Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd
Nietransparentny rejestr umów wprowadza obywateli w błąd
Nietransparentnie prowadzony Urzędowy Rejestr Umów to coraz częściej przyczyna poważnych skandali. Jeszcze niedawno ukrywano w nim tożsamość tajemniczego wykonawcy zlecenia na przygotowanie statutów osiedli, mimo że to standardowa pozycja w URU. Dopiero po naszej interwencji uzyskaliśmy informacje, że wykonawcą był prof. Korczak.
Umowa, której nie było – a jednak była
W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W rejestrze nie ujawniono zawartej umowy z kancelarią prawną, którą zatrudnia Miasto Wrocław do doradztwa prawnego oraz zastępstwa procesowego. Widoczne były tylko dane dotyczące dwóch aneksów – o wartości 61 500 zł oraz 19 680 zł. Po naszej interwencji ujawniono pierwotną umowę, która miała być pominięta „omyłkowo" przez osobę, która już nie pracuje. Łącznie po tajemniczym „odnalezieniu się" umowy w rejestrze widniały trzy pozycje – umowa BOP/2/2024 o wartości 61 500 zł, aneks nr 1 do tej umowy o wartości 61 500 zł oraz aneks nr 2 do niej o wartości 19 680 zł.
Wraz z wcześniejszymi zamówieniami wartość umów i aneksów sumowała się do kwoty 159 900 zł. Rejestr podawał dokładnie takie informacje jak powyżej. Sprawa miała o tyle niepokojący charakter, iż wspólnikiem we wskazanej kancelarii był mecenas Błaszczak, który jednocześnie reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej w Collegium Humanum, a pierwszy aneks był podpisany raptem tydzień po zatrzymaniu jego mocodawcy przez Centralne Biuro Korupcyjne.
W naszej opinii budziło to uzasadnione wątpliwości co do etycznego aspektu relacji między podmiotami: Jacek Sutryk, Gmina Wrocław, kancelaria BSKK. Podobne pytania zadawalibyśmy sobie, gdyby na przykład firma układająca na zlecenie miasta kostkę brukową ułożyła ją również w ogrodzie prezydenta. Albo gdyby prezydent kupił dom po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy otrzymującego sowite dotacje z budżetu miasta.
Pisaliśmy o tym w ubiegłym tygodniu.
Aneksy zamiast kwot – błąd czy manipulacja?
Dopiero po kilku dniach udostępniono nam przedmiotową umowę. Okazało się, że kolejne aneksy nie dotyczyły dodatkowych kwot w ramach umowy, a po prostu jej przedłużenia. Oznacza to, że sposób prowadzenia rejestru umów wprowadza odbiorców w błąd. I nie chodzi tu tylko o powielanie wartości zamówienia w jednym z aneksów a zmianę w drugim, ale także o nieujawnienie pierwotnej umowy. Ostatecznie okazuje się, że umowa miała wartość 61 500 zł brutto i nie została w pełni skonsumowana, jednak okoliczności jej zawarcia budzą dodatkowe wątpliwości. W sprawie prawidłowości prowadzenia rejestru radni skierowali już odpowiednie zapytania.
Cztery powody do niepokoju
- Po pierwsze, nad sprawą pilnie pracował już Zespół Radców Prawnych w Urzędzie Miejskim Wrocławia, który opracował strategię procesową. Ciekawi nas przyczyna zawarcia po dwóch latach trwania sprawy dodatkowej, sowicie płatnej umowy akurat z kancelarią, której wspólnik reprezentował później Jacka Sutryka w jego prywatnej sprawie karnej.
- Po drugie, mecenas Błaszczak w swojej historii miewał już sytuacje, gdy jednocześnie na zlecenie Jacka Sutryka – osoby prywatnej, oraz Jacka Sutryka – prezydenta Wrocławia, stosował straszenie klasycznym SLAPPem wobec Marcina Nierody, redaktora podcastu Przyjaciele Kota Wrocka.
