W Zabrzu przegrała Platforma. Wygrała normalność.

W wyborach uzupełniających na prezydenta Zabrza przegrała Platforma Obywatelska. Jednak nie wygrał PiS. Wygrała normalność. Spełnił się nocny koszmar ratuszowych macherów w całej Polsce: podważono monopol partii rządzącej na samodzielne wskazywanie prezydentów dużych i średnich miast. Wybory przestały być tylko formalnością.

Kamil Żbikowski, lider ruchu Lepsze Zabrze pokonał w drugiej turze Ewę Weber, pełniącą obowiązki komisarza miasta i popieraną przez Koalicję Obywatelską (KO), różnicą zaledwie 106 głosów. Żbikowski zdobył 50,17% głosów (16 031), podczas gdy Weber otrzymała 49,83% (15 925). To zwycięstwo nie tylko zmienia oblicze władzy w 155-tysięcznym mieście na Śląsku, ale także sygnalizuje szersze trendy w polskiej polityce lokalnej.

Żbikowski skutecznie przeciw układom

Lepsze Zabrze to ruch, który konsekwentnie, od 10 lat przeciwstawia się feudalizacji samorządu, reprezentowanej przez urzędującą do ubiegłego roku prezydent oraz Platformę Obywatelską, która przejęła od niej pałeczkę.

Żbikowski to znany i szanowany działacz obywatelski, który wcześniej już dwukrotnie ubiegał się o funkcję prezydenta miasta. W ubiegłym roku był o krok od wzbudzenia sensacji – tylko 154 głosów zabrakło mu, by wejść do II tury z kandydatką KO. Ostatecznie jednak wybory rozstrzygnęły się między urzędującą od wielu kadencji Mańką-Szulik i Agnieszką Rupniewską z KO. Mieszkańcy wybrali zmianę, ale szybko przekonali się, że nie o takie zmiany w mieście im chodziło.

Rządy Rupniewskiej szybko stały się kontrowersyjne. Zamiast budować szeroką koalicję z ruchami obywatelskimi, prezydentka skupiła się na politycznym kupowaniu radnych, by osłabić potencjalną konkurencję ze Żbikowskim na czele. Rupniewska odziedziczyła po poprzedniczce duże zadłużenie, jednak zamiast skupić się na zwiększeniu dochodów – rozpoczęła kadencję od cięcia wydatków i podnoszenia opłat lokalnych. Nieudolność w komunikacji z mieszkańcami i impas w procesie prywatyzacji Górnika Zabrze przypieczętowały jej los – powstał obywatelski komitet referendalny „Reset”, który zebrał ponad 14 tysięcy podpisów i doprowadził do referendum odwoławczego.

Referendum odwoławcze z 11 maja tego roku było ewenementem na skalę kraju. Mieszkańcy głosowali nad odwołaniem zarówno prezydentki, jak i rady miasta. Frekwencja wyniosła 25,22%, co przekroczyło wymagany próg (3/5 głosujących z 2024 roku dla prezydentki – 25 919 osób). Za odwołaniem Rupniewskiej opowiedziało się 27 161 osób (91%), przeciw – zaledwie 2 046. Rada miasta ocalała o włos – brakowało 112 głosów do progu frekwencyjnego (29 604 wymagane, oddano 29 492).

Ostatecznie w niedzielę 24 sierpnia los dla Żbikowskiego się odwrócił. Rok temu 154 głosy zdecydowały, że nie wszedł do drugiej tury. W tym roku 106 głosów dało mu zwycięstwo nad Platformą Obywatelską.

Obywatelski lek na straszenie PiSem. Albo Platformą.

Żbikowski odzyskał dla obywateli więcej niż Zabrze. Schował swoje poglądy polityczne do kieszeni: w myśl w Zabrzu nie ma lewicowych i prawicowych torów tramwajowych. Są lewe i prawe. To dlatego był tak niebezpieczny dla nominowanej przez Donalda Tuska na funkcję komisarza Ewy Weber. Platforma Obywatelska żywi się konfliktem i nienawiścią skierowaną przeciw Prawu i Sprawiedliwości. Nadal jednak nie dostrzega, że to paliwo nie jest już nawet w ułamku tak nośne jak jeszcze przed dwoma laty.

Przekonała się o tym Ewa Weber, nominantka Tuska, która  nie wytrzymała i w debacie przedwyborczej sięgnęła po broń ostateczną: wypaliła do Żbikowskiego, że jego zastępcą na pewno będzie ktoś z partii Jarosława Kaczyńskiego. Pretekstem do tego miało być poparcie, którego kandydatowi Lepszego Zabrza udzielił Borys Borówka, kandydat PiS na prezydenta.

Ku wielkiemu zaskoczeniu platformerskich elit ten straszak nie zadziałał. Stało się tak dlatego, że zmęczenie rządową ekipą Tuska oraz jałowym sporem toczonym przez główne partie polityczne dało o sobie wyraz. To żółta kartka dla obozu władzy, ale jaskółka nadziei dla wszystkich, którzy pozwalają sobie na niepopularny luksus myślenia niezależnego od świętej POPiSowej wojny.

