Spalarnia, czyli kolejny biznes śmieciowej mafii
Piotr Uhle
Przez lata Wrocław był jedynym dużym miastem w Polsce, które twardo mówiło „nie” spalarni odpadów. Mieszkańcy Wrocławia dzięki swojej aktywności i stowarzyszeniu STOP Wrocławskiej Spalarni znakomicie wiedzą jakie zagrożenia niesie ze sobą taka instalacja. Dlatego skutecznie blokowali jej budowę. Jednak chciwość branży śmieciowej znowu bierze górę i magicznie sprawia, że politycy zapominają o swoich obietnicach. Cóż w końcu szkodziło obiecać.
Monopol na wysypiska
Kto ma wysypiska ten rządzi rynkiem śmieciowym. Może dyktować warunki inny firmom oraz, samorządom. Tak jest również we Wrocławiu. Trzy z czterech najbliższych składowisk należą do firm, które aktualnie obsługują Wrocław. Rzeczywistość, na którą pozwoliły władze jest nieubłagana – około ¼ wrocławskich śmieci co roku musi trafiać właśnie w tamte miejsca. Jednak nie będzie to trwało w nieskończoność – i dlatego lobby spalarniowe wróciło do gry o Wrocław.
Miasto, mimo zapowiedzi, nie zrobiło nic, by na własną rękę zmniejszyć ilość odpadów trafiających na wysypiska. Zamiast zainwestować w nowoczesną sortownię, kompostownię, systemy doczyszczania odpadów – płaciliśmy wysokie rachunki biznesmenom-śmieciarzom. Dziś słyszymy, że remedium na nasze problemy ma być spalarnia. A jeżeli od niej zaczniemy – uzależnimy Wrocław od branży śmieciowej na dekady.
Dlaczego? Bo unijne przepisy wymuszają na samorządach nie tylko coraz lepszy recykling (cel: 65% wszystkich odpadów) ale także zmniejszenie ilości odpadów trafiających na składowiska (cel: maksymalnie 10% wszystkich odpadów). Nieprzestrzeganie norm będzie wiązało się z olbrzymimi karami.
Nowy model: spalić i zarobić
Spalanie odpadów firmom śmieciowym się po prostu opłaca a ten, kto uzyska status operatora takiej instalacji uzyska olbrzymią przewagę nad całą konkurencją. Dlaczego? Po pierwsze: gdy już jedna spalarnia powstanie – nie będzie pieniędzy, zgody społecznej ani ekonomicznego uzasadnienia na budowę jakiejkolwiek następnej. Po drugie: operator zarobi nie tylko odbierając odpady. Zarobi także na sprzedaży ciepła i prądu. Po trzecie: to pozwala mu w krótkiej i średniej perspektywie czasu wygrywać w cuglach przetargi. A po podporządkowaniu sobie rynku – będzie mógł dyktować ceny i kontrolować cały system.
W jakich warunkach system będzie działał najkorzystniej dla śmieciobiznesu? Gdy operatorem spalarni będzie jedna z firm, które już dziś posiadają wysypiska. Monopol śmieciowy się domknie a pozycja miasta będzie jeszcze gorsza.
Kto zapłaci za fabrykę dymu i hałasu?
Budowa spalarni o odpowiedniej przepustowości to koszt rzędu 1,5 mld zł. Jeden ze scenariuszy to montaż trzech źródeł: część kosztów pokrywa samorząd, na przykład wnosząc grunt, część Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w pożyczce, a resztę, wraz z zyskami z eksploatacji instalacji, prywatny partner z branży odpadowej. Ostatecznie za wszystko i tak zapłacą mieszkańcy w opłacie za śmieci i innych podatkach.
Nie bez znaczenia jest tu fakt, że wiceprezesem NFOŚiGW został niedawno Paweł Augustyn, menedżer, który od kwietnia 2018 do maja 2023 roku zajmował stanowisko prezesa zarządu ENERIS Surowce, największej polskiej spółki w branży gospodarki odpadami. Czy w tym czasie Augustyn brał udział w rozmowach o inwestycjach i partnerstwach publiczno-prywatnych w instalacje przetwarzania odpadów? Nie mamy pewności, jednak na pewno dziś zasiada po stronie państwowej instytucji decydującej o finansowaniu takich inwestycji z pieniędzy publicznych i właśnie ogłosił konsultacje społeczne nowego funduszu zakładającego budowę 10 spalarni na terenie całego kraju.
