Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk

Sutryk ponownie na ławie oskarżonych? Tym razem może pójść o Śląsk

Prokuratura po wieloletnim śledztwie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko byłemu prezydentowi Chorzowa, jego zastępcy i grupie urzędników. Zarzuty są poważne, a wśród nich niegospodarność na ponad 29 mln zł. Jeśli sąd podzieli tę ocenę, upowszechniona w Polsce praktyka finansowania zawodowego sportu przez samorządy może dobiec końca. Pytanie, które wrocławianie powinni sobie zadać, brzmi: co to oznacza dla miasta, które robi to samo od 2007 roku?

Chorzów: samorządowcy w roli działaczy sportowych

Akt oskarżenia objął 20 osób. Według prokuratury w latach 2011–2020 miasto wspierało Ruch Chorzów pożyczkami, obejmowaniem akcji i przetargiem na promocję, którego warunki miały przesądzić o wygranej klubu. Szkodę miasta wyceniono na ponad 29 mln zł, a szkodę miejskiej spółki, przez którą poszła jedna z pożyczek, na 12 mln zł. Niegospodarność jest zagrożona karą do 10 lat więzienia (art. 296 § 3 k.k.), a przy zbiegu przestępstw sąd może orzec karę łączną wyższą. Przy szkodzie o ogromnym rozmiarze - nawet do 25 lat.

Co to oznacza w praktyce? Że panowie samorządowcy bawili się w działaczy sportowych za pieniądze mieszkańców. Gdy pieniądze wpływają do spółki prawa handlowego, wychodzą spod kontroli społecznej. Nie wiadomo, na co zostały wydane i do kogo ostatecznie trafiły.

Przesłanki zarzutu są proste. Miasto obejmowało akcje spółki, która była na stałych stratach, bez uzasadnienia ekonomicznego. Biegły wskazał, że miasto nie odniosło z tego żadnej korzyści, a w razie upadku klubu jako akcjonariusz zostałoby zaspokojone na końcu. Do tego dochodzą pożyczki i ustawiony, zdaniem prokuratury, przetarg. Wszystko to mieści się w publicystycznym pojęciu niegospodarności.

Akt oskarżenia nie jest wyrokiem. Oskarżeni korzystają z domniemania niewinności i zapowiadają obronę.

Wrocław: te same mechanizmy od 2007 roku

Co wam to przypomina? Czy ten mechanizm funkcjonował tylko w Chorzowie?

Od 2007 r. z budżetu Wrocławia i miejskich instytucji szerokim strumieniem płyną pieniądze do Śląska Wrocław. 

Były dotacje, były zwiększenia kapitału zakładowego, promocja miasta poprzez sport, były pożyczki. Pożyczały miejskie spółki, ale pożyczyło też miasto. Tak jak w 2023 roki, gdy rada miejskaprzegłosowała pożyczkę do 20 mln zł, z której klub dostał 13,3 mln zł i większości nie zwrócił.

Do tego dochodzą wykupy powierzchni reklamowych i lóż przez miejskie spółki: Zoo Wrocław zapłaciło klubowi w latach 2018–2022 ponad 4,5 mln zł. Kluczowe pytanie jest takie samo jak w Chorzowie: czy to zakup reklamy, czy dofinansowanie klubu z innej miejskiej kieszonki?

Widać też powtarzalny schemat. Miasto udziela pożyczki na bieżącą działalność, klub jej nie spłaca, termin przedłużają kolejne aneksy, a dług zamienia się na akcje. Tak było z częścią pożyczki z 2012 r., a w grudniu 2023 r. prezydent zarządzeniem zamienił 7,5 mln zł długu na nowe akcje, które objęła gmina, choć miała już około 99,5 proc. kapitału. Radni dowiedzieli się o tym po fakcie. 

Prezydent jednoosobowo zdecydował o zmianie długu w akcje. Ta fikcja była konieczna by ukryć fakt, przed którym ostrzegali opozycyjni radni: klub nie będzie miał z czego pożyczki zwrócić. To bliźniacza sytuacja do tej z Chorzowa.

Czy była zgodna z prawem, ocenić może jedynie prokuratura i niezawisły sąd.

Radni podnosili ręce, ale wnioskodawcą był prezydent

Sutryk, jak urzędnicy w Chorzowie będzie stawiał argument, że to radni głosowali i się zgodzili, wiec to na nich spoczywa odpowiedzialność.. To prawda, ale to niczego nie zamyka. Projekty uchwał o pożyczkach i dokapitalizowaniu przygotowywał i wnosił prezydent miasta. On odpowiada za ich treść, a uchwały powinny być wcześniej sprawdzone pod względem zgodności z prawem. Głosowanie rady nie oczyszcza z odpowiedzialności kogoś, kto uzasadnił decyzję i przedstawił ją jako konieczną. A jeżeli wprowadził tym samym radnych w błąd - przewina jest tym większa.

To dlatego tytułowe pytanie nie jest retoryczne. Pożyczka z 2023 r. i konwersja długu na akcje to odpowiedzialność  prezydenta Sutryka. Nie przesądzajmy o niczyjej winie, ale wszystkie te działania zasługują na sprawdzenie.

Dlaczego nie pozwolono nam kontrolować klubu

Radni opozycji próbowali szarpnąć za cugle i przeprowadzić kontrolę w klubie. Odmawiano nam dostępu do dokumentów, a spółka powoływała się na tajemnicę przedsiębiorstwa, choć jej właścicielem jest gmina, czyli mieszkańcy. Nawet komisja rewizyjna oraz zewnętrzna firma przygotowująca analizę kondycji finansowej spółki nie otrzymała dokumentów źródłowych. Dlatego dziś tak naprawdę nikt nie wie co tam się wydarzyło. Rada odrzuciła również propozycję powołania doraźnej komisji ds. zbadania sytuacji finansowej klubu.

Dziś mamy akt oskarżenia, w którym prokuratura dokonała oceny prawnej podobnych mechanizmów. Po jego opublikowaniu trudniej twierdzić, że takie działania nie wymagają analizy prawnej. Jest też wątek kontrolny - od lat kontrolę finansowania klubu prowadzi Najwyższą Izba Kontroli. Sprawdzane były nie tylko Finanse klubu ale także dokumenty w Urzędzie Miasta i szeregu jednostek powiązanych finansowo ze Śląskiem Wrocław. W czerwcu miasto miało otrzymać raport w tej sprawie z wnioskiem o odniesienie. Do dziś jego treści nie poznała opinia publiczna co budzi pytania o przyczyny tak dużej zwłoki. 

Prokuratura ma narzędzia, których nie mamy my

Wiedza, którą tu przedstawiamy, jest powszechnie znana i dostępna w mediach, w odpowiedziach na interpelacje i w uchwałach rady. Ten tekst można traktować także jako publiczne przedstawienie faktów organom ścigania. Niegospodarność jest ścigana z urzędu, więc prokuratura we Wrocławiu może rozważyć wszczęcie postępowania, nie czekając na zawiadomienie.

Jeśli prokuratura podejdzie do sprawy poważnie i wykorzysta wszystkie narzędzia, nie przesądzając wyniku, dowiemy się prawdy. Prokuratura powinna w tej sprawie zażądać dokumentów, przesłuchać świadków, powołać biegłych i zabezpieczyć dowody. Wszystko to w ramach powziętego postępowania.  Radni i dziennikarze tego nie mogą.

Chorzów to początek

Na razie to tylko akt oskarżenia i proces, którego wyniku nie znamy. Ale już teraz widać, że czas samowoli i szastania publicznymi pieniędzmi może się kończyć. Samorządowcy cytowani przez prasę mówią wprost, że jeśli byli prezydenci Chorzowa zostaną skazani, miasta w całym kraju zakręcą kurek zawodowym klubom, bo nikt nie będzie chciał zasiąść na ławie oskarżonych.

