Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Jak deweloper reprezentował prezydenta przed Radą Miejską

Głęboka konsternacja – tak najlepiej można byłoby opisać atmosferę, która zapanowała w trakcie sesji Rady Miejskiej Wrocławia, gdy dyrektor Jacek Barski w ramach referowania projektu uchwały w sprawie lex deweloper przy ul. Kwidzyńskiej przekazał głos reprezentantowi dewelopera. Tym samym w imieniu prezydenta głos zabierał deweloper, którego wart dziesiątki milionów złotych interes gospodarczy był przedmiotem obrad.

Zwykli mieszkańcy czy osiedlowcy nie mają takiego prawa. Wyjątek zrobiono dla dewelopera. I – jak się okazuje – ten sam deweloper otrzymał takie wyróżnienie z rąk urzędników nie pierwszy raz!

Lex Deweloper przy Kwidzyńskiej – 70 mln zł dla dewelopera jedną decyzją

W trakcie czwartkowej sesji Rady Miejskiej Wrocławia jednym z punktów był projekt uchwały w sprawie zgody na zawarcie porozumienia określającego sposób realizacji inwestycji towarzyszących ze spółką EDO, która we współpracy ze znanym deweloperem Toscom Developement zamierza realizować kolejny etap inwestycji deweloperskiej na terenach dawnej stoczni przy ul. Kwidzyńskiej w trybie lex deweloper. Inwestor, który uzyskał już zgodę na budowę ponad 1100 mieszkań, ubiega się o pozwolenie na kolejnych 550 lokali mieszkalnych i kilkadziesiąt usługowych.

Decyzja Rady Miejskiej oznacza zatem wzrost wartości działki dewelopera o nawet 60–70 mln zł – i dzieje się to bez wbicia przysłowiowej łopaty w ziemię. Gołym okiem widać więc, że stawka jest ogromna.

Brak porozumienia z radą osiedla

Tryb lex deweloper oznacza, że miasto godzi się na budowę mieszkań niezgodną z planem, a w zamian może otrzymać inwestycje w drogi, chodniki i parki – w porozumieniu z lokalną radą osiedla. Okazało się jednak, że porozumienie z radą nie zostało uzyskane. Referujący uchwałę architekt miasta, Jacek Barski, poprosił o przedstawienie stanu rzeczy… reprezentantkę dewelopera.

Jak dla dewelopera omija się statut

Problem polega na tym, że statut miasta nie przewiduje trybu, w którym głosu udziela się osobom innym niż radni bądź reprezentanci urzędu miejskiego. Sprawa była wielokrotnie przedmiotem sporów i interpretacji, a nawet niedotrzymanych przez Koalicję Obywatelską obietnic wyborczych – odmawiano głosu mieszkańcom i reprezentantom wrocławskich osiedli. Wobec tego, zapytana o tryb statutowy zabierania przez przedstawiciela dewelopera głosu, wiceprzewodnicząca rady prowadząca sesję poinformowała, iż pracowniczka inwestora występuje w imieniu prezydenta miasta.

Podkreślmy jeszcze raz: przedsiębiorca, którego interes gospodarczy jest przedmiotem obrad, zabiera głos w imieniu prezydenta miasta. Specjalnie dla tego przedsiębiorcy zrobiono wyjątek i ominięto Statut Wrocławia. Ta sytuacja jest etycznie naganna i niemożliwa do uzasadnienia. Niektórzy powiedzieliby: bezprecedensowa. Ale czy na pewno?

Dla tego dewelopera miasto robiło już wyjątki

Okazuje się, że gdy sięgniemy do archiwum Rady Miejskiej Wrocławia z września 2023 roku, możemy przeanalizować dyskusję dotyczącą pierwszego etapu inwestycji planowanej przez spółkę EDO. I tak się składa, że dla Janusza Kempy, prezesa tej samej spółki, zrobiono taki sam wyjątek. Ominięto statut i zaproszono go na mównicę. Podobnie jak przedstawicieli znanego dewelopera TOSCOM, bliskiego spółce EDO.

W czyim interesie działają urzędnicy i radni? Mieszkańców czy dewelopera?

Czym szczególnym zasłużył się akurat ten deweloper, że traktowany jest w tak wyjątkowy i szczególny sposób? Czemu wnioski akurat tego dewelopera są w trybie lex deweloper opiniowane przez miasto pozytywnie, podczas gdy wszystkie pozostałe – negatywnie? W czyim interesie występują urzędnicy i radni, którzy prześcigają się w gorliwości i usłużności względem dewelopera? Z pewnością nie w interesie mieszkańców, bo Rada Osiedla Kowale zaprotestowała. Czy na działaniu urzędników i radnych zyskał deweloper? Z pewnością nie stracił.


Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Granice zamiast kompetencji. Co dalej z reformą rad osiedli?

Podczas otwartego posiedzenia klubu Naprawmy Przyszłość, które odbyło się w środę 17 czerwca, głos zabrała Magdalena Gajewska-Królicka, przewodnicząca Rady Osiedla Sołtysowice i członkini zarządu SOS Wrocław. Jej wystąpienie było refleksją nad dotychczasowym przebiegiem prac nad reformą rad osiedli we Wrocławiu i wskazaniem obszarów, które – jej zdaniem – wymagają większej uwagi: rzetelnej diagnozy, szerokich konsultacji oraz wzmocnienia realnej sprawczości osiedli.

