Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
Obiecali "tymczasowo". Zamknęli na zawsze. I zrobili to po cichu, w wąskim gronie, licząc, że nikt się nie zorientuje, zanim będzie za późno na sprzeciw. Nie wyszło – bo sprawa wypłynęła nie dzięki uczciwości urzędu, tylko wbrew niej. Przyjrzyjmy się dokładniej mechanizmowi, jakiego dopuściło się miasto Wrocław wobec mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna w sprawie organizacji ruchu. Nieliczni wzięli większość jako zakładników swoich interesów. A tego mieszkańcy im nie darują.
Obiecanki urzędników
Jeszcze w maju 2026 r. urząd był w tej sprawie jednoznaczny. Ruch jednokierunkowy na Koreańskiej, Ziemniaczanej i Boiskowej to rozwiązanie tymczasowe, wprowadzone na czas remontu wiaduktów na ul. Gazowej. Mieszkańców uspokajano: to na chwilę, na czas inwestycji, potem wróci normalność.
Trzy i pół miesiąca później gruchnęła wiadomość, że urzędnicy pokątnie, w wąskim gronie z niewielką grupą mieszkańców jednorodzinnej zabudowy przy Koreańskiej, uzgodnili wyrzucenie tej obietnicy do kosza. Sprawa wyszła na jaw przypadkiem, poza kontrolą urzędu – bo gdyby nie ujawnienie przez samych mieszkańców, dowiedzielibyśmy się o tym najwcześniej po fakcie, z komunikatu prasowego napisanego już językiem decyzji ostatecznej. Urzędnicy zostali złapani na gorącym uczynku.
Mniejszość ma władzę i dyktuje warunki milczącej większości
Istota sprawy jest prosta. Mniejszość chce kosztem milczącej większości załatwić swój partykularny interes. Kilkadziesiąt domów przy trzech ulicach ma mieć trwały spokój – kosztem setek, a być może tysięcy mieszkańców Brochowa i Bieńkowic, którzy tracą sprawny wyjazd z miasta i skomunikowanie z obwodnicą. Najciężej odczują to mieszkańcy Jagodna, którzy w całej tej sprawie nie mieli głosu w ogóle. Cóż – można by rzec cynicznie tak, jak najwyraźniej myślą o tym w magistracie: Jagodno wytrzyma.
Sojusz wąskiej grupy mieszkańców jednej ulicy z władzami miasta doprowadził do sytuacji, w której poprawiono komfort życia kilkudziesięciu gospodarstw domowych, a pogorszono go u znacznie większej liczby ludzi – i nikt w tym procesie nie policzył, po której stronie bilansu jest więcej osób. Warto zapytać dlaczego. Czy ma to związek z tym, że w najbliższej okolicy jednej z zamykanych ulic mieszka radna Dusza? Albo z tym, że w okolicy najgłośniej protestującej mieszka szefostwo Rady Osiedla? A może jeszcze ktoś inny, o kim jeszcze nie wiemy? Zapytaliśmy urząd wprost, czy którykolwiek z decyzyjnych urzędników formalnie wyłączył się z udziału w sprawie, żeby mieć pewność, że decyzje o zamknięciu ulic nie zapadają w niczyim prywatnym interesie. Na odpowiedź czekamy.
Policzmy, ile to kosztuje
Wydłużenie dojazdu to nie abstrakcja. To realny, policzalny koszt, który mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic ponoszą każdego dnia: dodatkowe kilometry i kilkanaście–kilkadziesiąt minut objazdu w jedną stronę. Rozłożone na miesiąc dojazdów do pracy, szkoły, na zakupy, to rząd wielkości kilkunastu godzin miesięcznie – w skali roku kilka dodatkowych dób życia, które władza po prostu ludziom zabrała, bez pytania o zgodę. Do tego dochodzi paliwo – każdy dodatkowy kilometr objazdu to realne, comiesięczne wydatki z domowego budżetu - 50 - 100 zł, zależnie od rozmiaru samochodu, którym mieszkaniec się przemieszcza.
To kolejna opłata, której nikt nie uchwalił w żadnej radzie, nikt nie ogłosił, a mieszkańcy i tak ją płacą. Może warto nazwać rzecz po imieniu: podatek od urzędniczej głupoty.
Konsultacje po fakcie to szopka, nie konsultacje
Teraz, gdy sprawa wypłynęła, urząd zapowiada konsultacje społeczne. Pytanie brzmi: po co konsultować decyzję, która już zapadła i którą już ogłoszono jako obowiązującą? Czy to konsultacje, czy tylko tłumaczenie ludziom, co mają o tym myśleć?
Czego można się spodziewać po konsultacjach organizowanych przez urząd, który w tej sprawie od początku traktował mieszkańców bez należnego im szacunku – informując ich na końcu procesu, a nie na początku? To próba urobienia mieszkańców i kpina z idei, o którą walczyły pokolenia aktywistów - władzy, która słucha mieszkańców, służy im a nie uszczęśliwia na siłę w przekonaniu o własnej nieomylności.
Próbkę tego, jak traktowani są mieszkańcy dała wczorajsza sesja Rady Osiedla Brochów, która poza arogancją wykazała się brakiem zdolności do rozwiązywania konfliktów społecznych. Lokalne przywództwo kompletnie zawiodło, gdy sytuacja wymagała czegoś więcej niż uśmiechów i miłego spędzania czasu za publiczne pieniądze. To szczególnie rozczarowujące, bo wszystkim nasuwają się pytania czy interes prywatny nie wziął górę nad interesem ogółu. Mimo, że na spotkanie przyszło ponad 100 mieszkańców - racja nadal pozostawała po stronie lokalnej elity władzy. Trudno zrozumieć jak tę jawną arogancję mogą tolerować ludzie zadeklarowani jako aktywiści działający na rzecz mieszkańców.
Kto jeszcze powinien się tym zająć
Dyrekcja Wydziału Inżynierii Miejskiej i Departamentu Infrastruktury i Transportu odpowiada za tę decyzję i za sposób, w jaki ją przeprowadzono – bez rzetelnych danych, bez konsultacji z sąsiednią gminą, bez policzenia, kto na tym traci. To wystarczający powód, by rozważyć wniosek o odwołanie kierownictwa obu jednostek. Rozważamy wsparcie w tej sprawie petycji mieszkańców i kierowanie kolejnych zapytań.
Warto też zapytać, gdzie w tej sprawie jest samorząd wojewódzki. Marszałek Województwa Dolnośląskiego ma przecież Departament Rozwoju Aglomeracji, a decyzja dotyczy nie tylko Wrocławia, ale i relacji z gminą Siechnice. Czy ręce pana Jarosława Charłampowicza, koordynatora ds. współpracy z samorządami są tak mocno zajęte trzymaniem stołka, że nie jest w stanie już wykonywać realnej pracy?
A gdzie podział się Starosta Wrocławski? Gdzie jest Stowarzyszenie Aglomeracja Wrocławska, które z definicji ma koordynować właśnie tego typu sprawy między gminami? Wszyscy zapadli się pod ziemię, gdy mieszkańcy liczą na rozwiązanie problemu. Zaskoczeni?
Jagodno i Brochów – najgłośniejszy przykład tego, jak miasto planuje transport
Nikt przed podjęciem decyzji o zmianie organizacji ruchu nie zapytał mieszkańców Jagodna co o tym sądzą. Nie zrobiono tak, mimo że to oni odczują skutki zamknięcia Brochowa najdotkliwiej. To nie pierwszy raz, kiedy Jagodno zderza się z niekompetencją planowania transportowego – wystarczy spojrzeć na ul. Buforową, karykaturę drogi zbiorczej, która nie radzi sobie z obsługą ruchu nawet bez dodatkowego obciążenia z Brochowa. A to nie koniec inwestycji mieszkaniowych na tym osiedlu – kolejni mieszkańcy dopiero się tam wprowadzą. Odpowiedź urzędników jest zwykle jedna: przesiądźcie się na tramwaj. Tylko że tramwaj na Jagodno pojedzie najwcześniej za kilka lat. Po stu latach planowania Wrocław wciąż sadza swoich mieszkańców w symbolicznym już polu kapusty.
Ile można znosić traktowanie wielkiego już osiedla niczym kolonii, z której najpierw wyciśnięto pieniądze przy wyprzedaży działek, później przy transakcjach zakupu nieruchomości a teraz - pomimo chaosu i utrudnień prezentowanym mieszkańcom przez władze - apeluje się o rozliczenie podatku dochodowego we Wrocławiu?
Cały południowy wschód miasta pozostaje jakby zapomniany. Nikt nie zadbał o to, by powstała porządna ulica zbiorcza, łącząca tę część miasta z obwodnicą wschodnią w taki sposób, by odpowiadała tempie rozbudowy zabudowy mieszkaniowej. Zamiast tego wpycha się potoki transportowe w uliczki do tego nieprzygotowane. Nie remontuje się Mościckiego i na siłę wpycha ruch na kameralne osiedle przy Libańskiej.
Czy planiści brali to pod uwagę, gdy jeszcze w czerwcu tego roku zaproponowali Radzie Miejskiej plan z dodatkową zabudową przy Topolowej, Mościckiego i Wiaduktowej? Czy ktoś jeszcze panuje nad tym co się dzieje w Urzędzie Miasta i jak wpływa to na życie mieszkańców? Zamiast wizji przestrzennej i transportowej proponuje się nam załatwiactwo, klajstrowanie dziur na gumę do żucia i pokątne fastrygowanie zabudowy. Nie w imię dobra wspólnego tylko partykularnych interesów.
