SUTRYK PRZED SĄDEM! O CO WŁAŚCIWIE CHODZI I ZA CO PREZYDENT WROCŁAWIA ZASIĄDZIE NA ŁAWIE OSKARŻONYCH!

Już 15 października rusza jeden z najgłośniejszych procesów związanych z aferą Collegium Humanum. Głównym bohaterem jest prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk, który stanie przed Sądem Okręgowym w Warszawie (VIII Wydział Karny). Rozprawy wyznaczono na 16, 20, 22, 23 i 30 października, a odbędą się one poza głównym gmachem sądu, w obiekcie przy ul. Kocjana 3. Zanim jednak usłyszymy pierwsze wyjaśnienia, przypomnijmy sobie, jak to było i co dokładnie zarzuca się włodarzowi naszego miasta.

Afera Collegium Humanum to tak zwana wielkoskalowa "fabryka dyplomów", w której handlowano fałszywymi świadectwami ukończenia studiów (głównie MBA) w zamian za łapówki. Proceder ten służył omijaniu prawa, by móc obsadzać lukratywne stanowiska w państwowych i samorządowych spółkach. W ten niechlubny biznes wpisał się również Jacek Sutryk, któremu najwyraźniej po prostu... nie wystarczało kasy na codzienne wydatki! Przecież wiadomo, że za takie pieniądze nie da się utrzymać jednoosobowego gospodarstwa domowego, a trudno jest oczekiwać, by prezydent przymierał głodem. Żalił się zresztą na to tu i ówdzie. Jak więc sobie dorobić? Zwłaszcza, że pilnie potrzebne były pieniądze na willę na Sępolnie! 

Jacek Sutryk zasiadał więc w radach nadzorczych spółek komunalnych m.i.  w Tychach i Gliwicach, do tego właśnie potrzebny był dyplom MBA. A potem? Potem to już "piekła nie ma".

Prokurator miał jednak inne zdanie na temat tego dorabiania - postawił Jackowi Sutrykowi łącznie cztery zarzuty (jeden o charakterze korupcyjnym oraz trzy dotyczące oszustwa), a prezydent ostatecznie zasiądzie na ławie oskarżonych:

  • Zarzut korupcyjny: Dotyczy on wręczenia korzyści majątkowej ówczesnemu rektorowi uczelni (Pawłowi Cz.) w zamian za uzyskanie poświadczającego nieprawdę świadectwa MBA, bez faktycznego odbycia studiów. W zamian za ten "papier" rektor miał otrzymać funkcję w radzie programowej Wrocławskiego Parku Technologicznego oraz umowę doradczą opiewającą na 75 tysięcy złotych.
  • Trzy zarzuty oszustwa: Prezydent miał posługiwać się tym fałszywym dyplomem, aby wprowadzić w błąd przedstawicieli trzech spółek samorządowych. Dzięki temu oszustwu zasiadał w ich radach nadzorczych, co przyniosło mu około 500 tysięcy złotych nienależnego wynagrodzenia.

Prezydent Wrocławia oczywiście odrzuca oskarżenia i deklaruje pełną gotowość do obrony przed niezależnym sądem. Do niedawna jego obroną zajmował się profesor Łukasz Błaszczak. Dostawał on hojne zlecenia z miasta i nierzadko nas straszył. Trzeba przyznać, że co do wiedzy i doświadczenia profesora można było mieć pewne zaufanie. Sutryk miał przy nim pełne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa.

A tu nagle BUM! W przeddzień rozpoczęcia procesu doszło do absolutnie sensacyjnej zmiany!

Profesor nie jest już obrońcą. Na jego miejsce, w blasku fleszy, wchodzi Przemysław Rosati, czyli adwokat z najwyższej półki. To prezes Naczelnej Rady Adwokackiej i sędzia Trybunału Stanu, a prywatnie przyjaciel Romana Giertycha i Jacka Dubois. To przecież ścisłe środowisko adwokatów związanych z obecną władzą!

Co oznacza ta zmiana na chwilę przed procesem? Nasuwa się bardzo ważne pytanie: ile i kto za to płaci? Z pewnością usługi takiego mecenasa do tanich nie należą. Za co dokładnie jest tu płacone? Za wiedzę i rzetelne umiejętności, czy też może za renomę, układy, kontakty i koneksje?!

Czy patrząc na ten ruch, można już z góry przyjąć, że pan prezydent zostanie uniewinniony od zarzutów, a prokuratura zostanie po prostu wystrychnięta na Dudka? Czy prokuratura stworzy z tego czysty proces polityczny? W końcu to "prokuratura Żurka" - jakże miałaby gnębić naszego "ukochanego przez mieszkańców Wrocławia prezydenta"...

Co będzie dalej? Poczekamy, zobaczymy. Z pewnością na sali sądowej zostanie ujawnionych wiele rzeczy, które mogą dosłownie zszokować opinię publiczną. Wiele się dowiemy z wyjaśnień, które złoży sam prezydent Jacek Sutryk. W końcu publicznie obiecał, że udowodni swoją niewinność przed sądem i przedstawi na to twarde dowody.

My trzymamy za słowo i bacznie obserwujemy!


Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Wrocław nie jest gorszy od Krakowa. Zacznijmy zbiórkę podpisów elektronicznie

Piotr Uhle

Chcesz poprzeć obywatelski projekt uchwały we Wrocławiu? Musisz znaleźć członka komitetu z teczką, papierową listą i długopisem, podpisać się własnoręcznie i mieć nadzieję, że nikt się nie pomyli przy przepisywaniu lub sprawdzaniu danych. W 2026 roku.

Kraków rozwiązał ten problem pięć lat temu. Od 2021 roku krakowianie mogą poprzeć obywatelską inicjatywę uchwałodawczą przez internet - profilem zaufanym, podpisem kwalifikowanym albo e-dowodem. Bez wychodzenia z domu, bez umawiania się z komitetem, bez ryzyka, że lista zaginie albo ktoś źle odczyta czyjeś nazwisko.

Wrocław może dogonić XXI wiek

Dwa tygodnie temu złożyłem na ręce Przewodniczącej Rady Miejskiej Wrocławia projekt uchwały, który wprowadza dokładnie takie rozwiązanie u nas. Elektroniczne zbieranie podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał - jako dodatkową opcję obok listy papierowej, nie zamiast niej. Kto woli papier, wciąż będzie mógł podpisać się papierowo. Kto woli internet, dostanie taką możliwość.

To rozwiązanie ma znaczenie nie dla urzędników, tylko dla ludzi, którzy dziś praktycznie nie mogą skorzystać z obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej: pracujących w nietypowych godzinach, rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami ograniczającymi mobilność, mieszkańców czasowo przebywających poza miastem. Dla nich papierowa lista to nie formalność - to realna bariera.

Ile to kosztowało w Krakowie?

Zapytałem Urząd Miasta Krakowa wprost: ile to kosztowało i czy w ogóle działa. Odpowiedź przyszła na piśmie.

Wdrożenie systemu do elektronicznego zbierania podpisów kosztowało Kraków 163 282,50 zł - jednorazowo, rozłożone na dwa lata (2021–2022). To nie jest budowa osobnego systemu od zera, tylko rozbudowa istniejącego Biuletynu Informacji Publicznej. Kosztów utrzymania nie da się nawet wydzielić - "zatapiają się" w normalnych kosztach utrzymania BIP, czyli praktycznie nic nie kosztują osobno. A przez pięć lat działania nie odnotowano ani jednej awarii samego systemu.

