Czy elity Wrocławia potrzebują Zdrojewskiego by zrozumieć skalę śmieciowej katastrofy?
Piotr Uhle
Bogdan Zdrojewski nie musi nikomu schlebiać. Nie zasiada w radzie nadzorczej żadnej miejskiej spółki, nie zabiega o miejsce na liście, nie ma czego bronić przed elektoratem Wrocławia w najbliższym tygodniu. Kiedy więc europoseł Koalicji Obywatelskiej i najlepiej oceniany w historii prezydent Wrocławia mówi wprost, że w gospodarce odpadami mamy do czynienia z „katastrofą” – trudno to zbyć wzruszeniem ramion. Dziś, jego zdaniem, miasto jest zależne od firm śmieciowych w utylizacji odpadów, a ceny są bardzo wysokie – mimo że jego własne środowisko polityczne współrządzi Wrocławiem od lat.
To ważne zdanie, bo pada z ust kogoś, kto akurat nie ma interesu w tym, by straszyć. I dlatego tym bardziej rzuca się w oczy kontrast: podczas gdy Zdrojewski nazywa rzecz po imieniu, cała reszta ekipy rządzącej miastem – z prezesem Ekosystemu Michałem Młyńczakiem na czele – robi wszystko, żeby przekierować uwagę na sprawy techniczne. Liczbę pytań w przetargu. Terminy rozpraw przed Krajową Izbą Odwoławczą. Procent wzrostu korzystania z PSZOK-ów. Wszystko, byle nie odpowiadać na pytanie, które zadał na antenie DeWuRadio Zdrojewski: dlaczego system, który miasto samo sobie zbudowało, spowodował katastrofę.
Pisaliśmy już o tym, że ten kryzys nie wziął się znikąd. W tekście „Afera śmieciowa: doktryna szoku po wrocławsku” opisywaliśmy, jak władza latami budowała atmosferę katastrofy, żeby pod jej płaszczykiem przepchnąć niepopularne decyzje – podwyżki, umowy z wolnej ręki, przedłużenie kontraktów. Diagnoza Zdrojewskiego wpisuje się w ten sam obraz, tyle że wypowiedziana przez kogoś, kto akurat tego kryzysu nie wywołał i nie musi go dziś tłumaczyć.
Kto ma rację: Młyńczak czy Zdrojewski?
Michał Młyńczak w mediach od dłuższego czasu próbuje rozmydlić sprawę afery śmieciowej. Stał się jej twarzą, bo nikt w mieście nie chciał dać mu lepszej fuchy niż prezes Ekosystemu. Dobrze poinformowani o miejskich sprawach wiedzą, że tej roboty po prostu nie chciał. Ale po przegranych wyborach do rady miasta oraz wyrzuceniu ze stołka wiceprezydenta – nie miał wyjścia. Przyjął podsunięty mu przez służby Jacka Sutryka złoty parasol i zasiadł na gorącym stołku prezesa miejskiej, śmieciowej spółki.
To dlatego dziś opowiada bajki o odpowiedzialności społecznej firm śmieciowych i dziedzictwie prawnym poprzednich przetargów. Pytany wprost o to, dlaczego Wrocław płaci za śmieci więcej niż Kraków czy Warszawa – powtarza argumenty branży odpadowej o najwyższej jakości usług dla mieszkańców. To nie jest język Wrocławia. To jest język tej samej mafii śmieciowej i ratusza Jacka Sutryka, który od lat pozwala jej dyktować warunki.
W znacznej mierze mija się z prawdą, ale nie podejmiemy na tym etapie polemiki z technikaliami. Bo sedno leży gdzie indziej. I tego sedna dotknął Bogdan Zdrojewski.
Bo o ile Zdrojewski mówi o diagnozie – o tym, że system jako całość zawiódł – o tyle Młyńczak mówi wyłącznie o procedurze. Ktoś, kto naprawdę chciałby rozwiązać problem, zacząłby od uznania skali porażki. Młyńczak zaczyna od uznania, że każdy etap tej porażki był formalnie zgodny z prawem.
Komu zatem warto zaufać? Niesamodzielnemu Młyńczakowi, przegranemu politykowi, który wisi na miejskim garnuszku? Człowiekowi na posyłki, który mówi językiem śmieciowych mafii a partia przesuwa go z kąta w kąt, bo wie jak dużym jest obciążeniem?
A może zamiast tego warto zaufać doświadczonemu Zdrojewskiemu, który patrzy na sprawę z perspektywy dystansu, zaufania mieszkańców i może pozwolić sobie na samodzielne oceny?
Rzeczywistość zweryfikowała obietnice
Kiedy w lipcu ogłaszano nowe, warte około dwóch i pół miliarda złotych postępowanie przetargowe, prezes Młyńczak zapewniał oferentów, że „szanuje dorobek prawny”, i apelował o „daleko idącą odpowiedzialność społeczną” oraz uczciwą konkurencję. Kilka tygodni wcześniej, przy okazji głosowania nad podwyżką opłat od 1 września, przedstawiciele klubu Koalicji Obywatelskiej mówili o „uszczelnieniu systemu” i odpowiedzialności za miasto.
Od tamtej pory minęło zbyt mało czasu, żeby ferować ostateczne wyroki – ale wystarczająco dużo, by zobaczyć, że żadna z tych obietnic nie przekłada się na konkret. Żadne dziedzictwo prawne nie uchroniło miasta przed kolejnymi odwołaniami. Żadna odpowiedzialność społeczna nie sprawiła, że firmy odbierające odpady przestały przeciągać sprawę. Bo – i to jest sedno problemu – nic z tego nie miało się nigdy wydarzyć naprawdę. To były słowa pokaz, nie zasady działania.