Co dalej
Złożyliśmy formalne zapytanie do Prezydenta Wrocławia, w którym pytamy m.in. o projekt stałej organizacji ruchu, źródło i metodologię danych o spadku ruchu na Koreańskiej, dokumentację decyzji z 12 sierpnia, zakres konsultacji z Radami Osiedli Jagodno i Bieńkowice oraz z gminą Siechnice, a także o pełną treść wniosku mieszkańców i towarzyszącej mu narracji. Odpowiedzi opublikujemy w całości.
Ale coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że doszliśmy do punktu, w którym ta władza po prostu nie reaguje na głos mieszkańców, zamiast tego próbuje ich urabiać do podjętej wcześniej decyzji.
Nie ma sensu prosić tych ludzi o więcej szacunku – trzeba wziąć sprawy we własne ręce, tam, gdzie zgodnie z prawem należy władza: do mieszkańców. Nie do koalicji. Do obywateli. A droga do tego wiedzie przez referendum.
W innym przypadku urzędnicy i politycy będą wiedzieli, że we Wrocławiu przejdzie każda niegodziwość.
Kto zarabia na zoo? 1,6 miliona gości, a kapibary głodne
Kto zarabia na zoo? 1,6 miliona gości, a kapibary głodne
Mamy niezły klops. Ponad 1,5 miliona ludzi obejrzało już nagranie Książula, w którym nie zostawia suchej nitki na gastronomii we wrocławskim zoo. Kolejki, ceny, jakość – internet oceniał bezlitośnie, a miasto musiało się w końcu do tego odnieść.
My zadaliśmy pytanie prościej: dlaczego ZOO Wrocław w ogóle nie prowadzi własnej gastronomii?
Dlaczego zoo nie zarabia samo na sobie?
Skoro rocznie przez bramy zoo przechodzi ponad 1,6 miliona gości, to gastronomia na terenie ogrodu powinna być żyłą złota – dla samego zoo. Zamiast tego punkty gastronomiczne prowadzą zewnętrzni najemcy, a spółka miejska zadowala się czynszem. Dlaczego? Kto o tym zdecydował i kiedy? I dlaczego – skoro krytyka jedzenia w zoo obiegła pół internetu – to nie zoo ponosi ryzyko wizerunkowe ani nie czerpie z tego pełnych korzyści finansowych?
Zapytaliśmy o to formalnie prezydenta Wrocławia. W odpowiedzi z 11 maja 2026 r. (BNW.0003.13.2026) urząd potwierdził twarde dane – ale nie odpowiedział na pytanie, dlaczego model biznesowy wygląda tak, a nie inaczej.
Liczby, które mamy czarno na białym
Z odpowiedzi wiceprezydent Renaty Granowskiej wynika, że:
- w 2025 roku zoo odwiedziło 1 567 518 osób, a sama
- sprzedaż biletów przyniosła spółce 86 456 180,23 zł netto;
- w 2024 roku – 1 592 129 gości i 75 379 519,75 zł z biletów;
- w 2023 roku – 1 698 107 gości i 82 066 379,74 zł;
- w 2022 roku – 1 735 109 gości i 71 918 093,37 zł.
To dane wyłącznie ze sprzedaży biletów. Ile z tych 1,6 miliona ludzi zostawia w kasach zoo dodatkowo – na jedzenie, pamiątki, atrakcje – tego urząd w odpowiedzi nam nie podał w rozbiciu, które pozwoliłoby to policzyć. A to jest właśnie pytanie kluczowe: ile poza biletem zostawia w zoo przeciętny gość i ile z tego trafia na utrzymanie zwierząt, a ile do kieszeni najemców?
Po drugiej stronie ulicy jest inaczej
Wystarczy przejść przez jezdnię. W Hali Stulecia całą gastronomię prowadzi sama hala – i, o ile nam wkadomo, nieźle wychodzi na tym finansowo. Żadnego oddawania najlepszego kawałka tortu zewnętrznym firmom.
Napiszemy o tym w osobnym tekście, z liczbami.
Rodzi się więc pytanie: skoro instytucja miejska stojąca dosłownie przy tej samej bramie potrafi samodzielnie zarabiać na gastronomii, to dlaczego Zoo tego nie robi?
Jak to robią inni?
Warto też spojrzeć szerzej. Czy w Energylandii albo w parkach typu Disneyland gastronomia jest "wypychana" na zewnątrz, do zewnętrznych najemców, czy raczej stanowi rdzeń modelu biznesowego i główne źródło dodatkowego przychodu? Sprawdzimy to i wrócimy z odpowiedzią.
Ile to może być w skali roku? Liczymy
Skoro nie mamy pełnego rozbicia ZOO poza biletami, spróbujmy oszacować skalę na podstawie benchmarków rynkowych – z zastrzeżeniem, że to szacunek, a nie twarda liczba z ksiąg spółki.
Z badania Parkmag.pl (ARC Rynek i Opinia, czerwiec 2025, próba ogólnopolska) wynika, że Polacy odwiedzający parki rozrywki najczęściej deklarują dodatkowe wydatki – poza biletem – w przedziale 50–149 zł na osobę (grupy 50–99 zł i 100–149 zł to łącznie 37% wskazań).
Z kolei Energylandia, największy park rozrywki w Polsce, w sprawozdaniu finansowym za okres 1.04.2023–31.03.2024 wykazała przychód 281,5 mln zł przy frekwencji rzędu 2 mln gości w sezonie.
Co to oznacza dla zoo? Biorąc frekwencję z 2025 roku – 1 567 518 gościi przychody dodatkowe w wysokości około 80–150 zł/gościa mówimy o kwocie nawet 125–235 mln zł rocznie. To tylko szacunki, ale wskazują o jakim rzędzie wielkości kwot mówimy.
Dla porównania: sama sprzedaż biletów w zoo w 2025 roku to 86,5 mln zł netto. Innymi słowy – nawet przy ostrożnym szacunku, obrót generowany "wokół" zoo (gastronomia, pamiątki, atrakcje dodatkowe) może być porównywalny albo wyższy niż wpływy z samych biletów.
To są oczywiście szacunki oparte na danych porównawczych z innych parków rozrywki, a nie audyt finansowy ZOO Wrocław – i właśnie dlatego pytamy: ile z tego realnie widzi spółka miejska, a ile trafia do zewnętrznych najemców? Bo jeśli nasza najpopularniejsza atrakcja turystyczna generuje na swoim terenie dziesiątki, a może i grubo ponad sto milionów złotych rocznie, to różnica między "ZOO na tym zarabia i inwestuje w zwierzęta" a "ZOO na tym praktycznie nie zarabia, bo oddało to zewnętrznym firmom" to różnica rzędu dziesiątek milionów złotych rocznie.
Rozwój ogrodu czy konfitury?
To jest pytanie, które naprawdę warto zadać na głos. Miasto ma instytucję odwiedzaną przez ponad 1,5 miliona ludzi rocznie – więcej niż mecze wszystkich wrocławskich klubów sportowych razem wzięte, więcej niż jakiekolwiek wydarzenie kulturalne w mieście. Wokół tej instytucji, jak pokazują dane porównawcze, mogą krążyć dziesiątki milionów złotych rocznie poza samą sprzedażą biletów.
Pytanie nie brzmi więc już tylko ZOO nie prowadzi gastronomii samodzielnie, ale wprost: czy te pieniądze służą rozwojowi ogrodu – nowym wybiegom, lepszej opiece nad zwierzętami, niższym cenom biletów dla rodzin – czy też ktoś na boku zarabia krocie kosztem spółki miejskiej i jej mieszkańców?
Kto zarabia na zoo?
To pytanie, które zadajemy wprost. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek z góry oskarżać – chodzi o to, żeby to sprawdzić i pokazać wrocławianom, gdzie realnie płyną pieniądze z ich biletów wstępu. Skoro spółka miejska rezygnuje z prowadzenia gastronomii we własnym zakresie, to ktoś na tej decyzji zyskuje. Kto?
Krewni i znajomi królika zarabiają na zoo?
Zadajemy to pytanie wprost, bo tak działa mechanizm, który znamy z wielu innych miejskich spółek: gdy instytucja publiczna oddaje intratny kawałek swojej działalności na zewnątrz, zamiast prowadzić go samodzielnie, warto sprawdzić, kto jest po drugiej stronie umowy. Nie stawiamy tu żadnych zarzutów wobec konkretnych osób – nie mamy na to dowodów. Stawiamy pytania, na które chcemy uzyskać odpowiedzi:
Kto jest najemcą punktów gastronomicznych na terenie zoo i od kiedy?
W jakim trybie były zawierane te umowy – przetarg, czy coś innego?
Jakie są warunki finansowe tych umów i czy są rynkowe?
Czy ktokolwiek z osób decyzyjnych w spółce lub wokół niej ma jakiekolwiek powiązania biznesowe lub rodzinne z najemcami?
To pytania, na które każdy mieszkaniec Wrocławia ma prawo znać odpowiedź – bo mówimy o pieniądzach płynących z kieszeni podatników i gości, a nie o prywatnym biznesie. Będziemy o to pytać formalnie i wrócimy z odpowiedziami.
Pomóżcie nam to sprawdzić. Jeśli macie wiedzę o umowach najmu punktów gastronomicznych w zoo, o warunkach przetargów albo po prostu chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami z kolejek i cen – piszcie do nas. Będziemy drążyć dalej i wrócimy z kolejnym odcinkiem tej historii.
Serafin ujawni przekręty rządu PO-PSL? Tym razem nie ma już nic do stracenia
Serafin ujawni przekręty rządu PO-PSL? Tym razem nie ma już nic do stracenia
Skazany na sześć lat bezwzględnego więzienia Władysław Serafin - wieloletni prezes Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, były poseł PSL — nagrał nowe oświadczenie, które w ostatnich dniach obiegło media społecznościowe. To niecałe dwie minuty, ale warto się im przyjrzeć, bo dotykają mechanizmu, który znamy aż za dobrze z poziomu samorządów: milczenia w zamian za spokój.
