Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.
Jeszcze gorszy niż odwołany
Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.
Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.
Urząd robił wszystko, żeby nas złamać
Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.
Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.
Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.
Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców
Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.
Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.
Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień.
AKTUALIZACJA:
Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.
Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.
Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.
Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.
Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.
Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?
25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.
Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.
Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.
Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo
W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.
Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.
Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany
Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany
Kraków pokazał, że referenda się zdarzają. Wrocław może być następny. Przy tej okazji warto przyjrzeć się galerii chętnych, którzy od dawna skromnie, bardzo skromnie czekają w kolejce po fotel w Sukiennicach. Zrobiliśmy dla Was research. Miejscami jest zabawnie. Będziecie zaskoczeni jak bardzo.
KO, czyli partia, która zawsze ma kogoś pod ręką
Michał Jaros to człowiek o wyjątkowo nieszczęśliwym życiorysie politycznym: dwukrotnie usunięty ze stawki przy zielonym stoliku, za każdym razem przez swoich. W 2018 roku partia wybrała inaczej. W 2024 roku, mimo poparcia licznych organizacji społecznych i ruchów oddolnych, Jaros ostatecznie nie wystartował. Wojsko czekało na rozkaz, wódz zszedł do kwatery wroga i zaczął współrządzić z tym samym Sutrykiem, którego przez lata wskazywał jako główny problem Wrocławia. Żołnierze zostali na polu bitwy. Dziś, gdy kampania ma się znowu zacząć, część z nich może być mniej chętna, żeby znowu pożyczać swój wizerunek człowiekowi, który raz już ich zostawił. Mimo to Jaros ma naturalne pole position: jest szefem największej partii w regionie, która regularnie zbiera tu solidne wyniki. Trudno go pominąć. Łatwo zrozumieć, dlaczego mu nie ufają.
Grzegorz Schetyna jest jedną z tych postaci, które w polskiej polityce nie umierają, tylko na jakiś czas zmieniają parter na pierwsze piętro. Wicepremier, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, szef Platformy, senator. Kariera przyhamowała po aferze hazardowej i konflikcie z Donaldem Tuskiem, ale Schetyna trzyma się życia publicznego z zacięciem godnym lepszej sprawy. Z Wrocławiem związany od czasów studenckich, mocno zaangażowany w sport, co w praktyce oznaczało, że jego ludzie współrządzili Śląskiem Wrocław i doprowadzili klub do stanu, który dziś można opisywać wyłącznie eufemizmami. Schetyna ma wizerunek zakulisowego machera otoczonego doświadczonymi praktykami, którzy nie stronią od siłowych rozwiązań. Mówi się, że to właśnie jego szabla pozbawiła Jarosa funkcji marszałka województwa, kiedy ten po nią sięgał. Ironia polega na tym, że dziś Schetyna i Jaros blisko współpracują, bo Jarosowi brakowało właśnie tej szabli do uzbierania większości w partii. Polityka potrafi być naprawdę piękna.
Mateusz Jędrachowicz to teza kontrowersyjna, ale wrocławskie salony coraz częściej wymawiają to nazwisko przy okazji rozmów o najwyższych funkcjach w mieście, włącznie z teką wicemarszałka. Młody radny sejmiku, niezbyt wiele do powiedzenia, doświadczenie w realnej pracy jeszcze mniejsze, za to wynagrodzenie w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, do której trafił wbrew wcześniejszym obietnicom nieobsadzania stanowisk bez konkursów, wynosi, jeżeli wierzyć dziennikarzom, bagatela 28 tysięcy miesięcznie. Drogi mieszkańcu Wrocławia, ile Ty zarabiasz miesięcznie dzięki swojej uczciwej pracy? Mniej? Trzeba było nosić teczkę i zapisać się do partii. Jędrachowicz to modelowy przykład działacza nowej generacji KO: wyprany z idei, pozbawiony kręgosłupa, ustawiony zawsze z wiatrem, niezależnie od tego, skąd ten wiatr akurat wieje. Gdzie ci młodzi, którzy mieli zdusić centaury?
Familia i urząd, czyli kto zadba o szafy z trupami
Środowisko urzędnicze będzie chciało wskazać swojego delfina. Tyle że dobre słowo Sutryka wychodzącego tylnym wyjściem jest warte tyle, co w swoim czasie warte było dobre słowo niemal każdego innego polityka obleganego przez prokuraturę. Odchodzący raczej w niesławie Sutryk będzie chciał jednak zachować wpływ na wybór następcy, bo trupy w szafie trzeba chronić, interesy przyjaciół zaopiekować, a dobre imię nie może być zbyt często szargane przez tego, kto przejmie biurko. A następca będzie miał na co narzekać. Naprawdę będzie miał na co.
Jakub Mazur to pierwszy typ samego Sutryka. Wieloletni pierwszy zastępca, wyznaczany jako ten, który przejąłby miasto w przypadku prawomocnego wyroku sądu. Mazur poza częstymi i, jak podkreślają znawcy tematu, drogimi wycieczkami zagranicznymi na koszt podatnika, specjalizuje się w relacjach z biznesem i z pewnością potrafi zbierać środki na kampanię. Firmę, którą wcześniej obsługiwała m.in. państwową spółkę Tauron, przepisał na żonę. Firma specjalizuje się w reklamie. Do listy osiągnięć należy doliczyć dyplom MBA ze stajni Collegium Humanum. Ponoć Mazur, w przeciwieństwie do swojego szefa, miał notatki i chodził na zajęcia. Wysoka poprzeczka.
Radosław Michalski to dyrektor departamentu marki miasta, erudyta wykształcony między innymi we Florencji, człowiek z doskonałymi relacjami z Kościołem katolickim i całym wrocławskim ekosystemem turystyczno-gastronomicznym: restauratorzy, hotelarze, atrakcje, to jego naturalne środowisko. Często wskazywany jako możliwy kandydat środowiska urzędowego. Doświadczony w kampaniach wyborczych: kierował ostatnią kampanią Rafała Dutkiewicza w 2014 roku. Przynajmniej do pierwszej tury, kiedy widmo porażki z Mirosławą Stachowiak-Różecką skłoniło wszystkich do gruntownej przebudowy sztabu. Cenne doświadczenie na przyszłość.
Piotr Wojtyczka to doświadczony człowiek w publicznym biznesie, który wywodzi się z kręgów konserwatywnych. Rodzina pochodzi z Lubina, on sam przez lata funkcjonował w stowarzyszeniu Sapere Aude, nieformalnej młodzieżówce Rafała Dutkiewicza. Później zacieśnił relacje z Robertem Pietryszynem i Adamem Burakiem, a gdy ekipa Adama Hofmana szła z PiSu w górę, zabrała ze sobą również Wojtyczkę. Mówiło się, że posiada apartament po sąsiedzku z Danielem Obajtkiem. Później prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po zmianie władzy zajął się prowadzeniem klubu i nowego bytu medialnego, Wrocławskich Faktów, w których posiada jedną trzecią udziałów. Na poparcie Lewicy liczyć nie może, za to cieszy się szacunkiem w części wrocławskiego PiSu. Jak widać, różne drogi prowadzą do wrocławskiej polityki.
Izabela Kalisz z domu Pieniążczak to kandydatura, która zaskoczy wielu, ale jest jedynym nazwiskiem, na które może postawić tzw. familia, czyli krąg młodych działaczy skupionych wokół Sutryka od jego kampanii w 2018 roku. Wszyscy wywodzą się ze stowarzyszenia Sapere Aude, wszyscy od tamtej pory robią znakomite kariery – dla części dyrektorskie funkcje w urzędzie to była pierwsza praca. Damian Żołędziewski jest dyrektorem departamentu Prezydenta, Izabela Kalisz dyrektorką biura, Maria Michułka przez lata była szefową biura nadzoru właścicielskiego, dziś jako wzięta prawniczka obsługuje szereg miejskich spółek, Krzysztof Szłapka jest wicedyrektorem biura komunikacji internetowej, Jan Bujak osiągnął swój cel i jest dyrektorem Departamentu Nieruchomości i Eksploatacji, a jego zastępcą jest Monika Witkowska, również członkini familii. Towarzystwo ma więc wiele do stracenia. Prywatnie Izabela Kalisz jest szwagierką Damiana Żołędziewskiego: jej siostra od lat zarabia na utrzymaniu Hali Stulecia, a wcześniej miała być rekruterką we wrocławskim oddziale Collegium Humanum. Co za przypadek, co za rodzina. Szanse Kalisz na prezydenturę są marne, a jej ewentualne starcie z Wojtyczką nosiłoby znamiona skandalu obyczajowego, jednak to jedyne, na co familia realnie może sobie pozwolić. Chodzi o wyhandlowanie etatów u nowego prezydenta.