Fala egzekwowania odpowiedzialności za niegospodarność i nieliczenie się ze społecznymi pieniędzmi może popłynąć dalej i objąć wiele samorządów w Polsce. Wtedy ujawniona zostanie skala żerowania na majątku mieszkańców. Czy Wrocław będzie wśród nich? To zależy od tego, czy ktoś zada pytania, zanim zrobi to prokurator z Katowic.

W Chorzowie akt oskarżenia objął nie tylko prezydenta miasta a 20 osób zaangażowanych w ten proceder. Kto we Wrocławiu poza Jackiem Sutrykiem może się obawiać? Najlepiej wiedzą o tym sami zainteresowani.

Sprawiedliwość od polityków można egzekwować także na drodze obywatelskiej. Nie musimy godzić się na brak przejrzystości i ewidentne marnowanie publicznych pieniędzy. Nie trzeba czekać na koniec kadencji - jedynym demokratycznym narzędziem, które dałoby kres tej komedii jest referendum odwoławcze. Pokazał Kraków, pokazało Zabrze i pokazała Sobótka, że można. Da się.

Czy Wrocławianie pokażą swoją siłę? Czas pokaże.


Władza nagradza nieudolność. Za co Prezes Paweł Karpiński dostał nagrodę roczną za 2025 r.?

Czy zarząd spółki, która od prawie dwóch lat nie potrafi rozstrzygnąć przetargu na odpady, zasługuje na nagrodę? Prezes Ekosystemu Paweł Karpiński otrzymał za 2025 r. 69 000 zł premii. To ile by dostał, gdyby wykazał się jako menedżer… kompetencją?

Za co prezesi dostają nagrody?

Zgodnie z przepisami prawa członek zarządu spółki ma w umowie wynagrodzenie składające się z dwóch składników: stałego i zmiennego.  Część stała jest wypłacana co miesiąc a część zmienna po zakończeniu roku. Część zmienna uzależniona jest od osiągnięcia celów zarządczych wyznaczonych przez radę nadzorczą przed rozpoczęciem roku. Czy jednak ta nagroda powinna być wypłacona, jeżeli nie są realizowane podstawowe zadania spółki?

“Osiągnięcia” zarządu Ekosystemu w 2025 roku

Od prawie dwóch lat Ekosystem nie przeprowadził skutecznie przetargu na odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych. Zgodnie z uchwałą UCHWAŁA Nr XXVI/584/12 RADY MIEJSKIEJ WROCŁAWIA z dnia 17 maja 2012 r. w sprawie utworzenia spółki Ekosystem jednym z głównych jej zadań jest organizowanie przetargów na odbiór odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości z terenu Gminy Wrocław. 

Bardzo niepokoi fakt, że Ekosystem nie zakończył także innych ważnych dla Wrocławia przetargów w tym na oczyszczanie miasta (ogłoszony 26.03.2026r) i usuwanie padłych zwierząt (ogłoszony 28.11.2025r). Na usuwanie padłych zwierząt umowy są zawierane z wolnej ręki. Co zrobi Ekosystem, jeżeli przetargu na oczyszczanie miasta także nie rozstrzygnie na czas. Czy wszystkie znaczące finansowo usługi prowadzone przez Ekosystem Miasto Wrocław będzie zlecało w trybie niekonkurencyjnym? To tryb, który owszem, jest dopuszczany przez prawo, ale jedynie w sytuacji zaistnienia zdarzeń, których zamawiający nie mógł przewidzieć. Czy odwołania wykonawców to okoliczność, która ma prawo kogokolwiek kompetentnego zaskoczyć? W naszej opinii nie. Ale nie o naszą opinię tu przecież chodzi - w sprawie zamówień z wolnej ręki we Wrocławiu Urząd Zamówień Publicznych wszczął doraźną kontrolę. O jej wynikach dowiemy się wkrótce.

Skoro w przetargach położone zostało wszystko co można było położyć - to może chociaż w dziedzinie inwestycji prezes pokazał klasę? Co Ekosystem zrobił w sprawie inwestycji, które Wrocław wciąż zapowiada. Gdzie są nowe PSZOKi - obiecywane przy ulicach Janowskiej  i Popielskiego ? Dlaczego mieszkańcy muszą nadal jeździć od Janowskiej do Michalczyka i stać w kolejce aby oddać wszystko co chcą wyrzucić ?  

Seria porażek Karpińskiego. Czy zasłużył na 69 000 zł premii?

Za wynagrodzenie wypłacane członkom zarządów spółek płacą mieszkańcy Wrocławia a nie są to małe kwoty. Z oświadczenia majątkowego Pawła Karpińskiego wynika, że w roku 2025 zarobił w spółce Ekosystem 281 640,33 zł z informacji uzyskanych w odpowiedzi na wniosek o dostęp do informacji publicznej wynika, że nagroda za rok 2025 to kwota 69 000 zł co łącznie wynosi 350 640,33 zł. 

Czy w przyszłym roku zarówno Paweł Karpiński jak i Michał Młyńczak też otrzymają nagrody mimo, że przetargu na odpady nie udało się rozstrzygnąć do dzisiaj?!   A może przyszedł czas na rozliczenie zarządu Ekosystemu z realizowania przez spółkę zadań do których została powołana.

Należy zatem dojść do innych wniosków. Jeżeli nagrody są wypłacane za nieudolność, uzależnienie miasta od mafii śmieciowej i spowodowanie podwyżek - najwyraźniej miastu o to właśnie chodziło. Panowie zostawili wstawieni na stołki właśnie po to, by umożliwić grabież portfeli mieszkańców, którą napychają kieszenie swoje oraz śmieciowego biznesu. 

Będą snuć historie o złych firmach śmieciowych i jeszcze gorszej ustawie, która ich zmusza by pogrzebać interesy miasta podczas gdy nasi kontrahenci pławią się w luksusach. Ale nie dajmy się zwieść - miasto wypłaciło sowite premie wykonawcom swojej woli. A to oznacza, że ich misją musiało być doprowadzenie do obecnego chaosu, na którym tracą wszyscy. Poza kolesiami i śmieciową mafią.

Czy mieszkańcy mogą coś zmienić?!

Kto odpowiada za ten chaos? Politycy i urzędnicy sprawujący najwyższe stanowiska. Karpiński i Młyńczak to pionki, wykonawcy, egzekutorzy. Zupełnie i bezgranicznie zależni od swoich mocodawców.

Jeżeli chcemy, by kiedykolwiek został we wrocławskich śmieciach wprowadzony porządek - nie możemy skupiać się na wymianie firanek w interesie. Czas nazwać źródło problemu i jedyną możliwą kurację. Źródłem są kolesie i ich dziwne interesy. A jedynym rozwiązaniem jest wyrzucenie kolesi ze stołków.

Karpińskiego i Młyńczaka można szybko wyrzucić. Większy problem jest z ich nadzorcami z urzędu. Jacek Sutryk sprawuje bowiem i nie może z niego zrezygnować mandat z wyborów powszechnych. I mimo tego, że zasiada jedną częścią swojego siedzenia w sądzie na ławie oskarżonych z zarzutami o korupcję i oszustwa - będzie zasiadał drugą na stołku prezydenta miasta. Jeszcze przez niemal trzy lata.

Są tylko dwie demokratyczne drogi, by skrócić męczarnie prezydenta z prezydenturą oraz wrocławian ze skutkami jego rządów, również w polityce śmieciowej. Albo Jacek Sutryk zrezygnuje - na co się nie zanosi - albo mieszkańcy odwołają go w referendum.

To co, czekamy czy działamy?


Młodość na wynajem. Dlaczego Wrocław każe nam spłacać cudze kredyty?

Maria Janicka

Mam 21 lat i mieszkam z rodzicami, żeby nie ładować połowy wypłaty w cudzy kredyt za wynajem. Wrocław nie ma polityki mieszkaniowej dla młodych. Nie ma pieniędzy na nowe mieszkania tymczasem deweloperom pozwala napychać kieszenie a z centrum zrobiono mieszankę hotelu i akademika, w którym dotychczasowi mieszkańcy stają się dekoracją. Za kilka lat straty będą niemożliwe do nadrobienia, dlatego należy działać teraz.