Oszukali wyborców a teraz wciskają im spalarnię
Deklaracje o braku zgody na spalarnię we Wrocławiu padały z ust prezydenta Sutryka wielokrotnie i przez lata. Już w 2021 roku podkreślał, że jako dyrektor Departamentu Spraw Społecznych osobiście podważał zasadność budowy instalacji termicznego przekształcania odpadów, dzięki czemu w Studium Wrocławia wprowadzono zapis wykluczający taką inwestycję na terenie miasta. W 2023 roku wiceprezydent Jakub Mazur mówił wprost: „Jako gmina nie mamy takich planów. Prezydent Jacek Sutryk już jakiś czas temu zadeklarował, że we Wrocławiu nie będzie spalarni i tego się trzymamy”.
Jednak po wyborach ton wypowiedzi władzy zmienił się gwałtownie. W wywiadzie dla Portalu Samorządowego prezydent Sutryk przyznał, że „warto dokonać rewizji w myśleniu o instalacji termicznej”, a zapytany wprost, czy nie ma już do spalarni negatywnego stosunku, odpowiedział: „Nie mam, bo znam te instalacje i w Polsce i na świecie, a poza tym nie znam innego modelu” – Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia. W kolejnym wywiadzie mówił już o spalarni, że „to jest potrzebne”, że „nikogo nie truje”, powoływał się na nieokreślone „argumenty naukowe” i roztaczał wizję nawet czterech spalarni w województwie dolnośląskim.
Za szefem powtarzał ówczesny prezes Ekosystemu Paweł Karpiński a jeszcze dalej poszedł wiceprezydent Grzegorz Roman. Zapytany, czy nie jest już za późno na taką inwestycję, odpowiedział bez wahania: „A czemu za późno? Jak pan czegoś nie ma, to lepiej to zrobić późno niż wcale”. Gdy radny Robert Suligowski zauważył, że system dopiero zaczną budować od przyszłego roku, Roman uciął krótko: „Już budujemy”. Sam Suligowski, mimo deklarowanego ideowego sprzeciwu wobec spalania odpadów, przyznał, że traktuje taką instalację jako „mniejsze zło” wobec składowania.
Cena, która dopiero nadejdzie
Gdy spalarnia już powstanie, a jej operatorem zostanie firma z branży odpadowej, system się domknie ostatecznie. Zgoda społeczna na budowę kolejnej takiej instalacji będzie praktycznie niemożliwa, więc Wrocław zostanie skazany na warunki dyktowane przez jednego gracza, bez możliwości odwrotu.
Spalarni sprzedawana dziś jako recepta na tańsze śmieci może za kilka lat okazać się kolejnym generatorem kosztów przerzucanych na mieszkańców, gdy do rachunków dołączą rosnące opłaty za uprawnienia emisyjne CO2 – nawet o 60% od tony spalanych odpadów – mówi o tym sama branża śmieciowa w memorandum przyjętym przez Krajową Izbę Gospodarki Odpadami. Tu jednak biznesmeni-śmieciarze i urzędnicy mają przetartą ścieżkę. Zawsze gdy chcieli podwyżek opłaty za śmieci – KO a wcześniej PO, pod rękę z lewicą dostarczała niezbędnych głosów. Sięgną po znane argumenty – będą straszyć chaosem i przekonywać, że skoro powiedzieliśmy A i wydaliśmy półtora miliarda na spalarnię to trzeba powiedzieć B i płacić horrendalne pieniądze na jej utrzymanie.
Ostatnie drastyczne podwyżki opłat za odpady mogą się okazać dopiero wstępem do tego, co nadejdzie, jeśli miasto pójdzie tą drogą bez publicznej debaty i bez twardych gwarancji dla mieszkańców. Dolny Śląsk jest dziś ostatnim województwem w Polsce bez spalarni. To nie zaległość do nadrobienia, tylko przewaga, którą wciąż można mądrze wykorzystać, jeśli decyzja zapadnie zanim, jak to ujął wiceprezydent Roman, ktoś zdąży powiedzieć, że „już budujemy”.
