Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa
Dlaczego linia kolejowa będzie przez dekady blokować Zwycięską? Oceniamy realizację Pakietu dla Południa
Mieszkaniec Południa Wrocławia
W ostatnich latach władze Wrocławia składają bardzo wiele obietnic mieszkańcom. Na przykładzie Pakietu dla Południa przyjrzyjmy się, co z tych obietnic udało się zrealizować, a czego nie. Spróbujmy też zastanowić się, dlaczego miasto nie korzysta z licznych możliwości, które mogłyby usprawnić życie codzienne mieszkańców. Mowa tutaj głównie o niedrożności infrastrukturalnej osiedli tej części Wrocławia.
Ponieważ niedrożność obecnego układu komunikacyjnego jest zarówno zdaniem mieszkańców, jak również w świetle licznych badań i analiz natężenia ruchu zdecydowanie największym lokalnym problemem, temat ten zostanie poniżej podjęty ze szczególną uwagą.
Co zrobiono – uczciwy bilans Pakietu dla Południa
Jest kilka inwestycji, które dotychczas zrealizowano. Są to: trasa autobusowa na Jagodno, Promenada Krzycka, buspas na Bardzkiej między Armii Krajowej a Piękną. Warto zauważyć, że inwestycje te są relatywnie łatwe w wykonaniu w stosunku do np. całkowitej przebudowy skrzyżowania i organizacji ruchu w sąsiedztwie czy wyniesienia toru kolejowego nad poziom ulicy. W trakcie realizacji natomiast pozostają: projektowanie tramwaju na Jagodno wraz z przebudową ulicy Buforowej oraz budowa Wschodniej Obwodnicy Wrocławia (odcinek Radomierzyce – Bielany Wrocławskie), za który odpowiada Marszałek Województwa Planowane otwarcie kompletnej wówczas trasy to koniec 2027 roku. Warto przy tym zaznaczyć, iż wspomniana inwestycja miała pierwotnie powstać kilka lat wcześniej. Już teraz mówi się, że po oddaniu do użytkowania rozwiąże ona problem zatkania południowej części miasta jedynie częściowo.
Nie zrealizowano natomiast mimo zapowiedzi kilku kluczowych inwestycji, które w znacznym stopniu odciążyły by kręgosłup infrastrukturalny w tej części miasta. Ba, nawet niektóre z nich nie są w chwili obecnej na etapie przygotowawczym. Mowa tu o:
- braku bezkolizyjnych przejazdów linii 285 przy ul. Zwycięskiej i Borowskiej. Wyniesienie torów nad ul. Bardzką rozwiązuje tylko jeden z trzech głównych konfliktów linii 285 z ruchem miejskim. Dwa pozostałe – przejazdy przy ulicach Zwycięskiej i Borowskiej – nie są objęte żadnym porozumieniem ani nawet studium. Tymczasem to właśnie przy ul. Zwycięskiej szlabany paraliżują ruch na statystycznie najbardziej zakorkowanym skrzyżowaniu aglomeracji. Już w 2022 roku, kiedy linia kolejowa została uruchomiona, kilkukilometrowe korki na al. Karkonoskiej stały się normą. Jacek Sutryk już w 2020 roku nazywał sytuację „skandalem", a miało to miejsce jeszcze przed uruchomieniem linii nr 285. Wiadomo było wówczas, że przejazd w poziomie będzie stwarzał szereg problemów i potęgował korki. Prezydent wysyłał co prawda pisma do PKP PLK, które jednak nie przyniosły efektu, a problem jest strukturalny – tory biegną w poziomie ulicy. Nie dość, że już kilka lat wcześniej sama ulica Zwycięska we Wrocławiu wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce, otwarcie w taki sposób tej linii kolejowej – zgodnie z oczekiwaniami – pogłębiło tylko problem;
- braku estakady Al. Karkonoska/ul. Zwycięska. Pomimo bardzo dobrze przygotowanych analiz i wizualizacji rozwiązania dwupoziomowego, Ratusz nigdy nie wyjaśnił publicznie, dlaczego projekt nie wszedł w życie. Autorzy pierwotnej koncepcji z firmy Arcadis sami wyrażali zdziwienie, że projekt nie został zrealizowany. Jest to o tyle ciekawe, iż Wrocław jest jednym z nielicznych miast w Polsce i Europie, gdzie poza nielicznymi wyjątkami (np. skrzyżowanie Alei Wielkiej Wyspy z ul. Międzyrzecką) systemowo nie są budowane skrzyżowania bezkolizyjne. Wszystko stoi na jednym poziomie, komunikacja między i w obrębie osiedli jest kompletnie niewydolna (jak na Partynicach), a projekty ułatwiające codzienne życie mieszkańcy mogą jedynie oglądać na wizualizacjach;
- braku buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego. Inwestycja figuruje w Pakiecie dla Południa jako „planowana", ale bez terminu realizacji i źródeł finansowania;
- braku rozwiązania dla skrzyżowania ul. Zwycięska/al. Karkonoska po oddaniu ostatniego odcinka WOW (Wschodnia Obwodnica Wrocławia), która ma być gotowa pod koniec 2027 roku. Obwodnica skieruje bowiem na al. Karkonoską jeszcze więcej pojazdów – już teraz natężenie ruchu dla tego węzła to ponad 62 tysiące pojazdów na dobę. Żadna z planowanych inwestycji nie odpowiada na to wyzwanie. Mało tego – już teraz mówi się, że Wschodnia Obwodnica Wrocławia w niewielkim tylko stopniu odciąży Ołtaszyn, Partynice i liczne osiedla, borykające się z ciągłymi korkami. Ponadto, duża liczba skrzyżowań o ruchu okrężnym (kolizyjność) w ciągu WOW nasuwa dodatkowe pytanie dotyczące płynności ruchu tamże, zwłaszcza w kontekście gwałtownie rosnącego poziomu suburbanizacji terenów wokół niej.