I co najważniejsze - ludzie z tego korzystają. Od 2021 roku Krakowianie przeprowadzili przez ten system 17 obywatelskich inicjatyw uchwałodawczych, zbierając łącznie ponad 14 200 podpisów elektronicznych. Rekordzistka - inicjatywa w sprawie uchylenia Strefy Czystego Transportu - zebrała 7220 podpisów, ponad 24-krotność wymaganego minimum. To nie jest martwy przepis. To realne narzędzie, z którego mieszkańcy faktycznie korzystają, kiedy coś ich naprawdę obchodzi.

Tani, sprawdzony, bezawaryjny mechanizm, funkcjonujący od pięciu lat w drugim największym mieście Polski. Trudno o lepszy argument, że Wrocław powinien mieć to samo.

Łatki zamiast reformy

Od dawna słyszymy, że Statut Wrocławia doczeka się kompleksowej zmiany - nowoczesnej, przemyślanej, na miarę miasta, które chce uchodzić za jedno z najbardziej rozwiniętych w Polsce. Czekaliśmy. Cierpliwie.

To, co ostatecznie trafiło pod obrady, to punktowe, mało istotne poprawki - łatki, a nie reforma. Rozumiem, że duże zmiany wymagają czasu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają czekać na "kiedyś", skoro konkretny, sprawdzony w innym dużym mieście problem można rozwiązać już teraz, jedną uchwałą, bez czekania na wielki projekt, który wciąż nie nadchodzi. Dlatego działam tu i teraz.

Już w październiku Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom

Projekt trafi teraz do zaopiniowania przez komisje i kluby radnych, a następnie pod obrady sesji Rady Miejskiej. Będę informował na bieżąco o postępach prac - i liczę na to, że mieszkanki i mieszkańcy Wrocławia dadzą znać swoim radnym, że to rozwiązanie jest im potrzebne.

Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły.

Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia


Podpisy złożone. Wrocławianie mówią „DOŚĆ!” kolesiostwu i drożyźnie!

W zaledwie dwa tygodnie zjednoczyliśmy siły ponad podziałami i zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod obywatelskim projektem obniżki opłat za śmieci. To wielki sukces wrocławian i jasny sygnał dla władzy: nie damy się dłużej traktować jak dojne krowy! Podczas dzisiejszej konferencji prasowej podsumowaliśmy tę ekspresową zbiórkę i postawiliśmy Radzie Miejskiej twarde warunki.

Kiedy obywatele budzą się, by walczyć o swoje prawa i sprzeciwiać się opresji, wrocławska władza uważa, że najlepiej jest ich zwalczać. Piotr Uhle, reprezentujący naszą inicjatywę, ostro skomentował skandaliczne słowa przedstawicielki Koalicji Obywatelskiej, która na antenie Radia Wrocław nazwała walkę o niższe opłaty i zwolnienie niepotrzebnych urzędników „akcją dywersyjną” i „destrukcją samorządu”.

- W mojej opinii jest to absolutnie niedopuszczalne, ale z drugiej strony paradoksalnie to może być prawda. Bo my prowadzimy akcję dywersyjną względem układu kolesi, którzy po prostu funkcjonują w mieście i w jednostkach pod niego podległych - podkreślił Uhle.

Zjednoczeni ponad podziałami dla mieszkańców

Naszą akcję wsparli obywatele, społecznicy i politycy z różnych stron sceny politycznej - działaliśmy bez szyldów partyjnych. Ramię w ramię z SOS Wrocław w zbiórkę zaangażowali się m.in. posłanka Marta Stożek (Razem), radny Łukasz Kasztelowicz z Prawa i Sprawiedliwości, Nowa Fala Dolnośląskie oraz przedstawiciele Konfederacji.

Posłanka Marta Stożek zwróciła uwagę, że tak błyskawiczne zebranie podpisów świadczy o tym, jak bardzo bolesne są dla mieszkańców ostatnie podwyżki. Obaliła też mit o tym, że we Wrocławiu mieszkają wyłącznie ludzie bogaci, opływający w dostatki, rosnące koszty uderzają w domowe budżety wszystkich, w tym również osób pracujących w instytucjach miejskich. Z kolei Łukasz Kasztelowicz przypomniał ekipie rządzącej, że finanse publiczne nie mają barw partyjnych. Zamiast sięgać do kieszeni mieszkańców, miasto powinno zapanować nad rozrostem biurokracji i własnymi kosztami utrzymania.

Dramat seniorów na wrocławskich targowiskach

Helena Kosztyło z Nowej Fali opowiedziała o bezpośrednich spotkaniach z mieszkańcami. Zbierając podpisy na targowiskach, gdzie zakupy robią osoby w najtrudniejszej sytuacji finansowej, widziała ludzi, których nie interesowała wielka polityka ani to, kto z jakiej jest partii. Z niepokojem pytali tylko o jedno: czy jest realna szansa na to, że rachunki wreszcie spadną.

Dla wielu wrocławskich seniorów i rencistów zawyżone opłaty to dziś dramatyczny wybór - czy danego dnia zostanie zjedzone śniadanie, czy opłacone śmieci. Na takie traktowanie mieszkańców przez miasto po prostu nie ma naszej zgody!

Czas na test dla Rady Miejskiej

Złożyliśmy podpisy, teraz piłka jest po stronie radnych i prezydenta Wrocławia. Jak zauważył Łukasz Kasztelowicz, istnieje realne zagrożenie, że układ rządzący będzie próbował zablokować naszą uchwałę, zgłaszając wniosek o niedopuszczenie do dyskusji na sesji Rady Miejskiej.

Apelujemy do wszystkich radnych: nie szukajcie wymówek, nie zasłaniajcie się polityką i nie usprawiedliwiajcie swojej bierności!. To będzie Wasz test. Albo staniecie po stronie mieszkańców, którzy domagają się godnego życia w tym jednym z najdroższych miast w Polsce, albo staniecie po stronie mafii śmieciowych i kolesiostwa pasącego się na najwyższych opłatach w kraju.

Będziemy patrzeć Wam na ręce! Dziękujemy wszystkim, którzy złożyli swój podpis i wsparli naszą dywersję w słusznej sprawie. Pełne nagranie z konferencji znajdziecie na naszych profilach w mediach społecznościowych.

 


Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Kraków: koniec mitu wszechwładnej KO. Czas na Wrocław?

Piotr Uhle

Łukasz Gibała zdobył 61% głosów i będzie nowym prezydentem Krakowa. W stolicy Małopolski pospolite ruszenie obywateli zderzyło się z aparatem największej partii w Polsce i z aparatem państwa. Najważniejsze nie jest to, że wygrał Gibała, lecz że legł mit wszechwładnej KO. Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa?

Pospolite ruszenie przeciwko władzy

W Krakowie doszło do konfrontacji. Doszło do starcia pospolitego ruszenia obywateli, którzy zderzyli się nie tylko z aparatem największej partii w Polsce ale także z aparatem państwa.

