Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?

Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?

Magdalena Gajewska-Królicka

Rada Miejska Wrocławia odrzuciła petycję w sprawie wzmocnienia roli rad osiedli, mimo że własna komisja rekomendowała jej uwzględnienie. W głosowaniu za petycją opowiedziało się jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a 13 wstrzymało się od głosu. Decyzja stawia pod znakiem zapytania szczerość zapowiadanej od miesięcy reformy.

Czy Wrocław rzeczywiście chce rozmawiać o reformie Rad Osiedli, czy jedynie sprawia takie wrażenie? Ostatnia sesja Rady Miejskiej daje niestety powody do poważnych wątpliwości.

Radni miejscy odrzucili petycję z postulatami przygotowanymi podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego – dokumentu wypracowanego przez mieszkańców, część obecnych i byłych Radnych Osiedlowych, społeczników oraz osoby od lat zaangażowane w funkcjonowanie lokalnego samorządu. Nie był to dokument napisany zza biurka. Powstał na podstawie doświadczeń ludzi, którzy każdego dnia mierzą się z problemami funkcjonowania osiedli i najlepiej wiedzą, gdzie obecny system zwyczajnie nie działa. Warto podkreślić, że sama komisja merytoryczna rozpatrująca petycję zarekomendowała jej uwzględnienie stosunkiem głosów 2 do 0, przy 3 wstrzymujących się. Mimo to podczas głosowania na sesji plenarnej rekomendacja komisji nie została podtrzymana.

Argument o "błędzie prawnym"

Najbardziej zaskakuje jednak uzasadnienie tej decyzji. Radny Sławomir Czerwiński z klubu Lewica Naprzód, w imieniu którego zgłosił stanowisko „bez opinii", wskazał między innymi na brak podstawy prawnej dla postulatu sesji hybrydowych. Tę wątpliwość rozwinął radny Robert Suligowski, przekonując, że petycja zawiera błąd prawny i deklarując wstrzymanie się od głosu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to argument chybiony w odniesieniu do całości dokumentu. Petycja nie jest przecież projektem uchwały ani aktem prawa miejscowego. Jej celem nie jest tworzenie gotowych przepisów, lecz wskazanie kierunku zmian i zwrócenie uwagi na problemy wymagające rozwiązania. To właśnie później rolą organów miasta jest przełożenie takich postulatów na poprawne pod względem prawnym rozwiązania.

Zgadzam się, ale się wstrzymam

Równie zaskakujące były głosy radnych, którzy deklarowali, że zgadzają się z częścią postulatów, ale nie ze wszystkimi, dlatego postanowili wstrzymać się od głosu. Radna Martyna Stachowiak, przewodnicząca komisji rozpatrującej petycję, wprost przyznała podczas sesji – zgadzam się w większości co do zasady, niekoniecznie zgadzam się co do poszczególnych rozwiązań – po czym wyjaśniła, że ze względu na brak możliwości głosowania nad poszczególnymi punktami osobno nie jest w stanie poprzeć całości dokumentu. Takie podejście prowadzi do prostego pytania: czy naprawdę łatwiej odrzucić cały dokument niż rozpocząć rozmowę o tych propozycjach, z którymi samemu się zgadza?

Przecież właśnie na tym polega dialog. Nie trzeba akceptować każdego przecinka, aby uznać, że przedstawione problemy są realne i wymagają wspólnej pracy. Odrzucenie petycji nie oznacza odrzucenia kilku punktów. Oznacza odrzucenie inicjatywy obywatelskiej przygotowanej przez środowisko, które działa na rzecz wrocławskich osiedli.

Reforma zapowiadana od miesięcy

To szczególnie zastanawiające w kontekście wielokrotnie zapowiadanej kompleksowej reformy Rad Osiedli. Od miesięcy słyszymy o potrzebie zmian. Tymczasem konkretów wciąż brakuje. Jedyną szerzej omawianą inicjatywą był projekt uchwały dotyczącej konsultacji społecznych przygotowany przez dwóch radnych miejskich. Rada Miejska nie zdecydowała się jednak na jego przyjęcie, a sam projekt koncentrował się przede wszystkim na zmianach granic osiedli. To ważny temat, ale z pewnością nie najważniejszy.

Prawdziwe problemy Rad Osiedli leżą gdzie indziej. To ograniczone kompetencje, niewystarczająca sprawczość, niejasne finansowanie, brak nowoczesnych narzędzi komunikacji, niedostateczna cyfryzacja oraz niewystarczający wpływ na decyzje dotyczące najbliższego otoczenia mieszkańców. Właśnie o tym mówiła petycja. O sprawach fundamentalnych.

Paradoks partycypacji

Nie sposób nie zauważyć pewnego paradoksu. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o chęci współpracy z mieszkańcami i wzmacniania partycypacji społecznej. Z drugiej, gdy oddolne środowisko przedstawia wizję zmian, wypracowaną wspólnie przez część praktyków samorządu osiedlowego, dokument zostaje odrzucony – mimo pozytywnej rekomendacji własnej komisji Rady Miejskiej. Trudno uznać to za zachętę do obywatelskiego zaangażowania.

Warto odnotować też głos radnego Suligowskiego, który zakwestionował reprezentatywność środowiska stojącego za petycją, mówiąc wprost – nie mam wrażenia, żeby to był głos całego środowiska – w odpowiedzi na co radny Piotr Uhle zastrzegł, że nigdy nie twierdził, jakoby petycja była głosem całego środowiska osiedlowego, a jedynie efektem pracy merytorycznej kilkudziesięciu osób, w większości radnych osiedlowych.

Punkt wyjścia, który zamknięto na starcie

Nikt rozsądny nie twierdzi, że memorandum Niezależnego Kongresu Osiedlowego było dokumentem idealnym. Być może część zapisów wymagała doprecyzowania, część zmian, a część dalszej analizy. Ale właśnie temu powinien służyć dialog. Rolą władz miasta nie jest oczekiwanie od mieszkańców gotowych projektów legislacyjnych, lecz prowadzenie rozmowy z tymi, którzy dostrzegają problemy i proponują kierunki ich rozwiązania.

Największą wartością tej petycji nie były poszczególne zapisy. Był nią fakt, że przedstawiciele wielu osiedli wspólnie wypracowali wizję zmian. Można było potraktować ją jako punkt wyjścia do stworzenia rzeczywiście kompleksowej reformy. Zamiast tego większość Rady Miejskiej postanowiła zamknąć temat już na starcie – w głosowaniu petycję poparło jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a aż 13 wstrzymało się od głosu, przy 37 radnych uprawnionych do głosowania i 27 obecnych na sali.

Jeżeli tak ma wyglądać dialog z mieszkańcami, trudno nie zadać pytania: czy zapowiadana reforma Rad Osiedli rzeczywiście ma powstać wspólnie z mieszkańcami, czy będzie jedynie kolejnym projektem przygotowanym bez uwzględnienia doświadczeń osób, które od lat społecznie pracują na rzecz swoich osiedli?

Wrocław potrzebuje dziś odwagi do rozmowy, a nie odwagi do odrzucania społecznych inicjatyw. Reforma Rad Osiedli nie wydarzy się sama. Nie powstanie również bez ludzi, którzy tworzą je od środka. Odrzucenie petycji nie zamyka dyskusji o przyszłości osiedli. Pokazuje jednak, że przed nami wciąż daleka droga do prawdziwego partnerstwa.


Paramafijne śmieciowe relacji władz Wrocławia - czas na białą księgę

Szanowni Państwo!

Horrendalna podwyżka opłaty za śmieci, którą chce przepchnąć przez Radę Miejską Wrocławia prezydent Jacek Sutryk to nie jest przypadek. To skutek lat chaosu, niekompetencji i zaniechań pod partyjnym wezwaniem i nową doktryną Koalicji Obywatelskiej: cóż szkodzi obiecać.

