Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy

Koniec mitu bezpiecznych wrocławskich korporacji. Miasto musi przygotować się na zmianę rynku pracy

Marek Zalewski

Wrocław przez lata budował swój gospodarczy wizerunek na obecności dużych firm międzynarodowych, centrów usług biznesowych, finansów, IT, księgowości, HR, compliance i zaplecza operacyjnego globalnych korporacji. Ten model rzeczywiście przyniósł miastu tysiące miejsc pracy, napływ młodych specjalistów, rozwój rynku biurowego i wzrost znaczenia Wrocławia na gospodarczej mapie Polski.

Problem polega na tym, że ten sam model wchodzi właśnie w nową fazę. Nie jest to już faza łatwego wzrostu, w której kolejne centrum usług oznaczało automatycznie kolejne setki stabilnych etatów. Coraz większe znaczenie mają automatyzacja, sztuczna inteligencja, presja kosztowa, globalne restrukturyzacje i ostrożniejsze decyzje kadrowe firm. Wrocław powinien tę zmianę potraktować poważnie, a nie wyłącznie jako przejściowe zakłócenie w dotychczasowej historii sukcesu.

Według raportu ABSL sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce pozostaje bardzo silny. Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku w kraju działało 2081 centrów usług biznesowych prowadzonych przez 1258 inwestorów, a zatrudnienie w tych centrach wynosiło około 488,7 tysiąca osób. Wrocław jest jednym z trzech głównych polskich ośrodków tego sektora. W raportach branżowych takie miasta określa się czasem jako lokalizacje Tier 1, czyli największe i najbardziej dojrzałe rynki usług biznesowych. W praktyce chodzi po prostu o Warszawę, Kraków i Wrocław. Według danych ABSL Wrocław jako trzeci taki ośrodek zatrudniał w sektorze około 70,3 tysiąca osób.

To są dane imponujące. Ale właśnie dlatego ryzyko jest poważne.

Jeżeli tak duża część lokalnego rynku pracy jest związana z globalnymi centrami usług, to Wrocław musi zadawać pytania nie tylko o liczbę nowych inwestycji, lecz także o trwałość tych miejsc pracy. Szczególnie wtedy, gdy sam sektor przyznaje, że zmienia się charakter pracy, rośnie znaczenie automatyzacji, a firmy coraz częściej szukają efektywności nie przez rozbudowę zespołów, lecz przez optymalizację procesów.

UBS jako sygnał ostrzegawczy

Jednym z najbardziej czytelnych przykładów tej zmiany jest sprawa UBS. Według doniesień medialnych bank rozpoczął w Polsce wieloletni proces redukcji zatrudnienia, obejmujący około 7 procent załogi rocznie w latach 2025 i 2026. Firma ma biura w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Jednocześnie według informacji podawanych w mediach UBS deklaruje, że centra w Krakowie i Wrocławiu pozostają dla niej strategiczne.

Trzeba więc zachować precyzję. Nie można pisać, że wszystkie te zwolnienia dotyczą Wrocławia. Nie można też twierdzić, że UBS wycofuje się z Wrocławia. To byłoby nierzetelne.

Ale nie można również udawać, że ta informacja nie ma znaczenia dla Wrocławia. Ma znaczenie zasadnicze, bo pokazuje mechanizm działania globalnych organizacji. Duży pracodawca może jednocześnie deklarować znaczenie danego miasta i prowadzić redukcje w wybranych strukturach. Może utrzymywać centrum w Polsce, ale zmieniać profil zatrudnienia. Może rozwijać jedne funkcje i ograniczać inne. Może przenosić, automatyzować albo wygaszać procesy, które jeszcze kilka lat temu były traktowane jako stabilne miejsca pracy.

To nie jest zarzut wobec jednej firmy. To opis zmiany modelu. Korporacje nie są lokalnym instrumentem polityki społecznej. Są częścią globalnych struktur kosztów, efektywności i decyzji centrali. Wrocław, który przez lata korzystał z tego modelu, powinien teraz umieć zarządzać także jego słabszą stroną.

Branża idzie w górę. To nie wystarczy

Uczciwa analiza wymaga przyznania jednej rzeczy: wrocławski sektor BSC nie jest dziś tym samym sektorem co dziesięć lat temu. Polska, w tym Wrocław, przez ostatnie lata systematycznie zwiększała udział bardziej zaawansowanych funkcji - IT, inżynierię oprogramowania, R&D - kosztem prostych procesów finansowo-księgowych (F&A), które były filarem pierwszej fazy wzrostu. To realny postęp i argument, którego nie można pominąć.

Problem w tym, że ten awans nie rozwiązuje strukturalnego ryzyka. Dzieje się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, IT - niegdyś uważane za naturalnie odporne na automatyzację - samo staje się jej przedmiotem. Kodowanie asystowane przez sztuczną inteligencję, automatyczne testowanie, generowanie dokumentacji: to zjawiska, które już dziś zmieniają popyt na pracę w centrach IT. W perspektywie pięciu do dziesięciu lat część stanowisk, które dziś uchodzą za bezpieczne, może podlegać tej samej presji co wcześniej F&A. Przesunięcie branży w górę łańcucha wartości nie oznacza wyjścia poza zasięg automatyzacji - oznacza jedynie odroczenie konfrontacji z nią o kilka lat.

Po drugie, udział R&D w strukturze zatrudnienia sektora pozostaje stosunkowo niewielki - to nadal ułamek całkowitego zatrudnienia w centrach usług. Nie można budować strategii odporności na fundamencie, który stanowi kilka procent całości. Awans branży jest pożądany i powinien być wzmacniany, ale nie jest tarczą.

Automatyzacja nie jest neutralna dla pracowników

Dane z Barometru Rynku Pracy 2026 Gi Group dobrze pokazują skalę zmiany. Firmy coraz ostrożniej podchodzą do decyzji kadrowych. Tylko 13,7 procent przedsiębiorstw planuje zwiększenie zatrudnienia w najbliższym kwartale, natomiast 9,8 procent przewiduje redukcję zatrudnienia. Raport wskazuje, że jest to najwyższy wynik planowanych redukcji od 2017 roku.

Równocześnie firmy szukają produktywności. Nie zawsze przez zatrudnianie nowych osób. Często przez lepszą organizację pracy, ograniczanie kosztów, automatyzację i sztuczną inteligencję. Według tego samego raportu, wśród firm korzystających z automatyzacji i AI, 42,3 procent wskazało, że wdrożenia usprawniły i przyspieszyły procesy, 32,6 procent, że pozwoliły ograniczyć koszty operacyjne, a 27 procent, że zmieniły organizację pracy lub zakres obowiązków pracowników.

To jest pozytywna część obrazu. Ale jest też część mniej wygodna. 15,8 procent firm wskazało, że automatyzacja zwiększyła tempo pracy lub presję na wyniki, a 14,4 procent, że ograniczyła zapotrzebowanie na pracowników.

Właśnie ten fragment powinien szczególnie interesować Wrocław.

Automatyzacja nie jest tylko technologiczną ciekawostką. W centrach usług biznesowych może bezpośrednio wpływać na popyt na pracę. Najpierw usprawnia procesy. Potem zmienia zakres obowiązków. Następnie podnosi oczekiwania wobec pracowników. W końcu część zadań może przestać wymagać dotychczasowej liczby osób.

To nie znaczy, że sztuczna inteligencja natychmiast „zabierze pracę" wszystkim pracownikom korporacji. Taki wniosek byłby publicystycznie prosty, ale nieprawdziwy. Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz: stopniowa zmiana profilu zatrudnienia, mniejszy popyt na część powtarzalnych zadań, większa presja na efektywność i konieczność przekwalifikowania części pracowników.

Miasto chwali się miejscami pracy. Ale czy bada ich trwałość?

