Miliardy Wrocławia pod kontrolą śmieciowej ośmiornicy – pełna historia prywatyzacji monopolu
Piotr Uhle
Od 2013 roku polskie samorządy mają monopol na odpady komunalne. To miało chronić mieszkańców przed dzikimi wysypiskami i dać gminom realną kontrolę nad kosztami. We Wrocławiu monopol ten od lat systematycznie oddawany jest w ręce prywatnego biznesu – a jego architektami i beneficjentami są konkretni ludzie z konkretnej partii. Dziś miasto płaci za to najwyższe w Polsce stawki, a wkrótce może zapłacić jeszcze więcej.
Monopol, który miał chronić mieszkańców
Ustawa, która weszła w życie na początku 2013 roku, zmieniła zasady gry w gospodarce odpadami w Polsce. Gminy stały się formalnym właścicielem odpadów komunalnych wytwarzanych przez mieszkańców i zyskały wyłączne prawo do pobierania opłaty za ich odbiór i zagospodarowanie. Chodziło o to, by śmieci przestały masowo lądować w przydrożnych rowach i lasach, a samorządy – w imieniu i w interesie mieszkańców – mogły skutecznie zarządzać tym sektorem.
Ustawodawca dał gminom wybór: mogły budować własne zdolności operacyjne albo zlecać realizację zadań firmom prywatnym w drodze przetargów. To miało być narzędzie w rękach samorządu, nie pułapka. Wrocław wybrał drogę, która z czasem okazała się pułapką.
Spółka wydmuszka, bo tak jest wygodniej
W 2012 roku, jeszcze przed wejściem ustawy w życie, miasto powołało spółkę Ekosystem, która miała zorganizować cały sektor gospodarki odpadami. Zamiast jednak budować realne kompetencje operacyjne – własną logistykę, własne instalacje przetwarzania, własne zdolności negocjacyjne – Ekosystem od początku funkcjonował jako przedłużenie urzędu, którego jedynym zadaniem było zlecanie wszystkiego na zewnątrz, do prywatnych firm.
To fundamentalna różnica w stosunku do modelu, który miasto z powodzeniem stosuje w innym obszarze infrastruktury krytycznej. Wrocław ma inną miejską spółkę zarządzającą monopolem – MPWiK, odpowiedzialne za dostawy wody i odbiór ścieków. Od lat działa profesjonalnie i stabilnie, rozbudowuje infrastrukturę, inwestuje we własne zdolności i zapewnia bezpieczeństwo tej usługi pod realną kontrolą obywateli i opinii publicznej. Nikt rozsądny nie proponuje, by Wrocław oddał sieć wodociągową prywatnym operatorom bez żadnej kontroli nad infrastrukturą.
W gospodarce odpadami powinno działać to samo. Nie działa – bo miasto latami żyło w błędnym przekonaniu, że powierzenie usługi zewnętrznym firmom zwalnia je z odpowiedzialności za jej cenę. Prawo mówi jednak co innego: miasto posiada śmieci i ma ustawowy obowiązek zapewnić ich odbiór i zagospodarowanie. Niewykonanie tego obowiązku to poważna przesłanka nawet do wprowadzenia zarządu komisarycznego. Presja na miasto jest więc ogromna – a to właśnie ta presja stała się kartą przetargową dla branży.
Monopolizacja rynku pod politycznym nadzorem
Początkowo rynek usług śmieciowych we Wrocławiu był relatywnie otwarty. Z biegiem lat wytworzyła się jednak hermetyczna grupa firm, które stopniowo zaczęły prywatyzować faktyczną kontrolę nad monopolem – mimo że formalnie właścicielem odpadów pozostaje miasto. W ostatnich latach proces ten przyspieszył i się pogłębił.
Najbardziej spektakularnym tego dowodem był przetarg z 2022 roku. Chaos, opóźnienia i seria odwołań doprowadziły do rekordowej podwyżki opłaty za odbiór odpadów – z 24 do 41,24 zł od osoby miesięcznie. Wtedy padały deklaracje, że taka sytuacja nie może się powtórzyć, że trzeba przerwać monopol firm zewnętrznych i budować własne, miejskie zdolności. Nie zrobiono w tym kierunku dosłownie nic. Dziś stawka wynosi 55 zł – najwyższą spośród wszystkich polskich miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców.
Wrocław na musiku – dzieło polityków
Efekt lat zaniechań jest taki, że Wrocław praktycznie nie posiada dziś żadnych własnych zdolności w gospodarce odpadami – ani organizacyjnych, ani logistycznych, ani infrastrukturalnych. Nie ma własnego składowiska, nie ma instalacji recyklingu i odzysku. Absolutnym minimum bezpieczeństwa powinny być niezależne od innych usług, wieloletnie umowy gwarantujące dostęp do składowiska. Wrocław ich nie ma, bo miasto po prostu przestało inwestować w ten obszar wiele lat temu.
