Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski

Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski

Kilkadziesiąt osób z obu stron granicy Wrocławia zasiadło w niedzielę przy jednym stole. Wyszli z jedną konkluzją: tylko działając razem można skutecznie zmienić szkodliwe dla mieszkańców decyzje.

Wspólny mianownik: lata zaniedbań, zero konsultacji

Uczestnicy spotkania zwracali uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami i szeregiem instytucji przed wprowadzeniem nowej organizacji ruchu. Obecna sytuacja - w ich ocenie - skazuje wszystkich na marnowanie godzin w korkach, niezależnie od tego, czy mieszkają we Wrocławiu, czy w gminie Siechnice.

Zwrócono uwagę na wieloletnie zapóźnienia inwestycyjne i kompletny brak przygotowania okolicznej infrastruktury przed remontem. Dalsze obsługiwanie ruchu z obwodnicy uliczkami osiedlowymi to dla zgromadzonych nieporozumienie, które grozi bezpieczeństwu pieszych, szczególnie tych w najmłodszym wieku. Zagrożenie dotyczyło zarówno strony wrocławskiej jak i siechnickiej.

Mieszkańcy zwracali uwagę na realizowane oraz zaplanowane olbrzymie inwestycje deweloperskie oraz brak odpowiednich planów na obsługę ruchu, które one wygenerują – zarówno transportem indywidualnym jak i zbiorowym. Szczególnie ironicznie mieszkańcy komentowali brak dostępu z Iwin do przystanku kolejowego… Iwiny.

Połączyła ich opinia, że są ofiarami wieloletniej bierności i braku wizji władz obu gmin. Brak koordynacji aglomeracyjnej odbija się dziś czkawką.

Co dalej? Zorganizowani obywatele to skuteczni obywatele

Sprawy wymienione powyżej to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie zakończyło się ustaleniem, że dalej działamy już jako grupa. Na dniach pojawią się pierwsze efekty podjętych uzgodnień. Obywatele muszą wiedzieć co się dzieje z ich okolicą, dlaczego tak się dzieje oraz czy decydenci dochowali nie tylko wszelkich obowiązujących procedur, ale przede wszystkim staranności w pracy na rzecz mieszkańców. Bo sprawa budzi poważne wątpliwości.

Dziękujemy wszystkim, którzy przyszli - i gratulujemy obywatelskiej postawy. Do szybkiego usłyszenia.

Mieszkasz na Bieńkowicach, Brochowie, Jagodnie lub Tarnogaju we Wrocławiu? Mieszkasz w Zacharzycach lub Iwinach w gminie Siechnice? Zapraszamy do kontaktu. Wspólnie możemy zrobić robotę za urzędy i poprawić ten klops zgotowany nam przez urzędników.

Fot. Jakub Jagiełło


Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.

Przez dekady politycy i deweloperzy zarabiali na nieskoordynowanej urbanizacji Wrocławia i okolicznych gmin. Drogi nie powstawały, wiadukty się starzały, transport publiczny nie nadążał. Gdy system w końcu pęka - winę zrzucają na mieszkańców. Na ciebie, który stoisz w korku. I na twojego sąsiada z gminy obok. Byle tylko nie na siebie.

Tysiące nowych mieszkań i zapóźniona infrastruktura

Od 2021 roku w południowo-wschodniej części Wrocławia powstało lub jest w budowie ponad 6000 nowych mieszkań. To ponad połowa tego, co rocznie trafia na wrocławski rynek. Każde z nich to kolejne samochody na Koreańskiej, Buforowej, Krakowskiej. Deweloperzy budowali - bo miasto wydawało pozwolenia. Miasto wydawało pozwolenia - bo zarabiało na sprzedaży działek i podatkach. Nikt przy tym nie pytał: czym ci ludzie będą jeździć do pracy?

Dogęszczanie Jagodna odbywało się przez lata bez poszanowania dla zasad organizacji ruchu. Właściwie całe osiedle "wisi" na jednym kolektorze, który jest jednocześnie łącznikiem do obwodnicy. Tramwaj na Jagodno nie powstał. Przyzwyczajenia komunikacyjne mieszkańców budowały się latami - gdy ktoś już kupił samochód, bo nie miał alternatywy, trudno go teraz posadzić w autobusie.

