Kto zarabia na zoo? 1,6 miliona gości, a kapibary głodne

Mamy niezły klops. Ponad 1,5 miliona ludzi obejrzało już nagranie Książula, w którym nie zostawia suchej nitki na gastronomii we wrocławskim zoo. Kolejki, ceny, jakość – internet oceniał bezlitośnie, a miasto musiało się w końcu do tego odnieść.

My zadaliśmy pytanie prościej: dlaczego ZOO Wrocław w ogóle nie prowadzi własnej gastronomii?

Dlaczego zoo nie zarabia samo na sobie?

Skoro rocznie przez bramy zoo przechodzi ponad 1,6 miliona gości, to gastronomia na terenie ogrodu powinna być żyłą złota – dla samego zoo. Zamiast tego punkty gastronomiczne prowadzą zewnętrzni najemcy, a spółka miejska zadowala się czynszem. Dlaczego? Kto o tym zdecydował i kiedy? I dlaczego – skoro krytyka jedzenia w zoo obiegła pół internetu – to nie zoo ponosi ryzyko wizerunkowe ani nie czerpie z tego pełnych korzyści finansowych?

Zapytaliśmy o to formalnie prezydenta Wrocławia. W odpowiedzi z 11 maja 2026 r. (BNW.0003.13.2026) urząd potwierdził twarde dane – ale nie odpowiedział na pytanie, dlaczego model biznesowy wygląda tak, a nie inaczej.

Liczby, które mamy czarno na białym

Z odpowiedzi wiceprezydent Renaty Granowskiej wynika, że:

  • w 2025 roku zoo odwiedziło 1 567 518 osób, a sama
  • sprzedaż biletów przyniosła spółce 86 456 180,23 zł netto;
  • w 2024 roku – 1 592 129 gości i 75 379 519,75 zł z biletów;
  • w 2023 roku – 1 698 107 gości i 82 066 379,74 zł;
  • w 2022 roku – 1 735 109 gości i 71 918 093,37 zł.

To dane wyłącznie ze sprzedaży biletów. Ile z tych 1,6 miliona ludzi zostawia w kasach zoo dodatkowo – na jedzenie, pamiątki, atrakcje – tego urząd w odpowiedzi nam nie podał w rozbiciu, które pozwoliłoby to policzyć. A to jest właśnie pytanie kluczowe: ile poza biletem zostawia w zoo przeciętny gość i ile z tego trafia na utrzymanie zwierząt, a ile do kieszeni najemców?

Po drugiej stronie ulicy jest inaczej

Wystarczy przejść przez jezdnię. W Hali Stulecia całą gastronomię prowadzi sama hala – i, o ile nam wkadomo, nieźle wychodzi na tym finansowo. Żadnego oddawania najlepszego kawałka tortu zewnętrznym firmom.

Napiszemy o tym w osobnym tekście, z liczbami.

Rodzi się więc pytanie: skoro instytucja miejska stojąca dosłownie przy tej samej bramie potrafi samodzielnie zarabiać na gastronomii, to dlaczego Zoo tego nie robi?

Jak to robią inni?

Warto też spojrzeć szerzej. Czy w Energylandii albo w parkach typu Disneyland gastronomia jest „wypychana” na zewnątrz, do zewnętrznych najemców, czy raczej stanowi rdzeń modelu biznesowego i główne źródło dodatkowego przychodu? Sprawdzimy to i wrócimy z odpowiedzią.

Ile to może być w skali roku? Liczymy

Skoro nie mamy pełnego rozbicia ZOO poza biletami, spróbujmy oszacować skalę na podstawie benchmarków rynkowych – z zastrzeżeniem, że to szacunek, a nie twarda liczba z ksiąg spółki.

Z badania Parkmag.pl (ARC Rynek i Opinia, czerwiec 2025, próba ogólnopolska) wynika, że Polacy odwiedzający parki rozrywki najczęściej deklarują dodatkowe wydatki – poza biletem – w przedziale 50–149 zł na osobę (grupy 50–99 zł i 100–149 zł to łącznie 37% wskazań).

Z kolei Energylandia, największy park rozrywki w Polsce, w sprawozdaniu finansowym za okres 1.04.2023–31.03.2024 wykazała przychód 281,5 mln zł przy frekwencji rzędu 2 mln gości w sezonie.