Sukces z goryczą
2 kwietnia 2026 roku podpisane zostało porozumienie PLK–Miasto. Jest to realny i długo wyczekiwany postęp w usprawnieniu komunikacji Jagodna z centrum miasta. Dzięki temu porozumieniu tory nad przeciążoną ul. Bardzką mogą zostać wyniesione nad jej poziom, otwiera ono też perspektywę uruchomienia tramwaju na Jagodno. Inwestycja będzie miała wpływ również na północno-zachodnią część Wrocławia – umożliwi powstanie węzła kolejowego na Maślicach. Porozumienie PLK-Miasto otwiera drogę do ważnej inwestycji. Jej koszty opiewałyby na łączną kwotę 60 mln zł, z czego około 1/3 pokryłoby Miasto. Wedle informacji z dnia porozumienia, przetarg na dokumentację miałby zamknąć się w ciągu 2 miesięcy od jego ogłoszenia. Wskazany został również termin ogłoszenia wykonawcy robót – maksymalnie do końca września 2028 roku, natomiast zakończenie budowy miałoby miejsce w 2029 roku. Jednak to tylko częściowe działanie, nie odpowiadające na pozostałe problemy związane z linią 285. W Pakiecie dla Południa cały czas brakuje bowiem rozwiązania dla skrzyżowania linii 285 z ul. Zwycięską i Borowską. Ta pierwsza jest kluczowa dla całego południa Wrocławia – najbardziej zakorkowana ulica w Polsce pozostaje blokowana dodatkowo przez przecinające ją tory, a równolegle zatykana jest al. Karkonoska, a więc główna wylotówka Centrum - Autostrada A4. Sytuacja ta jest niezmienna od momentu uruchomienia linii w kierunku Sobótki, tj. 12 czerwca 2022 roku i pomimo wielu deklaracji, jak dotąd nie widać perspektyw na jej zmianę.
Można by zadać pytanie, po co rozbudowywać ul. Zwycięską od obecnego Ronda Ojca Pio do Al. Karkonoskiej z drogi dwupasmowej do drogi czteropasmowej, skoro nie ma w planach żadnego rozwiązania dwupoziomowego ani z linią kolejową, ani z Al. Karkonoską i ul. Jeździecką. Poszerzenie drogi i przebudowa skrzyżowania ul. Zwycięskiej z Ołtaszyńską są w planach, niemniej jest to przykład działań bardzo częściowych, nie mających większego znaczenia dla upłynnienia ruchu. Miastu dobrze wychodzi budowanie ścieżek rowerowych i realizowania lokalnych, małych inwestycji. Dlaczego te większe nie wychodzą już za dobrze pomimo, że są na nie zarówno środki, jak i zapotrzebowanie społeczne? Kwestię budowy nowoczesnych rozwiązań inżynieryjnych w ciągu linii 285 podnoszą mieszkańcy i eksperci od lat. W petycji skierowanej do PLK i miasta wprost wskazano, że możliwe było poprowadzenie linii 285 nasypem i wiaduktami nad ul. Buforową, Ołtaszyńską i Zwycięską – ale zamiast tego zdecydowano się we wszystkich trzech przypadkach na skrzyżowania jednopoziomowe. Kolej na Sobótkę zamyka przejazdy na ul. Zwycięskiej, Borowskiej i Buforowej co 20–30 minut. Dla kierowców i pasażerów komunikacji miejskiej oznacza to dodatkowy paraliż na ulicach, które i bez tego są przepełnione. Tymczasem inwestycja, która zostanie zrealizowana na ul. Bardzkiej dowodzi, że techniczne i finansowe wyniesienie linii 285 na wiadukt jest jak najbardziej wykonalne – kosztuje ok. 60 mln zł i miasto ma wolę współfinansowania. Dlaczego tego samego podejścia nie zastosowano do ul. Zwycięskiej? Ulica ta już lata przed uruchomieniem wspomnianej linii kolejowej regularnie wygrywała rankingi na najbardziej zakorkowaną ulicę w Polsce. Sam Wrocław w ostatnich latach bardzo często wygrywa rankingi lub znajduje się w ich ścisłej czołówce, biorące pod uwagę najbardziej zakorkowane miasta w kraju (szczególnie relatywnie miarodajne rankingi średniego czasu przejazdu przez polskie miasta).
Michał Jaros i „zielone wiadukty", odrzucane poprawki radnego Roberta Grzechnika
W 2017 roku Michał Jaros, ówczesny poseł Nowoczesnej zaproponował budowę pięciu estakad w newralgicznych, zakorkowanych miejscach Wrocławia. Aż trzy z nich miały powstać przy głównym wjeździe do miasta od południa – dwie nad skrzyżowaniem al. Karkonoskiej z ul. Zwycięską i Jeździecką oraz jedna na wlocie ul. Wyścigowej w al. Karkonoską. Koszt każdej z nich oszacowano na około 15 mln zł. Poseł argumentował konieczność ich budowy m.in. faktem, że skrzyżowanie al. Karkonoska/ul. Zwycięska jest jednym z najbardziej zakorkowanych miejsc w Polsce – średnia prędkość samochodów przejeżdżających rano ul. Zwycięską to zaledwie 2 km/h. Także później poseł Michał Jaros wielokrotnie wypowiadał się w kwestiach poprawy infrastruktury na południu Wrocławia. Nie tylko postulował rozbudowę i modernizację całego Wrocławskiego Węzła Kolejowego na czele z budową czwartego toru na Estakadzie Grabiszyńskiej, ale wprost zwracał też uwagę na pilną potrzebę budowy wiaduktu kolejowego nad ul. Zwycięską. Obecnie piastuje funkcję wiceministra w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. Należy przy tym zaznaczyć, że jego bezpośredni wpływ na PLK jest dość ograniczony, inaczej by było w sytuacji pełnienia podobnej funkcji w Ministerstwie Infrastruktury. Nie zmienia to jednak wymowy politycznej: jest posłem z Wrocławia, liderem KO na Dolnym Śląsku wybranym na kolejną kadencję, od lat zaangażowanym w temat i mocno wypowiadającym się w sprawach komunikacji, a przez ostatnie 2,5 roku współrządzi z partią zarządzającą miastem. To wystarczy, żeby zadać pytanie o odpowiedzialność. Dlaczego poseł Jaros jako wiceminister rządu z ramienia największej partii współrządzącej krajem, której działacze zarządzają Wrocławiem, mając większość w Radzie Miejskiej, nie doprowadził do ujęcia wyniesienia linii 285 ponad ul. Zwycięską w porozumieniu z PLK? Nie są odosobnionymi uprawnione opinie, że pan poseł często zmienia front wedle doraźnych korzyści politycznych i traktuje zobowiązania wobec wyborców z dużą rezerwą.