Od półtora roku nie mamy we Wrocławiu rozstrzygniętego przetargu na śmieci. Przetargu konkurencyjnego, w którym przedsiębiorcy rywalizują o wart miliard kontrakt. Jak rywalizują, albo przynajmniej powinni? Dając bardziej atrakcyjną cenę. Specjalnie po to bez mała 2 lata temu reformowaliśmy sektory zbiórki, pamiętacie? W interesie miasta i jego mieszkańców jest, aby zlecenie robić w trybie przetargowym i realizować go możliwie najbardziej konkurencyjnie.

Zamiast tego – mamy kolejne zamówienia z wolnej ręki. Wydaliśmy w ten sposób już pół miliarda złotych. Wskazujemy palcem obecnych wykonawców i uzależniamy się tym samym od nich. Pozycja negocjacyjna jest nie do pozazdroszczenia. Dlatego nic dziwnego, że doją nas bez litości, bo to oni na tym zarabiają. Wg. deklaracji spółki ceny miały wzrosnąć o 15%, ale koszt systemu wg. obecnych danych wzrósł aż o 26%. Czy ktoś się z tego wytłumaczył?

Przeciwnie. Jeszcze kilka miesięcy temu oficjalny komunikat miasta mówił, że do czasu gdy obowiązują umowy z tzw. wolnej ręki nie ma zagrożenia zwiększeniem wysokości opłaty. Politycy i urzędnicy kluczyli, kręcili, rozmydlali temat. Dziś okazuje się, że system nie dopiął się w tym roku na 60 mln zł. W przyszłym spokojnie możemy mówić o kwocie nawet trzykrotnie wyższej - 90 mln zł. A nawet jeszcze nie mamy ogłoszonego przetargu.

Obiecaliście, że nie będzie podwyżek. Tymczasem podnosicie ludziom opłaty o 40%. Chcecie wyjąć z ich kieszeni dziesiątki a nawet setki milionów złotych rocznie. A wiemy przecież, że to nie jest Wasze ostatnie słowo. Cóż szkodzi obiecać, prawda? Wszystkim wydawało się, że te słynne słowa były tylko wpadką. Tymczasem stały się partyjną doktryną, którą wdrażacie we Wrocławiu.

Wszystko robicie odwrotnie. Mieliście być jak Robin Hood i Midas. Mieliście odbierać bogatym i dawać biednym. Tymczasem grabicie biednych i napychacie kabzę olbrzymiemu biznesowi. Mieliście zamieniać wszystko, czego się dotkniecie w złoto. Sami sobie odpowiedzcie w co zamieniliście system gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Złoto to zdecydowanie nie jest.

 

Ostrzegaliśmy przed tym. Mówiliśmy, że działanie Ekosystemu to albo skrajna nieudolność albo celowy sabotaż. Ostrzegaliśmy, że sieć powiązań między politykami KO a firmami śmieciowymi wygląda niebezpiecznie i niesie olbrzymie ryzyko korupcji. Że relacje między władzą a biznesem mają charakter mafijny, choć nie wiadomo nic jeszcze o czystej bandyterce – to działalność białych kołnierzyków. Mówiliśmy, że skończy się to horrendalnymi podwyżkami dla ludzi.

Byliśmy wskazywani jako odszczepieńcy, straszono nas prokuraturą, pozwami, odsądzano od czci i wiary. Próbowano podważyć naszą wiarygodność i wyśmiać.

Tymczasem Prokuratura Krajowa i CBA bada w olbrzymiej akcji powiązania polityki i firm śmieciowych, nie sprawę sygnalistki jak próbujecie to zakłamać. Tymczasem sięgacie do kieszeni mieszkańców jak po swoje. Nikt nie dał wam na to zgody. Bo kłamaliście, że tego nie zrobicie. Kłamaliście rano, kłamaliście w południe, kłamaliście wieczorem. I teraz przychodzi zapłacić za to rachunek. Tylko dlaczego nie zapłacicie sami? Dlaczego mają to robić uczciwie pracujący i płacący opłaty mieszkańcy Wrocławia?

 

Chcecie podnosić ludziom opłaty o 40% a okazuje się, że nie jesteście w stanie ich ściągnąć od 200 000 mieszkańców miasta. Łatwiej jest oskubać uczciwych niż uszczelniać system. Będziemy płacić na nową, luksusową siedzibę spółki i będziemy ponosić olbrzymie koszty jej funkcjonowania. Bo nie tylko stworzyliście tam posadę wartą 400 000 zł dla partyjnego zrzutu na złotym spadochronie, jakim okazał się Michał Młyńczak. Wcześniej zatrudniliście tam innych kolesi na dyrektorskich stanowiskach i apanażach równych niemalże prezesowskim.

Co ci ludzie zrobili? Nie jesteśmy w lepszym miejscu niż w trakcie przetargu z 2022 roku, gdy mieliście zrobić wszystko, by ta sytuacja się nie powtórzyła. Jesteśmy w gorszym miejscu. Przegapiliśmy pieniądze i czas na to, by uniezależnić się od dyktatu śmieciowego układu. Nie zbudowaliśmy własnych kompetencji. Nie przygotowaliśmy się na kryzys, chociaż były w tym zakresie konstruktywne propozycje. Prezes Karpiński opowiadał wtedy o nich jako o opowieściach przy ognisku. No to teraz sam chce je nam zafundować, budując spalarnię. O czym coraz otwarciej i bez żenady mówi.

Tymczasem chciałbym przypomnieć obietnice Jacka Sutryka i Jakuba Mazura o tym, że spalarni budować nie zamierzają. Stosujecie na żywym organizmie Wrocławia swoją doktrynę: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.

 

I nie uciekniecie od tej odpowiedzialności. Ten olbrzymi skandal jest spowodowany przez Jacka Sutryka i jego zauszników oraz Koalicję Obywatelską. Nie jesteście w stanie nawet obiecać naprawy. Bo kto wam uwierzy? Wasza wiarygodność jest na poziomie śmieciowym. Nomen omen.

 

Dlatego z tego miejsca wzywam wszystkie środowiska opozycyjne we Wrocławiu do wspólnego stworzenia białej księgi afer, niedotrzymanych obietnic i bezeceństw obecnej władzy. Te sprawy muszą być dokładnie opisane i przedstawione mieszkańcom.

Wzywam wszystkich mieszkańców pokrzywdzonych przez tę władzę. Wzywam Akcję Miasto i Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia. Wzywam Prawo i Sprawiedliwość. Wzywam partię Razem. Wzywam Konfederację i nową falę profesor Senyszyn. Wzywam fundację Obywatel TBS, grupę inicjatywną Stadion Olimpijski i Wrocławskie Forum Osiedlowe. Wzywam dobrych ludzi z Koalicji Obywatelskiej, wiem że tam nadal jesteście. Wzywam stowarzyszenie Stop LEX Deweloper, mieszkańców Szybkiej, Letniej, Browarnej, mieszkańców Kowal i Pilczyc. Wzywam wszystkich pokrzywdzonych, oszukanych i znieszmaczonych aferami obecnej władzy.

 

Spotkajmy się i dokonajmy rozliczenia obecnej władzy. Niech spisane będą czyny i rozmowy.

 

Opinia klubu dla projektu jest tak negatywna jak to tylko możliwe. Wstyd prezydencie. Wstyd Koalicjo Obywatelska, która zamiast walczyć o dobro obywateli – walczy z tymi obywatelami. Nie macie moralnego i faktycznego prawa do rządzenia tym miastem.

Dziękuję.


Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców

Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców

Wrocławianie, łapcie się za portfele. Sutryk i jego kolesie chcą wyciągnąć z nich 90 mln zł rocznie. A to dopiero początek. Podwyżki o 38% jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu na odbiór odpadów. Kolesie, którzy chwilę temu dostali warte setki tysięcy złotych, stworzone dla nich stołki szykują podwyżki, które dla przeciętnej czteroosobowej rodziny mogą sięgnąć prawie 800 zł. Na wyższe koszty życia szykujcie się już od 1 września.

Dziura w budżecie i umowy z wolnej ręki

Po ponad roku nieudolności miasto musi zawrzeć kolejne umowy na odbiór odpadów z wolnej ręki. By to zrobić – musi zabezpieczyć pieniądze w budżecie. Ten pod rządami Jacka Sutryka i jego kolesi zaczął pękać w szwach. Dlatego już w przyszłym tygodniu sięgną do Waszych kieszeni.

W budżecie na ten rok brakło ponad 60 mln zł by podpisać umowy. Połowę tej kwoty wyciągnięto z niewykorzystanej rezerwy na inwestycje – czyli pieniądze, które miały służyć uniezależnieniu się od dyktatu firm śmieciowych. Drugą połowę zamierzają pokryć z olbrzymiej podwyżki opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi.

Awanse i nagrody zamiast odpowiedzialności

Od półtora roku ostrzegamy przed tym scenariuszem. Urzędnicy nie wykorzystali danego im czasu od 2022 roku i doprowadzili do sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie wysokości opłat. To tym bardziej kompromitujące, że dosłownie w ubiegłym miesiącu bardzo dobrze płatną posadkę otrzymał były wiceprezydent, który jest współodpowiedzialny za obecny chaos – Michał Młyńczak. Nie dość, że na odchodne dostał bardzo wysoką nagrodę liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy złotych to został w nagrodę prezesem i dostał bardzo wysoką podwyżkę.

Niewygodne uchwały przepychane pod osłoną wakacji

Wszystkiego tego dowiadujemy się z uchwały, którą chyłkiem pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia skierował prezydent. Pominął przy tym Komisję Główną Rady, czym po raz kolejny okazał lekceważenie dla tego organu, który reprezentuje przecież wszystkich mieszkańców Wrocławia. To nie pierwszy przypadek, gdy podwyżki przepychane są z pominięciem zwyczajowego trybu i pod osłoną wakacji. Urzędowi politycy i macherzy uważają bowiem, że sezon ogórkowy osłoni ich machinacje. Naszą rolą jest to, by im się to nie udało.

Budżetowa matematyka, która się nie spina

Przygotowany projekt obnaża również chaos w systemie zagospodarowania odpadami. Otóż zwiększenie planu dochodów budżetu o 30 mln zł w 4 miesiące obowiązywania podwyżki nie pasuje do żadnych oficjalnych danych.

Gdybyśmy bowiem przyjęli, że wszyscy mieszkańcy segregują odpady a podstawą do wyliczenia wysokości dochodów jest liczba mieszkańców zameldowanych (603 000) – otrzymalibyśmy dochody w ciągu 4 miesięcy w wysokości około 38 mln zł. Weźmy jednak poprawkę na około 55 000 mieszkańców objętych Kartą Dużej Rodziny. Dla nich opłata wynosi mniej o 40%. Również po tej poprawce otrzymujemy wzrost dochodów o około 36,5 mln zł. Rocznie mówilibyśmy zatem o kwocie niemal 110 mln zł.

A wiemy przecież, że nie wszyscy mieszkańcy segregują odpady. Wiemy również, że wg. różnych szacunków mieszkańców we Wrocławiu mamy nie 603 000 a niemal 900 000. Dodatkowo musimy pamiętać, że lwią część opłaty za śmieci pokrywają właściciele nieruchomości niezamieszkałych – firmy, urzędy i inne instytucje.

Oznacza to, że we wrocławskim systemie gospodarowania odpadami mamy olbrzymi chaos i dzieje się to mimo wielkich pieniędzy wydawanych na pensje kolesi zarządzającym tym bałaganem. Jak to możliwe, że zamiast uszczelnić system próbuje się przerzucić jego koszty na uczciwie płacących mieszkańców? Dlaczego urzędnicy i kolesie Sutryka idą na łatwiznę kosztem zwykłych Wrocławian? I kto na tym korzysta?

Kto zyskuje na dyktacie śmieciowym? W tle śledztwo CBA

Z pewnością nie tracą na tym firmy śmieciowe, które po raz kolejny bez przetargu otrzymają grube pieniądze. Pieniądze, które w znacznej mierze powinniśmy byli przeznaczyć na zwiększenie niezależności Wrocławia od dyktatu śmieciowego oligopolu poprzez stworzenie własnych kompetencji do zagospodarowania odpadów, np. budowę sortowni czy biogazowni. Zamykamy sobie ścieżkę do tego procesu przez rozwlekłe procedury, nieudolność urzędników oraz prawników reprezentujący Ekosystem oraz gminę a także przejadanie pieniędzy przeznaczonych na inwestycje.

Należy w tym miejscu zadać pytanie czyim interesom służą Sutryk i jego kolesie. Wycierają sobie usta służbą dla mieszkańców. Ale realnie na ich działaniach mieszkańcy tracą a korzystają firmy śmieciowe. Nic dziwnego, że prokuratura i CBA zabezpieczyło w trakcie przeszukania siedziby miejskiej spółki Ekosystem tak olbrzymie ilości dowodów w sprawie wrocławskiej afery śmieciowej.

Koniec uników. Czas na trudne pytania do prezydenta

Dlatego dziś zwracamy się do Jacka Sutryka oraz namaszczonych przez niego kolesi o pilne wyjaśnienia tego skąd taka horrendalna podwyżka.

  • Ile osób realnie płaci za odpady?
  • Ile z nich segreguje?
  • Ile pozyskujemy pieniędzy z nieruchomości niezamieszkałych?
  • Ile z nich wyszło z naszego systemu i podpisało bezpośrednio umowy z firmami śmieciowymi, co jest dla tych przedsiębiorstw bardzo korzystne?
  • Jaki jest i będzie realny koszt zagospodarowania odpadów na ten rok i na jakich warunkach to zagospodarowanie będzie się odbywało?
  • Jakie kroki podjęto, by uchronić mieszkańców przed tak fatalnymi rozwiązaniami?
  • Jaką odpowiedzialność wyciągnięto wobec osób, które doprowadziły nas do tego momentu?

Koniec migania się. Czas na odpowiedzi i to jeszcze przed sesją Rady Miejskiej Wrocławia, która już za tydzień.

 


Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć

SOS Wrocław dotknął sedna i dlatego należy nas zastraszyć. W ostatnim tygodniu trafiły do nas dwa prawnicze pisma, które w naszej opinii mają nas zastraszyć i zniechęcić do dalszego sprawdzania, ile pieniędzy trafia do politycznych sojuszników i kolesi Jacka Sutryka z publicznej kasy. W naszej opinii mają one charakter tzw. SLAPPa, czyli strategicznych działań prawnych na rzecz stłumienia krytyki władzy. Ale nas zastraszyć nie jest tak łatwo.

Dwa straszaki w jednym tygodniu

Pierwsze pismo przyszło w poniedziałek. Napisał je Marcin Zatorski, radca prawny, który jeszcze nie tak dawno reprezentował setki mieszkańców wrocławskiego TBS. Teraz reprezentuje… Michała Młyńczaka, byłego wiceprezydenta miasta. Temu nie spodobały się nasze wpisy dotyczące złotego spadochronu, który zapewniło mu miasto w miejskiej spółce Ekosystem, a także to, że wskazywaliśmy nieudolność miasta w rozstrzygnięciu przetargu.