Serafin: ujawnię mechanizmy wyprowadzania z budżetu setek milionów złotych
Serafin, zwracając się wprost do „działaczy PSL-u", ostrzega ich przed „otwieraniem puszki Pandory" i zapowiada ujawnienie, „czemu miała służyć prywatyzacja Elewarru" - spółki skarbu państwa, wokół której już w 2012 roku wybuchła głośna „afera taśmowa PSL" (pisał o niej wtedy m.in. money.pl). Opisuje mechanizm, w którym prywatna agencja miała dokonywać zakupów, państwo wypłacać rolnikom pieniądze, a rolnicy - kierować całą dotację z powrotem do prywatnego podmiotu. Oskarża część działaczy PSL o udział w „zamachu na Elewarr" z 2012 roku, krytykuje Władysława Kosiniaka-Kamysza jako „trzymanego na pasku" przez „nowe PSL", a Stefanowi Krajewskiemu zarzuca fikcyjność programu „Aktywne Wsie" i finansowania straży pożarnych. Zapowiada, że pokaże „nazwiska i mechanizmy" - bez wskazania terminu.
Trzeba to powiedzieć jasno: to twarde, niepoparte w nagraniu żadnymi dokumentami oskarżenia jednej strony konfliktu, wypowiedziane w sposób, który sam w sobie niczego nie dowodzi. Ale ich kontekst jest wart uwagi.
Skazany, więc szczery?
Serafin nagrywa to kilka dni po tym, jak Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał go za winnego wszystkich zarzutów w wątku afery SKOK Wołomin i skazał na 6 lat więzienia, 240 tys. zł grzywny oraz obowiązek zapłaty 2,5 mln zł na rzecz syndyka. Wyrok jest nieprawomocny, obrona zapowiedziała apelację - ale człowiek, który przez trzy dekady był nietykalny, właśnie usłyszał, że jednak nie jest.
To rodzi pytanie, które wykracza daleko poza samego Serafina: czy tak wygląda mechanizm władzy w całej koalicji rządzącej - dopóki jesteś w środku, milczysz i korzystasz; kiedy przestajesz być potrzebny albo zostajesz skazany, nagle „nie masz nic do stracenia" i zaczynasz mówić? Ile takich nagrań czeka jeszcze w szufladzie, aż ich autor przestanie mieć powód, by je chować?
Czy to działa tak samo w samorządach?
Pytanie, które nas we Wrocławiu interesuje najbardziej, brzmi inaczej: czy opisywany przez Serafina mechanizm - państwo finansuje, prywatny podmiot przejmuje, kontrola formalnie istnieje, ale nikogo nie interesuje — ma swoje lokalne odpowiedniki? Czy w wydawaniu publicznych pieniędzy przez spółki miejskie i jednostki podległe samorządom działy się analogiczne rzeczy? W Wrocławiu nie musimy szukać daleko - od miesięcy dokumentujemy mechanizmy w gospodarce odpadami, gdzie publiczne pieniądze i nadzór właścicielski też bywały fikcją na papierze. Nagranie Serafina to przypomnienie, że wzorzec „kontrola istnieje, ale nikt jej nie egzekwuje" nie jest wyjątkiem - to metoda.
Collegium Humanum: 15 października zacznie się mówić głośno
To pytanie nabiera dla nas dodatkowej wagi w kontekście terminu, który właśnie się pojawił: 15 października 2026 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpocznie się proces w aferze Collegium Humanum, w którym na ławie oskarżonych zasiądzie blisko 30 osób - w tym prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. To sprawa fałszywych dyplomów wykorzystywanych do obsadzania stanowisk w spółkach państwowych i samorządowych - czyli dokładnie tego rodzaju patologii władzy, o której mówi Serafin, tylko przeniesionej na grunt lokalny.
Historia uczy, że najgłośniej mówią ci, którzy już zostali osądzeni albo widzą, że są następni w kolejce. Jeśli proces w Warszawie potwierdzi choćby część zarzutów prokuratury, może się okazać, że Serafin nie jest ostatnim, który zdecyduje się przerwać milczenie. Będziemy się temu przyglądać - także z perspektywy wrocławskiej.
Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
Nie na dwa, a na cztery lata chcą tym razem związać się umowami z firmami śmieciowymi władze Ekosystemu. Prezes spółki Michał Młyńczak ogłosił dziś, że miasto podzielone zostało na sześć sektorów, dla których ruszy sześć odrębnych postępowań przetargowych, o łącznej szacowanej wartości blisko dwóch miliardów złotych. Ogłoszenie w poniedziałek 27 lipca, rozstrzygnięcie, o ile pozwolą na to procedury, we wrześniu.
Dwa lata dłużej niż dotychczas to nie jest drobny szczegół techniczny. To oznacza dużo bardziej komfortowe warunki dla tego brudnego biznesu, zagwarantowane na cztery lata z góry. To także oznacza, że z układem, który zostanie wyłoniony w tym przetargu, radzić sobie będzie musiała nowa władza, która obejmie rządy we Wrocławiu dopiero w roku 2029. Obecna ekipa wiąże ręce swoim następcom, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży ich wybrać.
"Dorobek prawny" unieważnionego przetargu
Specyfikację nowego postępowania poznamy dopiero po weekendzie. Ale już dziś prezes Młyńczak zapowiedział, że spółka będzie korzystać z tego, co nazwał dorobkiem prawnym poprzedniego, unieważnionego przetargu: chcę wyraźnie powiedzieć, iż szanujemy dorobek prawny, który został wypracowany w ramach poprzedniego postępowania — Michał Młyńczak, prezes Ekosystemu.
Warto zapytać, jaki to dorobek. To dorobek postępowania, w którym praktycznie wszystkie sporne kwestie rozstrzygnięto na korzyść wykonawców, a nie mieszkańców. Jeżeli ten dorobek ma zostać przeniesiony do nowej specyfikacji bez zmian, oznacza to bardzo korzystne dla śmieciowego biznesu warunki prowadzenia działalności na kolejne cztery lata. Można się spodziewać, że jedyny zapis, który realnie zmieni się względem odwołanego przetargu, to właśnie wydłużenie czasu obowiązywania umowy. A może tak naprawdę tylko o to od początku chodziło.
Przypomnijmy też, co to oznacza dla portfeli mieszkańców w praktyce. Będąc przez cztery lata skazani na kilku wykonawców, będziemy też przez cztery lata bezbronni wobec ich roszczeń o kolejne waloryzacje wartości umów. Oczywiście nie w dół.
Biogazownia czy spalarnia. Spór, który już trwa
Po raz kolejny, jak zawsze przy okazji przetargu i podwyżki, na scenę wraca obietnica budowy własnego systemu instalacji przetwarzania odpadów. Tym razem jednak zza kulis wyraźnie przebija się spór dwóch stronnictw w samej koalicji rządzącej miastem.
Radny Robert Suligowski, jak zwykle, mówił o odbudowie własnych kompetencji: we Wrocławiu nie mamy własnych punktów przetwarzania odpadów, zbiórki odpadów. Jest bardzo wąski zasób naszych własnych kompetencji. To musimy odbudować — Robert Suligowski, radny. Jako członek Zielonych zastrzegł jednak wyraźnie, że ideowo jest przeciwnikiem spalarni: na pewno jestem absolutnym przeciwnikiem spalarni odpadów ideowo. Natomiast jeżeli konsekwencją braku takiego zakładu ma być składowanie odpadów gdzieś w Polsce, uważam, że mimo wszystko taki zakład jest mniej inwazyjny i lepszy dla środowiska niż składowanie tych odpadów w ziemi. Wybór mniejszego zła, jak sam to nazwał. Priorytetem ma być więc najpierw biogazownia, która pozwoli zagospodarować frakcję bioodpadów i podnieść wskaźnik recyklingu.
Wiceprezydent Grzegorz Roman prowadził tę rozmowę zupełnie inaczej. To on zadał wprost pytanie, które postawiło radnego Suligowskiego pod ścianą: czy w wizji tego systemu jest też spalarnia, czyli, jak to ujął, popularnie nazywana spalarnia śmieci, czyli miejska elektrociepłownia zasilana śmieciami, i czy jako członek Zielonych podniesie za tym rękę. Kiedy padło pytanie, czy to już nie jest za późno na taką inwestycję, Roman odpowiedział bez wahania: a co jest? A czemu za późno? (...) jak pan czegoś nie ma, to lepiej to zrobić późno niż wcale — Grzegorz Roman, wiceprezydent Wrocławia. Sam przyznał też, dlaczego lokalizacji wciąż nie ma: we Wrocławiu nie mamy na to zgody społecznej, więc myślimy o lokalizacji albo na obrzeżach miasta, albo poza miastem.
Wiceprezydent zapowiedział też, że miasto rozważa stworzenie osobnych, niezależnych od Ekosystemu jednostek, które konkurowałyby na rynku odpadowym, a plany dotyczące własnych aktywów miasta w tym obszarze mają zostać przedstawione za parę miesięcy. Padło też zdanie godne zapamiętania. Gdy radny Suligowski powiedział, że system zaczną budować od przyszłego roku, wiceprezydent Roman uciął krótko: już budujemy. Nikt się nie roześmiał, choć wypadałoby.
