Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.

W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców”.

To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości”, która „może wywracać stolik właściwie permanentnie”. Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.

Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.

Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?

W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.

Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.

Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców” wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.

Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.

Skąd ta troska o demokrację?

Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?

Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.

Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.

Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.

A potem Sutryk zapomniał o konkursach

Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.

W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:

  • Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
  • Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
  • Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)

Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.

Złoty spadochron

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.

Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.

Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika”.

Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: „Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<.”

Kolesie boją się demokracji?

Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.

Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.

Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.

SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.