Drugie pismo przyszło we wtorek. Napisała je do nas kancelaria, której wspólnik reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej i jednocześnie świadczy lukratywne zlecenia na rzecz gminy Wrocław. Nie podobało mu się to, że analizowaliśmy zapisy Urzędowego Rejestru Umów i zadawaliśmy pytania o to, czy relacja pomiędzy prof. Błaszczakiem, Jackiem Sutrykiem i Urzędem Miejskim jest etyczna. Bolało go również to, że analizowaliśmy, czy jego położenie nie może być nazwane konfliktem interesów.

W podobnym czasie podobne przedprocesowe pisma otrzymała Fundacja Obywatel TBS, a także wrocławska Gazeta Wyborcza, straszona przez miejską spółkę Ekosystem odszkodowaniem o wartości 250 000 zł. W naszej opinii nie ma przypadków – to wygląda jak skoordynowana akcja instytucji miejskich oraz sojuszników i kolesi Jacka Sutryka przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu oraz mediom.

Profesor w konflikcie interesów

Szczególnie zastanawiająca w tej sytuacji jest rola radcy prawnego, profesora Błaszczaka. To osoba, która nie tylko z tytułu zaufania powinna być krystalicznie czysta. Jako pracownik naukowy z tytułem profesora, który poza praktykowaniem prawa uczy tej praktyki innych, powinien całą swoją postawą świecić przykładem dla adeptów trudnego, prawniczego rzemiosła.

Tymczasem postawił się w sytuacji bardzo niekomfortowej. Nie dość, że w 2022 roku jednocześnie świadczył usługi na rzecz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej oraz jako prezydenta miasta w sprawie o charakterze SLAPP przeciwko autorom podcastu „Przyjaciele Kota Wrocka" – to w 2024 roku jego kancelaria świadczyła na rzecz miasta kolejne, bardzo intratne zlecenie w zakresie zastępstwa procesowego oraz doradztwa prawnego. Co ciekawe, napisał strategię procesową do sprawy, w której zespół radców prawnych Urzędu Miejskiego od niemal dwóch lat już taką strategię posiadał. Nie chcemy szkodzić sprawie, więc nie będziemy wchodzić w szczegóły – napiszemy: opinia pana profesora nie była tzw. „gamechangerem". Nie przeszkodziło to, by zawrzeć z nim umowę o wartości 61 500 zł i wypłacić za samą strategię procesową 36 900 zł – potwierdza to okazana w trakcie kontroli radnego umowa i faktury.

Wszystkie kwoty podawane przez nas w toku postępowania podawaliśmy na podstawie publicznych, urzędowych rejestrów. Nawet szef zespołu radców prawnych, mecenas Wojciech Szuster potwierdził, że urzędowy rejestr umów prowadzony jest w sposób, który może wprowadzać czytelnika w błąd. Jeżeli kogoś pan mecenas Błaszczak zamierza pozywać – może warto byłoby pozwać Prezydenta Wrocławia? Chociaż wtedy to dopiero zrobiłby się etyczny mętlik w zasupłanych i nachodzących na siebie interesach różnych mocodawców.

Dlaczego? W tym samym roku prof. Błaszczak okazał się być pełnomocnikiem procesowym zatrzymanego przez CBA Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum, w której prezydent Wrocławia usłyszał zarzuty korupcji i oszustwa.

Normalną, etyczną reakcją byłoby zgłoszenie przez pana profesora do Gminy Wrocław zaistniałego konfliktu interesów i wycofanie się ze sprawy. Nie miało to jednak miejsca – profesor i mecenas Błaszczak nadal świadczył na rzecz urzędu rządzonego przez jego mocodawcę usługi.

Czy gdyby firma realizująca inwestycje drogowe na rzecz miasta układała chodnik w ogrodzie pana prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? Czy gdyby firma, która buduje dla miasta szkołę, remontowała prywatny dom prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? To sytuacja, którą należy w szczególny sposób badać, bo tworzy przestrzeń do nadużyć. Szczególnie gdy dotyczy to prezydenta oskarżonego przez Prokuraturę Krajową o łapownictwo i oszustwa.

Profesor Błaszczak nie tylko nie wycofał się z dyskusyjnej etycznie sytuacji. Zamiast tego skierował pismo względem naszego Stowarzyszenia, w którym próbuje nas zastraszyć. Czy tak zachowują się akademickie i prawnicze autorytety? A może te absurdalne działania są podyktowane tym, co jeszcze może ujrzeć światło dzienne? Tylko pan profesor i jego wspólnicy wiedzą, czego nie chcą ujawnić opinii publicznej. Jednak nasze doświadczenie każe sądzić, że w debacie publicznej takich spraw - jeżeli istnieją - długo nie da się utrzymać w tajemnicy.

W naszej opinii sprawą powinny zająć się instytucje odpowiedzialne za dyscyplinę i etykę w ramach korporacji prawniczych, w których występuje bądź występował prof. Błaszczak, a także Uniwersytet Wrocławski.

Złoty spadochron Młyńczaka

Dziwna jest także rola prezesa Ekosystemu, niedawno zwolnionego z funkcji wiceprezydenta miasta, Michała Młyńczaka. Ten straszy nas krokami prawnymi za ujawnianie jego złotego spadochronu w postaci grubych setek tysięcy złotych wynagrodzenia w spółce Ekosystem. Za co ta podwyżka względem pensji wiceprezydenta? Chyba w nagrodę za współodpowiedzialność za chaos we wrocławskim systemie odbioru i zagospodarowania odpadów.

Nie podoba mu się, że porównujemy jego zespół do Gangu Olsena, choć nie był w stanie rozstrzygnąć przetargu przez niemal 450 dni, a okoliczności działań spółki Ekosystem i polityków ją nadzorujących bada Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne, które dokonało przeszukania i zabezpieczenia dokumentów w siedzibie spółki.

Jednak to działania SOS Wrocław, które nagłaśniają tę niepokojącą aferę, są uznawane za szkodliwe i zasługujące na dalsze kroki prawne. Ekosystem już próbował iść tą drogą, gdy jesienią straszył krokami prawnymi po zgłoszeniu przez nas nieprawidłowości we wrocławskich śmieciach do Najwyższej Izby Kontroli. Po tym, gdy nie daliśmy się zastraszyć, spółka zawiadomiła prokuraturę, próbując przypisać absurdalne zarzuty przewodniczącemu SOS Wrocław, Piotrowi Uhle. Nie daliśmy się zastraszyć wtedy, nie damy i teraz.

Nie tylko my

Podobne pisma otrzymała w mijającym tygodniu fundacja Obywatel TBS oraz wrocławska redakcja Gazety Wyborczej. Obywatel TBS od spółki TBS Wrocław. Gazeta Wyborcza – od Ekosystemu za cykl artykułów ujawniających rozmiary wrocławskiej afery śmieciowej. Obie sprawy są podobne – miejskim podmiotom nie podoba się publiczna krytyka ich działań. Dla nich najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zadawał takich głupich pytań. A miasto byłoby najlepsze, gdyby można było spokojnie zarabiać pieniądze, ale bez tych natrętnych mieszkańców. Biura funkcjonowałyby sprawnie, zatrudnienie w spółkach rosło i nikt nie zakłócałby spokoju kolesiom.

Wszystkie skarżące się strony łączy jeden fakt. Nie brakuje im pieniędzy na obsługę prawną. Jednak wszystkie podmioty w całości lub w pewnym zakresie żyją z naszych podatków. Otrzymują czynsze, opłaty śmieciowe lub wynagrodzenia z miejskich instytucji. I wykorzystują swoją pozycję do tego, by walczyć z mediami i społeczeństwem obywatelskim.