Reforma, która zaczyna się od końca

Jak zauważyła przewodnicząca Sołtysowic, kolejna debata o przyszłości osiedli ponownie koncentruje się przede wszystkim na zmianach granic administracyjnych. Tymczasem pytania o kompetencje rad osiedli, ich możliwości działania czy warunki pracy schodzą na dalszy plan.

– Zaczynamy znów szeroką dyskusję o reformach rad osiedli, zaczynając od granic, a nie od kompetencji, nie od sprawczości, nie od diet. Znowu mamy jako temat fundamentalny te granice – mówiła.

Odnosząc się do propozycji zmian dotyczących Sołtysowic, wskazała, że w raporcie przygotowanym przez zespół roboczy jej osiedle zostało podzielone inaczej niż w poprzedniej wersji dokumentu. Obecny podział znów odbiega od obu wcześniejszych propozycji. Skąd wzięły się kolejne korekty? Tego nie wie. Nikt z Radą Osiedla żadnego z tych wariantów nie konsultował.

Potrzeba szerszej rozmowy

Jednym z głównych wątków wystąpienia była kwestia dialogu z radami osiedli. Podczas posiedzenia padły z sali słowa, że rozmowy i konsultacje były prowadzone. Gajewska-Królicka zaznaczyła jednak wyraźnie: nie z jej radą. – Z nami tego nikt nie konsultował. Wyraziliśmy swoją uchwałę jako rada osiedla, natomiast nie otrzymaliśmy w tym temacie żadnych odpowiedzi – podkreślała. To nie jest jednostkowa historia. Poczucie, że głos rad osiedli i samych mieszkańców pozostaje poza głównym nurtem debaty, przewija się przez wiele środowisk osiedlowych w całym Wrocławiu.

Bez audytu nie ma reformy

Jednym z filarów programu SOS Wrocław, spisanego w Memorandum podczas Niezależnego Kongresu Osiedlowego, jest przeprowadzenie pełnego audytu obecnego modelu funkcjonowania osiedli jako punktu wyjścia do jakichkolwiek zmian.

– Żeby zacząć mówić o kompleksowej, transparentnej reformie rad, dobrze byłoby rozpoznać obecny stan i przeprowadzić fundamentalny audyt. Sprawdzić dokładnie co nie działa, co wymaga naprawy. Może analiza SWOT. Po prostu taki punkt wyjścia, żeby wiedzieć co musimy dokładnie zmienić, a nie zmieniać rzeczy od środka – mówiła Gajewska-Królicka.

Jak zaznaczyła, trudno mówić o kompleksowej reformie bez wcześniejszego określenia mocnych i słabych stron obecnego systemu oraz bez rozmów prowadzonych na poziomie poszczególnych osiedli.

Cyfryzacja nieobecna w szerokiej debacie o osiedlach

Gajewska-Królicka zwróciła uwagę na jeszcze jeden wyraźny brak w toczącej się dyskusji. Temat cyfryzacji osiedli praktycznie nie istnieje w publicznym obiegu, mimo że powinien być to jeden z kluczowych filarów reformy.

– Nie mówimy nic o cyfryzacji osiedli. W XXI wieku warto byłoby o tym szerzej rozmawiać, a nie widzę tego w żadnej dyskusji – wskazała.

Program SOS Wrocław w obszarze cyfryzacji przewiduje m.in. jeden ogólnomiejski system elektronicznego obiegu dokumentów dla rad osiedli, obowiązkowe transmisje online z sesji i posiedzeń komisji, jedną platformę cyfrową dla mieszkańców do zgłaszania problemów, śledzenia spraw i udziału w głosowaniach budżetowych, a także standaryzację stron internetowych i mediów społecznościowych wszystkich osiedli. Żaden z tych elementów nie trafił dotąd do centrum miejskiej debaty.

Nie wszystko wymaga zmian

Przewodnicząca Sołtysowic zabrała też głos w obronie tych osiedli, które w obecnym kształcie funkcjonują dobrze. Podział administracyjny to nie tylko linie na mapie: to sieci partnerstw, lokalnych klubów i oddolnych inicjatyw, które przez lata budowały się wokół konkretnych wspólnot i konkretnych nazw.

– Jest wiele osiedli, które w obecnych granicach dobrze działają i szkoda by było je niszczyć. Warto zobaczyć różnego rodzaju partnerstwa i kluby, które na tych osiedlach działają i zostały nawiązane właśnie w obecnych formułach. Wydaje mi się, że niektórych rzeczy może warto nie ruszać – mówiła Gajewska-Królicka.

Jej wniosek był prosty i powtarzał się jak refren: najpierw zbadać stan faktyczny, potem rozmawiać o zmianach. Reforma rad osiedli, na którą czekają wszystkie środowiska zaangażowane w życie wrocławskich wspólnot, powinna zacząć się nie od mapy, ale od rzetelnej diagnozy tego, co działa, a co wymaga naprawy.

– Sprawdzić jaki jest stan faktyczny i od tego wychodzić. I zaczynać tą kompleksową reformę rad osiedli, na którą myślę, że wszyscy czekamy – podsumowała.


Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Jacek Sutryk za obronę w sprawie karnej zapłacił swojemu adwokatowi z prywatnej kieszeni niedużo - 29 520 zł. Tymczasem ta sama kancelaria - BSKK Błaszczak & Kopyściański - zarobiła na umowach z Urzędem Miejskim Wrocławia co najmniej 159 900 zł. Różnica jest ponad pięciokrotna. I rodzi pytania, na które dotychczasowe wyjaśnienia magistratu nie odpowiadają.