Mieszkania dla młodych to nie ideologia. To warunek, by Wrocław w ogóle miał przyszłość. Miasto może się rozwijać tylko wtedy, gdy pozyskamy i zatrzymamy u siebie określonych ludzi. To my jesteśmy kapitałem intelektualnym i napędem tego miasta. Inaczej czeka nas los miasta emerytów: małe przychody, wysokie koszty utrzymania infrastruktury i drastyczny spadek jakości życia. To grozi zapadnięciem się Wrocławia do środka, implozją którą przeżyli mieszkańcy np. Detroit. Tymczasem polityka miejska to pasmo zaniechań, które uderza w nas najmocniej. Władze myślą krótko: dla nich liczy się przetrwanie od absolutorium do absolutorium.

Miasto na papierze, my w rzeczywistości

Wrocławski magistrat zdaje się w ogóle nas nie dostrzegać. Oficjalnie, według GUS, w mieście mieszka 674 tysiące osób. Prawda wygląda inaczej: z raportu Uniwersytetu Wrocławskiego wynika, że pod koniec 2022 roku żyło tu ponad 893,5 tysiąca ludzi. Ta niemal 220-tysięczna różnica to w dużej części my: studenci i młodzi pracownicy bez meldunku, a także cudzoziemcy. Każdego października musimy toczyć walkę o jakikolwiek pokój do wynajęcia. Miasto dostaje fundusze na 675-tysięczną populację, a jego infrastruktura dusi się pod ciężarem prawie 900 tysięcy osób.

Centrum tylko dla turystów, a my na obrzeża

Zamiast zatrzymać nas w centrum, władze pozwalają mu pustoszeć. Z danych meldunkowych z 2026 roku wynika, że od 2005 roku aż 21 z 48 wrocławskich osiedli zanotowało ubytek mieszkańców. Wyludniają się Powstańców Śląskich, Ołbin, Gajowice, Nadodrze i Szczepin. Co się dzieje z młodymi ludźmi zakładającymi rodziny? Jesteśmy wypychani na obrzeża, na Jagodno, Maślice czy do Leśnicy. Budujemy tam życie bez odpowiedniej infrastruktury, gdzie szkoły pękają w szwach, a autobusy jeżdżą za rzadko. To kluczowe, aby wreszcie zatrzymać odpływ rodzin, zarówno tych, które chcą mieć dzieci, jak i tych, które już je mają, do wrocławskiego „obwarzanka”.

Dlaczego musimy uciekać z centrum? Bo jako młodzi na starcie przegrywamy z brutalnym rynkiem i najmem krótkoterminowym. Śródmieście się wyludnia. Starsi mieszkańcy wymierają, a ich dzieci rzucają dziedziczone lokale na rynek najmu dla turystów. W efekcie centrum staje się wielkim hotelem i akademikiem. Na miejscu starych mieszkańców powinni pojawiać się nowi, młodzi ludzie, w ramach zwykłej, naturalnej wymiany pokoleń, a nie podmiany ludności na tymczasowych, niezakorzenionych bywalców. Takie krótkie pobyty pozbawiają nasze osiedla tożsamości. Centrum powinno tętnić autentycznym życiem, a nie przypominać scenografię dla turystów i tymczasowych najemców.

Miasto nie robi absolutnie nic, by temu realnie przeciwdziałać, a państwo dokłada cegiełkę, tworząc do niczego nienadającą się ustawę o najmie krótkoterminowym. Zamiast zastanowić się z czego wynika baby boom w gminach Kobierzyce, Siechnice, Długołęka, Miękinia czy Kąty Wrocławskie - miasto woli antagonizować mieszkańców, których dzieli tylko formalna granica. Szczuje się mieszkańców Wrocławia przeciwko ludziom, których nie stać było na założenie rodziny w granicach miasta. To w ich indywidualnych zachowaniach urzędnicy doszukują się przyczyn korków i niewydolności transportowej zamiast odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego Wrocław przegrał konkurencję o ich życiowe decyzje z gminami wokół? Czy ktoś przeanalizował to jak wysokość ceny mieszkań we Wrocławiu wpływa na tę sytuację?

Nikt nie myśli o naszej grupie wiekowej, a tu potrzebne są zdecydowane działania. Wystarczy spojrzeć na Barcelonę i Amsterdam. Tam po radykalnym ograniczeniu najmu krótkoterminowego czynsze spadły o 20%. To może i powinno stać się również przyszłością Wrocławia.

Miliony dla deweloperów, okruchy dla mieszkańców

Gdy apelujemy o rewitalizację i budownictwo komunalne, słyszymy, że „nie ma pieniędzy”. To kłamstwo. Program rewitalizacji wyznaczonych obszarów leży w urzędniczej szufladzie od 2021 roku, a petycję o przeznaczenie 160 milionów złotych rocznie na ten cel Rada Miejska po prostu odrzuciła.

W tym samym czasie miasto oddaje gigantyczne kwoty deweloperom. Zobaczmy, jak to działa w trybie specustawy „lex deweloper”. Działka, na której zgodnie z planem miasta nie można budować mieszkań, po decyzji Rady Miejskiej staje się terenem pod osiedle. Jej wartość rośnie wtedy dziesięcio-, a nawet kilkunastokrotnie. To nie jest efekt pracy dewelopera, który nie położył jeszcze ani jednej cegły, tylko skutek decyzji administracyjnej. Inwestor może na tym etapie zakończyć przedsięwzięcie, zarobić i zapomnieć o sprawie. Miasto zostaje z kosztami: szkołami, drogami i komunikacją.

SOS Wrocław policzył to na podstawie dokumentów z KRS-u w dwóch przypadkach:

  • ul. Lotnicza: wartość działki wzrosła z ok. 10 do ok. 80 mln zł. Przy podziale zaproponowanym przez SOS (połowa wzrostu na inwestycje towarzyszące) miasto dostałoby ok. 35 mln zł. Dostanie 9–10 mln, a ma tu powstać ok. 550 mieszkań.
  • ul. Armii Krajowej / Kwidzyńska: wartość działki wzrosła z 30 do ponad 300 mln zł. Przy tym samym podziale dla mieszkańców byłoby ok. 150 mln zł. Trafi do nich mniej niż 20 mln.

Tylko w tych dwóch przypadkach miasto przez swoje zaniechania straciło na rzecz inwestorów nawet 150 milionów złotych. Tymczasem zgłoszonych wniosków „lex deweloper” jest dziś kilkanaście. Czysto teoretycznie, odzyskując te pieniądze dla budżetu, można by uzyskać środki na budowę tysięcy nowych mieszkań dla młodych. Ale ktoś musiałby realnie chcieć we Wrocławiu zmienić.

Co roku na rynek trafia we Wrocławiu 8-9 tysięcy mieszkań deweloperskich. Wprowadzenie na rynek co roku nawet choćby 500 nowych, tanich, miejskich mieszkań na wynajem może mieć olbrzymi wpływ na stawki cen mieszkań i najmu. 

