Młodość na wynajem. Dlaczego Wrocław każe nam spłacać cudze kredyty?
Maria Janicka
Mam 21 lat i mieszkam z rodzicami, żeby nie ładować połowy wypłaty w cudzy kredyt za wynajem. Wrocław nie ma polityki mieszkaniowej dla młodych. Nie ma pieniędzy na nowe mieszkania tymczasem deweloperom pozwala napychać kieszenie a z centrum zrobiono mieszankę hotelu i akademika, w którym dotychczasowi mieszkańcy stają się dekoracją. Za kilka lat straty będą niemożliwe do nadrobienia, dlatego należy działać teraz.
Mieszkania dla młodych to nie ideologia. To warunek, by Wrocław w ogóle miał przyszłość. Miasto może się rozwijać tylko wtedy, gdy pozyskamy i zatrzymamy u siebie określonych ludzi. To my jesteśmy kapitałem intelektualnym i napędem tego miasta. Inaczej czeka nas los miasta emerytów: małe przychody, wysokie koszty utrzymania infrastruktury i drastyczny spadek jakości życia. To grozi zapadnięciem się Wrocławia do środka, implozją którą przeżyli mieszkańcy np. Detroit. Tymczasem polityka miejska to pasmo zaniechań, które uderza w nas najmocniej. Władze myślą krótko: dla nich liczy się przetrwanie od absolutorium do absolutorium.
Miasto na papierze, my w rzeczywistości
Wrocławski magistrat zdaje się w ogóle nas nie dostrzegać. Oficjalnie, według GUS, w mieście mieszka 674 tysiące osób. Prawda wygląda inaczej: z raportu Uniwersytetu Wrocławskiego wynika, że pod koniec 2022 roku żyło tu ponad 893,5 tysiąca ludzi. Ta niemal 220-tysięczna różnica to w dużej części my: studenci i młodzi pracownicy bez meldunku, a także cudzoziemcy. Każdego października musimy toczyć walkę o jakikolwiek pokój do wynajęcia. Miasto dostaje fundusze na 675-tysięczną populację, a jego infrastruktura dusi się pod ciężarem prawie 900 tysięcy osób.
Centrum tylko dla turystów, a my na obrzeża
Zamiast zatrzymać nas w centrum, władze pozwalają mu pustoszeć. Z danych meldunkowych z 2026 roku wynika, że od 2005 roku aż 21 z 48 wrocławskich osiedli zanotowało ubytek mieszkańców. Wyludniają się Powstańców Śląskich, Ołbin, Gajowice, Nadodrze i Szczepin. Co się dzieje z młodymi ludźmi zakładającymi rodziny? Jesteśmy wypychani na obrzeża, na Jagodno, Maślice czy do Leśnicy. Budujemy tam życie bez odpowiedniej infrastruktury, gdzie szkoły pękają w szwach, a autobusy jeżdżą za rzadko. To kluczowe, aby wreszcie zatrzymać odpływ rodzin, zarówno tych, które chcą mieć dzieci, jak i tych, które już je mają, do wrocławskiego „obwarzanka”.
Dlaczego musimy uciekać z centrum? Bo jako młodzi na starcie przegrywamy z brutalnym rynkiem i najmem krótkoterminowym. Śródmieście się wyludnia. Starsi mieszkańcy wymierają, a ich dzieci rzucają dziedziczone lokale na rynek najmu dla turystów. W efekcie centrum staje się wielkim hotelem i akademikiem. Na miejscu starych mieszkańców powinni pojawiać się nowi, młodzi ludzie, w ramach zwykłej, naturalnej wymiany pokoleń, a nie podmiany ludności na tymczasowych, niezakorzenionych bywalców. Takie krótkie pobyty pozbawiają nasze osiedla tożsamości. Centrum powinno tętnić autentycznym życiem, a nie przypominać scenografię dla turystów i tymczasowych najemców.
Miasto nie robi absolutnie nic, by temu realnie przeciwdziałać, a państwo dokłada cegiełkę, tworząc do niczego nienadającą się ustawę o najmie krótkoterminowym. Zamiast zastanowić się z czego wynika baby boom w gminach Kobierzyce, Siechnice, Długołęka, Miękinia czy Kąty Wrocławskie - miasto woli antagonizować mieszkańców, których dzieli tylko formalna granica. Szczuje się mieszkańców Wrocławia przeciwko ludziom, których nie stać było na założenie rodziny w granicach miasta. To w ich indywidualnych zachowaniach urzędnicy doszukują się przyczyn korków i niewydolności transportowej zamiast odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego Wrocław przegrał konkurencję o ich życiowe decyzje z gminami wokół? Czy ktoś przeanalizował to jak wysokość ceny mieszkań we Wrocławiu wpływa na tę sytuację?
Nikt nie myśli o naszej grupie wiekowej, a tu potrzebne są zdecydowane działania. Wystarczy spojrzeć na Barcelonę i Amsterdam. Tam po radykalnym ograniczeniu najmu krótkoterminowego czynsze spadły o 20%. To może i powinno stać się również przyszłością Wrocławia.
Miliony dla deweloperów, okruchy dla mieszkańców
Gdy apelujemy o rewitalizację i budownictwo komunalne, słyszymy, że „nie ma pieniędzy”. To kłamstwo. Program rewitalizacji wyznaczonych obszarów leży w urzędniczej szufladzie od 2021 roku, a petycję o przeznaczenie 160 milionów złotych rocznie na ten cel Rada Miejska po prostu odrzuciła.
W tym samym czasie miasto oddaje gigantyczne kwoty deweloperom. Zobaczmy, jak to działa w trybie specustawy „lex deweloper”. Działka, na której zgodnie z planem miasta nie można budować mieszkań, po decyzji Rady Miejskiej staje się terenem pod osiedle. Jej wartość rośnie wtedy dziesięcio-, a nawet kilkunastokrotnie. To nie jest efekt pracy dewelopera, który nie położył jeszcze ani jednej cegły, tylko skutek decyzji administracyjnej. Inwestor może na tym etapie zakończyć przedsięwzięcie, zarobić i zapomnieć o sprawie. Miasto zostaje z kosztami: szkołami, drogami i komunikacją.
SOS Wrocław policzył to na podstawie dokumentów z KRS-u w dwóch przypadkach:
- ul. Lotnicza: wartość działki wzrosła z ok. 10 do ok. 80 mln zł. Przy podziale zaproponowanym przez SOS (połowa wzrostu na inwestycje towarzyszące) miasto dostałoby ok. 35 mln zł. Dostanie 9–10 mln, a ma tu powstać ok. 550 mieszkań.
- ul. Armii Krajowej / Kwidzyńska: wartość działki wzrosła z 30 do ponad 300 mln zł. Przy tym samym podziale dla mieszkańców byłoby ok. 150 mln zł. Trafi do nich mniej niż 20 mln.
Tylko w tych dwóch przypadkach miasto przez swoje zaniechania straciło na rzecz inwestorów nawet 150 milionów złotych. Tymczasem zgłoszonych wniosków „lex deweloper” jest dziś kilkanaście. Czysto teoretycznie, odzyskując te pieniądze dla budżetu, można by uzyskać środki na budowę tysięcy nowych mieszkań dla młodych. Ale ktoś musiałby realnie chcieć we Wrocławiu zmienić.
Co roku na rynek trafia we Wrocławiu 8-9 tysięcy mieszkań deweloperskich. Wprowadzenie na rynek co roku nawet choćby 500 nowych, tanich, miejskich mieszkań na wynajem może mieć olbrzymi wpływ na stawki cen mieszkań i najmu.
Stwórzmy plan dla dostępnych mieszkań dla młodych
Przeszkodą w stworzeniu sprawiedliwego Wrocławia nie są przepisy, lecz politycy i ich brak woli. Tryb „lex deweloper” się kończy, ostatnie wnioski są właśnie rozpatrywane, a zostanie nam Zintegrowany Plan Inwestycyjny (ZPI). To szansa, by odwrócić ten chory trend. Jako środowisko skupione wokół SOS Wrocław domagamy się konkretnych działań:
- Powołanie miejskiego funduszu mieszkaniowego. Środki zasilające fundusz powinny pochodzić m.in. z renty planistycznej i kontrybucji od inwestorów przy przekształceniach w trybie ZPI a z czasem - z utrzymania nowego zasobu tanich mieszkań, które zamiast kieszenie deweloperów - będą pracowały na nowe, tanie mieszkania dla młodych. Do funduszu powinny trafiać również środki z podatku od nieruchomości pobieranego od obiektów zamieszkania zbiorowego.
- Pobieranie renty planistycznej i społecznej partycypacji od deweloperów. Część zysków ze wzrostu wartości nieruchomości na skutek decyzji administracyjnych musi trafiać od deweloperów do miasta i być przeznaczana na budownictwo komunalne i czynszowe.