Umowa się odnalazła

Po naszej pierwszej publikacji w Urzędowym Rejestrze Umów pojawiła się umowa, której wcześniej tam nie było - źródłowa umowa BOP/2/2024, wpisana pod numerem 20163. Wartość: 61 500 zł, data zawarcia 29 maja 2024 r., przedmiot - "doradztwo prawne i zastępstwo procesowe". To właśnie do niej odnosiły się oba późniejsze aneksy: z 22 listopada 2024 r. (61 500 zł) i z 26 listopada 2025 r. (19 680 zł).

Razem z dwiema umowami z 2022 r. (6 150 zł i 11 070 zł) suma, jaką BSKK Błaszczak & Kopyściański otrzymała z budżetu miasta na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe, wynosi 159 900 zł.

Sprawa na 623 strony, a prywatny rachunek na 30 tysięcy

Obciążenia Błaszczaka to nie tylko występowanie na konferencjach prasowych w imieniu swojego klienta, co do przyjemności z pewnością nie należy. Akt oskarżenia w aferze Collegium Humanum liczy 623 strony i obejmuje 67 czynów wobec 29 osób. Sam Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty - wręczenia korzyści majątkowej byłemu rektorowi Collegium Humanum, posłużenia się nielegalnie uzyskanym dyplomem i wyłudzenia w ten sposób blisko pół miliona złotych.

14 listopada 2024 r. prezydent Wrocławia został zatrzymany przez CBA i przesłuchiwany przez kilkanaście godzin w Prokuraturze Krajowej w Katowicach. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policji i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Obrońca złożył dwa zażalenia - sąd w Katowicach uznał zatrzymanie za zasadne i celowe, ale obniżył poręczenie do 100 tys. zł. To oznacza kolejne postępowanie, kolejne pisma procesowe, kolejne godziny pracy kancelarii.

Przy takiej skali sprawy - wielowątkowej, dotyczącej licznych zarzutów, toczącej się w innym mieście - kwota 29 520 zł wydaje się nieproporcjonalnie niska. Rodzi to pytanie, które już raz zadaliśmy i które powtarzamy: czy to rzeczywiście całość honorarium za obronę karną prezydenta, czy tylko jej część? A jeśli część - kto pokrył resztę?

Sutryk kontra Sutryk

Tłumaczenia magistratu i prof. Błaszczaka dla Wyborczej - że umowy miejskie "nie mają związku ze sprawą karną prezydenta" - nie dotykają istoty problemu. Nie chodzi o to, czy konkretna umowa formalnie dotyczy sprawy Collegium Humanum. Chodzi o to, że Jacek Sutryk jako osoba prywatna zamawia usługę prawną u tej samej kancelarii, której - jako prezydent Wrocławia - jednocześnie zleca usługi prawne z budżetu miasta, płacąc jej wielokrotnie więcej.

To nie jest sytuacja teoretyczna. Mieliśmy już do niej precedens. W 2022 r., w sprawie facebookowego profilu prezydenta, ta sama kancelaria wysłała dwa analogiczne wezwania do Marcina Nierody - jedno w imieniu Urzędu Miejskiego, drugie w imieniu Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. Sam Nieroda nazwał to "czystym zbiegiem okoliczności". Dziś mamy do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, tylko na większą skalę finansową.

Trzy dni

19 listopada 2024 r. Jacek Sutryk przelał kancelarii 12 300 zł z tytułem "obrona karna". Trzy dni później, 22 listopada, ta sama kancelaria podpisała z Urzędem Miejskim aneks na 61 500 zł. Sama bliskość dat nie jest dowodem niczego - ale w sprawie, w której każda data ma znaczenie, warto zapytać: czy to przypadek, że w tym samym tygodniu doszło do obu zdarzeń?

Błąd, którego nie ma kto wyjaśnić

Rzeczniczka magistratu przekonuje, że zniknięcie umowy BOP/2/2024 z rejestru to "błąd lub niedopatrzenie byłego pracownika". To wygodne wyjaśnienie - nieweryfikowalne i niewymagające odpowiedzialności od nikogo, kto jest obecnie zatrudniony. Ale otwiera ono pytanie szersze niż sprawa jednej kancelarii: jeśli ta umowa "zniknęła" przez błąd, ile innych umów w Urzędowym Rejestrze Umów ma podobne "niedopatrzenia"? To pytanie o wiarygodność całego rejestru.

W związku z tym radny Piotr Uhle skierował do prezydenta Wrocławia formalne zapytanie w tej sprawie. Pytamy w nim, kto był pracownikiem odpowiedzialnym za niewprowadzenie umowy BOP/2/2024 do rejestru, komu podlegał i czy nadal jest zatrudniony w urzędzie - a jeśli nie, z jakich przyczyn zakończyła się jego praca. Pytamy też, czy wobec tej osoby lub jej przełożonych wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje służbowe. I wreszcie - jak technicznie wygląda proces publikacji umów w Urzędowym Rejestrze Umów: czy dane są zaciągane automatycznie z Centralnego Rejestru Umów funkcjonującego w urzędzie, czy wprowadzane ręcznie, oraz jakie procedury mają zapobiegać podobnym "niedopatrzeniom" w przyszłości.