Pod koniec 2020 roku, a więc 1,5 roku przed uruchomieniem linii kolejowej nr 285 w kierunku Sobótki i Świdnicy, radny Robert Grzechnik złożył do budżetu miasta poprawkę zakładającą opracowanie dokumentacji projektowej estakady wzdłuż al. Karkonoskiej, która przebiegałaby nad skrzyżowaniem z ul. Zwycięską i Jeździecką. W związku ze zbliżającym się terminem inauguracji ruchu pociągów pasażerskich na tej trasie (planowo miało mieć to miejsce w 2021 roku), argumentował on, że bez przebudowy na skrzyżowanie bezkolizyjne, a z czynną, dość jednak ruchliwą linią kolejową w poziomie, będzie ono całkowicie paraliżowane. Poprawka była odrzucana wielokrotnie przez radnych popierających Prezydenta Sutryka. Warto w tym miejscu przywołać remont ul. Zwycięskiej w latach 2012-2013. Już wówczas bowiem ulica należała do najbardziej zakorkowanych w Polsce. Remont poza wymianą nawierzchni, budową lewoskrętów oraz ronda był bardzo skromny w stosunku do pierwotnych planów i nie uwzględnił choćby samej tylko dynamiki rozwoju osiedla. Zamiast poszerzyć ulicę do dwóch pasów ruchu w obydwu kierunkach, powstało średnio jedynie półtora. Zrezygnowano też z sygnalizacji świetlnej na rzecz ronda, które przy takim natężeniu ruchu okazuje się już od lat dodatkową uciążliwością.
Upadła koncepcja estakady
Budowa estakady przy skrzyżowaniu ul. Zwycięskiej i Jeździeckiej z al. Karkonoską spotkała się z aż 92-procentowym poparciem w Panelu Obywatelskim, co – zgodnie z formułą – czyniło te rekomendacje wiążącymi. Koncepcja upadła jednak z niewiadomych przyczyn. Jakby tego było mało, w 2024 roku mieszkańcy wystosowali petycję do Prezydenta Wrocławia, pod którą podpisy złożyło 718 osób. Do dnia dzisiejszego jednak sprawie nie został nadany dalszy bieg. Nowoczesne rozwiązania inżynieryjne dla odcinka linii 285 na zachód od ul. Bardzkiej nie mogą być konkretnie analizowane, dopóki nie zakończy się Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego. Z informacji uzyskanych od miasta wynika, że to PKP postawiło taki warunek. Miasto natomiast nie podaje na dzień dzisiejszy żadnego terminu zakończenia tego studium. Oznacza to odsunięcie w czasie realizacji wyczekiwanych z niecierpliwością wiaduktów na kompletnie nieznany termin. Cała sprawa blokowania drożności ul. Zwycięskiej została w praktyce zawieszona na bliżej nieokreślonym opracowaniu PKP. Bez terminu tego studium nie da się oszacować, czy – powtarzając za panem Prezydentem – „skandal” potrwa 2 lata, 5, a może i 10 lat. Co ciekawe, Miasto przyznaje, że rozwiązanie dwupoziomowe jest w tym przypadku jedynym sensownym rozwiązaniem, ale nie ma go w jakimkolwiek harmonogramie ani budżecie. Wszyscy wiedzą co należałoby zrobić, aby rozwiązać problem, jednak koncepcja posła Jarosa i radnego Grzechnika z 2017 roku do dnia dzisiejszego jest systematycznie odrzucana. Jakby tego było mało, potwierdzono, że analiza wyniesienia linii nad Zwycięską istnieje. Została opracowana w 2021 roku, wspólnie z Urzędem Marszałkowskim w kontekście wniosku do programu Kolej+, jednak nie podano ani jej wyników, ani przyczyn, dla których nie została wykorzystana nawet w kontekście porozumienia z PLK z kwietnia bieżącego roku. PLK jest pod nadzorem ministra infrastruktury, więc rząd ma narzędzia. Pytanie więc, kto podjął decyzję, żeby ograniczyć zakres inwestycji wyłącznie do ul. Bardzkiej? I czy Miasto ma wpływ na zakres i harmonogram Studium Wykonalności Wrocławskiego Węzła Kolejowego, czy biernie oczekuje na jego wyniki?
Co dalej z Pakietem dla południa?
Koordynacja Pakietu dla Południa należy do Departamentu Infrastruktury i Transportu. Miasto natomiast nie wskazuje żadnej osoby odpowiedzialnej, nie powołuje się na żaden dokument, nie wiadomo też jaka jednostka prowadziłaby monitoring całego projektu. Prezydent Wrocławia nie planuje przedstawienia Radzie Miejskiej zbiorczego raportu z realizacji Pakietu dla Południa. Raport taki mógłby zawierać harmonogram, wszelkie koszty oraz stan inwestycji, co byłoby na pewno cenną informacją i dobrym punktem odniesienia wobec aktualnej sytuacji projektu.
Łącznie z 16 inwestycji opisanych w projekcie, aż 7 z nich ma status "harmonogram realizacji zostanie ustalony po opracowaniu dokumentacji projektowej". Tak więc, miasto nie potrafi określić daty zakończenia następujących realizacji:
- tramwaju na osiedle Klecina (pętla Kupiecka),
- tramwaju na Jagodno,
- rozbudowy ul. Zwycięskiej,
- wytyczenia i budowy buspasa w ciągu ul. Grota-Roweckiego,
- zatoki autobusowej przy ul. Grota-Roweckiego,
- łącznika ul. Iwaszkiewicza-Kajdasza,
- trasy tramwajowej ul. Działkowa/Borowska.
Na uwagę zasługuje też fakt, że dwie inwestycje (tramwaj/buspas na osiedle Ołtaszyn oraz łącznik z ul. Waligórskiego w kierunku pętli tramwajowej „Krzyki”) są na ten moment całkowicie zamrożone. Oczekują one bowiem na decyzje PKP (budowa tunelu pod obwodnicą towarową Wrocławia).
Rozdźwięk między kosztami pierwotnymi a realnymi
Spośród inwestycji w ramach Pakietu jest wiele takich, które zostały nierzetelnie oszacowane. Większość spośród nich dotyczy zaniżonych kosztów na etapie przygotowania, a więc koszty realizacji okazywały się w praktyce wyższe. Najbardziej jaskrawymi przykładami wyższych kosztów rynkowych od planowanych są następujące inwestycje:
- ciąg pieszo-rowerowy ul. Zwycięska–Ołtaszyńska (wzrost kosztów względem szacunków pierwotnych o aż 178%),
- pętla autobusowa przy ul. Zwycięskiej (wzrost o 82%),
- remont ul. Pawiej (wzrost o 140%).