Stwórzmy plan dla dostępnych mieszkań dla młodych

Przeszkodą w stworzeniu sprawiedliwego Wrocławia nie są przepisy, lecz politycy i ich brak woli. Tryb „lex deweloper” się kończy, ostatnie wnioski są właśnie rozpatrywane, a zostanie nam Zintegrowany Plan Inwestycyjny (ZPI). To szansa, by odwrócić ten chory trend. Jako środowisko skupione wokół SOS Wrocław domagamy się konkretnych działań:

  • Powołanie miejskiego funduszu mieszkaniowego. Środki zasilające fundusz powinny pochodzić m.in. z renty planistycznej i kontrybucji od inwestorów przy przekształceniach w trybie ZPI a z czasem - z utrzymania nowego zasobu tanich mieszkań, które zamiast kieszenie deweloperów - będą pracowały na nowe, tanie mieszkania dla młodych. Do funduszu powinny trafiać również środki z podatku od nieruchomości pobieranego od obiektów zamieszkania zbiorowego.
  • Pobieranie renty planistycznej i społecznej partycypacji od deweloperów. Część zysków ze wzrostu wartości nieruchomości na skutek decyzji administracyjnych musi trafiać od deweloperów do miasta i być przeznaczana na budownictwo komunalne i czynszowe.
  • Najem Mieszkania dla Młodych - nowy program Miasta Wrocław. Dla najistotniejszych dla rozwoju miasta grup zawodowych powinniśmy drastycznie poszerzać ofertę taniego najmu mieszkań zarządzanego przez instytucje komunalne. Nie chodzi jednak o najem komunalny, socjalny, SIM czy TBS a o poszerzenie oferty na rynku o atrakcyjny najem. Studenci muszą otrzymać szansę na godny start w dorosłość, by później zostali w mieście (najlepiej możliwie blisko centrum), zamiast oddawać połowę pensji za wynajmowaną kawalerkę na peryferiach albo za granicą miasta.
  • Przywrócenie na rynek pustostanów w kamienicach komunalnych. Setki mieszkań czekają na najemców ze względu na opóźnienia w rozstrzygnięciach własnościowych czy niezbędne prace remontowe.
  • Koniec z krótkoterminowym wynajmem w centrum i turystyfikacją osiedli mieszkaniowych. Oczekujemy przywrócenia tych mieszkań na rynek długoterminowy, by zwiększyć ich podaż. Niech mieszkanie będzie mieszkaniem a hotel hotelem - z odpowiednią stawką podatku.
  • Uchwalenie Gminnego Programu Rewitalizacji. Wymagamy odpowiedniego budżetu na remonty kamienic i przeciwdziałanie wypychaniu z nich uboższych mieszkańców.

Rządzą nami elity, które wprowadziły mieszkaniowy feudalizm

Ci, którzy dziś rządzą, sami tego nie zmienią, bo zbyt chronią obecne grupy interesu. Polityka mieszkaniowa dla młodych musi stać się prawem, którego nie da się zlikwidować po najbliższych wyborach. Nie oczekuję, że ktoś da mi mieszkanie za darmo. Chcę po prostu uczciwych zasad: miasta, w którym polityka mieszkaniowa chroni mieszkańców, a nie spekulantów. Dopóki to inwestorzy będą dyktować warunki we Wrocławiu, my, wchodzący w dorosłość, zawsze będziemy zmuszeni do spłacania cudzych kredytów w zamian za wynajem klitki. Ta forma to współczesna pańszczyzna -  będziemy harować na ,,panów”, oddając im owoce naszej pracy za sam przywilej dachu nad głową. Taki system dusi nas każdego dnia, kradnie nam przyszłość, spokój i szanse na normalne założenie rodziny. Czy oczekujemy tak dużo? Czas z tym skończyć, bo bez młodych ludzi to miasto po prostu nie ma żadnej przyszłości.

Czy będą w stanie podjąć się tego obecne władze, które tak zżyły się z betonowym lobby, że aż deweloper reprezentował prezydenta z mównicy na sesji Rady Miejskiej Wrocławia? Czy zrobi to najwyższe kierownictwo urzędu, które z deweloperami regularnie spędza wolny czas a ich rodzina wprost była powiązana biznesowo z branżą budowlaną? A może zrobią to dla nas radni - gdy szef komisji architektury publicznie podejmuje się misji “odczernienia” wizerunku deweloperów i wprost lobbuje na ich rzecz, a szef komisji odpowiedzialnej za mieszkalnictwo został złapany z prospektem dewelopera podczas urabiania radnych osiedla by poparli jego inwestycję? A może zrobią to urzędnicy niższego rzędu, którzy regularnie stawiali interesy deweloperów nad interes mieszkańców?

Jak długo jeszcze pozwolimy im się wyzyskiwać?

Nikt z nich tego nie zrobi. Nie są w stanie, bo realizacja takiego programu oznacza wprost zatrzymanie wzrostu cen mieszkań albo ich obniżkę. Bo oznacza spadek wysokości czynszów. Bo oznacza wolność dla dziesiątek tysięcy młodych ludzi, których dziś wyzyskują elity, które przyssały się do władzy i fruktów, które pozyskują dzięki miejskim decyzjom. A dla mocodawców tych elit oznacza mniejszy zarobek i konieczność skupienia się na bardziej produktywnych formach zarabiania niż feudalne wyzyskiwanie młodych.

 

Tylko obywatele mogą zadbać o własny interes. A zrobią to tylko wtedy, gdy zła władza zostanie strącona z okupowanych stołków. Bo korzysta z przywilejów, by nasycić siebie i swoje otoczenie zamiast służyć mieszkańcom.

 

Nie chodzi nam przecież o darmowe mieszkania. Chodzi o elementarną sprawiedliwość. Czy my, młodzi podejmiemy wyzwanie by sięgnąć po to, co nam się po prostu należy? Czy wygra w nas oportunizm i przyzwyczajenie do tego, że starsze pokolenia dyktują nam zasady działania? Zapraszam do dyskusji


Kolejna umowa z wolnej ręki na odbiór odpadów? Ekosystem nadal nie radzi sobie z przetargiem

“Wolna ręka” czy zawsze można z niej skorzystać ?

Jak pisaliśmy w naszych wcześniejszych tekstach śledzących działania Ekosystemu i sytuację wrocławskich śmieci, problem ten narasta od dłuższego czasu. Od lipca 2025 roku odbiór odpadów komunalnych we Wrocławiu realizowany jest przez wykonawców w ramach umów z tzw. „wolnej ręki”. W praktyce oznacza to, że podmioty te nie konkurują ze sobą w otwartym postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego, lecz zawierają kontrakty z miastem w drodze bezpośrednich negocjacji.

Pojawia się zatem zasadnicze pytanie o zgodność takich działań z prawem. Wrocławscy urzędnicy zapewniają o legalności tego procederu, jednak przepisy Prawa zamówień publicznych stanowią jasno: zawarcie umowy z wolnej ręki to tryb o charakterze ściśle wyjątkowym. Może on mieć zastosowanie wyłącznie w sytuacji, gdy przeprowadzenie procedury konkurencyjnej jest obiektywnie niemożliwe, a przyczyny tego stanu rzeczy w żadnym stopniu nie leżą po stronie zamawiającego.

20 miesięcy bezowocnych zmagań Ekosystemu z przetargiem

W przypadku Wrocławia trudno mówić o braku winy po stronie miasta. Spółka Ekosystem, odpowiedzialna za organizację przetargu, ewidentnie nie radzi sobie z tym zadaniem. Wystarczy spojrzeć na oś czasu tego chaosu: wszystko zaczęło się w marcu 2025 roku od ogłoszenia przetargów na sześć sektorów. Potem odwołania wykonawców i rozprawy w Krajowej Izbie Odwoławczej a także zwolnienie z pracy osób, które ostrzegały zarząd, że sprawy idą  w złym kierunku i proponowały dokonanie zmian specyfikacji. Po fatalnych w skutkach dla Gminy Wrocław  wyrokach sądu (15 października 2025 r.)  i Krajowej Izby odwoławczej, w dniu 30 grudnia 2025 r. Ekosystem unieważnił przetargi na wszystkie sektory sugerując w trakcie konferencji prasowej jakoby doszło do wycieku informacji z przetargu. Z tą decyzją nie zgodzili się wykonawcy i zaskarżyli unieważnienie do Krajowej Izby odwoławczej. 