Na odpowiedzi czekamy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. fb Jacka Sutryka i strona www kancelarii BSKK


80 000 zł z miasta dla adwokata Sutryka

80 000 zł z urzędu dla adwokata Sutryka w jego sprawie karnej

Co najmniej 80 000 zł otrzymała kancelaria prawna BSKK Błaszczak & Kopyściański z budżetu miasta od postawienia Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Aneks do umowy na ponad 60 000 zł został zawarty...  tygodzień po zatrzymaniu Prezydenta Wrocławia.

Rzeczniczka zapewniała: płaci z własnej kieszeni

Cofnijmy się do 15 listopada 2024 roku i konferencji zwołanej dzień po zatrzymaniu Jacka Sutryka. Pełnomocnik Jacka Sutryka, Łukasz Błaszczak zawahał się przed odpowiedzią kto płaci za obsługę prawną swojego mocodawcy: prezydent osobiście czy Gmina Wrocław. Na pytanie, które na konferencji prasowej zadał mu Marcin Torz odpowiedział zachowawczo: - Odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Gdy dziennikarz zwrócił mu uwagę, że to publiczne pieniądze - w sukurs przybyła mu rzeczniczka prezydenta, Agata Dzikowska, która zapewniała: - Za obsługę prawną pana prezydenta płaci pan prezydent z prywatnych pieniędzy.

Kilka dni później - aneks na 61 500 zł

Wszyscy zostali uspokojeni i obserwowali merytoryczny rozwój wypadków - czekali na kolejne informacje z afery Collegium Humanum, analizowali polityczne konsekwencje, sprawdzali kto jeszcze jest absolwentem tej prestiżowej uczelni. Jednak już 7 dni później, 22 listopada - jak można sprawdzić w Centralnym Rejestrze Umów - firma Błaszczak & Kopyściański podpisała aneks do umowy UM.BOP/2/2024 na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe o wartości bagatela - 61 500 zł. Umowa była aneksowana po raz kolejny rok później - tym razem dokument opiewa na 19 680 zł z budżetu do firmy, która broni Jacka Sutryka przed zarzutami o korupcję i oszustwo.

Źródłowa umowa nie ujawniona w rejestrze

Co ciekawe - źródłowej umowy UM.BOP/2/2024 w Centralnym Rejestrze Umów już nie znajdziemy. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale liczymy, że na to i inne pytania odpowiedzą urzędnicy już wkrótce, gdyż za pośrednictwem radnego Piotra Uhle skierowaliśmy do Urzędu Miasta zapytanie o treść umowy, faktury, rachunki oraz wszelkie produkty umowy, która kosztowała nas co najmniej 80 000 zł. Nie chcemy rozstrzygać czy umowy z miastem zawarte przez firmę pełnomocnika Jacka Sutryka miały jakikolwiek związek z jego sprawą karną. Ta sprawa zasługuje jednak na szczegółowe i pieczołowite wyjaśnienie.

Pytania, które trzeba zadać

Obrona Jacka Sutryka w jego sprawie karnej to bardzo poważne wyzwanie, które wymaga dużej zręczności oraz zdolności w zakresie prawa karnego. Z pewnością dodatkowe koszty związane są ze stawaniem w obliczu trudnych i celnych pytań kierowanych przez dziennikarzy. Czy wobec tego nie budzi uzasadnionych pytań fakt, że tydzień po konferencji kancelaria pełnomocnika prezydenta podpisuje lukratywny kontrakt z urzędem? Na jaką kwotę opiewała umowa, której nie ujawniono w rejestrze? Czy wspomniana kancelaria świadczy usługi dla innych jednostek podległych urzędowi? Te pytania warto zadać.

Żądamy potwierdzenia przelewu

Podobnie jak to, które teraz kierujemy do Jacka Sutryka: czy osobiście i w pełni zapłacił za usługi swojego adwokata? Jeżeli tak to słowa nie wystarczą. Opinia publiczna winna oczekiwać, że prezydent zastosuje się do dobrych praktyk w takich okolicznościach. I pokaże potwierdzenie przelewu.

Radcy prawni są, ale miasto zleca na zewnątrz

Miasto wydaje sporo pieniędzy na zewnętrzne usługi prawnicze mimo, że posiada rozbudowany Zespół Radców Prawnych, który w swoich zadaniach ma zawarte w umowach z zewnętrznymi podmiotami kompetencje, a w szczególności doradztwo prawne na rzecz komórek organizacyjnych Urzędu oraz zastępstwo procesowe przed sądami i innymi organami orzekającymi w sprawach należących do zakresu działania Urzędu.

Ostatnio kontrowersje wzbudził fakt, że usługi prawne zostały zamówione u profesora Jerzego Korczaka, któremu za 48 000 zł zlecono napisanie nowelizacji statutów wrocławskich osiedli. Stało się tak mimo, że projekt był przedstawiany jako wypracowany przez radnych zajmujących się we Wrocławiu osiedlami.

Jak to możliwe, że mimo zatrudniania licznych i cenionych na rynku specjalistów nadal usługi prawne zamawiane są na zewnątrz? Czy fakt, że obrońca Prezydenta Wrocławia ma w gronie klientów również Urząd Miejski mu podległy to czysta, bezpieczna i etyczna sytuacja? Sprawdzimy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. Radia DTR - Dolnośląskie Twoje Radio


Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.

Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło

Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.

Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.

Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie

To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:

Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.

Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.

Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy

W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.

Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.

Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.

O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?

„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"

Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.

WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:

Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!

Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.

Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.

Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi

Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.

Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.

Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.

Walczymy dalej – na każdym froncie

Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.

Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.

 


Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Nagrody zamiast odpraw i posady bez konkursów. Ratusz nie powie, ile kosztowało pożegnanie wiceprezydentów, ale mówimy o łącznej kwocie rzędu 150 000 zł.

Onet.pl donosi: Renata Granowska zarobiła na stanowisku wiceprezydenta 284 tys. zł w ciągu jednego roku. Michał Młyńczak - 265 tys. zł. Obydwoje zgotowali w mieście poważne problemy, jednak nim stracili funkcje, prezydent Sutryk przyznał im nagrody mające zastąpić trzymiesięczne odprawy. Ile? Ratusz odmówił odpowiedzi.

Polityczny targ za absolutorium

Sutryk uzyskał absolutorium za 2025 rok wyłącznie głosami Koalicji Obywatelskiej. Cena była z góry ustalona: wymiana dwóch wiceprezydentów na kandydatów wskazanych przez lidera dolnośląskiej KO Michała Jarosa. 18 maja Granowska i Młyńczak stracili stanowiska. Dzień później pojawili się następcy.

Przepisy nie przyznają wiceprezydentom automatycznego prawa do odprawy po odwołaniu przez prezydenta. Sutryk poszedł jednak inną drogą.

Urząd: nagrody wypłacamy - kwot nie podamy

Jak ustalił Onet, rekompensatą za brak odpraw miały być nagrody przyznane przez prezydenta. Granowska napisała wprost, że - "nagroda miała wyczerpywać trzymiesięczną odprawę". Przy jej rocznym wynagrodzeniu rzędu 284 tys. zł oznaczałoby to kwotę oscylującą wokół 70 tys. zł. W przypadku Młyńczaka, zarabiającego 265 tys. zł rocznie, byłoby to ok. 66 tys. zł. Razem, z grubsza licząc - około 150 000 zł.

Ratusz nie potwierdził ani nie zaprzeczył tym kwotom. Biuro prasowe odmówiło podania wysokości nagród - mimo że chodzi o publiczne pieniądze. Rzecznik Tomasz Sikora przekazał jedynie, że nagrody były - "za wykonane zadania". Na pytanie, kiedy Granowska i Młyńczak zrzekli się pieniędzy, nie odpowiedział.

- Chciałbym dowiedzieć się, za co są te nagrody. Za kompromitację i chaos z nierozstrzygniętym przez ponad rok przetargiem na śmieci? Za konflikty interesów, CBA i Prokuraturę Krajową w urzędzie? A może to tylko premia za lojalność i milczenie? - komentuje radny Piotr Uhle z SOS Wrocław.

Posady dla kolesi bez konkursów

Granowska i Młyńczak niemal z miejsca trafili do zarządów spółek miejskich - i to bez żadnego postępowania konkursowego. Dla Granowskiej MPK Wrocław utworzyło dodatkowe stanowisko wiceprezesa. Młyńczak zasiadł w fotelu prezesa Ekosystemu, a dotychczasowy szef spółki Paweł Karpiński przesunął się na pozycję zastępcy.

Sutryk obiecywał przed drugą kadencją, że stanowiska w zarządach miejskich spółek będą obsadzane w drodze konkursów. Nie pierwszy raz ta obietnica okazała się bezwartościowa.

Ekosystem, w którym wylądował Młyńczak, jest spółką prowadzoną od lat w cieniu skandalu. CBA zabezpieczało tam dokumentację dotyczącą przetargów na odbiór odpadów z lat 2019-2025. Spółka odpowiada za wywóz śmieci i prowadzenie PSZOK-ów. Na jej czele stanął człowiek, który jako wiceprezydent nadzorował tę samą branżę.

- Sutryk i jego kolesie zbudowali sieć zależności finansowo-politycznych, jakiej samorząd nigdzie w Polsce nie widział. Wyprowadzanie kasy do prywatnych kieszeni jest o tyle bezczelne, że kolesie śmieją nam się w twarz. Czy ktoś jeszcze pamięta o obiecanych konkursach? - mówi radny Piotr Uhle.

Obie ręce w jednej kieszeni

Nagrody zostały zwrócone - ale dopiero wtedy, gdy opinia publiczna się tym zainteresowała, a posady w spółkach były już pewne. Granowska napisała, że zrzekła się nagrody po powołaniu do zarządu MPK. Młyńczak złożył analogiczne oświadczenie po objęciu prezesury Ekosystemu. Kolejność zdarzeń jest wymowna: najpierw nagroda, potem ciepła posada, na końcu symboliczny gest zwrotu.

Niektórzy powiedzą: to i tak lepiej niż gdyby uznali, że te nagrody im się po prostu należały. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że kilka dni wcześniej do urzędu miasta wpłynęło zapytanie w tym przedmiocie. Nagrody oddali zatem po złapaniu na gorącym uczynku.

Mieszkańcy Wrocławia jako współwłaściciele komunalnych spółek zapłacą za ten układ dwa razy: raz przez budżet miejski, który nagrody przyznał, i drugi raz przez spółki, które zatrudniają na eksponowanych stanowiskach polityków bez otwartej rekrutacji. Ratusz zaś odmawia podania kwot.

Czytaj tekst w Onecie!


Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.

W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".

To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.

Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.

Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?

W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.

Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.

Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.

Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.

Skąd ta troska o demokrację?

Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?

Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.

Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.

Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.

A potem Sutryk zapomniał o konkursach

Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.

W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:

  • Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
  • Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
  • Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)

Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.

Złoty spadochron

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.

Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.

Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".

Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."

Kolesie boją się demokracji?

Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.

Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.

Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.

SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.

 


Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.

Jeszcze gorszy niż odwołany

Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.

Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.

Urząd robił wszystko, żeby nas złamać

Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.

Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.

Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.

Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców

Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.

Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.

Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.

Czytaj cały wywiad,


Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień. 

AKTUALIZACJA:

Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.

Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.

Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.

Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.

Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.

Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.

Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.

Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo

W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.


Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kraków pokazał, że referenda się zdarzają. Wrocław może być następny. Przy tej okazji warto przyjrzeć się galerii chętnych, którzy od dawna skromnie, bardzo skromnie czekają w kolejce po fotel w Sukiennicach. Zrobiliśmy dla Was research. Miejscami jest zabawnie. Będziecie zaskoczeni jak bardzo.

KO, czyli partia, która zawsze ma kogoś pod ręką

Michał Jaros to człowiek o wyjątkowo nieszczęśliwym życiorysie politycznym: dwukrotnie usunięty ze stawki przy zielonym stoliku, za każdym razem przez swoich. W 2018 roku partia wybrała inaczej. W 2024 roku, mimo poparcia licznych organizacji społecznych i ruchów oddolnych, Jaros ostatecznie nie wystartował. Wojsko czekało na rozkaz, wódz zszedł do kwatery wroga i zaczął współrządzić z tym samym Sutrykiem, którego przez lata wskazywał jako główny problem Wrocławia. Żołnierze zostali na polu bitwy. Dziś, gdy kampania ma się znowu zacząć, część z nich może być mniej chętna, żeby znowu pożyczać swój wizerunek człowiekowi, który raz już ich zostawił. Mimo to Jaros ma naturalne pole position: jest szefem największej partii w regionie, która regularnie zbiera tu solidne wyniki. Trudno go pominąć. Łatwo zrozumieć, dlaczego mu nie ufają.

Grzegorz Schetyna jest jedną z tych postaci, które w polskiej polityce nie umierają, tylko na jakiś czas zmieniają parter na pierwsze piętro. Wicepremier, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, szef Platformy, senator. Kariera przyhamowała po aferze hazardowej i konflikcie z Donaldem Tuskiem, ale Schetyna trzyma się życia publicznego z zacięciem godnym lepszej sprawy. Z Wrocławiem związany od czasów studenckich, mocno zaangażowany w sport, co w praktyce oznaczało, że jego ludzie współrządzili Śląskiem Wrocław i doprowadzili klub do stanu, który dziś można opisywać wyłącznie eufemizmami. Schetyna ma wizerunek zakulisowego machera otoczonego doświadczonymi praktykami, którzy nie stronią od siłowych rozwiązań. Mówi się, że to właśnie jego szabla pozbawiła Jarosa funkcji marszałka województwa, kiedy ten po nią sięgał. Ironia polega na tym, że dziś Schetyna i Jaros blisko współpracują, bo Jarosowi brakowało właśnie tej szabli do uzbierania większości w partii. Polityka potrafi być naprawdę piękna.

Mateusz Jędrachowicz to teza kontrowersyjna, ale wrocławskie salony coraz częściej wymawiają to nazwisko przy okazji rozmów o najwyższych funkcjach w mieście, włącznie z teką wicemarszałka. Młody radny sejmiku, niezbyt wiele do powiedzenia, doświadczenie w realnej pracy jeszcze mniejsze, za to wynagrodzenie w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, do której trafił wbrew wcześniejszym obietnicom nieobsadzania stanowisk bez konkursów, wynosi, jeżeli wierzyć dziennikarzom, bagatela 28 tysięcy miesięcznie. Drogi mieszkańcu Wrocławia, ile Ty zarabiasz miesięcznie dzięki swojej uczciwej pracy? Mniej? Trzeba było nosić teczkę i zapisać się do partii. Jędrachowicz to modelowy przykład działacza nowej generacji KO: wyprany z idei, pozbawiony kręgosłupa, ustawiony zawsze z wiatrem, niezależnie od tego, skąd ten wiatr akurat wieje. Gdzie ci młodzi, którzy mieli zdusić centaury?

Familia i urząd, czyli kto zadba o szafy z trupami

Środowisko urzędnicze będzie chciało wskazać swojego delfina. Tyle że dobre słowo Sutryka wychodzącego tylnym wyjściem jest warte tyle, co w swoim czasie warte było dobre słowo niemal każdego innego polityka obleganego przez prokuraturę. Odchodzący raczej w niesławie Sutryk będzie chciał jednak zachować wpływ na wybór następcy, bo trupy w szafie trzeba chronić, interesy przyjaciół zaopiekować, a dobre imię nie może być zbyt często szargane przez tego, kto przejmie biurko. A następca będzie miał na co narzekać. Naprawdę będzie miał na co.

Jakub Mazur to pierwszy typ samego Sutryka. Wieloletni pierwszy zastępca, wyznaczany jako ten, który przejąłby miasto w przypadku prawomocnego wyroku sądu. Mazur poza częstymi i, jak podkreślają znawcy tematu, drogimi wycieczkami zagranicznymi na koszt podatnika, specjalizuje się w relacjach z biznesem i z pewnością potrafi zbierać środki na kampanię. Firmę, którą wcześniej obsługiwała m.in. państwową spółkę Tauron, przepisał na żonę. Firma specjalizuje się w reklamie. Do listy osiągnięć należy doliczyć dyplom MBA ze stajni Collegium Humanum. Ponoć Mazur, w przeciwieństwie do swojego szefa, miał notatki i chodził na zajęcia. Wysoka poprzeczka.

