Jacek Sutryk wskazuje obywateli gorszego sortu

Piotr Uhle

Słuchając wystąpienia Jacka Sutryka podczas uroczystej sesji Rady Miejskiej Wrocławia na Święto Wrocławia, trudno oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy mają do czynienia ze schyłkowym aktem władzy głęboko wyobcowanej i zamkniętej w murach własnego samozadowolenia. Pod płaszczykiem troski o starożytną ideę polis i arystotelesowską eudajmonię, prezydent zaprezentował klasyczną retorykę oblężonej twierdzy. Zamiast dialogu dostaliśmy podział na posłusznych poddanych oraz „pseudo-obywatelskie, radykalne grupy”, których jedynym celem ma być rzekomo „przejęcie władzy”. Taka bezczelna, pełna pychy narracja człowieka, który zaczął mylić samorządność z własnym stanem posiadania, wymaga twardej odpowiedzi.

Miejski urząd certyfikacji obywatelskości

Kto dał Jackowi Sutrykowi prawo do arbitralnego decydowania o tym, kto we Wrocławiu jest pełnoprawnym obywatelem, a kto zasługuje jedynie na miano „pseudo-obywatela”? Kto postawił go w roli miejskiego urzędu certyfikacji, który wskazuje palcem: ten mieszkaniec jest prawdziwy, a ten fałszywy? Prezydent chętnie mówi o wspólnocie, ale w jego ustach staje się ona strukturą wyłącznie dla wybranych, klakierów i tych, którzy nie psują nastroju na oficjalnych uroczystościach. Choć wyciera sobie usta klasycznymi pojęciami, jego rozumienie polis jest całkowicie wypaczone. Dla niego ideałem jest miasto bez sporu, bez kontroli i bez trudnych pytań.

Prawdziwe społeczeństwo obywatelskie istnieje właśnie po to, by patrzeć władzy na ręce – zwłaszcza wtedy, gdy tej władzy się to nie podoba. Sutryk natomiast krytykę zwalcza, etykietuje i próbuje delegitymizować. To nie przypadek, że w ostatnich dniach stowarzyszenie SOS Wrocław opisywało wysyłane przez urzędników pisma przedprocesowe, mające charakter klasycznych SLAPP-ów (działań kneblujących krytykę). Teraz do logiki zastraszania przez kancelarie prawne doszedł język pogardy z oficjalnej mównicy.

Historia uczy, że taka ślepota bywa dla rządzących zgubna. Dokładnie taką samą drogą – przepełnioną wyobcowaniem i niezasłużonym poczuciem wyższości – kroczył prezydent Bronisław Komorowski tuż przed swoją porażką wyborczą w 2015 roku. On również wskazywał, kto mieści się w jego definicji społeczeństwa, a kto nie. Dziś Jacek Sutryk brzmi identycznie. Obywatele nie potrzebują jednak jego certyfikatu przyzwoitości, by decydować o swoim mieście.

Mit „silnego mandatu społecznego” w świetle liczb

W swoim przemówieniu prezydent bez mrugnięcia okiem pouczał radnych i mieszkańców o konieczności podejmowania niepopularnych decyzji, zasłaniając się „silnym mandatem”. Warto zdjąć te propagandowe okulary i sprawdzić oficjalne dane Państwowej Komisji Wyborczej (PKW).

W wyborach samorządowych w 2024 roku, startując jako lider listy do Rady Miejskiej (Okręg nr 4), Jacek Sutryk uzyskał zaledwie 2 822 głosy – wynik więcej niż przeciętny jak na urzędującego włodarza. W pierwszej turze wyborów prezydenckich zdobył co prawda 80 585 głosów (34,33%), ale ostateczną wygraną musiał wymęczyć dopiero w dogrywce. Co ważniejsze, kredyt zaufania legł w gruzasz już rok później. Jak informowała PAP, w pierwszej inicjatywie referendalnej SOS Wrocław zebrało pod wnioskiem o odwołanie prezydenta około 35 tysięcy podpisów. W drugim podejściu, według Radia Wrocław, było to ponad 20 tysięcy. Choć z przyczyn formalnych do referendum nie doszło, skala tej dwukrotnej mobilizacji mieszkańców to potężny proces społeczny, którego rozsądna władza nigdy by nie zlekceważyła. Mandat wyborczy daje prawo do rządzenia, ale nie daje licencji na pogardę i uciszanie krytyków.