To nie była konfrontacja KO z innymi partiami, którą śledzimy na co dzień w mediach. KO, której działacze są tak pewni siebie, że powtarzają tezy Donalda Tuska z 2011 roku. Mówią, że nie mają z kim przegrać, szczególnie po rozłamie w PiS. Tymczasem w Krakowie przegrali z obywatelami.

Wygrał Gibala z poparciem 64% wg. badań exit poll pracowni OGB. Bez poparcia wielkich polityków. I chyba dobrze, że o nie nie zabiegał - handlowanie głosami w starym, partyjnym stylu to nie jest standard nowoczesnego, uczciwego samorządu, o który wiele środowisk zabiega.

Warszawka w terenie nie pomaga

Konkurentka Gibały zdobyła tylko 36% głosów wg. badań exit poll pracowni OGB, które miała szersze wsparcie ze strony szeroko znanych postaci polskiej polityki. Donald Tusk nie tylko uczestniczył wraz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w ogłoszeniu jej kandydatury w ogrodach KPRM w Warszawie (co wzbudziło uzasadnione wątpliwości co do tego, czy KO nie chce do Krakowa wysłać po prostu namiestnika). Tusk przyjechał także do Krakowa, by wspierać swoją kandydatkę na Nowej Hucie. Frekwencja co prawda nie dopisała i trzeba było usuwać puste krzesła, by uniknąć kompromitacji, ale trzeba przyznać jedno: KO nie dysponuje większym aktywem niż Donald Tusk.

Piątkowską popierali także Radosław Sikorski (co prawda tak wystąpił na konferencji, że sąd musiał go zmusić do przeprosin), Andrzej Domański (co prawda budżet państwa się sypie, ale by kusić mieszkańców Krakowa fatamorganą - pieniądze się znajdą) Jakub Rutnicki (Minister Sportu obiecał następne 30 mln zł) czy Bartłomiej Sienkieiwcz. Na ostatniej prostej panika w sztabie KO musiała być tak wielka, że poprosili o wsparcie Aleksandrę Dulkiewicz, byłego prezydenta Jacka Majchrowskiego a nawet… odwołanego w referendum Aleksandra Miszalskiego! Na sam koniec tej maskarady przygalopował z warszawskiej stajni Roman Giertych, pouczając Krakowian komu warto, a komu nie warto ufać.

KO powtarza refren starych obietnic. I nikt w nie nie wierzy

Wszystko to miało opowiedzieć jedną historię: Gdy obywatele zagłosują zgodnie z życzeniem Koalicji Obywateli - na Kraków spadnie deszcz rządowych pieniędzy, który uzdrowi katastrofę finansów miejskich i pomoże rozwijać miasto. Nie mówiono co będzie, gdy zagłosują niezgodnie z ich życzeniem, ale wszyscy to doskonale rozumieli: nazywano Gibałą solistą, który nic dla Krakowa nie załatwi. Kazali nawet radnym KO podpisać lojalki, że nigdy z nim jako prezydentem współpracować nie zamierzają, czym zaprzeczyli idei samorządności jako takiej.

Mieszkańcy mieli jednak głowę na karku. Wiedzą, że gdy partia mówi, że zabierze to zabierze, a gdy mówi, że da to… mówi. Ten sam Radosław Sikorski, który poparł Piątkowską został nagrany w chwili szczerości, gdy mówił o deklaracjach składanych w kampanii, że “dwa razy obiecać to jak raz dotrzymać”. Krakowianie widzieli przecież te same obietnice o budowie metra czy metropolii krakowskiej dwa lata temu, gdy partia obywateli udzielała wsparcia Aleksandrowi Miszalskiemu. Złośliwy przypomni, że od ubiegłego roku oficjalny program KO to motto “cóż szkodzi obiecać”, my wskażemy po prostu, że wiarygodność składanych obietnic była po prostu zerowa.

Powiedzieli: nie dla uwikłania miasta w partyjne wojenki

Z drugiej strony Krakowianie wiedzieli też, że rządy KO nie są wieczne. Oczywistym było, że partia Donalda Tuska w najmniejszym wymiarze w rozwoju Krakowa nie pomoże (bo nie ma na to pieniędzy - ledwo starczyło by wesprzeć bliski rodzinnie premierowi Gdańsk). Jednak każdy zadał sobie pytanie z jakiej perspektywy rozmawiał będzie z kolejnym rządem nowy prezydent Krakowa. I czy ewentualne zaangażowanie w ideologiczne wojny pomoże rozwojowi miasta czy też mu zaszkodzi.

Koniec mitu wszechwładnej KO

Wybory w Krakowie to nie jest tylko lokalna sprawa. Nie piszemy tu o tym, że wyniki lokalnych wyborów wprost mogą przełożyć się na ogólnopolskie słupki. Na naszych oczach legł mit wszechwładnej KO. Legł mit dominacji koalicji obywateli w dużych miastach. Cena, którą zapłaci za swoją arogancję partia władzy będzie dużo wyższa, bo na Kraków patrzyła cała Polska.

I nie chodzi o to, że wygrał Gibała. Z Koalicją Obywateli wygrali sami obywatele. Pokazali, że mają podmiotowość i zdolność do wybierania zgodnie z własnym interesem a nie życzeniem, które płynie do nich z partyjnych centrali. To oni ocenią, czy Łukasz Gibała będzie dobrze rządził. I warszawskim politykom nic do tego.

Bo obywatele, gdy się dobrze zorganizują - będą w stanie wygrać z każdą partią w Polsce. Oczywiście mówimy tu o lokalnych wyborach - w plemiennej, rytualnej walce o rządy w Polsce wciąż wodzowie nie będą sobie mieli równych. Już za dwa tygodnie swoje zdanie wypowie Częstochowa. Ruszają się inne miasta.

Wrocław: do trzech razy sztuka? 

Czy Wrocław będzie w stanie powtórzyć sukces Krakowa i uwolnić się od partyjnego dyktatu? Wszystko zależy od mieszkańców, którzy już dziś mogą rozpocząć rozmowę o tym, czy warto zakrzyknąć: do trzech razy sztuka! I skutecznie przeprowadzić inicjatywę odwołania Jacka Sutryka z funkcji prezydenta. 

Tak się składa, że w najbliższych dniach rozpoczyna się proces, w którym prezydent Wrocławia jest oskarżony o łapownictwo i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Miasto jest w tracie cyklu podwyżek, finanse przestały się dopinać a kolesie pławią się w luksusach kosztem zwykłych mieszkańców. Czy to będzie wystarczająca sprężyna, by strzaskać zakrzepłą skorupę układu, który podzielił się wpływami i sprywatyzował Wrocław? Tu najwięcej zależy, drogi czytelniku, od Ciebie.


Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Dlaczego kolesie boją się rządów mieszkańców?

Damian Daszkowski

Władza samorządowa to nie jest prywatny folwark, a publiczne pieniądze to nie nagroda za partyjną lojalność. Demokracja bezpośrednia nie jest własnością żadnej partii - to narzędzie obywateli, którzy chcą odzyskać realny wpływ na swoje miasto. Idzie nowa era w lokalnej polityce. Era, w której mieszkańcy nie muszą już biernie przyglądać się decyzjom zza urzędniczych biurek.