Natomiast 9 marca 2026 r. Krajowa Izba Odwoławcza wydała wyrok w którym nie zgodziła się z decyzją Ekosystemu i wytknęła poważne błędy w działaniu Zamawiającego. 9 kwietnia 2026 r. po miesiącu od wyroku Ekosystem ,,unieważnił” unieważnienie i przetarg miał toczyć się dalej, jednak po kolejnym zaskakującym odwołaniu, które Ekosystem uznał w części  Krajowa Izba Odwoławcza po wycofaniu przez wykonawcę pozostałych zarzutów umorzyła postępowanie co ważne bez merytorycznego rozpoznania zarzutów. W ten sposób Ekosystem swoim działaniem doprowadził do sytuacji w której unieważnił postępowania w dniu 3 czerwca 2026 r.  

Pierwsze postępowanie zostało anulowane na podstawie wątpliwych i niczym niepopartych przesłanek. Wygląda na to, że Ekosystem działał tylko po to aby przedłużyć okres w którym wykonawcy wykonują odbiór odpadów na zlecenie z wolnej ręki. Zastanawiający jest również fakt, że kolejny przetarg ogłoszono dopiero po upływie dwóch miesięcy w dniu 27 lipca 2026 r., mimo wcześniejszych, publicznych deklaracji zarządu spółki o pełnej gotowości dokumentacji.

Całkowicie niezrozumiałe jest w tym kontekście oburzenie Prezesa Ekosystemu skierowane w stronę wykonawców, którzy zgodnie z obowiązującymi przepisami składają odwołania. Formułowanie zarzutów, iż firmy skarżą zapisy specyfikacji, które były już wcześniej przedmiotem sporów, świadczy o lekceważeniu transparentności procedur. Każdy podmiot posiadający doświadczenie na rynku zamówień publicznych ma pełne prawo patrzeć urzędnikom na ręce i weryfikować poprawność tworzonej przez nich dokumentacji.

Co może się wydarzyć w najbliższym czasie?

Kolejny termin otwarcia ofert wyznaczono na 30 października 2026 roku. Dotychczasowy przebieg procedury pozwala jednak przypuszczać, że i ten termin może nie zostać dotrzymany. W dniu 12 października Krajowa Izba Odwoławcza ogłosiła wyrok w sprawie odwołań wykonawców. Ekosystem musi uwzględnić ten wyrok i zmienić specyfikację  a także odpowiedzieć na pytania jeżeli wpłynęły. Zgodnie z oficjalnymi danymi z Centralnego Rejestru Umów, obecne, awaryjne kontrakty zawarte z wolnej ręki obowiązują od 1 września do 28 lutego 2027 roku. Zasadnym jest więc pytanie: czy Ekosystem zdąży rozstrzygnąć postępowanie do tego czasu, czy też czeka nas kolejne przedłużanie umów poza rygorem konkurencyjnym? 

Analiza realności tych terminów nie pozostawia złudzeń. Nawet jeśli oferty faktycznie zostaną otwarte 30 października, przed urzędnikami długa ocena dokumentów, na którą z pewnością nałożą się ewentualne kolejne odwołania do KIO. Do tego dochodzi absolutnie kluczowy czas na mobilizację wybranego wykonawcy zgodnie z zapisami specyfikacji to dwa miesiące. To mocny argument za tym, że kolejne przedłużenie umów "z wolnej ręki" jest w zasadzie nieuniknione.

Konsekwencje dla mieszkańców i wizerunkowa porażka miasta

Z tym wiąże się kolejny ogromny problem, czyli koszty dla miasta. Brak przetargu zmusza gminę do podporządkowania się dyktatowi cenowemu wykonawców. Analizując nawet szczątkowe informacje z CRU czy rynkowe szacunki widać wyraźnie, że przedłużanie awaryjnych umów to gigantyczne koszty, a różnica w cenie względem konkurencyjnych ofert przetargowych uderza bezpośrednio w budżet miasta.

Sytuacja ta rzutuje na wizerunek miasta w skali całego kraju. Temat wrocławskiego przetargu na odpady stał się branżowym antyprzykładem. Podczas ogólnopolskich szkoleń z zakresu gospodarki odpadami eksperci wprost przestrzegają samorządowców przed naśladowaniem „doświadczeń” stolicy Dolnego Śląska. Omawiany jest tam m.in. wyrok sądu, który wprost stwierdził, że wrocławska specyfikacja została napisana z naruszeniem prawa.

Śledztwo w toku: nieudolność czy celowe działanie?

Pytanie otwarte brzmi: jak długo mieszkańcy Wrocławia będą obarczeni ryzykiem i konsekwencjami organizacyjnej nieudolności miejskiej spółki? Czy jest to nieudolność czy celowe działanie. Przypomnijmy, że sprawie przyglądają się prokuratorzy z Katowic. To na ich zlecenie 5 marca 2026 r. w spółce Ekosystem i Urzędzie Miejskim Wrocławia doszło do przeszukania i zabezpieczenia dokumentów o czym już informowaliśmy. 

Czy mieszkańcy mogą coś zmienić?!

Tak trzeba zmienić ludzi odpowiedzialnych za ten bałagan. Zarówno w spółce Ekosystem jak i tych, którzy pozwalają a zajmują najwyższe stanowiska. Będziemy na bieżąco monitorować rozwój tej sytuacji. 

Poniżej znajdują się linki do naszych wcześniejszych publikacji związanych z tą sprawą:

https://www.facebook.com/watch/?v=959025367255368

https://www.facebook.com/share/p/1PtFN23Sfq/

https://www.facebook.com/share/p/19TMUfJcWL/

https://www.facebook.com/share/p/1976qfm4Zj/

https://www.facebook.com/share/p/1F4hxs8Qhk/

https://www.facebook.com/share/p/1F4hxs8Qhk/ 

https://www.facebook.com/share/r/19quw8i6eN/

https://www.facebook.com/share/p/1BUu9m4TGo/

https://www.facebook.com/share/v/1GeUvLLFQB/


SUTRYK PRZED SĄDEM! O CO WŁAŚCIWIE CHODZI I ZA CO PREZYDENT WROCŁAWIA ZASIĄDZIE NA ŁAWIE OSKARŻONYCH!

Już 15 października rusza jeden z najgłośniejszych procesów związanych z aferą Collegium Humanum. Głównym bohaterem jest prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk, który stanie przed Sądem Okręgowym w Warszawie (VIII Wydział Karny). Rozprawy wyznaczono na 16, 20, 22, 23 i 30 października, a odbędą się one poza głównym gmachem sądu, w obiekcie przy ul. Kocjana 3. Zanim jednak usłyszymy pierwsze wyjaśnienia, przypomnijmy sobie, jak to było i co dokładnie zarzuca się włodarzowi naszego miasta.

Afera Collegium Humanum to tak zwana wielkoskalowa "fabryka dyplomów", w której handlowano fałszywymi świadectwami ukończenia studiów (głównie MBA) w zamian za łapówki. Proceder ten służył omijaniu prawa, by móc obsadzać lukratywne stanowiska w państwowych i samorządowych spółkach. W ten niechlubny biznes wpisał się również Jacek Sutryk, któremu najwyraźniej po prostu... nie wystarczało kasy na codzienne wydatki! Przecież wiadomo, że za takie pieniądze nie da się utrzymać jednoosobowego gospodarstwa domowego, a trudno jest oczekiwać, by prezydent przymierał głodem. Żalił się zresztą na to tu i ówdzie. Jak więc sobie dorobić? Zwłaszcza, że pilnie potrzebne były pieniądze na willę na Sępolnie! 

Jacek Sutryk zasiadał więc w radach nadzorczych spółek komunalnych m.i.  w Tychach i Gliwicach, do tego właśnie potrzebny był dyplom MBA. A potem? Potem to już "piekła nie ma".