Po drugiej stronie granicy miasta gmina Siechnice przez lata otwierała kolejne tereny pod zabudowę wielorodzinną - hojnym gestem, bez poważnej dyskusji o tym, jak setki nowych rodzin dostaną się do Wrocławia. Pieniądze ze sprzedaży działek i podatki od nowych mieszkańców w znacznej mierze zostały przejedzone. Na drogi nie wystarczyło.

Efekt jest taki, że dziś przez Koreańską - osiedlową drogę w strefie tempo 30 - przejeżdża ponad 5000 samochodów na dobę. To ponad jedna trzecia ruchu Buforowej, drogi o zupełnie innej klasie technicznej.

Deweloperskie eldorado trwało a rzeczywistość skrzeczała coraz bardziej

Stan techniczny obiektów inżynieryjnych nie pogarsza się z dnia na dzień. To proces rozłożony w czasie, widoczny w przeglądach, mierzalny, przewidywalny. A mimo to wiadukty na Gazowej i Karwińskiej doczekały się remontu dopiero wtedy, gdy nie dało się już dłużej czekać - w trybie nagłym, bez przygotowania alternatywnych tras, bez konsultacji z mieszkańcami, bez gotowych objazdów.

Jednocześnie miasto przez lata pozyskiwało olbrzymie środki ze sprzedaży gruntów i podatków od rosnącej liczby mieszkańców. Pieniądze były. Decyzji nie było. Wrocław przez dekady trwonił kapitał społeczny i infrastrukturalny - i polityka obecnych władz miasta walnie przyczyniła się do wzrostu cen mieszkań w tempie szybszym niż w innych polskich metropoliach. Dane Business Insidera są jednoznaczne. Efektem jest exodus rodzin za granicę administracyjną miasta.

Według badań ruchu z 2024 r. w porannym szczycie (5:00-9:00) do Wrocławia wjeżdża 66 022 auta, wyjeżdża 49 216 - różnica to niemal 17 tysięcy pojazdów. Na punkcie pomiarowym przy Koreańskiej ruch dobowy wyniósł w 2024 roku 5 254 auta. Przy zastosowaniu proporcji ze zbiorczego pomiaru KBR: w samym szczycie porannym tą ulicą przejeżdżało szacunkowo ok. 614 samochodów wjeżdżających i 457 wyjeżdżających. Mieszkańcy Siechnic potrzebują co rano wjeżdżać do Wrocławia a Wrocławianie – do Siechnic.

Dlaczego nikt tego nie skoordynował? Bo nikomu się to nie opłacało.

Brak koordynacji zagospodarowania przestrzennego aglomeracji nie jest wypadkiem ani zaniedbaniem jednego urzędnika. To efekt systemu, który przez lata nagradzał krótkowzroczność. Wójt uzgadnia miejscowy plan z wojewodą, zarządem województwa, zarządem powiatu - ale uzgodnienie to często formalność. Nikt nie ma realnej mocy, by powiedzieć: stop, najpierw drogi, potem osiedla.

Narzędzie, które mogłoby to zmienić, istnieje - to Związek Metropolitalny. W 2015 roku uchwalono ustawę pozwalającą tworzyć go oddolnie. Kolejna większość parlamentarna, którą kontrolował PiS zmieniła jednak zasady i zamiast dać możliwość wszystkim - zaczęła powoływać związki metropolitalne drogą ustawową.

Górnośląsko-Zagłębiowski Związek Metropolitalny od 2017 roku pozyskał dla swojego regionu dodatkowe 4 miliardy złotych - według dzisiejszych cen prawie 5 miliardów. To cztery do pięciu rocznych budżetów inwestycyjnych całego Wrocławia. Dla aglomeracji wrocławskiej oznaczałoby to pół miliarda rocznie na zadania wspólne - w tym transport. To wystarczająco dużo, by co roku budować dwie Aleje Wielkiej Wyspy. A mówimy tylko o dochodach, nie o kapitale, który można w oparciu o nie wygenerować.

Koalicja Obywatelska obiecywała w kampanii wyborczej, że powstanie Wrocławski Związek Metropolitalny. Nie powstał. Do utworzenia związku szykują się za to samorządowcy z Trójmiasta, ustawa jest już w sejmie. Wrocław został pominięty.

