Nadchodzą wybory, które zdecydują o przyszłości Wrocławia i choć większość naszych czytelników nie będzie mogła w nich zagłosować. Zadecydują o tym interesy których grup zgromadzonych wokół Wrocławia będą „na wierzchu”.

Te wybory to wewnętrzne wybory w Koalicji obywatelskiej. Trwają już teraz w kołach, ale już 8-go marca poznamy liderów struktur dolnośląskich i wrocławskich. W międzyczasie będziemy obserwować przejawy tej walki w lokalnych mediach.

Jak przebrnąć przez ten chaotyczny czas i nie utracić najważniejszych wątków sprzed oczu? Przygotowaliśmy dla Ciebie, Czytelniku, serię tekstów, które bez mydlenia oczu, bez upiększania pomogą zrozumieć co dla przyszłości miasta oznaczają przepychanki pomiędzy środowiskami, które rządzą stolicą Dolnego Śląska oraz dzielą – stanowiska i frukta. Gotowi? No to zaczynamy!

Kto będzie dzierżył długopis?

Jaka jest stawka tych wyborów? Pewnie myślisz, drogi czytelniku, że chodzi o możliwość odsunięcia grup interesów od spraw Wrocławia? Rozwiązania jego palących problemów ze śmieciami, z patodeweloperką albo doprowadzenie do dobrej prywatyzacji Śląska Wrocław?

Rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna i przyziemna. Partyjny wyścig to swoisty wyścig po długopis, którym stworzone będą listy wyborcze – najpierw do Sejmu i Senatu (2027 r.), później do samorządu i Parlamentu Europejskiego (2029 r.). A jak wiemy – nic nie rozbudza partyjnych emocji lepiej niż to kto będzie na liście i na którym (najlepiej biorącym) miejscu. Dlaczego? Bo ich kształt decyduje o politycznym przetrwaniu polityków oraz o tym, kto będzie rządził klubowymi dobudówkami partii w Radzie Miejskiej Wrocławia, Radzie Powiatu Wrocławskiego oraz w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego.

Stawka jest zatem olbrzymia, bo długopis politycznego życia i śmierci będzie znajdował się w rękach tych, którzy tę batalię wygrają. Zachowanie dobrych relacji z dzierżycielem długopisu to podstawa partyjnej piramidy Maslowa.

Kto się naje a kogo czeka polityczny post?

Ale to nie wszystko. Ostatnie miesiące i lata pokazały nam również, że struktury partii decydują o umowach koalicyjnych. Na ich podstawie powołuje się na poszczególne funkcje – oficjalnie wiceprezydentów, przewodniczących rad i sejmiku. Nieoficjalnie – o powoływaniu prezesów spółek, rozdawaniu rad nadzorczych czy zatrudnianiu kolesi w podległych instytucjach.

Dlatego poza podstawą piramidy Maslowa – przetrwaniem – walka toczy się o potrzeby nieco wyższego rzędu. Chodzi bowiem o zapewnienie środków do życia dla polityków i ich najbliższych. Oraz – oczywiście – o rozwój ich karier.

Do tego dochodzi cała inna lista potrzeb wyższego rzędu – komu dokopać, kogo poniżyć, kogo przeczołgać, na kim wywrzeć zemstę. Komu dać szansę, by sprawdził się w biznesie. Albo czyje biznesy powinny we współpracy z publicznymi podmiotami rozkwitać.

Prawdopodobnie część z czytelników zadaje sobie teraz pytanie: a to nie chodzi o to, żeby mieszkańcom się lepiej żyło? Przecież to oni finansują praktycznie całą tę zabawę? Bez zbędnego cynizmu: prawie każdego z polityków, gdy o to zapytacie powiedzą: oczywiście, chodzi o dobro mieszkańców. A cicho pomyślą, że najpierw zajmą się tym jak mieszkańcom to dobro odebrać.

Medialne echa walki buldogów pod dywanem

Po wyrzuceniu z PO Renaty Granowskiej obowiązki szefowej miejskich struktur pełni senator Barbara Zdrojewska. Polityczka zachowuje jednak powściągliwość i nie zaskoczyła w ostatnich miesiącach opinii publicznej żadnym zdecydowanym ruchem. Jej strategia to raczej doprowadzenie struktur do wyborów bez większych wstrząsów.

A do wyborów szykują się wszystkie istotne środowiska w Koalicji Obywatelskiej. Jej przejawy dostrzegamy w mediach. Otóż odkryta niedawno przez Gazetę Wyborczą afera wokół posłanki Sobolak ma być tylko przejawem jej wewnętrznej wojny z szarą eminencją KO – Maurycym Graszewiczem. Według doniesień Wyborczej jej mąż miał świadczyć wysoko wyceniane usługi doradcze dla firm śmieciowych obsługujących Wrocław (czytaj więcej: czy we Wrocławiu działa śmieciowa ośmiornica?) Sobolak ze znaną sobą gracją odciągała uwagę w Radio Rodzina od potencjalnego konfliktu interesów i z poczuciem wyższości wobec ciężko pracujących ludzi zapytała gdzie miałby pracować jej mąż, BYĆ CIECIEM?

Z kontrofensywą ruszył dystansujący się dotychczas od wrocławskich spraw szef dolnośląskich struktur KO, Michał Jaros. W Radio Wrocław i Echo 24 krytykował wrocławski przetarg na zagospodarowanie odpadów, który ma kosztować mieszkańców już 60 mln zł. To oczywisty kamyczek do ogródka Sobolak. Dodatkowo krytycznie oceniał decyzję własnych radnych o przyznaniu kolejnych 30 mln zł na piłkarski Śląsk Wrocław. To piętno, którym naznaczane są pozostałe środowiska, które walczą o przejęcie i skapitalizowanie władzy we Wrocławiu.

Niedawno czytaliśmy również doniesienia o zwolnieniu z zarządu Dozamelu (spółka Skarbu Państwa) Krzysztofa Bryłki, który postawił się władzom partyjnym i ośmielił się wygrać wybory w kole.

Pokażemy to, co politycy chcieliby zachować w tajemnicy przed mieszkańcami

To tylko wycinek przejawów walki, która obecnie się toczy. Ale nie dajmy się zwieść. W interesie wszystkich polityków jest, by zwykli mieszkańcy nie byli w stanie wyraźnie odczytać jakie grupy i interesy uczestniczą w rozgrywce o władzę. Gdy politycy zajmują się sami sobą – tracą hamulce i przez moment można dostrzec realnie zarysowane linie podziału. Dlatego w interesie mieszkańców jest dobrze rozumieć kto, jakimi metodami i w imię czego ubiega się o władzę.

Z tego powodu dziś rozpoczynamy cykl tekstów, które będą bez zbędnego pudrowania obnażać mechanizmy układania się salonu wrocławskiej władzy na nowo. Pomożemy czytać i rozumieć cały proces bez upiększania i mydlenia oczu. I nie pozwolimy, by instrumentalnie traktowane przez polityków media odwracały uwagi od głównego przedmiotu problemu.

Pierwszy tekst, w którym pod lupę weźmiemy walczące ze sobą frakcje władzy już jutro, zapraszamy na niego już dziś!