- Najem Mieszkania dla Młodych - nowy program Miasta Wrocław. Dla najistotniejszych dla rozwoju miasta grup zawodowych powinniśmy drastycznie poszerzać ofertę taniego najmu mieszkań zarządzanego przez instytucje komunalne. Nie chodzi jednak o najem komunalny, socjalny, SIM czy TBS a o poszerzenie oferty na rynku o atrakcyjny najem. Studenci muszą otrzymać szansę na godny start w dorosłość, by później zostali w mieście (najlepiej możliwie blisko centrum), zamiast oddawać połowę pensji za wynajmowaną kawalerkę na peryferiach albo za granicą miasta.
- Przywrócenie na rynek pustostanów w kamienicach komunalnych. Setki mieszkań czekają na najemców ze względu na opóźnienia w rozstrzygnięciach własnościowych czy niezbędne prace remontowe.
- Koniec z krótkoterminowym wynajmem w centrum i turystyfikacją osiedli mieszkaniowych. Oczekujemy przywrócenia tych mieszkań na rynek długoterminowy, by zwiększyć ich podaż. Niech mieszkanie będzie mieszkaniem a hotel hotelem - z odpowiednią stawką podatku.
- Uchwalenie Gminnego Programu Rewitalizacji. Wymagamy odpowiedniego budżetu na remonty kamienic i przeciwdziałanie wypychaniu z nich uboższych mieszkańców.
Rządzą nami elity, które wprowadziły mieszkaniowy feudalizm
Ci, którzy dziś rządzą, sami tego nie zmienią, bo zbyt chronią obecne grupy interesu. Polityka mieszkaniowa dla młodych musi stać się prawem, którego nie da się zlikwidować po najbliższych wyborach. Nie oczekuję, że ktoś da mi mieszkanie za darmo. Chcę po prostu uczciwych zasad: miasta, w którym polityka mieszkaniowa chroni mieszkańców, a nie spekulantów. Dopóki to inwestorzy będą dyktować warunki we Wrocławiu, my, wchodzący w dorosłość, zawsze będziemy zmuszeni do spłacania cudzych kredytów w zamian za wynajem klitki. Ta forma to współczesna pańszczyzna - będziemy harować na ,,panów”, oddając im owoce naszej pracy za sam przywilej dachu nad głową. Taki system dusi nas każdego dnia, kradnie nam przyszłość, spokój i szanse na normalne założenie rodziny. Czy oczekujemy tak dużo? Czas z tym skończyć, bo bez młodych ludzi to miasto po prostu nie ma żadnej przyszłości.
Czy będą w stanie podjąć się tego obecne władze, które tak zżyły się z betonowym lobby, że aż deweloper reprezentował prezydenta z mównicy na sesji Rady Miejskiej Wrocławia? Czy zrobi to najwyższe kierownictwo urzędu, które z deweloperami regularnie spędza wolny czas a ich rodzina wprost była powiązana biznesowo z branżą budowlaną? A może zrobią to dla nas radni - gdy szef komisji architektury publicznie podejmuje się misji “odczernienia” wizerunku deweloperów i wprost lobbuje na ich rzecz, a szef komisji odpowiedzialnej za mieszkalnictwo został złapany z prospektem dewelopera podczas urabiania radnych osiedla by poparli jego inwestycję? A może zrobią to urzędnicy niższego rzędu, którzy regularnie stawiali interesy deweloperów nad interes mieszkańców?
Jak długo jeszcze pozwolimy im się wyzyskiwać?
Nikt z nich tego nie zrobi. Nie są w stanie, bo realizacja takiego programu oznacza wprost zatrzymanie wzrostu cen mieszkań albo ich obniżkę. Bo oznacza spadek wysokości czynszów. Bo oznacza wolność dla dziesiątek tysięcy młodych ludzi, których dziś wyzyskują elity, które przyssały się do władzy i fruktów, które pozyskują dzięki miejskim decyzjom. A dla mocodawców tych elit oznacza mniejszy zarobek i konieczność skupienia się na bardziej produktywnych formach zarabiania niż feudalne wyzyskiwanie młodych.
Tylko obywatele mogą zadbać o własny interes. A zrobią to tylko wtedy, gdy zła władza zostanie strącona z okupowanych stołków. Bo korzysta z przywilejów, by nasycić siebie i swoje otoczenie zamiast służyć mieszkańcom.
Nie chodzi nam przecież o darmowe mieszkania. Chodzi o elementarną sprawiedliwość. Czy my, młodzi podejmiemy wyzwanie by sięgnąć po to, co nam się po prostu należy? Czy wygra w nas oportunizm i przyzwyczajenie do tego, że starsze pokolenia dyktują nam zasady działania? Zapraszam do dyskusji
Kolejna umowa z wolnej ręki na odbiór odpadów? Ekosystem nadal nie radzi sobie z przetargiem
“Wolna ręka” czy zawsze można z niej skorzystać ?
Jak pisaliśmy w naszych wcześniejszych tekstach śledzących działania Ekosystemu i sytuację wrocławskich śmieci, problem ten narasta od dłuższego czasu. Od lipca 2025 roku odbiór odpadów komunalnych we Wrocławiu realizowany jest przez wykonawców w ramach umów z tzw. „wolnej ręki”. W praktyce oznacza to, że podmioty te nie konkurują ze sobą w otwartym postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego, lecz zawierają kontrakty z miastem w drodze bezpośrednich negocjacji.
Pojawia się zatem zasadnicze pytanie o zgodność takich działań z prawem. Wrocławscy urzędnicy zapewniają o legalności tego procederu, jednak przepisy Prawa zamówień publicznych stanowią jasno: zawarcie umowy z wolnej ręki to tryb o charakterze ściśle wyjątkowym. Może on mieć zastosowanie wyłącznie w sytuacji, gdy przeprowadzenie procedury konkurencyjnej jest obiektywnie niemożliwe, a przyczyny tego stanu rzeczy w żadnym stopniu nie leżą po stronie zamawiającego.
20 miesięcy bezowocnych zmagań Ekosystemu z przetargiem
W przypadku Wrocławia trudno mówić o braku winy po stronie miasta. Spółka Ekosystem, odpowiedzialna za organizację przetargu, ewidentnie nie radzi sobie z tym zadaniem. Wystarczy spojrzeć na oś czasu tego chaosu: wszystko zaczęło się w marcu 2025 roku od ogłoszenia przetargów na sześć sektorów. Potem odwołania wykonawców i rozprawy w Krajowej Izbie Odwoławczej a także zwolnienie z pracy osób, które ostrzegały zarząd, że sprawy idą w złym kierunku i proponowały dokonanie zmian specyfikacji. Po fatalnych w skutkach dla Gminy Wrocław wyrokach sądu (15 października 2025 r.) i Krajowej Izby odwoławczej, w dniu 30 grudnia 2025 r. Ekosystem unieważnił przetargi na wszystkie sektory sugerując w trakcie konferencji prasowej jakoby doszło do wycieku informacji z przetargu. Z tą decyzją nie zgodzili się wykonawcy i zaskarżyli unieważnienie do Krajowej Izby odwoławczej.
Natomiast 9 marca 2026 r. Krajowa Izba Odwoławcza wydała wyrok w którym nie zgodziła się z decyzją Ekosystemu i wytknęła poważne błędy w działaniu Zamawiającego. 9 kwietnia 2026 r. po miesiącu od wyroku Ekosystem ,,unieważnił” unieważnienie i przetarg miał toczyć się dalej, jednak po kolejnym zaskakującym odwołaniu, które Ekosystem uznał w części Krajowa Izba Odwoławcza po wycofaniu przez wykonawcę pozostałych zarzutów umorzyła postępowanie co ważne bez merytorycznego rozpoznania zarzutów. W ten sposób Ekosystem swoim działaniem doprowadził do sytuacji w której unieważnił postępowania w dniu 3 czerwca 2026 r.
Pierwsze postępowanie zostało anulowane na podstawie wątpliwych i niczym niepopartych przesłanek. Wygląda na to, że Ekosystem działał tylko po to aby przedłużyć okres w którym wykonawcy wykonują odbiór odpadów na zlecenie z wolnej ręki. Zastanawiający jest również fakt, że kolejny przetarg ogłoszono dopiero po upływie dwóch miesięcy w dniu 27 lipca 2026 r., mimo wcześniejszych, publicznych deklaracji zarządu spółki o pełnej gotowości dokumentacji.