Uchwałę radnych Naprawmy Przyszłość, apelującą do rządu o podjęcie działań w tej sprawie wrzucono głosami KO do przysłowiowej zamrażarki - i trzyma się ją tam do dziś. Wyobraźmy sobie, ile moglibyśmy zmienić w transporcie na południowym wschodzie aglomeracji za takie  pieniądze.

PSL, PO, PiS - wszyscy mają tu swój rozdział.

Byłoby wygodnie zrzucić winę na jedną partię. Jednak wina rozkłada się tutaj proporcjonalnie. PSL, później Trzecia Droga i Platforma Obywatelska przez lata otrzymywały znaczące wpłaty na kampanię od deweloperów i osób z nimi powiązanych. PiS z kolei zorganizował największą akcję pomocową dla deweloperów i banków w historii Polski - dopłaty do kredytów hipotecznych, które w bezprecedensowy sposób wywindowały ceny metra kwadratowego mieszkania. W efekcie rodzina z dziećmi, która nie zarabia ponadprzeciętnie i nie chce wychowywać potomstwa w kawalerce, ma realnie do wyboru głównie osiedla i szeregi budowane poza granicami Wrocławia.

Suburbanizacja nie była żywiołem. Była produktem konkretnych decyzji politycznych i konkretnych beneficjentów tych decyzji. Gdy teraz politycy oburzają się na "przyjezdnych z pól kapusty" - warto zapytać: kto im te pola kapusty sprzedał? Kto wydał pozwolenia? Kto zainkasował podatki i pieniądze ze sprzedaży działek, nie budując przy tym infrastruktury? Kto stworzył system wypychający ludzi za miasto?

Transport zbiorowy prawie jak Yeti. Każdy słyszał, mało kto widział.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską - płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów. Nie dlatego, że to najlepsza trasa. Dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu zbiorowego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. Połączeń rowerowych nie ma. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Nawyki komunikacyjne nie biorą się z powietrza. Biorą się z tego, że gdy ktoś kupował mieszkanie w Iwinach czy Zacharzycach, autobus jeździł raz na godzinę i stał w korku razem z samochodami. Więc kupił samochód. I teraz jedzie nim przez Koreańską - bo ktoś go do tego funkcjonalnie skłonił, a potem zabrał mu alternatywę.

Pytania, które czekają na odpowiedź.

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM? Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic? A gdzie w tym wszystkim są dyrektorzy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie wiceprezydent Mazur odpowiedzialny za aglomerację?

Nie dajmy się podzielić.

Politycy i urzędnicy zawiedli - bo było im tak wygodnie. Żyli w krótkowzrocznym udawaniu, że problemu nie ma, czerpiąc korzyści z konkretnych modeli urbanizacji we Wrocławiu i gminach ościennych. Teraz, gdy system pęka, przenoszą odpowiedzialność na mieszkańców. Bo gdy jedni obywatele widzą wrogów w innych - nie będą rozliczać polityków z ich błędów.

Sytuacja taka jak dzisiejsza między Siechnicami a Wrocławiem jest tym, czego boją się najbardziej. Dlatego napuszczają nas na siebie - opowiadają o budowaniu hacjend w polu kapusty, chcą budować szykany, robią na złość ludziom, których własne decyzje skłoniły do osiedlenia się za miastem. Nie wolno nam dać się na to nabrać.

Panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku, wypowiadane podczas usuwania skutków powodzi:

Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (...) Ja Wam wójta nie wybierałem.

My też pamiętamy.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie SOS Wrocław na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach.
Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.

 


Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.

Podczas gdy politycy najchętniej widzieliby mieszkańców Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc chwytających się w zapaśniczym klinczu i wskazujących palcami: to wasza wina! Tymczasem wszyscy są częścią tego samego społeczeństwa i stoją (nomen omen) wobec tych samych absurdów i organizacyjnego chaosu.

Pytanie nie brzmi: kto jest winny - sąsiad czy przybysz z gminy ościennej? Pytanie brzmi: kto przez lata nie robił tego, co do niego należało? Zapraszamy na spotkanie SOS Wroclaw w niedzielę 10 maja o godz. 17:00.

