Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć
Kolesiom nie podoba się krytyka i próbują nas zastraszyć
SOS Wrocław dotknął sedna i dlatego należy nas zastraszyć. W ostatnim tygodniu trafiły do nas dwa prawnicze pisma, które w naszej opinii mają nas zastraszyć i zniechęcić do dalszego sprawdzania, ile pieniędzy trafia do politycznych sojuszników i kolesi Jacka Sutryka z publicznej kasy. W naszej opinii mają one charakter tzw. SLAPPa, czyli strategicznych działań prawnych na rzecz stłumienia krytyki władzy. Ale nas zastraszyć nie jest tak łatwo.
Dwa straszaki w jednym tygodniu
Pierwsze pismo przyszło w poniedziałek. Napisał je Marcin Zatorski, radca prawny, który jeszcze nie tak dawno reprezentował setki mieszkańców wrocławskiego TBS. Teraz reprezentuje… Michała Młyńczaka, byłego wiceprezydenta miasta. Temu nie spodobały się nasze wpisy dotyczące złotego spadochronu, który zapewniło mu miasto w miejskiej spółce Ekosystem, a także to, że wskazywaliśmy nieudolność miasta w rozstrzygnięciu przetargu.
Drugie pismo przyszło we wtorek. Napisała je do nas kancelaria, której wspólnik reprezentuje Jacka Sutryka w jego sprawie karnej i jednocześnie świadczy lukratywne zlecenia na rzecz gminy Wrocław. Nie podobało mu się to, że analizowaliśmy zapisy Urzędowego Rejestru Umów i zadawaliśmy pytania o to, czy relacja pomiędzy prof. Błaszczakiem, Jackiem Sutrykiem i Urzędem Miejskim jest etyczna. Bolało go również to, że analizowaliśmy, czy jego położenie nie może być nazwane konfliktem interesów.
W podobnym czasie podobne przedprocesowe pisma otrzymała Fundacja Obywatel TBS, a także wrocławska Gazeta Wyborcza, straszona przez miejską spółkę Ekosystem odszkodowaniem o wartości 250 000 zł. W naszej opinii nie ma przypadków – to wygląda jak skoordynowana akcja instytucji miejskich oraz sojuszników i kolesi Jacka Sutryka przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu oraz mediom.
Profesor w konflikcie interesów
Szczególnie zastanawiająca w tej sytuacji jest rola radcy prawnego, profesora Błaszczaka. To osoba, która nie tylko z tytułu zaufania powinna być krystalicznie czysta. Jako pracownik naukowy z tytułem profesora, który poza praktykowaniem prawa uczy tej praktyki innych, powinien całą swoją postawą świecić przykładem dla adeptów trudnego, prawniczego rzemiosła.
Tymczasem postawił się w sytuacji bardzo niekomfortowej. Nie dość, że w 2022 roku jednocześnie świadczył usługi na rzecz Jacka Sutryka jako osoby prywatnej oraz jako prezydenta miasta w sprawie o charakterze SLAPP przeciwko autorom podcastu „Przyjaciele Kota Wrocka" – to w 2024 roku jego kancelaria świadczyła na rzecz miasta kolejne, bardzo intratne zlecenie w zakresie zastępstwa procesowego oraz doradztwa prawnego. Co ciekawe, napisał strategię procesową do sprawy, w której zespół radców prawnych Urzędu Miejskiego od niemal dwóch lat już taką strategię posiadał. Nie chcemy szkodzić sprawie, więc nie będziemy wchodzić w szczegóły – napiszemy: opinia pana profesora nie była tzw. „gamechangerem". Nie przeszkodziło to, by zawrzeć z nim umowę o wartości 61 500 zł i wypłacić za samą strategię procesową 36 900 zł – potwierdza to okazana w trakcie kontroli radnego umowa i faktury.
Wszystkie kwoty podawane przez nas w toku postępowania podawaliśmy na podstawie publicznych, urzędowych rejestrów. Nawet szef zespołu radców prawnych, mecenas Wojciech Szuster potwierdził, że urzędowy rejestr umów prowadzony jest w sposób, który może wprowadzać czytelnika w błąd. Jeżeli kogoś pan mecenas Błaszczak zamierza pozywać – może warto byłoby pozwać Prezydenta Wrocławia? Chociaż wtedy to dopiero zrobiłby się etyczny mętlik w zasupłanych i nachodzących na siebie interesach różnych mocodawców.
Dlaczego? W tym samym roku prof. Błaszczak okazał się być pełnomocnikiem procesowym zatrzymanego przez CBA Jacka Sutryka w sprawie Collegium Humanum, w której prezydent Wrocławia usłyszał zarzuty korupcji i oszustwa.
Normalną, etyczną reakcją byłoby zgłoszenie przez pana profesora do Gminy Wrocław zaistniałego konfliktu interesów i wycofanie się ze sprawy. Nie miało to jednak miejsca – profesor i mecenas Błaszczak nadal świadczył na rzecz urzędu rządzonego przez jego mocodawcę usługi.
Czy gdyby firma realizująca inwestycje drogowe na rzecz miasta układała chodnik w ogrodzie pana prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? Czy gdyby firma, która buduje dla miasta szkołę, remontowała prywatny dom prezydenta, czy również wszystko byłoby w porządku? To sytuacja, którą należy w szczególny sposób badać, bo tworzy przestrzeń do nadużyć. Szczególnie gdy dotyczy to prezydenta oskarżonego przez Prokuraturę Krajową o łapownictwo i oszustwa.
Profesor Błaszczak nie tylko nie wycofał się z dyskusyjnej etycznie sytuacji. Zamiast tego skierował pismo względem naszego Stowarzyszenia, w którym próbuje nas zastraszyć. Czy tak zachowują się akademickie i prawnicze autorytety? A może te absurdalne działania są podyktowane tym, co jeszcze może ujrzeć światło dzienne? Tylko pan profesor i jego wspólnicy wiedzą, czego nie chcą ujawnić opinii publicznej. Jednak nasze doświadczenie każe sądzić, że w debacie publicznej takich spraw - jeżeli istnieją - długo nie da się utrzymać w tajemnicy.
W naszej opinii sprawą powinny zająć się instytucje odpowiedzialne za dyscyplinę i etykę w ramach korporacji prawniczych, w których występuje bądź występował prof. Błaszczak, a także Uniwersytet Wrocławski.
Złoty spadochron Młyńczaka
Dziwna jest także rola prezesa Ekosystemu, niedawno zwolnionego z funkcji wiceprezydenta miasta, Michała Młyńczaka. Ten straszy nas krokami prawnymi za ujawnianie jego złotego spadochronu w postaci grubych setek tysięcy złotych wynagrodzenia w spółce Ekosystem. Za co ta podwyżka względem pensji wiceprezydenta? Chyba w nagrodę za współodpowiedzialność za chaos we wrocławskim systemie odbioru i zagospodarowania odpadów.
Nie podoba mu się, że porównujemy jego zespół do Gangu Olsena, choć nie był w stanie rozstrzygnąć przetargu przez niemal 450 dni, a okoliczności działań spółki Ekosystem i polityków ją nadzorujących bada Prokuratura Krajowa oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne, które dokonało przeszukania i zabezpieczenia dokumentów w siedzibie spółki.
Jednak to działania SOS Wrocław, które nagłaśniają tę niepokojącą aferę, są uznawane za szkodliwe i zasługujące na dalsze kroki prawne. Ekosystem już próbował iść tą drogą, gdy jesienią straszył krokami prawnymi po zgłoszeniu przez nas nieprawidłowości we wrocławskich śmieciach do Najwyższej Izby Kontroli. Po tym, gdy nie daliśmy się zastraszyć, spółka zawiadomiła prokuraturę, próbując przypisać absurdalne zarzuty przewodniczącemu SOS Wrocław, Piotrowi Uhle. Nie daliśmy się zastraszyć wtedy, nie damy i teraz.
Nie tylko my
Podobne pisma otrzymała w mijającym tygodniu fundacja Obywatel TBS oraz wrocławska redakcja Gazety Wyborczej. Obywatel TBS od spółki TBS Wrocław. Gazeta Wyborcza – od Ekosystemu za cykl artykułów ujawniających rozmiary wrocławskiej afery śmieciowej. Obie sprawy są podobne – miejskim podmiotom nie podoba się publiczna krytyka ich działań. Dla nich najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zadawał takich głupich pytań. A miasto byłoby najlepsze, gdyby można było spokojnie zarabiać pieniądze, ale bez tych natrętnych mieszkańców. Biura funkcjonowałyby sprawnie, zatrudnienie w spółkach rosło i nikt nie zakłócałby spokoju kolesiom.
Wszystkie skarżące się strony łączy jeden fakt. Nie brakuje im pieniędzy na obsługę prawną. Jednak wszystkie podmioty w całości lub w pewnym zakresie żyją z naszych podatków. Otrzymują czynsze, opłaty śmieciowe lub wynagrodzenia z miejskich instytucji. I wykorzystują swoją pozycję do tego, by walczyć z mediami i społeczeństwem obywatelskim.
Prywatne interesy, publiczne pieniądze
Niszcząc media i społeczeństwo obywatelskie, Jacek Sutryk, jego podwładni, sojusznicy i kolesie niszczą też lokalną demokrację. Ale nie dziwi nas ten fakt. Lokalna demokracja jest dla nich największym zagrożeniem. Dlatego prezydent wielokrotnie lżył i obrażał mieszkańców w obrzydliwy i pożałowania godny sposób. Dlatego jako prezes ZMP tworzy przestrzeń do lobbowania za utajnianiem oświadczeń majątkowych, przywróceniem możliwości dorabiania w radach nadzorczych, zniesienia dwukadencyjności, zapewnienia wcześniejszej, sowitej emerytury dla samorządowych kolesi.
Jako osoba prywatna Jacek Sutryk często popadał w wątpliwe etycznie sytuacje. Swój dom kupił po atrakcyjnej cenie od przedsiębiorcy, który nie tylko otrzymywał wielomilionowe dotacje z miasta. Odkąd Jacek Sutryk został prezydentem, dotacje znacząco wzrosły. Poprzedni dom prezydent sprzedał z kolei swojemu podwładnemu, który, tak się składa, jest prezesem Aquaparku i zarabia tam grube setki tysięcy złotych. Po transakcji prezydent awansował żonę prezesa, którą zrobił… prezesem miejskiego ZOO. Oczywiście, bez konkursu.
Poprzednie zastraszające pismo przedprocesowe prof. Błaszczak wysyłał dla Jacka Sutryka w związku z innym konfliktem interesów. Profil na Facebooku Jacka Sutryka z setkami tysięcy polubień jest jego prywatną własnością, jednak na jego popularność pracują w godzinach pracy rzesze urzędników i pracowników miejskich spółek oraz instytucji. Ten profil ma rynkową wartość, a wydając polecenia publikowania tam materiałów, Jacek Sutryk może uzyskiwać korzyść majątkową, której nigdzie nie zgłasza. Podobnie było, gdy na partyjną imprezę Campus Polska jechał urzędowym busem. Gdy jako prezes ZMP lobbował za własnymi przywilejami. Wymieniać można długo.
Nie zastraszycie nas
Po pierwsze: mamy rację. Po drugie: to Wy macie powody do obaw i dlatego wysyłacie te bzdurne groźby dalszych prawnych kroków. Po trzecie: demokracja w mieście wymaga nagłaśniania niegodziwości i dziwnych układów, które panują we Wrocławiu Jacka Sutryka, jego podwładnych, sojuszników i kolesi. Nie zaprzestaniemy tej działalności tylko dlatego, że kolesiom się ona nie podoba.
Chcą nas zniszczyć. Nie mamy wielkich zasobów finansowych i koneksji w wymiarze sprawiedliwości, dlatego liczą, że się ugniemy. Jednak nie o nas tu chodzi. Chodzi o to, by pozbawić Was, czytelników, dostępu do informacji o patologicznych układach wokół Urzędu Miasta. Bo dziś tylko opinia publiczna jest ograniczeniem dla ich apetytu na władzę oraz frukta za nią idące.
Perspektywa otrzymania pozwu z pewnością nie jest niczym przyjemnym. Pamiętajmy jednak, że sprawy cywilne z definicji są jawnego a przed pytaniami Sądu nie można uciekać w retorykę i nie da się ich zakrzyczeć wykupionymi kampaniami medialnymi. Opinia publiczna może w takim procesie poznać wiele bardzo interesujących faktów.
Dlatego będziemy dalej ujawniać i interweniować w sprawach patologii toczących Wrocław. To nie my jesteśmy ich przyczyną. Nie damy się zastraszyć, bo taki jest nasz obowiązek względem Was - mieszkańców. Prosimy jednak o jak najszersze udostępnienie tego tekstu w ramach gestu solidarności - chcemy wiedzieć, że nasze działania mają społeczne poparcie.
Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?
Czy w edukacji włączającej po wrocławsku leci z nami pilot?
Ewa Kamińska
Prawie dwa lata temu zadzwoniłam do Urzędu Miejskiego Wrocławia z prostym pytaniem. Na Ołtaszynie powstaje nowa szkoła. Mieszkańcy zabiegali o nią od lat. Okoliczna SP34 od dawna pęka w szwach. Dla wielu rodzin to jedna z najważniejszych inwestycji edukacyjnych w tej części miasta. Chciałam wiedzieć, jak będzie funkcjonować. Czy będzie dobrym miejscem dla mojego dziecka, które zacznie szkołę we wrześniu 2026 roku.
Usłyszałam dwie rzeczy.
Po pierwsze, że dopiero w 2026 roku będzie wiadomo, jak szkoła zostanie zorganizowana.
Po drugie, że miasto odchodzi od klas integracyjnych na rzecz edukacji włączającej.
Przyznam szczerze: wtedy hasło „edukacja włączająca” niewiele mi mówiło. Dziś wiem znacznie więcej - i właśnie dlatego jestem bardziej zaniepokojona niż wtedy. I my wszyscy powinniśmy. Nie dlatego, że uważam edukację włączającą za zły kierunek. Wręcz przeciwnie.
Im więcej czytam, rozmawiam z rodzicami, nauczycielami i specjalistami, tym bardziej dochodzę do wniosku, że edukacja włączająca jest dobrym kierunkiem. Problem polega na tym, że coraz częściej mam wrażenie, iż we Wrocławiu hasło „edukacja włączająca” stało się wygodną odpowiedzią na pytania, których nikt nie chce sobie naprawdę zadać.
Dlaczego likwidujemy kolejne formy wsparcia, zanim stworzymy skuteczną alternatywę?
Dlaczego nowe szkoły projektujemy tak, jakby wszystkie dzieci funkcjonowały identycznie? Dlaczego przy inwestycjach liczonych w setkach milionów złotych nie zaczynamy od pytania, czego potrzebują uczniowie, którzy najbardziej odstają od systemowej normy?
Bo jeśli od pierwszego dnia wiadomo, że w szkole będą uczyć się dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, opiniami poradni psychologiczno-pedagogicznych czy niepełnosprawnościami, to rozsądniej jest uwzględnić ich potrzeby na etapie organizacji placówki niż reagować w ciągu roku szkolnego. Łatwiej od początku zaplanować klasy integracyjne, zrekrutować nauczycieli współorganizujących kształcenie, przygotować przestrzeń i procedury, niż później tłumaczyć rodzicom, dlaczego system znowu nie nadążył za rzeczywistością.
Zwłaszcza że nie mówimy o problemie, którego nikt wcześniej nie przewidział. Mówimy o dzieciach, które już mieszkają we Wrocławiu. To właśnie ten fragment układanki najbardziej mnie zastanawia.
Budżet Wrocławia na 2026 rok jest największy w historii miasta. Na edukację przeznaczamy miliardy złotych. W dokumentach strategicznych przeczytamy o wysokiej jakości edukacji, wspieraniu potencjału każdego ucznia, przeciwdziałaniu wykluczeniu i budowaniu miasta przyjaznego mieszkańcom.
Brzmi świetnie.
Tylko że równocześnie Wrocław nie posiada aktualnej strategii odpowiadającej na wyzwania, z którymi szkoły mierzą się dzisiaj. Dokument z 2015 r. w żaden sposób nie odnosi się do tego co to znaczy edukacja włączająca we Wrocławiu. Potrzebujemy pilnej aktualizacji i mądrego przywództwa. Nie za dziesięć lat. Dzisiaj.
W czasie, gdy lawinowo rośnie liczba uczniów z diagnozami ADHD, autyzmu i innymi szczególnymi potrzebami edukacyjnymi. Gdy poradnie psychologiczno-pedagogiczne nie nadążają za potrzebami rodzin. Gdy rodzice coraz częściej organizują sobie wiedzę o szkołach metodą poczty pantoflowej, bo nie ufają systemowi. Na grupach dla rodziców dzieci autystycznych i dzieci z niepełnosprawnościami regularnie pojawiają się rozpaczliwe pytania:
- „Czy ktoś zna szkołę, która sobie poradzi?”
- „Gdzie moje dziecko będzie bezpieczne?”
- „Czy ktoś ma doświadczenia z tą placówką?”
- „Czy ta szkoła respektuje zalecenia z poradni?”
Nie pytają o szkołę marzeń. Pytają o szkołę, która nie zrobi ich dziecku krzywdy. To nie jest detal a sygnał alarmowy! Bo jeśli rodzice dzieci ze szczególnymi potrzebami muszą działać jak detektywi, to znaczy, że system nie daje im poczucia bezpieczeństwa.
Jeszcze bardziej zastanawia mnie coś innego. Jesteśmy w środku niżu demograficznego. To idealny moment, by zastanowić się, jakiej szkoły potrzebujemy na kolejne dekady. Czy naprawdę najlepszym pomysłem są ogromne placówki dla kilkuset lub ponad tysiąca uczniów? Jeśli tak to dlaczego nie zmniejszyć ilości uczniów w klasach?
Czy ktoś sprawdził, jak funkcjonują w takich warunkach dzieci autystyczne? Dzieci z ADHD? Dzieci z trudnościami sensorycznymi? Dzieci z niepełnosprawnościami?
Czy ktoś zapytał rodziców, czego potrzebują ich dzieci?
Ja nie spotkałam się z taką rozmową. A przecież szkoła nie jest magazynem dzieci. Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. We Wrocławiu już dziś są szkoły, które naprawdę dobrze radzą sobie z edukacją włączającą.
Są dyrektorzy, którzy potrafią budować wspierające środowisko. Nauczyciele, którzy rozumieją neuroróżnorodność. Placówki, które nie traktują rodziców jak petentów. Są szkoły, do których rodzice ustawiają się w kolejce właśnie dlatego, że dzieci czują się tam bezpiecznie.
Skoro takie miejsca istnieją, to dlaczego nie stają się wzorem dla całego systemu? Dlaczego nie bierzemy tego, co już w nich działa za wzór? Dlaczego nie adaptujemy tych praktyk przy organizacji nowych szkół? Przez większość życia zawodowego pracowałam w doradztwie podatkowym. W konsultingu nauczyłam się jednej rzeczy: nie da się zaprojektować dobrego rozwiązania bez rzetelnej diagnozy problemu. Najpierw zbiera się dane. Potem analizuje stan obecny. Następnie identyfikuje dobre praktyki.
Dopiero na końcu projektuje rozwiązanie.
To nie jest rewolucyjna wiedza a po prostu zdrowy rozsądek. Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy we Wrocławiu naprawdę projektujemy edukację wokół potrzeb dzieci? Czy raczej wokół potrzeb systemu?
Bo edukacja włączająca nie zaczyna się w klasie. Zaczyna się kilka lat wcześniej, przy stole, przy którym podejmuje się decyzje o tym, jaką szkołę zbudować, ilu uczniów do niej przyjąć i dla jakich dzieci ma być gotowa. Jeżeli jesteś rodzicem, nauczycielem, uczniem albo dyrektorem szkoły - napisz do nas na kontakt@soswroclaw.pl
Jak wygląda edukacja włączająca z Twojej perspektywy? Co działa? Co nie działa? Jakich rozwiązań brakuje?
Bo zanim wydamy kolejne setki milionów złotych i napiszemy te nowe strategie, warto upewnić się, że naprawdę rozumiemy z czym się we wrocławskiej edukacji mierzymy.
Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?
Dzieci, których nie ma. Co ma z tym wspólnego kultura?
Damian Daszkowski
Współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,068. W poprzednim tekście zwracaliśmy uwagę na aspekty polityki państwa i samorządu. Jednak tego wskaźnika nie da się wyjaśnić wyłącznie kosztami mieszkań czy wysokością zasiłków. Coraz więcej badaczy wskazuje, że u źródeł kryzysu demograficznego leży coś głębszego: zmiana tego, jak myślimy o dzieciach, związkach i własnym życiu.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w „Polsce w liczbach 2026", w 2025 roku na jedną kobietę przypadało średnio 1,068 dziecka. W 1990 roku ten sam wskaźnik wynosił 1,99, czyli był bliski poziomowi zastępowalności pokoleń, szacowanemu na ok. 2,1. Od tego czasu Polska systematycznie oddala się od tej granicy. Mediana wieku ludności rośnie, a liczba osób w wieku poprodukcyjnym przewyższyła już liczbę osób w wieku przedprodukcyjnym. Podobnie jest we Wrocławiu, który od lat zachowuje chwiejny balans demograficzny głównie dzięki migracjom młodych ludzi do miasta, które równoważą przewagę zgonów nad urodzeniami oraz wyjazdy młodych rodzin do podmiejskiego obwarzanka.
To nie tylko polski problem. Według Eurostatu średni współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł w 2024 roku 1,34, ze szczególnie niskimi wartościami w Hiszpanii i na Malcie. Trend ma więc charakter strukturalny i wiąże się z przemianami typowymi dla wysoko rozwiniętych społeczeństw. Ale skala i tempo, z jakim Polska traci dzieci, każą szukać przyczyn nie tylko w gospodarce.
Kiedy dziecko przestało być oczywistością
Jeszcze dwie, trzy dekady temu posiadanie dzieci było w polskiej kulturze elementem niemal automatycznym, częścią scenariusza dorosłego życia, na równi ze ślubem czy pracą. Dziś coraz częściej jest jedną z opcji do rozważenia, konkurującą z karierą, podróżami, czy po prostu spokojem.
Badania Instytutu Pokolenia wśród młodych Polaków pokazują, że tradycja - czyli wartość najsilniej korelująca z wyższą dzietnością - jest dla pokolenia dziadków najważniejszą wartością życiową. U ojców jest niemal równie istotna. U dzisiejszych studentów spada na czwarte miejsce, wyparta przez osiągnięcia i sukces zawodowy.
Socjolodzy opisują ten mechanizm jako rodzaj samonapędzającej się zmiany norm. Im więcej osób w naszym otoczeniu funkcjonuje bez dzieci, tym mniej to dziwi, tym łatwiej samemu podjąć taką decyzję, i tym bardziej bezdzietność staje się po prostu jedną z możliwych dróg, a nie odstępstwem od reguły. Dane CBOS z badania z 2022 roku to potwierdzają: odsetek bezdzietnych kobiet w wieku 18–45 lat, które w ogóle nie planują potomstwa, wzrósł z 22% w 2017 roku do 42% w 2022 roku — podwoił się w ciągu zaledwie pięciu lat. To nie jest powolna zmiana kulturowa; to przyspieszenie.
Co istotne, nie chodzi tu wyłącznie o emancypację kobiet czy politykę równościową, jak bywa to przedstawiane w publicystyce. Państwa, które najlepiej godzą aktywność zawodową kobiet z rodzicielstwem - czyli te z rozwiniętą opieką instytucjonalną i elastycznym rynkiem pracy - notują wyższą dzietność niż kraje, w których kobiety mają mniejsze szanse na pracę. Problem nie leży w tym, że kobiety pracują, lecz w tym, że rodzicielstwo i praca są sobie wzajemnie przeciwstawiane. Co znamienne, w lipcowym badaniu CBOS z 2025 roku aż 51% młodych ludzi uważa, że kobiety pracujące zawodowo są bardziej szanowane niż te zajmujące się wyłącznie domem i dziećmi — a wśród samych kobiet ten odsetek jest jeszcze wyższy.
Wioska, która zniknęła z miast
Drugim kulturowym wątkiem, coraz częściej obecnym w debacie, jest zanik tego, co bywa nazywane „wioską" — czyli sieci wsparcia: babć, sąsiadów, dalszej rodziny, znajomych gotowych pomóc przy dziecku. W tradycyjnych, wielogeneracyjnych społecznościach opieka nad dzieckiem była rozłożona na wiele osób. W dużych miastach młoda rodzina zostaje z dzieckiem często sama, bez sieci, którą można by poprosić o pomoc na kilka godzin.
Badania CBOS z 2025 roku pokazują, jak dosłownie przekłada się to na decyzje prokreacyjne. Wśród kobiet pozostających w związkach, które nie mogłyby liczyć na żadne wsparcie w codziennej opiece nad dzieckiem, zaledwie 3% planuje potomstwo w ciągu najbliższych lat. Wśród tych, które mogą liczyć na pięć różnych źródeł wsparcia (partner, rodzice, teściowie, dalsza rodzina, znajomi) — aż 38%. Sieć wsparcia nie jest zatem kwestią komfortu; jest warunkiem koniecznym decyzji o dziecku.