Marek Nowara to znany wrocławski deweloper, który od dłuższego czasu prowadzi intensywną kampanię budującą jego wizerunek publiczny. Założył stowarzyszenie Vergo City wpływające na politykę mieszkaniową miasta, udziela wywiadów Radiu Wrocław i Wrocławskim Faktom, popiera budowę metra i maluje się na aktywistę i eksperta. W wywiadach nie pojawia się jednak wątek kontrowersyjnych inwestycji prowadzonych w trybie Lex Deweloper. Nie pojawia się też wątek biznesów prowadzonych z synem sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa ani historia poprzedniej spółki deweloperskiej Inter-System, która seryjnie wygrywała przetargi na miejskie inwestycje, m.in. wrocławskie Afrykarium. Nie pada też nazwa powiązanej z nim kapitałowo firmy Aqua Serwis, która, jak sama pisze na swojej stronie, zarządza między innymi Aquaparkiem Wrocław i… wspomnianym wcześniej Afrykarium w ZOO. Bardzo wiele pominięć, jak na tak aktywnego medialnie człowieka.
PiS liczy głosy
Rozgrywka w obozie prawicy odbędzie się między kandydatami gangu tapirów a stronnikami posła Dworczyka i byłego premiera Morawieckiego. Pogodzić może ich kandydat niezależny od PiS ale… powiązany z ratuszem.
Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach zebrał 45 tysięcy głosów, choć przed głosowaniem niewielu umiało wymówić jego nazwisko. Prawnik, który w roli przewodniczącego klubu radnych chętnie korzysta z zawodowego arsenału. Lojalny działacz, który buduje nazwisko na konsekwentnym podnoszeniu partyjnej agendy PiSu w samorządzie.
Janusz Cieszyński to były minister w rządzie Morawieckiego i absolwent wrocławskiego XIV LO, co w pewnych kręgach uchodzi za wrocławski rodowód. Niewiele brakowało, by w 2023 startował do Sejmu właśnie z Wrocławia, partia zadecydowała jednak inaczej. Byłby ciekawym pomysłem na odświeżenie wizerunku PiSu w mieście po niezrozumiałych dla własnego elektoratu alpejskich kombinacjach przy poprzednich dwóch podejściach do inicjatywy referendalnej. Ciąży na nim praca w rządzie Mateusza Morawieckiego, która nadal wielu wyborcom kojarzy się po prostu źle.
Marek Mutor. Dziś rządzi Ossolineum, ale w przeszłości był radnym. Konserwatysta, jego kandydaturę ma wspierać zarówno Kazimierz Michał Ujazdowski jak i wrocławska Solidarność. A jeżeli Solidarność to i Jarosław Krauze, który zawsze stanowił nieformalne połączenie między obozem Jacka Sutryka a Prawem i Sprawiedliwością.
Lewica liczy stołki
Lewica będzie miała najwięcej do stracenia. Pięcioosobowy klub w Radzie Miejskiej przy śladowym poparciu to osobliwe osiągnięcie, możliwe wyłącznie dzięki układowi z Sutrykiem. Dlatego lewica podejmie wszelkie możliwe ruchy, by wpływ zachować. Warto też zaznaczyć, że stronnictwo starego aparatu partyjnego z PZPR, SDRP i Millerowskim SLD w krwiobiegu niedawno odbiło ważny przyczółek: z funkcji wicewojewody odwołano Piotra Kozdrowickiego, wywodzącego się z partii Roberta Biedronia, a wcześniej Nowoczesnej. Na to miejsce wsadzono Agnieszkę Mizę, zaprawioną w SLD-owskich walkach. Życzymy powodzenia w karierze.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra pracy i polityki społecznej, to rodowita wrocławianka, która jakością wypowiedzi i zdolnością formułowania myśli wyprzedza o kilka długości całą stawkę polityków SLD i Nowej Lewicy w parlamencie. Polityczna singielka, wiele zawdzięczająca swojej szanowanej w środowisku kultury matce. Ze względu na jakość, intelekt i indywidualizm jest w partii nielubiana i trudno jej będzie znaleźć poparcie wewnątrz własnego stronnictwa. Partia nie lubi takich rzeczy.
Dominik Kłosowski to bardziej prawdopodobny kandydat betonowego skrzydła SLD. Ambitny, gorliwy obrońca swoich zwierzchników, w kuluarach Rady Miejskiej coraz częściej nazywany człowiekiem z wazeliny. Znany z prowadzenia Komisji Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej, Transportu i Inicjatyw Gospodarczych w taki sposób, żeby przypadkiem się nie przepracowała, za to lojalnie realizowała wszystkie interesy prezydenta. Złapany na osiedlu Sołtysowice z prospektem dewelopera w ręku. Na kampanię mu z pewnością nie zabraknie.
Czy Bezpartyjni i PSL znajdą nowe otwarcie dzięki Renacie Granowskiej?
Renata Granowska, wyrzucona z PO i z funkcji wiceprezydenta Wrocławia, zachowuje dobre relacje z otoczeniem marszałka Gancarza i będzie zabiegać o nominację PSL lub Bezpartyjnych. Nie ma nic do stracenia: budowana mozolnie pozycja zaczęła się sypać, a tylko prezydencka lub parlamentarna szarża może uratować ją od marginalizacji. Immunitet poselski też nie zaszkodzi a mówi się, że w PSL są działacze, którzy widzieliby panią Granowską na „jedynce” listy do Sejmu.
Michał Rado, młody sołtys Bystrzycy i członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, to rosnąca nadzieja Bezpartyjnych. Media go lubią, kamery go lubią, kariera z roku na rok przyspiesza. Ostatnio zasłynął poparciem dla budowy spalarni odpadów. Ciekawy punkt w życiorysie kandydata na prezydenta dużego miasta.
Jerzy Michalak, sprawdzony kandydat Bezpartyjnych, po dwóch latach nadal ma w nazwie profilu na Facebooku słowa "kandydat na Prezydenta Wrocławia". Oratorsko znakomity. Po poprzednich nieudanych próbach trudno go pominąć. Profil na Facebooku gotowy, to dobry start.
Razem i Konfederacja
Marta Stożek z Razem to ideowa posłanka formacji Adriana Zandberga. Karierę zaczęła od pewnego falstartu, ale pnie się po drabinie popularności. Zasłynęła zawiadomieniem do CBA w sprawie możliwej korupcji w Urzędzie Miejskim Wrocławia. We Wrocławiu to dość rzadka specjalność.
Krzysztof Tuduj z Konfederacji zaangażował się w ostatnią próbę odwołania Sutryka, choć jego głównym obszarem zainteresowań pozostaje obronność. Wobec słabego zaangażowania w lokalne sprawy poprzedniego kandydata Konfederacji, Roberta Grzechnika, Tuduj jest najbardziej prawdopodobnym wyborem partii Mentzena i Bosaka.
To wszystko tylko okruchy informacji, które dla Was zebraliśmy. Niektóre z wątków zasługują na dużo głębsze i szersze rozwinięcie. Śledźcie nasze profile, niebawem dalszy ciąg programu!
Obserwujemy. Notatki prowadzimy. Wy też możecie.
Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.
Awans Śląska. Nie zmarnujmy go w imię kolesiostwa.