Referendum: prawo zapisane w Konstytucji

Artykuł 170 Konstytucji RP daje wspólnotom samorządowym możliwość korzystania z referendum. To narzędzie, które pozwala obywatelom nie tylko wybierać władzę, ale również rozliczać ją w trakcie kadencji. Kraków w 2026 roku i Zabrze w 2025 roku pokazały, że prezydent miasta nie jest nietykalny. Mieszkańcy mogą odwołać władzę przed końcem kadencji, jeżeli uznają, że utraciła ich zaufanie.

I właśnie po to istnieje referendum lokalne. Żeby obywatele nie musieli bezradnie czekać kolejnych lat, kiedy mają poczucie, że ich miastem rządzą ludzie, którzy zapomnieli, komu powinni służyć. Miasto należy do mieszkańców, a sprawowanie władzy to służba, nie bankomat.

Dwie prędkości Wrocławia: pensje mieszkańców vs. dochody władzy

Spójrzmy na wrocławską rzeczywistość. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło tu w 2025 roku około 9 677 zł. To około 116 tys. zł brutto rocznie.

A teraz spójrzmy na elitę. Jak wynika z publikacji Radia Wrocław , wiceprezydent Renata Granowska wykazała około 426 tys. zł dochodów za 2025 rok. Radny Michał Młyńczak? On wykazał około 379 tys. zł dochodów z pracy i rad nadzorczych, a po uwzględnieniu 350 tys. zł darowizn łączna wartość wykazanych wpływów wynosiła około 729 tys. zł.

To przepaść. Dochody z samej tylko pracy i rad nadzorczych tych dwojga to odpowiednio 3,7 oraz 3,3-krotność rocznych zarobków przeciętnego wrocławianina (pamiętając oczywiście, że kwota darowizn nie jest wynagrodzeniem za pracę).

Pytamy o standardy, bo my za to płacimy

Czy samo wysokie wynagrodzenie oznacza przestępstwo? Oczywiście, że nie. Czy zasiadanie w radzie nadzorczej jest automatycznie patologią? Również nie. Ale mieszkańcy mają pełne prawo pytać o kryteria nominacji, kompetencje, wysokość wynagrodzeń, przejrzystość procedur i rzeczywiste efekty pracy osób zarządzających majątkiem publicznym.

Problem zaczyna się wtedy, gdy mieszkańcy mają płacić coraz więcej, miasto ponosi wielomilionowe zobowiązania, a obywatele nie otrzymują przekonujących odpowiedzi, kto odpowiada za decyzje i jak rozliczane są osoby sprawujące władzę.

Nie przesądzam, że konkretna osoba dopuściła się przestępstwa. Stawiam jednak pytanie o standardy, przejrzystość i odpowiedzialność. W państwie prawa zarzuty trzeba udowadniać, ale obywateli nie wolno uciszać tylko dlatego, że domagają się wyjaśnień.

Ta sama miara dla wszystkich

Zwykły człowiek musi pilnować każdej złotówki. Płaci czynsz, rachunki, podatki i opłaty miejskie. Kiedy popełni błąd, ponosi jego konsekwencje. Kiedy zabraknie mu pieniędzy, nikt nie zwolni go z odpowiedzialności. Dlaczego zatem władza miałaby być traktowana inaczej? Dlaczego mieszkańcy mają bezwarunkowo akceptować system, w którym politycy obejmują kolejne funkcje, zasiadają w radach nadzorczych i uzyskują dodatkowe dochody, podczas gdy zwykli pracownicy muszą ciężko pracować na utrzymanie swoich rodzin?

I właśnie dlatego potrzebujemy silnej demokracji bezpośredniej! Referendum to nie jest zamach na demokrację. To demokracja w najczystszej postaci. Referendum daje mieszkańcom możliwość powiedzenia: nie akceptujemy sposobu, w jaki zarządzacie naszym miastem. Nie zgadzamy się na brak przejrzystości. Chcemy jawnych konkursów, uczciwych zasad nominacji, kontroli miejskich spółek i odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Jeżeli władza traci zaufanie mieszkańców, obywatele powinni mieć realne narzędzia, aby ją rozliczyć. Nie tylko podczas wyborów odbywających się raz na kilka lat.

Nie ma znaczenia, czy rządzi KO, PiS, Lewica, Razem, Konfederacja czy jakakolwiek inna formacja. Mieszkańcy nie są własnością partii, a samorząd nie jest przechowalnią dla politycznych kolegów. To narzędzie zwykłych ludzi przeciwko arogancji każdej władzy. Czas zacząć z niego korzystać.


Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum

Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!

Ile zarabiają zarządy spółek?

Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:

  • Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej. 
  • Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
  • ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie. 
  • WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu. 
  • Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
  • Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
  • Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej  departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
  • Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
  • Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.

Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne. 

W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy

Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy. 

Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy

Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.

Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:

  • Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie.  Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
  • Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
  • Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!

„Odpowiedź jest negatywna"

Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!

Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?

Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!

Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?

Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych  wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.

Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.


Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole

Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole

Cóż szkodzi obiecać. To prawdziwe motto władzy, która rządzi Polską i Wrocławiem. Mieszkańców południa miasta władza traktuje szczególnie brutalnie, niemal ostentacyjnie zapominając o danym wcześniej słowie, gdy tylko mija kampanijne wzmożenie. Jagodno, Wojszyce, Ołtaszyn - nie mają obywatele łatwego życia z koalicją obywateli.

Urzędowe oszustwa: najpierw tramwaj, teraz szkoła

Jeszcze niedawno mieszkańcom Jagodna obiecywano tramwaj. Dostali autobusy. Teraz scenariusz powtarza się ze szkołą. Jeśli powstanie zespół szkolno-przedszkolny przy Smardzowskiej, to na Jagodnie już nigdy realnie nie powstanie. Takie jest nasze zdanie i przy naszej obecnej demografii nie będzie go trudno bronić. Wyjaśniamy poniżej dlaczego, a po drodze cytujemy pismo samego wiceprezydenta.

Obietnice były. Jagodno, osiedle bardzo aktywne wyborczo, nie ma własnej szkoły podstawowej. Politycy koalicji spotykali się z jego mieszkańcami w szkole na sąsiednich Wojszycach przy Asfaltowej. Padały zapewnienia, trwały rozmowy. 17 lutego 2025 r., w obecności wiceprezydenta Ryszarda Kesslera,

- Na spotkaniu padały twarde obietnice uruchomienia szkoły na Lutosławskiego jak najszybciej - mówi nam Krystian Adamski, Wiceprzewodniczący Zarządu Osiedla Jagodno. - Początkowo oni mówili sami o wrześniu 2028, jak zaczęliśmy dopytywać czy aby na pewno w 3 lata zdążą to zaczęli kluczyć ze może jakie opóźnienia mogą być z uwagi na przekazanie gruntu. Teraz jakoś słabo się starają - dodaje radny.

Departament Edukacji potwierdził, że budowa nowego zespołu szkolno-przedszkolnego na Jagodnie jest priorytetem miasta, i zwrócił się do Wydziału Finansów Oświatowych o jak najszybsze pozyskanie działki od KOWR.

Miasto wiedziało od lat, że Jagodno potrzebuje szkoły

Miasto wiedziało od lat. Już w konsultacjach do wytycznych dla Jagodna (Biuro Rozwoju Wrocławia, 2019) mieszkańcy wskazywali brak placówek oświatowych i postulowali budowę szkoły. Wytyczne wskazały rezerwy pod szkołę na Jagodnie (przy klinie wojszycko-jagodzińskim i przy ul. Sarniej) oraz teren pod oświatę przy Buforowej. Smardzowskiej w tym dokumencie nie ma.