Towarzyszy temu zjawisko, które część badaczy nazywa wprost „dzieciofobią": wypychanie dzieci z przestrzeni publicznej. Restauracje bez wysokich krzesełek, baseny z ograniczeniami wiekowymi, lokale, w których obecność dziecka jest traktowana jako uciążliwość. To z pozoru drobne sygnały, ale ich suma tworzy obraz miasta, w którym rodzicielstwo jest czymś, co trzeba schować, nie czymś, co jest normalną częścią życia wspólnoty.
Dla porównania: w Czechach, gdzie dzietność jest wyraźnie wyższa niż w Polsce, niemal połowa obywateli uważa posiadanie dzieci za swego rodzaju zobowiązanie społeczne. W Polsce taki pogląd deklaruje tylko 33% badanych, a 59% wprost się z nim nie zgadza — wynika z badania CBOS z 2025 roku. To nie jest różnica w wysokości zasiłków, to różnica w tym, jak społeczeństwo postrzega rolę dziecka.
Pokolenie, które nie tworzy par
Trzeci wątek kulturowy dotyczy czegoś, co poprzedza decyzję o dziecku: trwałych związków. Według dostępnych badań dwie trzecie Polaków przed trzydziestym rokiem życia nie żyje w relacji, z której mogłyby się urodzić dzieci. Sto lat temu w analogicznym wieku w związkach małżeńskich była ponad dziewięćdziesięcioprocentowa większość populacji.
Badaczka Jean Twenge wskazuje rok 2012 — moment masowego upowszechnienia smartfonów — jako punkt zwrotny dla relacji społecznych młodych ludzi. Zbieżność dat z globalnym załamaniem dzietności jest uderzająca. Analitycy opisani przez „Financial Times" policzyli, że w krajach, gdzie nastąpił gwałtowny wzrost nasycenia rynku smartfonami, wskaźniki dzietności spadały w tempie 20–38% szybciej niż wcześniej. Zbudowany przez nich model matematyczny wskazuje, że gdyby ceny i dostępność smartfonów pozostały na poziomie z 2007 roku, Stany Zjednoczone uniknęłyby nawet 43% zaobserwowanego regresu demograficznego. Argument jest tym mocniejszy, że trend dotyczy krajów skrajnie różnych gospodarczo, co podważa tezę, że chodzi wyłącznie o ekonomię.
Mechanizm nie jest tajemnicą. Między 2003 a 2024 rokiem czas spędzany na kontaktach twarzą w twarz skrócił się w USA o 22%, a czas przed ekranem wzrósł o 93%. Aplikacje randkowe nie są zaprojektowane po to, by użytkownik szybko znalazł partnera i odinstalował aplikację — ich algorytmy utrzymują go w stanie ciągłego poszukiwania, a wyidealizowane profile generują nierealistyczne oczekiwania wobec realnych ludzi. Efektem jest masowa samotność: w USA 42% osób w wieku 25–39 lat żyje samotnie.
This new piece in the @FinancialTimes hits the nail on the head. "All of these inflection points coincided with the mass adoption of smartphones in local markets." US is the dark blue line. "In country after country the birth rate plunged after the introduction of smartphones, no… pic.twitter.com/gBTGVuuP0L
— Clare Morell (@ClareMorellEPPC) May 20, 2026
Polskie dane CBOS rysują obraz bardziej niejednoznaczny. Sześćdziesiąt pięć procent młodych Polaków wciąż spotyka się ze znajomymi w realu przynajmniej kilka razy w miesiącu - to odróżnia nas od bardziej wyizolowanych społeczeństw. Jednocześnie co trzeci Polak w wieku 18–24 lat nie jest aktywny seksualnie, co jest zjawiskiem bez precedensu w powojennych danych.
Do tego dochodzi nowy wymiar polaryzacji. Młode polskie kobiety są statystycznie bardziej lewicowe, młodzi mężczyźni bardziej prawicowi - i przepaść ta rośnie. Jednocześnie kobiety masowo migrują do większych miast, mężczyźni częściej zostają w mniejszych ośrodkach. Obie grupy dosłownie się mijają: w metropoliach wykształconych kobiet jest proporcjonalnie więcej niż mężczyzn w tym samym przedziale wiekowym, w mniejszych miastach odwrotnie.
Idealne dziecko albo żadne
Paradoksem jest to, że młodzi Polacy chcą mieć dzieci. Badanie CBOS z 2025 roku jest w tej kwestii jednoznaczne: 44% młodych ludzi chciałoby mieć dwoje dzieci, 20% trójkę lub więcej, a jedynie 12% deklaruje, że nie chce mieć dzieci w ogóle. Mediana wynosi dwoje. To nie jest pokolenie, które odrzuca rodzicielstwo — to pokolenie, które je odkłada, aż do momentu, gdy odkładanie staje się rezygnacją.
Dane CBOS z 2023 roku pokazują tę dynamikę w czasie: mediana wieku kobiet planujących pierwsze dziecko przesunęła się z 27 lat w 2017 roku do 29 lat w 2022 roku. Dwa lata na przestrzeni pięciolatki. Efekt tej arytmetyki jest wymierny: wśród osób w wieku 40–44 lata aż 31% ma mniej dzieci, niż chciałoby mieć — u mężczyzn ten odsetek sięga 35%. To nie są niespełnione marzenia o rodzinie wielodzietnej; to w większości jedno dziecko zamiast dwójki, dwójka zamiast trójki. Luka między aspiracją a rzeczywistością, która zamknęła się cicho, bez dramatycznej decyzji.
Mechanizm jest psychologicznie spójny: młodzi Polacy odkładają decyzję, bo uważają, że wymaga ona perfekcyjnej stabilizacji — finansowej, mieszkaniowej, emocjonalnej. Ideał, który nigdy w pełni nie nadchodzi.
Czwarty czynnik: kompulsywne rodzicielstwo
Rzadziej wymieniany kulturowy czynnik to zmiana standardów samego rodzicielstwa. Poprzednie pokolenia wychowywały dzieci w znacznej mierze na podwórku, w nieformalnych grupach rówieśniczych, przy dużym udziale sieci sąsiedzkiej i rodzinnej. Współczesny model rodzicielstwa coraz częściej zakłada pełne zaangażowanie rodziców całą dobę: organizacja zajęć dodatkowych, stymulacja sensoryczna, odpowiednie zabawki, właściwa dieta, ciągłe towarzystwo.
CBOS rejestruje ten stan świadomości dokładnie. 86% młodych uważa, że wychowanie dziecka w obecnych czasach jest dużym wyzwaniem, 83% — że wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. To nie jest mniejszość przekonana o trudności rodzicielstwa; to zdecydowana większość. Co ciekawe — i co artykuły o kryzysie demograficznym rzadko odnotowują — jednocześnie 91% badanych uważa, że dzięki rodzicielstwu można się wiele nauczyć, 86% że sprawia ono wiele radości, a 76% że dzieci nadają życiu sens. Rodzicielstwo jest postrzegane jako trudne i bezcenne zarazem. To nie niechęć do dzieci napędza kryzys, lecz lęk przed niemożnością sprostania własnym standardom.
Paradoks polega na tym, że im wyższe są standardy wychowania, tym bardziej zniechęca to do posiadania kolejnych dzieci. Jeden projekt wychowawczy pochłania całą dostępną energię i czas. Nie jest to zjawisko marginalne — jest widoczne w danych dotyczących czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców, który w ciągu ostatnich dekad wzrósł mimo jednoczesnego wzrostu aktywności zawodowej kobiet. Coś, co miało być troską, stało się kolejną formą presji.
Kultura kontra ekonomia — kto napędza kryzys?
Artykuł mógłby tu skończyć narrację na ogólnym poziomie, gdyby nie dane, które precyzyjnie układają czynniki w hierarchię. CBOS z 2025 roku zapytał bezdzietnych nieplanujących potomstwa o powody. Wynik jest jednoznaczny: przy decyzji o pierwszym dziecku czynniki kulturowe dominują nad ekonomicznymi. Niechęć do posiadania dzieci lub przekonanie, że dzieci to zbyt duża odpowiedzialność, deklaruje łącznie 35% ankietowanych — potrzeba niezależności i czasu dla siebie kolejne 32%. Bariery materialne wskazuje 25%. Kolejność nie jest przypadkowa.
Co jednak ważne — i co niekiedy umyka w debacie — gdy pytamy o decyzję o kolejnym dziecku, proporcje się odwracają. Tu na czoło wysuwa się sytuacja materialna (27%), a dopiero za nią czynniki zawodowe (14%). Kryzys dzietności ma więc dwa piętra: na pierwszym, gdzie podejmowana jest decyzja o wejściu w rodzicielstwo, rządzi kultura; na drugim, gdzie decyduje się o skali rodziny, rządzi ekonomia. Polityka publiczna, skupiona niemal wyłącznie na świadczeniach pieniężnych, dociera głównie na drugie piętro.
Skutki, których nie widać od razu
Kulturowe przyczyny kryzysu demograficznego mają też kulturowe skutki, które będą widoczne dopiero z czasem. Pokolenia wychowywane jako jedynacy albo w rodzinach bez kontaktu z licznym rodzeństwem i kuzynostwem inaczej uczą się dzielenia, współpracy, rozwiązywania konfliktów. Słabnące więzi sąsiedzkie i rodzinne oznaczają mniej naturalnych mechanizmów wsparcia w sytuacjach kryzysowych, a więcej zadań przejmowanych przez instytucje publiczne.
Zmienia się też sam dyskurs publiczny. Niska dzietność bywa dziś przedstawiana w kategoriach katastroficznych, jako zagrożenie dla „przetrwania narodu", co dodatkowo polaryzuje debatę i utrudnia rzeczową rozmowę o przyczynach i rozwiązaniach. Tymczasem, jak zauważają eksperci, mówienie o nieuchronnej „niewypłacalności państwa" czy „utracie suwerenności" ma charakter publicystyczny, nie analityczny. Starzenie się społeczeństwa jest realnym wyzwaniem dla systemu zabezpieczeń społecznych, ale wymaga adaptacji instytucji, nie paniki.
Czego kultura nie rozwiąże sama
Z konstytucyjnego punktu widzenia państwo ma obowiązek ochrony rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa, co wynika z artykułów 18 i 71 Konstytucji RP. Dotychczasowe instrumenty — głównie świadczenia pieniężne — ograniczyły ubóstwo dzieci i poprawiły sytuację materialną wielu rodzin, ale nie odwróciły trendu demograficznego.
To, co dziś najbardziej widoczne w badaniach, to fakt, że decyzje o dzieciach zależą nie tylko od pieniędzy, ale od poczucia stabilności, dostępności mieszkań, jakości usług publicznych i tego, czy otoczenie społeczne traktuje rodzicielstwo jako coś wartego wsparcia, czy jako prywatny wybór, z którym trzeba sobie radzić samemu. I tu dane CBOS dają odpowiedź, której nie daje żaden program świadczeń: sieć wsparcia — realna, ludzka, codzienna — jest silniejszym predyktorem decyzji o dziecku niż wysokość transferów socjalnych.
Żadna kampania społeczna nie zastąpi żłobka. Żaden żłobek nie zastąpi też zmiany w tym, jak patrzymy na dzieci w naszym otoczeniu: w pracy, w restauracji, na osiedlu. Kulturowy wymiar kryzysu demograficznego jest trudniejszy do zmierzenia niż wskaźnik TFR, ale bez jego uwzględnienia trudno zrozumieć, dlaczego kolejne programy finansowe nie przynoszą oczekiwanych efektów. I dlaczego 31% czterdziestolatków ma mniej dzieci, niż chciało mieć — nie dlatego, że zmienili zdanie, ale dlatego, że idealne warunki nigdy nie nadeszły.
Dane ilościowe: CBOS, komunikat Nr 68/2025 „Pokolenia Z i Y o rodzicielstwie" (oprac. M. Omyła-Rudzka) oraz CBOS, komunikat Nr 3/2023 „Postawy prokreacyjne kobiet".
Zdjęcia P.Uhle
Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy
Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy
Marek Zalewski
Wrocław przez lata budował swój gospodarczy wizerunek na obecności dużych firm międzynarodowych, centrów usług biznesowych, finansów, IT, księgowości, HR, compliance i zaplecza operacyjnego globalnych korporacji. Ten model rzeczywiście przyniósł miastu tysiące miejsc pracy, napływ młodych specjalistów, rozwój rynku biurowego i wzrost znaczenia Wrocławia na gospodarczej mapie Polski.

