Prezes Wisły Kraków, Jarosław Królewski wyczuł okazję. Znaczna część klubów piłkarskich w Polsce nie chce przyjmować jego kibiców na lokalnych stadionach w obawie o bezpieczeństwo mieszkańców. Jednak to Śląsk Wrocław, postawiony przez władze miasta pod pręgierz wydatkowania olbrzymich publicznych pieniędzy, został przez prezesa Królewskiego wyznaczony na chłopca do bicia.
Wspomniany krakowski działacz sportowy uzurpuje sobie prawo do bycia policjantem, prokuratorem i sędzią w jednym. Kosztem pieniędzy wrocławskiego podatnika. A na to zgody być nie może.

Od jakiegoś czasu piłkarski Śląsk Wrocław stał się łatwym celem. Trudno się temu dziwić wziąwszy pod uwagę kontrowersje, które ciągną się wokół finansowania jego działalności z budżetu miasta. Sam jako radny wielokrotnie zwracałem na patologie, które od lat osłabiają klub. I żadnej z ocen nie wycofuję.
Gdy spojrzymy na dowolną, historyczną wycenę Śląska Wrocław znajdziemy jedną, stałą pozycję: prawa do komercjalizacji marki. Wszystko może się zmienić ale szyld pozostanie w sposób stały związany z naszym miastem. A to, co obserwujemy to precyzyjnie przygotowany atak na jedną z najsilniejszych marek naszego miasta.
Dość zgrywania ofiary, panie Królewski
Prezes Królewski postanowił nie czekać na decyzje właściwych organów i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Wobec bierności PZPN stwierdził, że jest uprawniony do samosądu w postaci nie wysłania zespołu na mecz ze Śląskiem Wrocław. Gdy zespół nie pojawia się na meczu – przegrywa walkowerem a klub, który nie dotarł zwraca koszty poniesione przez organizatora – tak każe logika. Jednak prezes Królewski po wszystkim wskazał winnych tego zajścia (WKS), ofiarę (siebie samego) i wymierzył karę. Nie tylko nie zgodził się na odebranie punktów Wiśle za swoje bezprawne działania. Zamiast tego zaczął domagać się punktów karnych i olbrzymiej kary finansowej – 5 mln zł dla Śląska.
Prezes zgrywa w mediach ofiarę, roni krokodyle łzy i domaga się sprawiedliwości. Jednak to on sam jest odpowiedzialny za pożar, który wzniecił. Nie będę tutaj wypowiadał się w sprawie słuszności ostatnich decyzji władz WKSu. Do orzekania w sprawie niewpuszczenia zorganizowanych grup kibiców są właściwe organy PZPN, nie ja, a tym bardziej nie prezes Królewski. Nikt nie dał mu prawa do takich działań, może poza bierną postawą prezesa Kuleszy. Pod owczą skórą ofiary czają się wilcze oczy drapieżnika. Choć niezbyt ostre zęby przesadnie głębko pokąsać nas nie mogą.
Królewskie przywileje, królewska odpowiedzialność
Panie prezesie! Złamał pan w tej dramie tyle zasad, że najwyższy czas ponieść odpowiedzialność za swoje czyny. Nikt Pana nie koronował na króla polskiej piłki nożnej i biznesu sportowego. Prawda jest taka, że za Pana nieodpowiedzialne zachowanie odpowiedzialność poniesie pana drużyna i kibice, którym tak chce się Pan przypodobać. Bo zapracował Pan na karę w postaci odebrania Wiśle maksymalnej liczby punktów, zapłacenia kar i odszkodowań za poniesiony koszty.
Ale to nie wszystko. Odszkodowanie winno być równie królewskie. Otóż zaszkodził Pan wizerunkowi Śląska Wrocław przeprowadzając skoordynowaną i strategicznie przygotowaną operację oczerniającą wrocławski klub. Operację opartą na bezprawnych wnioskach i – w mojej opinii – głęboko obłudną. Bo nie słyszałem Pana troski o grosz publiczny, gdy przesuwano pieniądze w budżecie z ogrodu zoologicznego na Śląsk Wrocław. Nie słyszałem podobnych protestów, gdy zorganizowanych grup z Krakowa nie przyjmował Rzeszów, Legnica czy Pruszków.
Niszczy Pan nasze mienie i oddala perspektywę prywatyzacji. Sięgnął Pan po nisko wiszący owoc, poszedł na łatwiznę. Zmienił Pan media społecznościowe w teren prymitywnej, internetowej ustawki, w której nie znał Pan granic. Trudno znaleźć słowa, które pozwolą adekwatnie nisko ocenić Pana możliwe pobudki i charakter podjętych działań. Liczę na to, że zarząd Śląska Wrocław podejmie w tym zakresie należyte środki prawne.
Wojna o Śląsk to nasza wojna
Przez całe lata wskazywałem na nieprawidłowości i patologie. Jednak dzisiaj staję tu, gdzie należy – po stronie interesu Wrocławia. Nie będzie zgody na to, by naszym kosztem ktoś realizował swoje interesy. By przy zielonym stoliku załatwiać, co ktoś obawiał się załatwić na boisku.
Ostatni tydzień był testem dla wrocławskiej opinii publicznej. Szczególnie dla tych, którzy nie powstrzymali się od nakarmienia schadenfreude i wykorzystania momentu słabości klubu. Oni ten test oblali, bo nie chodzi im o dobro wspólne. Chodzi im o udowodnienie na siłę, że „moje jest mojsze”. Oblali test również ci, którzy dali się prezesowi Królewskiemu sprowadzić do rynsztoka. Tak nie da się prowadzić poważnej debaty publicznej.
Wszystkim zalecałem umiar i wstrzemięźliwość – to nie internet będzie decydował a właściwe organy PZPN oraz niezawisłe sądy. Dziś jednak zabieram głos. Nie jestem w stanie zrozumieć nie tylko tych, którzy szukają taniego poklasku. Głośniej krzyczy cisza wszystkich tych, którzy przez lata przebierali się w bluzy i szaliki z godłem Śląska Wrocław. Gdy wiązała się z tym korzyść – byli głośni, obecni i pełni przywiązania do klubu. Gdy trzeba zapłacić cenę – można ich szukać ze świeczką.
W tej zerojedynkowej sytuacji pozytywnie zweryfikowali się przede wszystkim dziennikarze – Piotr Janas z Gazety Wrocławskiej i Marcin Torz. I z tego miejsca chciałbym im podziękować. Pozostałych krytykować nie będę, więc pozostawię tu znaczącą pauzę.
Myślę również, że to dzień, by fani futbolu w całej Polsce zabrali głos. Bo bezprecedensowy atak, który dziś spotyka Śląsk Wrocław – może dotyczyć każdego z klubów w całym kraju. Kto pozaboiskowymi metodami chce wpływać na przebieg rozgrywek jest wrogiem futbolu. I piszę to mając na myśli wszystkie możliwe znaczenia tego stwierdzenia.
Stracona szansa na porozumienie dla odbudowy Śląska
Dziś stoimy wobec bezprecedensowego ataku na Śląsk Wrocław. Sami siebie postawiliśmy w sytuacji, w której tak rynsztokowe i bezprawne ataki są kierowane głównie w naszą stronę. Stało się tak, bo miasto zapomniało o poszukiwaniu jedności wobec strategicznych wyzwań. Nie poszukało ponadpolitycznego poparcia dla planu naprawczego dla WKS. To błąd, który dziś odbija się czkawką. Każdy błąd można spróbować naprawić, jednak każdego dnia cena, którą Śląsk Wrocław płaci za brak przemyślanych działań będzie wyższa.
Piotr Uhle

