o własne interesy, a nie poprawę jakości życia w miastach (GW, wroclaw.wyborcza.pl).

Trzecia kadencja, przyspawanie do stołka i emerytura po pięćdziesiątce

Postulat zniesienia dwukadencyjności ZMP forsuje od dawna. W lipcu 2025 roku poparto projekt PSL przywracający stan sprzed 2018 roku. W uzasadnieniu stanowiska Zgromadzenia Ogólnego ZMP, podpisanym przez Sutryka jako prezesa, można przeczytać, że ograniczenie kadencji "pozbawia obywatela-wyborcę prawa do wybrania popieranej przez siebie osoby". To ciekawe rozumowanie - szczególnie gdy formułuje je człowiek, który chciałby zostać wybrany po raz trzeci.

Komisja Małych Miast ZMP zaapelowała do premiera o umożliwienie samorządowcom przejścia na emeryturę po ukończeniu 50 lat - w wysokości co najmniej 85 procent maksymalnego ustawowego wynagrodzenia. - Co za chory pomysł z tymi emeryturami, absolutnie się z tym nie zgadzam - ocenił burmistrz Kłodzka Michał Piszko (GW, wroclaw.wyborcza.pl). - Nas na to nie stać jako państwa - wtóruje mu wójt Dobromierza Jerzy Ulbin. W sieci: "Co za pazerność", "Kolejna nadzwyczajna kasta", "Co jeszcze, może dziedziczenie fotela w ratuszu?"

Jest też pomysł, który - jak relacjonuje dziennikarz Andrzej Andrysiak - padł podczas zgromadzenia ZMP w Gdyni pod koniec marca 2025 roku. Samorządowcy rozważają podniesienie wymaganej frekwencji w referendum odwoławczym do poziomu, jaki osiągnął dany włodarz przy swoim wyborze. Logika: skoro czekają nas trudne decyzje, musimy być chronieni przed politycznymi atakami. Innymi słowy - mieszkańcy powinni mieć coraz mniej narzędzi, żeby rozliczyć tych, którym powierzyli władzę.

Jak nie wyjdzie w samorządach, to może uda się w Sejmie

Gdy postulat zniesienia dwukadencyjności utknął - bo w koalicji rządzącej nie ma zgody - ZMP sięgnął po nowy argument. Na forum Związku pojawił się pomysł wprowadzenia dwukadencyjności również w Sejmie. To nie jest filozoficzna dyskusja o jakości demokracji. To, jak trafnie diagnozuje dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego, "wyłącznie kontra względem ograniczenia liczby kadencji prezydentów, burmistrzów, wójtów. I tylko w tym kontekście ona powstała" (GW, lodz.wyborcza.pl).

Można to też czytać jako groźbę pod adresem posłów: usuńcie nasze ograniczenia, bo inaczej zażądamy waszych. I jako awans: skoro samorządowcy kończą kadencje, a na listy wyborcze wpływowi włodarze mogą skutecznie wymóc sobie miejsca, to po co im ograniczenia dla siedzących na Wiejskiej?

Tyle że - jak zauważa Onasz - pomysł jest polityczną fikcją. - Posłowie mają w tyle głowy własny interes. Gdyby doszło do głosowania, mielibyśmy szeroką "koalicję dietetyczną" (GW, lodz.wyborcza.pl). Nikt nie podetnie gałęzi, na której siedzi. Antoni Macierewicz i Robert Telus mogą spać spokojnie. Ale groźba jako narzędzie nacisku na kolegów z koalicji - działa. I o to właśnie chodzi.

Samorządy mają o co walczyć. Ale nie o przywileje władzy

Polskie samorządy potrzebują silnej reprezentacji. Potrzebują walki o Związek Metropolitalny - który dla Śląska przyniósł od 2017 roku kilka miliardów złotych na zadania wspólne, podczas gdy Wrocław wciąż czeka. Potrzebują lepszego podziału wpływów z podatków, zmian w prawie lokatorskim, odpadowym, oświatowym, środków na infrastrukturę i transport. To są realne interesy mieszkańców.