Problem polega na tym, że ten sam model wchodzi właśnie w nową fazę. Nie jest to już faza łatwego wzrostu, w której kolejne centrum usług oznaczało automatycznie kolejne setki stabilnych etatów. Coraz większe znaczenie mają automatyzacja, sztuczna inteligencja, presja kosztowa, globalne restrukturyzacje i ostrożniejsze decyzje kadrowe firm. Wrocław powinien tę zmianę potraktować poważnie, a nie wyłącznie jako przejściowe zakłócenie w dotychczasowej historii sukcesu.
Według raportu ABSL sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce pozostaje bardzo silny. Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku w kraju działało 2081 centrów usług biznesowych prowadzonych przez 1258 inwestorów, a zatrudnienie w tych centrach wynosiło około 488,7 tysiąca osób. Wrocław jest jednym z trzech głównych polskich ośrodków tego sektora. W raportach branżowych takie miasta określa się czasem jako lokalizacje Tier 1, czyli największe i najbardziej dojrzałe rynki usług biznesowych. W praktyce chodzi po prostu o Warszawę, Kraków i Wrocław. Według danych ABSL Wrocław jako trzeci taki ośrodek zatrudniał w sektorze około 70,3 tysiąca osób.
To są dane imponujące. Ale właśnie dlatego ryzyko jest poważne.
Jeżeli tak duża część lokalnego rynku pracy jest związana z globalnymi centrami usług, to Wrocław musi zadawać pytania nie tylko o liczbę nowych inwestycji, lecz także o trwałość tych miejsc pracy. Szczególnie wtedy, gdy sam sektor przyznaje, że zmienia się charakter pracy, rośnie znaczenie automatyzacji, a firmy coraz częściej szukają efektywności nie przez rozbudowę zespołów, lecz przez optymalizację procesów.
UBS jako sygnał ostrzegawczy
Jednym z najbardziej czytelnych przykładów tej zmiany jest sprawa UBS. Według doniesień medialnych bank rozpoczął w Polsce wieloletni proces redukcji zatrudnienia, obejmujący około 7 procent załogi rocznie w latach 2025 i 2026. Firma ma biura w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Jednocześnie według informacji podawanych w mediach UBS deklaruje, że centra w Krakowie i Wrocławiu pozostają dla niej strategiczne.
Trzeba więc zachować precyzję. Nie można pisać, że wszystkie te zwolnienia dotyczą Wrocławia. Nie można też twierdzić, że UBS wycofuje się z Wrocławia. To byłoby nierzetelne.
Ale nie można również udawać, że ta informacja nie ma znaczenia dla Wrocławia. Ma znaczenie zasadnicze, bo pokazuje mechanizm działania globalnych organizacji. Duży pracodawca może jednocześnie deklarować znaczenie danego miasta i prowadzić redukcje w wybranych strukturach. Może utrzymywać centrum w Polsce, ale zmieniać profil zatrudnienia. Może rozwijać jedne funkcje i ograniczać inne. Może przenosić, automatyzować albo wygaszać procesy, które jeszcze kilka lat temu były traktowane jako stabilne miejsca pracy.
To nie jest zarzut wobec jednej firmy. To opis zmiany modelu. Korporacje nie są lokalnym instrumentem polityki społecznej. Są częścią globalnych struktur kosztów, efektywności i decyzji centrali. Wrocław, który przez lata korzystał z tego modelu, powinien teraz umieć zarządzać także jego słabszą stroną.
Branża idzie w górę. To nie wystarczy
Uczciwa analiza wymaga przyznania jednej rzeczy: wrocławski sektor BSC nie jest dziś tym samym sektorem co dziesięć lat temu. Polska, w tym Wrocław, przez ostatnie lata systematycznie zwiększała udział bardziej zaawansowanych funkcji - IT, inżynierię oprogramowania, R&D - kosztem prostych procesów finansowo-księgowych (F&A), które były filarem pierwszej fazy wzrostu. To realny postęp i argument, którego nie można pominąć.
Problem w tym, że ten awans nie rozwiązuje strukturalnego ryzyka. Dzieje się tak z dwóch powodów.
Po pierwsze, IT - niegdyś uważane za naturalnie odporne na automatyzację - samo staje się jej przedmiotem. Kodowanie asystowane przez sztuczną inteligencję, automatyczne testowanie, generowanie dokumentacji: to zjawiska, które już dziś zmieniają popyt na pracę w centrach IT. W perspektywie pięciu do dziesięciu lat część stanowisk, które dziś uchodzą za bezpieczne, może podlegać tej samej presji co wcześniej F&A. Przesunięcie branży w górę łańcucha wartości nie oznacza wyjścia poza zasięg automatyzacji - oznacza jedynie odroczenie konfrontacji z nią o kilka lat.
Po drugie, udział R&D w strukturze zatrudnienia sektora pozostaje stosunkowo niewielki - to nadal ułamek całkowitego zatrudnienia w centrach usług. Nie można budować strategii odporności na fundamencie, który stanowi kilka procent całości. Awans branży jest pożądany i powinien być wzmacniany, ale nie jest tarczą.
Automatyzacja nie jest neutralna dla pracowników

Dane z Barometru Rynku Pracy 2026 Gi Group dobrze pokazują skalę zmiany. Firmy coraz ostrożniej podchodzą do decyzji kadrowych. Tylko 13,7 procent przedsiębiorstw planuje zwiększenie zatrudnienia w najbliższym kwartale, natomiast 9,8 procent przewiduje redukcję zatrudnienia. Raport wskazuje, że jest to najwyższy wynik planowanych redukcji od 2017 roku.
Równocześnie firmy szukają produktywności. Nie zawsze przez zatrudnianie nowych osób. Często przez lepszą organizację pracy, ograniczanie kosztów, automatyzację i sztuczną inteligencję. Według tego samego raportu, wśród firm korzystających z automatyzacji i AI, 42,3 procent wskazało, że wdrożenia usprawniły i przyspieszyły procesy, 32,6 procent, że pozwoliły ograniczyć koszty operacyjne, a 27 procent, że zmieniły organizację pracy lub zakres obowiązków pracowników.
To jest pozytywna część obrazu. Ale jest też część mniej wygodna. 15,8 procent firm wskazało, że automatyzacja zwiększyła tempo pracy lub presję na wyniki, a 14,4 procent, że ograniczyła zapotrzebowanie na pracowników.
Właśnie ten fragment powinien szczególnie interesować Wrocław.
Automatyzacja nie jest tylko technologiczną ciekawostką. W centrach usług biznesowych może bezpośrednio wpływać na popyt na pracę. Najpierw usprawnia procesy. Potem zmienia zakres obowiązków. Następnie podnosi oczekiwania wobec pracowników. W końcu część zadań może przestać wymagać dotychczasowej liczby osób.
To nie znaczy, że sztuczna inteligencja natychmiast „zabierze pracę" wszystkim pracownikom korporacji. Taki wniosek byłby publicystycznie prosty, ale nieprawdziwy. Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz: stopniowa zmiana profilu zatrudnienia, mniejszy popyt na część powtarzalnych zadań, większa presja na efektywność i konieczność przekwalifikowania części pracowników.
Miasto chwali się miejscami pracy. Ale czy bada ich trwałość?

W odpowiedzi miasta dotyczącej projektów obsługiwanych przez Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej wskazano, że w latach 2015-2025 zestawienie obejmuje 195 projektów inwestycyjnych lub reinwestycyjnych z deklarowaną liczbą ponad 50 tysięcy miejsc pracy. Podano również, że od początku istnienia ARAW pozyskała lub wsparła ponad 260 projektów, co miało przełożyć się na ponad 125 tysięcy miejsc pracy. Łączna szacowana wartość inwestycji zagranicznych z ostatnich 10 lat została określona na około 56 miliardów złotych.
To są liczby ważne i nie należy ich lekceważyć. Pokazują realną skalę aktywności inwestycyjnej Wrocławia. Ale jednocześnie rodzą pytania, których w debacie publicznej jest zbyt mało.
Ile z tych miejsc pracy faktycznie powstało? Ile istnieje nadal? Ile było trwałych, dobrze płatnych i odpornych na automatyzację? Ile było miejscami w prostych, powtarzalnych procesach, które dziś mogą być przenoszone, wygaszane albo zastępowane technologią? Jak wygląda zatrudnienie po trzech, pięciu i dziesięciu latach od wejścia inwestora do miasta?
To nie jest akademickie czepianie się statystyk. To podstawowe pytania o jakość polityki gospodarczej.
Miasto nie powinno opierać narracji gospodarczej wyłącznie na deklarowanej liczbie miejsc pracy przy nowych inwestycjach. W warunkach zmian technologicznych ważniejsze stają się trwałość zatrudnienia, jakość kompetencji, poziom płac, odporność lokalnego rynku pracy i możliwość szybkiego przekwalifikowania pracowników, których stanowiska mogą zostać objęte automatyzacją.
Niskie bezrobocie nie może usypiać
Wrocław nadal ma relatywnie niskie bezrobocie. Według danych Urzędu Statystycznego we Wrocławiu, dla miasta Wrocławia w marcu 2026 roku wskazano około 10 tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych i stopę bezrobocia na poziomie 2,5 procent. To nie jest obraz kryzysu.
Ale to również nie jest powód do samozadowolenia.
Bezrobocie w gospodarce opartej na usługach biznesowych może narastać inaczej niż w starym przemyśle. Nie musi pojawić się jako jedno spektakularne zamknięcie zakładu. Może przychodzić etapami: przez zamrożenie rekrutacji, nieprzedłużanie umów, dobrowolne odejścia, redukcje wybranych zespołów, likwidację dublujących się funkcji po fuzjach i przejęciach, przenoszenie procesów do innych lokalizacji albo automatyzację części zadań.
W takim modelu przez długi czas można utrzymywać wrażenie stabilności. Tyle że dla konkretnego pracownika stabilność kończy się w dniu, w którym jego proces zostaje uznany za zbyt drogi, zbyt prosty albo możliwy do zautomatyzowania.
Dane Gi Group pokazują, że pracownicy już czują zmianę. 33 procent badanych obawia się utraty pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, 40 procent rozważa przebranżowienie, a 42 procent odczuwa przeciążenie obowiązkami zawodowymi. To nie jest jeszcze panika. To raczej sygnał, że poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy słabnie.
Kraków - drugi po Wrocławiu największy ośrodek BSC w Polsce - mierzy się z identycznymi symptomami, i to w liczbach, które trudno zbagatelizować. Według danych Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie, liczba wolnych miejsc pracy zgłoszonych przez pracodawców w 2025 roku spadła o 25,7 procent rok do roku. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o blisko 3 tysiące osób w porównaniu z poprzednim rokiem. Skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 60 procent. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Outsourcingu Krzysztof Inglot komentuje tę zmianę wprost: firmy „przestały brać każdego", a rynek staje się coraz bardziej selektywny. Krakowski urząd pracy, podobnie jak wrocławski, na razie zachowuje spokój - powołując się na wzrost płac i przyrost liczby podmiotów gospodarczych. Mechanizm jest jednak ten sam. I nie szanuje granic administracyjnych.
Wrocław potrzebuje polityki odporności, nie tylko promocji

Wrocław nie powinien rezygnować z przyciągania inwestorów. Byłby to błąd. Sektor usług biznesowych nadal jest ważny, daje tysiące miejsc pracy i pozostaje jednym z filarów gospodarki miasta. Problem polega na tym, że sama obecność dużych firm nie wystarczy już jako strategia rozwoju.
Miasto powinno przejść od polityki promowania liczby inwestycji do polityki odporności gospodarczej.
Po pierwsze, potrzebny jest publiczny system monitorowania jakości miejsc pracy powstających przy wsparciu miasta i ARAW. Nie tylko liczba deklarowanych etatów, ale także realne zatrudnienie po kilku latach, poziom wynagrodzeń, stabilność funkcji, rodzaj wykonywanych procesów i ryzyko automatyzacji.
Po drugie, potrzebny jest program przekwalifikowania pracowników centrów usług. Nie ogólne hasła o kompetencjach przyszłości, ale praktyczna oferta dla kogoś, kto od pięciu lat obsługuje procesy rozliczeniowe dla zagranicznej centrali i nagle potrzebuje nowego kierunku. Taki program powinien łączyć uczelnie, Powiatowy Urząd Pracy, ARAW, pracodawców i lokalne firmy technologiczne.
Po trzecie, Wrocław powinien wzmacniać lokalne małe i średnie przedsiębiorstwa, a przede wszystkim firmy z realnym produktem - takie, których nie można przenieść do Indii ani zastąpić modelem językowym. I tu pojawia się coś konkretnego, o czym w debacie o wrocławskim rynku pracy mówi się zdecydowanie za mało: przemysł obronny.