- Wyjątkiem jest realizacja ciągu pieszo-rowerowego wzdłuż ul. Ołtaszyńskiej (Rondo Ojca Pio–WTWK Partynice). Pierwotnie koszt oszacowano na 7 320 000 zł, natomiast koszty realizacji wyniosą faktycznie 6 922 672 zł.
- Warto dodać, iż w Pakiecie dla Południa znajdują się inwestycje niepoparte dotychczas żadnym kosztorysem inwestorskim, jak np.:
- wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Klecinę (pętla przy ul. Kupieckiej) – 87,8 mln zł,
- wstępny koszt budowy trasy tramwajowej na Jagodno – 132,675 mln zł.
Są to jedynie kwoty robocze z WPF (Wieloletni Plan Finansowy), niepoparte jeszcze żadnym kosztorysem inwestorskim. W ramach trzech nieco mniejszych inwestycji (poprawa skomunikowania stacji kolejowej Iwiny z Jagodnem w ramach współpracy z gminą Siechnice, kompleksowy remont ul. Orawskiej i Białoszewskiego) Miasto pozostawia całkowicie puste pola kosztowe. Podano jedynie źródło finansowania (umowy z art. 16 ustawy o drogach publicznych), bez żadnych kwot.
Pakiet dla Południa jako przykład nieskoordynowanych działań punktowych
Na przykładzie Pakietu dla Południa widać nieskoordynowanie i niespójność działań inwestycyjnych. Trudno nie odnieść wrażenia, że Miasto nie zabiega lub zabiega nieskutecznie o systemowe rozwiązywanie problemów lokalnych. Brak inicjatywy w uzyskaniu porozumienia z PLK w związku z budową wiaduktów i odsunięcie inwestycji na czas nieokreślony dowodzi, że mimo wielu publicznych obietnic i zapowiedzi osób mających realny wpływ na decyzje w mieście, decydenci nie potrafią rozwiązywać problemów systemowych. Wrocław jako miasto, którego faktyczna liczba mieszkańców zbliża się do miliona, zasługuje na nowoczesne rozwiązania infrastrukturalne. Miasta podobnej wielkości w Polsce mają pełne obwodnice autostradowe (Łódź, Kraków – ostatni odcinek niebawem zostanie oddany do użytku), czy też szerokie i drożne arterie w kierunku centrum (Warszawa, częściowo Poznań). Nawet jeżeli wiele dużych inwestycji w innych miastach realizowanych jest ze środków centralnych, to jednak zazwyczaj miasta te skutecznie zabiegały o ich powstanie w różny sposób, lobbując na rzecz interesu publicznego. We Wrocławiu, a zwłaszcza w jego bardzo dynamicznie rozwijającej się południowej części takich rozwiązań brakuje. Przed wyborami samorządowymi (nie tylko tymi ostatnimi) Wrocławianie mogli zobaczyć całkiem sporo plakatów z ładnie brzmiącymi obietnicami. Tematy takie, jak np. tramwaj na Ołtaszyn podnoszone były już przed wyborami w 2018 roku). Lecz nader często brakowało konkretów w postaci przewidywanych terminów realizacji, założeń projektów, finansowania. Miasto w mniejszym stopniu powinno funkcjonować na zasadzie „cóż szkodzi obiecać”, a w większym realizować swoje zapowiedzi czy też proponować realne projekty na realny czas, okazując tym samym szacunek wyborcom.
Fot. Marek Księżarek www.wroclaw.pl
Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski
Nie dali się podzielić. Mieszkańcy Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc spotkali się i wyciągnęli wspólne wnioski
Kilkadziesiąt osób z obu stron granicy Wrocławia zasiadło w niedzielę przy jednym stole. Wyszli z jedną konkluzją: tylko działając razem można skutecznie zmienić szkodliwe dla mieszkańców decyzje.
Wspólny mianownik: lata zaniedbań, zero konsultacji
Uczestnicy spotkania zwracali uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami i szeregiem instytucji przed wprowadzeniem nowej organizacji ruchu. Obecna sytuacja - w ich ocenie - skazuje wszystkich na marnowanie godzin w korkach, niezależnie od tego, czy mieszkają we Wrocławiu, czy w gminie Siechnice.
Zwrócono uwagę na wieloletnie zapóźnienia inwestycyjne i kompletny brak przygotowania okolicznej infrastruktury przed remontem. Dalsze obsługiwanie ruchu z obwodnicy uliczkami osiedlowymi to dla zgromadzonych nieporozumienie, które grozi bezpieczeństwu pieszych, szczególnie tych w najmłodszym wieku. Zagrożenie dotyczyło zarówno strony wrocławskiej jak i siechnickiej.
Mieszkańcy zwracali uwagę na realizowane oraz zaplanowane olbrzymie inwestycje deweloperskie oraz brak odpowiednich planów na obsługę ruchu, które one wygenerują – zarówno transportem indywidualnym jak i zbiorowym. Szczególnie ironicznie mieszkańcy komentowali brak dostępu z Iwin do przystanku kolejowego… Iwiny.
Połączyła ich opinia, że są ofiarami wieloletniej bierności i braku wizji władz obu gmin. Brak koordynacji aglomeracyjnej odbija się dziś czkawką.
Co dalej? Zorganizowani obywatele to skuteczni obywatele
Sprawy wymienione powyżej to tylko wierzchołek góry lodowej. Spotkanie zakończyło się ustaleniem, że dalej działamy już jako grupa. Na dniach pojawią się pierwsze efekty podjętych uzgodnień. Obywatele muszą wiedzieć co się dzieje z ich okolicą, dlaczego tak się dzieje oraz czy decydenci dochowali nie tylko wszelkich obowiązujących procedur, ale przede wszystkim staranności w pracy na rzecz mieszkańców. Bo sprawa budzi poważne wątpliwości.
Dziękujemy wszystkim, którzy przyszli - i gratulujemy obywatelskiej postawy. Do szybkiego usłyszenia.
Mieszkasz na Bieńkowicach, Brochowie, Jagodnie lub Tarnogaju we Wrocławiu? Mieszkasz w Zacharzycach lub Iwinach w gminie Siechnice? Zapraszamy do kontaktu. Wspólnie możemy zrobić robotę za urzędy i poprawić ten klops zgotowany nam przez urzędników.
Fot. Jakub Jagiełło
Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.
