Uwaga Wrocławianie! Poważna ekipa szykuje się do skoku na Wasze portfele
Nie na dwa, a na cztery lata chcą tym razem związać się umowami z firmami śmieciowymi władze Ekosystemu. Prezes spółki Michał Młyńczak ogłosił dziś, że miasto podzielone zostało na sześć sektorów, dla których ruszy sześć odrębnych postępowań przetargowych, o łącznej szacowanej wartości blisko dwóch miliardów złotych. Ogłoszenie w poniedziałek 27 lipca, rozstrzygnięcie, o ile pozwolą na to procedury, we wrześniu.
Dwa lata dłużej niż dotychczas to nie jest drobny szczegół techniczny. To oznacza dużo bardziej komfortowe warunki dla tego brudnego biznesu, zagwarantowane na cztery lata z góry. To także oznacza, że z układem, który zostanie wyłoniony w tym przetargu, radzić sobie będzie musiała nowa władza, która obejmie rządy we Wrocławiu dopiero w roku 2029. Obecna ekipa wiąże ręce swoim następcom, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży ich wybrać.
„Dorobek prawny” unieważnionego przetargu
Specyfikację nowego postępowania poznamy dopiero po weekendzie. Ale już dziś prezes Młyńczak zapowiedział, że spółka będzie korzystać z tego, co nazwał dorobkiem prawnym poprzedniego, unieważnionego przetargu: chcę wyraźnie powiedzieć, iż szanujemy dorobek prawny, który został wypracowany w ramach poprzedniego postępowania — Michał Młyńczak, prezes Ekosystemu.
Warto zapytać, jaki to dorobek. To dorobek postępowania, w którym praktycznie wszystkie sporne kwestie rozstrzygnięto na korzyść wykonawców, a nie mieszkańców. Jeżeli ten dorobek ma zostać przeniesiony do nowej specyfikacji bez zmian, oznacza to bardzo korzystne dla śmieciowego biznesu warunki prowadzenia działalności na kolejne cztery lata. Można się spodziewać, że jedyny zapis, który realnie zmieni się względem odwołanego przetargu, to właśnie wydłużenie czasu obowiązywania umowy. A może tak naprawdę tylko o to od początku chodziło.
Przypomnijmy też, co to oznacza dla portfeli mieszkańców w praktyce. Będąc przez cztery lata skazani na kilku wykonawców, będziemy też przez cztery lata bezbronni wobec ich roszczeń o kolejne waloryzacje wartości umów. Oczywiście nie w dół.
Biogazownia czy spalarnia. Spór, który już trwa
Po raz kolejny, jak zawsze przy okazji przetargu i podwyżki, na scenę wraca obietnica budowy własnego systemu instalacji przetwarzania odpadów. Tym razem jednak zza kulis wyraźnie przebija się spór dwóch stronnictw w samej koalicji rządzącej miastem.
Radny Robert Suligowski, jak zwykle, mówił o odbudowie własnych kompetencji: we Wrocławiu nie mamy własnych punktów przetwarzania odpadów, zbiórki odpadów. Jest bardzo wąski zasób naszych własnych kompetencji. To musimy odbudować — Robert Suligowski, radny. Jako członek Zielonych zastrzegł jednak wyraźnie, że ideowo jest przeciwnikiem spalarni: na pewno jestem absolutnym przeciwnikiem spalarni odpadów ideowo. Natomiast jeżeli konsekwencją braku takiego zakładu ma być składowanie odpadów gdzieś w Polsce, uważam, że mimo wszystko taki zakład jest mniej inwazyjny i lepszy dla środowiska niż składowanie tych odpadów w ziemi. Wybór mniejszego zła, jak sam to nazwał. Priorytetem ma być więc najpierw biogazownia, która pozwoli zagospodarować frakcję bioodpadów i podnieść wskaźnik recyklingu.