Zakład PIT-RADWAR w Czernicy pod Wrocławiem zatrudnia dziś około 170 specjalistów i właśnie ogłosił nabór na blisko 100 kolejnych osób - ślusarzy, spawaczy, monterów i elektroników. To nie jest projekt wirtualny: za rekrutacją stoją konkretne kontrakty dla Wojska Polskiego oraz środki z unijnego programu SAFE, które trafiły już do regionu. Dzięki tej inwestycji zakład ma docelowo zatrudniać około 270 osób. W Czernicy powstają zaawansowane systemy łączności taktycznej, integrowane między innymi w pojazdach produkowanych przez Jelcz.
A Jelcz to osobna historia. W marcu 2026 roku Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała z Jelczem umowę inwestycyjną o wartości 756 milionów złotych na budowę nowej fabryki i zwiększenie zdolności produkcyjnych w Jelczu-Laskowicach. Do obecnej załogi liczącej ponad tysiąc sto osób ma dołączyć około 200 nowych pracowników. Nowy zakład ma produkować od tysiąca do tysiąca ośmiuset pojazdów rocznie. Równolegle w Raciborzu, w halach po upadłym Rafako przejętych przez PGZ, uruchamiana jest kolejna linia produkcji pojazdów wojskowych - z docelowym zatrudnieniem nawet 500 osób.
To jest właśnie ten typ miejsc pracy, o który Wrocław i Dolny Śląsk powinny zabiegać: zakorzeniony w konkretnym zakładzie, oparty na krajowych kompetencjach inżynierskich, odporny na relokację. Warto też przypomnieć, że pracownicy po zamkniętym wrocławskim zakładzie Volvo w dużej mierze znaleźli zatrudnienie na lokalnym rynku. To pokazuje, że region ma realną zdolność absorpcji siły roboczej - pod warunkiem, że jest co absorbować.
Po czwarte, potrzebna jest uczciwa komunikacja z mieszkańcami. Niskie bezrobocie dzisiaj nie gwarantuje bezpieczeństwa jutro. Wrocław powinien mówić o ryzykach wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy kolejne firmy zgłoszą zwolnienia grupowe.
Koniec mitu automatycznego sukcesu
W debacie ogólnopolskiej pojawiają się coraz ostrzejsze ostrzeżenia dotyczące możliwego spowolnienia gospodarczego, presji na płace realne i wzrostu bezrobocia w kolejnych latach. Można spierać się o skalę tych prognoz. Nie można jednak ignorować faktu, że firmy już teraz ostrożniej planują zatrudnienie, częściej mówią o produktywności, a automatyzacja zaczyna realnie zmieniać strukturę pracy.
Dla Wrocławia oznacza to konieczność korekty myślenia.
Miasto nie traci pozycji ważnego ośrodka usług biznesowych. Traci natomiast komfort przekonania, że sam napływ korporacji wystarczy do zapewnienia stabilnego rozwoju. Przez lata obecność dużych firm była traktowana jako dowód sukcesu. Teraz powinna być traktowana również jako obszar ryzyka, który wymaga monitorowania i przygotowania.
To nie jest argument przeciwko korporacjom. To argument przeciwko samozadowoleniu.
Wrocław potrzebuje mniej promocyjnej narracji o liczbie deklarowanych miejsc pracy, a więcej realnej polityki rynku pracy. Potrzebuje wiedzy, które sektory są najbardziej narażone na automatyzację. Potrzebuje programów przekwalifikowania. Potrzebuje lepszej współpracy uczelni, miasta, urzędu pracy i biznesu. Potrzebuje również odwagi, aby przyznać, że model rozwoju oparty na centrach usług biznesowych nie jest już tak bezpieczny, jak wydawało się jeszcze kilka lat temu.
Koniec mitu wrocławskich korporacji nie oznacza końca ich znaczenia. Oznacza koniec naiwnego założenia, że ich obecność sama w sobie wystarczy jako strategia gospodarcza miasta.
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron
Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.
W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".
To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.
Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.
Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?
W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.
Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.
Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.
Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.
Skąd ta troska o demokrację?
Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?
Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.
Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.
Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.
A potem Sutryk zapomniał o konkursach
Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.
W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:
- Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
- Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
- Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)
Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.
Złoty spadochron
Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.
Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.
Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".
Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."
Kolesie boją się demokracji?
Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.
Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.
Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.
SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.
Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle
Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle
Krakusi powiedzieli: miasto jest nasze, nie Krakówka. Jacek Sutryk narzeka, że obywatele chcą mu wywrócić stolik, i że miastem coraz trudniej się zarządza, bo ludzie nie dowierzają miastu. Jak to możliwe, że ludzie nie dowierzają miastu zarządzanemu przez człowieka z zarzutami za oszustwa? Kto mu wyjaśni tę tajemnicę?
Przez Polskę toczy się ferment zapowiadający obywatelską wiosnę ludów. Rzeszów, Łódź, Poznań, Gliwice, Częstochowa, Tarnów – sprzeciw wobec odklejonych władz może przejść do etapu otwartej konfrontacji na udeptanej ziemi – w referendum odwoławczym. A władze tych miast wcale nie są lepsze od wrocławskich. I nic dziwnego, że otrzymujemy tyle sygnałów, by wrócić do rozmowy o odsunięciu szkodników od władzy we Wrocławiu.
Jacek Sutryk wyjaśnił wrocławianom - w Radiu Rodzina i w programie Dariusza Wieczorkowskiego - czym w jego głowie jest referendum odwoławcze. Narzędziem "mniejszości", która "może wywracać stolik właściwie permanentnie" i "destabilizować sytuację w mieście". Mechanizmem, który "pewne polityczne czy około polityczne siły" mogą "wykorzystywać". Sprawą, na którą "szkoda czasu". To ton kogoś, kto uwierzył, że władza mu się należy, i kto szczerze nie rozumie, dlaczego coraz więcej ludzi ma w tej kwestii odmienne zdanie.
Co bardziej destabilizuje miasto: obywatele czy nieuczciwe, nieudolne rządy?

Sutryk mówi, że inicjatywa referendalna destabilizuje miasto. Pytanie, co je stabilizowało przez ostatnie lata. Jego nieudolne, szkodliwe i nieuczciwe rządy czy działania ruchów obywatelskich? Jaki wpływ na wiarygodność, stabilność i wizerunek miasta ma ciężki akt oskarżenia dotyczący oszustw i łapownictwa, który wisi nad prezydentem Wrocławia niczym katowski topór?
Sutryk w Radiu Rodzina, próbował czerpać siłę z dwóch inicjatyw referendalnych, w których zabrakło podpisów w ustawowym czasie 60 dni. Biło od niego lekceważenie wobec kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, którzy swoim podpisem wyrazili gotowość by podziękować mu za współpracę bez okresu wypowiedzenia.
Wydawał się nie dostrzegać, że lokalna debata publiczna była blokowana przez sieć układów i powiązań finansowych. Ta swoista cenzura ekonomiczna niszczy demokrację w mieście. Dlaczego? Bo porządni, uczciwi ludzie bali się, że zostaną zniszczeni przez władzę jak Janek Piontek z fundacji Weź Pomóż. Bo bali się represji.
Dzisiaj sytuacja w Polsce i we Wrocławiu jest jednak diametralnie inna. Krakusi pokazali, że się da. Za trzy miesiące pokażą, czy potrafią po odwołaniu złej władzy wybrać lepszą. Szczerze trzymam kciuki!
Wrocławskie elity chcą zdusić ideę prawa mieszkańców do miasta
Wrocławskie media głównego nurtu, z kilkoma światłymi wyjątkami, od dłuższego czasu powtarzały zachowania odwrotne niż można byłoby od nich oczekiwać. Zamiast stać po stronie słabszych - mieszkańców przeciwko silniejszym – władzy, skupiały się na umniejszaniu bądź etykietowaniu inicjatyw oddolnych. Sprawa nasilała się wraz ze wzrostem zagrożenia obecnej władzy. Gdy zagrożenie mijało – nadchodziła odwilż.
Jednak gdy Kraków powiedział: sprawdzam - i wygrał - kampania przyspieszyła. Portal tuwroclaw.com napisał, że ewentualne trzecie referendum we Wrocławiu byłoby "totalną kpiną z demokracji i kompletnym lekceważeniem woli Wrocławian". Sutryk mówi o "bogatych ludziach", którzy mogą finansować "taką działalność". Powoli konstruuje się przekaz: ci, którzy zbierają podpisy, są narzędziem w cudzych rękach. Obcy. Prowokatorzy. Szaleńcy. Nie mogę się doczekać aż znów naślą na tych prowokatorów i szaleńców bojówkę Soku z Buraka.
Nie obawiam się tego z jednego powodu: władza nie ma już monopolu na informację. Przełamaliśmy ją prowadząc merytoryczną dyskusję na temat miasta w internecie i na ulicach Wrocławia. A gdy w uregulowanym nurcie rzeki raz powstanie wyłom – trudno jest go zatamować.
Strach zajrzał w oczy pseudoelicie Wrocławia
Z rezerwą przyjmowałem entuzjazm, który jako SOS Wrocław odbieramy od mieszkańców od tygodnia. Krakowskie referendum obudziło w mieszkańcach coś, czego dawno nie było: nadzieję, że naprawdę można powiedzieć - dość. Moja rezerwa nie wynikała z braku wiary w mieszkańców. Wynikała z tego, że dokładnie wiem, ile wysiłku kosztuje inicjatywa referendalna w dużym mieście i jak wygląda zbieranie podpisów. A także czym mogą grozić akolici prezydenta zaangażowanym w akcję osobom, które w jakiś sposób zależą od instytucji miasta lub ich sojuszników.
Ale dzięki wspomnianym wcześniej nerwowym reakcjom widzę co innego. Widzę, że tamci się przestraszyli. Strach zajrzał w oczy ludziom, którzy od lat żyją wygodnie w cieniu władzy, przekonani, że nie ma piekła i że rozliczenie nie przyjdzie. Wróciły koszmary. I w tym strachu widać odpowiedź na pytanie, które stawiałem sobie przez długi czas: o co im tak naprawdę chodziło z tą "stabilizacją"? O zarządzanie miastem - czy o spokojną prywatyzację miejskiego grosza bez żadnego ryzyka, że ktoś powie: sprawdzam?
Najlepiej pokazuje to narzekanie Sutryka, że "zarządzanie miastem staje się coraz trudniejsze". Dlaczego? Bo trzeba "tłumaczyć, co jest prawdą, a co fake newsem". Bo pojawia się "frustracja z powodu dyskutowania z oczywistymi faktami". Innymi słowy: problem nie leży w finansach miasta, w długu, w kontraktach, w zarzutach prokuratorskich. Problem nie leży w tym, że władza wielokrotnie oszukała mieszkańców. Z Jackiem Sutrykiem na czele. Problem leży w ludziach, którzy o to pytają. Którzy mówią: sprawdzam. A to największy grzech.
No to jeżeli pan, Panie Prezydencie jest już taki zmęczony rządzeniem to może czas dać sobie spokój? Znajdą się na Pana miejsce lepsi. Poprzeczka wcale nie jest wysoko zawieszona.
Niczego nie zrozumieli

Może i się przestraszyli. Może i przeciwdziałają. Ale nie wyciągnęli żadnych wniosków. Po wyborach prezydenckich w Polsce. Po referendum w Krakowie. Po tym, co stało się w Zabrzu i innych polskich miastach - elita władzy powinna coś zrozumieć. Że obywatele nie są bierni. Że cierpliwość ma granice. Że władza nie jest dożywotnim przywilejem.
Nie zrozumieli nic. Są pyszni, dumni i pewni siebie. Spoglądają na zwykłego mieszkańca z góry. Przyjmują tylko pochwały na swój temat. Inne głosy to "manipulacja ze strony sił destabilizujących", gdy głos ten zaczyna przeszkadzać.
Rozumiem teraz lepiej, co czuli Krakusi obrażani przez "Krakówek" - elitę, która poczuła się władna do pouczania, co jest demokratyczne, a co "totalną kpiną z demokracji". Tę samą rolę we Wrocławiu odgrywa dziś skompromitowana dekadą układów elita władzy, i innych instytucji.
Ta „elita” nie potrafiła się oczyścić po tym, co wyszło na jaw. Przeciwnie - utaplała się mocniej w tym syfie, bo trwanie układu jest warunkiem własnego bezpieczeństwa. Zepsuta elita władzy kryta przez unurzane w dziwnych relacjach media. Chwalone przez uzależnionych finansowo ludzi kultury. Zapraszane do wspólnych projektów przez zniewolone grantami środowisko pozarządowe, spółdzielnie mieszkaniowe, szkoły, przedsiębiorstwa, kluby sportowe. Zamknięty obieg. Wszyscy są sobie nawzajem winni milczenie.