Zamiast tego ZMP wdaje się w polityczne spory, które służą wyłącznie jednej grupie zawodowej: burmistrzom i prezydentom. Lobbuje za tym, żeby siedzieli dłużej, zarabiali więcej w spółkach i żeby trudniej było sprawdzić, ile mają na koncie. Gdy dostaje po rękach w parlamencie - grozi posłom lustrzanym ograniczeniem. Gdy ktoś wytyka korupcję - milczy, bo wszyscy zasiadający w ZMP mają interes w tym, żeby temat ucichł.

- To jest po prostu jakaś niewyobrażalna i niezrozumiała pazerność - mówi Jakub Nowotarski (GW, krakow.wyborcza.pl). Maciej Fijak z Akcji Ratunkowej dla Krakowa jest jeszcze dosadniejszy: - Widać, że ta pazerność samorządowców na publiczne stołki jest bardzo duża. Przypomina to coraz bardziej osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości (GW, krakow.wyborcza.pl).

Czas rozwiązać ZMP, bo organizacja zapomniała o swojej misji

Tego nie da się zreformować od środka. Organizacja, w której burmistrzowie i prezydenci głosują nad własnymi przywilejami, zawsze będzie głosować na swoją korzyść. Organizacja, której szefuje oskarżony o korupcję włodarz i w której nikt nie pyta, czy tak być powinno, straciła moralne prawo do reprezentowania kogokolwiek.

ZMP powinien zostać rozwiązany. Na jego miejsce powinna powstać organizacja, która od pierwszego dnia kieruje się interesem mieszkańców, a nie polityków, którym zdarzyło się zasiąść na fotelu burmistrza. Taka, która walczy o transparentność zamiast ją likwidować, o narzędzia kontroli obywatelskiej zamiast ograniczeń, o wspólnotę samorządową zamiast o prywatne koryto.

Mieszkańcy polskich miast zasługują na kogoś, kto ich naprawdę reprezentuje. Nie na kogoś, kto ich okrada - i jeszcze chce, żeby to zostało utajnione w BIP.

Fot. profil na FB Jacka Sutryka


Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Co właściwie dzieje się ze sprawą Jacka Sutryka?

Prezydent Wrocławia od miesięcy zasiada na ławie oskarżonych – przynajmniej w teorii. W praktyce nie zasiada nigdzie, bo do pierwszej rozprawy jeszcze nie doszło. Sprawa się przeciąga, prokurator się zmienia, sąd się zmienia. A Sutryk rządzi miastem dalej. Czy to tylko biurokratyczny pech?

Sprawa sądowa – kronika opóźnień

Śląski wydział Prokuratury Krajowej skierował pierwszy akt oskarżenia do sądu pod koniec listopada 2025 roku. Objął 29 osób oskarżonych o 67 przestępstw, w tym prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, byłych europosłów oraz byłych komendantów Państwowej Straży Pożarnej. Akt oskarżenia liczył 623 strony (źródło: Bankier.pl/PAP).

W połowie grudnia 2025 roku Sąd Okręgowy w Katowicach, do którego pierwotnie trafiła sprawa, wniósł o przekazanie jej do Warszawy – argumentując, że 32 spośród 76 świadków mieszka w stolicy, a na Śląsku tylko kilku. W styczniu 2026 roku katowicki sąd apelacyjny zgodził się, powołując się na tzw. ekonomikę procesową (źródło: Bankier.pl).