Każdy ma swoje racje. I każdy ma rację

Od tygodnia mamy nową organizację ruchu. Ulice: Ziemniaczana, Koreańska i Boiskowa zostały częściowo przekształcone w jednokierunkowe, w stronę Brochowa. Wyjazd z Wrocławia tymi ulicami jest niemożliwy. Zainteresowani wyjazdem są zmuszeni do krajoznawczej wycieczki przez Jagodno. I tak co najmniej do końca sierpnia, ale następny etap inwestycji rozpocznie się we wrześniu i potrwa wiele miesięcy. Jak się znaleźliśmy w tym miejscu?

Małgorzata Bielecka, mieszkanka ul. Koreańskiej na Brochowie, opisuje swój codzienny koszmar precyzyjnie i ze statystykami w ręku. W 2024 roku przez Koreańską - drogę lokalną, obsadzoną kasztanami, w strefie tempo 30 - przejeżdżało 5254 samochodów na dobę. Przez Buforową, drogę o charakterze zbiorczym z pasem o szerokości niemal 50 metrów, jechało ich 15 033. Koreańska obsługuje zatem ponad jedną trzecią ruchu drogi o zupełnie innej klasie technicznej. Potoki po 15-16 aut na minutę nie zatrzymują się, żeby przepuścić pieszego. Wyjazd z posesji to ryzyko. Hałas trwa od rana do wieczora.

Mieszkańcy gminy Siechnice opisują swój koszmar równie precyzyjnie. Odcięto ich od szkół podstawowych, przychodni, poczty i szpitala - od miejsc, do których mieli od 1,5 do 2,5 kilometra. Droga powrotna zaproponowanym przez miasto objazdem wynosi ponad 7 kilometrów. Zamknięto przy tym ulicę oddaloną o ponad 3 kilometry od miejsca remontu - bo zablokowanie tak oddalonego odcinka trudno wytłumaczyć samą logiką budowy. Jednak mieszkańcy mają prawo odbierać to jako czystą złośliwość, bo sam rzecznik magistratu, Tomasz Sikora, gdy komunikował zmiany – nie miał pojęcia jak olbrzymi dystans będzie trzeba pokonywać poprzez wyznaczony objazd.

Mieszkańcy Jagodna mają własne racje: przez ich osiedle, bez żadnych konsultacji, przerzucono ruch, który wcześniej płynął innymi drogami. Jagodno staje się wąskim gardłem do którego spłyną potoki aut z kilku kierunków jednocześnie. Kiedy dołożyć do tego inwestycje deweloperskie w Iwinach, Katarzynie i Zacharzycach - setki nowych mieszkań, których mieszkańcy będą musieli jakoś dostać się do Wrocławia - obraz robi się naprawdę niepokojący.

Wszyscy mają rację. I właśnie dlatego politykom i urzędnikom wydaje się, że łatwo będzie nakręcić ich przeciwko sobie. Po co to robią? By ukryć prawdziwych winnych obecnej sytuacji. Ich samych.

Kto komu zabrał spokój - deweloper czy sąsiad?

Mieszkańcy Koreańskiej słusznie wskazują, że ich ulica od lat funkcjonuje jako tranzytowy skrót z Wschodniej Obwodnicy Wrocławia wprost w głąb osiedla. Ten stan trwa ponad 12 lat - odkąd wybudowano łącznik z WOW, który prowadzi bezpośrednio na lokalną drogę osiedlową. To nie jest wina mieszkańców Iwin. To jest wina decyzji planistycznej, która połączyła drogę ekspresową z osiedlową uliczką bez żadnej alternatywy.

Mieszkańcy gminy Siechnice słusznie wskazują, że wyprowadzili się poza Wrocław nie z kaprysu, lecz dlatego, że w mieście nie mogli sobie pozwolić na mieszkanie odpowiednie dla rodziny z dziećmi. To nie jest decyzja, którą podjęli swobodnie - to efekt polityki mieszkaniowej, która przez lata ograniczała podaż mieszkań wewnątrz miasta, windując ceny poza zasięg przeciętnej rodziny. Deweloperzy ościennych gmin sprzedają im "dojazd do Wrocławia w 10 minut" - i faktycznie ten dojazd istnieje, tyle że prowadzi przez Koreańską, bo nikt nie zadbał o to, żeby prowadził gdzie indziej.