A "prawdziwa cnota prawdy się nie boi" - mawiał Krasicki. Tylko że w tym przypadku trudno mówić o cnocie. Mówimy o człowieku, który z zarzutami o oszustwa i łapówkarstwo rządzi miastem i tłumaczy mieszkańcom, że to oni destabilizują miasto. Oni niczego nie zrozumieli. A skoro do tej pory nie zrozumieli – nie zrozumieją już nigdy.
Drogi mieszkańcu!
Pytam Cię wprost.
Czy czujesz się dobrze reprezentowany przez wrocławską elitę władzy? Czy sprawy w mieście idą w dobrą stronę? Czy władza daje Ci przestrzeń do współrządzenia miastem? Czy reprezentanci władzy mają do Ciebie szacunek? Czy wsłuchują się w Twoje potrzeby?
A może jest inaczej: zepsuta elita władzy uzależniła od siebie kolejne instytucje, upojona władzą marginalizuje obywateli, poniża myślących samodzielnie a zamiast służyć mieszkańcom – tłumaczy im dlaczego nie mają racji?
Jak myślisz, dlaczego wszyscy razem mówią Ci, że referendum to "kpina z demokracji", a ci, którzy uważają, że trzeba zacząć zbierać podpisy, to "szaleńcy i prowokatorzy"? Co będzie następnym krokiem po odebraniu ludziom prawa do odwoływania złej władzy? Może czas odebrać mieszkańcom prawo do jej wyboru? W końcu tylko przeszkadzają i zadają głupie pytania.
Pod skorupą tej zimnej i plugawej, pewnej siebie, szczelnej wrocławskiej „elity” – kryje się coś, czego ona się nie spodziewała. Ogień. Taki, który zniósł "Krakówek". Który zniósł prezydentkę w Zabrzu i ruszył kilkunaście innych polskich miast. Który zaczyna być widoczny również we Wrocławiu. I może znieść tę władzę jak lawa.
Bo powiedzmy sobie serio: w czym Wrocławianie są gorsi od Krakusów?
Chcesz coś zmienić we Wrocławiu? Napisz do nas!
Piotr Uhle
Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?
Czy obywatele odzyskają Polskę z rąk polityków?
Krawiec, kucharze, mechanik i właściciele starego diesla zrobili coś, co warszawskim salonom wydawało się niemożliwe. Rzucili na kolana partyjny kartel i jego napędzaną publicznymi milionami machinę. Kraków właśnie pokazał partiom, że straciły kontakt z obywatelami. Cała Polska powinna słuchać uważnie.
Pod Wawelem zaczynały się rewolucje obywateli przeciwko systemowi
Dziś obywatelska stolica Polski przeniosła się do Krakowa. I nie jest to pierwszy raz, gdy dawna siedziba królów staje się miejscem walnego przełomu. W 1794 roku Kościuszko złożył na krakowskim Rynku przysięgę, skąd wyruszyli kosynierzy, którzy kilka dni później wygrali pod Racławicami. W 1846 roku rewolucjoniści ogłosili tu Manifest znoszący pańszczyznę - powstanie upadło, ale zmusiło zaborców do reform. 31 października 1918 roku, zanim Warszawa zdążyła świętować niepodległość, Kraków był już pierwszym dużym miastem wolnym od zaborcy.
Czy dzisiejsza decyzja Krakusów to kamień, który poruszy lawinę? Wiele na to wskazuje.
Partie milczały. Media milczały. Obywatele nie.
W Krakowie niezadowolenie narastało latami. Obrosłe patologiami rządy Jacka Majchrowskiego zostały zastąpione jeszcze słabszymi rządami Aleksandra Miszalskiego. W społeczeństwie buzowały prawdziwe emocje i zapotrzebowanie na zmianę.
Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały partie polityczne. Donald Tusk po swojemu najpierw próbował przypisać obywatelom intencje partyjne - wspierania PiS-u i Konfederacji. Wrocławianie dobrze to znają. To stary repertuar: gdy władza traci monopol, stara się malować obywateli niczym oszołomów, a krytykę niczym zamach na stabilność miasta. Na to zapotrzebowanie nie znalazły również odpowiedzi partie opozycyjne – wśród najważniejszych twórców referendum nie znajdziemy Konfederacji czy PiSu. Partie dostały od obywateli żółtą kartkę.
Na to zapotrzebowanie nie odpowiedziały również tradycyjne media. Mądre głowy z mediów głównego nurtu pouczali mieszkańców, próbowały referendum schować, obśmiać, a gdy to nie działało – obrzydzić.
Na to zapotrzebowanie odpowiedziało dojrzałe społeczeństwo obywatelskie. Organizacje pozarządowe i lokalni patrioci pokazali, że potrafią się zorganizować, gdy łączy ich idea - nie faktura wystawiona urzędowi. Niezależne, obywatelskie media lokalne udowodniły, że piętnowanie władzy może mieć charakter ideowy. Niezależni dziennikarze - że kontrola władzy może wyglądać zupełnie inaczej niż w redakcjach żyjących z urzędowych ogłoszeń.
I należy powiedzieć jasno: to nie była po prostu obywatelska postawa. To był akt odwagi.
Patologie władz Krakowa brzmią dziwnie znajomo
Gdy czytaliśmy listę zarzutów mieszkańców Krakowa do ich władz – lista wydaje się być dziwnie podobna do tego, czemu przeciwstawiali się niezależni samorządowcy w Zabrzu, Częstochowie, Wrocławiu, Łodzi czy Rzeszowie.
Krakusi powiedzieli politykom, że nie ma zgody na budowę kartelu kolesi obsadzających wszystkie dostępne miejsca niezależnie od kompetencji. Powiedzieli nie dla przerostu biurokracji i nadmiernemu zadłużeniu. Sprzeciwili się nadmiernym ograniczeniom, podniesieniu opłat i pogorszeniu jakości życia.
Ale przede wszystkim opowiedzieli się przeciwko lokalnej klasie politycznej, która oderwała się od rzeczywistości. Przeciwko Radzie Miejskiej Krakowa, która zapomniała po co jest – by reprezentować mieszkańców a nie zapewniać komfort działania władzy i czerpać z tego tytułu korzyści. Przeciwko upartyjnieniu wyborów samorządowych, które niszczy jakość debaty publicznej i sprowadza ją do poziomu prymitywnej walki o nóż w błocie.
To klęska systemu, nie sukces opozycji
Ten obywatelski, mieszczański zryw okazał się silniejszy od propagandowych maszyn największych partii. To klęska koalicji rządzącej. Ale nie jest to też sukces sejmowej opozycji - ani PiS, ani Konfederacja nie mają tu nic do przypisania sobie. O wyniku referendum nie zdecydowali politycy. Zdecydowali ludzie, których żadna z tych partii nie reprezentuje.
Co więcej: wytrwałość ta nie wzięła się znikąd. Po nieudanej próbie odwołania Majchrowskiego w 2014 roku, po nieudanych próbach wprowadzenia do ratusza niezależnego prezydenta - krakowskie społeczeństwo obywatelskie nie ustało. Wyczekało właściwego momentu i uderzyło z pełną mocą. Tak wykuwa się społeczeństwo obywatelskie: w ogniu kolejnych prób, procesie wyciągania wniosków i budowania niezależnych instytucji.
Po Zabrzu Kraków jest kolejnym miastem odbitym układowi największych partii politycznych. Echa tego uderzenia już rozchodzą się po kraju i powodują drżenie nóg u samorządowych lawirantów, którzy żyli w przekonaniu o własnej nietykalności.Kraków to nie wyjątek. To instrukcja obsługi.
Czy powstanie nowy, obywatelski ruch?
Krakusi pokazali coś, w co wielu nie wierzyło: że w dużych miastach, w platformerskich bastionach, tam gdzie układ wydawał się najsilniej zakorzeniony - cała akcja jest możliwa. W wielu polskich miastach pod pokrywką od dawna buzuje wrzątek. Teraz nikt nie może już powiedzieć, że nie ma wzorca do naśladowania.
Rok temu w Zabrzu samorządowcy z całego kraju podpisali Manifest, który wskazuje co łączy niezależne ruchy lokalne. Nie ideologia. Nie walka polityczna. Łączy ich to, że ubiegają się o standardy w rządzeniu i zarządzaniu wspólnotami lokalnymi. Łączy ich to, że widzą jak władza centralna niszczy obywatelskość, bo to ona jest dla partii politycznych największym zagrożeniem. Spotkali się pod hasłem „Odzyskajmy nasze miasta”.
To jest sygnał dla obywateli, dla organizacji pozarządowych, dla wszystkich ruchów lokalnych: TRZEBA IŚĆ DALEJ. Mamy obowiązek szukać porozumienia i nowych platform współpracy – nie tylko dla naszych wspólnot. Również dla systemowej roli samorządu w naszym kraju podczas debaty konstytucyjnej, która została zapoczątkowana.
Istotne wezwanie do tej debaty wygłosił prof. Stępień, który ocenił, że samorząd oddalił się od pierwotnej idei decentralizacji i budowy społeczeństwa obywatelskiego. „Nastąpiła jakaś niesamowita centralizacja władzy w samym samorządzie” – powiedział w wywiadzie dla Portalu Samorządowego.
Potrzeba zmian wydaje się oczywista.
Idzie nowe: mamy szansę na nową jakość w życiu politycznym
Starego typu partie polityczne, starego typu media, starego typu elity nie odnajdują się w nowej, sieciowej rzeczywistości. Nie odpowiadają na wyzwania zmieniającego się świata, nie są w stanie skutecznie reprezentować mieszkańców. Po prostu „nie dowożą”.
Musimy rzucić im wyzwanie. Pokazać, że nie tylko można lepiej. Idą trudne czasy, które nie mogą zgodzić się na bylejakość. Na ciągłe odnoszenie się do zaprzeszłych krzywd. Na szukanie barier między ludźmi tam, gdzie powinny być mosty.
W ten stary świat klinem muszą wbić się nowego rodzaju organizacje. Oddolne, oparte o ruchy obywatelskie i sąsiedzkie. Ludzie, których łączy lokalny interes oraz szerokie, państwowe myślenie. I sprzeciw wobec patologii obecnego systemu partyjnego, medialnego i skompromitowanych elit. I to najwyższy czas.
Niezależni aktywiści ze wszystkich miast Polski – łączmy się!
Czy Kraków to początek upadku rządu dusz, który dzierżą zasiedzieli na stołkach politycy? Dowiemy się niebawem. Ale wiele na to wskazuje. Najwięcej zależy od nas samych.
Piotr Uhle
Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku
Co wyrośnie pod twoim oknem na Krzykach? Chcesz mieć wpływ? Masz czas do poniedziałku
Park Krzycki, ulica Letnia, rejon Skarbowców - to miejsca, o których przyszłość rozstrzyga się właśnie teraz. Trwają konsultacje Planu Ogólnego Wrocławia, dokumentu wyznaczającego zasady zabudowy całego miasta na kolejne dekady. Urząd przyjmuje uwagi tylko do poniedziałku 25 maja. Deweloperzy swoje już złożyli.
Co decyduje o tym, czy pod twoim oknem wyrośnie betonowy wieżowiec, czy powstanie bezpieczny park? Plan Ogólny Wrocławia - dokument, który na dekady przesądzi o losach całego miasta. Urzędnicy zbierają uwagi tylko do 25 maja (poniedziałek), a głosowanie nad planem odbędzie się już 20 lipca. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli teraz odpuścimy, deweloperzy i drogowcy bez skrupułów wykorzystają każdą lukę, którą miasto próbuje przemycić w nowych przepisach. Nikt nie przypilnuje naszych interesów za nas.
Park Krzycki i Dolina Olszówki: dość gry w kotka i myszkę
Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej
Tak może wyglądać zalana betonem i asfaltem okolica Olszówki Krzyckiej
Warto spojrzeć na mapę lokalnych spraw na Krzykach - jako przykład tego, dlaczego czujność musi być teraz na najwyższym poziomie. To tylko wycinek walki o przyszłość dzielnicy, ale bardzo wymowny. Najważniejszą sprawą wymagającą sprzeciwu jest ochrona Parku Krzyckiego i Doliny Olszówki. Ten z trudem wywalczony teren z naturalną retencją i unikalną przyrodą wciąż nie może spać spokojnie. W urzędniczych planach stale tli się pomysł wybudowania tam drogi. Wpuszczenie ruchu samochodowego i stworzenie łącznika drogowego to wyrok śmierci dla rekreacji, ciszy i bezpieczeństwa. Postulat jest jeden: całkowity zakaz zabudowy drogowej w Parku Krzyckim i pełna ochrona ciągłości zieleni.