Całkowicie niezrozumiałe jest w tym kontekście oburzenie Prezesa Ekosystemu skierowane w stronę wykonawców, którzy zgodnie z obowiązującymi przepisami składają odwołania. Formułowanie zarzutów, iż firmy skarżą zapisy specyfikacji, które były już wcześniej przedmiotem sporów, świadczy o lekceważeniu transparentności procedur. Każdy podmiot posiadający doświadczenie na rynku zamówień publicznych ma pełne prawo patrzeć urzędnikom na ręce i weryfikować poprawność tworzonej przez nich dokumentacji.
Co może się wydarzyć w najbliższym czasie?
Kolejny termin otwarcia ofert wyznaczono na 30 października 2026 roku. Dotychczasowy przebieg procedury pozwala jednak przypuszczać, że i ten termin może nie zostać dotrzymany. W dniu 12 października Krajowa Izba Odwoławcza ogłosiła wyrok w sprawie odwołań wykonawców. Ekosystem musi uwzględnić ten wyrok i zmienić specyfikację a także odpowiedzieć na pytania jeżeli wpłynęły. Zgodnie z oficjalnymi danymi z Centralnego Rejestru Umów, obecne, awaryjne kontrakty zawarte z wolnej ręki obowiązują od 1 września do 28 lutego 2027 roku. Zasadnym jest więc pytanie: czy Ekosystem zdąży rozstrzygnąć postępowanie do tego czasu, czy też czeka nas kolejne przedłużanie umów poza rygorem konkurencyjnym?
Analiza realności tych terminów nie pozostawia złudzeń. Nawet jeśli oferty faktycznie zostaną otwarte 30 października, przed urzędnikami długa ocena dokumentów, na którą z pewnością nałożą się ewentualne kolejne odwołania do KIO. Do tego dochodzi absolutnie kluczowy czas na mobilizację wybranego wykonawcy zgodnie z zapisami specyfikacji to dwa miesiące. To mocny argument za tym, że kolejne przedłużenie umów "z wolnej ręki" jest w zasadzie nieuniknione.
Konsekwencje dla mieszkańców i wizerunkowa porażka miasta
Z tym wiąże się kolejny ogromny problem, czyli koszty dla miasta. Brak przetargu zmusza gminę do podporządkowania się dyktatowi cenowemu wykonawców. Analizując nawet szczątkowe informacje z CRU czy rynkowe szacunki widać wyraźnie, że przedłużanie awaryjnych umów to gigantyczne koszty, a różnica w cenie względem konkurencyjnych ofert przetargowych uderza bezpośrednio w budżet miasta.
Sytuacja ta rzutuje na wizerunek miasta w skali całego kraju. Temat wrocławskiego przetargu na odpady stał się branżowym antyprzykładem. Podczas ogólnopolskich szkoleń z zakresu gospodarki odpadami eksperci wprost przestrzegają samorządowców przed naśladowaniem „doświadczeń” stolicy Dolnego Śląska. Omawiany jest tam m.in. wyrok sądu, który wprost stwierdził, że wrocławska specyfikacja została napisana z naruszeniem prawa.
Śledztwo w toku: nieudolność czy celowe działanie?
Pytanie otwarte brzmi: jak długo mieszkańcy Wrocławia będą obarczeni ryzykiem i konsekwencjami organizacyjnej nieudolności miejskiej spółki? Czy jest to nieudolność czy celowe działanie. Przypomnijmy, że sprawie przyglądają się prokuratorzy z Katowic. To na ich zlecenie 5 marca 2026 r. w spółce Ekosystem i Urzędzie Miejskim Wrocławia doszło do przeszukania i zabezpieczenia dokumentów o czym już informowaliśmy.
Czy mieszkańcy mogą coś zmienić?!
Tak trzeba zmienić ludzi odpowiedzialnych za ten bałagan. Zarówno w spółce Ekosystem jak i tych, którzy pozwalają a zajmują najwyższe stanowiska. Będziemy na bieżąco monitorować rozwój tej sytuacji.
Poniżej znajdują się linki do naszych wcześniejszych publikacji związanych z tą sprawą:
https://www.facebook.com/watch/?v=959025367255368
https://www.facebook.com/share/p/1PtFN23Sfq/
https://www.facebook.com/share/p/19TMUfJcWL/
https://www.facebook.com/share/p/1976qfm4Zj/
https://www.facebook.com/share/p/1F4hxs8Qhk/
https://www.facebook.com/share/p/1F4hxs8Qhk/
https://www.facebook.com/share/r/19quw8i6eN/
https://www.facebook.com/share/p/1BUu9m4TGo/
https://www.facebook.com/share/v/1GeUvLLFQB/
SUTRYK PRZED SĄDEM! O CO WŁAŚCIWIE CHODZI I ZA CO PREZYDENT WROCŁAWIA ZASIĄDZIE NA ŁAWIE OSKARŻONYCH!
Już 15 października rusza jeden z najgłośniejszych procesów związanych z aferą Collegium Humanum. Głównym bohaterem jest prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk, który stanie przed Sądem Okręgowym w Warszawie (VIII Wydział Karny). Rozprawy wyznaczono na 16, 20, 22, 23 i 30 października, a odbędą się one poza głównym gmachem sądu, w obiekcie przy ul. Kocjana 3. Zanim jednak usłyszymy pierwsze wyjaśnienia, przypomnijmy sobie, jak to było i co dokładnie zarzuca się włodarzowi naszego miasta.
Afera Collegium Humanum to tak zwana wielkoskalowa "fabryka dyplomów", w której handlowano fałszywymi świadectwami ukończenia studiów (głównie MBA) w zamian za łapówki. Proceder ten służył omijaniu prawa, by móc obsadzać lukratywne stanowiska w państwowych i samorządowych spółkach. W ten niechlubny biznes wpisał się również Jacek Sutryk, któremu najwyraźniej po prostu... nie wystarczało kasy na codzienne wydatki! Przecież wiadomo, że za takie pieniądze nie da się utrzymać jednoosobowego gospodarstwa domowego, a trudno jest oczekiwać, by prezydent przymierał głodem. Żalił się zresztą na to tu i ówdzie. Jak więc sobie dorobić? Zwłaszcza, że pilnie potrzebne były pieniądze na willę na Sępolnie!
Jacek Sutryk zasiadał więc w radach nadzorczych spółek komunalnych m.i. w Tychach i Gliwicach, do tego właśnie potrzebny był dyplom MBA. A potem? Potem to już "piekła nie ma".
Prokurator miał jednak inne zdanie na temat tego dorabiania - postawił Jackowi Sutrykowi łącznie cztery zarzuty (jeden o charakterze korupcyjnym oraz trzy dotyczące oszustwa), a prezydent ostatecznie zasiądzie na ławie oskarżonych:
- Zarzut korupcyjny: Dotyczy on wręczenia korzyści majątkowej ówczesnemu rektorowi uczelni (Pawłowi Cz.) w zamian za uzyskanie poświadczającego nieprawdę świadectwa MBA, bez faktycznego odbycia studiów. W zamian za ten "papier" rektor miał otrzymać funkcję w radzie programowej Wrocławskiego Parku Technologicznego oraz umowę doradczą opiewającą na 75 tysięcy złotych.
- Trzy zarzuty oszustwa: Prezydent miał posługiwać się tym fałszywym dyplomem, aby wprowadzić w błąd przedstawicieli trzech spółek samorządowych. Dzięki temu oszustwu zasiadał w ich radach nadzorczych, co przyniosło mu około 500 tysięcy złotych nienależnego wynagrodzenia.
Prezydent Wrocławia oczywiście odrzuca oskarżenia i deklaruje pełną gotowość do obrony przed niezależnym sądem. Do niedawna jego obroną zajmował się profesor Łukasz Błaszczak. Dostawał on hojne zlecenia z miasta i nierzadko nas straszył. Trzeba przyznać, że co do wiedzy i doświadczenia profesora można było mieć pewne zaufanie. Sutryk miał przy nim pełne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.
A tu nagle BUM! W przeddzień rozpoczęcia procesu doszło do absolutnie sensacyjnej zmiany!
Profesor nie jest już obrońcą. Na jego miejsce, w blasku fleszy, wchodzi Przemysław Rosati, czyli adwokat z najwyższej półki. To prezes Naczelnej Rady Adwokackiej i sędzia Trybunału Stanu, a prywatnie przyjaciel Romana Giertycha i Jacka Dubois. To przecież ścisłe środowisko adwokatów związanych z obecną władzą!
Co oznacza ta zmiana na chwilę przed procesem? Nasuwa się bardzo ważne pytanie: ile i kto za to płaci? Z pewnością usługi takiego mecenasa do tanich nie należą. Za co dokładnie jest tu płacone? Za wiedzę i rzetelne umiejętności, czy też może za renomę, układy, kontakty i koneksje?!