W odpowiedzi miasta dotyczącej projektów obsługiwanych przez Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej wskazano, że w latach 2015-2025 zestawienie obejmuje 195 projektów inwestycyjnych lub reinwestycyjnych z deklarowaną liczbą ponad 50 tysięcy miejsc pracy. Podano również, że od początku istnienia ARAW pozyskała lub wsparła ponad 260 projektów, co miało przełożyć się na ponad 125 tysięcy miejsc pracy. Łączna szacowana wartość inwestycji zagranicznych z ostatnich 10 lat została określona na około 56 miliardów złotych.

To są liczby ważne i nie należy ich lekceważyć. Pokazują realną skalę aktywności inwestycyjnej Wrocławia. Ale jednocześnie rodzą pytania, których w debacie publicznej jest zbyt mało.

Ile z tych miejsc pracy faktycznie powstało? Ile istnieje nadal? Ile było trwałych, dobrze płatnych i odpornych na automatyzację? Ile było miejscami w prostych, powtarzalnych procesach, które dziś mogą być przenoszone, wygaszane albo zastępowane technologią? Jak wygląda zatrudnienie po trzech, pięciu i dziesięciu latach od wejścia inwestora do miasta?

To nie jest akademickie czepianie się statystyk. To podstawowe pytania o jakość polityki gospodarczej.

Miasto nie powinno opierać narracji gospodarczej wyłącznie na deklarowanej liczbie miejsc pracy przy nowych inwestycjach. W warunkach zmian technologicznych ważniejsze stają się trwałość zatrudnienia, jakość kompetencji, poziom płac, odporność lokalnego rynku pracy i możliwość szybkiego przekwalifikowania pracowników, których stanowiska mogą zostać objęte automatyzacją.

Niskie bezrobocie nie może usypiać

Wrocław nadal ma relatywnie niskie bezrobocie. Według danych Urzędu Statystycznego we Wrocławiu, dla miasta Wrocławia w marcu 2026 roku wskazano około 10 tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych i stopę bezrobocia na poziomie 2,5 procent. To nie jest obraz kryzysu.

Ale to również nie jest powód do samozadowolenia.

Bezrobocie w gospodarce opartej na usługach biznesowych może narastać inaczej niż w starym przemyśle. Nie musi pojawić się jako jedno spektakularne zamknięcie zakładu. Może przychodzić etapami: przez zamrożenie rekrutacji, nieprzedłużanie umów, dobrowolne odejścia, redukcje wybranych zespołów, likwidację dublujących się funkcji po fuzjach i przejęciach, przenoszenie procesów do innych lokalizacji albo automatyzację części zadań.

W takim modelu przez długi czas można utrzymywać wrażenie stabilności. Tyle że dla konkretnego pracownika stabilność kończy się w dniu, w którym jego proces zostaje uznany za zbyt drogi, zbyt prosty albo możliwy do zautomatyzowania.

Dane Gi Group pokazują, że pracownicy już czują zmianę. 33 procent badanych obawia się utraty pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, 40 procent rozważa przebranżowienie, a 42 procent odczuwa przeciążenie obowiązkami zawodowymi. To nie jest jeszcze panika. To raczej sygnał, że poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy słabnie.

Kraków - drugi po Wrocławiu największy ośrodek BSC w Polsce - mierzy się z identycznymi symptomami, i to w liczbach, które trudno zbagatelizować. Według danych Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie, liczba wolnych miejsc pracy zgłoszonych przez pracodawców w 2025 roku spadła o 25,7 procent rok do roku. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o blisko 3 tysiące osób w porównaniu z poprzednim rokiem. Skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 60 procent. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Outsourcingu Krzysztof Inglot komentuje tę zmianę wprost: firmy „przestały brać każdego", a rynek staje się coraz bardziej selektywny. Krakowski urząd pracy, podobnie jak wrocławski, na razie zachowuje spokój - powołując się na wzrost płac i przyrost liczby podmiotów gospodarczych. Mechanizm jest jednak ten sam. I nie szanuje granic administracyjnych.

Wrocław potrzebuje polityki odporności, nie tylko promocji

Wrocław nie powinien rezygnować z przyciągania inwestorów. Byłby to błąd. Sektor usług biznesowych nadal jest ważny, daje tysiące miejsc pracy i pozostaje jednym z filarów gospodarki miasta. Problem polega na tym, że sama obecność dużych firm nie wystarczy już jako strategia rozwoju.

Miasto powinno przejść od polityki promowania liczby inwestycji do polityki odporności gospodarczej.

Po pierwsze, potrzebny jest publiczny system monitorowania jakości miejsc pracy powstających przy wsparciu miasta i ARAW. Nie tylko liczba deklarowanych etatów, ale także realne zatrudnienie po kilku latach, poziom wynagrodzeń, stabilność funkcji, rodzaj wykonywanych procesów i ryzyko automatyzacji.

Po drugie, potrzebny jest program przekwalifikowania pracowników centrów usług. Nie ogólne hasła o kompetencjach przyszłości, ale praktyczna oferta dla kogoś, kto od pięciu lat obsługuje procesy rozliczeniowe dla zagranicznej centrali i nagle potrzebuje nowego kierunku. Taki program powinien łączyć uczelnie, Powiatowy Urząd Pracy, ARAW, pracodawców i lokalne firmy technologiczne.

Po trzecie, Wrocław powinien wzmacniać lokalne małe i średnie przedsiębiorstwa, a przede wszystkim firmy z realnym produktem - takie, których nie można przenieść do Indii ani zastąpić modelem językowym. I tu pojawia się coś konkretnego, o czym w debacie o wrocławskim rynku pracy mówi się zdecydowanie za mało: przemysł obronny.

Zakład PIT-RADWAR w Czernicy pod Wrocławiem zatrudnia dziś około 170 specjalistów i właśnie ogłosił nabór na blisko 100 kolejnych osób - ślusarzy, spawaczy, monterów i elektroników. To nie jest projekt wirtualny: za rekrutacją stoją konkretne kontrakty dla Wojska Polskiego oraz środki z unijnego programu SAFE, które trafiły już do regionu. Dzięki tej inwestycji zakład ma docelowo zatrudniać około 270 osób. W Czernicy powstają zaawansowane systemy łączności taktycznej, integrowane między innymi w pojazdach produkowanych przez Jelcz.

A Jelcz to osobna historia. W marcu 2026 roku Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała z Jelczem umowę inwestycyjną o wartości 756 milionów złotych na budowę nowej fabryki i zwiększenie zdolności produkcyjnych w Jelczu-Laskowicach. Do obecnej załogi liczącej ponad tysiąc sto osób ma dołączyć około 200 nowych pracowników. Nowy zakład ma produkować od tysiąca do tysiąca ośmiuset pojazdów rocznie. Równolegle w Raciborzu, w halach po upadłym Rafako przejętych przez PGZ, uruchamiana jest kolejna linia produkcji pojazdów wojskowych - z docelowym zatrudnieniem nawet 500 osób.

To jest właśnie ten typ miejsc pracy, o który Wrocław i Dolny Śląsk powinny zabiegać: zakorzeniony w konkretnym zakładzie, oparty na krajowych kompetencjach inżynierskich, odporny na relokację. Warto też przypomnieć, że pracownicy po zamkniętym wrocławskim zakładzie Volvo w dużej mierze znaleźli zatrudnienie na lokalnym rynku. To pokazuje, że region ma realną zdolność absorpcji siły roboczej - pod warunkiem, że jest co absorbować.

Po czwarte, potrzebna jest uczciwa komunikacja z mieszkańcami. Niskie bezrobocie dzisiaj nie gwarantuje bezpieczeństwa jutro. Wrocław powinien mówić o ryzykach wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy kolejne firmy zgłoszą zwolnienia grupowe.

Koniec mitu automatycznego sukcesu

W debacie ogólnopolskiej pojawiają się coraz ostrzejsze ostrzeżenia dotyczące możliwego spowolnienia gospodarczego, presji na płace realne i wzrostu bezrobocia w kolejnych latach. Można spierać się o skalę tych prognoz. Nie można jednak ignorować faktu, że firmy już teraz ostrożniej planują zatrudnienie, częściej mówią o produktywności, a automatyzacja zaczyna realnie zmieniać strukturę pracy.

Dla Wrocławia oznacza to konieczność korekty myślenia.