Zabudowali nas po uszy. Teraz napuszczają nas na siebie, by uciec od odpowiedzialności.
Przez dekady politycy i deweloperzy zarabiali na nieskoordynowanej urbanizacji Wrocławia i okolicznych gmin. Drogi nie powstawały, wiadukty się starzały, transport publiczny nie nadążał. Gdy system w końcu pęka - winę zrzucają na mieszkańców. Na ciebie, który stoisz w korku. I na twojego sąsiada z gminy obok. Byle tylko nie na siebie.
Tysiące nowych mieszkań i zapóźniona infrastruktura
Od 2021 roku w południowo-wschodniej części Wrocławia powstało lub jest w budowie ponad 6000 nowych mieszkań. To ponad połowa tego, co rocznie trafia na wrocławski rynek. Każde z nich to kolejne samochody na Koreańskiej, Buforowej, Krakowskiej. Deweloperzy budowali - bo miasto wydawało pozwolenia. Miasto wydawało pozwolenia - bo zarabiało na sprzedaży działek i podatkach. Nikt przy tym nie pytał: czym ci ludzie będą jeździć do pracy?
Dogęszczanie Jagodna odbywało się przez lata bez poszanowania dla zasad organizacji ruchu. Właściwie całe osiedle "wisi" na jednym kolektorze, który jest jednocześnie łącznikiem do obwodnicy. Tramwaj na Jagodno nie powstał. Przyzwyczajenia komunikacyjne mieszkańców budowały się latami - gdy ktoś już kupił samochód, bo nie miał alternatywy, trudno go teraz posadzić w autobusie.
Po drugiej stronie granicy miasta gmina Siechnice przez lata otwierała kolejne tereny pod zabudowę wielorodzinną - hojnym gestem, bez poważnej dyskusji o tym, jak setki nowych rodzin dostaną się do Wrocławia. Pieniądze ze sprzedaży działek i podatki od nowych mieszkańców w znacznej mierze zostały przejedzone. Na drogi nie wystarczyło.
Efekt jest taki, że dziś przez Koreańską - osiedlową drogę w strefie tempo 30 - przejeżdża ponad 5000 samochodów na dobę. To ponad jedna trzecia ruchu Buforowej, drogi o zupełnie innej klasie technicznej.
Deweloperskie eldorado trwało a rzeczywistość skrzeczała coraz bardziej
Stan techniczny obiektów inżynieryjnych nie pogarsza się z dnia na dzień. To proces rozłożony w czasie, widoczny w przeglądach, mierzalny, przewidywalny. A mimo to wiadukty na Gazowej i Karwińskiej doczekały się remontu dopiero wtedy, gdy nie dało się już dłużej czekać - w trybie nagłym, bez przygotowania alternatywnych tras, bez konsultacji z mieszkańcami, bez gotowych objazdów.
Jednocześnie miasto przez lata pozyskiwało olbrzymie środki ze sprzedaży gruntów i podatków od rosnącej liczby mieszkańców. Pieniądze były. Decyzji nie było. Wrocław przez dekady trwonił kapitał społeczny i infrastrukturalny - i polityka obecnych władz miasta walnie przyczyniła się do wzrostu cen mieszkań w tempie szybszym niż w innych polskich metropoliach. Dane Business Insidera są jednoznaczne. Efektem jest exodus rodzin za granicę administracyjną miasta.

Według badań ruchu z 2024 r. w porannym szczycie (5:00-9:00) do Wrocławia wjeżdża 66 022 auta, wyjeżdża 49 216 - różnica to niemal 17 tysięcy pojazdów. Na punkcie pomiarowym przy Koreańskiej ruch dobowy wyniósł w 2024 roku 5 254 auta. Przy zastosowaniu proporcji ze zbiorczego pomiaru KBR: w samym szczycie porannym tą ulicą przejeżdżało szacunkowo ok. 614 samochodów wjeżdżających i 457 wyjeżdżających. Mieszkańcy Siechnic potrzebują co rano wjeżdżać do Wrocławia a Wrocławianie – do Siechnic.

Dlaczego nikt tego nie skoordynował? Bo nikomu się to nie opłacało.
Brak koordynacji zagospodarowania przestrzennego aglomeracji nie jest wypadkiem ani zaniedbaniem jednego urzędnika. To efekt systemu, który przez lata nagradzał krótkowzroczność. Wójt uzgadnia miejscowy plan z wojewodą, zarządem województwa, zarządem powiatu - ale uzgodnienie to często formalność. Nikt nie ma realnej mocy, by powiedzieć: stop, najpierw drogi, potem osiedla.
Narzędzie, które mogłoby to zmienić, istnieje - to Związek Metropolitalny. W 2015 roku uchwalono ustawę pozwalającą tworzyć go oddolnie. Kolejna większość parlamentarna, którą kontrolował PiS zmieniła jednak zasady i zamiast dać możliwość wszystkim - zaczęła powoływać związki metropolitalne drogą ustawową.
Górnośląsko-Zagłębiowski Związek Metropolitalny od 2017 roku pozyskał dla swojego regionu dodatkowe 4 miliardy złotych - według dzisiejszych cen prawie 5 miliardów. To cztery do pięciu rocznych budżetów inwestycyjnych całego Wrocławia. Dla aglomeracji wrocławskiej oznaczałoby to pół miliarda rocznie na zadania wspólne - w tym transport. To wystarczająco dużo, by co roku budować dwie Aleje Wielkiej Wyspy. A mówimy tylko o dochodach, nie o kapitale, który można w oparciu o nie wygenerować.
Koalicja Obywatelska obiecywała w kampanii wyborczej, że powstanie Wrocławski Związek Metropolitalny. Nie powstał. Do utworzenia związku szykują się za to samorządowcy z Trójmiasta, ustawa jest już w sejmie. Wrocław został pominięty.
Uchwałę radnych Naprawmy Przyszłość, apelującą do rządu o podjęcie działań w tej sprawie wrzucono głosami KO do przysłowiowej zamrażarki - i trzyma się ją tam do dziś. Wyobraźmy sobie, ile moglibyśmy zmienić w transporcie na południowym wschodzie aglomeracji za takie pieniądze.
PSL, PO, PiS - wszyscy mają tu swój rozdział.