Czy patrząc na ten ruch, można już z góry przyjąć, że pan prezydent zostanie uniewinniony od zarzutów, a prokuratura zostanie po prostu wystrychnięta na Dudka? Czy prokuratura stworzy z tego czysty proces polityczny? W końcu to "prokuratura Żurka" - jakże miałaby gnębić naszego "ukochanego przez mieszkańców Wrocławia prezydenta"...
Co będzie dalej? Poczekamy, zobaczymy. Z pewnością na sali sądowej zostanie ujawnionych wiele rzeczy, które mogą dosłownie zszokować opinię publiczną. Wiele się dowiemy z wyjaśnień, które złoży sam prezydent Jacek Sutryk. W końcu publicznie obiecał, że udowodni swoją niewinność przed sądem i przedstawi na to twarde dowody.
My trzymamy za słowo i bacznie obserwujemy!
Podpisy złożone. Wrocławianie mówią „DOŚĆ!” kolesiostwu i drożyźnie!
W zaledwie dwa tygodnie zjednoczyliśmy siły ponad podziałami i zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod obywatelskim projektem obniżki opłat za śmieci. To wielki sukces wrocławian i jasny sygnał dla władzy: nie damy się dłużej traktować jak dojne krowy! Podczas dzisiejszej konferencji prasowej podsumowaliśmy tę ekspresową zbiórkę i postawiliśmy Radzie Miejskiej twarde warunki.
Kiedy obywatele budzą się, by walczyć o swoje prawa i sprzeciwiać się opresji, wrocławska władza uważa, że najlepiej jest ich zwalczać. Piotr Uhle, reprezentujący naszą inicjatywę, ostro skomentował skandaliczne słowa przedstawicielki Koalicji Obywatelskiej, która na antenie Radia Wrocław nazwała walkę o niższe opłaty i zwolnienie niepotrzebnych urzędników „akcją dywersyjną” i „destrukcją samorządu”.
- W mojej opinii jest to absolutnie niedopuszczalne, ale z drugiej strony paradoksalnie to może być prawda. Bo my prowadzimy akcję dywersyjną względem układu kolesi, którzy po prostu funkcjonują w mieście i w jednostkach pod niego podległych - podkreślił Uhle.
Zjednoczeni ponad podziałami dla mieszkańców
Naszą akcję wsparli obywatele, społecznicy i politycy z różnych stron sceny politycznej - działaliśmy bez szyldów partyjnych. Ramię w ramię z SOS Wrocław w zbiórkę zaangażowali się m.in. posłanka Marta Stożek (Razem), radny Łukasz Kasztelowicz z Prawa i Sprawiedliwości, Nowa Fala Dolnośląskie oraz przedstawiciele Konfederacji.
Posłanka Marta Stożek zwróciła uwagę, że tak błyskawiczne zebranie podpisów świadczy o tym, jak bardzo bolesne są dla mieszkańców ostatnie podwyżki. Obaliła też mit o tym, że we Wrocławiu mieszkają wyłącznie ludzie bogaci, opływający w dostatki, rosnące koszty uderzają w domowe budżety wszystkich, w tym również osób pracujących w instytucjach miejskich. Z kolei Łukasz Kasztelowicz przypomniał ekipie rządzącej, że finanse publiczne nie mają barw partyjnych. Zamiast sięgać do kieszeni mieszkańców, miasto powinno zapanować nad rozrostem biurokracji i własnymi kosztami utrzymania.
Dramat seniorów na wrocławskich targowiskach
Helena Kosztyło z Nowej Fali opowiedziała o bezpośrednich spotkaniach z mieszkańcami. Zbierając podpisy na targowiskach, gdzie zakupy robią osoby w najtrudniejszej sytuacji finansowej, widziała ludzi, których nie interesowała wielka polityka ani to, kto z jakiej jest partii. Z niepokojem pytali tylko o jedno: czy jest realna szansa na to, że rachunki wreszcie spadną.
Dla wielu wrocławskich seniorów i rencistów zawyżone opłaty to dziś dramatyczny wybór - czy danego dnia zostanie zjedzone śniadanie, czy opłacone śmieci. Na takie traktowanie mieszkańców przez miasto po prostu nie ma naszej zgody!
Czas na test dla Rady Miejskiej
Złożyliśmy podpisy, teraz piłka jest po stronie radnych i prezydenta Wrocławia. Jak zauważył Łukasz Kasztelowicz, istnieje realne zagrożenie, że układ rządzący będzie próbował zablokować naszą uchwałę, zgłaszając wniosek o niedopuszczenie do dyskusji na sesji Rady Miejskiej.
Apelujemy do wszystkich radnych: nie szukajcie wymówek, nie zasłaniajcie się polityką i nie usprawiedliwiajcie swojej bierności!. To będzie Wasz test. Albo staniecie po stronie mieszkańców, którzy domagają się godnego życia w tym jednym z najdroższych miast w Polsce, albo staniecie po stronie mafii śmieciowych i kolesiostwa pasącego się na najwyższych opłatach w kraju.
Będziemy patrzeć Wam na ręce! Dziękujemy wszystkim, którzy złożyli swój podpis i wsparli naszą dywersję w słusznej sprawie. Pełne nagranie z konferencji znajdziecie na naszych profilach w mediach społecznościowych.
Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!
Ile zarabiają zarządy spółek?
Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:
- Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej.
- Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
- ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie.
- WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu.
- Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
- Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
- Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
- Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
- Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.
Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne.
W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy
Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy.
Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy
Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.
Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:
- Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie. Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
- Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
- Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!
„Odpowiedź jest negatywna"
Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!
Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?
Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!
Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?
Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.
Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
Cóż szkodzi obiecać. To prawdziwe motto władzy, która rządzi Polską i Wrocławiem. Mieszkańców południa miasta władza traktuje szczególnie brutalnie, niemal ostentacyjnie zapominając o danym wcześniej słowie, gdy tylko mija kampanijne wzmożenie. Jagodno, Wojszyce, Ołtaszyn - nie mają obywatele łatwego życia z koalicją obywateli.
Urzędowe oszustwa: najpierw tramwaj, teraz szkoła
Jeszcze niedawno mieszkańcom Jagodna obiecywano tramwaj. Dostali autobusy. Teraz scenariusz powtarza się ze szkołą. Jeśli powstanie zespół szkolno-przedszkolny przy Smardzowskiej, to na Jagodnie już nigdy realnie nie powstanie. Takie jest nasze zdanie i przy naszej obecnej demografii nie będzie go trudno bronić. Wyjaśniamy poniżej dlaczego, a po drodze cytujemy pismo samego wiceprezydenta.
Obietnice były. Jagodno, osiedle bardzo aktywne wyborczo, nie ma własnej szkoły podstawowej. Politycy koalicji spotykali się z jego mieszkańcami w szkole na sąsiednich Wojszycach przy Asfaltowej. Padały zapewnienia, trwały rozmowy. 17 lutego 2025 r., w obecności wiceprezydenta Ryszarda Kesslera,
- Na spotkaniu padały twarde obietnice uruchomienia szkoły na Lutosławskiego jak najszybciej - mówi nam Krystian Adamski, Wiceprzewodniczący Zarządu Osiedla Jagodno. - Początkowo oni mówili sami o wrześniu 2028, jak zaczęliśmy dopytywać czy aby na pewno w 3 lata zdążą to zaczęli kluczyć ze może jakie opóźnienia mogą być z uwagi na przekazanie gruntu. Teraz jakoś słabo się starają - dodaje radny.
Departament Edukacji potwierdził, że budowa nowego zespołu szkolno-przedszkolnego na Jagodnie jest priorytetem miasta, i zwrócił się do Wydziału Finansów Oświatowych o jak najszybsze pozyskanie działki od KOWR.
Miasto wiedziało od lat, że Jagodno potrzebuje szkoły
Miasto wiedziało od lat. Już w konsultacjach do wytycznych dla Jagodna (Biuro Rozwoju Wrocławia, 2019) mieszkańcy wskazywali brak placówek oświatowych i postulowali budowę szkoły. Wytyczne wskazały rezerwy pod szkołę na Jagodnie (przy klinie wojszycko-jagodzińskim i przy ul. Sarniej) oraz teren pod oświatę przy Buforowej. Smardzowskiej w tym dokumencie nie ma.
O sprawę zabiegała Rada Osiedla Jagodno i radny Krystian Adamski. W czerwcu 2026 r. Rada Osiedla uchwałą poprosiła o przyspieszenie prac. W lipcu Wydział Finansów Oświatowych odpowiedział, że grunt wciąż jest w procedurze nabycia od KOWR, a po jego przejęciu „podejmowane będą dalsze działania". I co? Łyso Wam teraz?
