Czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?
Coraz więcej faktów wskazuje, że wrocławski system gospodarowania odpadami nie jest jedynie technicznym problemem samorządu, lecz polem gry polityczno-biznesowej, w której kluczowe role odgrywają ci sami ludzie, te same nazwiska i te same spółki. Oficjalnie – same przypadki. Nieoficjalnie – sieć powiązań, która coraz bardziej przypomina ośmiornicę.
Afera, która nie chce zniknąć
We Wrocławiu od miesięcy mówi się o „aferze śmieciowej”. To określenie początkowo funkcjonowało w kuluarach – wśród radnych, urzędników i ludzi związanych z branżą odpadów. W ostatnich dniach światło dzienne ujrzały nowe fakty. Stało się to dzięki publikacjom medialnym i kolejnym decyzjom ratusza, które zamiast uspokajać sytuację, tylko ją komplikują.
Problem nie dotyczy wyłącznie pieniędzy, choć te – liczone w setkach milionów a nawet miliardach złotych – są tu kluczowe. Chodzi również o zaufanie do państwa i samorządu, o elementarne standardy przejrzystości oraz o pytanie, czy politycy i ich najbliżsi powinni funkcjonować jednocześnie po obu stronach stołu: tej publicznej i tej biznesowej.
Tym bardziej, że haracz na styku obu stron barykady płacą nie politycy a zwykli mieszkańcy
Gazeta Wyborcza odsłania kulisy
Iskrą, która rozpaliła dyskusję na nowo, był tekst wrocławskiej „Gazety Wyborczej”. Dziennikarze opisali w nim działalność męża prominentnej posłanki Koalicji Obywatelskiej, Anny Sobolak – polityczki od lat specjalizującej się w tematyce gospodarki odpadami.
Z ustaleń wynika, że mąż posłanki przez długi czas zarabiał bardzo duże pieniądze, doradzając jednej z największych firm śmieciowych działających na terenie Wrocławia. Samo doradztwo – w oderwaniu od kontekstu – nie byłoby niczym nagannym. Problem pojawia się wtedy, gdy spojrzymy na całą sieć zależności.
Znamy bowiem tylko wierzchołek góry lodowej. Wiemy o trzech fakturach na 60 000 zł. Jednak czy to wszystko? Czy doradztwo miało miejsce wyłącznie względem jednej firmy, która zarabia na wrocławskich śmieciach? Sprawa powinna być przedmiotem szczegółowej analizy. Opinia publiczna powinna poznać fakty, jednak tu wszystko zależy wyłącznie od dobrej woli posłanki. Wyłącznie wyspecjalizowane organy dysponują narzędziami do weryfikacji jak było naprawdę.
Kim jest Anna Sobolak?
Dla wielu mieszkańców Wrocławia Anna Sobolak zaistniała w przestrzeni publicznej dzięki emocjonalnemu nagraniu, w którym zwracała się do prezydenta Ukrainy słowami “You are our hero!” i “Sława Ukrainie”. Być może to stamtąd wzięła standardy w relacjach między parlamentem a biznesem? Niech ten medialny obraz nie przysłoni jednak faktu, że Sobolak jest posłanką pierwszej kadencji, która do Sejmu dostała się z 6. miejsca na liście Koalicji Obywatelskiej, zdobywając 7675 głosów.
Wcześniej była szerzej nieznana poza wąskim gronem działaczy partyjnych. W kampanii wyborczej dała się jednak zapamiętać z innego powodu – miasto i okoliczne powiaty zostały dosłownie zasypane banerami z jej wizerunkiem oraz hasłem: „Oczyśćmy Polskę”. Hasłem nośnym, sugestywnym i – jak się dziś okazuje – nabierającym nieoczekiwanie ironicznego znaczenia.
Po wejściu do Sejmu Sobolak szybko zaczęła budować swoją pozycję jako jedna z bardziej aktywnych posłanek w obszarze gospodarki odpadami. Regularnie zabiera głos w Sejmie, składa interpelacje i występuje jako ekspertka od systemów śmieciowych. Jej aktywność dotyczy nie abstrakcyjnych regulacji, lecz bardzo konkretnych mechanizmów funkcjonujących w samorządach, w tym we Wrocławiu.
To właśnie w tym miejscu zachodzi obawa, że może nastąpić zasadniczy konflikt interesów – nawet jeśli formalnie nie został on nigdzie stwierdzony.
Polityczne wspólniczki – interesy i wspólny wróg

Sobolak nie działa w polityce sama. Jej najbliższą sojuszniczką jest Renata Granowska i drogi obu pań od lat biegną blisko siebie. Gdy Granowska kierowała wrocławską Platformą Obywatelską, Sobolak była sekretarzem struktur i szefową sztabu wyborczego w wyborach samorządowych.