- Po trzecie, mecenas Błaszczak postawił się w sytuacji oczywistego konfliktu interesów. Nie powinien bowiem reprezentować jednocześnie miasta Wrocławia oraz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. W chwili zawarcia umowy z Jackiem Sutrykiem jego kancelaria winna nie tylko poinformować Gminę Wrocław o zaistniałym konflikcie ale także całkowicie zrezygnować z obsługi miasta. W innym przypadku nie powinna zawierać umowy z prezydentem w jego prywatnej sprawie karnej dotyczącej korupcji i oszustwa w ramach afery Collegium Humanum.
- Po czwarte, w sytuacji takiego samego konfliktu interesów postawił się prezydent Jacek Sutryk. Znowu: gdyby zawarł umowę na strzyżenie trawnika w swoim ogrodzie z firmą, która utrzymuje miejskie parki – wszelkie pytania znalazłyby rzeczowe uzasadnienie o niebezpieczne konfiguracje. Nie wspominając już o sprzedawaniu domu przez prezydenta swoim hojnie wynagradzanym pracownikom – na przykład prezesom Aquaparku będącym w związku małżeńskim z późniejszymi prezesami miejskiego ZOO.
Apel o wiarygodny rejestr
Konflikty interesów i niejasne związki – jak widać – mnożą się. To wszystko, wraz z nietransparentnymi metodami prowadzenia Urzędowego Rejestru Umów, gdzie „wpadki" zdarzają się akurat w sytuacjach, które mogłyby być dla urzędu i jego kierownictwa politycznie niewygodne, budzi uzasadnioną troskę o jakość wydatkowania środków publicznych – czyli troskę o dobro wspólne.
Z tego miejsca apelujemy do prezydenta miasta i jego pracowników odpowiedzialnych za prowadzenie rejestru umów o dostosowanie go w taki sposób, aby nie wprowadzał w błąd mieszkańców, oraz o szczególną dbałość o kompletność i poprawność przedstawianych danych. Jeżeli bowiem z publicznego, urzędowego rejestru nie można uzyskać wiarygodnych i potwierdzonych danych – urząd sam tworzy niedopowiedzenia i podważa zaufanie do informacji publicznej podawanej przez instytucje publiczne.
Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską
Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską
Głęboka konsternacja – tak najlepiej można byłoby opisać atmosferę, która zapanowała w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia, gdy dyrektor Jacek Barski w ramach referowania projektu uchwały w sprawie lex deweloper przy ul. Kwidzyńskiej przekazał głos reprezentantowi dewelopera. Tym samym w imieniu prezydenta głos zabierał deweloper, którego wart dziesiątki milionów złotych interes gospodarczy był przedmiotem obrad.
Zwykli mieszkańcy czy osiedlowcy nie mają takiego prawa. Wyjątek zrobiono dla dewelopera. I – jak się okazuje – ten sam deweloper otrzymał takie wyróżnienie z rąk urzędników nie pierwszy raz!
Lex Deweloper przy Kwidzyńskiej – 70 mln zł dla dewelopera jedną decyzją
W trakcie czwartkowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia jednym z punktów był projekt uchwały w sprawie zgody na zawarcie porozumienia określającego sposób realizacji inwestycji towarzyszących ze spółką EDO, która we współpracy ze znanym deweloperem Toscom Developement zamierza realizować kolejny etap inwestycji deweloperskiej na terenach dawnej stoczni przy ul. Kwidzyńskiej w trybie lex deweloper. Inwestor, który uzyskał już zgodę na budowę ponad 1100 mieszkań, ubiega się o pozwolenie na kolejnych 550 lokali mieszkalnych i kilkadziesiąt usługowych.
Decyzja Rady Miejskiej oznacza zatem wzrost wartości działki dewelopera o nawet 60–70 mln zł – i dzieje się to bez wbicia przysłowiowej łopaty w ziemię. Gołym okiem widać więc, że stawka jest ogromna.
Brak porozumienia z radą osiedla
Tryb lex deweloper oznacza, że miasto godzi się na budowę mieszkań niezgodną z planem, a w zamian może otrzymać inwestycje w drogi, chodniki i parki – w porozumieniu z lokalną radą osiedla. Okazało się jednak, że porozumienie z radą nie zostało uzyskane. Referujący uchwałę architekt miasta, Jacek Barski, poprosił o przedstawienie stanu rzeczy… reprezentantkę dewelopera.