Prokurator miał jednak inne zdanie na temat tego dorabiania - postawił Jackowi Sutrykowi łącznie cztery zarzuty (jeden o charakterze korupcyjnym oraz trzy dotyczące oszustwa), a prezydent ostatecznie zasiądzie na ławie oskarżonych:

  • Zarzut korupcyjny: Dotyczy on wręczenia korzyści majątkowej ówczesnemu rektorowi uczelni (Pawłowi Cz.) w zamian za uzyskanie poświadczającego nieprawdę świadectwa MBA, bez faktycznego odbycia studiów. W zamian za ten "papier" rektor miał otrzymać funkcję w radzie programowej Wrocławskiego Parku Technologicznego oraz umowę doradczą opiewającą na 75 tysięcy złotych.
  • Trzy zarzuty oszustwa: Prezydent miał posługiwać się tym fałszywym dyplomem, aby wprowadzić w błąd przedstawicieli trzech spółek samorządowych. Dzięki temu oszustwu zasiadał w ich radach nadzorczych, co przyniosło mu około 500 tysięcy złotych nienależnego wynagrodzenia.

Prezydent Wrocławia oczywiście odrzuca oskarżenia i deklaruje pełną gotowość do obrony przed niezależnym sądem. Do niedawna jego obroną zajmował się profesor Łukasz Błaszczak. Dostawał on hojne zlecenia z miasta i nierzadko nas straszył. Trzeba przyznać, że co do wiedzy i doświadczenia profesora można było mieć pewne zaufanie. Sutryk miał przy nim pełne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.

A tu nagle BUM! W przeddzień rozpoczęcia procesu doszło do absolutnie sensacyjnej zmiany!

Profesor nie jest już obrońcą. Na jego miejsce, w blasku fleszy, wchodzi Przemysław Rosati, czyli adwokat z najwyższej półki. To prezes Naczelnej Rady Adwokackiej i sędzia Trybunału Stanu, a prywatnie przyjaciel Romana Giertycha i Jacka Dubois. To przecież ścisłe środowisko adwokatów związanych z obecną władzą!

Co oznacza ta zmiana na chwilę przed procesem? Nasuwa się bardzo ważne pytanie: ile i kto za to płaci? Z pewnością usługi takiego mecenasa do tanich nie należą. Za co dokładnie jest tu płacone? Za wiedzę i rzetelne umiejętności, czy też może za renomę, układy, kontakty i koneksje?!

Czy patrząc na ten ruch, można już z góry przyjąć, że pan prezydent zostanie uniewinniony od zarzutów, a prokuratura zostanie po prostu wystrychnięta na Dudka? Czy prokuratura stworzy z tego czysty proces polityczny? W końcu to "prokuratura Żurka" - jakże miałaby gnębić naszego "ukochanego przez mieszkańców Wrocławia prezydenta"...

Co będzie dalej? Poczekamy, zobaczymy. Z pewnością na sali sądowej zostanie ujawnionych wiele rzeczy, które mogą dosłownie zszokować opinię publiczną. Wiele się dowiemy z wyjaśnień, które złoży sam prezydent Jacek Sutryk. W końcu publicznie obiecał, że udowodni swoją niewinność przed sądem i przedstawi na to twarde dowody.

My trzymamy za słowo i bacznie obserwujemy!


Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Piotr Uhle

Chcesz poprzeć obywatelski projekt uchwały we Wrocławiu? Musisz znaleźć członka komitetu z teczką, papierową listą i długopisem, podpisać się własnoręcznie i mieć nadzieję, że nikt się nie pomyli przy przepisywaniu lub sprawdzaniu danych. W 2026 roku.

Kraków rozwiązał ten problem pięć lat temu. Od 2021 roku krakowianie mogą poprzeć obywatelską inicjatywę uchwałodawczą przez internet - profilem zaufanym, podpisem kwalifikowanym albo e-dowodem. Bez wychodzenia z domu, bez umawiania się z komitetem, bez ryzyka, że lista zaginie albo ktoś źle odczyta czyjeś nazwisko.

Wrocław może dogonić XXI wiek

Dwa tygodnie temu złożyłem na ręce Przewodniczącej Rady Miejskiej Wrocławia projekt uchwały, który wprowadza dokładnie takie rozwiązanie u nas. Elektroniczne zbieranie podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał - jako dodatkową opcję obok listy papierowej, nie zamiast niej. Kto woli papier, wciąż będzie mógł podpisać się papierowo. Kto woli internet, dostanie taką możliwość.

To rozwiązanie ma znaczenie nie dla urzędników, tylko dla ludzi, którzy dziś praktycznie nie mogą skorzystać z obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej: pracujących w nietypowych godzinach, rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami ograniczającymi mobilność, mieszkańców czasowo przebywających poza miastem. Dla nich papierowa lista to nie formalność - to realna bariera.

Ile to kosztowało w Krakowie?

Zapytałem Urząd Miasta Krakowa wprost: ile to kosztowało i czy w ogóle działa. Odpowiedź przyszła na piśmie.

Wdrożenie systemu do elektronicznego zbierania podpisów kosztowało Kraków 163 282,50 zł - jednorazowo, rozłożone na dwa lata (2021–2022). To nie jest budowa osobnego systemu od zera, tylko rozbudowa istniejącego Biuletynu Informacji Publicznej. Kosztów utrzymania nie da się nawet wydzielić - "zatapiają się" w normalnych kosztach utrzymania BIP, czyli praktycznie nic nie kosztują osobno. A przez pięć lat działania nie odnotowano ani jednej awarii samego systemu.

I co najważniejsze - ludzie z tego korzystają. Od 2021 roku Krakowianie przeprowadzili przez ten system 17 obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych, zbierając łącznie ponad 14 200 podpisów elektronicznych. Rekordzistka - inicjatywa w sprawie uchylenia Strefy Czystego Transportu - zebrała 7220 podpisów, ponad 24-krotność wymaganego minimum. To nie jest martwy przepis. To realne narzędzie, z którego mieszkańcy faktycznie korzystają, kiedy coś ich naprawdę obchodzi.

Tani, sprawdzony, bezawaryjny mechanizm, funkcjonujący od pięciu lat w drugim największym mieście Polski. Trudno o lepszy argument, że Wrocław powinien mieć to samo.

Łatki zamiast reformy

Od dawna słyszymy, że Statut Wrocławia doczeka się kompleksowej zmiany - nowoczesnej, przemyślanej, na miarę miasta, które chce uchodzić za jedno z najbardziej rozwiniętych w Polsce. Czekaliśmy. Cierpliwie.

To, co ostatecznie trafiło pod obrady, to punktowe, mało istotne poprawki - łatki, a nie reforma. Rozumiem, że duże zmiany wymagają czasu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają czekać na "kiedyś", skoro konkretny, sprawdzony w innym dużym mieście problem można rozwiązać już teraz, jedną uchwałą, bez czekania na wielki projekt, który wciąż nie nadchodzi. Dlatego działam tu i teraz.

Już w październiku Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom

Projekt trafi teraz do zaopiniowania przez komisje i kluby radnych, a następnie pod obrady sesji Rady Miejskiej. Będę informował na bieżąco o postępach prac - i liczę na to, że mieszkanki i mieszkańcy Wrocławia dadzą znać swoim radnym, że to rozwiązanie jest im potrzebne.

Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły.

Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia


Podpisy złożone. Wrocławianie mówią „DOŚĆ!” kolesiostwu i drożyźnie!

W zaledwie dwa tygodnie zjednoczyliśmy siły ponad podziałami i zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod obywatelskim projektem obniżki opłat za śmieci. To wielki sukces wrocławian i jasny sygnał dla władzy: nie damy się dłużej traktować jak dojne krowy! Podczas dzisiejszej konferencji prasowej podsumowaliśmy tę ekspresową zbiórkę i postawiliśmy Radzie Miejskiej twarde warunki.

Kiedy obywatele budzą się, by walczyć o swoje prawa i sprzeciwiać się opresji, wrocławska władza uważa, że najlepiej jest ich zwalczać. Piotr Uhle, reprezentujący naszą inicjatywę, ostro skomentował skandaliczne słowa przedstawicielki Koalicji Obywatelskiej, która na antenie Radia Wrocław nazwała walkę o niższe opłaty i zwolnienie niepotrzebnych urzędników „akcją dywersyjną” i „destrukcją samorządu”.