Radosław Michalski to dyrektor departamentu marki miasta, erudyta wykształcony między innymi we Florencji, człowiek z doskonałymi relacjami z Kościołem katolickim i całym wrocławskim ekosystemem turystyczno-gastronomicznym: restauratorzy, hotelarze, atrakcje, to jego naturalne środowisko. Często wskazywany jako możliwy kandydat środowiska urzędowego. Doświadczony w kampaniach wyborczych: kierował ostatnią kampanią Rafała Dutkiewicza w 2014 roku. Przynajmniej do pierwszej tury, kiedy widmo porażki z Mirosławą Stachowiak-Różecką skłoniło wszystkich do gruntownej przebudowy sztabu. Cenne doświadczenie na przyszłość.

Piotr Wojtyczka to doświadczony człowiek w publicznym biznesie, który wywodzi się z kręgów konserwatywnych. Rodzina pochodzi z Lubina, on sam przez lata funkcjonował w stowarzyszeniu Sapere Aude, nieformalnej młodzieżówce Rafała Dutkiewicza. Później zacieśnił relacje z Robertem Pietryszynem i Adamem Burakiem, a gdy ekipa Adama Hofmana szła z PiSu w górę, zabrała ze sobą również Wojtyczkę. Mówiło się, że posiada apartament po sąsiedzku z Danielem Obajtkiem. Później prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po zmianie władzy zajął się prowadzeniem klubu i nowego bytu medialnego, Wrocławskich Faktów, w których posiada jedną trzecią udziałów. Na poparcie Lewicy liczyć nie może, za to cieszy się szacunkiem w części wrocławskiego PiSu. Jak widać, różne drogi prowadzą do wrocławskiej polityki.

Izabela Kalisz z domu Pieniążczak to kandydatura, która zaskoczy wielu, ale jest jedynym nazwiskiem, na które może postawić tzw. familia, czyli krąg młodych działaczy skupionych wokół Sutryka od jego kampanii w 2018 roku. Wszyscy wywodzą się ze stowarzyszenia Sapere Aude, wszyscy od tamtej pory robią znakomite kariery – dla części dyrektorskie funkcje w urzędzie to była pierwsza praca. Damian Żołędziewski jest dyrektorem departamentu Prezydenta, Izabela Kalisz dyrektorką biura, Maria Michułka przez lata była szefową biura nadzoru właścicielskiego, dziś jako wzięta prawniczka obsługuje szereg miejskich spółek, Krzysztof Szłapka jest wicedyrektorem biura komunikacji internetowej, Jan Bujak osiągnął swój cel i jest dyrektorem Departamentu Nieruchomości i Eksploatacji, a jego zastępcą jest Monika Witkowska, również członkini familii. Towarzystwo ma więc wiele do stracenia. Prywatnie Izabela Kalisz jest szwagierką Damiana Żołędziewskiego: jej siostra od lat zarabia na utrzymaniu Hali Stulecia, a wcześniej miała być rekruterką we wrocławskim oddziale Collegium Humanum. Co za przypadek, co za rodzina. Szanse Kalisz na prezydenturę są marne, a jej ewentualne starcie z Wojtyczką nosiłoby znamiona skandalu obyczajowego, jednak to jedyne, na co familia realnie może sobie pozwolić. Chodzi o wyhandlowanie etatów u nowego prezydenta.

Marek Nowara to znany wrocławski deweloper, który od dłuższego czasu prowadzi intensywną kampanię budującą jego wizerunek publiczny. Założył stowarzyszenie Vergo City wpływające na politykę mieszkaniową miasta, udziela wywiadów Radiu Wrocław i Wrocławskim Faktom, popiera budowę metra i maluje się na aktywistę i eksperta. W wywiadach nie pojawia się jednak wątek kontrowersyjnych inwestycji prowadzonych w trybie Lex Deweloper. Nie pojawia się też wątek biznesów prowadzonych z synem sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa ani historia poprzedniej spółki deweloperskiej Inter-System, która seryjnie wygrywała przetargi na miejskie inwestycje, m.in. wrocławskie Afrykarium. Nie pada też nazwa powiązanej z nim kapitałowo firmy Aqua Serwis, która, jak sama pisze na swojej stronie, zarządza między innymi Aquaparkiem Wrocław i… wspomnianym wcześniej Afrykarium w ZOO. Bardzo wiele pominięć, jak na tak aktywnego medialnie człowieka.

PiS liczy głosy

Rozgrywka w obozie prawicy odbędzie się między kandydatami gangu tapirów a stronnikami posła Dworczyka i byłego premiera Morawieckiego. Pogodzić może ich kandydat niezależny od PiS ale… powiązany z ratuszem.

Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach zebrał 45 tysięcy głosów, choć przed głosowaniem niewielu umiało wymówić jego nazwisko. Prawnik, który w roli przewodniczącego klubu radnych chętnie korzysta z zawodowego arsenału. Lojalny działacz, który buduje nazwisko na konsekwentnym podnoszeniu partyjnej agendy PiSu w samorządzie.