Jak dla dewelopera omija się statut
Problem polega na tym, że statut miasta nie przewiduje trybu, w którym głosu udziela się osobom innym niż radni bądź reprezentanci urzędu miejskiego. Sprawa była wielokrotnie przedmiotem sporów i interpretacji, a nawet niedotrzymanych przez Koalicję Obywatelską obietnic wyborczych – odmawiano głosu mieszkańcom i reprezentantom wrocławskich osiedli. Wobec tego, zapytana o tryb statutowy zabierania przez przedstawiciela dewelopera głosu, wiceprzewodnicząca rady prowadząca sesję poinformowała, iż pracowniczka inwestora występuje w imieniu prezydenta miasta.
Podkreślmy jeszcze raz: przedsiębiorca, którego interes gospodarczy jest przedmiotem obrad, zabiera głos w imieniu prezydenta miasta. Specjalnie dla tego przedsiębiorcy zrobiono wyjątek i ominięto Statut Wrocławia. Ta sytuacja jest etycznie naganna i niemożliwa do uzasadnienia. Niektórzy powiedzieliby: bezprecedensowa. Ale czy na pewno?
Dla tego dewelopera miasto robiło już wyjątki
Okazuje się, że gdy sięgniemy do archiwum Rady Miejskiej Wrocławia z września 2023 roku, możemy przeanalizować dyskusję dotyczącą pierwszego etapu inwestycji planowanej przez spółkę EDO. I tak się składa, że dla Janusza Kempy, prezesa tej samej spółki, zrobiono taki sam wyjątek. Ominięto statut i zaproszono go na mównicę. Podobnie jak przedstawicieli znanego dewelopera TOSCOM, bliskiego spółce EDO.
W czyim interesie działają urzędnicy i radni? Mieszkańców czy dewelopera?
Czym szczególnym zasłużył się akurat ten deweloper, że traktowany jest w tak wyjątkowy i szczególny sposób? Czemu wnioski akurat tego dewelopera są w trybie lex deweloper opiniowane przez miasto pozytywnie, podczas gdy wszystkie pozostałe – negatywnie? W czyim interesie występują urzędnicy i radni, którzy prześcigają się w gorliwości i usłużności względem dewelopera? Z pewnością nie w interesie mieszkańców, bo Rada Osiedla Kowale zaprotestowała. Czy na działaniu urzędników i radnych zyskał deweloper? Z pewnością nie stracił.
Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?
Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?
Podczas otwartego posiedzenia klubu Naprawmy Przyszłość, które odbyło się w środę 17 czerwca, głos zabrała Magdalena Gajewska-Królicka, przewodnicząca Rady Osiedla Sołtysowice i członkini zarządu SOS Wrocław. Jej wystąpienie było refleksją nad dotychczasowym przebiegiem prac nad reformą rad osiedli we Wrocławiu i wskazaniem obszarów, które – jej zdaniem – wymagają większej uwagi: rzetelnej diagnozy, szerokich konsultacji oraz wzmocnienia realnej sprawczości osiedli.
Reforma, która zaczyna się od końca
Jak zauważyła przewodnicząca Sołtysowic, kolejna debata o przyszłości osiedli ponownie koncentruje się przede wszystkim na zmianach granic administracyjnych. Tymczasem pytania o kompetencje rad osiedli, ich możliwości działania czy warunki pracy schodzą na dalszy plan.
– Zaczynamy znów szeroką dyskusję o reformach rad osiedli, zaczynając od granic, a nie od kompetencji, nie od sprawczości, nie od diet. Znowu mamy jako temat fundamentalny te granice – mówiła.
Odnosząc się do propozycji zmian dotyczących Sołtysowic, wskazała, że w raporcie przygotowanym przez zespół roboczy jej osiedle zostało podzielone inaczej niż w poprzedniej wersji dokumentu. Obecny podział znów odbiega od obu wcześniejszych propozycji. Skąd wzięły się kolejne korekty? Tego nie wie. Nikt z Radą Osiedla żadnego z tych wariantów nie konsultował.