- W mojej opinii jest to absolutnie niedopuszczalne, ale z drugiej strony paradoksalnie to może być prawda. Bo my prowadzimy akcję dywersyjną względem układu kolesi, którzy po prostu funkcjonują w mieście i w jednostkach pod niego podległych - podkreślił Uhle.

Zjednoczeni ponad podziałami dla mieszkańców

Naszą akcję wsparli obywatele, społecznicy i politycy z różnych stron sceny politycznej - działaliśmy bez szyldów partyjnych. Ramię w ramię z SOS Wrocław w zbiórkę zaangażowali się m.in. posłanka Marta Stożek (Razem), radny Łukasz Kasztelowicz z Prawa i Sprawiedliwości, Nowa Fala Dolnośląskie oraz przedstawiciele Konfederacji.

Posłanka Marta Stożek zwróciła uwagę, że tak błyskawiczne zebranie podpisów świadczy o tym, jak bardzo bolesne są dla mieszkańców ostatnie podwyżki. Obaliła też mit o tym, że we Wrocławiu mieszkają wyłącznie ludzie bogaci, opływający w dostatki, rosnące koszty uderzają w domowe budżety wszystkich, w tym również osób pracujących w instytucjach miejskich. Z kolei Łukasz Kasztelowicz przypomniał ekipie rządzącej, że finanse publiczne nie mają barw partyjnych. Zamiast sięgać do kieszeni mieszkańców, miasto powinno zapanować nad rozrostem biurokracji i własnymi kosztami utrzymania.

Dramat seniorów na wrocławskich targowiskach

Helena Kosztyło z Nowej Fali opowiedziała o bezpośrednich spotkaniach z mieszkańcami. Zbierając podpisy na targowiskach, gdzie zakupy robią osoby w najtrudniejszej sytuacji finansowej, widziała ludzi, których nie interesowała wielka polityka ani to, kto z jakiej jest partii. Z niepokojem pytali tylko o jedno: czy jest realna szansa na to, że rachunki wreszcie spadną.

Dla wielu wrocławskich seniorów i rencistów zawyżone opłaty to dziś dramatyczny wybór - czy danego dnia zostanie zjedzone śniadanie, czy opłacone śmieci. Na takie traktowanie mieszkańców przez miasto po prostu nie ma naszej zgody!

Czas na test dla Rady Miejskiej

Złożyliśmy podpisy, teraz piłka jest po stronie radnych i prezydenta Wrocławia. Jak zauważył Łukasz Kasztelowicz, istnieje realne zagrożenie, że układ rządzący będzie próbował zablokować naszą uchwałę, zgłaszając wniosek o niedopuszczenie do dyskusji na sesji Rady Miejskiej.

Apelujemy do wszystkich radnych: nie szukajcie wymówek, nie zasłaniajcie się polityką i nie usprawiedliwiajcie swojej bierności!. To będzie Wasz test. Albo staniecie po stronie mieszkańców, którzy domagają się godnego życia w tym jednym z najdroższych miast w Polsce, albo staniecie po stronie mafii śmieciowych i kolesiostwa pasącego się na najwyższych opłatach w kraju.

Będziemy patrzeć Wam na ręce! Dziękujemy wszystkim, którzy złożyli swój podpis i wsparli naszą dywersję w słusznej sprawie. Pełne nagranie z konferencji znajdziecie na naszych profilach w mediach społecznościowych.

 


Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Piotr Uhle

Łukasz Gibała zdobył 61% głosów i będzie nowym prezydentem Krakowa. W stolicy Małopolski pospolite ruszenie obywateli zderzyło się z aparatem największej partii w Polsce i z aparatem państwa. Najważniejsze nie jest to, że wygrał Gibała, lecz że legł mit wszechwładnej KO. Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa?

Pospolite ruszenie przeciwko władzy

W Krakowie doszło do konfrontacji. Doszło do starcia pospolitego ruszenia obywateli, którzy zderzyli się nie tylko z aparatem największej partii w Polsce ale także z aparatem państwa.

To nie była konfrontacja KO z innymi partiami, którą śledzimy na co dzień w mediach. KO, której działacze są tak pewni siebie, że powtarzają tezy Donalda Tuska z 2011 roku. Mówią, że nie mają z kim przegrać, szczególnie po rozłamie w PiS. Tymczasem w Krakowie przegrali z obywatelami.

Wygrał Gibala z poparciem 64% wg. badań exit poll pracowni OGB. Bez poparcia wielkich polityków. I chyba dobrze, że o nie nie zabiegał - handlowanie głosami w starym, partyjnym stylu to nie jest standard nowoczesnego, uczciwego samorządu, o który wiele środowisk zabiega.

Warszawka w terenie nie pomaga

Konkurentka Gibały zdobyła tylko 36% głosów wg. badań exit poll pracowni OGB, które miała szersze wsparcie ze strony szeroko znanych postaci polskiej polityki. Donald Tusk nie tylko uczestniczył wraz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w ogłoszeniu jej kandydatury w ogrodach KPRM w Warszawie (co wzbudziło uzasadnione wątpliwości co do tego, czy KO nie chce do Krakowa wysłać po prostu namiestnika). Tusk przyjechał także do Krakowa, by wspierać swoją kandydatkę na Nowej Hucie. Frekwencja co prawda nie dopisała i trzeba było usuwać puste krzesła, by uniknąć kompromitacji, ale trzeba przyznać jedno: KO nie dysponuje większym aktywem niż Donald Tusk.

Piątkowską popierali także Radosław Sikorski (co prawda tak wystąpił na konferencji, że sąd musiał go zmusić do przeprosin), Andrzej Domański (co prawda budżet państwa się sypie, ale by kusić mieszkańców Krakowa fatamorganą - pieniądze się znajdą) Jakub Rutnicki (Minister Sportu obiecał następne 30 mln zł) czy Bartłomiej Sienkieiwcz. Na ostatniej prostej panika w sztabie KO musiała być tak wielka, że poprosili o wsparcie Aleksandrę Dulkiewicz, byłego prezydenta Jacka Majchrowskiego a nawet… odwołanego w referendum Aleksandra Miszalskiego! Na sam koniec tej maskarady przygalopował z warszawskiej stajni Roman Giertych, pouczając Krakowian komu warto, a komu nie warto ufać.

KO powtarza refren starych obietnic. I nikt w nie nie wierzy

Wszystko to miało opowiedzieć jedną historię: Gdy obywatele zagłosują zgodnie z życzeniem Koalicji Obywateli - na Kraków spadnie deszcz rządowych pieniędzy, który uzdrowi katastrofę finansów miejskich i pomoże rozwijać miasto. Nie mówiono co będzie, gdy zagłosują niezgodnie z ich życzeniem, ale wszyscy to doskonale rozumieli: nazywano Gibałą solistą, który nic dla Krakowa nie załatwi. Kazali nawet radnym KO podpisać lojalki, że nigdy z nim jako prezydentem współpracować nie zamierzają, czym zaprzeczyli idei samorządności jako takiej.

Mieszkańcy mieli jednak głowę na karku. Wiedzą, że gdy partia mówi, że zabierze to zabierze, a gdy mówi, że da to… mówi. Ten sam Radosław Sikorski, który poparł Piątkowską został nagrany w chwili szczerości, gdy mówił o deklaracjach składanych w kampanii, że “dwa razy obiecać to jak raz dotrzymać”. Krakowianie widzieli przecież te same obietnice o budowie metra czy metropolii krakowskiej dwa lata temu, gdy partia obywateli udzielała wsparcia Aleksandrowi Miszalskiemu. Złośliwy przypomni, że od ubiegłego roku oficjalny program KO to motto “cóż szkodzi obiecać”, my wskażemy po prostu, że wiarygodność składanych obietnic była po prostu zerowa.

