Afera śmieciowa: doktryna szoku po wrocławsku
Piotr Uhle
Kryzys we wrocławskim systemie gospodarki odpadami nie jest dziełem przypadku. Pozwala władzom straszyć mieszkańcom scenariuszem rodem z Sycylii – chaosem, smrodem, bałaganem i szczurami. A pod płaszczykiem kryzysu i wyższej konieczności by uratować miasto przed chaosem toczą się wielomiliardowe interesy. Najwyższy czas, by bez lukrowania opisać mechanizmy manipulacji i socjotechniki, których władza się wstydzi, ale stosuje je bez najmniejszych skrupułów.
Doktryna szoku: klasyk, który tłumaczy więcej niż się wydaje
Warto w tym miejscu sięgnąć po klasykę literatury opisującej narzędzia socjotechniczne, jakimi posługuje się władza. Naomi Klein w Doktrynie szoku pokazała, jak elity polityczne i gospodarcze na całym świecie wykorzystywały kryzysy, żeby przepchnąć niepopularne, trudne i antyspołeczne decyzje, których w normalnych warunkach nikt by im nie odpuścił.
Mechanizm opisany przez Klein wygląda tak. Społeczeństwo doświadcza silnego szoku, może to być zamach stanu, wojna, kryzys finansowy albo katastrofa naturalna. Ludzie w takiej chwili koncentrują się na przetrwaniu i bezpieczeństwie, nie na kontroli władzy. Władza wykorzystuje ten moment dezorientacji i szybko wprowadza głębokie zmiany: prywatyzację, deregulację, cięcia wydatków publicznych, liberalizację rynku, ograniczenie praw pracowniczych. Największym beneficjentem tych zmian stają się korporacje, grupy kapitałowe, różnego rodzaju grupy interesu i wpływu. Według autorki to nie przypadek, tylko powtarzalny, sprawdzony model działania.
Te mechanizmy ubezwłasnowolnienia społeczeństwa mają uniwersalny charakter. Po masakrze przy placu Tian’anmen w Chinach władze wprowadziły społeczeństwo w stan przerażenia i odrętwienia. Wykorzystały później ten stan do pozbawiania ludzi praw, majątku, wywłaszczeń nieruchomości i pogłębienia wyzysku pracowników. Podobny mechanizm działał po 1989 roku w Polsce, gdy wprost zastosowano terapię szokową, po upadku Lehman Brothers w USA, gdy uruchomiono olbrzymie wydatki budżetowe na utrzymanie rynku kapitałowego, po pandemii Covid-19, czy po wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie.
Mechanizm jest naszym władzom bliski, znany i może być stosowany również na lokalnym gruncie – zachęcamy wszystkich niezależnie myślących mieszkańców do lektury tej i innych dzieł Naomi Klein. Z pewnością będą bardzo pouczające i pomogą zrozumieć mechanizmy kontrolowania społecznych emocji przez władzę we Wrocławiu.
Popatrzmy teraz uważnie, krok po kroku, na to, co udokumentowaliśmy w ostatnich miesiącach we Wrocławiu.
Kryzys budowany przez lata
Proces rozpoczął się w 2022 roku. Już wtedy wiadomo było, że wrocławski system zagospodarowania odpadów wymaga natychmiastowych działań. Władza złożyła obietnice rozwoju własnych kompetencji i budowy instalacji – w tym kompostowni i sortowni – aby uniezależnić miasto od dyktatu śmieciowego układu. Cóż jednak szkodziło obiecać, skoro nie zrobiono nic. Zamiast tego żałośnie apelowano do firm śmieciowych o społeczną odpowiedzialność biznesu.
Tymczasem czyny były odwrotne do zapowiedzi. Nie ubiegano się o żadne zewnętrzne dofinansowania, nie rozbudowano nawet najprostszego elementu systemu (własnej kompostowni), a pieniądze przeznaczone na inwestycje przejedzono. Jak myślicie, do kogo trafiły? Oczywiście do firm śmieciowych.