Potrzeba szerszej rozmowy
Jednym z głównych wątków wystąpienia była kwestia dialogu z radami osiedli. Podczas posiedzenia padły z sali słowa, że rozmowy i konsultacje były prowadzone. Gajewska-Królicka zaznaczyła jednak wyraźnie: nie z jej radą. – Z nami tego nikt nie konsultował. Wyraziliśmy swoją uchwałę jako rada osiedla, natomiast nie otrzymaliśmy w tym temacie żadnych odpowiedzi – podkreślała. To nie jest jednostkowa historia. Poczucie, że głos rad osiedli i samych mieszkańców pozostaje poza głównym nurtem debaty, przewija się przez wiele środowisk osiedlowych w całym Wrocławiu.
Bez audytu nie ma reformy
Jednym z filarów programu SOS Wrocław, spisanego w Memorandum podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego, jest przeprowadzenie pełnego audytu obecnego modelu funkcjonowania osiedli jako punktu wyjścia do jakichkolwiek zmian.
– Żeby zacząć mówić o kompleksowej, transparentnej reformie rad, dobrze byłoby rozpoznać obecny stan i przeprowadzić fundamentalny audyt. Sprawdzić dokładnie co nie działa, co wymaga naprawy. Może analiza SWOT. Po prostu taki punkt wyjścia, żeby wiedzieć co musimy dokładnie zmienić, a nie zmieniać rzeczy od środka – mówiła Gajewska-Królicka.
Jak zaznaczyła, trudno mówić o kompleksowej reformie bez wcześniejszego określenia mocnych i słabych stron obecnego systemu oraz bez rozmów prowadzonych na poziomie poszczególnych osiedli.
Cyfryzacja nieobecna w szerokiej debacie o osiedlach
Gajewska-Królicka zwróciła uwagę na jeszcze jeden wyraźny brak w toczącej się dyskusji. Temat cyfryzacji osiedli praktycznie nie istnieje w publicznym obiegu, mimo że powinien być to jeden z kluczowych filarów reformy.
– Nie mówimy nic o cyfryzacji osiedli. W XXI wieku warto byłoby o tym szerzej rozmawiać, a nie widzę tego w żadnej dyskusji – wskazała.
Program SOS Wrocław w obszarze cyfryzacji przewiduje m.in. jeden ogólnomiejski system elektronicznego obiegu dokumentów dla rad osiedli, obowiązkowe transmisje online z sesji i posiedzeń komisji, jedną platformę cyfrową dla mieszkańców do zgłaszania problemów, śledzenia spraw i udziału w głosowaniach budżetowych, a także standaryzację stron internetowych i mediów społecznościowych wszystkich osiedli. Żaden z tych elementów nie trafił dotąd do centrum miejskiej debaty.
Nie wszystko wymaga zmian
Przewodnicząca Sołtysowic zabrała też głos w obronie tych osiedli, które w obecnym kształcie funkcjonują dobrze. Podział administracyjny to nie tylko linie na mapie: to sieci partnerstw, lokalnych klubów i oddolnych inicjatyw, które przez lata budowały się wokół konkretnych wspólnot i konkretnych nazw.
– Jest wiele osiedli, które w obecnych granicach dobrze działają i szkoda by było je niszczyć. Warto zobaczyć różnego rodzaju partnerstwa i kluby, które na tych osiedlach działają i zostały nawiązane właśnie w obecnych formułach. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy może warto nie ruszać – mówiła Gajewska-Królicka.
Jej wniosek był prosty i powtarzał się jak refren: najpierw zbadać stan faktyczny, potem rozmawiać o zmianach. Reforma rad osiedli, na którą czekają wszystkie środowiska zaangażowane w życie wrocławskich wspólnot, powinna zacząć się nie od mapy, ale od rzetelnej diagnozy tego, co działa, a co wymaga naprawy.
– Sprawdzić jaki jest stan faktyczny i od tego wychodzić. I zaczynać tą kompleksową reformę rad osiedli, na którą myślę, że wszyscy czekamy – podsumowała.
Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy
Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy
Jacek Sutryk za obronę w sprawie karnej zapłacił swojemu adwokatowi z prywatnej kieszeni niedużo - 29 520 zł. Tymczasem ta sama kancelaria - BSKK Błaszczak & Kopyściański - zarobiła na umowach z Urzędem Miejskim Wrocławia co najmniej 159 900 zł. Różnica jest ponad pięciokrotna. I rodzi pytania, na które dotychczasowe wyjaśnienia magistratu nie odpowiadają.