Ulica Letnia: wywalczone ograniczenia muszą zostać
Kolejny punkt zapalny to ulica Letnia. Pamiętamy, jak wspólnie obroniliśmy tę okolicę przed dramatycznym przeskalowaniem - blokując plany wielkich willi miejskich i wielorodzinnych bloków wciskanych na siłę przez deweloperów. Sukces okazał się jednak tymczasowy. Jeśli w nowym Planie Ogólnym zostaną zapisane zbyt elastyczne wskaźniki wysokości czy intensywności zabudowy, inwestorzy natychmiast wrócą z nowymi pomysłami. Wywalczone ograniczenia muszą trafić do dokumentu na stałe.
Ulica Mglista i rejon Skarbowców: stop betonowaniu
Podobna presja dotyczy ulicy Mglistej i rejonu Skarbowców. Każdy wolny skrawek ziemi jest tam traktowany jako okazja na kolejny blok - bez oglądania się na przepustowość dróg, brak parkingów czy komfort dotychczasowych mieszkańców. Plan Ogólny musi stawiać tu jasne granice i chronić ten rejon przed dalszym dogęszczaniem i betonowaniem.
Do 25 maja: złóż uwagi, zanim ktoś zrobi to za ciebie
Urzędnicy liczą na to, że skomplikowane procedury zniechęcą mieszkańców. Tam, gdzie brakuje głosu społeczności, natychmiast pojawiają się korzyści dla deweloperów. Mamy czas tylko do 25 maja (poniedziałek) na złożenie uwag do Wydziału Planowania Przestrzennego. Konkretnych - o zachowanie zieleni, obniżenie dopuszczalnych wysokości i wykreślenie planów drogowych niszczących parki.
Stawką jest to, jak Krzyki będą wyglądać przez kilkadziesiąt lat. Głosowanie 20 lipca, więc teraz jest ostatni moment. Udostępniajcie, rozmawiajcie z sąsiadami, składajcie wnioski. To nasza wspólna przestrzeń - nie pozwólmy, żeby Wrocław został zaplanowany bez nas.
Aleksandra Maniewska, współinicjatorka akcji "W obronie ulicy Letniej".
Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.
Kryzys demograficzny nie wziął się znikąd. Ktoś za niego odpowiada.
Dramatyczny spadek chęci posiadania dzieci wśród młodych Polek i Polaków pozostaje w istotnym związku przyczynowym z wieloletnimi zaniedbaniami państwa i klasy politycznej po 1989 r., w szczególności w zakresie polityki edukacyjnej, mieszkaniowej, rynku pracy oraz ochrony socjalnej rodziny. Państwo, realizując przez dekady politykę o charakterze neoliberalnym i antysocjalnym, doprowadziło do osłabienia stabilności ekonomicznej młodego pokolenia - a tym samym do ograniczenia konstytucyjnie chronionej możliwości zakładania rodziny i posiadania dzieci.
Państwo ma konstytucyjny obowiązek ochrony rodziny
Zgodnie z art. 18 Konstytucji RP małżeństwo, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo „znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej". Jeżeli ogromna część młodych obywateli rezygnuje z rodzicielstwa z powodów ekonomicznych, mieszkaniowych i psychicznych - można argumentować, że państwo nie wykonało należycie swojego konstytucyjnego obowiązku.
Ochrona rodziny nie może być wyłącznie deklaracją ideologiczną. Musi oznaczać dostępne mieszkania, stabilny rynek pracy, przewidywalny system edukacji, bezpieczeństwo ekonomiczne, dostęp do żłobków i ochrony zdrowia oraz możliwość godzenia pracy z rodzicielstwem. Brak tych elementów oznacza faktyczne osłabienie funkcji ochronnej państwa.
Przykłady mówią same za siebie. Rząd SLD Leszka Millera nowelizacją Kodeksu pracy z grudnia 2001 r. skrócił urlopy macierzyńskie - cofnięto wydłużenie wprowadzone zaledwie dwa lata wcześniej, wracając do 16 tygodni przy pierwszym porodzie. Program 500+ PiS miał wspierać rodziny, ale nie rozwiązał żadnego problemu strukturalnego - deficytu żłobków, kosztu mieszkań, prekaryzacji pracy. Transfery pieniężne zastąpiły realną politykę rodzinną, a od 2022 r. inflacja pochłonęła realne wartości świadczeń. Rządy PO przez osiem lat nie wypracowały żadnej spójnej polityki budownictwa społecznego, a po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie potrafi się porozumieć w kwestii polityki mieszkaniowej - zamiast tego mamy nieustające przepychanki między politykami KO, PL2050, PSL i Lewicy. We Wrocławiu Jacek Sutryk do dziś nie uchwalił Gminnego Programu Rewitalizacji, który pomógłby przeciwstawić się negatywnym tendencjom demograficznym w centrum miasta. Rada miejska przystąpiła do jego sporządzenia w 2021 r., ale przez cztery lata prezydent nie doprowadził prac do końca. Osiedla Nadodrze, Kleczków, Ołbin i Brochów wciąż czekają na skoordynowane wsparcie.
Zniszczenie systemu edukacji od lat 90.
Od transformacji ustrojowej edukacja była wielokrotnie podporządkowywana interesom politycznym i eksperymentom ideologicznym. Kolejne reformy likwidowały stabilność systemu, obniżały prestiż zawodu nauczyciela, pogłębiały nierówności społeczne i nie przygotowywały młodych ludzi do realiów rynku pracy i życia rodzinnego.
Młode pokolenie zostało wychowane w kulturze permanentnej konkurencji, presji sukcesu i niepewności ekonomicznej. Szkoła coraz mniej pełni funkcję wspólnotową i wychowawczą, a coraz bardziej - selekcyjną i testową. To prowadzi do wypalenia psychicznego, depresji i przekonania, że rodzicielstwo jest „ryzykiem", a nie naturalnym etapem życia.
Rząd Millera ciął subwencje oświatowe podczas kryzysu finansów publicznych po 2001 r. - samorządy masowo zamykały szkoły wiejskie i małomiasteczkowe, pogłębiając nierówności edukacyjne między centrum a peryferiami. Reforma Anny Zalewskiej z 2017 r. zlikwidowała gimnazja i w ciągu dwóch lat objęła „podwójnym rocznikiem" szkoły ponadpodstawowe - uczniowie z dwóch roczników jednocześnie starali się o miejsca w liceach. NIK stwierdził, że MEN nie przeprowadził rzetelnych analiz finansowych; wydatki samorządów wzrosły dwukrotnie więcej niż subwencja. Pod wnioskiem o referendum w tej sprawie podpisał się prawie milion Polaków. Rząd Tuska z kolei wymusił obowiązkowe „sześciolatki" w szkole podstawowej wbrew sprzeciwowi rodziców i ekspertów pedagogicznych, bez odpowiedniego przygotowania infrastruktury - i przez całą dekadę tolerował dramatycznie niskie płace nauczycieli, odpędzając kolejne roczniki od zawodu. We Wrocławiu samorząd Sutryka przez lata nie inwestował wystarczająco w profilaktykę zdrowia psychicznego uczniów - problem nasilił się po pandemii, a zasoby publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych pozostają niewystarczające wobec skali potrzeb. Sprawę pogłębia brak systemowej odpowiedzi na dynamiczny wzrost populacji dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Antyrodzinna polityka mieszkaniowa
To jeden z najmocniejszych argumentów. Przez dekady państwo nie prowadziło skutecznej polityki budownictwa społecznego, dopuściło do spekulacji mieszkaniami, wspierało sektor bankowy bardziej niż młode rodziny i tolerowało wzrost cen nieruchomości oderwany od realnych wynagrodzeń.
W praktyce młody człowiek musi brać kredyt na 30-40 lat, często nie ma zdolności kredytowej, płaci ogromne czynsze i żyje w permanentnym lęku finansowym. W takich warunkach decyzja o dziecku staje się nie decyzją emocjonalną, lecz ekonomicznym hazardem.
Przez całe lata 90. i 2000. TBS-y - jedyna poważna forma budownictwa społecznego - wybudowały łącznie zaledwie ok. 100 tys. mieszkań w skali całego kraju. Wobec skali deficytu mieszkaniowego to była kropla w morzu, a rząd SLD nie zbudował żadnej realnej alternatywy dla kredytu hipotecznego. PiS ogłosił program „Mieszkanie+" jako przełom - skończył się fiaskiem, bo przez kilka lat zbudowano ułamek zapowiadanych lokali. Ta sama ekipa w 2018 r. uchwalała specustawę „lex deweloper", umożliwiając deweloperom omijanie miejscowych planów zagospodarowania i napędzając spekulację gruntami. Jako wisienka na torcie - program Bezpieczny Kredyt 2%, który wywindował ceny mieszkań zamiast je obniżyć. Rządy PO szły podobną ścieżką: programy „Rodzina na Swoim" i „Mieszkanie dla Młodych" dopłacały do kredytów - napędzały popyt, nie podaż, co podbijało ceny. Premier Tusk wprost bronił „śmieciówek" jako instrumentu elastyczności rynku pracy, nie widząc - albo nie chcąc widzieć - związku między niestabilnością dochodów a niemożnością uzyskania zdolności kredytowej. We Wrocławiu miasto konsekwentnie sprzedawało grunty komunalne deweloperom zamiast przeznaczać je pod budownictwo społeczne. Jak dokumentowaliśmy, ekipa Sutryka nie przeszkadzała realizacji interesów wybranych deweloperów, wspierając grupy spekulantów gruntami, którzy budowali swoje fortuny na bliskich relacjach z urzędnikami miejskimi. Tereny olimpijskie to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów.
Państwo stworzyło model społeczeństwa zadłużonego, wynajmującego, pozbawionego bezpieczeństwa majątkowego. A bez poczucia bezpieczeństwa demografia zawsze będzie spadać.
Rynek pracy jako źródło niepewności
Po transformacji utrwalił się model rynku pracy oparty na umowach śmieciowych, niestabilności zatrudnienia, nadgodzinach i niskiej ochronie pracownika. Młodym ludziom przez lata wmawiano: bądź elastyczny, bądź mobilny, bądź gotowy na wszystko.
To model społeczny sprzeczny z budowaniem rodziny. Rodzina wymaga czasu, stabilności, przewidywalności i bezpieczeństwa. Tymczasem współczesny model ekonomiczny premuje samotność, mobilność i pracoholizm.
Ustawa o zatrudnieniu pracowników tymczasowych z 2003 r., uchwalona przez rząd SLD, stworzyła ramy prawne, które systemowo sankcjonowały nietrwałe formy zatrudnienia jako normę, nie wyjątek. Szczyt popularności umów śmieciowych przypadł na rządy PO - po kryzysie 2008-2009 model „elastycznego zatrudnienia" stał się powszechną normą, a premier Tusk publicznie go bronił jako źródła odporności polskiej gospodarki na recesję. Odpowiedzialnością za własną prekarność obciążano pracowników, nie pracodawców ani ustawodawcę. PiS mimo hasła „dobra zmiana" nie zlikwidował umów śmieciowych - ograniczył się do minimalnego oskładkowania niektórych umów zleceń w 2016 r. W efekcie Polska miała w szczycie rządów PiS jeden z najwyższych w UE odsetków zatrudnienia tymczasowego wśród młodych. Dziś problem dotknął Wrocław w szczególny sposób: z raportu Barometr rynku pracy z kwietnia 2026 r. wynika, że dwukrotnie wzrósł odsetek organizacji przewidujących redukcję zatrudnienia - z 4,9% rok temu do 9,8%, najwyższy wynik od 2017 r. Może to bezpośrednio dotknąć centra usług biznesowych, które we Wrocławiu zatrudniają ponad 70 tys. osób.
Państwo przerzuciło koszty życia na jednostkę
Kolejne rządy stopniowo wycofywały się z odpowiedzialności społecznej - prywatyzowały usługi, komercjalizowały ochronę zdrowia, pozostawiały wysokie koszty opieki nad dziećmi bez wsparcia, zaniedbywały psychiatrię. Obywatel został pozostawiony sam sobie z modelem „radź sobie sam" - modelem antywspólnotowym i antyrodzinnym.