Co miasto odpowiedziało we wrześniu. 14 września 2026 r. wiceprezydent Kessler odpowiedział na zapytanie radnej Agnieszki Duszy, czy miasto planuje szkołę na Jagodnie. Pierwszą rzeczą, którą wymienił, nie była szkoła na Jagodnie. Była nią placówka przy Smardzowskiej, budowana z prywatnym inwestorem, która ma ruszyć od września 2028 r. i stanowić „istotne uzupełnienie istniejącej sieci oświatowej" dla mieszkańców Jagodna i Wojszyc. O szkole na gruncie KOWR pismo mówi ogólnie: o „inwestycji oświatowej, w tym budowie szkoły podstawowej", z trwającym podziałem działek 1/110 i 1/112. Nie podaje ani terminu, ani harmonogramu. A na pytanie, dlaczego szkoły na Jagodnie nie planuje się dziś wprost, wiceprezydent odpowiada, że „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu".
Porównajmy to z wcześniejszym językiem miasta. W lutym 2025 r. i w lipcu 2026 r. mówiono o priorytecie i o zespole szkolno-przedszkolnym. We wrześniu 2026 r. nie ma już ani priorytetu, ani terminu, jest za to „nie ma obowiązku". Oficjalna notatka z lutego 2025 r. nie podaje żadnej daty. Terminy 2028–2029, a nawet 2030 pochodzą z relacji uczestników spotkania. Dziś nie ma ani gruntu, ani projektu budowlanego, ani oficjalnej daty.
Dlaczego Smardzowska zabije szkołę na Jagodnie?
- Zniknie powód. Prawie tysiąc miejsc dla dzieci przy Smardzowskiej (SP 600, przedszkole 350, żłobek 48) to skala, której potrzebuje Jagodno. Miasto samo przedstawia ją jako odpowiedź na potrzeby Jagodna. Może więc ogłosić, że problem rozwiązano, bo nowa placówka stoi i przyjmie dzieci z południa.
- Zniknie presja. Rodzice z Jagodna dostaną miejsca „gdzieś obok", więc przestaną naciskać. A to właśnie presja mieszkańców przez lata wymuszała każdy krok.Z czasem maleć będzie też presja demograficzna.
- Zniknie budżet. Dwie duże placówki w sąsiednich osiedlach to wydatek, którego miasto trudno uzasadni. Pierwsza, prywatna, ma ruszyć we wrześniu 2028 r. Druga, na gruncie od Skarbu Państwa, nie ma oficjalnej daty i wciąż nie ma gruntu.
- Zadecyduje argument „obwodu". Wiceprezydent podkreśla, że sieć szkół opiera się na obwodach, a nie na osiedlach. Obwód SP nr 11 obejmuje Jagodno i część Wojszyc. To otwiera drogę do rozwiązania wyłącznie administracyjnego: nowa placówka na Wojszycach, zmiana obwodów, a argument o braku szkoły na Jagodnie znika bez jednej łopaty ziemi przy Lutosławskiego. Pytamy, czy to właśnie jest plan.
Wojszyce zapłacą rachunek
A co z mieszkańcami Wojszyc? Dostali niedawno szkołę na Asfaltowej i płacą za to korkami. Teraz mają dostać drugą:
- budynek ma mieć około 125 m długości i 15–18 m wysokości, z boiskiem na dachu, a według pomiarów mieszkańców stanie 11,4–20 m od granic ich domów i ogrodów;
- szacują oni 1200–1600 przejazdów samochodowych dziennie po uliczkach, na których dziś bawią się dzieci;
- działka ma 0,8 ha, a teren SP 11 przy Asfaltowej 3,6 ha;
- mieszkańcy twierdzą, że o inwestycji dowiedzieli się dopiero we wrześniu, po wakacyjnej decyzji o pozwoleniu na budowę, oraz że dwie sąsiednie wspólnoty zostały pominięte jako strony postępowania. Złożyli odwołania do wojewody.
Dlaczego władza tak bardzo oderwała się od rzeczywistości? Zarządza miastem z tabelek i Excela, z biurka, z którego wszystko wygląda na dobrze zorganizowane. Z poziomu Smardzowskiej, Wierzyńskiego i Asfaltowej o ósmej rano widać co innego. Czy ktoś w ogóle tym miastem rządzi?
Czego żądamy
Pytania do prezydenta:
- Czy miasto potwierdza, że w rejonie ul. Lutosławskiego powstanie szkoła podstawowa lub zespół szkolno-przedszkolny, w jakim terminie i o jakiej wielkości? Co oznacza sformułowanie „w tym budowę szkoły podstawowej"?
- Czy placówka przy Smardzowskiej ma zaspokoić potrzeby oświatowe Jagodna i czy po jej otwarciu zmienią się obwody szkolne?
- Czy zdanie „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu" oznacza, że Jagodno szkoły nie dostanie?
- Kto wybrał inwestora i na jakich zasadach: najem, wykup, finansowanie, własność budynku?
- Dlaczego konsultacje i informacja zostały pominięte?
Żądamy: publicznego harmonogramu budowy szkoły na Jagodnie z terminem przejęcia gruntu od KOWR, ujawnienia umowy z inwestorem oraz analiz ruchu i hałasu, konsultacji z mieszkańcami obu osiedli, a także spotkania prezydenta z nimi na miejscu w godzinach szczytu.
Nie jesteśmy przeciwko szkołom. Jesteśmy za dotrzymywaniem obietnic, a przeciwko aroganckiej grze na przeczekanie i gaszeniu pożarów cudzym kosztem. Ile jeszcze mieszkańcy zamierzają to tolerować?
Nie ma gdzie wywozić śmieci. Na co idą pieniądze z podwyżek?
Wrocław nie jest gorszy. Dlatego zasługujemy na prawdziwe PSZOK-i, a nie wymówki
Chcesz oddać cztery zużyte opony albo odpady poremontowe we Wrocławiu? Musisz wziąć dzień wolny, spakować samochód, stracić czas oraz paliwo w korkach i mieć nadzieję, że brama punktu nie będzie zamknięta, a kontener nie okaże się przepełniony.
Spójrzmy na twarde dane. Na całe, blisko 700-tysięczne miasto mamy zaledwie trzy lokalizacje Punktów Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Jednak co z tego, skoro nawet one nie funkcjonują normalnie:
- PSZOK przy ul. Janowskiej jest całkowicie zamknięty od 21 września.
- PSZOK przy ul. Szwajcarskiej jest regularnie, czasowo zamykany w ciągu dnia. Miejsce to jest tak małe, że z powodu przepełnienia i konieczności wymiany kontenerów, punkt po prostu wstrzymuje pracę.
Inne polskie miasta rozwiązują ten problem, udostępniając mieszkańcom gęstą sieć punktów zbiórki i elastyczne godziny otwarcia. We Wrocławiu utknęliśmy w absurdzie. Ktoś z magistratu powie, że przecież my też to mamy - w końcu funkcjonują u nas SZOP-y i SZOT-y. Owszem, mamy je, ale problem polega na tym, że bardzo często te zbiórki są po prostu odwoływane, a mieszkaniec, który pofatygował się ze swoimi śmieciami, zostaje z problemem na chodniku.
Wrocław może dogonić XXI wiek
Dziś sytuacja wygląda dramatycznie. PSZOK przy ul. Janowskiej jest zamknięty - miasto oficjalnie tłumaczy się koniecznością remontu. W rzeczywistości mieszkańcy i eksperci zadają proste pytanie: czy przypadkiem po prostu nie wyczerpały się roczne limity ilości odpadów, a urzędnicy wolą wywiesić tabliczkę z napisem "remont", by uniknąć trudnych pytań o to, co robią, aby ten limit trwale zwiększyć?
Z kolei punkt przy ul. Szwajcarskiej to logistyczny koszmar. Miejsce jest tak malutkie, że każda operacja wymiany wielkiego kontenera jest niebezpieczna dla osób postronnych. Efekt? Punkt jest regularnie zamykany w ciągu dnia. Przyjeżdżasz o 14:30 i dowiadujesz się, że nie możesz zostawić odpadów, bo nie wymieniono kontenerów na puste. Pracownicy na pytania zagniewanych mieszkańców jedynie rozkładają ręce. Ktoś przyjeżdża, chce wypełnić swój obowiązek, traci zdrowie i wraca z niczym. Tak to nie powinno działać!
Koszty ponoszone przez mieszkańców za wywóz śmieci drastycznie wzrosły, natomiast standard obsługi całkowicie leży. Spójrzmy na liczby. Czteroosobowa rodzina we Wrocławiu płaci około 220 zł miesięcznie. W skali roku to zawrotne 2640 zł! Dla porównania: w Warszawie taka sama rodzina płaci stawkę 85 zł miesięcznie, czyli 1020 zł rocznie. Zamiast zachęcać mieszkańców do odpowiedniej segregacji i dbania o środowisko, system po prostu im to utrudnia.