Umowa się odnalazła
Po naszej pierwszej publikacji w Urzędowym Rejestrze Umów pojawiła się umowa, której wcześniej tam nie było - źródłowa umowa BOP/2/2024, wpisana pod numerem 20163. Wartość: 61 500 zł, data zawarcia 29 maja 2024 r., przedmiot - "doradztwo prawne i zastępstwo procesowe". To właśnie do niej odnosiły się oba późniejsze aneksy: z 22 listopada 2024 r. (61 500 zł) i z 26 listopada 2025 r. (19 680 zł).
Razem z dwiema umowami z 2022 r. (6 150 zł i 11 070 zł) suma, jaką BSKK Błaszczak & Kopyściański otrzymała z budżetu miasta na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe, wynosi 159 900 zł.
Sprawa na 623 strony, a prywatny rachunek na 30 tysięcy
Obciążenia Błaszczaka to nie tylko występowanie na konferencjach prasowych w imieniu swojego klienta, co do przyjemności z pewnością nie należy. Akt oskarżenia w aferze Collegium Humanum liczy 623 strony i obejmuje 67 czynów wobec 29 osób. Sam Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty - wręczenia korzyści majątkowej byłemu rektorowi Collegium Humanum, posłużenia się nielegalnie uzyskanym dyplomem i wyłudzenia w ten sposób blisko pół miliona złotych.
14 listopada 2024 r. prezydent Wrocławia został zatrzymany przez CBA i przesłuchiwany przez kilkanaście godzin w Prokuraturze Krajowej w Katowicach. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policji i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Obrońca złożył dwa zażalenia - sąd w Katowicach uznał zatrzymanie za zasadne i celowe, ale obniżył poręczenie do 100 tys. zł. To oznacza kolejne postępowanie, kolejne pisma procesowe, kolejne godziny pracy kancelarii.
Przy takiej skali sprawy - wielowątkowej, dotyczącej licznych zarzutów, toczącej się w innym mieście - kwota 29 520 zł wydaje się nieproporcjonalnie niska. Rodzi to pytanie, które już raz zadaliśmy i które powtarzamy: czy to rzeczywiście całość honorarium za obronę karną prezydenta, czy tylko jej część? A jeśli część - kto pokrył resztę?
Sutryk kontra Sutryk
Tłumaczenia magistratu i prof. Błaszczaka dla Wyborczej - że umowy miejskie "nie mają związku ze sprawą karną prezydenta" - nie dotykają istoty problemu. Nie chodzi o to, czy konkretna umowa formalnie dotyczy sprawy Collegium Humanum. Chodzi o to, że Jacek Sutryk jako osoba prywatna zamawia usługę prawną u tej samej kancelarii, której - jako prezydent Wrocławia - jednocześnie zleca usługi prawne z budżetu miasta, płacąc jej wielokrotnie więcej.
To nie jest sytuacja teoretyczna. Mieliśmy już do niej precedens. W 2022 r., w sprawie facebookowego profilu prezydenta, ta sama kancelaria wysłała dwa analogiczne wezwania do Marcina Nierody - jedno w imieniu Urzędu Miejskiego, drugie w imieniu Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. Sam Nieroda nazwał to "czystym zbiegiem okoliczności". Dziś mamy do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, tylko na większą skalę finansową.
Trzy dni
19 listopada 2024 r. Jacek Sutryk przelał kancelarii 12 300 zł z tytułem "obrona karna". Trzy dni później, 22 listopada, ta sama kancelaria podpisała z Urzędem Miejskim aneks na 61 500 zł. Sama bliskość dat nie jest dowodem niczego - ale w sprawie, w której każda data ma znaczenie, warto zapytać: czy to przypadek, że w tym samym tygodniu doszło do obu zdarzeń?
Błąd, którego nie ma kto wyjaśnić
Rzeczniczka magistratu przekonuje, że zniknięcie umowy BOP/2/2024 z rejestru to "błąd lub niedopatrzenie byłego pracownika". To wygodne wyjaśnienie - nieweryfikowalne i niewymagające odpowiedzialności od nikogo, kto jest obecnie zatrudniony. Ale otwiera ono pytanie szersze niż sprawa jednej kancelarii: jeśli ta umowa "zniknęła" przez błąd, ile innych umów w Urzędowym Rejestrze Umów ma podobne "niedopatrzenia"? To pytanie o wiarygodność całego rejestru.