Śląsk Wrocław wraca do Ekstraklasy. To dobra wiadomość – i nie tylko sportowa. Ale zanim wrocławscy decydenci zaczną wypinać pierś do orderów, warto przypomnieć, skąd właściwie przyszliśmy i co nam grozi, jeśli nie wyciągniemy wniosków.
Awans jest faktem. I ma swoją cenę.
Sezon w pierwszej lidze dobiegł końca sukcesem. Awans, który jeszcze w styczniu niewielu uważało za realny, stał się faktem. Zarząd klubu – mimo ogromu trudności, braku jednoznacznego wsparcia ze strony miejskich decydentów i atmosfery permanentnego kryzysu – ustabilizował sytuację i osiągnął cel.
Należy to powiedzieć wprost, bo w tym środowisku rzadko pada.
Powrót do Ekstraklasy oznacza również konkretne pieniądze. W nadchodzącym sezonie Śląsk może liczyć nawet na 15 milionów złotych z praw do transmisji telewizyjnych. Ekspozycja medialna przekłada się na atrakcyjność sponsorską – a ta w pierwszej lidze była po prostu nieporównywalna. Klub zyskuje nowe możliwości. I właśnie dlatego teraz – nie za rok, nie po następnym sezonie – należy zadać twarde pytania o to, co dalej.
40 milionów złotych – czekamy na rozliczenie
W budżecie miasta na rok 2026 zaplanowano dla Śląska łącznie 40 milionów złotych. Sama kwota nie dziwi – klub jest miejską własnością i wymaga finansowania. Dziwi co innego: ani prezes spółki, ani urzędnicy miejscy nie przedstawili Radzie Miejskiej rzetelnych wyliczeń dotyczących faktycznej sytuacji finansowej klubu. Pieniądze zaplanowano, ale bez transparentnego uzasadnienia.
Do tego dochodzi sprawa raportu Grant Thornton – dokumentu, który miał opisywać kondycję Śląska, a którego wnioski okazały się rozbieżne z rzeczywistymi przepływami finansowymi między klubem a spółkami komunalnymi. Ta nierzetelność nie jest kwestią przeszłości. Będzie rzutować na wiarygodność finansowania klubu przez kolejne lata.
Dlatego oczekujemy na podsumowanie co klub zrobił z przekazanymi pieniędzmi do dzisiaj. I co zamierza z nimi zrobić do końca roku. Czas na sprawozdanie i to dużo bardziej szczegółowe niż pierwsza prezentacja prezesa Jezierskiego.
Byliśmy po stronie klubu. I dlatego pytamy.
SOS Wrocław należy do nielicznych, którzy w najtrudniejszym momencie stanęli po stronie klubu – wtedy, gdy był on bezpardonowo atakowany, a miejscy decydenci zachowywali dziwne milczenie. Pisaliśmy o tym, czego wstydzi się Jarosław Królewski. Tłumaczyliśmy, dlaczego wojna o Śląsk jest również naszą wojną. Ci sami, którzy wtedy milczeli lub szkodzili – dziś będą pierwsi do świętowania.
Nie o wyścig zasług jednak chodzi. Chodzi o coś ważniejszego: o to, żeby sukces nie stał się pretekstem do powrotu starych nawyków.
Demony wyczuwają pieniądze
Sukces i perspektywa nadchodzących środków uruchomi mechanizmy, które dobrze znamy. Dziwne usługi doradcze. Agenci sportowi z nieoczywistymi kontraktami. Faktury za świadczenia, których wartości nie sposób zweryfikować. To wszystko już było. I doprowadziło do konkretnego skutku: klub z budżetem rzędu 80 milionów złotych rocznie nie był w stanie utrzymać się w Ekstraklasie.
Zanim więc politycy i działacze, którzy chcą, żeby „w Śląsku było jak było", zaczną dyktować warunki nowego otwarcia – niech najpierw odpowiedzą na kilka prostych pytań:
- Dlaczego klub z tak dużym budżetem spadł do pierwszej ligi?
- Na co konkretnie szły pieniądze?
- Którzy agenci zarobili najwięcej i na jakich warunkach?
- Czy wszystkie zakontraktowane usługi były realnie świadczone, a klub faktycznie na nich korzystał?
To nie są pytania złośliwe. To są pytania, których zadanie jest obowiązkiem każdego, kto poważnie traktuje publiczne pieniądze.
Prywatyzacja: debata musi się zacząć teraz
Awans to też właściwy moment, żeby rozpocząć poważną rozmowę o przyszłości właścicielskiej klubu. Śląsk Wrocław może być wart znacznie więcej niż dziś – ale tylko wtedy, gdy będzie zarządzany przejrzyście, a jego finanse będą w porządku. Tylko tak można przeprowadzić dobrą prywatyzację – taką, która przyniesie miastu realną wartość, a nie kolejną rundę strat pokrywanych z miejskiej kasy.
A wydatki pokrywające wygenerowaną stratę są szczególnie bolesne. Nie tworzą żadnej wartości. Są dowodem na to, że coś poszło fundamentalnie nie tak.
Nie może być jak było. Bo wiemy, jak to się kończy.
SOS Wrocław monitoruje wydatki publiczne i rozliczalność wrocławskich decydentów. Jeśli chcesz wiedzieć więcej – obserwuj nas i dołącz do społeczności.
10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.
10 000 nowych mieszkań, mniej zieleni, sportu i kultury.
Sprawdziliśmy, co Jacek Sutryk szykuje dla Pilczyc, Kozanowa i Popowic.
Chcąc przymierzyć się do oceny proponowanych rozwiązań projektowych w Planie Ogólnym, szukaliśmy obszaru będącego pod opieką Rady Osiedla, którego struktura funkcjonalno-przestrzenna jest mocno zróżnicowana. Takie założenie daje duże szanse i wysokie prawdopodobieństwo na to, że wnioski, które z takiej analizy wynikną, będą odzwierciedleniem polityki dla całego obszaru miasta – polityki, za którą odpowiada Prezydent Jacek Sutryk i środowisko polityczne, które reprezentuje.
Liczyliśmy również na to, że wyniki analizy pozwolą odpowiedzieć na pytanie, kto zyska, a kto straci, jeżeli zaproponowane ustalenia w Planie Ogólnym zostaną przyjęte przez Radnych Rady Miejskiej Wrocławia, w której większość decyzyjną mają Radni popierający Platformę Obywatelską i Prezydenta Jacka Sutryka.
Czy to się udało? Oceńcie sami. Zapraszamy na obszar Rady Osiedla Pilczyce-Kozanów-Popowice Płn. Czyli na obszar bardzo zróżnicowany funkcjonalnie i przestrzennie – obszar, na którym zgodnie z informacją opublikowaną przez Urząd Miejski Wrocławia mieszka 30 320 osób. Więcej mieszkańców z 48 obszarów poszczególnych Rad Osiedli mają tylko obszary Rady Osiedla Karłowice-Różanka oraz Rady Osiedla Leśnica.
Przechodząc do sedna sprawy: na co mogą liczyć Mieszkańcy Pilczyc, Kozanowa i Popowic w części północnej, czyli co nakazała Platforma Obywatelska, a co realizuje Jacek Sutryk?
Korki, korki i jeszcze raz korki…
Najbliższe otoczenie stadionu miejskiego to teren, na którym wyznaczono bardzo duży obszar zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (3351SW i 3348SW). Obecnie jest to teren aktywności usługowej i gospodarczej o niskiej intensywności i wysokości zabudowy. W projekcie Planu Ogólnego intensywność zabudowy oznacza minimum 10 000 nowych mieszkań, czyli co najmniej tyle samo samochodów na już zakorkowanych ulicach: Metalowców, Lotniczej, Górniczej, Hutniczej czy węźle Autostradowej Obwodnicy Wrocławia – zwłaszcza na zjeździe w kierunku Stadionu, gdzie niemal każdego dnia samochody ustawiają się na pasie awaryjnym.