Miasto nie traci pozycji ważnego ośrodka usług biznesowych. Traci natomiast komfort przekonania, że sam napływ korporacji wystarczy do zapewnienia stabilnego rozwoju. Przez lata obecność dużych firm była traktowana jako dowód sukcesu. Teraz powinna być traktowana również jako obszar ryzyka, który wymaga monitorowania i przygotowania.

To nie jest argument przeciwko korporacjom. To argument przeciwko samozadowoleniu.

Wrocław potrzebuje mniej promocyjnej narracji o liczbie deklarowanych miejsc pracy, a więcej realnej polityki rynku pracy. Potrzebuje wiedzy, które sektory są najbardziej narażone na automatyzację. Potrzebuje programów przekwalifikowania. Potrzebuje lepszej współpracy uczelni, miasta, urzędu pracy i biznesu. Potrzebuje również odwagi, aby przyznać, że model rozwoju oparty na centrach usług biznesowych nie jest już tak bezpieczny, jak wydawało się jeszcze kilka lat temu.

Koniec mitu wrocławskich korporacji nie oznacza końca ich znaczenia. Oznacza koniec naiwnego założenia, że ich obecność sama w sobie wystarczy jako strategia gospodarcza miasta.

 


Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Adwokat Sutryka: od prezydenta 30 tysięcy, od miasta - prawie 160 tysięcy

Jacek Sutryk za obronę w sprawie karnej zapłacił swojemu adwokatowi z prywatnej kieszeni niedużo - 29 520 zł. Tymczasem ta sama kancelaria - BSKK Błaszczak & Kopyściański - zarobiła na umowach z Urzędem Miejskim Wrocławia co najmniej 159 900 zł. Różnica jest ponad pięciokrotna. I rodzi pytania, na które dotychczasowe wyjaśnienia magistratu nie odpowiadają.

Umowa się odnalazła

Po naszej pierwszej publikacji w Urzędowym Rejestrze Umów pojawiła się umowa, której wcześniej tam nie było - źródłowa umowa BOP/2/2024, wpisana pod numerem 20163. Wartość: 61 500 zł, data zawarcia 29 maja 2024 r., przedmiot - "doradztwo prawne i zastępstwo procesowe". To właśnie do niej odnosiły się oba późniejsze aneksy: z 22 listopada 2024 r. (61 500 zł) i z 26 listopada 2025 r. (19 680 zł).

Razem z dwiema umowami z 2022 r. (6 150 zł i 11 070 zł) suma, jaką BSKK Błaszczak & Kopyściański otrzymała z budżetu miasta na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe, wynosi 159 900 zł.

Sprawa na 623 strony, a prywatny rachunek na 30 tysięcy

Obciążenia Błaszczaka to nie tylko występowanie na konferencjach prasowych w imieniu swojego klienta, co do przyjemności z pewnością nie należy. Akt oskarżenia w aferze Collegium Humanum liczy 623 strony i obejmuje 67 czynów wobec 29 osób. Sam Jacek Sutryk usłyszał cztery zarzuty - wręczenia korzyści majątkowej byłemu rektorowi Collegium Humanum, posłużenia się nielegalnie uzyskanym dyplomem i wyłudzenia w ten sposób blisko pół miliona złotych.

14 listopada 2024 r. prezydent Wrocławia został zatrzymany przez CBA i przesłuchiwany przez kilkanaście godzin w Prokuraturze Krajowej w Katowicach. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policji i zakaz kontaktowania się ze świadkami. Obrońca złożył dwa zażalenia - sąd w Katowicach uznał zatrzymanie za zasadne i celowe, ale obniżył poręczenie do 100 tys. zł. To oznacza kolejne postępowanie, kolejne pisma procesowe, kolejne godziny pracy kancelarii.

Przy takiej skali sprawy - wielowątkowej, dotyczącej licznych zarzutów, toczącej się w innym mieście - kwota 29 520 zł wydaje się nieproporcjonalnie niska. Rodzi to pytanie, które już raz zadaliśmy i które powtarzamy: czy to rzeczywiście całość honorarium za obronę karną prezydenta, czy tylko jej część? A jeśli część - kto pokrył resztę?

Sutryk kontra Sutryk

Tłumaczenia magistratu i prof. Błaszczaka dla Wyborczej - że umowy miejskie "nie mają związku ze sprawą karną prezydenta" - nie dotykają istoty problemu. Nie chodzi o to, czy konkretna umowa formalnie dotyczy sprawy Collegium Humanum. Chodzi o to, że Jacek Sutryk jako osoba prywatna zamawia usługę prawną u tej samej kancelarii, której - jako prezydent Wrocławia - jednocześnie zleca usługi prawne z budżetu miasta, płacąc jej wielokrotnie więcej.

To nie jest sytuacja teoretyczna. Mieliśmy już do niej precedens. W 2022 r., w sprawie facebookowego profilu prezydenta, ta sama kancelaria wysłała dwa analogiczne wezwania do Marcina Nierody - jedno w imieniu Urzędu Miejskiego, drugie w imieniu Jacka Sutryka jako osoby prywatnej. Sam Nieroda nazwał to "czystym zbiegiem okoliczności". Dziś mamy do czynienia z dokładnie tym samym mechanizmem, tylko na większą skalę finansową.

Trzy dni

19 listopada 2024 r. Jacek Sutryk przelał kancelarii 12 300 zł z tytułem "obrona karna". Trzy dni później, 22 listopada, ta sama kancelaria podpisała z Urzędem Miejskim aneks na 61 500 zł. Sama bliskość dat nie jest dowodem niczego - ale w sprawie, w której każda data ma znaczenie, warto zapytać: czy to przypadek, że w tym samym tygodniu doszło do obu zdarzeń?

Błąd, którego nie ma kto wyjaśnić

Rzeczniczka magistratu przekonuje, że zniknięcie umowy BOP/2/2024 z rejestru to "błąd lub niedopatrzenie byłego pracownika". To wygodne wyjaśnienie - nieweryfikowalne i niewymagające odpowiedzialności od nikogo, kto jest obecnie zatrudniony. Ale otwiera ono pytanie szersze niż sprawa jednej kancelarii: jeśli ta umowa "zniknęła" przez błąd, ile innych umów w Urzędowym Rejestrze Umów ma podobne "niedopatrzenia"? To pytanie o wiarygodność całego rejestru.

W związku z tym radny Piotr Uhle skierował do prezydenta Wrocławia formalne zapytanie w tej sprawie. Pytamy w nim, kto był pracownikiem odpowiedzialnym za niewprowadzenie umowy BOP/2/2024 do rejestru, komu podlegał i czy nadal jest zatrudniony w urzędzie - a jeśli nie, z jakich przyczyn zakończyła się jego praca. Pytamy też, czy wobec tej osoby lub jej przełożonych wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje służbowe. I wreszcie - jak technicznie wygląda proces publikacji umów w Urzędowym Rejestrze Umów: czy dane są zaciągane automatycznie z Centralnego Rejestru Umów funkcjonującego w urzędzie, czy wprowadzane ręcznie, oraz jakie procedury mają zapobiegać podobnym "niedopatrzeniom" w przyszłości.

Na odpowiedzi czekamy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. fb Jacka Sutryka i strona www kancelarii BSKK


80 000 zł z miasta dla adwokata Sutryka

80 000 zł z urzędu dla adwokata Sutryka w jego sprawie karnej

Co najmniej 80 000 zł otrzymała kancelaria prawna BSKK Błaszczak & Kopyściański z budżetu miasta od postawienia Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Aneks do umowy na ponad 60 000 zł został zawarty...  tygodzień po zatrzymaniu Prezydenta Wrocławia.