O sprawę zabiegała Rada Osiedla Jagodno i radny Krystian Adamski. W czerwcu 2026 r. Rada Osiedla uchwałą poprosiła o przyspieszenie prac. W lipcu Wydział Finansów Oświatowych odpowiedział, że grunt wciąż jest w procedurze nabycia od KOWR, a po jego przejęciu „podejmowane będą dalsze działania". I co? Łyso Wam teraz?

Co miasto odpowiedziało we wrześniu. 14 września 2026 r. wiceprezydent Kessler odpowiedział na zapytanie radnej Agnieszki Duszy, czy miasto planuje szkołę na Jagodnie. Pierwszą rzeczą, którą wymienił, nie była szkoła na Jagodnie. Była nią placówka przy Smardzowskiej, budowana z prywatnym inwestorem, która ma ruszyć od września 2028 r. i stanowić „istotne uzupełnienie istniejącej sieci oświatowej" dla mieszkańców Jagodna i Wojszyc. O szkole na gruncie KOWR pismo mówi ogólnie: o „inwestycji oświatowej, w tym budowie szkoły podstawowej", z trwającym podziałem działek 1/110 i 1/112. Nie podaje ani terminu, ani harmonogramu. A na pytanie, dlaczego szkoły na Jagodnie nie planuje się dziś wprost, wiceprezydent odpowiada, że „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu".

Porównajmy to z wcześniejszym językiem miasta. W lutym 2025 r. i w lipcu 2026 r. mówiono o priorytecie i o zespole szkolno-przedszkolnym. We wrześniu 2026 r. nie ma już ani priorytetu, ani terminu, jest za to „nie ma obowiązku". Oficjalna notatka z lutego 2025 r. nie podaje żadnej daty. Terminy 2028–2029, a nawet 2030 pochodzą z relacji uczestników spotkania. Dziś nie ma ani gruntu, ani projektu budowlanego, ani oficjalnej daty.

Dlaczego Smardzowska zabije szkołę na Jagodnie?

  • Zniknie powód. Prawie tysiąc miejsc dla dzieci przy Smardzowskiej (SP 600, przedszkole 350, żłobek 48) to skala, której potrzebuje Jagodno. Miasto samo przedstawia ją jako odpowiedź na potrzeby Jagodna. Może więc ogłosić, że problem rozwiązano, bo nowa placówka stoi i przyjmie dzieci z południa.
  • Zniknie presja. Rodzice z Jagodna dostaną miejsca „gdzieś obok", więc przestaną naciskać. A to właśnie presja mieszkańców przez lata wymuszała każdy krok.Z czasem maleć będzie też presja demograficzna.
  • Zniknie budżet. Dwie duże placówki w sąsiednich osiedlach to wydatek, którego miasto trudno uzasadni. Pierwsza, prywatna, ma ruszyć we wrześniu 2028 r. Druga, na gruncie od Skarbu Państwa, nie ma oficjalnej daty i wciąż nie ma gruntu.
  • Zadecyduje argument „obwodu". Wiceprezydent podkreśla, że sieć szkół opiera się na obwodach, a nie na osiedlach. Obwód SP nr 11 obejmuje Jagodno i część Wojszyc. To otwiera drogę do rozwiązania wyłącznie administracyjnego: nowa placówka na Wojszycach, zmiana obwodów, a argument o braku szkoły na Jagodnie znika bez jednej łopaty ziemi przy Lutosławskiego. Pytamy, czy to właśnie jest plan.

Wojszyce zapłacą rachunek

A co z mieszkańcami Wojszyc? Dostali niedawno szkołę na Asfaltowej i płacą za to korkami. Teraz mają dostać drugą:

  • budynek ma mieć około 125 m długości i 15–18 m wysokości, z boiskiem na dachu, a według pomiarów mieszkańców stanie 11,4–20 m od granic ich domów i ogrodów;
  • szacują oni 1200–1600 przejazdów samochodowych dziennie po uliczkach, na których dziś bawią się dzieci;
  • działka ma 0,8 ha, a teren SP 11 przy Asfaltowej 3,6 ha;
  • mieszkańcy twierdzą, że o inwestycji dowiedzieli się dopiero we wrześniu, po wakacyjnej decyzji o pozwoleniu na budowę, oraz że dwie sąsiednie wspólnoty zostały pominięte jako strony postępowania. Złożyli odwołania do wojewody.

Dlaczego władza tak bardzo oderwała się od rzeczywistości? Zarządza miastem z tabelek i Excela, z biurka, z którego wszystko wygląda na dobrze zorganizowane. Z poziomu Smardzowskiej, Wierzyńskiego i Asfaltowej o ósmej rano widać co innego. Czy ktoś w ogóle tym miastem rządzi?

Czego żądamy

Pytania do prezydenta:

  1. Czy miasto potwierdza, że w rejonie ul. Lutosławskiego powstanie szkoła podstawowa lub zespół szkolno-przedszkolny, w jakim terminie i o jakiej wielkości? Co oznacza sformułowanie „w tym budowę szkoły podstawowej"?
  2. Czy placówka przy Smardzowskiej ma zaspokoić potrzeby oświatowe Jagodna i czy po jej otwarciu zmienią się obwody szkolne?
  3. Czy zdanie „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu" oznacza, że Jagodno szkoły nie dostanie?
  4. Kto wybrał inwestora i na jakich zasadach: najem, wykup, finansowanie, własność budynku?
  5. Dlaczego konsultacje i informacja zostały pominięte?

Żądamy: publicznego harmonogramu budowy szkoły na Jagodnie z terminem przejęcia gruntu od KOWR, ujawnienia umowy z inwestorem oraz analiz ruchu i hałasu, konsultacji z mieszkańcami obu osiedli, a także spotkania prezydenta z nimi na miejscu w godzinach szczytu.

Nie jesteśmy przeciwko szkołom. Jesteśmy za dotrzymywaniem obietnic, a przeciwko aroganckiej grze na przeczekanie i gaszeniu pożarów cudzym kosztem. Ile jeszcze mieszkańcy zamierzają to tolerować?


Nie ma gdzie wywozić śmieci. Na co idą pieniądze z podwyżek?

Wrocław nie jest gorszy. Dlatego zasługujemy na prawdziwe PSZOK-i, a nie wymówki

Chcesz oddać cztery zużyte opony albo odpady poremontowe we Wrocławiu? Musisz wziąć dzień wolny, spakować samochód, stracić czas oraz paliwo w korkach i mieć nadzieję, że brama punktu nie będzie zamknięta, a kontener nie okaże się przepełniony.  

Spójrzmy na twarde dane. Na całe, blisko 700-tysięczne miasto mamy zaledwie trzy lokalizacje Punktów Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Jednak co z tego, skoro nawet one nie funkcjonują normalnie: 

  • PSZOK przy ul. Janowskiej jest całkowicie zamknięty od 21 września.
  • PSZOK przy ul. Szwajcarskiej jest regularnie, czasowo zamykany w ciągu dnia. Miejsce to jest tak małe, że z powodu przepełnienia i konieczności wymiany kontenerów, punkt po prostu wstrzymuje pracę. 