Firmy śmieciowe robią we Wrocławiu, co chcą, bo mogą. Bo po drugiej stronie stołu mają partnera, który pozwoli im na wszystko. Dlatego przeciąganie przetargu jest dla nich złotym interesem – każdy kolejny miesiąc funkcjonowania na umowach z wolnej ręki to realne pieniądze, bez konieczności wygrywania w uczciwej konkurencji. Dlatego zależy im na takich zmianach w dokumentacji przetargowej, które nie tylko zagwarantują im komfort finansowy, ale przede wszystkim domkną kontrolę nad miejskim monopolem na odpady.
To nie jest tylko wrażenie. W tekście „Śmieciowy układ dusi Wrocław. Jak z kieszeni mieszkańców wyciąga się miliardy złotych” pokazywaliśmy, jak wygląda to na liczbach: wartość samego przetargu to około 2,5 mld zł, a przez półtora roku przeciągania sprawy przed KIO i sądem miasto konsekwentnie pogarszało swoją pozycję negocjacyjną wobec tych samych firm, z którymi teraz musi się dogadywać na ich warunkach.
Gdzie KO widzi interes obywateli
Miłościwie panująca we Wrocławiu i w całej Polsce Partia Obywateli po raz kolejny pokazuje, że obywateli zwalcza a zaciekle broni zupełnie innych interesów. Jej przedstawiciele, ramię w ramię z Lewicą, obsługują interesy śmieciowej branży, podczas gdy w sesyjnych wystąpieniach mówią o „odpowiedzialności za mieszkańców” i trosce o domowe budżety. Zapominają przy tym o swojej tożsamości – mieli bowiem dbać o standardy oraz o potrzeby ludzi w najtrudniejszej sytuacji życiowej.
Za to o siebie dbają wyraźnie lepiej. Bezpośrednio odpowiedzialny za chaos i opóźnienia w przetargu Paweł Karpiński, zastępca prezesa Ekosystemu, zainkasował za 2025 rok nagrodę w wysokości 69 tysięcy złotych – niemal maksymalną możliwą kwotę, jaką przyznała mu rada nadzorcza spółki. I to pomimo spektakularnej klapy z przetargiem. To by wiele tłumaczyło. Bo niezależnie od tego, co napisano w oficjalnych dokumentach i powiedziano na konferencjach prasowych, prawdziwym celem całej tej operacji mogło być po prostu domknięcie śmieciowego układu – z korzyścią dla tych, którzy nim zarządzają.
To nie chłopcy na posyłki są prawdziwym problemem
Byłoby jednak zbyt wygodnie skupić się wyłącznie na Michale Młyńczaku i Pawle Karpińskim. Oni są tylko egzekutorami poważniejszych graczy. Ta sama ekipa – polityczna, urzędnicza i biznesowa – rządzi Wrocławiem od dekad i to ona zbudowała system, w którym dziś tkwimy. Nazwiska są znane, pisaliśmy o nich wielokrotnie. Sprawą od lat zajmują się ci sami ludzie, którzy ten system stworzyli. I z każdym dniem widać wyraźnie, że jest coraz gorzej, nie lepiej. Bo z tymi ludźmi lepiej po prostu nie może być.
Doszliśmy do momentu, w którym niewiele już da się naprawić punktowo. Tego się nie da połatać kolejną interpelacją, kolejnym wywiadem czy kolejną obietnicą „odpowiedzialności społecznej”. Trzeba zburzyć ten fałszywy gmach, bo źródła układu tkwią w samym ratuszu. Trzeba tych ludzi jak najszybciej odsunąć od władzy.
Chcemy coś zmienić? Nie ma innego wyjścia niż referendum
Czy mamy czekać, aż system się załamie na wzór Sycylii? Jeśli sam Bogdan Zdrojewski – polityk, który akurat nie musi niczego udowadniać – mówi o katastrofie, to czy naprawdę mamy siedzieć i biernie się temu przyglądać?
Warto zresztą przypomnieć, skąd w ogóle wzięła się „Sycylia” w tej debacie. To politycy Koalicji Obywatelskiej – nie my – sięgnęli po ten obraz, straszą nim mieszkańców na sesjach rady miejskiej przy okazji głosowań nad podwyżkami. Jak pisaliśmy w tekście „Sycylia we Wrocławiu? Nie tylko my dostrzegamy mafijne mechanizmy”, nie jesteśmy jedynymi, którzy w tym, co dzieje się na Dolnym Śląsku, dostrzegają mechanizmy znane raczej z układów mafijnych niż z samorządowej polityki. I skoro sami zwolennicy tego systemu przyznają, że jesteśmy bliżej sycylijskiego scenariusza niż nam się wydaje – to tym bardziej nie ma powodu, by na to czekać biernie.
Żeby coś zmienić, trzeba zmienić władzę. Nie zrobi tego rada miejska trzymana w garści przez sieć powiązań finansowych, rodzinnych i politycznych. Nie zrobi tego prokuratura ani sąd, choć sprawy, które od miesięcy dokumentujemy, powinny się już toczyć.
Czy możemy biernie patrzeć na to jak Wrocław prowadzony jest do katastrofy? Jeśli chcemy z tym coś zrobić naprawdę, musimy sięgnąć po inne narzędzia demokratyczne. Nie ma innego wyjścia niż referendum. W przeciwnym razie pozostanie nam tylko patrzeć, jak Wrocław się marnuje.
Fot. dewuradio, dziennik gazeta prawna