Rzeczniczka zapewniała: płaci z własnej kieszeni

Cofnijmy się do 15 listopada 2024 roku i konferencji zwołanej dzień po zatrzymaniu Jacka Sutryka. Pełnomocnik Jacka Sutryka, Łukasz Błaszczak zawahał się przed odpowiedzią kto płaci za obsługę prawną swojego mocodawcy: prezydent osobiście czy Gmina Wrocław. Na pytanie, które na konferencji prasowej zadał mu Marcin Torz odpowiedział zachowawczo: - Odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Gdy dziennikarz zwrócił mu uwagę, że to publiczne pieniądze - w sukurs przybyła mu rzeczniczka prezydenta, Agata Dzikowska, która zapewniała: - Za obsługę prawną pana prezydenta płaci pan prezydent z prywatnych pieniędzy.

Kilka dni później - aneks na 61 500 zł

Wszyscy zostali uspokojeni i obserwowali merytoryczny rozwój wypadków - czekali na kolejne informacje z afery Collegium Humanum, analizowali polityczne konsekwencje, sprawdzali kto jeszcze jest absolwentem tej prestiżowej uczelni. Jednak już 7 dni później, 22 listopada - jak można sprawdzić w Centralnym Rejestrze Umów - firma Błaszczak & Kopyściański podpisała aneks do umowy UM.BOP/2/2024 na doradztwo prawne i zastępstwo procesowe o wartości bagatela - 61 500 zł. Umowa była aneksowana po raz kolejny rok później - tym razem dokument opiewa na 19 680 zł z budżetu do firmy, która broni Jacka Sutryka przed zarzutami o korupcję i oszustwo.

Źródłowa umowa nie ujawniona w rejestrze

Co ciekawe - źródłowej umowy UM.BOP/2/2024 w Centralnym Rejestrze Umów już nie znajdziemy. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale liczymy, że na to i inne pytania odpowiedzą urzędnicy już wkrótce, gdyż za pośrednictwem radnego Piotra Uhle skierowaliśmy do Urzędu Miasta zapytanie o treść umowy, faktury, rachunki oraz wszelkie produkty umowy, która kosztowała nas co najmniej 80 000 zł. Nie chcemy rozstrzygać czy umowy z miastem zawarte przez firmę pełnomocnika Jacka Sutryka miały jakikolwiek związek z jego sprawą karną. Ta sprawa zasługuje jednak na szczegółowe i pieczołowite wyjaśnienie.

Pytania, które trzeba zadać

Obrona Jacka Sutryka w jego sprawie karnej to bardzo poważne wyzwanie, które wymaga dużej zręczności oraz zdolności w zakresie prawa karnego. Z pewnością dodatkowe koszty związane są ze stawaniem w obliczu trudnych i celnych pytań kierowanych przez dziennikarzy. Czy wobec tego nie budzi uzasadnionych pytań fakt, że tydzień po konferencji kancelaria pełnomocnika prezydenta podpisuje lukratywny kontrakt z urzędem? Na jaką kwotę opiewała umowa, której nie ujawniono w rejestrze? Czy wspomniana kancelaria świadczy usługi dla innych jednostek podległych urzędowi? Te pytania warto zadać.

Żądamy potwierdzenia przelewu

Podobnie jak to, które teraz kierujemy do Jacka Sutryka: czy osobiście i w pełni zapłacił za usługi swojego adwokata? Jeżeli tak to słowa nie wystarczą. Opinia publiczna winna oczekiwać, że prezydent zastosuje się do dobrych praktyk w takich okolicznościach. I pokaże potwierdzenie przelewu.

Radcy prawni są, ale miasto zleca na zewnątrz

Miasto wydaje sporo pieniędzy na zewnętrzne usługi prawnicze mimo, że posiada rozbudowany Zespół Radców Prawnych, który w swoich zadaniach ma zawarte w umowach z zewnętrznymi podmiotami kompetencje, a w szczególności doradztwo prawne na rzecz komórek organizacyjnych Urzędu oraz zastępstwo procesowe przed sądami i innymi organami orzekającymi w sprawach należących do zakresu działania Urzędu.

Ostatnio kontrowersje wzbudził fakt, że usługi prawne zostały zamówione u profesora Jerzego Korczaka, któremu za 48 000 zł zlecono napisanie nowelizacji statutów wrocławskich osiedli. Stało się tak mimo, że projekt był przedstawiany jako wypracowany przez radnych zajmujących się we Wrocławiu osiedlami.

Jak to możliwe, że mimo zatrudniania licznych i cenionych na rynku specjalistów nadal usługi prawne zamawiane są na zewnątrz? Czy fakt, że obrońca Prezydenta Wrocławia ma w gronie klientów również Urząd Miejski mu podległy to czysta, bezpieczna i etyczna sytuacja? Sprawdzimy. Będziemy informować na bieżąco.

fot. Radia DTR - Dolnośląskie Twoje Radio


Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie Basenu Olimpijskiego. Grozi do 8 lat więzienia

1 czerwca 2026 roku Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Śródmieścia wydała postanowienie o wznowieniu zawieszonego od trzech lat śledztwa w sprawie zniszczenia zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Podstawa prawna: art. 108 ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Zagrożenie: od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Sprawa wraca na wokandę – i to z impetem.

Trzy lata czekania. Wyrok NSA. I nagle coś drgnęło

Śledztwo o sygnaturze akt 4362-1 Ds. 30.2023 zostało wszczęte w związku z rozbiórką dawnego Basenu Olimpijskiego, który – choć sam nie widnieje w rejestrze zabytków – stanowi integralną część zabytkowego kompleksu Stadionu Olimpijskiego. Postępowanie zawieszono w czerwcu 2023 roku, w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

NSA wydał wyrok w listopadzie 2025 roku. Przyczyna zawieszenia ustała. Prokuratorka Lidia Frątczak wydała postanowienie o podjęciu zawieszonego postępowania.

Pełna treść postanowienia nie pozostawia wątpliwości co do kwalifikacji sprawy. Mowa wprost o „przestępstwie z art. 108 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami". Ten przepis nie jest miękki: kara pozbawienia wolności wynosi od 6 miesięcy do 8 lat.

Paradoks: NSA zamknął jedne drzwi, otworzył drugie

To przewrotna sytuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Wyrok NSA – po którym deweloper i sprzyjający mu urzędnicy odetchnęli z ulgą – okazał się dla sprawy karnej kluczem, nie zamkiem.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski tłumaczy ten mechanizm precyzyjnie:

Warto zapamiętać pewien paradoks. NSA zamykając administracyjną ścieżkę podważenia pozwolenia na budowę – jednocześnie odblokował ścieżkę karną. Prokuratura czekała właśnie na ten wyrok. Walczymy dalej – na każdym froncie.

Sprawa karna żyje własnym życiem, niezależnie od decyzji sądów administracyjnych w kwestii pozwolenia na budowę. Postępowanie jest w toku. Na tym etapie szczegółów nie komentujemy.

Kto wydał pozwolenie? Przypomnijmy

W tej historii jeden fakt był i jest niewygodny dla prezydenta Jacka Sutryka: to on podpisał pozwolenie na budowę w marcu 2021 roku. To jego urzędnicy wyrazili uzgodnienie konserwatorskie, bez którego inwestycja nigdy nie ruszyłaby z miejsca.

Gdy w 2021 roku protesty przybrały na sile, Sutryk zaproponował deweloperowi odkupienie działki. Deweloper odrzucił ofertę – i przy okazji publicznie przypomniał, że to właśnie prezydent wydał stosowne pozwolenie. Suma sumarum: magistrat wytłumaczył wrocławianom, że niewiele może zrobić, bo unieważnienie MPZP wiązałoby się z wypłatą wielomilionowego odszkodowania.

Nie zapominajmy, kto jest autorem tej sytuacji. Jacek Sutryk podpisał pozwolenie na budowę, jego urzędnicy dali uzgodnienie konserwatorskie – a dziś ten sam prezydent rozkłada ręce. To nie jest brak narzędzi. To brak woli – mówi Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia, SOS Wrocław.

O tym, jak przez lata wyglądał bój o Tereny Olimpijskie i jaką rolę odgrywał w nim magistrat, pisaliśmy obszernie: Bitwa o Stadion Olimpijski – czy GINB uratuje dziedzictwo przed pseudoakademikiem?