Czy zszokowani kolejną podwyżką i wygenerowanym kryzysem mieszkańcy przymkną na to oko, byle tylko uniknąć następnej fali wzrostu opłat? Przekonamy się. Warto jednak pamiętać, że te zapewnienia mogą okazać się oszukańcze w samej swojej istocie. Komisja Europejska pracuje właśnie nad reformą systemu handlu emisjami, która obejmie nią również spalarnie odpadów komunalnych. Od 2031 roku instalacje termicznego przekształcania odpadów będą musiały kupować uprawnienia do emisji CO2, co według szacunków samej Komisji może podnieść koszt spalenia tony odpadów nawet o kilkadziesiąt procent. Innymi słowy: inwestycja, którą dziś sprzedaje się jako receptę na tańsze śmieci, może za kilka lat okazać się kolejnym generatorem kosztów przerzucanych na mieszkańców. Dlatego tak ważne jest, żeby o tej sprawie rozmawiać otwarcie już teraz, a nie dowiedzieć się o wszystkim po fakcie.
Apel do bandy, żeby zachowała się przyzwoicie
Osobny akapit należy się scenie, która na tej konferencji wybrzmiała już chyba po raz setny. Prezes Młyńczak zaapelował do firm odpadowych o daleko idącą odpowiedzialność społeczną, o uczciwe podejście, o wzajemny szacunek w postępowaniu. Zabawne, choć w gruncie rzeczy dość żałosne. Apeluje się tu do podmiotów, które od lat traktują wrocławski rynek odpadowy jak dojną krowę, żeby tym razem, wyjątkowo, mieszkańców aż tak nie łupiły.
Dokładnie tak samo, w tym samym tonie, apelował przy poprzednich podwyżkach wiceprezydent Jakub Mazur. Dokładnie tak samo apelowali w ostatnim roku inni akolici Jacka Sutryka. A przecież to oni, urzędnicy, politycy i pracownicy spółki miejskiej, są od tego, żeby mieszkańców przed tymi firmami bronić, a nie o coś je grzecznie prosić. Zamiast tego słyszymy zapewnienia, że przecież wszystkim, na końcu, chodzi o dobro mieszkańców Wrocławia.
I tu, wyjątkowo, się zgodzimy. Rzeczywiście chodzi im o to dobro. Tyle że po to, żeby wrocławianom je odebrać i wepchnąć do własnych kieszeni, kieszeni firm odpadowych i tych, którzy przy tym systemie żerują. Dowód na to dali już zresztą sami, przepychając w tym roku horrendalne podwyżki opłat za śmieci.
Po niedzieli spodziewajcie się, drodzy czytelnicy, szerszego komentarza w tej sprawie, zarówno merytorycznego, jak i politycznego. Bo odpady, niczym na przesiąkniętej mafijnymi układami Sycylii, stają się we Wrocławiu politycznym tematem numer jeden.
„Nieudolność, czy sabotaż?” Wrocławska afera śmieciowa i podwyżka do 55 zł
„Nieudolność, czy sabotaż?” Wrocławska afera śmieciowa i podwyżka do 55 zł
Ponad pół miliarda złotych wydanych bez konkurencyjnego przetargu, najwyższe opłaty za śmieci wśród dużych miast oraz pytania o odpowiedzialność za wielomiesięczny paraliż postępowań. O tych problemach gospodarki odpadami we Wrocławiu mówił przewodniczący SOS Wrocław i radny miejski Piotr Uhle w programie Echo24. Rozmowa była podsumowaniem tematów, które od wielu miesięcy opisujemy na łamach SOS Wrocław.
Przetarg trwa już półtora roku
Uhle przypomniał, że przetarg na odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych ogłoszono z opóźnieniem 12 marca 2025 roku i do dziś nie udało się go rozstrzygnąć. W tym czasie miasto zawarło kolejne umowy z wolnej ręki, w trybie niekonkurencyjnym, na łączną kwotę przekraczającą pół miliarda złotych. Jak pisaliśmy w tekście „Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu”, radni Koalicji Obywatelskiej odrzucili wcześniej wniosek o powołanie komisji doraźnej, która miała zbadać przyczyny tego paraliżu.
W studiu radny zwrócił uwagę na fakt, który jego zdaniem trudno wytłumaczyć przypadkiem – „przez cały ten czas spółka Ekosystem nie wygrała ani jednego postępowania czy przed Krajową Izbą Odwoławczą, czy przed właściwym sądem w Warszawie”. Jako przyczyny wskazywał niedostarczanie dokumentów i niekompetencję prawnika reprezentującego spółkę. Więcej o mechanizmie tych porażek sądowych pisaliśmy w artykule „Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa”.
„Czy to nieudolność, czy sabotaż?”
To pytanie Uhle postawił wprost na antenie, dodając, że na obecnym stanie rzeczy korzystają firmy realizujące zlecenia bez konkurencji, po cenach wyższych niż wynikałoby to z przetargu. Podkreślił, że te same podmioty w innych miastach pobierają nawet dwukrotnie mniej za te same frakcje odpadów – „my de facto finansujemy inne miasta”.
Przypomniał też, że w październiku ubiegłego roku złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie możliwego wpływu na przebieg przetargu i zawierania umów z wolnej ręki – temat opisywany już w tekście „Afera śmieciowa we Wrocławiu: 40 milionów strat i zawiadomienie do prokuratury”. Poinformował, że Prokuratura Krajowa i CBA przeprowadziły w tej sprawie czynności w kilkunastu miejscach we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku, zabezpieczając dokumenty.
Od września najdroższe śmieci w Polsce
Od 1 września mieszkańcy zapłacą 55 zł miesięcznie od osoby za odbiór posegregowanych odpadów – podwyżka o blisko 40 procent. Uhle stwierdził, że wśród dużych miast rozliczających się od mieszkańca „są to najdroższe śmieci w Polsce”, i przywołał przykłady: Jelenia Góra 53 zł, Wołów 52 zł, Brzeg Dolny i Strzelin po 50 zł. Zwrócił uwagę, że miasta o zbliżonej liczbie mieszkańców mają stawki nawet o 20–25 zł niższe, a przy tym – w przeciwieństwie do Wrocławia – budują własne sortownie i instalacje.
Radny przypomniał, że obietnice budowy własnych instalacji padały już w 2022 roku, a mimo to nawet rozbudowa kompostownika nie osiągnęła zakładanej przepustowości ponad 20 tysięcy ton rocznie.
Uszczelnienie systemu i własne instalacje
Jako działania naprawcze Uhle wymienił: natychmiastowe rozstrzygnięcie przetargu, uszczelnienie systemu opłat (z ponad 800 tysięcy potencjalnych płatników zarejestrowanych jest jedynie 650 tysięcy), budowę własnych instalacji do zagospodarowania odpadów w perspektywie kilkuletniej oraz lepszą edukację mieszkańców w zakresie segregacji. Do 16 sierpnia trwa ankieta dotycząca nieruchomości niezamieszkałych, której wyniki mają kluczowe znaczenie dla kształtu przetargu.
Biała księga wrocławskich patologii
Pytany o dalsze plany, Uhle zapowiedział, że jego środowisko koncentruje się na opracowaniu białej księgi wrocławskich patologii z ostatnich ośmiu lat rządów prezydenta Jacka Sutryka i Koalicji Obywatelskiej, we współpracy z partiami opozycyjnymi i organizacjami społecznymi. Ocenił, że „być może to będzie ostatnia szansa na to, żeby w sposób zdecydowany zmienić kierunek, w jakim zmierza miasto”.
Całą rozmowę można obejrzeć na kanale Echo 24: youtube.com/watch?v=_35lBDRZ1_k.
Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?
Odrzucona petycja, odrzucony dialog. Czy Wrocław naprawdę chce reformy Rad Osiedli?
Magdalena Gajewska-Królicka
Rada Miejska Wrocławia odrzuciła petycję w sprawie wzmocnienia roli rad osiedli, mimo że własna komisja rekomendowała jej uwzględnienie. W głosowaniu za petycją opowiedziało się jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a 13 wstrzymało się od głosu. Decyzja stawia pod znakiem zapytania szczerość zapowiadanej od miesięcy reformy.
Czy Wrocław rzeczywiście chce rozmawiać o reformie Rad Osiedli, czy jedynie sprawia takie wrażenie? Ostatnia sesja Rady Miejskiej daje niestety powody do poważnych wątpliwości.
Radni miejscy odrzucili petycję z postulatami przygotowanymi podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego – dokumentu wypracowanego przez mieszkańców, część obecnych i byłych Radnych Osiedlowych, społeczników oraz osoby od lat zaangażowane w funkcjonowanie lokalnego samorządu. Nie był to dokument napisany zza biurka. Powstał na podstawie doświadczeń ludzi, którzy każdego dnia mierzą się z problemami funkcjonowania osiedli i najlepiej wiedzą, gdzie obecny system zwyczajnie nie działa. Warto podkreślić, że sama komisja merytoryczna rozpatrująca petycję zarekomendowała jej uwzględnienie stosunkiem głosów 2 do 0, przy 3 wstrzymujących się. Mimo to podczas głosowania na sesji plenarnej rekomendacja komisji nie została podtrzymana.
Argument o "błędzie prawnym"
Najbardziej zaskakuje jednak uzasadnienie tej decyzji. Radny Sławomir Czerwiński z klubu Lewica Naprzód, w imieniu którego zgłosił stanowisko „bez opinii", wskazał między innymi na brak podstawy prawnej dla postulatu sesji hybrydowych. Tę wątpliwość rozwinął radny Robert Suligowski, przekonując, że petycja zawiera błąd prawny i deklarując wstrzymanie się od głosu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to argument chybiony w odniesieniu do całości dokumentu. Petycja nie jest przecież projektem uchwały ani aktem prawa miejscowego. Jej celem nie jest tworzenie gotowych przepisów, lecz wskazanie kierunku zmian i zwrócenie uwagi na problemy wymagające rozwiązania. To właśnie później rolą organów miasta jest przełożenie takich postulatów na poprawne pod względem prawnym rozwiązania.