Przetargowa farsa i umowy z wolnej ręki
W ostatnich dwóch latach przeprowadzono przetarg, który bardziej przypominał farsę niż rzetelne postępowanie. Liczne odwołania i sposób ich rozpatrywania obnażyły bolesny dla miasta, w mojej opinii celowy proces – chodziło o to, by procedury przedłużyć, zmienić specyfikację i wywołać niemożliwy do naprawienia bałagan. Ostatecznie osiągnięto postawiony na samym początku cel: rozkład systemu zagospodarowania odpadów.
W międzyczasie wielokrotnie, w trybie niekonkurencyjnym, podpisywano z wolnej ręki lukratywne umowy ze dotychczasowymi wykonawcami, dla których oznaczało to olbrzymie zyski. W ten sposób lekką ręką wydano pół miliarda złotych, wskazując palcem, kto ma zajmować się wrocławskimi odpadami.
Sycylijski straszak i doktryna szoku

Aby usprawiedliwić podpisywanie tych umów, władza posłużyła się pretekstem apokaliptycznych wizji. Od lat konsekwentnie budowano atmosferę kryzysu, strasząc mieszkańców stertami śmieci na ulicach, smrodem, plagą szczurów i zagrożeniem sanitarnym.
Na lipcowej sesji, przy okazji głosowania nad kolejną podwyżką opłat, politycy Koalicji Obywatelskiej dopełnili tej strategii wprowadzania społeczeństwa w stan szoku. Padło ostrzeżenie, żeby nie dopuścić do sytuacji „jak na Sycylii”. Kiedy politycy KO mówią, że doprowadzili do kryzysu – należy im wierzyć. Oni po prostu wiedzą, że Sycylia jest już blisko. A może chodziło o inne skojarzenia z tą wyspą – światową ikoną mafijnych powiązań biznesu i polityki?
Zagrożenie chaosem wydaje się dziś realne, a zmanipulowani mieszkańcy są bardziej gotowi uwierzyć, że niezbędne są radykalne działania. To nie był przypadek, lecz celowy, polityczny spin i niemal podręcznikowe wcielenie w życie doktryny szoku. Najpierw doprowadzono do kryzysu, pozbawiając społeczeństwo zdolności do sprzeciwu wobec niekorzystnych rozwiązań, a następnie wprowadzono w życie doktrynę „golić frajerów”. Kto dyktuje dziś te rozwiązania? Politycy KO idący pod rękę ze śmieciowym biznesem.
Nastraszyli mieszkańców. Kto i jak będzie teraz “golić frajerów”?
Od lat cel lobby śmieciowego był jeden: utrzymać Wrocław w stanie kompletnej zależności od dyktatu oligopolu rządzącego branżą na lokalnym rynku. Dzielić tort w bieżących zamówieniach z jednej strony i nie pozwolić miastu na budowę własnych kompetencji z drugiej. Doić system do granic możliwości, by tylko nie pozostawić rezerwy na niezależne ruchy ze strony miasta.
W efekcie ogłoszony właśnie przetarg ma respektować “dziedzictwo prawne” poprzedniego. Jakie to dziedzictwo prawne? Otóż prawie cała specyfikacja została napisana pod dyktando firm śmieciowych. Tak korzystne warunki nie zdarzają się codziennie w związku z tym zapewniono, że będą obowiązywać nie dwa a cztery lata. Zaskoczeni? To jeszcze nie koniec.
W interesie branży jest również w sposób trwały pozbawić miasto do zdolności odbudowy Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania. Władze deklarują, że chcą to zrobić. Ale znamy już tę historię – od lat słyszymy tę samą śpiewkę i nic się nie zmienia. Wiara w zapewnienia władz Wrocławia zaczyna przypominać objawy syndromu sztokholmskiego. Oceńmy czyny a nie słowa. A czyny doprowadziły do tego, że dla wrocławian musi być drogo a koszty nieskutecznego recyklingu muszą być przerzucone na miasto. Ostatecznie, wobec braku środków i dramatycznej sytuacji budżetowej Wrocławia – mieszkańcy będą musieli zrzucić się w opłatach na rozbudowę interesów firm odpadowych.