Dla porównania: Bydgoszcz w tym samym czasie wybudowała nowoczesną sortownię odpadów, w większości za pieniądze z dotacji unijnych. Wrocław po te środki nie sięgnął.
Bez własnej infrastruktury i organizacji miasto utraciło realną kontrolę nad monopolem, który formalnie do niego należy. Musi płacić firmom zewnętrznym na ich warunkach – a odpady, zamiast być źródłem stabilnych przychodów i kontroli nad usługą publiczną, stały się dla miasta olbrzymim problemem.
Warto sobie zadać pytanie, które nasuwa się samo: gdyby taki sam scenariusz – utrata własnych zdolności i pełne uzależnienie od zewnętrznych dostawców – dotyczył MPWiK, jak wysokie płacilibyśmy dziś rachunki za wodę?
Mechanizm szantażu cenowego
W gospodarce odpadami jedynym realnym ograniczeniem wysokości opłaty jest stawka przeciętnego miesięcznego dochodu rozporządzalnego, publikowana co roku przez GUS. Poza tym pułapem miasto jest zmuszone zapłacić firmom każdą cenę, jakiej te zażądają – i przerzucić koszt na mieszkańców, w opłacie śmieciowej lub w podatkach.
To dlatego firmy z branży mogły bezkarnie przeciągać procedurę przetargową do absurdalnych rozmiarów. Przez półtora roku miasto nie było w stanie wyłonić wykonawców w drodze przetargu – umowy zawierano z wolnej ręki, wydając w ten sposób grubo ponad pół miliarda złotych. Miasto przegrało przy tym wszystkie odwołania przed Krajową Izbą Odwoławczą i w sądzie – trudno uwierzyć, że to wyłącznie efekt urzędniczej nieudolności.
Na tym sabotażu traciły wyłącznie gospodarstwa domowe. Nie traciły firmy śmieciowe, które w tym czasie zawierały kontrakty bez konkurencji, na lepszych dla siebie warunkach. Mieszkańcy obserwowali narastający chaos, który później posłużył do uzasadnienia radykalnych decyzji – zastosowano wobec nich klasyczną doktrynę szoku, strasząc scenariuszem „sycylijskim” (czytaj więcej).
To dlatego firmom z branży zależy dziś na długich, czteroletnich kontraktach. Dlatego trzymają w swoich rękach organizację, logistykę, składowiska i recykling (czytaj więcej). I dlatego dziś dążą do ostatecznego domknięcia infrastrukturalnej zależności miasta od branży – poprzez budowę spalarni odpadów. To nie tylko przejęcie biznesu wartego 2,5 miliarda złotych. To zamknięcie systemu w sposób, z którego przy dramatycznej sytuacji budżetowej Wrocławiowi będzie ekstremalnie trudno się kiedykolwiek wyzwolić (czytaj więcej).
Kto za tym stoi i dlaczego jest to partia obywateli
Oddanie monopolu w prywatne ręce nie było przypadkiem ani zbiegiem okoliczności. Za tym procesem stoją konkretne osoby i konkretna partia.
Cała Platforma Obywatelska głosowała w 2022 roku za rekordowymi podwyżkami, jednocześnie deklarując wzmocnienie własnych, miejskich kompetencji w gospodarce odpadami. Twarzą całego procesu był Paweł Karpiński, wówczas radny PO, później prezes, a następnie wiceprezes Ekosystemu. Politycznie proces nadzorowali Jarosław Charłampowicz, Ewa Wolak i Michał Młyńczak – wszyscy z PO. Za lojalność byli, jak się wydaje, hojnie wynagradzani dodatkowymi zleceniami dla siebie lub swoich bliskich, sięgającymi w niektórych przypadkach niemal miliona złotych.
Środowisko PO, a później KO, czerpało z biznesu śmieciowego wymierne korzyści na wielu poziomach. Mężowie ówczesnych działaczek PO/KO, Renaty Granowskiej i Agnieszki Rybczak, korzystali na sponsoringu udzielanym przez firmy śmieciowe klubowi piłki ręcznej – a to nie jedyne rodzinne powiązania tych pań z branżą. Mąż obecnej posłanki Anny Sobolak z KO najpierw był prezesem miejskiego Ekosystemu, a później wystawiał faktury na dziesiątki tysięcy złotych jednej z firm z branży śmieciowej.
