Żaden z analityków wyborów wewnętrznych w Koalicji Obywatelskiej nie dostrzega komu najbardziej za zwycięstwo powinien podziękować Michał Jaros, który do swoich obowiązków szefa regionu musi od dziś dodać kierowanie powiatowymi strukturami KO. Kto zatem przyniósł najwięcej głosów wiceministrowi z Wrocławia? Powiedzmy to sobie szczerze: dla kampanii Jarosa najwięcej zrobili jego konkurenci.

Sutryk i Granowska: przegrani prezydenci

To od słów Jacka Sutryka rozpoczęła się de facto wewnętrzna kampania w KO. Trzy tygodnie temu w Radio Rodzina oświadczył: „Nie wyobrażam sobie, aby Michał Jaros rządził w mieście, powiecie i regionie”. Sam nie jest członkiem partii, ale jego przekonanie o sile urzędowego wpływu na ludzi uzależnionych od miejskiego układu musiało dawać mu przekonanie, że może aspirować do roli demiurga w cudzych wyborach.

Wtórowała mu jego pierwsza zastępczyni, Renata Granowska. Wiceprezydentka, choć wyrzucona z partii w niesławie i atmosferze skandali, pozwoliła sobie kreślenie wizji, że gdy Jaros wygra to „Wrocław spłonie”. Wiele osób zwracało uwagę na arogancki i jadowity ton polityczki, która uzurpowała sobie prawo do wskazywania który kandydat może, a który nie powinien kandydować. Te same osoby zadawały pytania o to gdzie jest Granowska w chwili gdy CBA zabezpieczało dokumenty związane z aferą śmieciową w miejskiej spółce Ekosystem i klubie piłki ręcznej do niedawna kierowanym przez jej męża.

Leszczyński: przegrany kabotyn

Do roli wiceprezydenta a może nawet i prezydenta puszył się Robert Leszczyński w ikonicznym wywiadzie dla portalu Wrocławskie Fakty. To radny, szef klubu KO, który startował na przewodniczącego partii w mieście, choć przez wielu nazywany jest „Leszczem” lub nawet „kapciowym Granowskiej”. Jego charyzma znoszonego sandała, powszechnie znany brak samodzielności przemieszany z arogancją i komicznym poczuciem wyższości sprawiły, że zabrakło mu zdolności do pozyskania dla siebie poparcia innych kandydatów. Mimo rozmów i nacisków nie poparł go Tadeusz Grabarek ani Krzysztof Bryłka. W efekcie we Wrocławiu wygrał Jaros, choć nie posiada bezwzględnej większości w partii.

Elity: przegrana i obrażona arystokracja

Oponenci Jarosa prowadzili kampanię w otoczeniu partyjnych legend i celebrytów. Organizowali spotkania ociekające drogim oświetleniem, scenografią i znakomitym kateringiem. Napawali się swoją doskonałością, swoim towarzystwem i swoim prestiżem tak bardzo, że młodzież użyłaby tu określenia „krindż”. A platformerski lud tego po prostu nie kupił.

Trudno nie dostrzec podobieństw kampanii oponentów Jarosa do kampanii innych kandydatów. Podobny poziom krindżu, poczucia wyższości, klepania się po plecach i pewności siebie wydaje się coś przypominać, prawda? Czy podobnie elitarne i celebryckie nie były kampanie Komorowskiego i Trzaskowskiego?

Czy wraz z otrzymaniem funkcji, urzędu albo politycznym awansem elity KO odnajdują w sobie gen arystokracji? Czy to uśmiechnięty szyld wyzwala ich z okowów przyziemnych spraw i wynosi do lewitacji ponad poziom plebsu? A może po prostu te legendy już przebrzmiały, bo przez lata miały wrocławianom do zaoferowania głównie afery, wstyd, chaos organizacyjny i rozczarowanie?

Elity przyczyn swojej porażki dopatrywać będą się w braku świadomości wyborców. Usłyszymy, że nie dorośli do demokracji, że zostali zmanipulowani albo, że wybory były ustawione. Dla partyjnej arystokracji każdy powód będzie lepszy niż prawdziwy: utrata legitymacji i autorytetu do wyznaczania kierunku w czymkolwiek. Nie przeszkadzajmy im. Niech na tym Titanicu muzyka gra do ostatniego taktu.