Rząd Millera przeprowadził głęboką komercjalizację szpitali i przekształcenia w ochronie zdrowia - ograniczając koszyk usług refundowanych i wprowadzając odpłatność za część świadczeń. Prywatyzacja jako „ratunek dla systemu" stała się dogmatem przekazywanym kolejnym rządom. Rząd PO podwyższył w 2012 r. wiek emerytalny do 67 lat bez równoczesnej reformy rynku pracy i budownictwa społecznego - koszty dłuższej aktywności zawodowej przerzucono na pracownika w warunkach niepewnego zatrudnienia i wysokich kosztów życia. PiS zlikwidował OFE, przenosząc ryzyko emerytalne z powrotem na jednostkę - bez budowania realnych mechanizmów bezpieczeństwa na starość. Jednocześnie nakłady na psychiatrię pozostawały jednymi z najniższych w UE. We Wrocławiu Sutryk zawiesił prace nad Gminnym Programem Rewitalizacji - odebrał tym samym mieszkańcom zdegradowanych osiedli perspektywę skoordynowanego wsparcia publicznego. Jednocześnie opłaty za gospodarkę odpadami mają wzrosnąć do 70 zł od osoby, czyli 3360 zł rocznie dla czteroosobowej rodziny.
Kryzys psychiczny młodego pokolenia
Liczba zamachów samobójczych, w tym zakończonych śmiercią, wśród dzieci i młodzieży w latach 2017−2023 Źródło: Komenda Główna Policji (statystyka.policja.pl). Obrazek: Fundacja Praesterno
Nie można pomijać wpływu chronicznego stresu, niepewności jutra, inflacji, kryzysów gospodarczych, pandemii i braku zaufania do instytucji państwa. Młodzi ludzie często nie odrzucają dzieci dlatego, że „nie lubią rodziny" - ale dlatego, że nie wierzą w stabilną przyszłość, boją się biedy i nie chcą skazywać dziecka na życie w ciągłej walce ekonomicznej. To racjonalna reakcja na warunki społeczne, które stworzono im przez ostatnie trzy dekady.
Polska psychiatria była przez całą dekadę transformacji głęboko niedofinansowana - nakłady na opiekę psychiatryczną oscylowały na poziomie 3-3,5% budżetu NFZ wobec europejskiej średniej ponad 10%. Rządy SLD nie przełamały tego trendu. Przez osiem lat rządów PO nakłady na psychiatrię nie wzrosły proporcjonalnie do PKB, a zdrowie psychiczne jako temat polityki publicznej praktycznie nie istniało. PiS ogłosił w 2018 r. reformę psychiatrii dziecięcej - słuszną w założeniu, ale chaotyczną i niedofinansowaną w realizacji. Kolejki do psychiatrów dziecięcych wydłużyły się dramatycznie podczas pandemii, gdy potrzeby eksplodowały. Wrocław nie stworzył żadnego miejskiego programu wsparcia zdrowia psychicznego mieszkańców - dziedzina pozostała w gestii kontraktów z NFZ, nad którymi samorząd nie miał wpływu. Jednocześnie miasto intensywnie promowało narrację „Wrocław miastem sukcesu i imprez" - całkowicie rozmijającą się z rzeczywistością psychologiczną znacznej części mieszkańców.
Odpowiedzialność polityczna elit
Kryzys demograficzny nie jest wyłącznie skutkiem zmian kulturowych. Jest przede wszystkim konsekwencją wieloletnich błędów politycznych i gospodarczych elit rządzących po 1989 roku.
Rząd Millera przeprowadził bolesne cięcia budżetowe - plan Hausnera zamroził płace w sferze budżetowej, ograniczył zasiłki dla bezrobotnych, ciął politykę społeczną. Uzasadnieniem było „dostosowanie do UE" - priorytety społeczne ustąpiły przed wymogami fiskalnymi. PiS mimo retoryki „polityki rodzinnej" wzmocnił polaryzację społeczną - tworzył transfery dla wybranych grup, nie budując systemowej infrastruktury: żłobków, dostępnych mieszkań, stabilnego zatrudnienia. Polska dzietność w tym czasie nadal spadała. Rządy PO przez dekadę budowały narrację modernizacji przez prywatyzację i elastyczność - bez adresowania strukturalnych przyczyn niepewności młodych. Po powrocie do władzy w 2023 r. koalicja do dziś nie ogłosiła żadnej spójnej polityki demograficznej. Sutryk przez lata rządów konsekwentnie stawiał interesy deweloperów ponad interesami młodych rodzin - brak budownictwa społecznego, sprzedaż gruntów, zawieszony GPR, rosnące czynsze. Wrocław pod jego rządami stał się jednym z najdroższych miast w Polsce dla młodych ludzi chcących założyć rodzinę.
Niski poziom dzietności jest w znacznym stopniu skutkiem systemowych zaniedbań państwa. Zamiast realnie chronić rodzinę - stworzono warunki, w których posiadanie dzieci stało się dla wielu młodych ludzi luksusem ekonomicznym i psychicznym, a codzienne życie sprowadza się do walki o przetrwanie.
Damian Daszkowski
Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?
Granowska zostawiła po sobie CBA, prokuraturę i słone rachunki. Co będzie dewastować teraz?
Renata Granowska opuszcza fotel wiceprezydentki Wrocławia. Po sobie zostawia zdemotywowane departamenty, kilka rozkręconych afer i rozedrgany klub KO w Radzie Miejskiej. Czas na rachunek sumienia - choć niekoniecznie jej.
Niesmak w departamentach i wśród NGO
Zacznijmy od tego, czego nie widać w mediach, ale słychać w korytarzach magistratu. W departamentach podległych Granowskiej panuje atmosfera, którą trudno opisać inaczej niż jako zmęczenie i demotywacja. Urzędnicy pracujący pod jej nadzorem od lat skarżą się na styl zarządzania - a właściwie na brak jakiegokolwiek stylu poza jednym: bezwarunkowa lojalność. Najlepiej również bezrefleksyjna.
Nie lepiej wyglądał stan wrocławskich organizacji pozarządowych. Sektor NGO, który powinien być partnerem dla samorządu, czuł się traktowany instrumentalnie. Naciski, arbitralne decyzje, styl komunikacji otoczenia wiceprezydentki - to wszystko składa się na obraz, który sami działacze NGO opisywali jako totalnie poniżający.
Do tego dochodzi niewyjaśniona kwestia nadzoru nad zawodowym sportem. Granowska twierdziła, że nie nadzorowała działalności drużyn sportowych, gdy jednocześnie jej mąż był prezesem klubu piłki ręcznej Śląsk Wrocław - beneficjenta milionowych miejskich dotacji. Jak i gdzie przebiega granica między zawodowym sportem a "nienadzorowaniem zawodowego sportu" - tego wyborcy wciąż nie wiedzą. To kłamstwo będzie się za Granowską ciągnęło i będzie do niej wracało w najmniej spodziewanych momentach.
Trzy afery, jedna bohaterka
Trudno o bardziej wymowny bilans niż afera śmieciowa, afera sierocińcowa i afera z kartami płatniczymi - wszystkie z bezpośrednim lub pośrednim udziałem Granowskiej lub jej najbliższego otoczenia.
- Afera śmieciowa to historia, którą SOS Wrocław opisywał szczegółowo. Prezes Ekosystemu Izabela Piekielnik odeszła ze stanowiska w grudniu 2024 roku po rozmowie z wiceprezydentką, którą - według wiarygodnych relacji - odebrała jako nacisk na opóźnienie przetargu na odbiór odpadów. Przetarg rzeczywiście się opóźnił. Potem utknął w sądach. Potem go unieważniono. Wrocław w 2025 roku musiał dołożyć do Ekosystemu 42 mln zł z budżetu miasta na kontrakty zawierane "z wolnej ręki". Od kilku miesięcy sprawę badają CBA i Prokuratura Krajowa. Łączna kwota zamówień bez przetargu to dziś około 0,5 miliarda złotych. A może jeszcze urosnąć.
- Afera sierocińcowa - mąż Granowskiej dorabiał w domu dziecka w Obornikach Śląskich, a ta sama placówka apelowała o wsparcie finansowe. Zbieżność dat i stanowisk pozostawia wiele do życzenia.
- Wreszcie karty płatnicze - wiceprezydentka i jej wydatki ze służbowej karty. Szczegóły ujawniali między innymi youtuberzy, co samo w sobie mówi coś o poziomie transparentności w wrocławskim magistracie.
Osieroceni radni KO destabilizują klub
Polityczna siła Granowskiej w dużej mierze opierała się na frakcji wewnątrz klubu KO. Jej trzon stanowili: Agnieszka Rybczak jako przewodnicząca Rady Miejskiej, Martyna Stachowiak oraz - nazwijmy to po imieniu - łże-aktywiści, czyli Izabela Duchnowska, Robert Suligowski i Sławomir Czerwiński. Ci ostatni wywodzą się ze środowisk, które przez lata budowały wizerunek obywatelskiego zaangażowania, a de facto stali się pasem transmisyjnym wpływów wiceprezydentki.
W tym wszystkim osobną rolę odgrywa Robert Leszczyński, który - jak to ma w zwyczaju - stara się ustawiać po stronie wiejącego wiatru politycznych zmian. Kiedy potrzeba, straszy Marcinem Kierwińskim, swoim szefem w ministerstwie. Kiedy potrzeba, mówi o standardach etycznych. Priorytety są jasne.
Pretekstem do otwartego konfliktu staje się sprawa Agnieszki Rybczak - co do której relacje medialne są jednoznaczne: wszystko wskazuje, że nie mieszka we Wrocławiu, co kwestionuje jej prawo do mandatu radnej. Na jej fotel ma chrapkę Sebastian Lorenc, wspierany przez Jarosława Charłampowicza i - oczywiście - Grzegorza Schetynę. Po drugiej stronie stoi Igor Wójcik, który raz już był oficjalnym kandydatem partii na przewodniczącego rady i w tajnym głosowaniu został przez "kolegów i koleżanki" zdradzony. Rachunki krzywd są dobrze pamiętane zarówno przez Wójcika jak i Lorenca, który często dawał zdecydowany odpór prymitywnym metodom zarządzania Granowskiej.
Klub jest rozedrgany, rozemocjonowany. Ten bałagan będzie porządkowany przez najbliższe miesiące. Z jakim skutkiem? Zobaczymy.
Reforma osiedli: 48 000 zł za projekt, który trafił do szuflady
KO obiecywało pozytywną reformę rad osiedli. Zabrano się za nią na chybcika, co skończyło się politycznym zamieszaniem. Suligowski i Czerwiński - we współpracy z urzędnikami departamentu podległego Granowskiej - przygotowali autorski, nieskonsultowany projekt. Ekspert kosztował 48 000 zł. Klub zaopiniował projekt negatywnie i zdjął go z porządku obrad.
Końca tej historii jednak nie ma. Suligowski i Czerwiński zgłosili uchwałę ponownie do porządku obrad na czerwcowe posiedzenie, łamiąc regulamin KLUBU ko. Co z tego wyniknie - jeszcze nie wiadomo. Ale jasne jest jedno: projekt, który kosztował publiczne pieniądze i wywołał wewnętrzny kryzys, wraca jak bumerang.
Co teraz? Kasa, spółka, a może jednak prawdziwa praca?
Mówiło się o lotnisku - ale tam jest już Karol Przywara, zaufany człowiek Sutryka. Historycznie znany jest też z innego powodu: to jemu Dariusz Stasiak, radny sejmiku, zarzucił zorganizowanie wyjazdu do Wietnamu, podczas którego - jak ujawniły media - doszło do słynnej klapkowej afery. Przywara miał nie uprzedzić uczestników, że nie wolno wynosić hotelowych kapci. Stasiak stracił twarz, Przywara - posadę w urzędzie marszałkowskim. Dziś, ku zaskoczeniu wielu, kieruje wrocławskim lotniskiem.
Mówiło się też o MPK, gdzie Granowska zasiadała w radzie nadzorczej. Propozycja, jaka padła, była - według naszych informacji - dalece niesatysfakcjonująca. Miasto nie miało do zaproponowania nawet miejsca w zarządzie spółki.
Pozostaje pytanie fundamentalne: dlaczego miejska spółka? Dlaczego koniecznie publiczne pieniądze, koniecznie decyzje o publicznych wydatkach? Czy to nagroda za dymiący krater, który Granowska zostawia po sobie opuszczając Urząd? Czy klasyczny "kop w górę" - wypchnięcie problematycznego polityka w miejsce, gdzie może mniej zaszkodzić?
Granowska przez lata wypowiadała się z entuzjazmem o przedsiębiorczości. Jej najbliższe otoczenie jest - jak widać po aktach sprawy śmieciowej i nie tylko - bardzo przedsiębiorcze. Może czas pokazać klasę w prywatnym biznesie? Chętnie napiszemy przychylny tekst pod tytułem: Renia chce się sprawdzić w biznesie. Propozycja stoi otwarta.
Tekst powstał na podstawie materiałów: Gazeta Wyborcza Wrocław (Marcin Rybak, Magdalena Kozioł), Radio ZET, O2.pl, radio-dtr.live oraz własnych ustaleń redakcji SOS Wrocław.





