Zgadzam się, ale się wstrzymam
Równie zaskakujące były głosy radnych, którzy deklarowali, że zgadzają się z częścią postulatów, ale nie ze wszystkimi, dlatego postanowili wstrzymać się od głosu. Radna Martyna Stachowiak, przewodnicząca komisji rozpatrującej petycję, wprost przyznała podczas sesji – zgadzam się w większości co do zasady, niekoniecznie zgadzam się co do poszczególnych rozwiązań – po czym wyjaśniła, że ze względu na brak możliwości głosowania nad poszczególnymi punktami osobno nie jest w stanie poprzeć całości dokumentu. Takie podejście prowadzi do prostego pytania: czy naprawdę łatwiej odrzucić cały dokument niż rozpocząć rozmowę o tych propozycjach, z którymi samemu się zgadza?
Przecież właśnie na tym polega dialog. Nie trzeba akceptować każdego przecinka, aby uznać, że przedstawione problemy są realne i wymagają wspólnej pracy. Odrzucenie petycji nie oznacza odrzucenia kilku punktów. Oznacza odrzucenie inicjatywy obywatelskiej przygotowanej przez środowisko, które działa na rzecz wrocławskich osiedli.
Reforma zapowiadana od miesięcy
To szczególnie zastanawiające w kontekście wielokrotnie zapowiadanej kompleksowej reformy Rad Osiedli. Od miesięcy słyszymy o potrzebie zmian. Tymczasem konkretów wciąż brakuje. Jedyną szerzej omawianą inicjatywą był projekt uchwały dotyczącej konsultacji społecznych przygotowany przez dwóch radnych miejskich. Rada Miejska nie zdecydowała się jednak na jego przyjęcie, a sam projekt koncentrował się przede wszystkim na zmianach granic osiedli. To ważny temat, ale z pewnością nie najważniejszy.
Prawdziwe problemy Rad Osiedli leżą gdzie indziej. To ograniczone kompetencje, niewystarczająca sprawczość, niejasne finansowanie, brak nowoczesnych narzędzi komunikacji, niedostateczna cyfryzacja oraz niewystarczający wpływ na decyzje dotyczące najbliższego otoczenia mieszkańców. Właśnie o tym mówiła petycja. O sprawach fundamentalnych.
Paradoks partycypacji
Nie sposób nie zauważyć pewnego paradoksu. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o chęci współpracy z mieszkańcami i wzmacniania partycypacji społecznej. Z drugiej, gdy oddolne środowisko przedstawia wizję zmian, wypracowaną wspólnie przez część praktyków samorządu osiedlowego, dokument zostaje odrzucony – mimo pozytywnej rekomendacji własnej komisji Rady Miejskiej. Trudno uznać to za zachętę do obywatelskiego zaangażowania.
Warto odnotować też głos radnego Suligowskiego, który zakwestionował reprezentatywność środowiska stojącego za petycją, mówiąc wprost – nie mam wrażenia, żeby to był głos całego środowiska – w odpowiedzi na co radny Piotr Uhle zastrzegł, że nigdy nie twierdził, jakoby petycja była głosem całego środowiska osiedlowego, a jedynie efektem pracy merytorycznej kilkudziesięciu osób, w większości radnych osiedlowych.
Punkt wyjścia, który zamknięto na starcie
Nikt rozsądny nie twierdzi, że memorandum Niezależnego Kongresu Osiedlowego było dokumentem idealnym. Być może część zapisów wymagała doprecyzowania, część zmian, a część dalszej analizy. Ale właśnie temu powinien służyć dialog. Rolą władz miasta nie jest oczekiwanie od mieszkańców gotowych projektów legislacyjnych, lecz prowadzenie rozmowy z tymi, którzy dostrzegają problemy i proponują kierunki ich rozwiązania.
Największą wartością tej petycji nie były poszczególne zapisy. Był nią fakt, że przedstawiciele wielu osiedli wspólnie wypracowali wizję zmian. Można było potraktować ją jako punkt wyjścia do stworzenia rzeczywiście kompleksowej reformy. Zamiast tego większość Rady Miejskiej postanowiła zamknąć temat już na starcie – w głosowaniu petycję poparło jedynie 3 radnych, 6 było przeciw, a aż 13 wstrzymało się od głosu, przy 37 radnych uprawnionych do głosowania i 27 obecnych na sali.
Jeżeli tak ma wyglądać dialog z mieszkańcami, trudno nie zadać pytania: czy zapowiadana reforma Rad Osiedli rzeczywiście ma powstać wspólnie z mieszkańcami, czy będzie jedynie kolejnym projektem przygotowanym bez uwzględnienia doświadczeń osób, które od lat społecznie pracują na rzecz swoich osiedli?
Wrocław potrzebuje dziś odwagi do rozmowy, a nie odwagi do odrzucania społecznych inicjatyw. Reforma Rad Osiedli nie wydarzy się sama. Nie powstanie również bez ludzi, którzy tworzą je od środka. Odrzucenie petycji nie zamyka dyskusji o przyszłości osiedli. Pokazuje jednak, że przed nami wciąż daleka droga do prawdziwego partnerstwa.
Paramafijne śmieciowe relacji władz Wrocławia - czas na białą księgę
Szanowni Państwo!
Horrendalna podwyżka opłaty za śmieci, którą chce przepchnąć przez Radę Miejską Wrocławia prezydent Jacek Sutryk to nie jest przypadek. To skutek lat chaosu, niekompetencji i zaniechań pod partyjnym wezwaniem i nową doktryną Koalicji Obywatelskiej: cóż szkodzi obiecać.
Od półtora roku nie mamy we Wrocławiu rozstrzygniętego przetargu na śmieci. Przetargu konkurencyjnego, w którym przedsiębiorcy rywalizują o wart miliard kontrakt. Jak rywalizują, albo przynajmniej powinni? Dając bardziej atrakcyjną cenę. Specjalnie po to bez mała 2 lata temu reformowaliśmy sektory zbiórki, pamiętacie? W interesie miasta i jego mieszkańców jest, aby zlecenie robić w trybie przetargowym i realizować go możliwie najbardziej konkurencyjnie.
Zamiast tego – mamy kolejne zamówienia z wolnej ręki. Wydaliśmy w ten sposób już pół miliarda złotych. Wskazujemy palcem obecnych wykonawców i uzależniamy się tym samym od nich. Pozycja negocjacyjna jest nie do pozazdroszczenia. Dlatego nic dziwnego, że doją nas bez litości, bo to oni na tym zarabiają. Wg. deklaracji spółki ceny miały wzrosnąć o 15%, ale koszt systemu wg. obecnych danych wzrósł aż o 26%. Czy ktoś się z tego wytłumaczył?
Przeciwnie. Jeszcze kilka miesięcy temu oficjalny komunikat miasta mówił, że do czasu gdy obowiązują umowy z tzw. wolnej ręki nie ma zagrożenia zwiększeniem wysokości opłaty. Politycy i urzędnicy kluczyli, kręcili, rozmydlali temat. Dziś okazuje się, że system nie dopiął się w tym roku na 60 mln zł. W przyszłym spokojnie możemy mówić o kwocie nawet trzykrotnie wyższej - 90 mln zł. A nawet jeszcze nie mamy ogłoszonego przetargu.
Obiecaliście, że nie będzie podwyżek. Tymczasem podnosicie ludziom opłaty o 40%. Chcecie wyjąć z ich kieszeni dziesiątki a nawet setki milionów złotych rocznie. A wiemy przecież, że to nie jest Wasze ostatnie słowo. Cóż szkodzi obiecać, prawda? Wszystkim wydawało się, że te słynne słowa były tylko wpadką. Tymczasem stały się partyjną doktryną, którą wdrażacie we Wrocławiu.
Wszystko robicie odwrotnie. Mieliście być jak Robin Hood i Midas. Mieliście odbierać bogatym i dawać biednym. Tymczasem grabicie biednych i napychacie kabzę olbrzymiemu biznesowi. Mieliście zamieniać wszystko, czego się dotkniecie w złoto. Sami sobie odpowiedzcie w co zamieniliście system gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Złoto to zdecydowanie nie jest.
Ostrzegaliśmy przed tym. Mówiliśmy, że działanie Ekosystemu to albo skrajna nieudolność albo celowy sabotaż. Ostrzegaliśmy, że sieć powiązań między politykami KO a firmami śmieciowymi wygląda niebezpiecznie i niesie olbrzymie ryzyko korupcji. Że relacje między władzą a biznesem mają charakter mafijny, choć nie wiadomo nic jeszcze o czystej bandyterce – to działalność białych kołnierzyków. Mówiliśmy, że skończy się to horrendalnymi podwyżkami dla ludzi.
Byliśmy wskazywani jako odszczepieńcy, straszono nas prokuraturą, pozwami, odsądzano od czci i wiary. Próbowano podważyć naszą wiarygodność i wyśmiać.
Tymczasem Prokuratura Krajowa i CBA bada w olbrzymiej akcji powiązania polityki i firm śmieciowych, nie sprawę sygnalistki jak próbujecie to zakłamać. Tymczasem sięgacie do kieszeni mieszkańców jak po swoje. Nikt nie dał wam na to zgody. Bo kłamaliście, że tego nie zrobicie. Kłamaliście rano, kłamaliście w południe, kłamaliście wieczorem. I teraz przychodzi zapłacić za to rachunek. Tylko dlaczego nie zapłacicie sami? Dlaczego mają to robić uczciwie pracujący i płacący opłaty mieszkańcy Wrocławia?