Byłoby wygodnie zrzucić winę na jedną partię. Jednak wina rozkłada się tutaj proporcjonalnie. PSL, później Trzecia Droga i Platforma Obywatelska przez lata otrzymywały znaczące wpłaty na kampanię od deweloperów i osób z nimi powiązanych. PiS z kolei zorganizował największą akcję pomocową dla deweloperów i banków w historii Polski - dopłaty do kredytów hipotecznych, które w bezprecedensowy sposób wywindowały ceny metra kwadratowego mieszkania. W efekcie rodzina z dziećmi, która nie zarabia ponadprzeciętnie i nie chce wychowywać potomstwa w kawalerce, ma realnie do wyboru głównie osiedla i szeregi budowane poza granicami Wrocławia.
Suburbanizacja nie była żywiołem. Była produktem konkretnych decyzji politycznych i konkretnych beneficjentów tych decyzji. Gdy teraz politycy oburzają się na "przyjezdnych z pól kapusty" - warto zapytać: kto im te pola kapusty sprzedał? Kto wydał pozwolenia? Kto zainkasował podatki i pieniądze ze sprzedaży działek, nie budując przy tym infrastruktury? Kto stworzył system wypychający ludzi za miasto?
Transport zbiorowy prawie jak Yeti. Każdy słyszał, mało kto widział.
Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską - płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów. Nie dlatego, że to najlepsza trasa. Dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu zbiorowego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. Połączeń rowerowych nie ma. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.
Nawyki komunikacyjne nie biorą się z powietrza. Biorą się z tego, że gdy ktoś kupował mieszkanie w Iwinach czy Zacharzycach, autobus jeździł raz na godzinę i stał w korku razem z samochodami. Więc kupił samochód. I teraz jedzie nim przez Koreańską - bo ktoś go do tego funkcjonalnie skłonił, a potem zabrał mu alternatywę.
Pytania, które czekają na odpowiedź.
- Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
- Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
- Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
- Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM? Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic? A gdzie w tym wszystkim są dyrektorzy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie wiceprezydent Mazur odpowiedzialny za aglomerację?
Nie dajmy się podzielić.
Politycy i urzędnicy zawiedli - bo było im tak wygodnie. Żyli w krótkowzrocznym udawaniu, że problemu nie ma, czerpiąc korzyści z konkretnych modeli urbanizacji we Wrocławiu i gminach ościennych. Teraz, gdy system pęka, przenoszą odpowiedzialność na mieszkańców. Bo gdy jedni obywatele widzą wrogów w innych - nie będą rozliczać polityków z ich błędów.
Sytuacja taka jak dzisiejsza między Siechnicami a Wrocławiem jest tym, czego boją się najbardziej. Dlatego napuszczają nas na siebie - opowiadają o budowaniu hacjend w polu kapusty, chcą budować szykany, robią na złość ludziom, których własne decyzje skłoniły do osiedlenia się za miastem. Nie wolno nam dać się na to nabrać.
Panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku, wypowiadane podczas usuwania skutków powodzi:
- Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (...) Ja Wam wójta nie wybierałem.
My też pamiętamy.
Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00
Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie SOS Wrocław na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach.
Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.
Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.
Kryzys na Brochowie: nie dajmy się podzielić politykom. Winne są ich zaniedbania, nie sąsiedzi z gminy obok.
Podczas gdy politycy najchętniej widzieliby mieszkańców Brochowa, Bieńkowic, Iwin i Zacharzyc chwytających się w zapaśniczym klinczu i wskazujących palcami: to wasza wina! Tymczasem wszyscy są częścią tego samego społeczeństwa i stoją (nomen omen) wobec tych samych absurdów i organizacyjnego chaosu.
Pytanie nie brzmi: kto jest winny - sąsiad czy przybysz z gminy ościennej? Pytanie brzmi: kto przez lata nie robił tego, co do niego należało? Zapraszamy na spotkanie SOS Wroclaw w niedzielę 10 maja o godz. 17:00.
Każdy ma swoje racje. I każdy ma rację
Od tygodnia mamy nową organizację ruchu. Ulice: Ziemniaczana, Koreańska i Boiskowa zostały częściowo przekształcone w jednokierunkowe, w stronę Brochowa. Wyjazd z Wrocławia tymi ulicami jest niemożliwy. Zainteresowani wyjazdem są zmuszeni do krajoznawczej wycieczki przez Jagodno. I tak co najmniej do końca sierpnia, ale następny etap inwestycji rozpocznie się we wrześniu i potrwa wiele miesięcy. Jak się znaleźliśmy w tym miejscu?
Małgorzata Bielecka, mieszkanka ul. Koreańskiej na Brochowie, opisuje swój codzienny koszmar precyzyjnie i ze statystykami w ręku. W 2024 roku przez Koreańską - drogę lokalną, obsadzoną kasztanami, w strefie tempo 30 - przejeżdżało 5254 samochodów na dobę. Przez Buforową, drogę o charakterze zbiorczym z pasem o szerokości niemal 50 metrów, jechało ich 15 033. Koreańska obsługuje zatem ponad jedną trzecią ruchu drogi o zupełnie innej klasie technicznej. Potoki po 15-16 aut na minutę nie zatrzymują się, żeby przepuścić pieszego. Wyjazd z posesji to ryzyko. Hałas trwa od rana do wieczora.
Mieszkańcy gminy Siechnice opisują swój koszmar równie precyzyjnie. Odcięto ich od szkół podstawowych, przychodni, poczty i szpitala - od miejsc, do których mieli od 1,5 do 2,5 kilometra. Droga powrotna zaproponowanym przez miasto objazdem wynosi ponad 7 kilometrów. Zamknięto przy tym ulicę oddaloną o ponad 3 kilometry od miejsca remontu - bo zablokowanie tak oddalonego odcinka trudno wytłumaczyć samą logiką budowy. Jednak mieszkańcy mają prawo odbierać to jako czystą złośliwość, bo sam rzecznik magistratu, Tomasz Sikora, gdy komunikował zmiany – nie miał pojęcia jak olbrzymi dystans będzie trzeba pokonywać poprzez wyznaczony objazd.
Mieszkańcy Jagodna mają własne racje: przez ich osiedle, bez żadnych konsultacji, przerzucono ruch, który wcześniej płynął innymi drogami. Jagodno staje się wąskim gardłem do którego spłyną potoki aut z kilku kierunków jednocześnie. Kiedy dołożyć do tego inwestycje deweloperskie w Iwinach, Katarzynie i Zacharzycach - setki nowych mieszkań, których mieszkańcy będą musieli jakoś dostać się do Wrocławia - obraz robi się naprawdę niepokojący.
