Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice

Obiecali „tymczasowo”. Zamknęli na zawsze. I zrobili to po cichu, w wąskim gronie, licząc, że nikt się nie zorientuje, zanim będzie za późno na sprzeciw. Nie wyszło – bo sprawa wypłynęła nie dzięki uczciwości urzędu, tylko wbrew niej. Przyjrzyjmy się dokładniej mechanizmowi, jakiego dopuściło się miasto Wrocław wobec mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna w sprawie organizacji ruchu. Nieliczni wzięli większość jako zakładników swoich interesów. A tego mieszkańcy im nie darują.

Obiecanki urzędników

Jeszcze w maju 2026 r. urząd był w tej sprawie jednoznaczny. Ruch jednokierunkowy na Koreańskiej, Ziemniaczanej i Boiskowej to rozwiązanie tymczasowe, wprowadzone na czas remontu wiaduktów na ul. Gazowej. Mieszkańców uspokajano: to na chwilę, na czas inwestycji, potem wróci normalność.

Trzy i pół miesiąca później gruchnęła wiadomość, że urzędnicy pokątnie, w wąskim gronie z niewielką grupą mieszkańców jednorodzinnej zabudowy przy Koreańskiej, uzgodnili wyrzucenie tej obietnicy do kosza. Sprawa wyszła na jaw przypadkiem, poza kontrolą urzędu – bo gdyby nie ujawnienie przez samych mieszkańców, dowiedzielibyśmy się o tym najwcześniej po fakcie, z komunikatu prasowego napisanego już językiem decyzji ostatecznej. Urzędnicy zostali złapani na gorącym uczynku.

Mniejszość ma władzę i dyktuje warunki milczącej większości

Istota sprawy jest prosta. Mniejszość chce kosztem milczącej większości załatwić swój partykularny interes. Kilkadziesiąt domów przy trzech ulicach ma mieć trwały spokój – kosztem setek, a być może tysięcy mieszkańców Brochowa i Bieńkowic, którzy tracą sprawny wyjazd z miasta i skomunikowanie z obwodnicą. Najciężej odczują to mieszkańcy Jagodna, którzy w całej tej sprawie nie mieli głosu w ogóle. Cóż – można by rzec cynicznie tak, jak najwyraźniej myślą o tym w magistracie: Jagodno wytrzyma.

Sojusz wąskiej grupy mieszkańców jednej ulicy z władzami miasta doprowadził do sytuacji, w której poprawiono komfort życia kilkudziesięciu gospodarstw domowych, a pogorszono go u znacznie większej liczby ludzi – i nikt w tym procesie nie policzył, po której stronie bilansu jest więcej osób. Warto zapytać dlaczego. Czy ma to związek z tym, że w najbliższej okolicy jednej z zamykanych ulic mieszka radna Dusza? Albo z tym, że w okolicy najgłośniej protestującej mieszka szefostwo Rady Osiedla? A może jeszcze ktoś inny, o kim jeszcze nie wiemy? Zapytaliśmy urząd wprost, czy którykolwiek z decyzyjnych urzędników formalnie wyłączył się z udziału w sprawie, żeby mieć pewność, że decyzje o zamknięciu ulic nie zapadają w niczyim prywatnym interesie. Na odpowiedź czekamy.

Policzmy, ile to kosztuje

Wydłużenie dojazdu to nie abstrakcja. To realny, policzalny koszt, który mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic ponoszą każdego dnia: dodatkowe kilometry i kilkanaście–kilkadziesiąt minut objazdu w jedną stronę. Rozłożone na miesiąc dojazdów do pracy, szkoły, na zakupy, to rząd wielkości kilkunastu godzin miesięcznie – w skali roku kilka dodatkowych dób życia, które władza po prostu ludziom zabrała, bez pytania o zgodę. Do tego dochodzi paliwo – każdy dodatkowy kilometr objazdu to realne, comiesięczne wydatki z domowego budżetu – 50 – 100 zł, zależnie od rozmiaru samochodu, którym mieszkaniec się przemieszcza.

To kolejna opłata, której nikt nie uchwalił w żadnej radzie, nikt nie ogłosił, a mieszkańcy i tak ją płacą. Może warto nazwać rzecz po imieniu: podatek od urzędniczej głupoty.

Konsultacje po fakcie to szopka, nie konsultacje

Teraz, gdy sprawa wypłynęła, urząd zapowiada konsultacje społeczne. Pytanie brzmi: po co konsultować decyzję, która już zapadła i którą już ogłoszono jako obowiązującą? Czy to konsultacje, czy tylko tłumaczenie ludziom, co mają o tym myśleć?

Czego można się spodziewać po konsultacjach organizowanych przez urząd, który w tej sprawie od początku traktował mieszkańców bez należnego im szacunku – informując ich na końcu procesu, a nie na początku? To próba urobienia mieszkańców i kpina z idei, o którą walczyły pokolenia aktywistów – władzy, która słucha mieszkańców, służy im a nie uszczęśliwia na siłę w przekonaniu o własnej nieomylności.