(Planowana zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna w Planie Ogólnym – Strefy 3351SW i 3348SW - obręb geodezyjny Gądów Mały, ale w granicach administracyjnych osiedla Pilczyce - Kozanów - Popowice Płn.)
Brak ochrony zieleni osiedlowej!
W obowiązującym Studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego ochronę zieleni osiedlowej zapewniało wyznaczenie „obszarowych form zieleni wypoczynkowej”. Niestety Pan Prezydent, oprócz realizacji polityki nadmiernego dogęszczania miasta, realizuje politykę likwidacji zieleni osiedlowej.
(Przykład „obszarowych form zieleni wypoczynkowej” (zielone kreskowanie) na Popowicach, czyli realnej ochrony zieleni osiedlowej w Studium)
Przykład nałożenia grafiki Planu Ogólnego na Studium pokazuje, że na Popowicach (i nie tylko) większość zieleni osiedlowej chronionej w Studium, w projekcie Planu Ogólnego została pozbawiona ochrony i znajduje się w Strefach zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej (np. Strefy 3003SW, 3051SW…).
To może więcej usług, zwłaszcza społecznych?
„Kto we Wrocławiu mieszka, ten się z cyrku nie śmieje”… takie powiedzenie ostatnio jest powtarzane przez Mieszkańców, a niektórzy dodają, że już dawno zastąpiło inne hasło, z którego Wrocław słynął, czyli „Wrocław miasto spotkań”. Dzisiaj we Wrocławiu spotykają się głównie deweloperzy i ustalają, że w miejscu usług kultury na Pilczycach oraz targowiska na Popowicach będzie zabudowa mieszkaniowa wielorodzinna.
W planie ogólnym wyznaczono strefę 1254SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej o wysokości 18 m. Obecnie jest tam jednokondygnacyjny obiekt usługowy z usługami kultury.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia, Strefa 80SW z dominującą funkcją zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej i dopuszczalną wysokością 40 metrów! Obecnie teren handlu i usług w formie targowiska)
Brak ochrony wartości historycznych
Teren dawnego cmentarza pomiędzy ROD Pilczyce a Cmentarzem Żydowskim, ze względu na swój historyczny charakter i lokalizację, powinien być przeznaczony na zieleń jako wyraz szacunku do wartości historycznych oraz jako uzupełnienie istniejącej struktury przestrzennej. Zamiast tego zaproponowano kolejną zabudowę mieszkaniową wielorodzinną o wysokości 25 metrów.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1224SW)
Pełen (dys)komfort wypoczynku, czyli (byle)jakość życia na ROD „Pilczyce”
Pełnego komfortu nie będzie. Świadome działanie na szkodę Mieszkańców, czyli brak decyzji o uchwaleniu planu miejscowego chroniącego tereny ogrodów działkowych, przyczynił się do wydania decyzji o warunkach zabudowy, która zaburzyła istniejący układ przestrzenny ogrodów na ROD Pilczyce. W Planie Ogólnym utrwalono taki stan prawny i wyznaczono strefę 1276SW, czyli dopuszczono na działkach 6/6 i 6/7 zabudowę mieszkaniową wielorodzinną. Efekt? Część działkowców będzie miała sąsiadów podglądaczy na balkonach bez konieczności używania lornetki.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – Strefa 1276SW)
Co z przestrzeniami między blokami i parkingami?
Są, ale nie będzie. Jeżeli ktoś myślał, że dobrze zaprojektowane osiedla z lat 70. i 80. dalej będą miały niezmieniony charakter, to się mylił. Przykładem jest Kozanów i strefa 3154 SW, czyli wyznaczenie na terenie zieleni i parkingów zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej.
(Wyrys z projektu planu ogólnego miasta Wrocławia – jedna z kilku wskazanych stref: Strefa 3154 SW)
To tylko niektóre przypadki świadomego działania na szkodę mieszkańców i pogorszenia jakości życia, jakie zostały zawarte w projekcie Planu Ogólnym miasta Wrocławia.
Nie zwlekajcie. Sprawdźcie swoją okolicę. Jesteśmy przekonani, że w taki sposób Prezydent Jacek Sutryk niszczy każde osiedle, także to, na którym mieszkacie!
Link do projektu planu ogólnego z etapu konsultacji społecznych znajdziecie tutaj: https://geoportal.wroclaw.pl/www/pog_ks_app/.
Błażej Stopka
Czy damy się zabetonować? Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach - powstaje plan ogólny
Plan Ogólny Wrocławia. Decyzje dla całego miasta zaczynają się na osiedlach
Mieszkańcy Sołtysowic od ponad roku alarmują, że ich osiedle stanie się drugim Jagodnem. Deweloper, który chciał postawić tam ponad 6000 mieszkań w trybie lex deweloper, zmienił strategię. Teraz Plan Ogólny Wrocławia przygotowano dokładnie tak, że sam nie mógłby przewidzieć lepszych warunków.
Osiedle, które ma się potroić
Sprawa nie jest nowa. Firma deweloperska przymierzała się do zakupu terenów przy alei Poprzecznej od 2018 roku, gdy mówiła o 3000 mieszkań. W lutym 2025 roku kupiła kolejne 12 hektarów ziemi między torami kolejowymi a ulicą Sołtysowicką, płacąc ponad 55 milionów złotych. W najnowszych oficjalnych dokumentach mowa jest już o 6500 lokalach. Zakładając, że w każdym mieszkaniu osiedlą się średnio dwie osoby, za Koroną zamieszka co najmniej 13 tysięcy ludzi. Tyle, co w małym mieście. Sołtysowice liczyłyby wówczas trzykrotnie więcej mieszkańców niż dziś, przy układzie komunikacyjnym z lat pięćdziesiątych.
Deweloper przekonywał, że ma dla miasta dobrą ofertę. Na swój koszt miałby postawić wiadukt i wybudować szkołę. "Skala prywatnych środków, jakie planujemy przeznaczyć na miejską infrastrukturę w tym rejonie jest bezprecedensowa nie tylko w skali Wrocławia, lecz także i kraju" - zapewniał prezes spółki. Nie precyzował jednak, gdzie dokładnie wiadukt miałby powstać.
Ratusz uspokajał. Potem sam zmienił plan
Gdy w marcu 2025 roku Radio Wrocław pytało o te plany, rzecznik Urzędu Miasta uspokajał: obowiązujący miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego nie pozwala na jakąkolwiek zabudowę w tym rejonie. Dosłownie stwierdził, że może tam powstać "budka z kebabem, toi-toi i ścieżki rowerowe". Miasto wydało jednak deweloperowi dwie decyzje środowiskowe, obejmujące dziewięć budynków o wysokości do 14 kondygnacji, a w procesie była już kolejna, trzecia. Kiedy w lutym 2024 roku Rada Osiedla Sołtysowice zakwestionowała te działania, Urząd Miasta odpowiedział, że przekracza swoje kompetencje.
Gdy temat zelektryzował opinię publiczną, wiceprezydent Jakub Mazur stwierdził, że "nieuczciwe jest niepokojenie mieszkańców Sołtysowic i budowanie polityczno-wyborczej sensacji" oraz że ani prezydent, ani sprzyjający mu radni nigdy nie pozwolą na zabudowanie tego miejsca. Na wcześniejszy alarmujący post Rady Osiedla miasto odpisało, że "działania polityczne i populistyczne są tutaj niepotrzebne".
Tymczasem deweloper zrezygnował z drogi przez lex deweloper - ścieżki, która wymagała zgody Rady Miejskiej. Zamiast tego w projekcie Planu Ogólnego Wrocławia dla terenów wokół alei Poprzecznej pojawiła się możliwość intensywnej zabudowy wielorodzinnej. Obowiązujący MPZP przewidywał tam tereny zielone i ograniczenie zabudowy. Teraz plan ogólny otwiera drogę do budowy kilkunastopiętrowych bloków z ograniczeniem terenów biologicznie czynnych. Przygotowany prawdopodobnie tak, jak deweloper by sobie tego życzył.