Wszyscy mają rację. I właśnie dlatego politykom i urzędnikom wydaje się, że łatwo będzie nakręcić ich przeciwko sobie. Po co to robią? By ukryć prawdziwych winnych obecnej sytuacji. Ich samych.
Kto komu zabrał spokój - deweloper czy sąsiad?
Mieszkańcy Koreańskiej słusznie wskazują, że ich ulica od lat funkcjonuje jako tranzytowy skrót z Wschodniej Obwodnicy Wrocławia wprost w głąb osiedla. Ten stan trwa ponad 12 lat - odkąd wybudowano łącznik z WOW, który prowadzi bezpośrednio na lokalną drogę osiedlową. To nie jest wina mieszkańców Iwin. To jest wina decyzji planistycznej, która połączyła drogę ekspresową z osiedlową uliczką bez żadnej alternatywy.
Mieszkańcy gminy Siechnice słusznie wskazują, że wyprowadzili się poza Wrocław nie z kaprysu, lecz dlatego, że w mieście nie mogli sobie pozwolić na mieszkanie odpowiednie dla rodziny z dziećmi. To nie jest decyzja, którą podjęli swobodnie - to efekt polityki mieszkaniowej, która przez lata ograniczała podaż mieszkań wewnątrz miasta, windując ceny poza zasięg przeciętnej rodziny. Deweloperzy ościennych gmin sprzedają im "dojazd do Wrocławia w 10 minut" - i faktycznie ten dojazd istnieje, tyle że prowadzi przez Koreańską, bo nikt nie zadbał o to, żeby prowadził gdzie indziej.
Pytanie "czyja to wina - twoja czy twojego sąsiada?" jest zatem pytaniem źle postawionym. Obaj jesteście ofiarą tego samego systemu, który przez lata nie zbudował na czas dróg zbiorczych, nie reagował na czas na pogarszający się stan wiaduktów, nie planował remontów z wyprzedzeniem i nie konsultował zmian z tymi, których te zmiany dotyczą.
Zabytkowa kostka brukowa i inne absurdy
Żeby zrozumieć skalę planistycznego zaniedbania, wystarczy przyjrzeć się kilku konkretnym sprawom. Ulica Mościckiego od lat wskazywana jest przez mieszkańców jako kluczowy brakujący element układu drogowego - trasa, której remont odciążyłby zarówno Koreańską, jak i drogi objazdowe. Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bieńkowic spotkali się niedawno właśnie po to, żeby razem naciskać na jej remont. Okazało się, że miasto i gmina Siechnice od dawna wiedzą o tym problemie. Okazało się też, że remontu nie można wykonać w standardowy sposób, bo na Mościckiego leży zabytkowa kostka brukowa, a konserwator zabytków nie wyraża zgody na jej usunięcie. Kostkę można remontować, ale musi zostać. W efekcie droga, która mogłaby rozładować część napięcia, od lat stoi w miejscu a urzędnicy wymyślili wybudowanie zastępczego traktu prowadzącego… przez park.
Ulica Bukszpanowa - wskazana jako jeden z objazdów – jest po prostu klepiskiem. Widnieje w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego, ale w rzeczywistości jest polem. Bez projektu, bez oznakowania, bez konsultacji wysypano tam tłuczeń. Kierowcy korzystający z tego "objazdu" jadą przez środek pola uprawnego.
Remont ul. Mościckiego wykonany "w jeden dzień" polegał na wyrównaniu pobocza. Droga, przez którą teraz przejeżdżają setki aut dziennie więcej niż przed remontem, nie jest do tego przygotowana.
To są efekty wieloletniego odkładania decyzji na później, braku współpracy między wydziałami i braku mechanizmów, które wymuszałyby planowanie z wyprzedzeniem. To jest brak przygotowania odpowiednich alternatywnych tras dojazdu i absurdalna organizacja ruchu w trakcie prac remontowych.
Pytania, które czekają na odpowiedź
Mieszkańcy muszą uzyskać odpowiedzi na szereg pytań dotyczących tego, kto postawił ich w tej nieludzkiej sytuacji. Lista czterech, priorytetowych na początek:
- Dlaczego nie przygotowano najpierw alternatywnych tras? Ulice, przez które teraz przejeżdżają potoki aut, nie były do tego gotowe w dniu, gdy zamknięto wiadukt. Wzmocnienie nawierzchni, przejścia dla pieszych, oznakowanie poziome - to wszystko powinno powstać przed zamknięciem, nie w biegu, po tym jak chaos już wybuchł.
- Dlaczego czekano na ostatnią chwilę z remontem wiaduktów? Stan techniczny obiektów inżynieryjnych pogarsza się stopniowo i przewidywalnie. Regularne przeglądy powinny dawać sygnał z wyprzedzeniem - nie z tygodnia na tydzień, lecz z lat na lata. Czy przeglądy były przeprowadzane rzetelnie? Czy ich wyniki trafiały do decydentów? Czy dało się zaplanować remont tak, żeby nie wymagał tak drastycznej i nagłej reorganizacji ruchu?
- Co w tej sprawie zrobiła dyrektor Elżbieta Urbanek z Departamentu Infrastruktury i Transportu Urzędu Miejskiego? Departament ten odpowiada za planowanie i koordynację inwestycji drogowych. Kiedy podjęto decyzję o jednokierunkowych ulicach? Dlaczego mieszkańcy Jagodna dowiedzieli się o zmianach po ich wprowadzeniu, nie przed?
- Co zrobił dyrektor Tomasz Staruchowicz z ZDiUM - Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta? ZDiUM odpowiada za stan techniczny dróg i organizację ruchu. Czy ZDiUM sygnalizował przez lata problemy z wiaduktami? Czy przygotował analizę wpływu zmiany organizacji ruchu na ulice osiedlowe Brochowa, Jagodna i Bieńkowic?
Radny Suligowski i sztuka dzielenia
W tym kontekście słowa radnego Roberta Suligowskiego brzmią szczególnie niepokojąco - nie dlatego, że są aroganckie, choć są, lecz dlatego, że pełnią bardzo konkretną funkcję polityczną. Kiedy radny pisze o "hacjendach w polu kapusty" i poucza, że "każdy ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych", nie komentuje sytuacji komunikacyjnej. On przekierowuje uwagę. Zamiast pytania "kto zawinił w tej sprawie i co zamierza naprawić?" pojawia się pytanie "kto jest gorszy - Wrocławianin czy przyjezdny?".