Pytanie "czyja to wina - twoja czy twojego sąsiada?" jest zatem pytaniem źle postawionym. Obaj jesteście ofiarą tego samego systemu, który przez lata nie zbudował na czas dróg zbiorczych, nie reagował na czas na pogarszający się stan wiaduktów, nie planował remontów z wyprzedzeniem i nie konsultował zmian z tymi, których te zmiany dotyczą.

Zabytkowa kostka brukowa i inne absurdy

Żeby zrozumieć skalę planistycznego zaniedbania, wystarczy przyjrzeć się kilku konkretnym sprawom. Ulica Mościckiego od lat wskazywana jest przez mieszkańców jako kluczowy brakujący element układu drogowego - trasa, której remont odciążyłby zarówno Koreańską, jak i drogi objazdowe. Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bieńkowic spotkali się niedawno właśnie po to, żeby razem naciskać na jej remont. Okazało się, że miasto i gmina Siechnice od dawna wiedzą o tym problemie. Okazało się też, że remontu nie można wykonać w standardowy sposób, bo na Mościckiego leży zabytkowa kostka brukowa, a konserwator zabytków nie wyraża zgody na jej usunięcie. Kostkę można remontować, ale musi zostać. W efekcie droga, która mogłaby rozładować część napięcia, od lat stoi w miejscu a urzędnicy wymyślili wybudowanie zastępczego traktu prowadzącego… przez park.

Ulica Bukszpanowa - wskazana jako jeden z objazdów – jest po prostu klepiskiem. Widnieje w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego, ale w rzeczywistości jest polem. Bez projektu, bez oznakowania, bez konsultacji wysypano tam tłuczeń. Kierowcy korzystający z tego "objazdu" jadą przez środek pola uprawnego.

Remont ul. Mościckiego wykonany "w jeden dzień" polegał na wyrównaniu pobocza. Droga, przez którą teraz przejeżdżają setki aut dziennie więcej niż przed remontem, nie jest do tego przygotowana.

To są efekty wieloletniego odkładania decyzji na później, braku współpracy między wydziałami i braku mechanizmów, które wymuszałyby planowanie z wyprzedzeniem. To jest brak przygotowania odpowiednich alternatywnych tras dojazdu i absurdalna organizacja ruchu w trakcie prac remontowych.

Pytania, które czekają na odpowiedź

Mieszkańcy muszą uzyskać odpowiedzi na szereg pytań dotyczących tego, kto postawił ich w tej nieludzkiej sytuacji. Lista czterech, priorytetowych na początek:

  1. Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
  2. Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Regularne przeglądy powinny dawać sygnał z wyprzedzeniem - nie z tygodnia na tydzień, lecz z lat na lata. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
  3. Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Departament ten odpowiada za planowanie i koordynację inwestycji drogowych. Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
  4. Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM - Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta? ZDiUM odpowiada za stan techniczny dróg i organizację ruchu. Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic?

Radny Suligowski i sztuka dzielenia

W tym kontekście słowa radnego Roberta Suligowskiego brzmią szczególnie niepokojąco - nie dlatego, że są aroganckie, choć są, lecz dlatego, że pełnią bardzo konkretną funkcję polityczną. Kiedy radny pisze o "hacjendach w polu kapusty" i poucza, że "każdy ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych", nie komentuje sytuacji komunikacyjnej. On przekierowuje uwagę. Zamiast pytania "kto zawinił w tej sprawie i co zamierza naprawić?" pojawia się pytanie "kto jest gorszy - Wrocławianin czy przyjezdny?".

To stara i skuteczna technika. Dopóki mieszkańcy Koreańskiej kłócą się z mieszkańcami Iwin, nikt nie pyta dyrektora Urbanek o analizę ruchu. Dopóki Wrocław kłóci się z gminą Siechnice, nikt nie pyta dyrektora Staruchowicza, co ZDiUM wiedział o stanie wiaduktów i kiedy. Dopóki wszyscy są zajęci wzajemnymi pretensjami, ratusz może deklarować, że "stara się jak najlepiej" i "będzie monitorować sytuację".

Piotr Uhle z opozycyjnego klubu Naprawmy Przyszłość powiedział Suligowskiemu wprost:

Ty po prostu szkodzisz miastu i działasz na rzecz skłócenia społeczności aglomeracji. A tolerowanie takiej postawy szkodzi kulturze politycznej w Polsce. Wstyd.