To środowisko Koalicji Obywatelskiej przejęło nadzór nad Ekosystemem, gdy wiceprezydentem miasta został Michał Młyńczak, i utrzymuje tę kontrolę do dziś – Młyńczak został prezesem spółki, a jego stanowisko wiceprezydenckie przejął Grzegorz Roman, również z KO. To w głównej mierze KO odpowiada za to, że opłata za odbiór odpadów wzrosła do 55 złotych miesięcznie – najwyższej stawki wśród polskich miast powyżej stu tysięcy mieszkańców.
Szczególnie zastanawiająca jest w tym kontekście rola liderów KO. Michał Jaros, będąc w parlamentarnej opozycji, organizował konferencje prasowe poświęcone walce z „mafią śmieciową”. Po przejściu do koalicji rządzącej – kierując strukturami partii w mieście i województwie – bierze pełną odpowiedzialność za utrwalenie kontroli branży śmieciowej nad miejskim monopolem. Nie jest tajemnicą, że szczegóły podziału stanowisk dla prominentnych działaczy KO – Mateusza Żaka i Grzegorza Romana jako wiceprezydentów oraz Mateusza Jędrachowicza jako wiceprezesa ARAW – uzgadniali w imieniu odpowiednio Grzegorza Schetyny i Michała Jarosa: Jarosław Charłampowicz i Maurycy Graszewicz. Trudno dziś doszukać się w tym układzie jakiejkolwiek niezależności.
Afera śmieciowa ma więc jasną, partyjną identyfikację. Koalicja Obywatelska działa w tej sprawie na własną niekorzyść – i na wyraźną korzyść branży.
Mafijne schematy: zmowa milczenia
Prawda o tej aferze jest dla jej uczestników wyjątkowo niewygodna. Dlatego zastosowano kolejną, dobrze znaną z innych kontekstów zasadę – omertę, zmowę milczenia. Spółka Ekosystem konsekwentnie uchyla się od udzielania odpowiedzi i dostępu do kluczowych dokumentów. Co więcej, aktywnie zwalcza przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, którzy domagają się jawności – zawiadamiając prokuraturę pod wątpliwymi pretekstami i angażując policję, tylko dlatego, że ktoś domaga się prawdy.
Jak paskudna musi być ta prawda, skoro tak pieczołowicie jest strzeżona? Jakie powiązania i przepływy finansowe faktycznie wchodzą tu w grę – tego nie wiemy, bo nie mamy do tego narzędzi ani uprawnień śledczych. Piszemy wyłącznie o tym, co widać gołym okiem, oraz o tym, co udaje się wydobyć od urzędów i spółek w drodze formalnych zapytań i kontroli. Nawet ten fragmentaryczny obraz układa się jednak w bardzo niepokojącą całość. Relacje o charakterze mafijnym nie powstają z dnia na dzień – buduje się je latami, pieczołowicie i subtelnie, a ich uczestnicy hojnie się nawzajem wynagradzają i chronią, by układ trwał.
Umiesz liczyć? Licz na siebie
Zamiast oddawać władzę temu układowi, Wrocław potrzebuje własnego zakładu przetwarzania odpadów, skupionego na nowoczesnym recyklingu. Nie wydmuszki zlecającej wszystko na zewnątrz, ale prężnej organizacji, która – tak jak MPWiK w swojej branży – sama wyznacza standardy na rynku. Tylko w ten sposób miasto może uniezależnić się od dyktatu firm śmieciowych.
Czy taki zakład zbuduje układ, który oplótł swoimi wpływami Wrocław? Przekonani o własnej bezkarności cynicy w gabinetach wierzą, że doprowadzili do sytuacji bez wyjścia – że zmęczeni i zmanipulowani wrocławianie potulnie zapłacą każdą opłatę i każdą daninę na rzecz swoich feudalnych panów.
Nie mają racji.
Czy mieszkańcy dumnego, niepokornego miasta mogą patrzeć na to bezradnie i bezczynnie? Czy pozwolimy na jawną degenerację lokalnych elit i okradanie nas w biały dzień? Jeśli chcemy niezależności od śmieciowego układu, musimy najpierw wybrać sobie niezależną władzę – bo polityczne elity, od lewa przez centrum po miejskich rzekomo niezależnych, nie mają żadnego interesu w rozbiciu tego układu. Same się nim żywią.
Jedyną nadzieją dla Wrocławia jest dziś samoorganizacja społeczeństwa. Tylko silne, świadome i bezkompromisowe społeczeństwo obywatelskie jest w stanie rozbić ten stolik. Czas przestać płacić za ich bal. Czas odzyskać Wrocław.