Wiceprezydent Grzegorz Roman prowadził tę rozmowę zupełnie inaczej. To on zadał wprost pytanie, które postawiło radnego Suligowskiego pod ścianą: czy w wizji tego systemu jest też spalarnia, czyli, jak to ujął, popularnie nazywana spalarnia śmieci, czyli miejska elektrociepłownia zasilana śmieciami, i czy jako członek Zielonych podniesie za tym rękę. Kiedy padło pytanie, czy to już nie jest za późno na taką inwestycję, Roman odpowiedział bez wahania: a co jest? A czemu za późno? (…) jak pan czegoś nie ma, to lepiej to zrobić późno niż wcale — Grzegorz Roman, wiceprezydent Wrocławia. Sam przyznał też, dlaczego lokalizacji wciąż nie ma: we Wrocławiu nie mamy na to zgody społecznej, więc myślimy o lokalizacji albo na obrzeżach miasta, albo poza miastem.
Wiceprezydent zapowiedział też, że miasto rozważa stworzenie osobnych, niezależnych od Ekosystemu jednostek, które konkurowałyby na rynku odpadowym, a plany dotyczące własnych aktywów miasta w tym obszarze mają zostać przedstawione za parę miesięcy. Padło też zdanie godne zapamiętania. Gdy radny Suligowski powiedział, że system zaczną budować od przyszłego roku, wiceprezydent Roman uciął krótko: już budujemy. Nikt się nie roześmiał, choć wypadałoby.
Czy zszokowani kolejną podwyżką i wygenerowanym kryzysem mieszkańcy przymkną na to oko, byle tylko uniknąć następnej fali wzrostu opłat? Przekonamy się. Warto jednak pamiętać, że te zapewnienia mogą okazać się oszukańcze w samej swojej istocie. Komisja Europejska pracuje właśnie nad reformą systemu handlu emisjami, która obejmie nią również spalarnie odpadów komunalnych. Od 2031 roku instalacje termicznego przekształcania odpadów będą musiały kupować uprawnienia do emisji CO2, co według szacunków samej Komisji może podnieść koszt spalenia tony odpadów nawet o kilkadziesiąt procent. Innymi słowy: inwestycja, którą dziś sprzedaje się jako receptę na tańsze śmieci, może za kilka lat okazać się kolejnym generatorem kosztów przerzucanych na mieszkańców. Dlatego tak ważne jest, żeby o tej sprawie rozmawiać otwarcie już teraz, a nie dowiedzieć się o wszystkim po fakcie.
Apel do bandy, żeby zachowała się przyzwoicie
Osobny akapit należy się scenie, która na tej konferencji wybrzmiała już chyba po raz setny. Prezes Młyńczak zaapelował do firm odpadowych o daleko idącą odpowiedzialność społeczną, o uczciwe podejście, o wzajemny szacunek w postępowaniu. Zabawne, choć w gruncie rzeczy dość żałosne. Apeluje się tu do podmiotów, które od lat traktują wrocławski rynek odpadowy jak dojną krowę, żeby tym razem, wyjątkowo, mieszkańców aż tak nie łupiły.
Dokładnie tak samo, w tym samym tonie, apelował przy poprzednich podwyżkach wiceprezydent Jakub Mazur. Dokładnie tak samo apelowali w ostatnim roku inni akolici Jacka Sutryka. A przecież to oni, urzędnicy, politycy i pracownicy spółki miejskiej, są od tego, żeby mieszkańców przed tymi firmami bronić, a nie o coś je grzecznie prosić. Zamiast tego słyszymy zapewnienia, że przecież wszystkim, na końcu, chodzi o dobro mieszkańców Wrocławia.
I tu, wyjątkowo, się zgodzimy. Rzeczywiście chodzi im o to dobro. Tyle że po to, żeby wrocławianom je odebrać i wepchnąć do własnych kieszeni, kieszeni firm odpadowych i tych, którzy przy tym systemie żerują. Dowód na to dali już zresztą sami, przepychając w tym roku horrendalne podwyżki opłat za śmieci.
Po niedzieli spodziewajcie się, drodzy czytelnicy, szerszego komentarza w tej sprawie, zarówno merytorycznego, jak i politycznego. Bo odpady, niczym na przesiąkniętej mafijnymi układami Sycylii, stają się we Wrocławiu politycznym tematem numer jeden.