W związku z tym radny Piotr Uhle skierował do prezydenta Wrocławia formalne zapytanie w tej sprawie. Pytamy w nim, kto był pracownikiem odpowiedzialnym za niewprowadzenie umowy BOP/2/2024 do rejestru, komu podlegał i czy nadal jest zatrudniony w urzędzie - a jeśli nie, z jakich przyczyn zakończyła się jego praca. Pytamy też, czy wobec tej osoby lub jej przełożonych wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje służbowe. I wreszcie - jak technicznie wygląda proces publikacji umów w Urzędowym Rejestrze Umów: czy dane są zaciągane automatycznie z Centralnego Rejestru Umów funkcjonującego w urzędzie, czy wprowadzane ręcznie, oraz jakie procedury mają zapobiegać podobnym "niedopatrzeniom" w przyszłości.
Na odpowiedzi czekamy. Będziemy informować na bieżąco.
fot. fb Jacka Sutryka i strona www kancelarii BSKK
80 000 zł z miasta dla adwokata Sutryka
80 000 zł z urzędu dla adwokata Sutryka w jego sprawie karnej
Co najmniej 80 000 zł otrzymała kancelaria prawna BSKK Błaszczak & Kopyściański z budżetu miasta od postawienia Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Aneks do umowy na ponad 60 000 zł został zawarty... tygodzień po zatrzymaniu Prezydenta Wrocławia.
Rzeczniczka zapewniała: płaci z własnej kieszeni
Cofnijmy się do 15 listopada 2024 roku i konferencji zwołanej dzień po zatrzymaniu Jacka Sutryka. Pełnomocnik Jacka Sutryka, Łukasz Błaszczak zawahał się przed odpowiedzią kto płaci za obsługę prawną swojego mocodawcy: prezydent osobiście czy Gmina Wrocław. Na pytanie, które na konferencji prasowej zadał mu Marcin Torz odpowiedział zachowawczo: - Odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie.
Gdy dziennikarz zwrócił mu uwagę, że to publiczne pieniądze - w sukurs przybyła mu rzeczniczka prezydenta, Agata Dzikowska, która zapewniała: - Za obsługę prawną pana prezydenta płaci pan prezydent z prywatnych pieniędzy.
Kilka dni później - aneks na 61 500 zł
Wszyscy zostali uspokojeni i obserwowali merytoryczny rozwój wypadków - czekali na kolejne informacje z afery Collegium Humanum, analizowali polityczne konsekwencje, sprawdzali kto jeszcze jest absolwentem tej prestiżowej uczelni. Jednak już 7 dni później, 22 listopada - jak można sprawdzić w Centralnym Rejestrze Umów - firma Błaszczak & Kopyściański podpisała aneks do umowy UM.BOP/2/2024 na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe o wartości bagatela - 61 500 zł. Umowa była aneksowana po raz kolejny rok później - tym razem dokument opiewa na 19 680 zł z budżetu do firmy, która broni Jacka Sutryka przed zarzutami o korupcję i oszustwo.
Źródłowa umowa nie ujawniona w rejestrze
Co ciekawe - źródłowej umowy UM.BOP/2/2024 w Centralnym Rejestrze Umów już nie znajdziemy. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale liczymy, że na to i inne pytania odpowiedzą urzędnicy już wkrótce, gdyż za pośrednictwem radnego Piotra Uhle skierowaliśmy do Urzędu Miasta zapytanie o treść umowy, faktury, rachunki oraz wszelkie produkty umowy, która kosztowała nas co najmniej 80 000 zł. Nie chcemy rozstrzygać czy umowy z miastem zawarte przez firmę pełnomocnika Jacka Sutryka miały jakikolwiek związek z jego sprawą karną. Ta sprawa zasługuje jednak na szczegółowe i pieczołowite wyjaśnienie.