Co to oznacza dla zoo? Biorąc frekwencję z 2025 roku – 1 567 518 gościi przychody dodatkowe w wysokości około 80–150 zł/gościa mówimy o kwocie nawet 125–235 mln zł rocznie. To tylko szacunki, ale wskazują o jakim rzędzie wielkości kwot mówimy.

Dla porównania: sama sprzedaż biletów w zoo w 2025 roku to 86,5 mln zł netto. Innymi słowy – nawet przy ostrożnym szacunku, obrót generowany „wokół” zoo (gastronomia, pamiątki, atrakcje dodatkowe) może być porównywalny albo wyższy niż wpływy z samych biletów.

To są oczywiście szacunki oparte na danych porównawczych z innych parków rozrywki, a nie audyt finansowy ZOO Wrocław – i właśnie dlatego pytamy: ile z tego realnie widzi spółka miejska, a ile trafia do zewnętrznych najemców? Bo jeśli nasza najpopularniejsza atrakcja turystyczna generuje na swoim terenie dziesiątki, a może i grubo ponad sto milionów złotych rocznie, to różnica między „ZOO na tym zarabia i inwestuje w zwierzęta” a „ZOO na tym praktycznie nie zarabia, bo oddało to zewnętrznym firmom” to różnica rzędu dziesiątek milionów złotych rocznie.

Rozwój ogrodu czy konfitury?

To jest pytanie, które naprawdę warto zadać na głos. Miasto ma instytucję odwiedzaną przez ponad 1,5 miliona ludzi rocznie – więcej niż mecze wszystkich wrocławskich klubów sportowych razem wzięte, więcej niż jakiekolwiek wydarzenie kulturalne w mieście. Wokół tej instytucji, jak pokazują dane porównawcze, mogą krążyć dziesiątki milionów złotych rocznie poza samą sprzedażą biletów.

Pytanie nie brzmi więc już tylko ZOO nie prowadzi gastronomii samodzielnie, ale wprost: czy te pieniądze służą rozwojowi ogrodu – nowym wybiegom, lepszej opiece nad zwierzętami, niższym cenom biletów dla rodzin – czy też ktoś na boku zarabia krocie kosztem spółki miejskiej i jej mieszkańców?

Kto zarabia na zoo?

To pytanie, które zadajemy wprost. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek z góry oskarżać – chodzi o to, żeby to sprawdzić i pokazać wrocławianom, gdzie realnie płyną pieniądze z ich biletów wstępu. Skoro spółka miejska rezygnuje z prowadzenia gastronomii we własnym zakresie, to ktoś na tej decyzji zyskuje. Kto?

Krewni i znajomi królika zarabiają na zoo?

Zadajemy to pytanie wprost, bo tak działa mechanizm, który znamy z wielu innych miejskich spółek: gdy instytucja publiczna oddaje intratny kawałek swojej działalności na zewnątrz, zamiast prowadzić go samodzielnie, warto sprawdzić, kto jest po drugiej stronie umowy. Nie stawiamy tu żadnych zarzutów wobec konkretnych osób – nie mamy na to dowodów. Stawiamy pytania, na które chcemy uzyskać odpowiedzi:

Kto jest najemcą punktów gastronomicznych na terenie zoo i od kiedy?

W jakim trybie były zawierane te umowy – przetarg, czy coś innego?

Jakie są warunki finansowe tych umów i czy są rynkowe?

Czy ktokolwiek z osób decyzyjnych w spółce lub wokół niej ma jakiekolwiek powiązania biznesowe lub rodzinne z najemcami?

To pytania, na które każdy mieszkaniec Wrocławia ma prawo znać odpowiedź – bo mówimy o pieniądzach płynących z kieszeni podatników i gości, a nie o prywatnym biznesie. Będziemy o to pytać formalnie i wrócimy z odpowiedziami.

Pomóżcie nam to sprawdzić. Jeśli macie wiedzę o umowach najmu punktów gastronomicznych w zoo, o warunkach przetargów albo po prostu chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami z kolejek i cen – piszcie do nas. Będziemy drążyć dalej i wrócimy z kolejnym odcinkiem tej historii.