Próbkę tego, jak traktowani są mieszkańcy dała wczorajsza sesja Rady Osiedla Brochów, która poza arogancją wykazała się brakiem zdolności do rozwiązywania konfliktów społecznych. Lokalne przywództwo kompletnie zawiodło, gdy sytuacja wymagała czegoś więcej niż uśmiechów i miłego spędzania czasu za publiczne pieniądze. To szczególnie rozczarowujące, bo wszystkim nasuwają się pytania czy interes prywatny nie wziął górę nad interesem ogółu. Mimo, że na spotkanie przyszło ponad 100 mieszkańców – racja nadal pozostawała po stronie lokalnej elity władzy. Trudno zrozumieć jak tę jawną arogancję mogą tolerować ludzie zadeklarowani jako aktywiści działający na rzecz mieszkańców.

Kto jeszcze powinien się tym zająć

Dyrekcja Wydziału Inżynierii Miejskiej i Departamentu Infrastruktury i Transportu odpowiada za tę decyzję i za sposób, w jaki ją przeprowadzono – bez rzetelnych danych, bez konsultacji z sąsiednią gminą, bez policzenia, kto na tym traci. To wystarczający powód, by rozważyć wniosek o odwołanie kierownictwa obu jednostek. Rozważamy wsparcie w tej sprawie petycji mieszkańców i kierowanie kolejnych zapytań.

Warto też zapytać, gdzie w tej sprawie jest samorząd wojewódzki. Marszałek Województwa Dolnośląskiego ma przecież Departament Rozwoju Aglomeracji, a decyzja dotyczy nie tylko Wrocławia, ale i relacji z gminą Siechnice. Czy ręce pana Jarosława Charłampowicza, koordynatora ds. współpracy z samorządami są tak mocno zajęte trzymaniem stołka, że nie jest w stanie już wykonywać realnej pracy? 

A gdzie podział się Starosta Wrocławski? Gdzie jest Stowarzyszenie Aglomeracja Wrocławska, które z definicji ma koordynować właśnie tego typu sprawy między gminami? Wszyscy zapadli się pod ziemię, gdy mieszkańcy liczą na rozwiązanie problemu. Zaskoczeni?

Jagodno i Brochów – najgłośniejszy przykład tego, jak miasto planuje transport

Nikt przed podjęciem decyzji o zmianie organizacji ruchu nie zapytał mieszkańców Jagodna co o tym sądzą. Nie zrobiono tak, mimo że to oni odczują skutki zamknięcia Brochowa najdotkliwiej. To nie pierwszy raz, kiedy Jagodno zderza się z niekompetencją planowania transportowego – wystarczy spojrzeć na ul. Buforową, karykaturę drogi zbiorczej, która nie radzi sobie z obsługą ruchu nawet bez dodatkowego obciążenia z Brochowa. A to nie koniec inwestycji mieszkaniowych na tym osiedlu – kolejni mieszkańcy dopiero się tam wprowadzą. Odpowiedź urzędników jest zwykle jedna: przesiądźcie się na tramwaj. Tylko że tramwaj na Jagodno pojedzie najwcześniej za kilka lat. Po stu latach planowania Wrocław wciąż sadza swoich mieszkańców w symbolicznym już polu kapusty.

Ile można znosić traktowanie wielkiego już osiedla niczym kolonii, z której najpierw wyciśnięto pieniądze przy wyprzedaży działek, później przy transakcjach zakupu nieruchomości a teraz – pomimo chaosu i utrudnień prezentowanym mieszkańcom przez władze – apeluje się o rozliczenie podatku dochodowego we Wrocławiu?

Cały południowy wschód miasta pozostaje jakby zapomniany. Nikt nie zadbał o to, by powstała porządna ulica zbiorcza, łącząca tę część miasta z obwodnicą wschodnią w taki sposób, by odpowiadała tempie rozbudowy zabudowy mieszkaniowej. Zamiast tego wpycha się potoki transportowe w uliczki do tego nieprzygotowane. Nie remontuje się Mościckiego i na siłę wpycha ruch na kameralne osiedle przy Libańskiej. 

Czy planiści brali to pod uwagę, gdy jeszcze w czerwcu tego roku zaproponowali Radzie Miejskiej plan z dodatkową zabudową przy Topolowej, Mościckiego i Wiaduktowej? Czy ktoś jeszcze panuje nad tym co się dzieje w Urzędzie Miasta i jak wpływa to na życie mieszkańców? Zamiast wizji przestrzennej i transportowej proponuje się nam załatwiactwo, klajstrowanie dziur na gumę do żucia i pokątne fastrygowanie zabudowy. Nie w imię dobra wspólnego tylko partykularnych interesów.

Co dalej

Złożyliśmy formalne zapytanie do Prezydenta Wrocławia, w którym pytamy m.in. o projekt stałej organizacji ruchu, źródło i metodologię danych o spadku ruchu na Koreańskiej, dokumentację decyzji z 12 sierpnia, zakres konsultacji z Radami Osiedli Jagodno i Bieńkowice oraz z gminą Siechnice, a także o pełną treść wniosku mieszkańców i towarzyszącej mu narracji. Odpowiedzi opublikujemy w całości.

Ale coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że doszliśmy do punktu, w którym ta władza po prostu nie reaguje na głos mieszkańców, zamiast tego próbuje ich urabiać do podjętej wcześniej decyzji. 

Nie ma sensu prosić tych ludzi o więcej szacunku – trzeba wziąć sprawy we własne ręce, tam, gdzie zgodnie z prawem należy władza: do mieszkańców. Nie do koalicji. Do obywateli. A droga do tego wiedzie przez referendum.

W innym przypadku urzędnicy i politycy będą wiedzieli, że we Wrocławiu przejdzie każda niegodziwość.