Chcecie podnosić ludziom opłaty o 40% a okazuje się, że nie jesteście w stanie ich ściągnąć od 200 000 mieszkańców miasta. Łatwiej jest oskubać uczciwych niż uszczelniać system. Będziemy płacić na nową, luksusową siedzibę spółki i będziemy ponosić olbrzymie koszty jej funkcjonowania. Bo nie tylko stworzyliście tam posadę wartą 400 000 zł dla partyjnego zrzutu na złotym spadochronie, jakim okazał się Michał Młyńczak. Wcześniej zatrudniliście tam innych kolesi na dyrektorskich stanowiskach i apanażach równych niemalże prezesowskim.
Co ci ludzie zrobili? Nie jesteśmy w lepszym miejscu niż w trakcie przetargu z 2022 roku, gdy mieliście zrobić wszystko, by ta sytuacja się nie powtórzyła. Jesteśmy w gorszym miejscu. Przegapiliśmy pieniądze i czas na to, by uniezależnić się od dyktatu śmieciowego układu. Nie zbudowaliśmy własnych kompetencji. Nie przygotowaliśmy się na kryzys, chociaż były w tym zakresie konstruktywne propozycje. Prezes Karpiński opowiadał wtedy o nich jako o opowieściach przy ognisku. No to teraz sam chce je nam zafundować, budując spalarnię. O czym coraz otwarciej i bez żenady mówi.
Tymczasem chciałbym przypomnieć obietnice Jacka Sutryka i Jakuba Mazura o tym, że spalarni budować nie zamierzają. Stosujecie na żywym organizmie Wrocławia swoją doktrynę: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.
I nie uciekniecie od tej odpowiedzialności. Ten olbrzymi skandal jest spowodowany przez Jacka Sutryka i jego zauszników oraz Koalicję Obywatelską. Nie jesteście w stanie nawet obiecać naprawy. Bo kto wam uwierzy? Wasza wiarygodność jest na poziomie śmieciowym. Nomen omen.
Dlatego z tego miejsca wzywam wszystkie środowiska opozycyjne we Wrocławiu do wspólnego stworzenia białej księgi afer, niedotrzymanych obietnic i bezeceństw obecnej władzy. Te sprawy muszą być dokładnie opisane i przedstawione mieszkańcom.
Wzywam wszystkich mieszkańców pokrzywdzonych przez tę władzę. Wzywam Akcję Miasto i Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia. Wzywam Prawo i Sprawiedliwość. Wzywam partię Razem. Wzywam Konfederację i nową falę profesor Senyszyn. Wzywam fundację Obywatel TBS, grupę inicjatywną Stadion Olimpijski i Wrocławskie Forum Osiedlowe. Wzywam dobrych ludzi z Koalicji Obywatelskiej, wiem że tam nadal jesteście. Wzywam stowarzyszenie Stop LEX Deweloper, mieszkańców Szybkiej, Letniej, Browarnej, mieszkańców Kowal i Pilczyc. Wzywam wszystkich pokrzywdzonych, oszukanych i znieszmaczonych aferami obecnej władzy.
Spotkajmy się i dokonajmy rozliczenia obecnej władzy. Niech spisane będą czyny i rozmowy.
Opinia klubu dla projektu jest tak negatywna jak to tylko możliwe. Wstyd prezydencie. Wstyd Koalicjo Obywatelska, która zamiast walczyć o dobro obywateli – walczy z tymi obywatelami. Nie macie moralnego i faktycznego prawa do rządzenia tym miastem.
Dziękuję.
Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców
Afera śmieciowa: Drastyczne podwyżki uderzą w mieszkańców
Wrocławianie, łapcie się za portfele. Sutryk i jego kolesie chcą wyciągnąć z nich 90 mln zł rocznie. A to dopiero początek. Podwyżki o 38% jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu na odbiór odpadów. Kolesie, którzy chwilę temu dostali warte setki tysięcy złotych, stworzone dla nich stołki szykują podwyżki, które dla przeciętnej czteroosobowej rodziny mogą sięgnąć prawie 800 zł. Na wyższe koszty życia szykujcie się już od 1 września.
Dziura w budżecie i umowy z wolnej ręki
Po ponad roku nieudolności miasto musi zawrzeć kolejne umowy na odbiór odpadów z wolnej ręki. By to zrobić – musi zabezpieczyć pieniądze w budżecie. Ten pod rządami Jacka Sutryka i jego kolesi zaczął pękać w szwach. Dlatego już w przyszłym tygodniu sięgną do Waszych kieszeni.
W budżecie na ten rok brakło ponad 60 mln zł by podpisać umowy. Połowę tej kwoty wyciągnięto z niewykorzystanej rezerwy na inwestycje – czyli pieniądze, które miały służyć uniezależnieniu się od dyktatu firm śmieciowych. Drugą połowę zamierzają pokryć z olbrzymiej podwyżki opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi.
Awanse i nagrody zamiast odpowiedzialności
Od półtora roku ostrzegamy przed tym scenariuszem. Urzędnicy nie wykorzystali danego im czasu od 2022 roku i doprowadzili do sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie wysokości opłat. To tym bardziej kompromitujące, że dosłownie w ubiegłym miesiącu bardzo dobrze płatną posadkę otrzymał były wiceprezydent, który jest współodpowiedzialny za obecny chaos – Michał Młyńczak. Nie dość, że na odchodne dostał bardzo wysoką nagrodę liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy złotych to został w nagrodę prezesem i dostał bardzo wysoką podwyżkę.
Niewygodne uchwały przepychane pod osłoną wakacji
Wszystkiego tego dowiadujemy się z uchwały, którą chyłkiem pod obrady Rady Miejskiej Wrocławia skierował prezydent. Pominął przy tym Komisję Główną Rady, czym po raz kolejny okazał lekceważenie dla tego organu, który reprezentuje przecież wszystkich mieszkańców Wrocławia. To nie pierwszy przypadek, gdy podwyżki przepychane są z pominięciem zwyczajowego trybu i pod osłoną wakacji. Urzędowi politycy i macherzy uważają bowiem, że sezon ogórkowy osłoni ich machinacje. Naszą rolą jest to, by im się to nie udało.
Budżetowa matematyka, która się nie spina
Przygotowany projekt obnaża również chaos w systemie zagospodarowania odpadami. Otóż zwiększenie planu dochodów budżetu o 30 mln zł w 4 miesiące obowiązywania podwyżki nie pasuje do żadnych oficjalnych danych.
Gdybyśmy bowiem przyjęli, że wszyscy mieszkańcy segregują odpady a podstawą do wyliczenia wysokości dochodów jest liczba mieszkańców zameldowanych (603 000) – otrzymalibyśmy dochody w ciągu 4 miesięcy w wysokości około 38 mln zł. Weźmy jednak poprawkę na około 55 000 mieszkańców objętych Kartą Dużej Rodziny. Dla nich opłata wynosi mniej o 40%. Również po tej poprawce otrzymujemy wzrost dochodów o około 36,5 mln zł. Rocznie mówilibyśmy zatem o kwocie niemal 110 mln zł.
A wiemy przecież, że nie wszyscy mieszkańcy segregują odpady. Wiemy również, że wg. różnych szacunków mieszkańców we Wrocławiu mamy nie 603 000 a niemal 900 000. Dodatkowo musimy pamiętać, że lwią część opłaty za śmieci pokrywają właściciele nieruchomości niezamieszkałych – firmy, urzędy i inne instytucje.
Oznacza to, że we wrocławskim systemie gospodarowania odpadami mamy olbrzymi chaos i dzieje się to mimo wielkich pieniędzy wydawanych na pensje kolesi zarządzającym tym bałaganem. Jak to możliwe, że zamiast uszczelnić system próbuje się przerzucić jego koszty na uczciwie płacących mieszkańców? Dlaczego urzędnicy i kolesie Sutryka idą na łatwiznę kosztem zwykłych Wrocławian? I kto na tym korzysta?
Kto zyskuje na dyktacie śmieciowym? W tle śledztwo CBA
Z pewnością nie tracą na tym firmy śmieciowe, które po raz kolejny bez przetargu otrzymają grube pieniądze. Pieniądze, które w znacznej mierze powinniśmy byli przeznaczyć na zwiększenie niezależności Wrocławia od dyktatu śmieciowego oligopolu poprzez stworzenie własnych kompetencji do zagospodarowania odpadów, np. budowę sortowni czy biogazowni. Zamykamy sobie ścieżkę do tego procesu przez rozwlekłe procedury, nieudolność urzędników oraz prawników reprezentujący Ekosystem oraz gminę a także przejadanie pieniędzy przeznaczonych na inwestycje.
Należy w tym miejscu zadać pytanie czyim interesom służą Sutryk i jego kolesie. Wycierają sobie usta służbą dla mieszkańców. Ale realnie na ich działaniach mieszkańcy tracą a korzystają firmy śmieciowe. Nic dziwnego, że prokuratura i CBA zabezpieczyło w trakcie przeszukania siedziby miejskiej spółki Ekosystem tak olbrzymie ilości dowodów w sprawie wrocławskiej afery śmieciowej.
Koniec uników. Czas na trudne pytania do prezydenta
Dlatego dziś zwracamy się do Jacka Sutryka oraz namaszczonych przez niego kolesi o pilne wyjaśnienia tego skąd taka horrendalna podwyżka.
- Ile osób realnie płaci za odpady?
- Ile z nich segreguje?
- Ile pozyskujemy pieniędzy z nieruchomości niezamieszkałych?