Prywatne interesy, publiczne pieniądze

Niszcząc media i społeczeństwo obywatelskie, Jacek Sutryk, jego podwładni, sojusznicy i kolesie niszczą też lokalną demokrację. Ale nie dziwi nas ten fakt. Lokalna demokracja jest dla nich największym zagrożeniem. Dlatego prezydent wielokrotnie lżył i obrażał mieszkańców w obrzydliwy i pożałowania godny sposób. Dlatego jako prezes ZMP tworzy przestrzeń do lobbowania za utajnianiem oświadczeń majątkowych, przywróceniem możliwości dorabiania w radach nadzorczych, zniesienia dwukadencyjności, zapewnienia wcześniejszej, sowitej emerytury dla samorządowych kolesi.

Jako osoba prywatna Jacek Sutryk często popadał w wątpliwe etycznie sytuacje. Swój dom kupił po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy, który nie tylko otrzymywał wielomilionowe dotacje z miasta. Odkąd Jacek Sutryk został prezydentem, dotacje znacząco wzrosły. Poprzedni dom prezydent sprzedał z kolei swojemu podwładnemu, który, tak się składa, jest prezesem Aquaparku i zarabia tam grube setki tysięcy złotych. Po transakcji prezydent awansował żonę prezesa, którą zrobił… prezesem miejskiego ZOO. Oczywiście, bez konkursu.

Poprzednie zastraszające pismo przedprocesowe prof. Błaszczak wysyłał dla Jacka Sutryka w związku z innym konfliktem interesów. Profil na Facebooku Jacka Sutryka z setkami tysięcy polubień jest jego prywatną własnością, jednak na jego popularność pracują w godzinach pracy rzesze urzędników i pracowników miejskich spółek oraz instytucji. Ten profil ma rynkową wartość, a wydając polecenia publikowania tam materiałów, Jacek Sutryk może uzyskiwać korzyść majątkową, której nigdzie nie zgłasza. Podobnie było, gdy na partyjną imprezę Campus Polska jechał urzędowym busem. Gdy jako prezes ZMP lobbował za własnymi przywilejami. Wymieniać można długo.

Nie zastraszycie nas

Po pierwsze: mamy rację. Po drugie: to Wy macie powody do obaw i dlatego wysyłacie te bzdurne groźby dalszych prawnych kroków. Po trzecie: demokracja w mieście wymaga nagłaśniania niegodziwości i dziwnych układów, które panują we Wrocławiu Jacka Sutryka, jego podwładnych, sojuszników i kolesi. Nie zaprzestaniemy tej działalności tylko dlatego, że kolesiom się ona nie podoba.

Chcą nas zniszczyć. Nie mamy wielkich zasobów finansowych i koneksji w wymiarze sprawiedliwości, dlatego liczą, że się ugniemy. Jednak nie o nas tu chodzi. Chodzi o to, by pozbawić Was, czytelników, dostępu do informacji o patologicznych układach wokół Urzędu Miasta. Bo dziś tylko opinia publiczna jest ograniczeniem dla ich apetytu na władzę oraz frukta za nią idące.

Perspektywa otrzymania pozwu z pewnością nie jest niczym przyjemnym. Pamiętajmy jednak, że sprawy cywilne z definicji są jawnego a przed pytaniami Sądu nie można uciekać w retorykę i nie da się ich zakrzyczeć wykupionymi kampaniami medialnymi. Opinia publiczna może w takim procesie poznać wiele bardzo interesujących faktów.

Dlatego będziemy dalej ujawniać i interweniować w sprawach patologii toczących Wrocław. To nie my jesteśmy ich przyczyną. Nie damy się zastraszyć, bo taki jest nasz obowiązek względem Was - mieszkańców. Prosimy jednak o jak najszersze udostępnienie tego tekstu w ramach gestu solidarności - chcemy wiedzieć, że nasze działania mają społeczne poparcie.

 

 


Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd

Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd

Nietransparentnie prowadzony Urzędowy Rejestr Umów to coraz częściej przyczyna poważnych skandali. Jeszcze niedawno ukrywano w nim tożsamość tajemniczego wykonawcy zlecenia na przygotowanie statutów osiedli, mimo że to standardowa pozycja w URU. Dopiero po naszej interwencji uzyskaliśmy informacje, że wykonawcą był prof. Korczak.

Umowa, której nie było – a jednak była

W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W rejestrze nie ujawniono zawartej umowy z kancelarią prawną, którą zatrudnia Miasto Wrocław do doradztwa prawnego oraz zastępstwa procesowego. Widoczne były tylko dane dotyczące dwóch aneksów – o wartości 61 500 zł oraz 19 680 zł. Po naszej interwencji ujawniono pierwotną umowę, która miała być pominięta „omyłkowo" przez osobę, która już nie pracuje. Łącznie po tajemniczym „odnalezieniu się" umowy w rejestrze widniały trzy pozycje – umowa BOP/2/2024 o wartości 61 500 zł, aneks nr 1 do tej umowy o wartości 61 500 zł oraz aneks nr 2 do niej o wartości 19 680 zł.

Wraz z wcześniejszymi zamówieniami wartość umów i aneksów sumowała się do kwoty 159 900 zł. Rejestr podawał dokładnie takie informacje jak powyżej. Sprawa miała o tyle niepokojący charakter, iż wspólnikiem we wskazanej kancelarii był mecenas Błaszczak, który jednocześnie reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej w Collegium Humanum, a pierwszy aneks był podpisany raptem tydzień po zatrzymaniu jego mocodawcy przez Centralne Biuro Korupcyjne.

W naszej opinii budziło to uzasadnione wątpliwości co do etycznego aspektu relacji między podmiotami: Jacek Sutryk, Gmina Wrocław, kancelaria BSKK. Podobne pytania zadawalibyśmy sobie, gdyby na przykład firma układająca na zlecenie miasta kostkę brukową ułożyła ją również w ogrodzie prezydenta. Albo gdyby prezydent kupił dom po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy otrzymującego sowite dotacje z budżetu miasta.

Pisaliśmy o tym w ubiegłym tygodniu.

Aneksy zamiast kwot – błąd czy manipulacja?

Dopiero po kilku dniach udostępniono nam przedmiotową umowę. Okazało się, że kolejne aneksy nie dotyczyły dodatkowych kwot w ramach umowy, a po prostu jej przedłużenia. Oznacza to, że sposób prowadzenia rejestru umów wprowadza odbiorców w błąd. I nie chodzi tu tylko o powielanie wartości zamówienia w jednym z aneksów a zmianę w drugim, ale także o nieujawnienie pierwotnej umowy. Ostatecznie okazuje się, że umowa miała wartość 61 500 zł brutto i nie została w pełni skonsumowana, jednak okoliczności jej zawarcia budzą dodatkowe wątpliwości. W sprawie prawidłowości prowadzenia rejestru radni skierowali już odpowiednie zapytania.

Cztery powody do niepokoju

  1. Po pierwsze, nad sprawą pilnie pracował już Zespół Radców Prawnych w Urzędzie Miejskim Wrocławia, który opracował strategię procesową. Ciekawi nas przyczyna zawarcia po dwóch latach trwania sprawy dodatkowej, sowicie płatnej umowy akurat z kancelarią, której wspólnik reprezentował później Jacka Sutryka w jego prywatnej sprawie karnej.
  2. Po drugie, mecenas Błaszczak w swojej historii miewał już sytuacje, gdy jednocześnie na zlecenie Jacka Sutryka – osoby prywatnej, oraz Jacka Sutryka – prezydenta Wrocławia, stosował straszenie klasycznym SLAPPem wobec Marcina Nierody, redaktora podcastu Przyjaciele Kota Wrocka.
  3. Po trzecie, mecenas Błaszczak postawił się w sytuacji oczywistego konfliktu interesów. Nie powinien bowiem reprezentować jednocześnie miasta Wrocławia oraz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. W chwili zawarcia umowy z Jackiem Sutrykiem jego kancelaria winna nie tylko poinformować Gminę Wrocław o zaistniałym konflikcie ale także całkowicie zrezygnować z obsługi miasta. W innym przypadku nie powinna zawierać umowy z prezydentem w jego prywatnej sprawie karnej dotyczącej korupcji i oszustwa w ramach afery Collegium Humanum.
  4. Po czwarte, w sytuacji takiego samego konfliktu interesów postawił się prezydent Jacek Sutryk. Znowu: gdyby zawarł umowę na strzyżenie trawnika w swoim ogrodzie z firmą, która utrzymuje miejskie parki – wszelkie pytania znalazłyby rzeczowe uzasadnienie o niebezpieczne konfiguracje. Nie wspominając już o sprzedawaniu domu przez prezydenta swoim hojnie wynagradzanym pracownikom – na przykład prezesom Aquaparku będącym w związku małżeńskim z późniejszymi prezesami miejskiego ZOO.