Otóż nie tylko można przełamać monopol wyborczy największych partii. Nie tylko próby etykietowania szyldem konkurencji nie działają. Można również przeprowadzić proces odspawania złej władzy od stołka na własnych warunkach, wykuwając własnymi rękami drogę do zmiany w drodze referendum. Platforma straciła monopol na wygrywanie w dużych i średnich miastach. Na wielu polityków w urzędach miast i gmin padł blady strach.

Na Zabrze patrzyła cała Polska

Jedna z piosenek w kampanii mówiła: „Idziemy Zabrzanie, czas na derby Śląska/ Żbikowski kontra Weber, patrzy cała Polska”. I cała Polska niezależnych ruchów samorządowych uważnie obserwowała ten bój. Nieprzypadkowo to Zabrze stało się w czerwcu centrum niezależnego myślenia o polityce lokalnej podczas konferencji „Odzyskajmy nasze miasta”. Uczestnicy z całej Polski podpisali Manifest Zabrzański, w którym domagają się wyższych standardów oraz lepszego umocowania samorządności w społeczeństwie.

Zmiana w Zabrzu jest jak powiew świeżego powietrza: możliwe jest przeprowadzenie całego procesu z sukcesem. Społecznicy widzą, że ich praca nad odwołaniem złej władzy nie musi być skonsumowana przez kolejnego partyjnego nominanta. Żbikowski musi jeszcze tylko wykazać się polityczną zręcznością i umiejętnością budowania sojuszy, by swoją wizję miasta zrealizować w niejednorodnej Radzie Miejskiej Zabrza. To dla niego poważny egzamin, ale przed podobnym stoją jego koledzy i koleżanki z innych miast.

Przed nami fala lokalnych referendów?

Świadomość mieszkańców miast i ich sprzeciw wobec feudalnego traktowania instytucji samorządowych rośnie. Dali temu wyraz w konsultacjach społecznych ustawy PSL-u o dziedziczności władzy samorządowej – likwidacji dwukadencyjnego limitu sprawowania funkcji wójta, burmistrza i prezydenta miasta. Łącznie w konsultacjach wzięło udział 2779 osób, z czego aż 78,6% było przeciwko zniesieniu dwukadencyjności. To poważny sygnał nieposłuszeństwa obywateli względem udzielnych samorządowych książąt.

W coraz głębszy kryzys popada również rządząca Polską koalicja. Nieudana próba podważenia wyniku wyborów prezydenckich, kosztowne spory między organami władzy wykonawczej i poważne problemy w służbie zdrowia to kolejne koraliki żalu nanizane na naszyjnik obciążający rząd jako całość i Donalda Tuska jako jego personifikację. Ta sytuacja podkopuje samorządową pozycję partii politycznych. A te i tak od dłuższego czasu wskazywane są – nie bez podstaw faktycznych – jako źródło samorządowych patologii, kolesiostwa, selekcji negatywnej i tworzenia wielopiętrowych układów z biznesem.

Łukasz Pawłowski postawił tezę, że samorządowcy wspierani przez KO mogą stać się pierwszą, bo odwoływalną ofiarą tego kryzysu obozu władzy Donalda Tuska. W jego opinii staną się wręcz „zwierzyną łowną”. Procesy ogólnopolskie są oczywiście bardzo ważne, jednak nie wolno ich oderwać od lokalnych kontekstów. Prezydenci Częstochowy, Łodzi, Krakowa czy Wrocławia ciężko bowiem pracują na to, by ich powaga i zdolność do sprawowania funkcji mogła być skutecznie podważana.

Wiele wskazuje na to, że jesienią tego roku tworzy się w Polsce po raz pierwszy od wielu lat podatny grunt na nową wiosnę samorządowych wspólnot obywatelskich. Ta energia, której istnienie jest już obiektywnym faktem, może zostać skanalizowana by dokonać niezbędnych zmian albo sprzeniewierzona. Czy znajdzie swoje ujście w inicjatywach referendalnych? A czym innym jest referendum niż wyrazem obywatelskiego sprzeciwu?

Egzamin dojrzałości dla ruchów obywatelskich

Ruchy obywatelskie zdają dziś bowiem w Polsce egzamin dojrzałości. Większość z nich funkcjonuje na rynku 10 i więcej lat. To dość czasu, by zbudować struktury, wizję zmian i ideę łączącą mieszkańców. Chwila słabości władzy największych partii nie będzie trwała wiecznie. Liderzy ruchów obywatelskich muszą dziś wsłuchać się w słowa samego Donalda Tuska, który mówił, że władzę bierze się sobie samemu. Oczekiwanie, aż ktoś tę władzę im wręczy to naiwność i proszenie się o partyjne kłopoty dla własnego miasta.

Jak poradzą sobie z tym egzaminem obywatele? Pokażą najbliższe miesiące.

Autor tekstu: Piotr Uhle