- Ile z nich wyszło z naszego systemu i podpisało bezpośrednio umowy z firmami śmieciowymi, co jest dla tych przedsiębiorstw bardzo korzystne?
- Jaki jest i będzie realny koszt zagospodarowania odpadów na ten rok i na jakich warunkach to zagospodarowanie będzie się odbywało?
- Jakie kroki podjęto, by uchronić mieszkańców przed tak fatalnymi rozwiązaniami?
- Jaką odpowiedzialność wyciągnięto wobec osób, które doprowadziły nas do tego momentu?
Koniec migania się. Czas na odpowiedzi i to jeszcze przed sesją Rady Miejskiej Wrocławia, która już za tydzień.
Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć
Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć
SOS Wrocław dotknął sedna i dlatego należy nas zastraszyć. W ostatnim tygodniu trafiły do nas dwa prawnicze pisma, które w naszej opinii mają nas zastraszyć i zniechęcić do dalszego sprawdzania, ile pieniędzy trafia do politycznych sojuszników i kolesi Jacka Sutryka z publicznej kasy. W naszej opinii mają one charakter tzw. SLAPPa, czyli strategicznych działań prawnych na rzecz stłumienia krytyki władzy. Ale nas zastraszyć nie jest tak łatwo.
Dwa straszaki w jednym tygodniu
Pierwsze pismo przyszło w poniedziałek. Napisał je Marcin Zatorski, radca prawny, który jeszcze nie tak dawno reprezentował setki mieszkańców wrocławskiego TBS. Teraz reprezentuje… Michała Młyńczaka, byłego wiceprezydenta miasta. Temu nie spodobały się nasze wpisy dotyczące złotego spadochronu, który zapewniło mu miasto w miejskiej spółce Ekosystem, a także to, że wskazywaliśmy nieudolność miasta w rozstrzygnięciu przetargu.
Drugie pismo przyszło we wtorek. Napisała je do nas kancelaria, której wspólnik reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej i jednocześnie świadczy lukratywne zlecenia na rzecz gminy Wrocław. Nie podobało mu się to, że analizowaliśmy zapisy Urzędowego Rejestru Umów i zadawaliśmy pytania o to, czy relacja pomiędzy prof. Błaszczakiem, Jackiem Sutrykiem i Urzędem Miejskim jest etyczna. Bolało go również to, że analizowaliśmy, czy jego położenie nie może być nazwane konfliktem interesów.
W podobnym czasie podobne przedprocesowe pisma otrzymała Fundacja Obywatel TBS, a także wrocławska Gazeta Wyborcza, straszona przez miejską spółkę Ekosystem odszkodowaniem o wartości 250 000 zł. W naszej opinii nie ma przypadków – to wygląda jak skoordynowana akcja instytucji miejskich oraz sojuszników i kolesi Jacka Sutryka przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu oraz mediom.
Profesor w konflikcie interesów
Szczególnie zastanawiająca w tej sytuacji jest rola radcy prawnego, profesora Błaszczaka. To osoba, która nie tylko z tytułu zaufania powinna być krystalicznie czysta. Jako pracownik naukowy z tytułem profesora, który poza praktykowaniem prawa uczy tej praktyki innych, powinien całą swoją postawą świecić przykładem dla adeptów trudnego, prawniczego rzemiosła.
Tymczasem postawił się w sytuacji bardzo niekomfortowej. Nie dość, że w 2022 roku jednocześnie świadczył usługi na rzecz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej oraz jako prezydenta miasta w sprawie o charakterze SLAPP przeciwko autorom podcastu „Przyjaciele Kota Wrocka" – to w 2024 roku jego kancelaria świadczyła na rzecz miasta kolejne, bardzo intratne zlecenie w zakresie zastępstwa procesowego oraz doradztwa prawnego. Co ciekawe, napisał strategię procesową do sprawy, w której zespół radców prawnych Urzędu Miejskiego od niemal dwóch lat już taką strategię posiadał. Nie chcemy szkodzić sprawie, więc nie będziemy wchodzić w szczegóły – napiszemy: opinia pana profesora nie była tzw. „gamechangerem". Nie przeszkodziło to, by zawrzeć z nim umowę o wartości 61 500 zł i wypłacić za samą strategię procesową 36 900 zł – potwierdza to okazana w trakcie kontroli radnego umowa i faktury.
Wszystkie kwoty podawane przez nas w toku postępowania podawaliśmy na podstawie publicznych, urzędowych rejestrów. Nawet szef zespołu radców prawnych, mecenas Wojciech Szuster potwierdził, że urzędowy rejestr umów prowadzony jest w sposób, który może wprowadzać czytelnika w błąd. Jeżeli kogoś pan mecenas Błaszczak zamierza pozywać – może warto byłoby pozwać Prezydenta Wrocławia? Chociaż wtedy to dopiero zrobiłby się etyczny mętlik w zasupłanych i nachodzących na siebie interesach różnych mocodawców.
Dlaczego? W tym samym roku prof. Błaszczak okazał się być pełnomocnikiem procesowym zatrzymanego przez CBA Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum, w której prezydent Wrocławia usłyszał zarzuty korupcji i oszustwa.
Normalną, etyczną reakcją byłoby zgłoszenie przez pana profesora do Gminy Wrocław zaistniałego konfliktu interesów i wycofanie się ze sprawy. Nie miało to jednak miejsca – profesor i mecenas Błaszczak nadal świadczył na rzecz urzędu rządzonego przez jego mocodawcę usługi.
Czy gdyby firma realizująca inwestycje drogowe na rzecz miasta układała chodnik w ogrodzie pana prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? Czy gdyby firma, która buduje dla miasta szkołę, remontowała prywatny dom prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? To sytuacja, którą należy w szczególny sposób badać, bo tworzy przestrzeń do nadużyć. Szczególnie gdy dotyczy to prezydenta oskarżonego przez Prokuraturę Krajową o łapownictwo i oszustwa.
Profesor Błaszczak nie tylko nie wycofał się z dyskusyjnej etycznie sytuacji. Zamiast tego skierował pismo względem naszego Stowarzyszenia, w którym próbuje nas zastraszyć. Czy tak zachowują się akademickie i prawnicze autorytety? A może te absurdalne działania są podyktowane tym, co jeszcze może ujrzeć światło dzienne? Tylko pan profesor i jego wspólnicy wiedzą, czego nie chcą ujawnić opinii publicznej. Jednak nasze doświadczenie każe sądzić, że w debacie publicznej takich spraw - jeżeli istnieją - długo nie da się utrzymać w tajemnicy.
W naszej opinii sprawą powinny zająć się instytucje odpowiedzialne za dyscyplinę i etykę w ramach korporacji prawniczych, w których występuje bądź występował prof. Błaszczak, a także Uniwersytet Wrocławski.
Złoty spadochron Młyńczaka
Dziwna jest także rola prezesa Ekosystemu, niedawno zwolnionego z funkcji wiceprezydenta miasta, Michała Młyńczaka. Ten straszy nas krokami prawnymi za ujawnianie jego złotego spadochronu w postaci grubych setek tysięcy złotych wynagrodzenia w spółce Ekosystem. Za co ta podwyżka względem pensji wiceprezydenta? Chyba w nagrodę za współodpowiedzialność za chaos we wrocławskim systemie odbioru i zagospodarowania odpadów.
Nie podoba mu się, że porównujemy jego zespół do Gangu Olsena, choć nie był w stanie rozstrzygnąć przetargu przez niemal 450 dni, a okoliczności działań spółki Ekosystem i polityków ją nadzorujących bada Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne, które dokonało przeszukania i zabezpieczenia dokumentów w siedzibie spółki.
Jednak to działania SOS Wrocław, które nagłaśniają tę niepokojącą aferę, są uznawane za szkodliwe i zasługujące na dalsze kroki prawne. Ekosystem już próbował iść tą drogą, gdy jesienią straszył krokami prawnymi po zgłoszeniu przez nas nieprawidłowości we wrocławskich śmieciach do Najwyższej Izby Kontroli. Po tym, gdy nie daliśmy się zastraszyć, spółka zawiadomiła prokuraturę, próbując przypisać absurdalne zarzuty przewodniczącemu SOS Wrocław, Piotrowi Uhle. Nie daliśmy się zastraszyć wtedy, nie damy i teraz.
Nie tylko my
Podobne pisma otrzymała w mijającym tygodniu fundacja Obywatel TBS oraz wrocławska redakcja Gazety Wyborczej. Obywatel TBS od spółki TBS Wrocław. Gazeta Wyborcza – od Ekosystemu za cykl artykułów ujawniających rozmiary wrocławskiej afery śmieciowej. Obie sprawy są podobne – miejskim podmiotom nie podoba się publiczna krytyka ich działań. Dla nich najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zadawał takich głupich pytań. A miasto byłoby najlepsze, gdyby można było spokojnie zarabiać pieniądze, ale bez tych natrętnych mieszkańców. Biura funkcjonowałyby sprawnie, zatrudnienie w spółkach rosło i nikt nie zakłócałby spokoju kolesiom.
Wszystkie skarżące się strony łączy jeden fakt. Nie brakuje im pieniędzy na obsługę prawną. Jednak wszystkie podmioty w całości lub w pewnym zakresie żyją z naszych podatków. Otrzymują czynsze, opłaty śmieciowe lub wynagrodzenia z miejskich instytucji. I wykorzystują swoją pozycję do tego, by walczyć z mediami i społeczeństwem obywatelskim.