Co jeszcze będą chcieli nam przedstawić jako gorzkie, ale konieczne lekarstwo na wywołany przez siebie kryzys? Władze już całkiem otwarcie mówią o budowie spalarni odpadów za 1,5 mld zł, mimo że jeszcze niedawno obiecywano, że nie powstanie. Jeżeli ta wizja się ziści – domknie się system uzależnienia miasta od tego – nomen omen – śmierdzącego biznesu. Nie jest bowiem tajemnicą, że w miejskiej kasie hula wiatr i nie będziemy w stanie wyłożyć takich pieniędzy. Mówimy o dekadach uzależnienia wartych dziesiątki miliardów złotych.
O to idzie gra, ale nikt z reprezentantów władzy Wam o tym nie powie, bo wie, że to będzie jego ostatni dzień na publicznym stołku.
Kto i ile za to zapłaci?
Skutki? Wrocław ma już dziś najdroższe śmieci w Polsce spośród miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców. Po podwyżce zapłacimy 55 zł od osoby za miesiąc, podczas gdy średnio mieszkańcy innych miast płacą około 35 zł miesięcznie. Jak to możliwe? Jedna z firm śmieciowych wyceniała usługę odbioru tony bioodpadów we Wrocławiu na 1310 zł, podczas gdy ta sama usługa kosztowała w Chrzanowie 746 zł. Innymi słowy, wrocławianie w praktyce dopłacają do cen, jakie te same firmy oferują gdzie indziej. A wrocławskie władze im na to po prostu pozwalają.
Należy się spodziewać, że kolejnym krokiem będą dalsze podwyżki. Jak duże? Ustawodawca pozwala dziś na 70 zł, ale już w przyszłym roku należy spodziewać się, że limit zostanie podniesiony do około 75 – 78 zł za miesiąc od każdej osoby,
Szczegóły tego niebywałego skoku na kasę Wrocławianek i Wrocławian opiszemy w odrębnym tekście. Na dziś napiszemy tylko, że fakty i kwoty zarabianych pieniędzy mogą przyprawić o ból głowy.
Jak bronić się przed tą grabieżą?
Jedyną metodą, by nasze pieniądze były bezpieczne jest odsunięcie szkodników od władzy. Ludzie, którzy przez ostatnie lata pozwolili na totalne ubezwłasnowolnienie Wrocławia, zdali mieszkańców na łaskę i niełaskę śmieciowego biznesu i pozbawili ich wpływu na jedno z najważniejszych zadań własnych gminy, nie mogą sprawować dalej swoich funkcji.
Nie można tu wytyczyć wyraźnej linii pomiędzy tymi, którzy są za to odpowiedzialni a tymi, którzy tylko przyzwalali na patologie. Sprawa dotyczy najwyższych władz miasta z prezydentem i jego zastępcami włącznie. Dotyczy również radnych Rady Miejskiej Wrocławia, którzy w kluczowym momencie nie podjęli interwencji ani nie wsparli działań mających na celu zatrzymanie tego szaleństwa.
Osoby, które pograły sobie w ten sposób kosztem mieszkańców nie mogą uzdrowić patologii tego systemu, bo sami są jego częścią. A dzisiejsze zapowiedzi zdecydowanych działań to powtórzenie schematu opisanego w Doktrynie Szoku, tylko w skali Wrocławia. Nie przewidziano tylko jednego: mieszkańcy dziś mają dostęp do niezależnych mediów i analiz. Nie są pozbawieni kontaktu ze światem jak Chińczycy podczas masakrowania protestów w 1989 roku.
Dlatego, drogi czytelniku, podaj dalej ten wpis. Zainteresuj swoich znajomych i sąsiadów wrocławską aferą śmieciową. Nie pozwól im na tę ohydną i podłą w swojej istocie manipulację.