Inne polskie miasta rozwiązują ten problem, udostępniając mieszkańcom gęstą sieć punktów zbiórki i elastyczne godziny otwarcia. We Wrocławiu utknęliśmy w absurdzie. Ktoś z magistratu powie, że przecież my też to mamy - w końcu funkcjonują u nas SZOP-y i SZOT-y. Owszem, mamy je, ale problem polega na tym, że bardzo często te zbiórki są po prostu odwoływane, a mieszkaniec, który pofatygował się ze swoimi śmieciami, zostaje z problemem na chodniku. 

Wrocław może dogonić XXI wiek

Dziś sytuacja wygląda dramatycznie. PSZOK przy ul. Janowskiej jest zamknięty - miasto oficjalnie tłumaczy się koniecznością remontu. W rzeczywistości mieszkańcy i eksperci zadają proste pytanie: czy przypadkiem po prostu nie wyczerpały się roczne limity ilości odpadów, a urzędnicy wolą wywiesić tabliczkę z napisem "remont", by uniknąć trudnych pytań o to, co robią, aby ten limit trwale zwiększyć?

Z kolei punkt przy ul. Szwajcarskiej to logistyczny koszmar. Miejsce jest tak malutkie, że każda operacja wymiany wielkiego kontenera jest niebezpieczna dla osób postronnych. Efekt? Punkt jest regularnie zamykany w ciągu dnia. Przyjeżdżasz o 14:30 i dowiadujesz się, że nie możesz zostawić odpadów, bo nie wymieniono kontenerów na puste. Pracownicy na pytania zagniewanych mieszkańców jedynie rozkładają ręce. Ktoś przyjeżdża, chce wypełnić swój obowiązek, traci zdrowie i wraca z niczym. Tak to nie powinno działać!

Koszty ponoszone przez mieszkańców za wywóz śmieci drastycznie wzrosły, natomiast standard obsługi całkowicie leży. Spójrzmy na liczby. Czteroosobowa rodzina we Wrocławiu płaci około 220 zł miesięcznie. W skali roku to zawrotne 2640 zł! Dla porównania: w Warszawie taka sama rodzina płaci stawkę 85 zł miesięcznie, czyli 1020 zł rocznie. Zamiast zachęcać mieszkańców do odpowiedniej segregacji i dbania o środowisko, system po prostu im to utrudnia.

Łatki zamiast reformy

Od dawna słyszymy o problemach z systemem gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Afera śmieciowa w mieście toczy się już niemal dwa lata i końca nie widać. Od dawna słyszymy zapowiedzi uporzątkowaniu systemu gospodarowania odpadami na miarę nowoczesnego i przemyślanego miasta. Tymczasem Wrocław jest podzielony na 6 sektorów, a przetargi na ich obsługę zdają się nie mieć końca. Czekamy, jednak już niecierpliwie. 

To, co miasto oferuje nam w zamian, to punktowe, mało istotne w skali problemu rozwiązania - łatki, a nie systemowa reforma. Magistrat dumnie zapewnia o odbiorze tekstyliów i wysyła wozy SZOP-u i SZOT-u po drobne odpady, których nie można wyrzuć w miejscu zamieszkania. To dobre inicjatywy, ale nie rozwiązują głównego paraliżu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają zadowalać się działaniami wizerunkowymi, skoro konkretne problemy można rozwiązać już teraz.

Rozwiązań jest wiele - choćby mobilne PSZOK-i, które z powodzeniem funkcjonują w innych miastach takich jak Warszawa, Toruń lub Bydgoszcz. Czy radykalne zwiększenie ilości kursów odbierających odpady bezpośrednio od mieszkańców. Niestety, miasto ich najwyraźniej nie szuka. 

Już teraz Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom

Musimy głośno domagać się rozwiązań korzystnych dla mieszkańców, a nie takich, które są wygodne z perspektywy tabel w miejskich spółkach. Liczę na to, że Wrocławianki i Wrocławianie dadzą znać odpowiedzialnym za ten chaos, że obecny stan jest nie do przyjęcia.

Z jakichś przyczyn władze jednak nic z tym nie robią. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki jest po prostu plan- miasto pozwala firmom śmieciowym na wszystko, a te bezlitośnie zaglądają nam w kieszeń. Czy możemy liczyć na to, że urzędnicy naprawią ten system sami z siebie? A może to my, mieszkańcy musimy wziąć sprawy w swoje ręce? Być może jedyną drogą dla Wrocławia jest już tylko referendum. 

Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły i zacząć traktować mieszkańców poważnie.


Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach

Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach

Piotr Uhle

Pierwszą turę wyborów w Krakowie wygrał Łukasz Gibała i ma wszystkie karty w ręku, by wygrać w drugiej. Jednak nie jego wynik jest najbardziej interesujący. Wczorajsze wybory to pierwszy twardy pomiar tego, co dzieje się pod powierzchnią polskiej polityki miejskiej – i sygnał ostrzegawczy, który we Wrocławiu powinien zabrzmieć równie głośno, jak zabrzmiał w Krakowie.

Łukasz Gibała – 36,38 proc. Monika Piątkowska, kandydatka formacji rządzącej – 29,91 proc. Michał Drewnicki z PiS – 17,50 proc. Reszta rozproszona między Razem, Nową Lewicą a Konfederacją. Liczby są jednoznaczne i nie da się ich zinterpretować inaczej: kandydatka partii władzy przegrała pierwszą turę z outsiderem niezwiązanym z żadną z dużych formacji, a koalicja rządząca Polską, która trzy lata temu w wyborach do Sejmu zebrała w Krakowie blisko 65 proc. głosów, wczoraj zmieściła się w niecałych 35 procentach. 

To nie jest korekta wyborcza w granicach błędu statystycznego. To tektoniczne tąpnięcie – i jak każde tąpnięcie, jest sygnałem czegoś głębszego, co dzieje się w warstwach, których na co dzień nie widać. To proces, na który zwracamy uwagę od dłuższego czasu: Koalicja Obywatelska przegrała z obywatelami. Mamy do czynienia z procesem przekształcania się partii obywatelskiej w partię kolesi. To proces, który prowadzi ich do zguby, ten proces będzie postępował również we Wrocławiu - ale więcej o nim w dalszej części tekstu.

Sondaże skompromitowane, wyborcy nieugięci

Zanim przejdziemy do sedna, trzeba nazwać po imieniu to, co wydarzyło się wokół samych badań przedwyborczych, bo to osobny skandal, który zasługuje na pamięć. Pracownia IBRIS jeszcze dwa tygodnie przed głosowaniem sugerowała, że do drugiej tury z Gibałą wejdzie Daria Gosek-Popiołek, a poparcie dla lidera rankingu oscyluje wokół 17-18 proc. Rzeczywisty wynik – ponad 36 proc., dwa razy więcej niż wskazywał sondaż – zostawia tę prognozę w gruzach. To nie jest pomyłka metodologiczna, jaka zdarza się każdej pracowni. To praca wykonana na zamówienie polityczne, uprawiana pod szyldem rzetelnego badania opinii publicznej. Najbliżej prawdy były sondaże OGB, w tym exit poll, który od razu wskazał właściwy kierunek.