„Olimpijski to stadion, nie osiedle mieszkaniowe"

Front obrony Terenów Olimpijskich nie jest frontem wąskiej grupy aktywistów. To szerokie i konsekwentne środowisko – mieszkańcy, historycy sztuki, architekci, radni i kluby sportowe.

WTS Sparta Wrocław, jeden z najstarszych i najważniejszych wrocławskich klubów, zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko:

Olimpijski to kompleks sportowy, a nie osiedle mieszkaniowe!

Klub ostrzegał przy tym przed efektem domina dobrze opisanym w naszym tekście o sprawie Sparty: nowi lokatorzy apartamentowca mogą w przyszłości zaskarżać hałas z treningów, żużlowych zawodów i imprez masowych. Tak sport jest wypychany z miast – nie nagle, lecz stopniowo, roszczeniem po roszczeniu.

Wcześniej swój głos zabrały już Wrocławska Rada Kultury, która apelowała do prezydenta o weryfikację decyzji administracyjnych, oraz wrocławski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, który plan budowy określił wprost jako „zupełne nieporozumienie" podyktowane wyłącznie względami komercyjnymi. O protestach mieszkańców przy bramie dawnych basenów pisaliśmy w tekście: Betonowy wyrok na historii.

Ponad 4 tysiące podpisów – petycja wciąż bez odpowiedzi

Petycja z żądaniem ratowania Stadionu Olimpijskiego zebrała ponad 4,2 tys. podpisów wrocławian. Jej autorzy zaapelowali do prezydenta i radnych o unieważnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, zmienionego w 2013 roku na wniosek Akademii Wychowania Fizycznego – a następnie wykorzystanego przez dewelopera, który dwa lata później przejął teren.

Magistrat dotąd nie odpowiedział na sedno sprawy. Jeśli jeszcze nie podpisałeś – zrób to. Każdy głos ma znaczenie.

Sprawa trafiła też do wojewody dolnośląskiego, który deklarował zainteresowanie ochroną Terenów Olimpijskich. Decyzji jednak wciąż brak. Stowarzyszenie Akcja Miasto złożyło wniosek o wpis basenu do rejestru zabytków do dolnośląskiej konserwatorki zabytków – samo wszczęcie takiego postępowania mogłoby wstrzymać prace, tak jak stało się to w przypadku elewatora przy ul. Rychtalskiej.

Walczymy dalej – na każdym froncie

Prokuratura wznowiła postępowanie. Ścieżka karna jest otwarta. Sprawa Basenu Olimpijskiego nie jest zamknięta – jest dalej w toku, na wielu poziomach jednocześnie.

Nie odpuszczamy. Będziemy informować o każdym kolejnym kroku.

 


Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Posady w spółkach to za mało. Byli wiceprezydenci dostali przed zwolnieniem olbrzymie nagrody

Nagrody zamiast odpraw i posady bez konkursów. Ratusz nie powie, ile kosztowało pożegnanie wiceprezydentów, ale mówimy o łącznej kwocie rzędu 150 000 zł.

Onet.pl donosi: Renata Granowska zarobiła na stanowisku wiceprezydenta 284 tys. zł w ciągu jednego roku. Michał Młyńczak - 265 tys. zł. Obydwoje zgotowali w mieście poważne problemy, jednak nim stracili funkcje, prezydent Sutryk przyznał im nagrody mające zastąpić trzymiesięczne odprawy. Ile? Ratusz odmówił odpowiedzi.

Polityczny targ za absolutorium

Sutryk uzyskał absolutorium za 2025 rok wyłącznie głosami Koalicji Obywatelskiej. Cena była z góry ustalona: wymiana dwóch wiceprezydentów na kandydatów wskazanych przez lidera dolnośląskiej KO Michała Jarosa. 18 maja Granowska i Młyńczak stracili stanowiska. Dzień później pojawili się następcy.

Przepisy nie przyznają wiceprezydentom automatycznego prawa do odprawy po odwołaniu przez prezydenta. Sutryk poszedł jednak inną drogą.

Urząd: nagrody wypłacamy - kwot nie podamy

Jak ustalił Onet, rekompensatą za brak odpraw miały być nagrody przyznane przez prezydenta. Granowska napisała wprost, że - "nagroda miała wyczerpywać trzymiesięczną odprawę". Przy jej rocznym wynagrodzeniu rzędu 284 tys. zł oznaczałoby to kwotę oscylującą wokół 70 tys. zł. W przypadku Młyńczaka, zarabiającego 265 tys. zł rocznie, byłoby to ok. 66 tys. zł. Razem, z grubsza licząc - około 150 000 zł.

Ratusz nie potwierdził ani nie zaprzeczył tym kwotom. Biuro prasowe odmówiło podania wysokości nagród - mimo że chodzi o publiczne pieniądze. Rzecznik Tomasz Sikora przekazał jedynie, że nagrody były - "za wykonane zadania". Na pytanie, kiedy Granowska i Młyńczak zrzekli się pieniędzy, nie odpowiedział.

- Chciałbym dowiedzieć się, za co są te nagrody. Za kompromitację i chaos z nierozstrzygniętym przez ponad rok przetargiem na śmieci? Za konflikty interesów, CBA i Prokuraturę Krajową w urzędzie? A może to tylko premia za lojalność i milczenie? - komentuje radny Piotr Uhle z SOS Wrocław.

Posady dla kolesi bez konkursów

Granowska i Młyńczak niemal z miejsca trafili do zarządów spółek miejskich - i to bez żadnego postępowania konkursowego. Dla Granowskiej MPK Wrocław utworzyło dodatkowe stanowisko wiceprezesa. Młyńczak zasiadł w fotelu prezesa Ekosystemu, a dotychczasowy szef spółki Paweł Karpiński przesunął się na pozycję zastępcy.

Sutryk obiecywał przed drugą kadencją, że stanowiska w zarządach miejskich spółek będą obsadzane w drodze konkursów. Nie pierwszy raz ta obietnica okazała się bezwartościowa.

Ekosystem, w którym wylądował Młyńczak, jest spółką prowadzoną od lat w cieniu skandalu. CBA zabezpieczało tam dokumentację dotyczącą przetargów na odbiór odpadów z lat 2019-2025. Spółka odpowiada za wywóz śmieci i prowadzenie PSZOK-ów. Na jej czele stanął człowiek, który jako wiceprezydent nadzorował tę samą branżę.

- Sutryk i jego kolesie zbudowali sieć zależności finansowo-politycznych, jakiej samorząd nigdzie w Polsce nie widział. Wyprowadzanie kasy do prywatnych kieszeni jest o tyle bezczelne, że kolesie śmieją nam się w twarz. Czy ktoś jeszcze pamięta o obiecanych konkursach? - mówi radny Piotr Uhle.

Obie ręce w jednej kieszeni

Nagrody zostały zwrócone - ale dopiero wtedy, gdy opinia publiczna się tym zainteresowała, a posady w spółkach były już pewne. Granowska napisała, że zrzekła się nagrody po powołaniu do zarządu MPK. Młyńczak złożył analogiczne oświadczenie po objęciu prezesury Ekosystemu. Kolejność zdarzeń jest wymowna: najpierw nagroda, potem ciepła posada, na końcu symboliczny gest zwrotu.

Niektórzy powiedzą: to i tak lepiej niż gdyby uznali, że te nagrody im się po prostu należały. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że kilka dni wcześniej do urzędu miasta wpłynęło zapytanie w tym przedmiocie. Nagrody oddali zatem po złapaniu na gorącym uczynku.

Mieszkańcy Wrocławia jako współwłaściciele komunalnych spółek zapłacą za ten układ dwa razy: raz przez budżet miejski, który nagrody przyznał, i drugi raz przez spółki, które zatrudniają na eksponowanych stanowiskach polityków bez otwartej rekrutacji. Ratusz zaś odmawia podania kwot.

Czytaj tekst w Onecie!


Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Koleś Sutryka straszy demokracją. Ale tak naprawdę boi się o swój stołek i złoty spadochron

Marek Łapiński wystąpił w Radio Wrocław, żeby powiedzieć, że Krakowianie odwołali swojego prezydenta w sposób niezgodny z duchem demokracji. Warto przyjrzeć się, skąd ta troska.