Mieszkańcy mówią "nie". Radni osiedla mówią "nie". Miasto robi swoje
Rada Osiedla Sołtysowice zdecydowanie sprzeciwia się tej skali inwestycji, a jej uchwały sprzeciwu zapadały jednogłośnie. Rada Osiedla wskazuje na realia: w godzinach szczytu przejazd aleją Poprzeczną na odcinku nieco ponad kilometra trwa niekiedy nawet godzinę, bo szlabany na przejeździe kolejowym zamykają się co kilka minut. Problem ten jest znany od lat i wciąż nierozwiązany. Przepustowość dróg nie wzrosła, a zaproponowany plan ogólny dla tej części osiedla na sprowadzi kilkadziesiąt razy więcej nowych mieszkańców, niż liczy ono teraz.
Rada Osiedla uchwaliła swój sprzeciw już w kwietniu 2023 roku, w momencie gdy wszczęto postępowanie w trybie lex deweloper. Miasto odpowiedziało, że organ doradczy przekracza kompetencje. Rada zwróciła się o wsparcie do radnych miejskich, mediów i mieszkańców, zapowiadając protest do Rady Miejskiej.
Podczas trwających konsultacji nad Planem Ogólnym mieszkańcy zgłaszają konkretne postulaty: zwiększenie powierzchni biologicznie czynnej, ograniczenie wysokości zabudowy, zmniejszenie jej intensywności, zachowanie zielonego charakteru tej części osiedla, a do tego dokończenie Alei Północnej z wiaduktem nad torami, przebudowa alei Poprzecznej i ulicy Sołtysowickiej, nowe przedszkole i szkoła oraz wyznaczenie działki pod przychodnię zdrowia. I jasna kolejność: najpierw infrastruktura, dopiero potem nowa zabudowa.
Zabudowa Sołtysowic to nie tylko sprawa jednego osiedla
Przytoczone tereny wokół alei Poprzecznej nie są sprawą jednego osiedla. Plan Ogólny będzie dokumentem wyznaczającym kierunek rozwoju całego Wrocławia na kolejne dekady. To od niego zależy, czy za kilka lat obudzimy się w mieście projektowanym pod jakość życia mieszkańców, czy pod maksymalizację możliwości zabudowy.
Mieszkańcy nie mówią "nie" rozwojowi. Mówią "nie" sytuacji, w której decyzje planistyczne o skali całego miasta są przygotowywane z pominięciem tych, którzy w tym mieście żyją. I pytają, kto tak naprawdę decyduje o tym, co znajdzie się w dokumencie, który ma obowiązywać przez lata.
Dlatego warto zainteresować się konsultacjami i poświęcić chwilę na analizę projektu. Jeśli mieszkańcy nie będą uczestniczyć w takich procesach, decyzje zapadną bez nich, a skutki tych decyzji zostaną z nami na dziesięciolecia.
Przyjdź, zabierz głos. Spotkajmy się w niedzielę o 10:00 przy targowisku na Młynie przy ul. Poprzecznej. Do zobaczenia!
Magdalena Gajewska-Królicka
Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.
Dlaczego Wrocław nie powinien budować spalarni. Uczmy się na cudzych błędach, nie własnych.
Dolny Śląsk jest ostatnim województwem w Polsce bez spalarni odpadów. Wielu traktuje to jak zaległość do nadrobienia. My twierdzimy odwrotnie - to przewaga, którą można mądrze wykorzystać. Wrocław stoi przed wyborem: pójść utartą ścieżką i zbudować kosztowną instalację, która za dekadę stanie się finansową kotwicą. Albo sięgnąć po rozwiązania, które Europa właśnie zaczyna wdrażać zamiast spalarni. Czas na decyzję jest teraz - i są ku temu twarde, ekonomiczne powody.
Historia, która powinna być przestrogą
W 2013 roku Polska oferowała samorządom 600 milionów złotych dotacji i pożyczki z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko na budowę spalarni odpadów. Kraków wziął. Poznań wziął. Wrocław odmówił.
Dziś prezes Ekosystemu przywołuje tę decyzję jako jeden z głównych powodów problemów miasta z odpadami. I ma rację - tamta decyzja była błędem. Ale wyciąga z niej zły wniosek. Bo zbudowanie spalarni w 2025 roku, bez unijnego dofinansowania, w realiach zupełnie innych niż te sprzed dwunastu lat, to nie naprawa tamtego błędu. To popełnienie nowego - i dużo kosztowniejszego.
Spalanie to nie recykling. I nigdy nie będzie
Unijna hierarchia postępowania z odpadami jest jednoznaczna: najpierw zapobieganie, potem ponowne użycie, potem recykling, dopiero potem odzysk energii - czyli spalanie - a na samym końcu składowanie. Spalenie śmieciarki nie jest recyklingiem. Jest czwartym wyborem z pięciu możliwych.
Wrocław w 2026 roku zobowiązany jest osiągnąć poziom recyklingu 56 procent wszystkich odpadów. W 2030 roku ten próg wzrośnie do 60 procent, a w 2035 do 65 procent. Za każdą tonę poniżej wymaganego poziomu grożą kary finansowe płacone przez gminę - czyli przez mieszkańców z podatków. Prezes Ekosystemu przyznał w radiu, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. I że nie obliczył nawet, jakie kary za to zapłacimy.
Spalarnia tego problemu nie rozwiązuje - pogłębia go. Każda tona odpadów wrzucona do pieca to tona, która nie trafia do recyklingu. Im więcej spalimy, tym dalej od wymaganych poziomów, tym wyższe kary.
Finansowa kotwica: ETS od 2026 roku i wyższe opłaty za odpady
Tu zaczyna się ekonomia, która powinna zakończyć każdą dyskusję o budowie spalarni w Polsce.
Od 2026 roku spalarnie odpadów komunalnych zostały włączone do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych ETS. Oznacza to jedno: każda tona spalonego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Nie jutro. Już teraz - a dla instalacji, która ma powstać za kilka lat i działać przez trzydzieści, to fundament kalkulacji finansowej.
Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, okazuje się instalacją obciążoną stałym i rosnącym kosztem regulacyjnym, którego nie można ominąć ani wynegocjować. Miasto, które ją wybuduje, będzie przez dekady kupować uprawnienia do emisji CO2 - ze środków publicznych, niezależnie od cen rynkowych odpadów i niezależnie od tego, czy instalacja zarabia czy nie. A gdy do spalarni trzeba dopłacać - rośnie wysokość opłaty za odpady. Gdy dojdą opłaty za ETS - należy spodziewać się wzrostu wysokości odpadów. Do jakiej wysokości? Prawo dziś pozwala na podniesienie opłaty nawet do 70 zł od osoby miesięcznie.
Półtora miliarda na budowę spalarni, który nie może się zwrócić
Budowa nowoczesnej spalarni dla miasta wielkości Wrocławia to koszt rzędu miliarda złotych lub więcej - bez unijnego dofinansowania, na warunkach rynkowych. To instalacja, która aby być opłacalna, musi przez cały czas swojej pracy otrzymywać odpowiednią ilość odpadów.
I tu pojawia się problem, który Szwecja i Dania znają doskonale. Szwecja importuje rocznie około 700 tysięcy ton śmieci z Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, bo własnych odpadów ma za mało, żeby zasilić swoje spalarnie. Spalarnie potrzebują naprawdę sporej ilości śmieci, żeby w ogóle działać - rocznie przywozi się ich prawie półtora miliona ton.
Jeśli Wrocław uzależni ciepłownictwo od spalarni - a taki model jest najbardziej opłacalny - miasto stanie się zakładnikiem strumienia odpadów. Gdy recykling wzrośnie (a musi, bo wymusza to prawo), gdy zmniejszy się ilość odpadów trafiających do spalenia, spalarnia będzie wymagała dotowania lub importu śmieci z innych gmin. To nie jest hipoteza - to doświadczenie każdego kraju, który tę ścieżkę przeszedł.