Wniosek na przyszłość jest prosty i dotyczy nie tylko Krakowa: IBRIS przestał być źródłem wiedzy o nastrojach społecznych, a stał się narzędziem kształtowania narracji pod z góry ustalony wynik. Warto to zapamiętać przy każdym kolejnym „sondażu", który pojawi się przy okazji wrocławskich sporów – o referendum, o plan ogólny, o gospodarkę odpadami. Sondaż zamówiony nie jest pomiarem, jest bronią.

Ale to, że manipulacja sondażowa ostatecznie nie zmieniła wyniku, jest ważniejsze niż sama manipulacja. Krakowianie głosowali wbrew temu, co miało im się wydawać nieuchronne, wbrew narracji budowanej tygodniami w mediach i pracowniach badawczych. To pokazuje siłę nastroju społecznego, którego żadna pracownia, żaden spin doktor i żadna kampania medialna nie są już w stanie skutecznie ukryć ani zneutralizować.

To nie jest wynik o Krakowie. To wynik o elitach władzy

Można próbować tłumaczyć porażkę kandydatki koalicji rządzącej wyłącznie lokalnymi błędami – rygorystyczną strefą czystego transportu, podwyżkami biletów komunikacji miejskiej i opłat parkingowych, kolejnymi aferami kolesiostwa przy obsadzie spółek miejskich. To wygodne wytłumaczenie, bo pozwala zamknąć sprawę na poziomie technicznym, jako błąd komunikacyjny czy nietrafioną decyzję administracyjną, i uniknąć trudniejszego, bardziej niewygodnego pytania.

Prawda jest głębsza: w największych polskich miastach narasta bunt przeciwko elitom, które te miasta sobie przywłaszczyły. To nie jest zjawisko wyłącznie krakowskie ani wyłącznie związane z jedną partią – to proces ogólnopolski, który po prostu ujawnia się najpierw tam, gdzie te elity mają swój matecznik, swoje najgęstsze skupisko wpływów, kontaktów i zależności. Metropolie są miejscem narodzin tych elit i miejscem, w którym ich władza jest najbardziej widoczna na co dzień – w cenach mieszkań, w przetargach, w obsadzie stanowisk.

Kraków pokazał proces, który dojrzewał tam od lat: mieszkańcy przestają akceptować rządy ludzi głęboko przekonanych o własnej wyższości moralnej i intelektualnej, obsadzających spółki miejskie kolesiami zamiast kompetentnymi menedżerami, rozdających korzyści wybranym grupom interesu kosztem zwykłych podatników płacących coraz wyższe rachunki, i traktujących każdy sprzeciw obywatelski jako atak na naturalny, słuszny porządek rzeczy, a nie jako uzasadnioną reakcję na realne problemy.

Wrocław rządzony jest przez tę samą formację

Prezydent Wrocławia jest prezydentem z nadania Koalicji Obywatelskiej. Mechanizmy, które doprowadziły do erozji zaufania w Krakowie, działają tutaj od lat – tyle że jeszcze nie eksplodowały w wyborczej urnie, z prostego powodu: Wrocław takiej urny, takiego bezpośredniego testu nastrojów, od dawna nie miał.

Rozpasanie deweloperskie zapisane w kolejnych wersjach planu ogólnego, przyjmowanego wbrew licznym głosom sprzeciwu mieszkańców i ekspertów urbanistyki. Przetargi w gospodarce odpadami, które od lat budzą uzasadnione pytania o to, czyj interes – publiczny czy prywatny – faktycznie zabezpieczają. Spółki i instytucje miejskie funkcjonujące jako zaplecze kadrowe dla swoich, dla ludzi lojalnych politycznie, nie zawsze kompetentnych merytorycznie. Setki milionów złotych rocznie przekazywane organizacjom pozarządowym bez realnego, twardego rozliczenia z efektów tych wydatków. To nie są odosobnione, przypadkowe błędy złego zarządzania, które da się naprawić kosmetyczną korektą. To symptomy tego samego, głębszego mechanizmu, który właśnie przegrał w pierwszej turze w Krakowie: władzy, która przez lata bezkarności przestała się czuć realnie odpowiedzialna przed mieszkańcami, bo przez lata po prostu nie musiała się z niczego tłumaczyć.

Panika elit i retoryka nienawiści, która łączy kolesi wszystkich miast

Najbardziej wymowna po ogłoszeniu wyników była reakcja samej Moniki Piątkowskiej, która zamiast refleksji nad przyczynami porażki zaproponowała krakowianom katastroficzną, wręcz kasandryczną wizję przyszłości: zapowiedź niepokojów społecznych i masowych zwolnień, gdyby ostatecznie wygrał jej rywal. To czysta retoryka strachu, skalkulowana na zablokowanie zmiany emocjonalnym szantażem, a nie na rzeczowe zrozumienie tego, co właśnie zakomunikowali jej wyborcy.

Brzmi to niepokojąco znajomo. We Wrocławiu podobny język stosował już prezydent Jacek Sutryk, nazywając obywatelską inicjatywę referendalną „podpalaniem miasta" i sugerując publicznie, że jej organizatorów należy „dobrze prześwietlić", jakby chodziło o zagrożenie bezpieczeństwa, a nie o realizację konstytucyjnego prawa mieszkańców. Jego zastępcy i podwładni mówili wówczas o „niebezpiecznych środowiskach" rzekomo stojących za obywatelską inicjatywą, urzędnicy i lokalni politycy publicznie obrażali mieszkańców korzystających z demokratycznego prawa do zabierania głosu we własnej sprawie.

To nie przypadek, że elity władzy w różnych miastach, niezależnie od siebie, sięgają po niemal identyczny słownik w chwili, gdy czują realne zagrożenie dla swoich stanowisk i wpływów. To znak, że doskonale wiedzą, co się zbliża, i próbują to z góry zdyskredytować, zanim zjawisko nabierze politycznego rozpędu, zanim mieszkańcy zdążą się zorganizować i policzyć swoje siły.

Czy Wrocław wyciągnie wnioski?

Wynik krakowski jest dziś najbardziej wiarygodnym sondażem, jaki mieliśmy od dawna – bo to sondaż przeprowadzony przez samych obywateli, w warunkach realnej stawki, a nie na próbie kilkuset osób dobranej pod tezę zamawiającego. Pokazuje on wyraźnie, że erozja poparcia dla formacji rządzącej dużymi polskimi miastami nie jest chwilowym, przejściowym wahnięciem nastrojów, lecz procesem systematycznym, postępującym jak gangrena – i wcześniej czy później dotrze także do Wrocławia, niezależnie od tego, jak bardzo lokalne elity będą się przed tym bronić.

Pytanie, które musimy sobie dziś zadać, brzmi: czy wrocławianie poczekają biernie, aż ten proces sam dopełni się w naturalnym rytmie kolejnych wyborów samorządowych za kilka lat, czy zdecydują się przyspieszyć rozliczenie władzy już teraz, korzystając z narzędzi, które daje im prawo. Jedyną realną drogą do tego jest referendum – instrument, który pozwala mieszkańcom powiedzieć „dość" bez czekania na odległy kalendarz wyborczy, bez zdawania się na łaskę kolejnej kampanii zdominowanej przez zamawiane sondaże i medialny spin.

Kraków pokazał dobitnie, że to nie jest walka z wiatrakami skazana z góry na porażkę – to walka, którą realnie można wygrać, jeśli tylko mieszkańcy zdecydują się w nią zaangażować. Pytanie brzmi: czy Wrocław będzie gotowy, gdy przyjdzie na to czas?