Gdy pojawiały się potrzeby personalne, na przykład zatrudnienie w starostwie powiatowym najbliższej rodziny prominentnych radnych PO – Sobolak miała odgrywać kluczową rolę. Starosta Powiatu Wrocławskiego był w końcu jej asystentem społecznym, podobnie jak jego córka.
Dziś, mimo formalnego usunięcia Granowskiej z partii, współpraca trwa.
Obie polityczki łączy dziś także wspólny przeciwnik: regionalny baron Koalicji Obywatelskiej, Michał Jaros, oraz jego najbliższe otoczenie. Konflikt wewnątrz KO przenosi się na poziom samorządów i spółek komunalnych, gdzie stawką są realne pieniądze i wpływy.
W tym kontekście decyzje dotyczące Ekosystemu i przetargu śmieciowego przestają być wyłącznie techniczne. Stają się elementem politycznej rozgrywki.
Mąż posłanki i firma śmieciowa
Mąż Anny Sobolak nie jest anonimowym konsultantem z zewnątrz. Przez lata był prezesem wrocławskiej spółki Ekosystem, czyli miejskiego podmiotu odpowiedzialnego za gospodarkę odpadami. W 2024 roku, już jako prywatny doradca, współpracował z firmą, która aktywnie działa na terenie miasta i żyje z kontraktów związanych z odbiorem i zagospodarowaniem śmieci.
Według medialnych ustaleń poza wystawianiem tej firmie faktur miał spotykać się w 2024 roku z dyrektorem jednego z kluczowych departamentów Urzędu Miejskiego Wrocławia, któremu podlega nadzór właścicielski nad spółkami komunalnymi.
W tym nadzór nad Ekosystemem.
Sport, polityka i pieniądze
Wspomniana firma śmieciowa sponsoruje między innymi Spartę Wrocław i Śląsk Wrocław Handball. Sponsoring klubów sportowych to sposób, by dotrzeć do prominentnych polityków. W tym przypadku wszystkie ślady prowadzą do Renaty Granowskiej. W jaki sposób?
W czasie, gdy mąż posłanki Sobolak świadczył dla niej usługi, prezesem WKS-u był Wojciech Granowski. Nazwisko nie jest przypadkowe.
Renata Granowska wchodzi do gry
Wojciech Granowski jest mężem Renaty Granowskiej – dziś pierwszej wiceprezydent Wrocławia, a wówczas szefowej wrocławskich struktur Platformy Obywatelskiej. To ona w okresie świąteczno-noworocznym 2024 roku, poza oficjalną ramówką, pojawiła się w Radiu Wrocław, by niespodziewanie skomentować sytuację w Ekosystemie. Skąd takie nerwowe posunięcie?
Poza tłumaczeniem się z dziwnych wydatków opłacanych służbową kartą (26 000 zł na jedzenie i picie), odniosła się do niespodziewanej dymisji Izabeli Piekielnik, która kilka dni wcześniej rzuciła papierami w atmosferze skandalu.
Granowska mówiła o swoich wątpliwościach dotyczących przetargu na zagospodarowanie odpadów. Zwracała uwagę, że nastąpiła konieczność zadania pytań i o bezpieczeństwie finansowym mieszkańców. To ona wówczas publicznie postulowała objęcie przetargu tzw. tarczą antykorupcyjną ABW i CBA.
Deklaracja brzmiała poważnie. Jak się zapewne domyślacie – żadnej tarczy nie było, ale więcej o tym przeczytacie poniżej.
Przetarg, który zmienia wszystko
Czy na politycznych układach korzysta śmieciowy oligopol? Ekosystem przygotowywał się w 2024 roku do jednego z największych przetargów w swojej historii – postępowania na zagospodarowanie odpadów komunalnych, wartego setki milionów złotych. Równolegle spółka zawierała umowy z wolnej ręki, również dotyczące tej samej sfery działalności.
Stroną tych umów – tak się składa – była firma, która płaciła mężowi posłanki Sobolak za doradztwo. Przypadek? Być może. Dla publicznych pieniędzy taka sytuacja jest jednak skrajnie niebezpieczna.
Zwłaszcza że rozmowy męża posłanki z urzędnikiem miejskim miały dotyczyć sytuacji w spółce, którą wcześniej sam zarządzał. Dla porządku dodajmy, że zarówno posłanka jak i jej mąż temu zdecydowanie zaprzeczają.
Tarcza, której nie było
Jak ujawniła w innym materiale Gazeta Wyborcza, Ekosystem nie złożył wniosku do CBA o objęcie przetargu specjalną tarczą antykorupcyjną, choć prezes Paweł Karpiński wielokrotnie zarzekał się, że każdy dokument jest sprawdzany przez służby. Samo postępowanie został ogłoszony znacznie później niż planowano. Zanim to się stało dymisję złożyła dotychczasowa Prezes Ekosystemu – co w spółkach komunalnych zdarza się niezwykle rzadko.