Festiwal niedotrzymanych obietnic i prokuratorskie zarzuty

Tym bardziej że Jacek Sutryk sam ma dziś gigantyczny problem z elementarną wiarygodnością, a lista jego złamanych obietnic dyskwalifikuje go jako moralnego patrona Wrocławia:

  • Fikcyjne konkursy w spółkach miejskich: Radio ZET opisywało przedwyborcze zapowiedzi o transparentności, dbałości o kompetencje i mienie komunalne. Jak ujawniła później Gazeta Wyborcza, z hucznych deklaracji pozostał jedynie pusty śmiech – otwarte konkursy okazały się parawanem dla politycznych nominacji dla działaczy PO, Lewicy i Nowoczesnej.
  • Kompromitacja wokół Śląska Wrocław: Zapowiadana w kampanii prywatyzacja klubu okazała się zwykłą ściemą. Zamiast prywatnego inwestora wrocławianie otrzymali organizacyjny chaos, sportowy upadek do niższej ligi i kolejne miliony z budżetu miasta pompowane w worek bez dna – bez planu.
  • Afera Collegium Humanum: Prezydent publicznie zarzekał się, że z jego studiami na tej uczelni było wszystko w porządku. Rzeczywistość, opisywana m.in. przez portal OKO.press, okazała się bezlitosna – Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty prokuratorskie, w tym trzy dotyczące oszustw oraz jeden korupcyjny, związany z kupnem fałszowanego dyplomu MBA.

Sutryk może być autorytetem od lewych dyplomów, nie od obywatelskości

W oficjalnym programie prezydenckim Jacek Sutryk mamił wyborców hasłem o „Wrocławiu dla nas wszystkich”. Dziś z uroczystej mównicy słyszymy brutalny podział na prawdziwych obywateli i radykałów, których jedyną winą jest to, że pytają o publiczne pieniądze i sprawdzają rejestry umów.

Tania ucieczka w arystotelesowskie definicje pod koniec „drugiej i ostatniej kadencji” nie zatuszuje rzeczywistego, katastrofalnego bilansu tych rządów. Wrocławianie nie potrzebują władzy, która osłania się pseudofilozoficznym bełkotem przed prokuratorem i własnymi mieszkańcami. Najbardziej niebezpieczny moment dla każdej władzy przychodzi wtedy, gdy zaczyna ona wierzyć, że sama jest wspólnotą, a każdy krytyk to populista i wróg miasta. W demokracji chęć kontroli, a nawet zmiany władzy nie jest patologią – jest prawem wolnych obywateli, i wrocławianie będą z tego prawa korzystać.

Najbardziej bulwersuje to, że środowiska samorządowe zamiast oczyścić się z takiej czarnej owcy jak Sutryk – wyniosły go do najwyższych honorów przyznając tytuł prezesa Związku Miast Polskich. W tym związku zamiast naprawiać samorząd – działa na rzecz jego psucia. To z ZMP wyszły skandaliczne idee zniesienia dwukadencyjności, utajnienia oświadczeń majątkowych, wcześniejszych bardzo wysokich emerytur dla  prezydentów miast czy podniesienia progu frekwencyjnego. To nie do obrony.

W świecie Sutryka status obywatela gorszego sortu to zaszczyt

Czy prezydent Wrocławia adresował ten fragment wypowiedzi do mnie osobiście? Raczej nie bo we wszystkich wyborach, w których startowaliśmy do Rady Miejskiej uzyskiwałem znacząco lepsze wyniki. Trudno więc, by próbował zarzucić moim działaniom brak mandatu.

Wiem jednak, że gdy człowiek o takim dorobku w niszczeniu demokracji, zwalczaniu organizacji pozarządowych, podporządkowywaniu sobie mediów, łamaniu wyborczych obietnic oraz szemranej moralności dzieli mieszkańców na obywateli i gorszy sort – wolę być obywatelem gorszego sortu. Jeżeli obywatelskie doświadczenie Jacka Sutryka ma być wzorcem z Sevres cnoty – wolę być gorszego sortu.

Wykluczanie ze wspólnoty całych grup ludzi będzie miało miejsce dalej. Sutryk jest od tego specjalistą – to on sugerował, że kto go nie popiera ten nie kocha Wrocławia. Jest złym człowiekiem. Trzeba go prześwietlić, wyświetlić i zwalczać. I tak traktuje niezależnie myślących obywateli – niech ten gorszy sort mieszkańców płaci podatki ale niech lepiej nie interesuje się szczegółami, bo jeszcze dostanie kociej mordy.

Wiem, że będę odsądzany od czci i wiary. Że będę atakowany, będą mnie lżyć i grozić mi pozwami. Ale nie przestanę opisywać patologii wrocławskiej władzy. Bo tylko zorganizowane społeczeństwo obywatelskie może dać im odpór. I ja zamierzam to społeczeństwo wspierać. Nie dlatego, że mam do kogokolwiek bezkrytyczny stosunek. Dlatego, że w chwili zagrożenia dla lokalnej demokracji – a z taką sytuacją mamy we Wrocławiu do czynienia – tylko solidarność jest bronią mieszkańców.

Są dwie drogi, by odzyskać miasto od ludzi, którzy tak odkleili się od rzeczywistości, że kadencję i mandat pomylili z koronacją. Jedna wiedzie przez demokratyczne wybory. Druga – przez demokratyczne referendum. To mieszkańcy zdecydują, którą drogę wybiorą.