Łatki zamiast reformy
Od dawna słyszymy o problemach z systemem gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Afera śmieciowa w mieście toczy się już niemal dwa lata i końca nie widać. Od dawna słyszymy zapowiedzi uporzątkowaniu systemu gospodarowania odpadami na miarę nowoczesnego i przemyślanego miasta. Tymczasem Wrocław jest podzielony na 6 sektorów, a przetargi na ich obsługę zdają się nie mieć końca. Czekamy, jednak już niecierpliwie.
To, co miasto oferuje nam w zamian, to punktowe, mało istotne w skali problemu rozwiązania - łatki, a nie systemowa reforma. Magistrat dumnie zapewnia o odbiorze tekstyliów i wysyła wozy SZOP-u i SZOT-u po drobne odpady, których nie można wyrzuć w miejscu zamieszkania. To dobre inicjatywy, ale nie rozwiązują głównego paraliżu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają zadowalać się działaniami wizerunkowymi, skoro konkretne problemy można rozwiązać już teraz.
Rozwiązań jest wiele - choćby mobilne PSZOK-i, które z powodzeniem funkcjonują w innych miastach takich jak Warszawa, Toruń lub Bydgoszcz. Czy radykalne zwiększenie ilości kursów odbierających odpady bezpośrednio od mieszkańców. Niestety, miasto ich najwyraźniej nie szuka.
Już teraz Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom
Musimy głośno domagać się rozwiązań korzystnych dla mieszkańców, a nie takich, które są wygodne z perspektywy tabel w miejskich spółkach. Liczę na to, że Wrocławianki i Wrocławianie dadzą znać odpowiedzialnym za ten chaos, że obecny stan jest nie do przyjęcia.
Z jakichś przyczyn władze jednak nic z tym nie robią. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki jest po prostu plan- miasto pozwala firmom śmieciowym na wszystko, a te bezlitośnie zaglądają nam w kieszeń. Czy możemy liczyć na to, że urzędnicy naprawią ten system sami z siebie? A może to my, mieszkańcy musimy wziąć sprawy w swoje ręce? Być może jedyną drogą dla Wrocławia jest już tylko referendum.
Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły i zacząć traktować mieszkańców poważnie.
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Piotr Uhle
Pierwszą turę wyborów w Krakowie wygrał Łukasz Gibała i ma wszystkie karty w ręku, by wygrać w drugiej. Jednak nie jego wynik jest najbardziej interesujący. Wczorajsze wybory to pierwszy twardy pomiar tego, co dzieje się pod powierzchnią polskiej polityki miejskiej – i sygnał ostrzegawczy, który we Wrocławiu powinien zabrzmieć równie głośno, jak zabrzmiał w Krakowie.
Łukasz Gibała – 36,38 proc. Monika Piątkowska, kandydatka formacji rządzącej – 29,91 proc. Michał Drewnicki z PiS – 17,50 proc. Reszta rozproszona między Razem, Nową Lewicą a Konfederacją. Liczby są jednoznaczne i nie da się ich zinterpretować inaczej: kandydatka partii władzy przegrała pierwszą turę z outsiderem niezwiązanym z żadną z dużych formacji, a koalicja rządząca Polską, która trzy lata temu w wyborach do Sejmu zebrała w Krakowie blisko 65 proc. głosów, wczoraj zmieściła się w niecałych 35 procentach.
To nie jest korekta wyborcza w granicach błędu statystycznego. To tektoniczne tąpnięcie – i jak każde tąpnięcie, jest sygnałem czegoś głębszego, co dzieje się w warstwach, których na co dzień nie widać. To proces, na który zwracamy uwagę od dłuższego czasu: Koalicja Obywatelska przegrała z obywatelami. Mamy do czynienia z procesem przekształcania się partii obywatelskiej w partię kolesi. To proces, który prowadzi ich do zguby, ten proces będzie postępował również we Wrocławiu - ale więcej o nim w dalszej części tekstu.
Sondaże skompromitowane, wyborcy nieugięci
Zanim przejdziemy do sedna, trzeba nazwać po imieniu to, co wydarzyło się wokół samych badań przedwyborczych, bo to osobny skandal, który zasługuje na pamięć. Pracownia IBRIS jeszcze dwa tygodnie przed głosowaniem sugerowała, że do drugiej tury z Gibałą wejdzie Daria Gosek-Popiołek, a poparcie dla lidera rankingu oscyluje wokół 17-18 proc. Rzeczywisty wynik – ponad 36 proc., dwa razy więcej niż wskazywał sondaż – zostawia tę prognozę w gruzach. To nie jest pomyłka metodologiczna, jaka zdarza się każdej pracowni. To praca wykonana na zamówienie polityczne, uprawiana pod szyldem rzetelnego badania opinii publicznej. Najbliżej prawdy były sondaże OGB, w tym exit poll, który od razu wskazał właściwy kierunek.
Wniosek na przyszłość jest prosty i dotyczy nie tylko Krakowa: IBRIS przestał być źródłem wiedzy o nastrojach społecznych, a stał się narzędziem kształtowania narracji pod z góry ustalony wynik. Warto to zapamiętać przy każdym kolejnym „sondażu", który pojawi się przy okazji wrocławskich sporów – o referendum, o plan ogólny, o gospodarkę odpadami. Sondaż zamówiony nie jest pomiarem, jest bronią.
Ale to, że manipulacja sondażowa ostatecznie nie zmieniła wyniku, jest ważniejsze niż sama manipulacja. Krakowianie głosowali wbrew temu, co miało im się wydawać nieuchronne, wbrew narracji budowanej tygodniami w mediach i pracowniach badawczych. To pokazuje siłę nastroju społecznego, którego żadna pracownia, żaden spin doktor i żadna kampania medialna nie są już w stanie skutecznie ukryć ani zneutralizować.
To nie jest wynik o Krakowie. To wynik o elitach władzy
Można próbować tłumaczyć porażkę kandydatki koalicji rządzącej wyłącznie lokalnymi błędami – rygorystyczną strefą czystego transportu, podwyżkami biletów komunikacji miejskiej i opłat parkingowych, kolejnymi aferami kolesiostwa przy obsadzie spółek miejskich. To wygodne wytłumaczenie, bo pozwala zamknąć sprawę na poziomie technicznym, jako błąd komunikacyjny czy nietrafioną decyzję administracyjną, i uniknąć trudniejszego, bardziej niewygodnego pytania.
Prawda jest głębsza: w największych polskich miastach narasta bunt przeciwko elitom, które te miasta sobie przywłaszczyły. To nie jest zjawisko wyłącznie krakowskie ani wyłącznie związane z jedną partią – to proces ogólnopolski, który po prostu ujawnia się najpierw tam, gdzie te elity mają swój matecznik, swoje najgęstsze skupisko wpływów, kontaktów i zależności. Metropolie są miejscem narodzin tych elit i miejscem, w którym ich władza jest najbardziej widoczna na co dzień – w cenach mieszkań, w przetargach, w obsadzie stanowisk.
Kraków pokazał proces, który dojrzewał tam od lat: mieszkańcy przestają akceptować rządy ludzi głęboko przekonanych o własnej wyższości moralnej i intelektualnej, obsadzających spółki miejskie kolesiami zamiast kompetentnymi menedżerami, rozdających korzyści wybranym grupom interesu kosztem zwykłych podatników płacących coraz wyższe rachunki, i traktujących każdy sprzeciw obywatelski jako atak na naturalny, słuszny porządek rzeczy, a nie jako uzasadnioną reakcję na realne problemy.
Wrocław rządzony jest przez tę samą formację
Prezydent Wrocławia jest prezydentem z nadania Koalicji Obywatelskiej. Mechanizmy, które doprowadziły do erozji zaufania w Krakowie, działają tutaj od lat – tyle że jeszcze nie eksplodowały w wyborczej urnie, z prostego powodu: Wrocław takiej urny, takiego bezpośredniego testu nastrojów, od dawna nie miał.
Rozpasanie deweloperskie zapisane w kolejnych wersjach planu ogólnego, przyjmowanego wbrew licznym głosom sprzeciwu mieszkańców i ekspertów urbanistyki. Przetargi w gospodarce odpadami, które od lat budzą uzasadnione pytania o to, czyj interes – publiczny czy prywatny – faktycznie zabezpieczają. Spółki i instytucje miejskie funkcjonujące jako zaplecze kadrowe dla swoich, dla ludzi lojalnych politycznie, nie zawsze kompetentnych merytorycznie. Setki milionów złotych rocznie przekazywane organizacjom pozarządowym bez realnego, twardego rozliczenia z efektów tych wydatków. To nie są odosobnione, przypadkowe błędy złego zarządzania, które da się naprawić kosmetyczną korektą. To symptomy tego samego, głębszego mechanizmu, który właśnie przegrał w pierwszej turze w Krakowie: władzy, która przez lata bezkarności przestała się czuć realnie odpowiedzialna przed mieszkańcami, bo przez lata po prostu nie musiała się z niczego tłumaczyć.