Pytania, które trzeba zadać
Obrona Jacka Sutryka w jego sprawie karnej to bardzo poważne wyzwanie, które wymaga dużej zręczności oraz zdolności w zakresie prawa karnego. Z pewnością dodatkowe koszty związane są ze stawaniem w obliczu trudnych i celnych pytań kierowanych przez dziennikarzy. Czy wobec tego nie budzi uzasadnionych pytań fakt, że tydzień po konferencji kancelaria pełnomocnika prezydenta podpisuje lukratywny kontrakt z urzędem? Na jaką kwotę opiewała umowa, której nie ujawniono w rejestrze? Czy wspomniana kancelaria świadczy usługi dla innych jednostek podległych urzędowi? Te pytania warto zadać.
Żądamy potwierdzenia przelewu
Podobnie jak to, które teraz kierujemy do Jacka Sutryka: czy osobiście i w pełni zapłacił za usługi swojego adwokata? Jeżeli tak to słowa nie wystarczą. Opinia publiczna winna oczekiwać, że prezydent zastosuje się do dobrych praktyk w takich okolicznościach. I pokaże potwierdzenie przelewu.
Radcy prawni są, ale miasto zleca na zewnątrz
Miasto wydaje sporo pieniędzy na zewnętrzne usługi prawnicze mimo, że posiada rozbudowany Zespół Radców Prawnych, który w swoich zadaniach ma zawarte w umowach z zewnętrznymi podmiotami kompetencje, a w szczególności doradztwo prawne na rzecz komórek organizacyjnych Urzędu oraz zastępstwo procesowe przed sądami i innymi organami orzekającymi w sprawach należących do zakresu działania Urzędu.
Ostatnio kontrowersje wzbudził fakt, że usługi prawne zostały zamówione u profesora Jerzego Korczaka, któremu za 48 000 zł zlecono napisanie nowelizacji statutów wrocławskich osiedli. Stało się tak mimo, że projekt był przedstawiany jako wypracowany przez radnych zajmujących się we Wrocławiu osiedlami.
Jak to możliwe, że mimo zatrudniania licznych i cenionych na rynku specjalistów nadal usługi prawne zamawiane są na zewnątrz? Czy fakt, że obrońca Prezydenta Wrocławia ma w gronie klientów również Urząd Miejski mu podległy to czysta, bezpieczna i etyczna sytuacja? Sprawdzimy. Będziemy informować na bieżąco.
fot. Radia DTR - Dolnośląskie Twoje Radio
Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia
Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia
1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.
Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło
Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.
NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.
Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.
Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie
To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.
Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:
– Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.
Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.
Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy
W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.
Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.
– Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.
O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?
„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"
Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.
WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:
– Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!
Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.
Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.
Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi
Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.
Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.
Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.
Walczymy dalej – na każdym froncie
Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.
Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.
Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody
Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody
Nagrody zamiast odpraw i posady bez konkursów. Ratusz nie powie, ile kosztowało pożegnanie wiceprezydentów, ale mówimy o łącznej kwocie rzędu 150 000 zł.
Onet.pl donosi: Renata Granowska zarobiła na stanowisku wiceprezydenta 284 tys. zł w ciągu jednego roku. Michał Młyńczak - 265 tys. zł. Obydwoje zgotowali w mieście poważne problemy, jednak nim stracili funkcje, prezydent Sutryk przyznał im nagrody mające zastąpić trzymiesięczne odprawy. Ile? Ratusz odmówił odpowiedzi.
Polityczny targ za absolutorium
Sutryk uzyskał absolutorium za 2025 rok wyłącznie głosami Koalicji Obywatelskiej. Cena była z góry ustalona: wymiana dwóch wiceprezydentów na kandydatów wskazanych przez lidera dolnośląskiej KO Michała Jarosa. 18 maja Granowska i Młyńczak stracili stanowiska. Dzień później pojawili się następcy.
Przepisy nie przyznają wiceprezydentom automatycznego prawa do odprawy po odwołaniu przez prezydenta. Sutryk poszedł jednak inną drogą.
Urząd: nagrody wypłacamy - kwot nie podamy
Jak ustalił Onet, rekompensatą za brak odpraw miały być nagrody przyznane przez prezydenta. Granowska napisała wprost, że - "nagroda miała wyczerpywać trzymiesięczną odprawę". Przy jej rocznym wynagrodzeniu rzędu 284 tys. zł oznaczałoby to kwotę oscylującą wokół 70 tys. zł. W przypadku Młyńczaka, zarabiającego 265 tys. zł rocznie, byłoby to ok. 66 tys. zł. Razem, z grubsza licząc - około 150 000 zł.