W debacie o kondycji polskiego samorządu, którą Radio Wrocław zorganizowało w ostatnich dniach, wziął udział Marek Łapiński – radny sejmiku dolnośląskiego z Koalicji Obywatelskiej i, tak się akurat składa, prezes miejskiej spółki Spartan. W pewnym momencie debaty Łapiński pochylił się nad przypadkiem krakowskiego referendum i ocenił, że o odwołaniu prezydenta Miszalskiego zadecydowała „absolutna mniejszość wyborców".

To klasyczna figura retoryczna wrocławskiej elity władzy, którą doskonale znamy ze słownika samego Jacka Sutryka. Ten wielokrotnie nazywał referendum „narzędziem mniejszości", która „może wywracać stolik właściwie permanentnie". Teraz w podobne tony uderza jego polityczny kolega.

Przyjrzyjmy się, czy ta narracja ma cokolwiek wspólnego z faktami.

Kto odwołał Miszalskiego? Stonka? Zielone ludziki?

W krakowskim referendum za odwołaniem prezydenta głosowało 171 581 osób. W wyborach samorządowych w 2024 roku Aleksander Miszalski uzyskał 133 703 głosy w pierwszej turze, dzięki którym w ogóle wszedł do drugiej.

Innymi słowy: za odwołaniem głosowało więcej osób, niż pierwotnie wybrało Miszalskiego na prezydenta. To ci sami Krakusi, którzy oddali na niego głos – i którzy przez dwa lata zmienili zdanie. To nie jest mniejszość. To jest wyraźna większość spośród tych, którzy w tych wyborach w ogóle uczestniczyli.

Jeżeli jednak komuś koniecznie podoba się liczenie procentowe od całkowitej liczby uprawnionych – to bardzo chętnie to rozliczenie przeprowadzę. Za wyborem Miszalskiego w wyborach głosowało zaledwie 22,7% uprawnionych. Ktoś wtedy podnosił alarm, że jego mandat jest wadliwy? Że legitymizacja jest zbyt słaba? Że „absolutna mniejszość wyborców" wybrała prezydenta? Oczywiście nie. Bo tak działa demokracja większościowa w wyborach o frekwencji nieprzekraczającej połowy uprawnionych.

Jeśli 22,7% wystarczyło, żeby zostać prezydentem – to dlaczego 29,99%, bo taka była frekwencja w referendum, nie może go odwołać? Dwóch miar używać nie wolno.

Skąd ta troska o demokrację?

Tutaj warto zapytać wprost: czy Marek Łapiński mówi to, bo tak naprawdę uważa – czy stoi za tym coś innego?

Cofnijmy się do kwietnia 2024 roku. Jacek Sutryk, obawiając się przegranej w wyborach, ogłosił wielką reformę. Obiecał publicznie, że stanowiska w zarządach spółek miejskich będą obsadzane w drodze przejrzystych konkursów – nie po znajomości, nie po kluczu politycznym. W mieście jak Wrocław brzmiało to jak zapowiedź rewolucji.

Sierpień 2024 roku. Konkurs na prezesa spółki Spartan ogłoszono i – o dziwo – wygrał go Marek Łapiński, polityczny kolega Sutryka z Koalicji Obywatelskiej. Co szczególnie pikantne: dziennikarz Marcin Torz z serwisu Salon24 publicznie zapowiedział, że Łapiński wygra konkurs na długo zanim ten w ogóle został ogłoszony. Nazwał to wprost jeszcze przed ogłoszeniem odwołania poprzednika i startem procedury. I miał rację.

Kolesiostwo pokazało, że niestraszne są mu procedury konkursowe.

A potem Sutryk zapomniał o konkursach

Sprawa Spartana mogłaby być jednorazowym potknięciem. Ale nie jest. Wszyscy pamiętamy przecież powołanego bez konkursu Przemysława Gałeckiego na wiceprezesa MPWiK.

W ostatnich tygodniach prezydent Sutryk zupełnie porzucił obietnicę konkursów i obsadził kolejne lukratywne stanowiska w miejskich spółkach:

  • Michał Młyńczak – do zarządu Ekosystemu (spółki odpowiadającej za gospodarkę odpadami)
  • Renata Granowska – do zarządu MPK, czyli wrocławskiego transportu miejskiego
  • Mateusz Jędrachowicz – do zarządu ARAW (Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej)

Wszyscy troje to polityczni współpracownicy prezydenta Sutryka. Wszyscy z wynagrodzeniami liczonymi w grubych setkach tysięcy złotych rocznie. Cała trójka to prawdopodobnie około miliona złotych rocznie dodatkowego kosztu bo – należy zwrócić na to uwagę – specjalnie dla kolesi Sutryk rozszerzył zarządy i stworzył nowe stanowiska.

Złoty spadochron

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym należy powiedzieć głośno.

Przed wyborami samorządowymi w 2024 roku, gdy realna była wizja, że Sutryk może utracić władzę, prezydent wprowadził dla członków zarządów miejskich spółek sześciomiesięczny zakaz konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. W praktyce jest to odprawa w wysokości półrocznego wynagrodzenia – złoty spadochron na wypadek politycznej zmiany.

Prezesi wrocławskich spółek – w tym Marek Łapiński – mają więc bardzo konkretny, finansowy powód, żeby nie życzyć sobie żadnych referendów. Żadnych zmian. Żadnego „wywracania stolika".

Może właśnie dlatego Łapiński woli być skromnym radnym sejmiku, który dorabia jako prezes miejskiej spółki, niż parlamentarzystą w Warszawie? Sam zresztą powiedział w radiu, że odradzałby pójście do Sejmu, jeśli nie jest się funkcyjnym ministrem. Finansowo lokalne publiczne fuchy są najwyraźniej znacznie bardziej intratne. Stawia tym samym siebie albo Donalda Tuska w trudnej sytuacji. Szef KO popełnił felieton dla Polityki w kontekście referendum brexitowego: "Podążaliśmy tropem tych samych nauczycieli, inspirowały nas te same filozofie polityczne. Musimy zachować to dziedzictwo, bogate i zaskakująco świeże. Mi na przykład do głowy przyszedł cytat z Thomasa Jeffersona trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych: >>Gdy idzie o władzę, nie mówmy więcej, że wystarczy zaufanie wobec tego, który ją sprawuje. Skrępujcie go zatem łańcuchami Konstytucji po to, by nie mógł czynić zła<<."

Kolesie boją się demokracji?

Podsumujmy: radny sejmiku z KO, który pracę dostał przez konkurs wygrany w warunkach budzących poważne wątpliwości, a do tego zabezpieczony złotym spadochronem finansowanym przez wrocławskich podatników – publicznie tłumaczy w radiu, że referendum to narzędzie mniejszości i że odwołanie prezydenta przez mieszkańców to problem demokracji.

Przynajmniej jest konsekwentny. Kolesiostwo się broni.

Nie bójmy się o tych specjalistów. Jeśli są tak znakomici jak sugeruje ich wynagrodzenie – wolny rynek z entuzjazmem ich przyjmie. Na pewno.

SOS Wrocław monitoruje nominacje kadrowe w miejskich spółkach. Jeśli chcesz wesprzeć tę pracę lub zaangażować się w zmianę władzy – napisz do nas.

 


Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle

Odklejeni, czyli portret elity wrocławskiej w referendalnym świetle

Krakusi powiedzieli: miasto jest nasze, nie Krakówka. Jacek Sutryk narzeka, że obywatele chcą mu wywrócić stolik, i że miastem coraz trudniej się zarządza, bo ludzie nie dowierzają miastu. Jak to możliwe, że ludzie nie dowierzają miastu zarządzanemu przez człowieka z zarzutami za oszustwa? Kto mu wyjaśni tę tajemnicę?