Panika elit i retoryka nienawiści, która łączy kolesi wszystkich miast
Najbardziej wymowna po ogłoszeniu wyników była reakcja samej Moniki Piątkowskiej, która zamiast refleksji nad przyczynami porażki zaproponowała krakowianom katastroficzną, wręcz kasandryczną wizję przyszłości: zapowiedź niepokojów społecznych i masowych zwolnień, gdyby ostatecznie wygrał jej rywal. To czysta retoryka strachu, skalkulowana na zablokowanie zmiany emocjonalnym szantażem, a nie na rzeczowe zrozumienie tego, co właśnie zakomunikowali jej wyborcy.
Brzmi to niepokojąco znajomo. We Wrocławiu podobny język stosował już prezydent Jacek Sutryk, nazywając obywatelską inicjatywę referendalną „podpalaniem miasta" i sugerując publicznie, że jej organizatorów należy „dobrze prześwietlić", jakby chodziło o zagrożenie bezpieczeństwa, a nie o realizację konstytucyjnego prawa mieszkańców. Jego zastępcy i podwładni mówili wówczas o „niebezpiecznych środowiskach" rzekomo stojących za obywatelską inicjatywą, urzędnicy i lokalni politycy publicznie obrażali mieszkańców korzystających z demokratycznego prawa do zabierania głosu we własnej sprawie.
To nie przypadek, że elity władzy w różnych miastach, niezależnie od siebie, sięgają po niemal identyczny słownik w chwili, gdy czują realne zagrożenie dla swoich stanowisk i wpływów. To znak, że doskonale wiedzą, co się zbliża, i próbują to z góry zdyskredytować, zanim zjawisko nabierze politycznego rozpędu, zanim mieszkańcy zdążą się zorganizować i policzyć swoje siły.
Czy Wrocław wyciągnie wnioski?
Wynik krakowski jest dziś najbardziej wiarygodnym sondażem, jaki mieliśmy od dawna – bo to sondaż przeprowadzony przez samych obywateli, w warunkach realnej stawki, a nie na próbie kilkuset osób dobranej pod tezę zamawiającego. Pokazuje on wyraźnie, że erozja poparcia dla formacji rządzącej dużymi polskimi miastami nie jest chwilowym, przejściowym wahnięciem nastrojów, lecz procesem systematycznym, postępującym jak gangrena – i wcześniej czy później dotrze także do Wrocławia, niezależnie od tego, jak bardzo lokalne elity będą się przed tym bronić.
Pytanie, które musimy sobie dziś zadać, brzmi: czy wrocławianie poczekają biernie, aż ten proces sam dopełni się w naturalnym rytmie kolejnych wyborów samorządowych za kilka lat, czy zdecydują się przyspieszyć rozliczenie władzy już teraz, korzystając z narzędzi, które daje im prawo. Jedyną realną drogą do tego jest referendum – instrument, który pozwala mieszkańcom powiedzieć „dość" bez czekania na odległy kalendarz wyborczy, bez zdawania się na łaskę kolejnej kampanii zdominowanej przez zamawiane sondaże i medialny spin.
Kraków pokazał dobitnie, że to nie jest walka z wiatrakami skazana z góry na porażkę – to walka, którą realnie można wygrać, jeśli tylko mieszkańcy zdecydują się w nią zaangażować. Pytanie brzmi: czy Wrocław będzie gotowy, gdy przyjdzie na to czas?
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Najpierw dziennikarze ujawniają, że urzędnicy chcą w zaciszu gabinetów przepchnąć podwyżkę cen biletów do 6,10 zł. Chwilę później miasto publikuje płomienne dementi. Problem w tym, że zamiast zamknąć temat, magistrat sam podkłada ogień pod zapalnik. Skoro żadnej podwyżki „nie ma”, to dlaczego urzędnicy tak obszernie tłumaczą, dlaczego jest nam ona... absolutnie niezbędna?
Miasto mówi „nie”, ale po cichu urabia radnych
Sprawa z pozoru była prosta. Pojawia się gorąca informacja o gigantycznej, blisko 35-procentowej podwyżce (z 4,60 zł na 6,10 zł). Magistrat reaguje natychmiastowym komunikatem PR-owym. Czytamy w nim wielkimi literami: NIE MA DECYZJI O PODNIESIENIU CENY. Nie ma rzekomo ustalonej daty. Takie stawki nie miały być przedmiotem oficjalnych uzgodnień.
I tu sprawa powinna się zakończyć. Tyle że to dopiero początek festiwalu urzędowej nowomowy.
Większa część tego rzekomego sprostowania to w rzeczywistości gotowy, przygotowany wpis pod tytułem: „Dlaczego znowu zamierzamy sięgnąć do waszych kieszeni”. Urzędnicy zgrabnie tłumaczą, że bilet kosztuje 4,60 zł już od pięciu lat. Przypominają o cenach prądu, które wystrzeliły o 65%. Ubolewają, że z biletów mają zaledwie drobną część miliardowego budżetu na transport miejski.
Interpretacja jest jasna: dzisiaj miasto twierdzi, że 6,10 zł „nie ma na stole”. Ale lista wymówek do wprowadzenia nowej, droższej taryfy jest już wydrukowana i czeka na odpowiedni moment.
Jedno jest pewne - miasto pogrywa sobie z mieszkańcami zamiast otwarcie mówić o swoich planach. Pytane o urabianie radnych - kręci by tylko się nie przyznać, że proces wprowadzania podwyżek już trwa. Znowu oszukują ludzi.
Urzędnikom przeszkadza, że w biletach przestał być najdroższy
Wrocław przez ostatni rok coraz głębiej sięga do kieszeni mieszkańców. Mamy najdroższe śmieci w Polsce, najdroższe ZOO, bardzo drogi aquapark, coraz droższe mieszkania komunalne, TBS-y i opłaty za wodę. Akurat w cenie biletów plasowaliśmy się w środku stawki. Tak się składa, że “genialny” pomysł urzędników przywróci Wrocławiowi zasłużone pierwsze miejsce na liście najdroższych miast do życia w Polsce.
Nie tak dawno Krakusi pogonili prezydenta Miszalskiego m.in. po tym, gdy podniósł mieszkańcom cenę biletu jednorazowego do rekordowych 6 zł. Urzędnicy wrocławscy najwyraźniej poczuli się zawstydzeni i postanowili przebić stolicę Małopolski. Nigdy nie było mowy o stawce 6,10 zł? To o jakiej była mowa? 6,20 zł? 6,30 zł?
Artykuł-uzasadnienie zamiast twardego sprostowania
To klasyczna, cyniczna strategia wrocławskiego Ratusza. Widzieliśmy to już dokładnie przy opłatach za wodę, wywóz śmieci, przy opłatach w TBS i czynszach komunalnych.
- Obietnice: Przed wyborami lub pod presją inicjatywy referendalnej obiecują, że nie podniosą i zrezygnują z kolesiostwa.
- Presja: Gdy pojawia się presja społeczna – twardo dementują plotki.
- Urabianie: Chwilę później zaczynają zakulisowe „konsultacje” z radnymi i głośno narzekają na rosnące koszty.
- Finał: Gdy tylko presja wyborów lub groźba referendum się oddala - gigantyczny rachunek i tak ląduje na stole wrocławian.
Jeśli urząd faktycznie przymierza się do podniesienia cen biletów, powinien zagrać z mieszkańcami w otwarte karty. Pokazać konkretne symulacje, wyliczyć własne oszczędności w miejskich spółkach czy wreszcie wyciąć ciepłe posadki bez konkursów dla politycznych spadochroniarzy. Zamiast tego serwuje nam zgraną płytę o tym, że „wszystko drożeje”.
Szkoda tylko, że w Ratuszu nie potrafią oszczędzać na kolesiach.
Pasażer płaci, pasażer wymaga (a dostaje figę z makiem)
Pasażer MPK nie dotuje abstrakcyjnego „transportu zbiorowego”. Płaci za konkretną usługę. Chce dojechać do pracy. Punktualnie. Szybko. Latem z włączoną klimatyzacją, a zimą w ogrzewanym, czystym wagonie.