Apel o wiarygodny rejestr

Konflikty interesów i niejasne związki – jak widać – mnożą się. To wszystko, wraz z nietransparentnymi metodami prowadzenia Urzędowego Rejestru Umów, gdzie „wpadki" zdarzają się akurat w sytuacjach, które mogłyby być dla urzędu i jego kierownictwa politycznie niewygodne, budzi uzasadnioną troskę o jakość wydatkowania środków publicznych – czyli troskę o dobro wspólne.

Z tego miejsca apelujemy do prezydenta miasta i jego pracowników odpowiedzialnych za prowadzenie rejestru umów o dostosowanie go w taki sposób, aby nie wprowadzał w błąd mieszkańców, oraz o szczególną dbałość o kompletność i poprawność przedstawianych danych. Jeżeli bowiem z publicznego, urzędowego rejestru nie można uzyskać wiarygodnych i potwierdzonych danych – urząd sam tworzy niedopowiedzenia i podważa zaufanie do informacji publicznej podawanej przez instytucje publiczne.

 

 


Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Głęboka konsternacja – tak najlepiej można byłoby opisać atmosferę, która zapanowała w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia, gdy dyrektor Jacek Barski w ramach referowania projektu uchwały w sprawie lex deweloper przy ul. Kwidzyńskiej przekazał głos reprezentantowi dewelopera. Tym samym w imieniu prezydenta głos zabierał deweloper, którego wart dziesiątki milionów złotych interes gospodarczy był przedmiotem obrad.

Zwykli mieszkańcy czy osiedlowcy nie mają takiego prawa. Wyjątek zrobiono dla dewelopera. I – jak się okazuje – ten sam deweloper otrzymał takie wyróżnienie z rąk urzędników nie pierwszy raz!

Lex Deweloper przy Kwidzyńskiej – 70 mln zł dla dewelopera jedną decyzją

W trakcie czwartkowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia jednym z punktów był projekt uchwały w sprawie zgody na zawarcie porozumienia określającego sposób realizacji inwestycji towarzyszących ze spółką EDO, która we współpracy ze znanym deweloperem Toscom Developement zamierza realizować kolejny etap inwestycji deweloperskiej na terenach dawnej stoczni przy ul. Kwidzyńskiej w trybie lex deweloper. Inwestor, który uzyskał już zgodę na budowę ponad 1100 mieszkań, ubiega się o pozwolenie na kolejnych 550 lokali mieszkalnych i kilkadziesiąt usługowych.

Decyzja Rady Miejskiej oznacza zatem wzrost wartości działki dewelopera o nawet 60–70 mln zł – i dzieje się to bez wbicia przysłowiowej łopaty w ziemię. Gołym okiem widać więc, że stawka jest ogromna.

Brak porozumienia z radą osiedla

Tryb lex deweloper oznacza, że miasto godzi się na budowę mieszkań niezgodną z planem, a w zamian może otrzymać inwestycje w drogi, chodniki i parki – w porozumieniu z lokalną radą osiedla. Okazało się jednak, że porozumienie z radą nie zostało uzyskane. Referujący uchwałę architekt miasta, Jacek Barski, poprosił o przedstawienie stanu rzeczy… reprezentantkę dewelopera.

Jak dla dewelopera omija się statut

Problem polega na tym, że statut miasta nie przewiduje trybu, w którym głosu udziela się osobom innym niż radni bądź reprezentanci urzędu miejskiego. Sprawa była wielokrotnie przedmiotem sporów i interpretacji, a nawet niedotrzymanych przez Koalicję Obywatelską obietnic wyborczych – odmawiano głosu mieszkańcom i reprezentantom wrocławskich osiedli. Wobec tego, zapytana o tryb statutowy zabierania przez przedstawiciela dewelopera głosu, wiceprzewodnicząca rady prowadząca sesję poinformowała, iż pracowniczka inwestora występuje w imieniu prezydenta miasta.

Podkreślmy jeszcze raz: przedsiębiorca, którego interes gospodarczy jest przedmiotem obrad, zabiera głos w imieniu prezydenta miasta. Specjalnie dla tego przedsiębiorcy zrobiono wyjątek i ominięto Statut Wrocławia. Ta sytuacja jest etycznie naganna i niemożliwa do uzasadnienia. Niektórzy powiedzieliby: bezprecedensowa. Ale czy na pewno?

Dla tego dewelopera miasto robiło już wyjątki

Okazuje się, że gdy sięgniemy do archiwum Rady Miejskiej Wrocławia z września 2023 roku, możemy przeanalizować dyskusję dotyczącą pierwszego etapu inwestycji planowanej przez spółkę EDO. I tak się składa, że dla Janusza Kempy, prezesa tej samej spółki, zrobiono taki sam wyjątek. Ominięto statut i zaproszono go na mównicę. Podobnie jak przedstawicieli znanego dewelopera TOSCOM, bliskiego spółce EDO.

W czyim interesie działają urzędnicy i radni? Mieszkańców czy dewelopera?

Czym szczególnym zasłużył się akurat ten deweloper, że traktowany jest w tak wyjątkowy i szczególny sposób? Czemu wnioski akurat tego dewelopera są w trybie lex deweloper opiniowane przez miasto pozytywnie, podczas gdy wszystkie pozostałe – negatywnie? W czyim interesie występują urzędnicy i radni, którzy prześcigają się w gorliwości i usłużności względem dewelopera? Z pewnością nie w interesie mieszkańców, bo Rada Osiedla Kowale zaprotestowała. Czy na działaniu urzędników i radnych zyskał deweloper? Z pewnością nie stracił.


Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Podczas otwartego posiedzenia klubu Naprawmy Przyszłość, które odbyło się w środę 17 czerwca, głos zabrała Magdalena Gajewska-Królicka, przewodnicząca Rady Osiedla Sołtysowice i członkini zarządu SOS Wrocław. Jej wystąpienie było refleksją nad dotychczasowym przebiegiem prac nad reformą rad osiedli we Wrocławiu i wskazaniem obszarów, które – jej zdaniem – wymagają większej uwagi: rzetelnej diagnozy, szerokich konsultacji oraz wzmocnienia realnej sprawczości osiedli.

Reforma, która zaczyna się od końca

Jak zauważyła przewodnicząca Sołtysowic, kolejna debata o przyszłości osiedli ponownie koncentruje się przede wszystkim na zmianach granic administracyjnych. Tymczasem pytania o kompetencje rad osiedli, ich możliwości działania czy warunki pracy schodzą na dalszy plan.

– Zaczynamy znów szeroką dyskusję o reformach rad osiedli, zaczynając od granic, a nie od kompetencji, nie od sprawczości, nie od diet. Znowu mamy jako temat fundamentalny te granice – mówiła.