Przez Polskę toczy się ferment zapowiadający obywatelską wiosnę ludów. Rzeszów, Łódź, Poznań, Gliwice, Częstochowa, Tarnów – sprzeciw wobec odklejonych władz może przejść do etapu otwartej konfrontacji na udeptanej ziemi – w referendum odwoławczym. A władze tych miast wcale nie są lepsze od wrocławskich. I nic dziwnego, że otrzymujemy tyle sygnałów, by wrócić do rozmowy o odsunięciu szkodników od władzy we Wrocławiu.

Jacek Sutryk wyjaśnił wrocławianom - w Radiu Rodzina i w programie Dariusza Wieczorkowskiego - czym w jego głowie jest referendum odwoławcze. Narzędziem "mniejszości", która "może wywracać stolik właściwie permanentnie" i "destabilizować sytuację w mieście". Mechanizmem, który "pewne polityczne czy około polityczne siły" mogą "wykorzystywać". Sprawą, na którą "szkoda czasu". To ton kogoś, kto uwierzył, że władza mu się należy, i kto szczerze nie rozumie, dlaczego coraz więcej ludzi ma w tej kwestii odmienne zdanie.

Co bardziej destabilizuje miasto: obywatele czy nieuczciwe, nieudolne rządy?

Fot. youtube.com/@DEWURADIO

Sutryk mówi, że inicjatywa referendalna destabilizuje miasto. Pytanie, co je stabilizowało przez ostatnie lata. Jego nieudolne, szkodliwe i nieuczciwe rządy czy działania ruchów obywatelskich? Jaki wpływ na wiarygodność, stabilność i wizerunek miasta ma ciężki akt oskarżenia dotyczący oszustw i łapownictwa, który wisi nad prezydentem Wrocławia niczym katowski topór?

Sutryk w Radiu Rodzina, próbował czerpać siłę z dwóch inicjatyw referendalnych, w których zabrakło podpisów w ustawowym czasie 60 dni. Biło od niego lekceważenie wobec kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, którzy swoim podpisem wyrazili gotowość by podziękować mu za współpracę bez okresu wypowiedzenia.

Wydawał się nie dostrzegać, że lokalna debata publiczna była blokowana przez sieć układów i powiązań finansowych. Ta swoista cenzura ekonomiczna niszczy demokrację w mieście. Dlaczego? Bo porządni, uczciwi ludzie bali się, że zostaną zniszczeni przez władzę jak Janek Piontek z fundacji Weź Pomóż. Bo bali się represji.

Dzisiaj sytuacja w Polsce i we Wrocławiu jest jednak diametralnie inna. Krakusi pokazali, że się da. Za trzy miesiące pokażą, czy potrafią po odwołaniu złej władzy wybrać lepszą. Szczerze trzymam kciuki!

Wrocławskie elity chcą zdusić ideę prawa mieszkańców do miasta

Wrocławskie media głównego nurtu, z kilkoma światłymi wyjątkami, od dłuższego czasu powtarzały zachowania odwrotne niż można byłoby od nich oczekiwać. Zamiast stać po stronie słabszych - mieszkańców przeciwko silniejszym – władzy, skupiały się na umniejszaniu bądź etykietowaniu inicjatyw oddolnych. Sprawa nasilała się wraz ze wzrostem zagrożenia obecnej władzy. Gdy zagrożenie mijało – nadchodziła odwilż.

Jednak gdy Kraków powiedział: sprawdzam - i wygrał - kampania przyspieszyła. Portal tuwroclaw.com napisał, że ewentualne trzecie referendum we Wrocławiu byłoby "totalną kpiną z demokracji i kompletnym lekceważeniem woli Wrocławian". Sutryk mówi o "bogatych ludziach", którzy mogą finansować "taką działalność". Powoli konstruuje się przekaz: ci, którzy zbierają podpisy, są narzędziem w cudzych rękach. Obcy. Prowokatorzy. Szaleńcy. Nie mogę się doczekać aż znów naślą na tych prowokatorów i szaleńców bojówkę Soku z Buraka.

Nie obawiam się tego z jednego powodu: władza nie ma już monopolu na informację. Przełamaliśmy ją prowadząc merytoryczną dyskusję na temat miasta w internecie i na ulicach Wrocławia. A gdy w uregulowanym nurcie rzeki raz powstanie wyłom – trudno jest go zatamować.

Strach zajrzał w oczy pseudoelicie Wrocławia

Z rezerwą przyjmowałem entuzjazm, który jako SOS Wrocław odbieramy od mieszkańców od tygodnia. Krakowskie referendum obudziło w mieszkańcach coś, czego dawno nie było: nadzieję, że naprawdę można powiedzieć - dość. Moja rezerwa nie wynikała z braku wiary w mieszkańców. Wynikała z tego, że dokładnie wiem, ile wysiłku kosztuje inicjatywa referendalna w dużym mieście i jak wygląda zbieranie podpisów. A także czym mogą grozić akolici prezydenta zaangażowanym w akcję osobom, które w jakiś sposób zależą od instytucji miasta lub ich sojuszników.

Ale dzięki wspomnianym wcześniej nerwowym reakcjom widzę co innego. Widzę, że tamci się przestraszyli. Strach zajrzał w oczy ludziom, którzy od lat żyją wygodnie w cieniu władzy, przekonani, że nie ma piekła i że rozliczenie nie przyjdzie. Wróciły koszmary. I w tym strachu widać odpowiedź na pytanie, które stawiałem sobie przez długi czas: o co im tak naprawdę chodziło z tą "stabilizacją"? O zarządzanie miastem - czy o spokojną prywatyzację miejskiego grosza bez żadnego ryzyka, że ktoś powie: sprawdzam?

Najlepiej pokazuje to narzekanie Sutryka, że "zarządzanie miastem staje się coraz trudniejsze". Dlaczego? Bo trzeba "tłumaczyć, co jest prawdą, a co fake newsem". Bo pojawia się "frustracja z powodu dyskutowania z oczywistymi faktami". Innymi słowy: problem nie leży w finansach miasta, w długu, w kontraktach, w zarzutach prokuratorskich. Problem nie leży w tym, że władza wielokrotnie oszukała mieszkańców. Z Jackiem Sutrykiem na czele. Problem leży w ludziach, którzy o to pytają. Którzy mówią: sprawdzam. A to największy grzech.

No to jeżeli pan, Panie Prezydencie jest już taki zmęczony rządzeniem to może czas dać sobie spokój? Znajdą się na Pana miejsce lepsi. Poprzeczka wcale nie jest wysoko zawieszona.

Niczego nie zrozumieli

Fot. fb.com/sutrykjacek

Może i się przestraszyli. Może i przeciwdziałają. Ale nie wyciągnęli żadnych wniosków. Po wyborach prezydenckich w Polsce. Po referendum w Krakowie. Po tym, co stało się w Zabrzu i innych polskich miastach - elita władzy powinna coś zrozumieć. Że obywatele nie są bierni. Że cierpliwość ma granice. Że władza nie jest dożywotnim przywilejem.

Nie zrozumieli nic. Są pyszni, dumni i pewni siebie. Spoglądają na zwykłego mieszkańca z góry. Przyjmują tylko pochwały na swój temat. Inne głosy to "manipulacja ze strony sił destabilizujących", gdy głos ten zaczyna przeszkadzać.

Rozumiem teraz lepiej, co czuli Krakusi obrażani przez "Krakówek" - elitę, która poczuła się władna do pouczania, co jest demokratyczne, a co "totalną kpiną z demokracji". Tę samą rolę we Wrocławiu odgrywa dziś skompromitowana dekadą układów elita władzy, i innych instytucji.

Ta „elita” nie potrafiła się oczyścić po tym, co wyszło na jaw. Przeciwnie - utaplała się mocniej w tym syfie, bo trwanie układu jest warunkiem własnego bezpieczeństwa. Zepsuta elita władzy kryta przez unurzane w dziwnych relacjach media. Chwalone przez uzależnionych finansowo ludzi kultury. Zapraszane do wspólnych projektów przez zniewolone grantami środowisko pozarządowe, spółdzielnie mieszkaniowe, szkoły, przedsiębiorstwa, kluby sportowe. Zamknięty obieg. Wszyscy są sobie nawzajem winni milczenie.