Burmistrz Siechnic Łukasz Kropski - politycznie bliski tej samej Koalicji Obywatelskiej, co Suligowski - uznał jego słowa za niedopuszczalne. Bo Siechnice, Wrocław i każda z gmin aglomeracji to system naczyń połączonych. Razem planują pętle tramwajowe, parkingi park&ride, wspólne bilety na kolej. Dzielenie ludzi na "naszych" i "przyjezdnych" niszczy to, co obie strony budowały przez lata.

A panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku wypowiadane podczas przeciwdziałania skutkom powodzi „- Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (…) Ja Wam wójta nie wybierałem”.

Wspólny interes: drogi, a nie wzajemne pretensje

Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bienkowic spotkali się ostatnio i odkryli coś ważnego: mimo pozornie sprzecznych interesów mają wspólny cel. Wszyscy chcą, żeby ulica Mościckiego została wyremontowana. Wszyscy chcą, żeby ruch tranzytowy zniknął z osiedlowych dróg. Wszyscy chcą, żeby nowe inwestycje deweloperskie - Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, osiedla w Zacharzycach - były warunkowo uzależnione od budowy dróg dojazdowych, a nie od korzystania z cudzych osiedlowych ulic.

To jest właśnie rozmowa, którą warto toczyć. Nie "kto jest winny - sąsiad czy przyjezdny?", lecz "czego wszyscy potrzebujemy i kto jest zobowiązany to zapewnić?". Odpowiedź na to drugie pytanie jest prostsza niż się wydaje: władze miasta i gminy, które przez lata zbierały podatki i przez lata odkładały decyzje na później.

Urbanizacja bez układu komunikacyjnego. Kto za to odpowie?

Remont wiaduktu na Gazowej to nie wypadek przy pracy. To objaw głębszego, systemowego kryzysu w planowaniu przestrzennym i transportowym całej aglomeracji. Dziś problem widać na południowym wschodzie - ale te same mechanizmy działają wszędzie tam, gdzie miasto i gminy ościenne wydają pozwolenia na budowę, nie pytając o drogi.

Przy Krakowskiej powstają właśnie nowe, wielkie osiedla. Chwilę temu uchwalono plan miejscowy pozwalający na dalszą zabudowę Brochowa. W Zacharzycach deweloper obiecał klientom dobry dojazd do Wrocławia - nie precyzując, że tym dojazdem będą osiedlowe uliczki sąsiadów. Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, kolejne inwestycje w Siechnicach - każda z nich dokłada auta do układu drogowego, który już dziś nie daje rady. Gdy nowe osiedla powstaną na Sołtysowicach, winnych znajdziemy pewnie wśród mieszkańców gminy Wisznia Mała albo Długołęki. Mechanizm jest ten sam.

Można byłoby zapytać: czy nie należy wstrzymać urbanizacji do czasu dostosowania układu komunikacyjnego? To pytanie pozornie radykalne, ale trzeba je zadać. Odpowiedź jest jednak oczywista - zakaz osadnictwa to absurd, bo instytucje publiczne: miasto, gmina, powiat, województwo, od lat nie wykonały realnych działań, żeby suburbanizacji przeciwdziałać. Przeciwnie - czerpały z niej korzyści budżetowe, pobierając podatki od nowych mieszkańców, opłaty od deweloperów i pieniądze ze sprzedaży działek, nie inwestując proporcjonalnie w drogi.

Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską. Płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów - nie dlatego, że to najlepsza trasa, lecz dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu publicznego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.

Za tę krótkowzroczność odpowiadają konkretne osoby. Dyrektor Urbanek i dyrektor Staruchowicz prowadzą politykę transportową tak, jakby na granicy Wrocławia kończył się świat. Ale są też inni: gdzie są urzędnicy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie jest prowadzący sprawy aglomeracyjne Jakub Mazur? To ich zadaniem jest widzieć dalej niż jeden remont i jedna kadencja. Jak dotąd - nie widać efektów tego widzenia.

Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00

Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie dla mieszkańców na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach. Na spotkaniu porozmawiamy o tym co można z tą sytuacją zrobić.

Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.