Odnosząc się do propozycji zmian dotyczących Sołtysowic, wskazała, że w raporcie przygotowanym przez zespół roboczy jej osiedle zostało podzielone inaczej niż w poprzedniej wersji dokumentu. Obecny podział znów odbiega od obu wcześniejszych propozycji. Skąd wzięły się kolejne korekty? Tego nie wie. Nikt z Radą Osiedla żadnego z tych wariantów nie konsultował.

Potrzeba szerszej rozmowy

Jednym z głównych wątków wystąpienia była kwestia dialogu z radami osiedli. Podczas posiedzenia padły z sali słowa, że rozmowy i konsultacje były prowadzone. Gajewska-Królicka zaznaczyła jednak wyraźnie: nie z jej radą. – Z nami tego nikt nie konsultował. Wyraziliśmy swoją uchwałę jako rada osiedla, natomiast nie otrzymaliśmy w tym temacie żadnych odpowiedzi – podkreślała. To nie jest jednostkowa historia. Poczucie, że głos rad osiedli i samych mieszkańców pozostaje poza głównym nurtem debaty, przewija się przez wiele środowisk osiedlowych w całym Wrocławiu.

Bez audytu nie ma reformy

Jednym z filarów programu SOS Wrocław, spisanego w Memorandum podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego, jest przeprowadzenie pełnego audytu obecnego modelu funkcjonowania osiedli jako punktu wyjścia do jakichkolwiek zmian.

– Żeby zacząć mówić o kompleksowej, transparentnej reformie rad, dobrze byłoby rozpoznać obecny stan i przeprowadzić fundamentalny audyt. Sprawdzić dokładnie co nie działa, co wymaga naprawy. Może analiza SWOT. Po prostu taki punkt wyjścia, żeby wiedzieć co musimy dokładnie zmienić, a nie zmieniać rzeczy od środka – mówiła Gajewska-Królicka.

Jak zaznaczyła, trudno mówić o kompleksowej reformie bez wcześniejszego określenia mocnych i słabych stron obecnego systemu oraz bez rozmów prowadzonych na poziomie poszczególnych osiedli.

Cyfryzacja nieobecna w szerokiej debacie o osiedlach

Gajewska-Królicka zwróciła uwagę na jeszcze jeden wyraźny brak w toczącej się dyskusji. Temat cyfryzacji osiedli praktycznie nie istnieje w publicznym obiegu, mimo że powinien być to jeden z kluczowych filarów reformy.

– Nie mówimy nic o cyfryzacji osiedli. W XXI wieku warto byłoby o tym szerzej rozmawiać, a nie widzę tego w żadnej dyskusji – wskazała.

Program SOS Wrocław w obszarze cyfryzacji przewiduje m.in. jeden ogólnomiejski system elektronicznego obiegu dokumentów dla rad osiedli, obowiązkowe transmisje online z sesji i posiedzeń komisji, jedną platformę cyfrową dla mieszkańców do zgłaszania problemów, śledzenia spraw i udziału w głosowaniach budżetowych, a także standaryzację stron internetowych i mediów społecznościowych wszystkich osiedli. Żaden z tych elementów nie trafił dotąd do centrum miejskiej debaty.

Nie wszystko wymaga zmian

Przewodnicząca Sołtysowic zabrała też głos w obronie tych osiedli, które w obecnym kształcie funkcjonują dobrze. Podział administracyjny to nie tylko linie na mapie: to sieci partnerstw, lokalnych klubów i oddolnych inicjatyw, które przez lata budowały się wokół konkretnych wspólnot i konkretnych nazw.

– Jest wiele osiedli, które w obecnych granicach dobrze działają i szkoda by było je niszczyć. Warto zobaczyć różnego rodzaju partnerstwa i kluby, które na tych osiedlach działają i zostały nawiązane właśnie w obecnych formułach. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy może warto nie ruszać – mówiła Gajewska-Królicka.

Jej wniosek był prosty i powtarzał się jak refren: najpierw zbadać stan faktyczny, potem rozmawiać o zmianach. Reforma rad osiedli, na którą czekają wszystkie środowiska zaangażowane w życie wrocławskich wspólnot, powinna zacząć się nie od mapy, ale od rzetelnej diagnozy tego, co działa, a co wymaga naprawy.

– Sprawdzić jaki jest stan faktyczny i od tego wychodzić. I zaczynać tą kompleksową reformę rad osiedli, na którą myślę, że wszyscy czekamy – podsumowała.


Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Jacek Sutryk za obronę w sprawie karnej zapłacił swojemu adwokatowi z prywatnej kieszeni niedużo - 29 520 zł. Tymczasem ta sama kancelaria - BSKK Błaszczak & Kopyściański - zarobiła na umowach z Urzędem Miejskim Wrocławia co najmniej 159 900 zł. Różnica jest ponad pięciokrotna. I rodzi pytania, na które dotychczasowe wyjaśnienia magistratu nie odpowiadają.

Umowa się odnalazła

Po naszej pierwszej publikacji w Urzędowym Rejestrze Umów pojawiła się umowa, której wcześniej tam nie było - źródłowa umowa BOP/2/2024, wpisana pod numerem 20163. Wartość: 61 500 zł, data zawarcia 29 maja 2024 r., przedmiot - "doradztwo prawne i zastępstwo procesowe". To właśnie do niej odnosiły się oba późniejsze aneksy: z 22 listopada 2024 r. (61 500 zł) i z 26 listopada 2025 r. (19 680 zł).

Razem z dwiema umowami z 2022 r. (6 150 zł i 11 070 zł) suma, jaką BSKK Błaszczak & Kopyściański otrzymała z budżetu miasta na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe, wynosi 159 900 zł.

Sprawa na 623 strony, a prywatny rachunek na 30 tysięcy

Obciążenia Błaszczaka to nie tylko występowanie na konferencjach prasowych w imieniu swojego klienta, co do przyjemności z pewnością nie należy. Akt oskarżenia w aferze Collegium Humanum liczy 623 strony i obejmuje 67 czynów wobec 29 osób. Sam Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty - wręczenia korzyści majątkowej byłemu rektorowi Collegium Humanum, posłużenia się nielegalnie uzyskanym dyplomem i wyłudzenia w ten sposób blisko pół miliona złotych.

14 listopada 2024 r. prezydent Wrocławia został zatrzymany przez CBA i przesłuchiwany przez kilkanaście godzin w Prokuraturze Krajowej w Katowicach. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policji i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Obrońca złożył dwa zażalenia - sąd w Katowicach uznał zatrzymanie za zasadne i celowe, ale obniżył poręczenie do 100 tys. zł. To oznacza kolejne postępowanie, kolejne pisma procesowe, kolejne godziny pracy kancelarii.

Przy takiej skali sprawy - wielowątkowej, dotyczącej licznych zarzutów, toczącej się w innym mieście - kwota 29 520 zł wydaje się nieproporcjonalnie niska. Rodzi to pytanie, które już raz zadaliśmy i które powtarzamy: czy to rzeczywiście całość honorarium za obronę karną prezydenta, czy tylko jej część? A jeśli część - kto pokrył resztę?

Sutryk kontra Sutryk

Tłumaczenia magistratu i prof. Błaszczaka dla Wyborczej - że umowy miejskie "nie mają związku ze sprawą karną prezydenta" - nie dotykają istoty problemu. Nie chodzi o to, czy konkretna umowa formalnie dotyczy sprawy Collegium Humanum. Chodzi o to, że Jacek Sutryk jako osoba prywatna zamawia usługę prawną u tej samej kancelarii, której - jako prezydent Wrocławia - jednocześnie zleca usługi prawne z budżetu miasta, płacąc jej wielokrotnie więcej.