Tymczasem mieszkańcy w sieci nie zostawiają na priorytetach miasta suchej nitki:
„Może mamy jedne z najwolniejszych tramwajów, ale za to teraz będą najdroższe” — ocenia gorzko Piotr. „Kpina! Całe miasto rozkopane, w remontach, nigdzie nie da się normalnie dojechać, a oni będą jeszcze ceny biletów podnosić...” — punktuje Ania. „Koszty utrzymania komunikacji może i rosną, ale byłoby na to utrzymanie więcej pieniędzy, gdyby nie wieczne wydawanie milionów na Śląsk Wrocław i ciepłe posadki urzędników” — trafia w samo sedno Klaudia.
Wrocławianin nie jest bankomatem bez dna. Rachunki za wodę, prąd i odpady drastycznie poszły w górę. Koszty życia w naszym mieście biją ogólnopolskie rekordy. Dlatego każda kolejna podwyżka cen biletów, która nie idzie w parze z żelazną poprawą jakości MPK, jest zwykłym pluciem wyborcom w twarz.
Najpierw rachunek dla władzy, potem dla mieszkańców
Dziś podwyżki rzekomo nie ma. Trzymamy urzędników za słowo.
Będziemy jednak patrzeć władzy na ręce, żeby za parę miesięcy nie okazało się, że „podwyżki niby nie było, ale radni właśnie przegłosowali nową taryfę”. Było tak przy podwyżkach opłaty za odpady (w 2022 roku - mieszkańcy dostali prezent pod choinkę, w tym - zmiany przepychano w sezonie urlopowym). Każdy mieszkaniec ma pełne prawo wiedzieć, ile dokładnie zapłaci za bilet, zanim urzędnicy i politycy przyklepią to w gronie partyjniaków i sługusów władzy, byle tylko opinia publiczna dowiedziała się ostatnia.
Obecna ekipa straciła moralne prawo do wyciągania ręki po nasze pieniądze, skoro najpierw sama nie potrafi gospodarnie zarządzać miastem. Rozwiązanie tego problemu nie leży w ciągłym podnoszeniu cen. Leży w przewietrzeniu Ratusza – i jeśli prezydent oraz rada miejska nie zejdą z drogi ciągłego drenażu naszych portfeli, wrocławianom pozostanie tylko jedna, twarda demokratyczna droga obrony swoich praw: referendum.
COFAMY PODWYŻKI: Wrocławska opozycja łączy siły by bronić mieszkańców
COFAMY PODWYŻKI: Wrocławska opozycja łączy siły by bronić mieszkańców
Zamiast drenowania kieszeni mieszkańców, żądają oszczędności w miejskich spółkach i ograniczenia kolesiostwa w zarządach. Przedstawiciele różnych opcji politycznych oraz organizacji obywatelskich we Wrocławiu ogłosili wspólnie start akcji „Cofamy podwyżki" – obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej mającej na celu zatrzymanie fali rosnących opłat komunalnych i wymuszenie oszczędności w wydatkach miasta począwszy od przywrócenia ceny opłaty za odpady komunalne do wysokości sprzed podwyżki, która weszła w życie w tym miesiącu.
Spirala podwyżek nie zwalnia
Jak podkreślali uczestnicy konferencji prasowej, Wrocław zmienia się w jedno z najdroższych miast w Polsce. Od września wrocławianie płacą wyższe opłaty za zagospodarowanie odpadów komunalnych. Wcześniej podniesiono czynsz w mieszkaniach komunalnych TBS, opłaty za wodę, a także ceny wstępu do Aquaparku i Wrocławskiego Ogrodu Zoologicznego. W kuluarach pojawia się również możliwość wzrostu cen biletów komunikacji miejskiej (MPK).
– Zanim miasto sięgnie głębiej do kieszeni mieszkańców, powinno najpierw poszukać oszczędności u siebie – otwierając konferencję powiedział Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia i przedstawiciel SOS Wrocław. Inicjatywa ma być odpowiedzią na politykę podnoszenia opłat „w sytuacji, gdy nie zostały wykorzystane wszystkie możliwości ograniczenia wydatków miasta".
Deficyt strukturalny i aparatów administracyjny
Łukasz Kasztelowicz (PiS) wskazał na poważne problemy finansowe miasta. Selon jego oceny, Wrocław zmaga się z deficytem w wydatkach bieżących, co grozi negatywną opinią Regionalnej Izby Obrachunkowej (RIO). Całą sytuację komplikuje – zdaniem radnego – rozrost administracji i mnożenie stanowisk w spółkach komunalnych.
– Miasto nie ma z czego pokryć deficytu, dlatego idzie po linii najmniejszego oporu i sięga do kieszeni mieszkańców – zaznaczył Kasztelowicz.
Posłanka Marta Stożek (Razem) podkreśliła, że „przerost stanowisk politycznych" w miejskich instytucjach i spółkach jest powszechnym problemem w Polsce. – Samorząd ma możliwość ograniczania wydatków niezależnie od decyzji podejmowanych na szczeblu centralnym – mówiła.
Koniec z kolesiostwem – jednoosobowe zarządy i odchudzone rady nadzorcze spółek
Skąd wziąć pieniądze na cofnięcie podwyżek? Centralnym postulatem inicjatywy jest radykalne odchudzenie zarządów miejskich spółek. Marek Zalewski (SOS Wrocław) przedstawił konkretne liczby: członkowie zarządów w spółkach takich jak MPWiK, ARAW, Wrocławskie Inwestycje czy Wrocławskie Mieszkania zarabiają od 20 do 50 tys. zł miesięcznie, a dodatkowo otrzymują nagrody sięgające nawet 100 tys. zł rocznie.
Inicjatorzy domagają się:
- Jednoosobowych zarządów wspieranych przez dyrektorów operacyjnych zamiast wieloosobowych kolegiów
- Zmniejszenia rad nadzorczych do ustawowego minimum trzech członków
- Wyeliminowania tzw. „nominatów partyjnych" z ról zarządczych
– Kolesie równa się drożyzna. Gdzie się pojawiają kolesie, tam jest drożej – podsumował Piotr Uhle, wskazując na przykłady Ekosystemu, ZOO, MPWiK i Aquaparku, gdzie wzrost kosztów koreluje ze zmianami personelu kierowniczego. Wskazał również na informacje medialne o szykowanej podwyżce cen biletów na komunikację zbiorową o 30%. Tam również szerzy się kolesiostwo - specjalny stołek w zarządzie stworzono dla politycznego spadu - odwołanej wiceprezydent Wrocławia, Renaty Granowskiej.
Wymiar społeczny – ochrona najsłabszych
Ewa Kamińska (Wspólne Jutro / SOS Wrocław) zwróciła uwagę na aspekt społeczny podwyżek. Podkreśliła, że wzrost opłat za odpady uderzy przede wszystkim w osoby o niskich dochodach, dla których wydatek ten może stanowić znaczną część domowego budżetu.
– Nie może być tak, że chwalimy się największym budżetem, a równocześnie sięgamy głębiej do kieszeni wrocławian – apelowała. Domagała się realnego, dostępnego pakietu osłonowego opartego na kryterium dochodowym oraz konkretnego planu odzyskania kontroli nad gospodarką odpadami.
Nowa Fala włącza się do akcji
Do inicjatywy przyłączyło się również stowarzyszenie Nowa Fala. Anna Kalkowska-Kuchta, sekretarz generalna organizacji, zapowiedziała mobilizację struktur swojego środowiska.
– Będziemy działać w tej sprawie jednym głosem – wraz z PiS, Partią Razem i SOS Wrocław – zadeklarowała.
Zbiórka podpisów startuje od jutra
Podpisy pod inicjatywami mające doprowadzić do zmian uchwał będą zbierane w:
- biurze poselskim Marty Stożek (Razem)
- biurach Prawa i Sprawiedliwości
- biurze Nowej Fali (od poniedziałku)
- podczas weekendowych akcji na targowiskach przy ul. Jemiołowej, Komandorskiej, na Dworcu Świebodzkim i przy Młynie
Organizatorzy zapowiadają regularną informację o liczbie zebranych podpisów i kolejnych etapach akcji.
Ponadpartyjny apel
Apel do Prezydenta Sutryka i ratusza jest jednoznaczny: zatrzymać podwyżki bez wcześniejszych radykalnych oszczędności w funkcjonowaniu Urzędu Miasta i spółek komunalnych.
W konferencji uczestniczyli:
- Piotr Uhle – Radny Rady Miejskiej Wrocławia (SOS Wrocław)
- Marta Stożek – Posłanka na Sejm RP (Partia Razem)
- Łukasz Kasztelowicz – Radny Rady Miejskiej Wrocławia (Prawo i Sprawiedliwość)
- Anna Kalkowska-Kuchta – Sekretarz Generalna (Nowa Fala)
- Ewa Kamińska – Wspólne Jutro / SOS Wrocław
- Marek Zalewski – SOS Wrocław
Materiały prasowe dostępne na stronach organizacji lub u organizatorów akcji.