To stara i skuteczna technika. Dopóki mieszkańcy Koreańskiej kłócą się z mieszkańcami Iwin, nikt nie pyta dyrektora Urbanek o analizę ruchu. Dopóki Wrocław kłóci się z gminą Siechnice, nikt nie pyta dyrektora Staruchowicza, co ZDiUM wiedział o stanie wiaduktów i kiedy. Dopóki wszyscy są zajęci wzajemnymi pretensjami, ratusz może deklarować, że "stara się jak najlepiej" i "będzie monitorować sytuację".
Piotr Uhle z opozycyjnego klubu Naprawmy Przyszłość powiedział Suligowskiemu wprost:
- Ty po prostu szkodzisz miastu i działasz na rzecz skłócenia społeczności aglomeracji. A tolerowanie takiej postawy szkodzi kulturze politycznej w Polsce. Wstyd.
Burmistrz Siechnic Łukasz Kropski - politycznie bliski tej samej Koalicji Obywatelskiej, co Suligowski - uznał jego słowa za niedopuszczalne. Bo Siechnice, Wrocław i każda z gmin aglomeracji to system naczyń połączonych. Razem planują pętle tramwajowe, parkingi park&ride, wspólne bilety na kolej. Dzielenie ludzi na "naszych" i "przyjezdnych" niszczy to, co obie strony budowały przez lata.
A panowie z KO powinni przypomnieć sobie słowa Donalda Tuska z 2010 roku wypowiadane podczas przeciwdziałania skutkom powodzi „- Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył (…) Ja Wam wójta nie wybierałem”.
Wspólny interes: drogi, a nie wzajemne pretensje
Mieszkańcy Iwin, Brochowa i Bienkowic spotkali się ostatnio i odkryli coś ważnego: mimo pozornie sprzecznych interesów mają wspólny cel. Wszyscy chcą, żeby ulica Mościckiego została wyremontowana. Wszyscy chcą, żeby ruch tranzytowy zniknął z osiedlowych dróg. Wszyscy chcą, żeby nowe inwestycje deweloperskie - Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, osiedla w Zacharzycach - były warunkowo uzależnione od budowy dróg dojazdowych, a nie od korzystania z cudzych osiedlowych ulic.
To jest właśnie rozmowa, którą warto toczyć. Nie "kto jest winny - sąsiad czy przyjezdny?", lecz "czego wszyscy potrzebujemy i kto jest zobowiązany to zapewnić?". Odpowiedź na to drugie pytanie jest prostsza niż się wydaje: władze miasta i gminy, które przez lata zbierały podatki i przez lata odkładały decyzje na później.
Urbanizacja bez układu komunikacyjnego. Kto za to odpowie?
Remont wiaduktu na Gazowej to nie wypadek przy pracy. To objaw głębszego, systemowego kryzysu w planowaniu przestrzennym i transportowym całej aglomeracji. Dziś problem widać na południowym wschodzie - ale te same mechanizmy działają wszędzie tam, gdzie miasto i gminy ościenne wydają pozwolenia na budowę, nie pytając o drogi.
Przy Krakowskiej powstają właśnie nowe, wielkie osiedla. Chwilę temu uchwalono plan miejscowy pozwalający na dalszą zabudowę Brochowa. W Zacharzycach deweloper obiecał klientom dobry dojazd do Wrocławia - nie precyzując, że tym dojazdem będą osiedlowe uliczki sąsiadów. Liviny w Iwinach, bloki w Katarzynie tuż przy WOW, kolejne inwestycje w Siechnicach - każda z nich dokłada auta do układu drogowego, który już dziś nie daje rady. Gdy nowe osiedla powstaną na Sołtysowicach, winnych znajdziemy pewnie wśród mieszkańców gminy Wisznia Mała albo Długołęki. Mechanizm jest ten sam.
Można byłoby zapytać: czy nie należy wstrzymać urbanizacji do czasu dostosowania układu komunikacyjnego? To pytanie pozornie radykalne, ale trzeba je zadać. Odpowiedź jest jednak oczywista - zakaz osadnictwa to absurd, bo instytucje publiczne: miasto, gmina, powiat, województwo, od lat nie wykonały realnych działań, żeby suburbanizacji przeciwdziałać. Przeciwnie - czerpały z niej korzyści budżetowe, pobierając podatki od nowych mieszkańców, opłaty od deweloperów i pieniądze ze sprzedaży działek, nie inwestując proporcjonalnie w drogi.
Ruch z gminy Siechnice nie płynie wyłącznie Krakowską i Opolską. Płynie przez Rakowiec, przez Iwiny, przez Brochów - nie dlatego, że to najlepsza trasa, lecz dlatego, że główne drogi są zakorkowane, a oferta transportu publicznego nie jest wystarczająco atrakcyjna. Podmiejskie autobusy stoją w tych samych korkach co samochody. I nie obrażajmy inteligencji mieszkańców sugestią, że alternatywą jest stacja kolejowa Iwiny - której bliżej do Jagodna niż do samej miejscowości, którą obsługuje.
Za tę krótkowzroczność odpowiadają konkretne osoby. Dyrektor Urbanek i dyrektor Staruchowicz prowadzą politykę transportową tak, jakby na granicy Wrocławia kończył się świat. Ale są też inni: gdzie są urzędnicy odpowiedzialni za strategię i rozwój przestrzenny - dyrektor Medeksza i dyrektor Barski? Gdzie jest prowadzący sprawy aglomeracyjne Jakub Mazur? To ich zadaniem jest widzieć dalej niż jeden remont i jedna kadencja. Jak dotąd - nie widać efektów tego widzenia.
Spotkajmy się w niedzielę - 10 maja, godz. 17:00
Zapraszamy wszystkich mieszkańców - Wrocławia i okolicznych gmin - na spotkanie dla mieszkańców na skwerze przy ul. Afgańskiej, naprzeciwko dyskontu spożywczego. Przyjdź niezależnie od tego, czy mieszkasz na Brochowie, Bieńkowicach, w Iwinach, na Jagodnie czy w Zacharzycach. Na spotkaniu porozmawiamy o tym co można z tą sytuacją zrobić.
Konflikt, który nas dzieli, jest efektem zaniedbań - nie złej woli sąsiada. Pokażmy, że nie damy się podzielić politykom. Do zobaczenia.
