To nie jest sytuacja teoretyczna. Mieliśmy już do niej precedens. W 2022 r., w sprawie facebookowego profilu prezydenta, ta sama kancelaria wysłała dwa analogiczne wezwania do Marcina Nierody - jedno w imieniu Urzędu Miejskiego, drugie w imieniu Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. Sam Nieroda nazwał to "czystym zbiegiem okoliczności". Dziś mamy do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, tylko na większą skalę finansową.

Trzy dni

19 listopada 2024 r. Jacek Sutryk przelał kancelarii 12 300 zł z tytułem "obrona karna". Trzy dni później, 22 listopada, ta sama kancelaria podpisała z Urzędem Miejskim aneks na 61 500 zł. Sama bliskość dat nie jest dowodem niczego - ale w sprawie, w której każda data ma znaczenie, warto zapytać: czy to przypadek, że w tym samym tygodniu doszło do obu zdarzeń?

Błąd, którego nie ma kto wyjaśnić

Rzeczniczka magistratu przekonuje, że zniknięcie umowy BOP/2/2024 z rejestru to "błąd lub niedopatrzenie byłego pracownika". To wygodne wyjaśnienie - nieweryfikowalne i niewymagające odpowiedzialności od nikogo, kto jest obecnie zatrudniony. Ale otwiera ono pytanie szersze niż sprawa jednej kancelarii: jeśli ta umowa "zniknęła" przez błąd, ile innych umów w Urzędowym Rejestrze Umów ma podobne "niedopatrzenia"? To pytanie o wiarygodność całego rejestru.

W związku z tym radny Piotr Uhle skierował do prezydenta Wrocławia formalne zapytanie w tej sprawie. Pytamy w nim, kto był pracownikiem odpowiedzialnym za niewprowadzenie umowy BOP/2/2024 do rejestru, komu podlegał i czy nadal jest zatrudniony w urzędzie - a jeśli nie, z jakich przyczyn zakończyła się jego praca. Pytamy też, czy wobec tej osoby lub jej przełożonych wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje służbowe. I wreszcie - jak technicznie wygląda proces publikacji umów w Urzędowym Rejestrze Umów: czy dane są zaciągane automatycznie z Centralnego Rejestru Umów funkcjonującego w urzędzie, czy wprowadzane ręcznie, oraz jakie procedury mają zapobiegać podobnym "niedopatrzeniom" w przyszłości.

Na odpowiedzi czekamy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. fb Jacka Sutryka i strona www kancelarii BSKK


80 000 zł z miasta dla adwokata Sutryka

80 000 zł z urzędu dla adwokata Sutryka w jego sprawie karnej

Co najmniej 80 000 zł otrzymała kancelaria prawna BSKK Błaszczak & Kopyściański z budżetu miasta od postawienia Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Aneks do umowy na ponad 60 000 zł został zawarty...  tygodzień po zatrzymaniu Prezydenta Wrocławia.

Rzeczniczka zapewniała: płaci z własnej kieszeni

Cofnijmy się do 15 listopada 2024 roku i konferencji zwołanej dzień po zatrzymaniu Jacka Sutryka. Pełnomocnik Jacka Sutryka, Łukasz Błaszczak zawahał się przed odpowiedzią kto płaci za obsługę prawną swojego mocodawcy: prezydent osobiście czy Gmina Wrocław. Na pytanie, które na konferencji prasowej zadał mu Marcin Torz odpowiedział zachowawczo: - Odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Gdy dziennikarz zwrócił mu uwagę, że to publiczne pieniądze - w sukurs przybyła mu rzeczniczka prezydenta, Agata Dzikowska, która zapewniała: - Za obsługę prawną pana prezydenta płaci pan prezydent z prywatnych pieniędzy.

Kilka dni później - aneks na 61 500 zł

Wszyscy zostali uspokojeni i obserwowali merytoryczny rozwój wypadków - czekali na kolejne informacje z afery Collegium Humanum, analizowali polityczne konsekwencje, sprawdzali kto jeszcze jest absolwentem tej prestiżowej uczelni. Jednak już 7 dni później, 22 listopada - jak można sprawdzić w Centralnym Rejestrze Umów - firma Błaszczak & Kopyściański podpisała aneks do umowy UM.BOP/2/2024 na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe o wartości bagatela - 61 500 zł. Umowa była aneksowana po raz kolejny rok później - tym razem dokument opiewa na 19 680 zł z budżetu do firmy, która broni Jacka Sutryka przed zarzutami o korupcję i oszustwo.

Źródłowa umowa nie ujawniona w rejestrze

Co ciekawe - źródłowej umowy UM.BOP/2/2024 w Centralnym Rejestrze Umów już nie znajdziemy. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale liczymy, że na to i inne pytania odpowiedzą urzędnicy już wkrótce, gdyż za pośrednictwem radnego Piotra Uhle skierowaliśmy do Urzędu Miasta zapytanie o treść umowy, faktury, rachunki oraz wszelkie produkty umowy, która kosztowała nas co najmniej 80 000 zł. Nie chcemy rozstrzygać czy umowy z miastem zawarte przez firmę pełnomocnika Jacka Sutryka miały jakikolwiek związek z jego sprawą karną. Ta sprawa zasługuje jednak na szczegółowe i pieczołowite wyjaśnienie.

Pytania, które trzeba zadać

Obrona Jacka Sutryka w jego sprawie karnej to bardzo poważne wyzwanie, które wymaga dużej zręczności oraz zdolności w zakresie prawa karnego. Z pewnością dodatkowe koszty związane są ze stawaniem w obliczu trudnych i celnych pytań kierowanych przez dziennikarzy. Czy wobec tego nie budzi uzasadnionych pytań fakt, że tydzień po konferencji kancelaria pełnomocnika prezydenta podpisuje lukratywny kontrakt z urzędem? Na jaką kwotę opiewała umowa, której nie ujawniono w rejestrze? Czy wspomniana kancelaria świadczy usługi dla innych jednostek podległych urzędowi? Te pytania warto zadać.

Żądamy potwierdzenia przelewu

Podobnie jak to, które teraz kierujemy do Jacka Sutryka: czy osobiście i w pełni zapłacił za usługi swojego adwokata? Jeżeli tak to słowa nie wystarczą. Opinia publiczna winna oczekiwać, że prezydent zastosuje się do dobrych praktyk w takich okolicznościach. I pokaże potwierdzenie przelewu.

Radcy prawni są, ale miasto zleca na zewnątrz

Miasto wydaje sporo pieniędzy na zewnętrzne usługi prawnicze mimo, że posiada rozbudowany Zespół Radców Prawnych, który w swoich zadaniach ma zawarte w umowach z zewnętrznymi podmiotami kompetencje, a w szczególności doradztwo prawne na rzecz komórek organizacyjnych Urzędu oraz zastępstwo procesowe przed sądami i innymi organami orzekającymi w sprawach należących do zakresu działania Urzędu.

Ostatnio kontrowersje wzbudził fakt, że usługi prawne zostały zamówione u profesora Jerzego Korczaka, któremu za 48 000 zł zlecono napisanie nowelizacji statutów wrocławskich osiedli. Stało się tak mimo, że projekt był przedstawiany jako wypracowany przez radnych zajmujących się we Wrocławiu osiedlami.

Jak to możliwe, że mimo zatrudniania licznych i cenionych na rynku specjalistów nadal usługi prawne zamawiane są na zewnątrz? Czy fakt, że obrońca Prezydenta Wrocławia ma w gronie klientów również Urząd Miejski mu podległy to czysta, bezpieczna i etyczna sytuacja? Sprawdzimy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. Radia DTR - Dolnośląskie Twoje Radio


Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.

Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło

Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.

Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.

Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie

To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:

Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.

Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.

Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy

W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.

Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.

Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.

O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?

„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"

Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.

WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:

Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!

Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.

Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.

Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi

Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.

Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.

Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.

Walczymy dalej – na każdym froncie

Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.

Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.