W lutym 2026 roku wylosowano sędziego. Padło na Dariusza Łubowskiego z Sądu Okręgowego w Warszawie – człowieka z 30-letnim stażem, specjalistę od międzynarodowego prawa karnego. Problem w tym, że nominacja nastąpiła dosłownie kilka dni po tym, jak sędzia Łubowski został odwołany z kierowania sekcją postępowania międzynarodowego przez prezes sądu Beatę Najjar. Odwołanie zbiegło się z polityczną burzą wokół jego decyzji o uchyleniu Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Marcina Romanowskiego. Łubowski twierdził przed Krajową Radą Sądownictwa, że spotykają go szykany i represje – i że wylosował sprawę o blisko 300 tomach akt, od której nie mógł się odwołać (źródło: Radio Wrocław, Rzeczpospolita).

Do dziś nie wyznaczono daty pierwszej rozprawy.

Kompromitujące tłumaczenia Sutryka przed prokuratorem

Sutryk od początku konsekwentnie powtarzał: będę się tłumaczył w sądzie, tam udowodnię niewinność. Tymczasem to, co zeznał prokuratorom, zostało opisane przez Newsweek i Gazetę Wyborczą w osobie redaktora Marcina Rybaka. Obraz, który się z tych zeznań wyłania, jest – łagodnie mówiąc – niecodzienny.

Ile studiował? Jeden albo dwa semestry – nie pamiętał dokładnie. Jak nazywał się kierunek? Nie pamiętał. Jak wyglądały zaliczenia? Zdawał tylko egzamin końcowy, ale nie pamiętał, czy dostał link, czy logował się na stronie. Z kim studiował? Nie pamiętał, nie interesował się. Kiedy odebrał dyplom? Nie pamiętał. Jaka była pora roku? Też nie wiedział.

Jedynym materialnym dowodem na uczestnictwo w zajęciach okazały się dwa quizy. Pierwszy zawierał sześć pytań o PR i marketing. Drugi – 10 pytań o ład korporacyjny, z których Sutryk odpowiedział poprawnie na osiem. Do testu podchodził pięć razy. Prokuratura twierdziła, że prezydent nie wziął udziału w żadnych zajęciach i nie zdał żadnego egzaminu.

Zapytany o rewers dyplomu – gdzie widnieją zaliczone przedmioty i zajęcia praktyczne – nie wiedział, co się tam znajduje. Inni absolwenci z jego rocznika wiedzieli. Nikt ze środowiska studenckiego nie zgłosił się jako świadek wspólnej nauki z prezydentem Wrocławia, mimo wielokrotnych publicznych apeli dziennikarzy i komentatorów.

Jak w 43 dni zdobyć uprawnienia do "zarobienia" pół miliona z publicznych pieniędzy?

Oficjalny rok akademicki w Collegium Humanum, na który Jacek Sutryk miał być zapisany, zaczął się 1 października 2019 roku. Zajęcia ruszyły 5 października. Tymczasem umowa o świadczenie nauki nosi datę 10 października – a więc została zawarta już po starcie roku i po rozpoczęciu zajęć. Ale prokuratura ustaliła, że nawet ta data jest fikcyjna.

Zgodnie z ustaleniami śledczych – opisanymi przez Newsweek na podstawie zeznań prezydenta i materiałów z akt – umowa datowana na październik 2019 roku w rzeczywistości powstała pół roku później, pod koniec kwietnia 2020 roku. Dowodem miały być analizy wskazujące, kiedy tekst dokumentu został wygenerowany w systemie komputerowym uczelni. 21 kwietnia 2020 roku Sutryk spotkał się osobiście z rektorem. Następnego dnia – 22 kwietnia – przelał na konto uczelni 9 500 złotych za oba semestry studiów. Bez odsetek za siedmiomiesięczne opóźnienie, bez żadnego wyjaśnienia.

43 dni później, 2 czerwca 2020 roku, odebrał dyplom MBA. Trzy tygodnie przed pozostałymi studentami z rocznika. Sesja egzaminacyjna dla innych miała się zacząć 20 czerwca. Tydzień po odebraniu dyplomu Sutryk pojawił się już jako członek rady nadzorczej Regionalnego Centrum Gospodarki Wodno-Ściekowej w Tychach. Ten sam dyplom otworzył mu drzwi do rady nadzorczej Śląskiego Centrum Logistycznego w Gliwicach i Kolei Dolnośląskich. Łącznie w trzech spółkach zarobił prawie pół miliona złotych).