Prywatne interesy, publiczne pieniądze
Niszcząc media i społeczeństwo obywatelskie, Jacek Sutryk, jego podwładni, sojusznicy i kolesie niszczą też lokalną demokrację. Ale nie dziwi nas ten fakt. Lokalna demokracja jest dla nich największym zagrożeniem. Dlatego prezydent wielokrotnie lżył i obrażał mieszkańców w obrzydliwy i pożałowania godny sposób. Dlatego jako prezes ZMP tworzy przestrzeń do lobbowania za utajnianiem oświadczeń majątkowych, przywróceniem możliwości dorabiania w radach nadzorczych, zniesienia dwukadencyjności, zapewnienia wcześniejszej, sowitej emerytury dla samorządowych kolesi.
Jako osoba prywatna Jacek Sutryk często popadał w wątpliwe etycznie sytuacje. Swój dom kupił po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy, który nie tylko otrzymywał wielomilionowe dotacje z miasta. Odkąd Jacek Sutryk został prezydentem, dotacje znacząco wzrosły. Poprzedni dom prezydent sprzedał z kolei swojemu podwładnemu, który, tak się składa, jest prezesem Aquaparku i zarabia tam grube setki tysięcy złotych. Po transakcji prezydent awansował żonę prezesa, którą zrobił… prezesem miejskiego ZOO. Oczywiście, bez konkursu.
Poprzednie zastraszające pismo przedprocesowe prof. Błaszczak wysyłał dla Jacka Sutryka w związku z innym konfliktem interesów. Profil na Facebooku Jacka Sutryka z setkami tysięcy polubień jest jego prywatną własnością, jednak na jego popularność pracują w godzinach pracy rzesze urzędników i pracowników miejskich spółek oraz instytucji. Ten profil ma rynkową wartość, a wydając polecenia publikowania tam materiałów, Jacek Sutryk może uzyskiwać korzyść majątkową, której nigdzie nie zgłasza. Podobnie było, gdy na partyjną imprezę Campus Polska jechał urzędowym busem. Gdy jako prezes ZMP lobbował za własnymi przywilejami. Wymieniać można długo.
Nie zastraszycie nas
Po pierwsze: mamy rację. Po drugie: to Wy macie powody do obaw i dlatego wysyłacie te bzdurne groźby dalszych prawnych kroków. Po trzecie: demokracja w mieście wymaga nagłaśniania niegodziwości i dziwnych układów, które panują we Wrocławiu Jacka Sutryka, jego podwładnych, sojuszników i kolesi. Nie zaprzestaniemy tej działalności tylko dlatego, że kolesiom się ona nie podoba.
Chcą nas zniszczyć. Nie mamy wielkich zasobów finansowych i koneksji w wymiarze sprawiedliwości, dlatego liczą, że się ugniemy. Jednak nie o nas tu chodzi. Chodzi o to, by pozbawić Was, czytelników, dostępu do informacji o patologicznych układach wokół Urzędu Miasta. Bo dziś tylko opinia publiczna jest ograniczeniem dla ich apetytu na władzę oraz frukta za nią idące.
Perspektywa otrzymania pozwu z pewnością nie jest niczym przyjemnym. Pamiętajmy jednak, że sprawy cywilne z definicji są jawnego a przed pytaniami Sądu nie można uciekać w retorykę i nie da się ich zakrzyczeć wykupionymi kampaniami medialnymi. Opinia publiczna może w takim procesie poznać wiele bardzo interesujących faktów.
Dlatego będziemy dalej ujawniać i interweniować w sprawach patologii toczących Wrocław. To nie my jesteśmy ich przyczyną. Nie damy się zastraszyć, bo taki jest nasz obowiązek względem Was - mieszkańców. Prosimy jednak o jak najszersze udostępnienie tego tekstu w ramach gestu solidarności - chcemy wiedzieć, że nasze działania mają społeczne poparcie.
Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd
Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd
Nietransparentnie prowadzony Urzędowy Rejestr Umów to coraz częściej przyczyna poważnych skandali. Jeszcze niedawno ukrywano w nim tożsamość tajemniczego wykonawcy zlecenia na przygotowanie statutów osiedli, mimo że to standardowa pozycja w URU. Dopiero po naszej interwencji uzyskaliśmy informacje, że wykonawcą był prof. Korczak.
Umowa, której nie było – a jednak była
W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W rejestrze nie ujawniono zawartej umowy z kancelarią prawną, którą zatrudnia Miasto Wrocław do doradztwa prawnego oraz zastępstwa procesowego. Widoczne były tylko dane dotyczące dwóch aneksów – o wartości 61 500 zł oraz 19 680 zł. Po naszej interwencji ujawniono pierwotną umowę, która miała być pominięta „omyłkowo" przez osobę, która już nie pracuje. Łącznie po tajemniczym „odnalezieniu się" umowy w rejestrze widniały trzy pozycje – umowa BOP/2/2024 o wartości 61 500 zł, aneks nr 1 do tej umowy o wartości 61 500 zł oraz aneks nr 2 do niej o wartości 19 680 zł.
Wraz z wcześniejszymi zamówieniami wartość umów i aneksów sumowała się do kwoty 159 900 zł. Rejestr podawał dokładnie takie informacje jak powyżej. Sprawa miała o tyle niepokojący charakter, iż wspólnikiem we wskazanej kancelarii był mecenas Błaszczak, który jednocześnie reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej w Collegium Humanum, a pierwszy aneks był podpisany raptem tydzień po zatrzymaniu jego mocodawcy przez Centralne Biuro Korupcyjne.
W naszej opinii budziło to uzasadnione wątpliwości co do etycznego aspektu relacji między podmiotami: Jacek Sutryk, Gmina Wrocław, kancelaria BSKK. Podobne pytania zadawalibyśmy sobie, gdyby na przykład firma układająca na zlecenie miasta kostkę brukową ułożyła ją również w ogrodzie prezydenta. Albo gdyby prezydent kupił dom po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy otrzymującego sowite dotacje z budżetu miasta.
Pisaliśmy o tym w ubiegłym tygodniu.
Aneksy zamiast kwot – błąd czy manipulacja?
Dopiero po kilku dniach udostępniono nam przedmiotową umowę. Okazało się, że kolejne aneksy nie dotyczyły dodatkowych kwot w ramach umowy, a po prostu jej przedłużenia. Oznacza to, że sposób prowadzenia rejestru umów wprowadza odbiorców w błąd. I nie chodzi tu tylko o powielanie wartości zamówienia w jednym z aneksów a zmianę w drugim, ale także o nieujawnienie pierwotnej umowy. Ostatecznie okazuje się, że umowa miała wartość 61 500 zł brutto i nie została w pełni skonsumowana, jednak okoliczności jej zawarcia budzą dodatkowe wątpliwości. W sprawie prawidłowości prowadzenia rejestru radni skierowali już odpowiednie zapytania.
Cztery powody do niepokoju
- Po pierwsze, nad sprawą pilnie pracował już Zespół Radców Prawnych w Urzędzie Miejskim Wrocławia, który opracował strategię procesową. Ciekawi nas przyczyna zawarcia po dwóch latach trwania sprawy dodatkowej, sowicie płatnej umowy akurat z kancelarią, której wspólnik reprezentował później Jacka Sutryka w jego prywatnej sprawie karnej.
- Po drugie, mecenas Błaszczak w swojej historii miewał już sytuacje, gdy jednocześnie na zlecenie Jacka Sutryka – osoby prywatnej, oraz Jacka Sutryka – prezydenta Wrocławia, stosował straszenie klasycznym SLAPPem wobec Marcina Nierody, redaktora podcastu Przyjaciele Kota Wrocka.
- Po trzecie, mecenas Błaszczak postawił się w sytuacji oczywistego konfliktu interesów. Nie powinien bowiem reprezentować jednocześnie miasta Wrocławia oraz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. W chwili zawarcia umowy z Jackiem Sutrykiem jego kancelaria winna nie tylko poinformować Gminę Wrocław o zaistniałym konflikcie ale także całkowicie zrezygnować z obsługi miasta. W innym przypadku nie powinna zawierać umowy z prezydentem w jego prywatnej sprawie karnej dotyczącej korupcji i oszustwa w ramach afery Collegium Humanum.
- Po czwarte, w sytuacji takiego samego konfliktu interesów postawił się prezydent Jacek Sutryk. Znowu: gdyby zawarł umowę na strzyżenie trawnika w swoim ogrodzie z firmą, która utrzymuje miejskie parki – wszelkie pytania znalazłyby rzeczowe uzasadnienie o niebezpieczne konfiguracje. Nie wspominając już o sprzedawaniu domu przez prezydenta swoim hojnie wynagradzanym pracownikom – na przykład prezesom Aquaparku będącym w związku małżeńskim z późniejszymi prezesami miejskiego ZOO.
Apel o wiarygodny rejestr
Konflikty interesów i niejasne związki – jak widać – mnożą się. To wszystko, wraz z nietransparentnymi metodami prowadzenia Urzędowego Rejestru Umów, gdzie „wpadki" zdarzają się akurat w sytuacjach, które mogłyby być dla urzędu i jego kierownictwa politycznie niewygodne, budzi uzasadnioną troskę o jakość wydatkowania środków publicznych – czyli troskę o dobro wspólne.
Z tego miejsca apelujemy do prezydenta miasta i jego pracowników odpowiedzialnych za prowadzenie rejestru umów o dostosowanie go w taki sposób, aby nie wprowadzał w błąd mieszkańców, oraz o szczególną dbałość o kompletność i poprawność przedstawianych danych. Jeżeli bowiem z publicznego, urzędowego rejestru nie można uzyskać wiarygodnych i potwierdzonych danych – urząd sam tworzy niedopowiedzenia i podważa zaufanie do informacji publicznej podawanej przez instytucje publiczne.