Polska ma już i tak bardzo duże moce przepustowe do spalania odpadów. Czy naprawdę potrzeba nowych instalacji? W Polsce moce istniejących spalarni odpadów komunalnych są znaczne. Inicjatywa STOP Wrocławskiej spalarni informuje, że mamy:
Emisje i ryzyko awarii - co wylatuje z komina
Zwolennicy spalarni mówią: nowoczesne instalacje są bezpieczne, filtry zatrzymują szkodliwe substancje. To po części prawda - przy sprawnym działaniu systemu oczyszczania spalin. Ale systemy ulegają awariom.
Każda awaria filtrów oznacza wypuszczenie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich - substancji silnie rakotwórczych, które osiadają w glebie i wchodzą do łańcucha pokarmowego. Zasięg takiej awarii to nie kilkaset metrów, lecz kilometry.
Warto przy tym pamiętać, że problem emisji dioksyn w Polsce pochodzi głównie ze źródeł niekontrolowanych. Jeden pożar składowiska odpadów emituje do atmosfery tyle rakotwórczych dioksyn, ile przez osiem lat wytworzą wszystkie polskie spalarnie - taką ocenę przedstawił prof. Grzegorz Wielgosiński z Politechniki Łódzkiej. To argument za dobrą segregacją i eliminacją nielegalnych składowisk - nie za budową nowych pieców. Tym bardziej, że do takich niekontrolowanych pożarów zadziwiająco często dochodzi w samych spalarniach – ostatnio m.in. w Gdańsku, Przysiece czy Olsztynie.
Koszty infrastrukturalne i społeczne - kto zapłaci za transport?
Spalarnia to nie tylko komin i piec. To cała logistyka: dziesiątki ciężarówek ze śmieciami wjeżdżających codziennie w jedno miejsce, infrastruktura drogowa, hałas, smród przy rozładunku, presja na okolicznych mieszkańców.
Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu odpadowego - to przeniesienie go do sąsiednich gmin.
Przyszłość należy do recyklingu, nie do ognia
Podczas gdy spalarnia to technologia z końca XIX wieku - pierwszą uruchomiono w Nottingham w 1874 roku - recykling wchodzi właśnie w erę przełomu.
Nowoczesne sortownie wyposażone w systemy optycznego rozpoznawania frakcji i ramiona robotyczne potrafią odzyskiwać surowce, które jeszcze dekadę temu trafiały na wysypisko. Bydgoszcz wybudowała nowoczesną sortownię odpadów w trzy lata - bez miliardowych kosztów, bez ETS, z realnym wpływem na poziomy recyklingu. Kompostownie i biometanownie przetwarzają frakcję organiczną w substrat rolniczy i biometan, zamykając obieg materii. Cały świat eksperymentuje z procesami chemicznymi, które pozwalają odzyskiwać tworzywa sztuczne wcześniej uznawane za nierecyklowalną frakcję.
AI i robotyzacja zmieniają ekonomikę sortowania. To co dziś jest za drogie, za pięć lat może być tańsze od spalania - i na pewno tańsze od spalania z doliczonym ETS.
Dolny Śląsk ma szansę, której nie ma nikt inny
Jesteśmy ostatnim województwem bez spalarni. To nie wstyd - to przewaga startowa. Możemy uczyć się na błędach Krakowa, Poznania i trzydziestu krajów europejskich, które teraz zastanawiają się, jak wyplątać się z uzależnienia od instalacji termicznych i jak spełnić unijne poziomy recyklingu przy jednoczesnym spalaniu połowy strumienia odpadów.
Wrocław może zbudować system oparty na sortowniach nowej generacji, kompostowniach, biometanowniach i punktach selektywnej zbiórki dostępnych dla każdego mieszkańca. System, który z każdym rokiem będzie bliżej wymaganych poziomów recyklingu, a nie dalej. System, który nie będzie wymagał zakupu uprawnień emisyjnych i nie stanie się zakładnikiem strumienia odpadów.
Albo może wybrać ścieżkę utartą - i za dwadzieścia lat tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego import śmieci z ościennych gmin jest koniecznością, a rachunki za ciepło rosną, bo uprawnienia CO2 są coraz droższe.
Skąd nagły zwrot?
Od dłuższego czasu mnożą się głosy za budową spalarni odpadów dla Wrocławia. Mówił o tym nie tylko prezes Karpiński w Radio Rodzina czy w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia. Wielokrotnie o budowie takich instalacji pozytywnie wypowiadały się władze województwa, w szczególności marszałek Paweł Gancarz oraz członek zarządu województwa, Michał Rado. Do chóru apologetów spalania odpadów dołączył w styczniu nawet Jacek Sutryk, który w wywiadzie z red. Wieczorkowskim twierdził o budowie spalarni m.in. że "to jest potrzebne", "nikogo nie truje, to jest przecież ekologiczne", powoływał się na rzekome "argumenty naukowe", mówił, że "inne województwa zarabiają na tym" i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.
Tymczasem jeszcze trzy lata temu jego pierwszy zastępca, Jakub Mazur mówił: - Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy. To oczywiście wynika z oceny sytuacji i analizowania tego, co nas czeka w przyszłości. Widzimy dzisiaj nadwyżki odpadów wysokokalorycznych i konieczność budowy jeszcze kilku instalacji w Polsce. Wiem, że są projekty na 39 w różnych miejscach, w tym na Dolnym Śląsku. To już jednak polityka i decyzje na poziomie rządu, jak to regulować. My uznaliśmy, że nie ma sensu, żeby Wrocław inwestował ponad miliard złotych w instalację, która - zważywszy na strumień odpadów w perspektywie 2035 roku - nie będzie miała ekonomicznego sensu. To nie zdążyłoby się nam zwrócić (...). Ponadto podjęliśmy decyzję, że dążymy do bycia „zielonym” miastem, które ogranicza emisje. A więc w takie inwestycje nie wchodzimy, bo termiczne przetwarzanie jest emisyjne i podkreśla się to we wszystkich strategicznych dokumentach unijnych - mówił dla Portalu Samorządowego Wiceprezydent Jakub Mazur.
Wybór jest teraz. I po raz pierwszy od lat - jest w rękach nowych ludzi.
Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe
Sparta mówi jasno: Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe
WTS Sparta Wrocław zabrała głos w sprawie inwestycji planowanej na Terenach Olimpijskich. Klub jednoznacznie sprzeciwia się budowie mieszkaniowego apartamentowca, przedstawianego opinii publicznej jako akademik. To ważny moment w walce o zachowanie sportowego, historycznego i społecznego charakteru jednego z najcenniejszych miejsc Wrocławia.
Głos Sparty wzmacnia sprzeciw mieszkańców
To, o czym mieszkańcy, społecznicy i SOS Wrocław mówią od dawna, dziś wybrzmiewa także ze strony jednego z najważniejszych klubów sportowych w mieście. WTS Sparta Wrocław jasno wskazuje, że planowana inwestycja nie jest żadnym naturalnym uzupełnieniem kompleksu sportowego, lecz przedsięwzięciem mieszkaniowym, które może trwale zmienić charakter Terenów Olimpijskich.
Klub w swoim stanowisku napisał - „Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!” - i trudno o bardziej precyzyjne podsumowanie tej sprawy. Stadion Olimpijski, jego otoczenie, dawne baseny i tereny rekreacyjne nie są pustą działką czekającą na monetyzację. To fragment dziedzictwa Wrocławia, przestrzeń sportu, pamięci, wypoczynku i wielopokoleniowych doświadczeń mieszkańców.
Apartamentowiec przebrany za akademik
Od początku tej historii problemem jest nie tylko sama skala zabudowy, ale również sposób jej przedstawiania. Inwestycja określana jako akademik w praktyce budzi uzasadnione pytania o rzeczywisty charakter przedsięwzięcia. Mieszkańcy mówią wprost o „pseudoakademiku”, czyli apartamentowcu ukrytym pod bardziej akceptowalną społecznie nazwą.