Mechanizm był prosty: Sutryk z kilkoma innymi prezydentami miast zorganizowali sobie dodatkowy zarobek, zatrudniając się nawzajem w spółkach miejskich. Prezydent Wrocławia zatrudniał kolegę z Tychów, prezydent Tychów trafiał do Wrocławia. Dyplom MBA był biletem wstępu – wymaganym formalnie, zdobytym, jak twierdzi prokuratura, w sposób korupcyjny.

Pytania, na które nie ma odpowiedzi

Sprawa Sutryka rodzi pytania, które nie dotyczą tylko jego samego. Dlaczego zmieniono naczelnika delegatury Prokuratury Krajowej w Katowicach – tej samej instytucji, która wszczęła i prowadziła to postępowanie – w kluczowym momencie proceduralnym?

Dlaczego wątek Wrocławskiego Parku Technologicznego nie jest kontynuowany? Według aktu oskarżenia były rektor Collegium Humanum Paweł Cz. zeznał prokuratorowi wprost: „Nie wykonywałem żadnych prac opisanych w temacie umowy zlecenia" – chodzi o fikcyjny kontrakt w WPT, który miał być łapówką za dyplom Sutryka (źródło: Wrocław.Wyborcza.pl). Tymczasem na liście oskarżonych ani nawet podejrzanych nie figuruje Maciej Potocki – prezes WPT, który ze strony spółki zawierał bądź zlecał zawarcie tych umów z rektorem. Dlaczego?

Dlaczego bohaterowie wrocławskich układów nadal zarządzają miejskim mieniem? Marian D., którego nazwisko pojawia się w kontekście wrocławskich powiązań, wciąż pełni funkcję na lotnisku. Mechanizm – jak opisuje Wrocław.Wyborcza.pl – polegał na opłacaniu popleczników ze spółek publicznych i umacnianiu za to ich lojalności. W sprawę zaangażowani byli bardzo ważni urzędnicy na dworze Jacka Sutryka. Urząd refinansował studia i szkolenia w Collegium Humanum o wartości setek tysięcy złotych. Nic się nie zmieniło. Układ trwa, choć urzędników na studia wysyła się dziś w mieście niechętnie. Stracili uczciwi pracownicy, poza tym nic się nie zmieniło. Układ trwa.

Dlaczego sąd odmówił Gazecie Wrocławskiej wglądu do aktu oskarżenia, stosując argumentację podobną do linii obrony samego Sutryka – o domniemaniu niewinności, ochronie dobrego imienia i przedwczesności ocen (źródło: Gazeta Wrocławska)? Czy sprawa zostanie przeprowadzona za zamkniętymi drzwiami?

Dwie prędkości jednego państwa

Warto zestawić ze sobą dwa obrazy. Gdy prokuratura badała podpisy Szymona Hołowni – politycznego rywala obecnej koalicji – organy państwa działały błyskawicznie. Decyzja zapadła w krótkim czasie i wywołała polityczną burzę. Tymczasem prezydent miasta z aktem oskarżenia liczącym setki stron czeka na pierwszą rozprawę bez podanego terminu. Mamy uzasadnione wątpliwości, czy sprawa zakończy się przed końcem obecnej kadencji Sutryka. Jeśli nie – to wygrana jest dla układu. Dla wrocławian oznacza to coś prostego: przez całą kadencję ich miastem rządzi człowiek z aktem oskarżenia w szufladzie, a sprawiedliwość może zaczekać w kolejce między wnioskami o odroczenie i zmianami właściwości sądów.

Wrocław zasługuje na więcej. W szczególności na odpowiedzi.

Tekst oparty na publicznie dostępnych materiałach prasowych i procesowych. O winie lub niewinności oskarżonych orzeknie sąd.