Na koszty zarówno finansowe jak i zdrowotne dla mieszkańców wielokrotnie wskazywało stowarzyszenie STOP Wrocławskiej Spalarni.
Wrocław ma najdroższe śmieci dla rodzin
Spośród miast powyżej 100 000 mieszkańców Wrocław ma najdroższe odpady liczone od osoby. Czteroosobowa rodzina od września będzie płaciła w stolicy Dolnego Śląska 220 zł. Dla porównania: w Warszawie już tylko 85 zł.
Co prawda wszyscy ciężko musimy tyrać na to, by system utrzymać. Co prawda koszty odpadów w największym stopniu dotykają osoby o mniej zasobnym portfelu. Co prawda kosztem ludzkiej krzywdy budowane są śmieciowe fortuny.
Ale to są poświęcenia, którą klika Sutryka, KO, Lewica i odpadowa branża są gotowi ponieść. By żyło się lepiej.
Fabryka raka i chorób dla naszych dzieci
Za tą zmianą retoryki nie stoją nowe fakty, tylko stara kalkulacja biznesu odpadowego. Jednak gdy przyjrzeć się spalarniom dokładniej widać, że zyskują tylko biznesmeni-śmieciarze.
Spalanie nigdy nie będzie czyste i liczne badania potwierdzają poważne konsekwencje dla zdrowia i życia zamieszkujących okolicę ludzi. Nie da się zagwarantować, że systemy filtracji nie ulegną awarii. Każda taka awaria oznacza uwolnienie do atmosfery dioksyn, furanów i metali ciężkich, substancji rakotwórczych osiadających w glebie i wchodzących do łańcucha pokarmowego, na obszarze sięgającym kilometrów, nie kilkuset metrów. Do niekontrolowanych pożarów dochodzi zresztą regularnie w samych spalarniach i innych zakładach, ostatnio między innymi w Gdańsku, Przysiece i Olsztynie. Zamiast oszczędności zafundujemy sobie fabrykę trucizn dla naszych dzieci.
Czas skończyć z tym szaleństwem
Branża śmieciowa pod rękę z politykami i urzędnikami chce domknąć system i ostatecznie zabetonować rynek odpadów w regionie. Najpierw zastosowali doktrynę szoku, o której pisałem na początku tygodnia.Potem uzyskali podwyżkę opłaty śmieciowej i przedłużenie kontraktów do 4 lat. Wyzyskają miasto do cna i pozostanie im ostatni element układanki: spalarnia.
Jak temu zapobiec? Popatrzmy na to kto na to wszystko pozwala i ponosi odpowiedzialność za współudział w ubezwłasnowolnieniu miasta. To politycy i urzędnicy, którzy w tuszowaniu afery zaszli tak daleko, że nie są w stanie już wiarygodnie zajmować się tą sprawą. Odwołanie Michała Młyńczaka i Pawła Karpińskiego to dziś za mało. Na ich miejsce przyjdą inni, którzy przejmą pałeczkę w śmieciowej sztafecie.
Jeżeli cały system działa na szkodę mieszkańców to jak powinni oni potraktować reprezentantów tego systemu? Pozwolić im dalej realizować interesy kosztem miasta? A może dysponują innymi, demokratycznymi narzędziami? Przypominam: każdy dzień tolerowania tych patologii to stracone szanse i wzmacnianie układu.
Może jednak najwyższy czas się obudzić?
Takich informacji nie przeczytacie w mainstreamowych mediach. Nie usłyszycie ich od posłusznych władzy polityków. Firmy śmieciowe są po prostu zbyt bogate i zbyt skuteczne w budowaniu sobie poparcia w polityce, urzędach i mediach. Dlatego nie czekajcie – podajcie dalej ten tekst. Zwiększajmy świadomość mieszkańców, bo bez informacji będziemy bezbronni względem hucpy dziejącej się na naszych oczach.