W kwietniu mieszkańcy, aktywiści i lokalni radni protestowali przy bramie dawnych basenów olimpijskich. Wtedy Piotr Uhle, przewodniczący SOS Wrocław, mówił - „Za moimi plecami znajduje się pomnik chciwości dewelopera, który dla zysku jest w stanie rozjechać wszystkie wartości - historię, urbanistykę i spoistość społeczną”. Dziś stanowisko Sparty potwierdza, że obawy te nie są przesadą ani lokalnym kaprysem. To realny konflikt o przyszłość całego kompleksu.
Zagrożenie dla sportu, mieszkańców i organizacji imprez
Sparta zwraca uwagę na konsekwencje, które mogą pojawić się po wybudowaniu mieszkań w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów sportowych. Klub ostrzega, że nowi lokatorzy mogą zacząć zgłaszać roszczenia dotyczące hałasu, ruchu, treningów czy wydarzeń sportowych. To scenariusz dobrze znany z innych miast: najpierw powstaje zabudowa mieszkaniowa przy obiektach sportowych, a potem sport staje się „uciążliwością”.
WTS pisze wprost, że podobne procesy w Europie potrafiły wypychać, a nawet niszczyć sport. Wrocław nie może dopuścić, by żużel, treningi dzieci i młodzieży, imprezy masowe czy rekreacyjny charakter tego miejsca zostały podporządkowane interesowi dewelopera.
Miasto musi wybrać: interes publiczny czy beton
Tereny Olimpijskie potrzebują ochrony, a nie dalszego rozszarpywania przez kolejne inwestycje. Potrzebują planu, który jasno powie: to miejsce jest sportowe, rekreacyjne, historyczne i publiczne. Nie jest rezerwą pod apartamenty.
Dlatego stanowisko WTS Sparta Wrocław ma tak duże znaczenie. Pokazuje, że sprzeciw wobec tej budowy nie jest głosem jednej grupy mieszkańców. To coraz szerszy front obrony Wrocławia przed chaotyczną, krótkowzroczną i szkodliwą zabudową.
Stadion Olimpijski nie potrzebuje apartamentowca udającego akademik. Potrzebuje ochrony, szacunku i decyzji władz miasta, które wreszcie staną po stronie mieszkańców, historii i sportu.
Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty
Czy Ekosystemem rządzi piroman? Spalanie śmieci nie rozwiąże problemów Wrocławia - sprawdzamy fakty
Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił kolejnego wywiadu. Tym razem w Radiu Rodzina wyjaśniał, dlaczego Wrocław od ponad roku nie może rozstrzygnąć przetargu i co dalej z gospodarką odpadami. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. Ale jest jeden wątek, który wymaga szczególnej uwagi - bo za nieudolnością przetargową wyłania się wyraźny plan B: spalić problem razem ze śmieciami.
Prezes przyznaje: opłata za śmieci mogłaby być niższa
Prowadzący rozmowę ks. Kowalski zapytał gościa wprost: "Czy cena, jaką dziś wrocławianie płacą za wywóz śmieci, mogłaby być niższa?" Karpiński odpowiedział: - Tak, mogłaby być niższa, gdyby w 2005 roku nie sprywatyzowano Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania i gdyby w 2013 roku ówczesne władze Wrocławia przyjęły 600 milionów na budowę instalacji.
To mieszanie prawdy z kłamstwem. Prywatyzacja WPO była błędem, za które Wrocław płaci do dziś. Ale o dotacjach na jakie instalacje mówił prezes Ekosystemu? 100 mln zł dotacji i 500 mln zł pożyczki z NFOŚiGW można było uzyskać na... budowę spalarni odpadów. Kraków i Poznań te pieniądze wzięły. Zbudowały rusztowe spalarnie - które nie zwiększają poziomów recyklingu. Co gorsza: niebawem zostaną objęte unijnym systemem opłat za emisje CO2, co przeistoczy je w finansową pułapkę.
Ale to był rok 2005 i 2013. Karpiński zarządza Ekosystemem teraz. Pytanie brzmiało o cenę dziś, a odpowiedź dotyczyła decyzji sprzed 11-21 lat. To klasyczne przekierowanie uwagi: zamiast odpowiedzieć za własne działania, wskazuje się na poprzedników.
Zamiast obniżek: 15% to normalna zwyżka rynkowa
Prowadzący dopytał: "A gdybyście 400 dni temu wyłonili wykonawcę, nie miałoby to wpływu na cenę?" Karpiński: - Nie wyłoniliśmy, bo nie mogliśmy. Obecna cena z wolnej ręki jest o 15% wyższa niż z umowy z 2023 roku. Przy 20% inflacji przez trzy lata to normalna zwyżka.
To prawda tylko w połowie. Inflacja faktycznie wyniosła około 20% w ciągu trzech lat - to argument uczciwy. Problem polega na tym, że 15% jest liczone od bazy, która w 2023 roku wzrosła już o 125%. Prezes porównuje wzrost procentowy, nie kwoty. Gdyby za wywóz tony odpadów płaciliśmy w 2020 roku 100 zł, to po wzroście o 125% płaciliśmy 225 zł, a po kolejnych 15% płacimy już 259 zł. Inflacja tłumaczy część wzrostu - nie tłumaczy wszystkiego. Prezes do tej pory nie udostępnił umów, o które wnosiliśmy jeszcze w kwietniu. Gdy je przeczytamy to dowiemy się jakiej jakości produkt kupujemy za te 15% więcej. Bo gdyby okazało się, że płacimy jak za Mercedesa a otrzymujemy Syrenę tylko 15% drożej - nie świadczyłoby to najlepiej o zarządzaniu spółką i organizowaniu zamówień publicznych.
Nie możemy iść na skróty, bo procedury
Argument wygodnie pomijający fakty. Prezes mówi o 14 rozprawach jako dowodzie ciężkiej pracy spółki. Nie wspomina jednak, że jedną z kluczowych spraw Ekosystem przegrał, bo pełnomocnik spółki nie przedstawił na sali sądowej żadnych argumentów - ani pisemnie, ani ustnie. Sąd Okręgowy w Warszawie napisał wprost, że nie może wyręczać profesjonalnego prawnika. Nie to jest "paraliż systemu zamówień publicznych". To jest paraliż kadry zarządzającej spółką.
Chrzanów to powierzchowne porównanie
SOS Wrocław zestawiło konkretne liczby: ta sama firma śmieciarska przetwarza tonę bioodpadów w Chrzanowie za 746 zł, a we Wrocławiu za 1310 zł - prawie dwa razy więcej. Krapiński nazwał to porównanie "powierzchownym" i zaproponował inne zestawienie: - Niech pan porówna z Długołęką i Kobierzycami, gdzie stawki są wyższe przy niższej jakości usług.
To unik, nie odpowiedź. Bioodpady to resztki jedzenia i odpady kuchenne - to, co wrzucasz do brązowego pojemnika. Chrzanów i Wrocław leżą w różnych regionach, ale usługę wykonuje ten sam wykonawca. Argument o "innych warunkach lokalnych" mógłby tłumaczyć różnicę między różnymi firmami. Nie tłumaczy różnicy w ofercie tej samej firmy złożonej w dwóch różnych miastach - i to różnicy tak fundamentalnej.
Na to pytanie Karpiński nie odpowiada. Zamiast tego sugeruje, żeby SOS Wrocław samo zgłosiło sprawę do odpowiednich służb - co jest o tyle ironiczne, że SOS Wrocław jako pierwsze złożyło zawiadomienie do prokuratury.
Przetarg rozstrzygniemy przed wakacjami
Karpiński zapowiedział: dokumenty do KIO do 20 maja, rozprawa dwa tygodnie później, wyrok na początku czerwca, otwarcie ofert pod koniec maja - jeśli nie pojawią się nowe odwołania.
To życzenie, nie plan. Przez ostatnie 425 dni każdy kolejny "optymistyczny termin" się nie ziścił. Otwarcie ofert zaplanowane na 7 maja 2026 roku nie odbyło się - zostało przesunięte. Nowe odwołanie już wpłynęło. Karpiński mówi "jeśli nie będzie kolejnych odwołań" - przez ponad rok było ich ponad czterdzieści. I jego służby wszystkie sprawy przegrały.