Zamiast uspokojenia sytuacji pojawił się chaos. A w obronę spółki zaangażowała się wiceprezydent Renata Granowska, odpowiedzialna za kulturę, sport i część funduszy europejskich. Dlaczego właśnie ona? Tego nikt oficjalnie nie wyjaśnił.
Jedno jest natomiast pewne: firma, na rzecz której pracował mąż posłanki Sobolak, nie straciła na tym zamieszaniu. Przeciwnie – wykonuje zlecenia bez przetargu po znacznie lepszej niż dotychczas cenie.
Cień śledztwa i aresztowań
Na tym tle szczególnie niepokojąco brzmi inny fakt. Na oficjalnej stronie miasta Wrocławia można znaleźć informację, że prezes i członek zarządu wspomnianej firmy śmieciowej zostali zatrzymani w śledztwie dotyczącym nielegalnego wysypiska odpadów w Rudnej Wielkiej. Sąd zdecydował o ich tymczasowym aresztowaniu.
Mimo to spółka nie zniknęła z rynku. Wręcz przeciwnie – nadal aktywnie działa we Wrocławiu, pozostaje beneficjentem miejskiego systemu i buduje swój wizerunek poprzez sponsoring sportu.
Przetarg w zawieszeniu
Miasto – pod pretekstem, który wielu ekspertów określa jako absurdalny – odwołało przetarg na zagospodarowanie odpadów. Jak dowiedzieliśmy się we wtorek – firmy śmieciowe złożyły odwołanie od tej decyzji do Krajowej Izby Odwoławczej. Jej wyrok może podlegać dalszym zaskarżeniom więc sprawa może się ciągnąć miesiącami.
A funkcjonowanie miasta na podstawie umów z „wolnej ręki” ma swoich beneficjentów.
W okresie bez przetargu ktoś musi odbierać i zagospodarowywać odpady. I niemal pewne jest, że największa część tych pieniędzy trafi do firm, która już wcześniej były bardzo poważnymi graczami na wrocławskim, oligopolicznym rynku.
Zapłacą za to – oczywiście – Wrocławianie i Wrocławianki. Jak czytamy w Inforze mogą zafundować także tańsze śmieci w innych miejscowościach, bo dzięki wrocławskiemu eldorado są w stanie zdobywać nowe rynki.
„Firmy odpadowe startujące w przetargach w całej Polsce potrafią na jednych rynkach agresywnie zaniżać ceny – po to, by wygrać postępowanie – a następnie „odbić” sobie straty, oferując zdecydowanie wyższe stawki tam, gdzie samorząd ma ograniczone pole manewru (…). Z publicznie dostępnych danych wyłania się dość czytelny obraz: te same podmioty potrafią na mniejszych rynkach oferować stawki nawet o kilkadziesiąt, a w niektórych frakcjach o kilkaset procent niższe niż we Wrocławiu.
Za kompleksową usługę (odbiór, transport i zagospodarowanie) bioodpadów we Wrocławiu ta sama firma wyceniała tonę na 1 310 zł, podczas gdy w Chrzanowie – na 746 zł. W przypadku tworzyw sztucznych, metali i opakowań różnica jest jeszcze bardziej uderzająca: 1 410 zł za tonę we Wrocławiu wobec 725 zł w Chrzanowie. Przy przeterminowanych lekach skala rozjazdu sięga tysięcy złotych: 11 000 zł za tonę we Wrocławiu kontra 5 800 zł w Chrzanowie. W kluczowych frakcjach oznacza to różnice od około 70 do niemal 100 procent – przy tym samym wykonawcy.”
Małe miasto, wielkie przypadki
Wrocław bywa nazywany „dużym miastem o małomiasteczkowych relacjach”. Wszyscy się znają, wszyscy się spotykają, wszyscy mają do siebie numery telefonów. W takim środowisku przypadki rzeczywiście się zdarzają.
Problem w tym, że w aferze śmieciowej tych przypadków jest po prostu za dużo. Za dużo nazwisk, za dużo powiązań, za dużo decyzji, które zawsze – w dziwny sposób – układają się w korzystną całość dla tych samych podmiotów.
Coraz gorszy zapach
Można oczywiście tłumaczyć wszystko zbiegiem okoliczności. Można mówić o nagonce politycznej, medialnej przesadzie i złej woli krytyków. Tylko że z każdym kolejnym tygodniem ta historia coraz gorzej pachnie. To włoski zapaszek, który zamiast alpejską świeżością przypomina raczej klimat Neapolu. Czy mamy we Wrocławiu naszą Camorrę? Z pewnością nie, ale kto wie, nasi politycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.f
Mieszkańcy Wrocławia mają pełne prawo pytać, czy w mieście nie działa właśnie śmieciowa ośmiornica – system zależności, który oplata samorząd, politykę i biznes, skutecznie chroniąc swoich i wypychając na margines interes publiczny.
Bo w tej historii stawką nie są już tylko śmieci.
Stawką jest wiarygodność władzy.