Janusz Cieszyński to były minister w rządzie Morawieckiego i absolwent wrocławskiego XIV LO, co w pewnych kręgach uchodzi za wrocławski rodowód. Niewiele brakowało, by w 2023 startował do Sejmu właśnie z Wrocławia, partia zadecydowała jednak inaczej. Byłby ciekawym pomysłem na odświeżenie wizerunku PiSu w mieście po niezrozumiałych dla własnego elektoratu alpejskich kombinacjach przy poprzednich dwóch podejściach do inicjatywy referendalnej. Ciąży na nim praca w rządzie Mateusza Morawieckiego, która nadal wielu wyborcom kojarzy się po prostu źle.

Marek Mutor. Dziś rządzi Ossolineum, ale w przeszłości był radnym. Konserwatysta, jego kandydaturę ma wspierać zarówno Kazimierz Michał Ujazdowski jak i wrocławska Solidarność. A jeżeli Solidarność to i Jarosław Krauze, który zawsze stanowił nieformalne połączenie między obozem Jacka Sutryka a Prawem i Sprawiedliwością.

Lewica liczy stołki

Lewica będzie miała najwięcej do stracenia. Pięcioosobowy klub w Radzie Miejskiej przy śladowym poparciu to osobliwe osiągnięcie, możliwe wyłącznie dzięki układowi z Sutrykiem. Dlatego lewica podejmie wszelkie możliwe ruchy, by wpływ zachować. Warto też zaznaczyć, że stronnictwo starego aparatu partyjnego z PZPR, SDRP i Millerowskim SLD w krwiobiegu niedawno odbiło ważny przyczółek: z funkcji wicewojewody odwołano Piotra Kozdrowickiego, wywodzącego się z partii Roberta Biedronia, a wcześniej Nowoczesnej. Na to miejsce wsadzono Agnieszkę Mizę, zaprawioną w SLD-owskich walkach. Życzymy powodzenia w karierze.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra pracy i polityki społecznej, to rodowita wrocławianka, która jakością wypowiedzi i zdolnością formułowania myśli wyprzedza o kilka długości całą stawkę polityków SLD i Nowej Lewicy w parlamencie. Polityczna singielka, wiele zawdzięczająca swojej szanowanej w środowisku kultury matce. Ze względu na jakość, intelekt i indywidualizm jest w partii nielubiana i trudno jej będzie znaleźć poparcie wewnątrz własnego stronnictwa. Partia nie lubi takich rzeczy.

Dominik Kłosowski to bardziej prawdopodobny kandydat betonowego skrzydła SLD. Ambitny, gorliwy obrońca swoich zwierzchników, w kuluarach Rady Miejskiej coraz częściej nazywany człowiekiem z wazeliny. Znany z prowadzenia Komisji Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej, Transportu i Inicjatyw Gospodarczych w taki sposób, żeby przypadkiem się nie przepracowała, za to lojalnie realizowała wszystkie interesy prezydenta. Złapany na osiedlu Sołtysowice z prospektem dewelopera w ręku. Na kampanię mu z pewnością nie zabraknie.

Czy Bezpartyjni i PSL znajdą nowe otwarcie dzięki Renacie Granowskiej?

Renata Granowska, wyrzucona z PO i z funkcji wiceprezydenta Wrocławia, zachowuje dobre relacje z otoczeniem marszałka Gancarza i będzie zabiegać o nominację PSL lub Bezpartyjnych. Nie ma nic do stracenia: budowana mozolnie pozycja zaczęła się sypać, a tylko prezydencka lub parlamentarna szarża może uratować ją od marginalizacji. Immunitet poselski też nie zaszkodzi a mówi się, że w PSL są działacze, którzy widzieliby panią Granowską na „jedynce” listy do Sejmu.

Michał Rado, młody sołtys Bystrzycy i członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, to rosnąca nadzieja Bezpartyjnych. Media go lubią, kamery go lubią, kariera z roku na rok przyspiesza. Ostatnio zasłynął poparciem dla budowy spalarni odpadów. Ciekawy punkt w życiorysie kandydata na prezydenta dużego miasta.

Jerzy Michalak, sprawdzony kandydat Bezpartyjnych, po dwóch latach nadal ma w nazwie profilu na Facebooku słowa "kandydat na Prezydenta Wrocławia". Oratorsko znakomity. Po poprzednich nieudanych próbach trudno go pominąć. Profil na Facebooku gotowy, to dobry start.

Razem i Konfederacja

Marta Stożek z Razem to ideowa posłanka formacji Adriana Zandberga. Karierę zaczęła od pewnego falstartu, ale pnie się po drabinie popularności. Zasłynęła zawiadomieniem do CBA w sprawie możliwej korupcji w Urzędzie Miejskim Wrocławia. We Wrocławiu to dość rzadka specjalność.

Krzysztof Tuduj z Konfederacji zaangażował się w ostatnią próbę odwołania Sutryka, choć jego głównym obszarem zainteresowań pozostaje obronność. Wobec słabego zaangażowania w lokalne sprawy poprzedniego kandydata Konfederacji, Roberta Grzechnika, Tuduj jest najbardziej prawdopodobnym wyborem partii Mentzena i Bosaka.

To wszystko tylko okruchy informacji, które dla Was zebraliśmy. Niektóre z wątków zasługują na dużo głębsze i szersze rozwinięcie. Śledźcie nasze profile, niebawem dalszy ciąg programu!

Obserwujemy. Notatki prowadzimy. Wy też możecie.