Prezes kar nie obliczał
Wrocław w 2026 roku musi osiągnąć poziom recyklingu 56% - czyli 56% wszystkich odpadów musi trafić do ponownego przetworzenia, nie na wysypisko. Jeśli tego nie osiągnie, gmina zapłaci kary finansowe z miejskiego budżetu - czyli z pieniędzy podatników. Karpiński sam przyznał w wywiadzie, że Wrocław tego poziomu nie osiągnie. Prowadzący zapytał: "Wiemy, jakie kary poniesiemy?" Karpiński: - Ja takich kar nie obliczałem i trudno mi powiedzieć, jaki jest wymiar tych kar.
Prezes spółki zarządzającej systemem odpadów wartym w obecnym przetargu ponad miliard złotych nie obliczył, ile miasto zapłaci kar za nieosiągnięcie obowiązkowych poziomów recyklingu - kar, które zapłacą mieszkańcy Wrocławia ze swoich podatków.
Co przemilczano
W całym wywiadzie nie padło ani jedno słowo o tym, że funkcjonariusze CBA weszli do siedziby Ekosystemu i zabezpieczali materiały dowodowe w ramach czynności procesowych zleconych przez Prokuraturę Krajową. Prowadzący nie zapytał. Prezes nie powiedział. Nie padło też słowo o sygnalistce - pracownicy Ekosystemu, która alarmowała o nieprawidłowościach i została zwolniona. Państwowa Inspekcja Pracy uznała to zwolnienie za bezprawne i nakazała przywrócenie jej do pracy.
To nie były tematy poboczne. To są fakty dotyczące spółki, której prezes przez kilkanaście minut tłumaczył w radiu, że wszystko jest pod kontrolą.
Musimy zbudować infrastrukturę
Pytany o to, czy Wrocław nie powinien iść śladem Bydgoszczy, która w trzy lata postawiła własną sortownię odpadów, prezes Ekosystemu przyznał rację. I ma rację co do diagnozy: Wrocław jest uzależniony od prywatnych firm, bo nie ma własnej sortowni ani instalacji przetwarzania odpadów. Budowa infrastruktury to jedyne wyjście.
Pytanie dotyczy jednak kierunku. I tu zaczyna się problem.
Piromańskie zapędy prezesa Ekosystemu
W wywiadzie i we wcześniejszych wystąpieniach prezes Ekosystemu wyraźnie ciąży ku jednemu: uznaniu, że budowa spalarni odpadów to dobry kierunek. Tymczasem spalanie odpadów nie rozwiąże żadnego z trzech kluczowych problemów Wrocławia.
Po pierwsze, spalanie to nie recykling. Wrocław już teraz nie osiągnie wymaganego poziomu 56% recyklingu w 2026 roku i poniesie za to wielomilionowe kary. Spalenie odpadów w piecu nie zalicza się do recyklingu w unijnej hierarchii - wręcz przeciwnie, zmniejsza ilość surowców trafiających do odzysku materiałowego. Miasto, które buduje spalarnię zamiast rozwijać selektywną zbiórkę, samo sobie wbija nóż w plecy w kontekście wymogów recyklingowych.
Po drugie, od 2028 roku spalarnie odpadów najprawdopodobniej wejdą do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji ETS. Oznacza to, że każda tona spalanego odpadu generuje koszt zakupu uprawnień emisyjnych. Prognozy cen uprawnień na 2030 rok sięgają 188 euro za tonę CO2. Spalarnia, która miała być tańsza od rynku, może okazać się finansową pułapką na dekady - opłaconą przez mieszkańców. Co więcej - ze względu na to, że w Polsce mamy już wiele tego typu instalacji - możliwe, że będzie generowała konieczność importowania odpadów zza granicy.
Po trzecie, koszty środowiskowe i społeczne są nie do przyjęcia. Mieszkańcy Wrocławia, Długołęki i Wiszni Małej od lat protestują przeciwko lokalizacji spalarni w rejonie Trójstyku. Zasięg oddziaływania obejmuje gęsto zaludnione tereny. Inicjatywa stopspalarni.pl zgromadziła tysiące podpisów. Budowa spalarni wbrew woli mieszkańców to nie rozwiązanie problemu - to przeniesienie go do sąsiednich gmin i zatruwanie powietrza ponad głowami tych, którzy już teraz płacą za chaos w systemie.
Co zamiast spalarni?
Mechaniczno-biologiczne przetwarzanie odpadów, rozbudowa kompostowni, sortownie zwiększające odzysk surowców, biogazownie - to kierunki, które naprawdę mogą poprawić poziomy recyklingu i uniezależnić Wrocław od oligopolu firm śmieciowych. Karpiński wymienia je w wywiadzie - jednak dla uważnie słuchających najmocniej wybrzmiewa argument o instalacjach do "termicznego przetwarzania".
Piroman może i zna inne narzędzia. Ale zawsze sięgnie po ogień.
Ilustracja ma charakter satyryczny i nie obrazuje rzeczywistych zdarzeń.
Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski
Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski
Kilkadziesiąt osób z obu stron granicy Wrocławia zasiadło w niedzielę przy jednym stole. Wyszli z jedną konkluzją: tylko działając razem można skutecznie zmienić szkodliwe dla mieszkańców decyzje.
Wspólny mianownik: lata zaniedbań, zero konsultacji
Uczestnicy spotkania zwracali uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami i szeregiem instytucji przed wprowadzeniem nowej organizacji ruchu. Obecna sytuacja - w ich ocenie - skazuje wszystkich na marnowanie godzin w korkach, niezależnie od tego, czy mieszkają we Wrocławiu, czy w gminie Siechnice.
Zwrócono uwagę na wieloletnie zapóźnienia inwestycyjne i kompletny brak przygotowania okolicznej infrastruktury przed remontem. Dalsze obsługiwanie ruchu z obwodnicy uliczkami osiedlowymi to dla zgromadzonych nieporozumienie, które grozi bezpieczeństwu pieszych, szczególnie tych w najmłodszym wieku. Zagrożenie dotyczyło zarówno strony wrocławskiej jak i siechnickiej.
Mieszkańcy zwracali uwagę na realizowane oraz zaplanowane olbrzymie inwestycje deweloperskie oraz brak odpowiednich planów na obsługę ruchu, które one wygenerują – zarówno transportem indywidualnym jak i zbiorowym. Szczególnie ironicznie mieszkańcy komentowali brak dostępu z Iwin do przystanku kolejowego… Iwiny.
Połączyła ich opinia, że są ofiarami wieloletniej bierności i braku wizji władz obu gmin. Brak koordynacji aglomeracyjnej odbija się dziś czkawką.
Co dalej? Zorganizowani obywatele to skuteczni obywatele
Sprawy wymienione powyżej to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie zakończyło się ustaleniem, że dalej działamy już jako grupa. Na dniach pojawią się pierwsze efekty podjętych uzgodnień. Obywatele muszą wiedzieć co się dzieje z ich okolicą, dlaczego tak się dzieje oraz czy decydenci dochowali nie tylko wszelkich obowiązujących procedur, ale przede wszystkim staranności w pracy na rzecz mieszkańców. Bo sprawa budzi poważne wątpliwości.
Dziękujemy wszystkim, którzy przyszli - i gratulujemy obywatelskiej postawy. Do szybkiego usłyszenia.
Mieszkasz na Bieńkowicach, Brochowie, Jagodnie lub Tarnogaju we Wrocławiu? Mieszkasz w Zacharzycach lub Iwinach w gminie Siechnice? Zapraszamy do kontaktu. Wspólnie możemy zrobić robotę za urzędy i poprawić ten klops zgotowany nam przez urzędników.
Fot. Jakub Jagiełło





