Ratusz nie potwierdził ani nie zaprzeczył tym kwotom. Biuro prasowe odmówiło podania wysokości nagród - mimo że chodzi o publiczne pieniądze. Rzecznik Tomasz Sikora przekazał jedynie, że nagrody były - "za wykonane zadania". Na pytanie, kiedy Granowska i Młyńczak zrzekli się pieniędzy, nie odpowiedział.
- Chciałbym dowiedzieć się, za co są te nagrody. Za kompromitację i chaos z nierozstrzygniętym przez ponad rok przetargiem na śmieci? Za konflikty interesów, CBA i Prokuraturę Krajową w urzędzie? A może to tylko premia za lojalność i milczenie? - komentuje radny Piotr Uhle z SOS Wrocław.
Posady dla kolesi bez konkursów
Granowska i Młyńczak niemal z miejsca trafili do zarządów spółek miejskich - i to bez żadnego postępowania konkursowego. Dla Granowskiej MPK Wrocław utworzyło dodatkowe stanowisko wiceprezesa. Młyńczak zasiadł w fotelu prezesa Ekosystemu, a dotychczasowy szef spółki Paweł Karpiński przesunął się na pozycję zastępcy.
Sutryk obiecywał przed drugą kadencją, że stanowiska w zarządach miejskich spółek będą obsadzane w drodze konkursów. Nie pierwszy raz ta obietnica okazała się bezwartościowa.
Ekosystem, w którym wylądował Młyńczak, jest spółką prowadzoną od lat w cieniu skandalu. CBA zabezpieczało tam dokumentację dotyczącą przetargów na odbiór odpadów z lat 2019-2025. Spółka odpowiada za wywóz śmieci i prowadzenie PSZOK-ów. Na jej czele stanął człowiek, który jako wiceprezydent nadzorował tę samą branżę.
- Sutryk i jego kolesie zbudowali sieć zależności finansowo-politycznych, jakiej samorząd nigdzie w Polsce nie widział. Wyprowadzanie kasy do prywatnych kieszeni jest o tyle bezczelne, że kolesie śmieją nam się w twarz. Czy ktoś jeszcze pamięta o obiecanych konkursach? - mówi radny Piotr Uhle.
Obie ręce w jednej kieszeni
Nagrody zostały zwrócone - ale dopiero wtedy, gdy opinia publiczna się tym zainteresowała, a posady w spółkach były już pewne. Granowska napisała, że zrzekła się nagrody po powołaniu do zarządu MPK. Młyńczak złożył analogiczne oświadczenie po objęciu prezesury Ekosystemu. Kolejność zdarzeń jest wymowna: najpierw nagroda, potem ciepła posada, na końcu symboliczny gest zwrotu.
Niektórzy powiedzą: to i tak lepiej niż gdyby uznali, że te nagrody im się po prostu należały. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że kilka dni wcześniej do urzędu miasta wpłynęło zapytanie w tym przedmiocie. Nagrody oddali zatem po złapaniu na gorącym uczynku.
Mieszkańcy Wrocławia jako współwłaściciele komunalnych spółek zapłacą za ten układ dwa razy: raz przez budżet miejski, który nagrody przyznał, i drugi raz przez spółki, które zatrudniają na eksponowanych stanowiskach polityków bez otwartej rekrutacji. Ratusz zaś odmawia podania kwot.
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.
W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".
To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.
Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.
Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?
W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.
Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.
Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.
Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.
Skąd ta troska o demokrację?
Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?
Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.
Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.
Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.
A potem Sutryk zapomniał o konkursach
Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.
W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:
- Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
- Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
- Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)
Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.
Złoty spadochron
Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.
Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.
Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".
Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."
Kolesie boją się demokracji?
Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.
Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.
Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.
SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum
Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.
Jeszcze gorszy niż odwołany
Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.
Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.
Urząd robił wszystko, żeby nas złamać
Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.
Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.
Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.
Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców
Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.
Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.
Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień.
AKTUALIZACJA:
Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.
Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.
Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.
Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.
Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.
Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?
25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.
Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.
Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.
Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo
W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.
Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.