Powiedzieli: nie dla uwikłania miasta w partyjne wojenki

Z drugiej strony Krakowianie wiedzieli też, że rządy KO nie są wieczne. Oczywistym było, że partia Donalda Tuska w najmniejszym wymiarze w rozwoju Krakowa nie pomoże (bo nie ma na to pieniędzy - ledwo starczyło by wesprzeć bliski rodzinnie premierowi Gdańsk). Jednak każdy zadał sobie pytanie z jakiej perspektywy rozmawiał będzie z kolejnym rządem nowy prezydent Krakowa. I czy ewentualne zaangażowanie w ideologiczne wojny pomoże rozwojowi miasta czy też mu zaszkodzi.

Koniec mitu wszechwładnej KO

Wybory w Krakowie to nie jest tylko lokalna sprawa. Nie piszemy tu o tym, że wyniki lokalnych wyborów wprost mogą przełożyć się na ogólnopolskie słupki. Na naszych oczach legł mit wszechwładnej KO. Legł mit dominacji koalicji obywateli w dużych miastach. Cena, którą zapłaci za swoją arogancję partia władzy będzie dużo wyższa, bo na Kraków patrzyła cała Polska.

I nie chodzi o to, że wygrał Gibała. Z Koalicją Obywateli wygrali sami obywatele. Pokazali, że mają podmiotowość i zdolność do wybierania zgodnie z własnym interesem a nie życzeniem, które płynie do nich z partyjnych centrali. To oni ocenią, czy Łukasz Gibała będzie dobrze rządził. I warszawskim politykom nic do tego.

Bo obywatele, gdy się dobrze zorganizują - będą w stanie wygrać z każdą partią w Polsce. Oczywiście mówimy tu o lokalnych wyborach - w plemiennej, rytualnej walce o rządy w Polsce wciąż wodzowie nie będą sobie mieli równych. Już za dwa tygodnie swoje zdanie wypowie Częstochowa. Ruszają się inne miasta.

Wrocław: do trzech razy sztuka? 

Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa i uwolnić się od partyjnego dyktatu? Wszystko zależy od mieszkańców, którzy już dziś mogą rozpocząć rozmowę o tym, czy warto zakrzyknąć: do trzech razy sztuka! I skutecznie przeprowadzić inicjatywę odwołania Jacka Sutryka z funkcji prezydenta. 

Tak się składa, że w najbliższych dniach rozpoczyna się proces, w którym prezydent Wrocławia jest oskarżony o łapownictwo i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Miasto jest w tracie cyklu podwyżek, finanse przestały się dopinać a kolesie pławią się w luksusach kosztem zwykłych mieszkańców. Czy to będzie wystarczająca sprężyna, by strzaskać zakrzepłą skorupę układu, który podzielił się wpływami i sprywatyzował Wrocław? Tu najwięcej zależy, drogi czytelniku, od Ciebie.


Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Damian Daszkowski

Władza samorządowa to nie jest prywatny folwark, a publiczne pieniądze to nie nagroda za partyjną lojalność. Demokracja bezpośrednia nie jest własnością żadnej partii - to narzędzie obywateli, którzy chcą odzyskać realny wpływ na swoje miasto. Idzie nowa era w lokalnej polityce. Era, w której mieszkańcy nie muszą już biernie przyglądać się decyzjom zza urzędniczych biurek.

Referendum: prawo zapisane w Konstytucji

Artykuł 170 Konstytucji RP daje wspólnotom samorządowym możliwość korzystania z referendum. To narzędzie, które pozwala obywatelom nie tylko wybierać władzę, ale również rozliczać ją w trakcie kadencji. Kraków w 2026 roku i Zabrze w 2025 roku pokazały, że prezydent miasta nie jest nietykalny. Mieszkańcy mogą odwołać władzę przed końcem kadencji, jeżeli uznają, że utraciła ich zaufanie.

I właśnie po to istnieje referendum lokalne. Żeby obywatele nie musieli bezradnie czekać kolejnych lat, kiedy mają poczucie, że ich miastem rządzą ludzie, którzy zapomnieli, komu powinni służyć. Miasto należy do mieszkańców, a sprawowanie władzy to służba, nie bankomat.

Dwie prędkości Wrocławia: pensje mieszkańców vs. dochody władzy

Spójrzmy na wrocławską rzeczywistość. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło tu w 2025 roku około 9 677 zł. To około 116 tys. zł brutto rocznie.

A teraz spójrzmy na elitę. Jak wynika z publikacji Radia Wrocław , wiceprezydent Renata Granowska wykazała około 426 tys. zł dochodów za 2025 rok. Radny Michał Młyńczak? On wykazał około 379 tys. zł dochodów z pracy i rad nadzorczych, a po uwzględnieniu 350 tys. zł darowizn łączna wartość wykazanych wpływów wynosiła około 729 tys. zł.

To przepaść. Dochody z samej tylko pracy i rad nadzorczych tych dwojga to odpowiednio 3,7 oraz 3,3-krotność rocznych zarobków przeciętnego wrocławianina (pamiętając oczywiście, że kwota darowizn nie jest wynagrodzeniem za pracę).

Pytamy o standardy, bo my za to płacimy

Czy samo wysokie wynagrodzenie oznacza przestępstwo? Oczywiście, że nie. Czy zasiadanie w radzie nadzorczej jest automatycznie patologią? Również nie. Ale mieszkańcy mają pełne prawo pytać o kryteria nominacji, kompetencje, wysokość wynagrodzeń, przejrzystość procedur i rzeczywiste efekty pracy osób zarządzających majątkiem publicznym.

Problem zaczyna się wtedy, gdy mieszkańcy mają płacić coraz więcej, miasto ponosi wielomilionowe zobowiązania, a obywatele nie otrzymują przekonujących odpowiedzi, kto odpowiada za decyzje i jak rozliczane są osoby sprawujące władzę.

Nie przesądzam, że konkretna osoba dopuściła się przestępstwa. Stawiam jednak pytanie o standardy, przejrzystość i odpowiedzialność. W państwie prawa zarzuty trzeba udowadniać, ale obywateli nie wolno uciszać tylko dlatego, że domagają się wyjaśnień.

Ta sama miara dla wszystkich

Zwykły człowiek musi pilnować każdej złotówki. Płaci czynsz, rachunki, podatki i opłaty miejskie. Kiedy popełni błąd, ponosi jego konsekwencje. Kiedy zabraknie mu pieniędzy, nikt nie zwolni go z odpowiedzialności. Dlaczego zatem władza miałaby być traktowana inaczej? Dlaczego mieszkańcy mają bezwarunkowo akceptować system, w którym politycy obejmują kolejne funkcje, zasiadają w radach nadzorczych i uzyskują dodatkowe dochody, podczas gdy zwykli pracownicy muszą ciężko pracować na utrzymanie swoich rodzin?

I właśnie dlatego potrzebujemy silnej demokracji bezpośredniej! Referendum to nie jest zamach na demokrację. To demokracja w najczystszej postaci. Referendum daje mieszkańcom możliwość powiedzenia: nie akceptujemy sposobu, w jaki zarządzacie naszym miastem. Nie zgadzamy się na brak przejrzystości. Chcemy jawnych konkursów, uczciwych zasad nominacji, kontroli miejskich spółek i odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Jeżeli władza traci zaufanie mieszkańców, obywatele powinni mieć realne narzędzia, aby ją rozliczyć. Nie tylko podczas wyborów odbywających się raz na kilka lat.

Nie ma znaczenia, czy rządzi KO, PiS, Lewica, Razem, Konfederacja czy jakakolwiek inna formacja. Mieszkańcy nie są własnością partii, a samorząd nie jest przechowalnią dla politycznych kolegów. To narzędzie zwykłych ludzi przeciwko arogancji każdej władzy. Czas zacząć z niego korzystać.


Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!

Ile zarabiają zarządy spółek?

Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:

  • Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej. 
  • Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
  • ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie. 
  • WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu. 
  • Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
  • Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
  • Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej  departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
  • Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
  • Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.

Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne. 

W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy

Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy. 

Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy

Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.

Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:

  • Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie.  Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
  • Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
  • Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!

„Odpowiedź jest negatywna"

Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!

Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?

Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!

Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?

Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych  wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.

Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.