 


Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców

Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców

Najpierw dziennikarze ujawniają, że urzędnicy chcą w zaciszu gabinetów przepchnąć podwyżkę cen biletów do 6,10 zł. Chwilę później miasto publikuje płomienne dementi. Problem w tym, że zamiast zamknąć temat, magistrat sam podkłada ogień pod zapalnik. Skoro żadnej podwyżki „nie ma”, to dlaczego urzędnicy tak obszernie tłumaczą, dlaczego jest nam ona... absolutnie niezbędna?

Miasto mówi „nie”, ale po cichu urabia radnych

Sprawa z pozoru była prosta. Pojawia się gorąca informacja o gigantycznej, blisko 35-procentowej podwyżce (z 4,60 zł na 6,10 zł). Magistrat reaguje natychmiastowym komunikatem PR-owym. Czytamy w nim wielkimi literami: NIE MA DECYZJI O PODNIESIENIU CENY. Nie ma rzekomo ustalonej daty. Takie stawki nie miały być przedmiotem oficjalnych uzgodnień.

I tu sprawa powinna się zakończyć. Tyle że to dopiero początek festiwalu urzędowej nowomowy.

Większa część tego rzekomego sprostowania to w rzeczywistości gotowy, przygotowany wpis pod tytułem: „Dlaczego znowu zamierzamy sięgnąć do waszych kieszeni”. Urzędnicy zgrabnie tłumaczą, że bilet kosztuje 4,60 zł już od pięciu lat. Przypominają o cenach prądu, które wystrzeliły o 65%. Ubolewają, że z biletów mają zaledwie drobną część miliardowego budżetu na transport miejski.

Interpretacja jest jasna: dzisiaj miasto twierdzi, że 6,10 zł „nie ma na stole”. Ale lista wymówek do wprowadzenia nowej, droższej taryfy jest już wydrukowana i czeka na odpowiedni moment.

Jedno jest pewne - miasto pogrywa sobie z mieszkańcami zamiast otwarcie mówić o swoich planach. Pytane o urabianie radnych - kręci by tylko się nie przyznać, że proces wprowadzania podwyżek już trwa. Znowu oszukują ludzi.

Urzędnikom przeszkadza, że w biletach przestał być najdroższy

Wrocław przez ostatni rok coraz głębiej sięga do kieszeni mieszkańców. Mamy najdroższe śmieci w Polsce, najdroższe ZOO, bardzo drogi aquapark, coraz droższe mieszkania komunalne, TBS-y i opłaty za wodę. Akurat w cenie biletów plasowaliśmy się w środku stawki. Tak się składa, że “genialny” pomysł urzędników przywróci Wrocławiowi zasłużone pierwsze miejsce na liście najdroższych miast do życia w Polsce.

Nie tak dawno Krakusi pogonili prezydenta Miszalskiego m.in. po tym, gdy podniósł mieszkańcom cenę biletu jednorazowego do rekordowych 6 zł. Urzędnicy wrocławscy najwyraźniej poczuli się zawstydzeni i postanowili przebić stolicę Małopolski. Nigdy nie było mowy o stawce 6,10 zł? To o jakiej była mowa? 6,20 zł? 6,30 zł?

Artykuł-uzasadnienie zamiast twardego sprostowania

To klasyczna, cyniczna strategia wrocławskiego Ratusza. Widzieliśmy to już dokładnie przy opłatach za wodę, wywóz śmieci, przy opłatach w TBS i czynszach komunalnych.

  1. Obietnice: Przed wyborami lub pod presją inicjatywy referendalnej obiecują, że nie podniosą i zrezygnują z kolesiostwa.
  2. Presja: Gdy pojawia się presja społeczna – twardo dementują plotki.
  3. Urabianie: Chwilę później zaczynają zakulisowe „konsultacje” z radnymi i głośno narzekają na rosnące koszty.
  4. Finał: Gdy tylko presja wyborów lub groźba referendum się oddala - gigantyczny rachunek i tak ląduje na stole wrocławian.

Jeśli urząd faktycznie przymierza się do podniesienia cen biletów, powinien zagrać z mieszkańcami w otwarte karty. Pokazać konkretne symulacje, wyliczyć własne oszczędności w miejskich spółkach czy wreszcie wyciąć ciepłe posadki bez konkursów dla politycznych spadochroniarzy. Zamiast tego serwuje nam zgraną płytę o tym, że „wszystko drożeje”.

Szkoda tylko, że w Ratuszu nie potrafią oszczędzać na kolesiach.

Pasażer płaci, pasażer wymaga (a dostaje figę z makiem)

Pasażer MPK nie dotuje abstrakcyjnego „transportu zbiorowego”. Płaci za konkretną usługę. Chce dojechać do pracy. Punktualnie. Szybko. Latem z włączoną klimatyzacją, a zimą w ogrzewanym, czystym wagonie.

Tymczasem mieszkańcy w sieci nie zostawiają na priorytetach miasta suchej nitki:

„Może mamy jedne z najwolniejszych tramwajów, ale za to teraz będą najdroższe” — ocenia gorzko Piotr. „Kpina! Całe miasto rozkopane, w remontach, nigdzie nie da się normalnie dojechać, a oni będą jeszcze ceny biletów podnosić...” — punktuje Ania. „Koszty utrzymania komunikacji może i rosną, ale byłoby na to utrzymanie więcej pieniędzy, gdyby nie wieczne wydawanie milionów na Śląsk Wrocław i ciepłe posadki urzędników” — trafia w samo sedno Klaudia.

Wrocławianin nie jest bankomatem bez dna. Rachunki za wodę, prąd i odpady drastycznie poszły w górę. Koszty życia w naszym mieście biją ogólnopolskie rekordy. Dlatego każda kolejna podwyżka cen biletów, która nie idzie w parze z żelazną poprawą jakości MPK, jest zwykłym pluciem wyborcom w twarz.

Najpierw rachunek dla władzy, potem dla mieszkańców

Dziś podwyżki rzekomo nie ma. Trzymamy urzędników za słowo.

Będziemy jednak patrzeć władzy na ręce, żeby za parę miesięcy nie okazało się, że „podwyżki niby nie było, ale radni właśnie przegłosowali nową taryfę”. Było tak przy podwyżkach opłaty za odpady (w 2022 roku - mieszkańcy dostali prezent pod choinkę, w tym - zmiany przepychano w sezonie urlopowym). Każdy mieszkaniec ma pełne prawo wiedzieć, ile dokładnie zapłaci za bilet, zanim urzędnicy i politycy przyklepią to w gronie partyjniaków i sługusów władzy, byle tylko opinia publiczna dowiedziała się ostatnia.

Obecna ekipa straciła moralne prawo do wyciągania ręki po nasze pieniądze, skoro najpierw sama nie potrafi gospodarnie zarządzać miastem. Rozwiązanie tego problemu nie leży w ciągłym podnoszeniu cen. Leży w przewietrzeniu Ratusza – i jeśli prezydent oraz rada miejska nie zejdą z drogi ciągłego drenażu naszych portfeli, wrocławianom pozostanie tylko jedna, twarda demokratyczna droga obrony swoich praw: referendum.