A "prawdziwa cnota prawdy się nie boi" - mawiał Krasicki. Tylko że w tym przypadku trudno mówić o cnocie. Mówimy o człowieku, który z zarzutami o oszustwa i łapówkarstwo rządzi miastem i tłumaczy mieszkańcom, że to oni destabilizują miasto. Oni niczego nie zrozumieli. A skoro do tej pory nie zrozumieli – nie zrozumieją już nigdy.

Drogi mieszkańcu!

Pytam Cię wprost.

Czy czujesz się dobrze reprezentowany przez wrocławską elitę władzy? Czy sprawy w mieście idą w dobrą stronę? Czy władza daje Ci przestrzeń do współrządzenia miastem? Czy reprezentanci władzy mają do Ciebie szacunek? Czy wsłuchują się w Twoje potrzeby?

A może jest inaczej: zepsuta elita władzy uzależniła od siebie kolejne instytucje, upojona władzą marginalizuje obywateli, poniża myślących samodzielnie a zamiast służyć mieszkańcom – tłumaczy  im dlaczego nie mają racji?

Jak myślisz, dlaczego wszyscy razem mówią Ci, że referendum to "kpina z demokracji", a ci, którzy uważają, że trzeba zacząć zbierać podpisy, to "szaleńcy i prowokatorzy"? Co będzie następnym krokiem po odebraniu ludziom prawa do odwoływania złej władzy? Może czas odebrać mieszkańcom prawo do jej wyboru? W końcu tylko przeszkadzają i zadają głupie pytania.

Pod skorupą tej zimnej i plugawej, pewnej siebie, szczelnej wrocławskiej „elity” – kryje się coś, czego ona się nie spodziewała. Ogień. Taki, który zniósł "Krakówek". Który zniósł prezydentkę w Zabrzu i ruszył kilkunaście innych polskich miast. Który zaczyna być widoczny również we Wrocławiu. I może znieść tę władzę jak lawa.

Bo powiedzmy sobie serio: w czym Wrocławianie są gorsi od Krakusów?

Chcesz coś zmienić we Wrocławiu? Napisz do nas!

 

Piotr Uhle


Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Po Krakowie czas na Wrocław? Rozmawiamy o referendum

Krakowianie po 12 latach zdołali odwołać swojego prezydenta. We Wrocławiu pytanie o referendum wraca z nową siłą. Piotr Uhle mówi wprost: powodów, żeby odwołać Jacka Sutryka, nie ubyło. Przybywa.

Jeszcze gorszy niż odwołany

Piotr Uhle, radny miejski i jeden z organizatorów dwóch poprzednich inicjatyw referendalnych, udzielił obszernego wywiadu portalowi Onet. Nie zostawia złudzeń co do skali problemu: – Jacek Sutryk jest jeszcze gorszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. I dodaje: – Powodów do odwołania Jacka Sutryka jest wiele. Wszystkie z nich są nadal aktualne. Czas podrzuca nam tylko nowe argumenty.

Prokuratorskie zarzuty korupcji i oszustwa w aferze Collegium Humanum. Obsadzanie stanowisk bez konkursów – jak w przypadku nowego wiceprezesa Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, który za 28 tys. zł miesięcznie trafił na stołek wprost z szeregów partyjnych KO. Chaos w systemie gospodarowania odpadami. Preferencje dla wybranych deweloperów. Przerost administracji. I konsekwentna przez lata arogancja wobec mieszkańców.

Urząd robił wszystko, żeby nas złamać

Dwie próby zebrania podpisów. Łącznie 40–45 tysięcy popierających. I potężna akcja ratusza, która działała równolegle: kampania „Chroń swój PESEL" wymierzona w seniorów, billboardy z sukcesami prezydenta, straż miejska ścigająca wolontariuszy na ulicach. – Ludzie z ratusza robili wszystko, żeby nas złamać i utrudnić zbiórkę podpisów – mówi Uhle.

Do tego medialna cisza. Publiczni nadawcy stawiali warunki zamiast nagłaśniać inicjatywę. – Samo rozpoczęcie zbiórki jest wystarczającym powodem, żeby o tym rozmawiać. Ludzie na ulicach mają prawo wiedzieć, o co chodzi. Od tego są publiczni nadawcy – ocenia radny.

Kraków miał przewagę: lata pracy u podstaw, niezależne redakcje, finansowe zaplecze obywateli. Wrocław dopiero to buduje.

Inicjatywa musi wyjść od mieszkańców

Uhle nie wyklucza trzeciej próby, ale stawia warunek: – To mieszkańcy muszą chcieć zmienić złą władzę we Wrocławiu. Jeśli to będzie widzimisię polityków, nikt w to nie uwerzy.

Rewolucja w Krakowie miała charakter mieszczański. Jej twarzami byli kucharze, krawiec, mechanik, lokalny przedsiębiorca. Jeśli wrocławianie naprawdę chcą zmiany – wiemy, jak ją przeprowadzić. Wiemy też, co może nas zatrzymać.

Jeśli chcesz się zaangażować lub wesprzeć finansowo kolejną inicjatywę referendalną, napisz do nas.

Czytaj cały wywiad,


Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Przełom w sprawie Terenów Olimpijskich? Sprostowanie MKDiN

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprostowało podane pierwotnie informacje, że kontynuowanie prac budowlanych na terenie dawnych basenów olimpijskich jest nielegalne bez nowych uzgodnień. 

AKTUALIZACJA:

Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Jakub Makowski przysłał sprostowanie, w którym sam przyznał, że pismo z 25 maja zawierało błędną informację. Departament - jak napisał wprost - nie wiedział o wyroku NSA z 4 listopada 2025 r. Po zapoznaniu się z nim zmienił stanowisko: pozwolenie konserwatorskie zostało "skonsumowane" przez pozwolenie na budowę i inwestor nie potrzebuje nowego.

Podkreślamy - nie my popełniliśmy błąd. Opublikowaliśmy oficjalne pismo organu państwowego opatrzone kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Że Departament Ochrony Zabytków MKiDN nie wiedział o kluczowym wyroku NSA w najgłośniejszej sprawie konserwatorskiej ostatnich lat - to jest problem tego Departamentu, nie nasz.

Przepraszamy Was za przedwczesny optymizm. Nie przepraszamy za opublikowanie oficjalnego dokumentu.

Pozostałe ścieżki są nadal aktywne - wniosek o stwierdzenie nieważności decyzji 708/2020, postępowania przed prokuraturą, RDOŚ, UNESCO i ICOMOS.

Jeden dokument nas nie zatrzymuje. Walczymy dalej.

Co znalazło się w pierwotnym piśmie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

25 maja 2026 r. Jakub Makowski, Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odpisał nam na wniosek z 12 maja 2026 r., dotyczący kontroli inwestycji przy Stadionie Olimpijskim. Wniosek został przygotowany w ramach naszej współpracy z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski.

Dokument stwierdza wprost: pozwolenie konserwatorskie wydane przez Miejskiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu decyzją z 7 września 2020 r. utraciło ważność z dniem 31 grudnia 2022 r. W konsekwencji dalsze prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania nowego pozwolenia konserwatorskiego. Organem właściwym do jego wydania jest Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Słowo "wymaga" nie jest sugestią. To stwierdzenie prawnego faktu, zapisanego przez organ nadrzędny w systemie ochrony zabytków.

Przełom, który potwierdziło samo ministerstwo

W Faktach TVP Wrocław Piotr Uhle powiedział jasno: - Ta interpretacja jest przełomowa. Liczymy na to, że Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków wyciągnie z tego konkretne wnioski i nie dopuści do tego, aby sprzęt budowlany wjechał na teren olimpijski.

Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski, która od lat dokumentuje kolejne etapy tej sprawy i alarmuje opinię publiczną, od razu wskazała istotę rzeczy: pismo MKiDN nosi kwalifikowany podpis elektroniczny Dyrektora Departamentu, opatrzone jest datą i sygnaturą. To nie jest opinia prawna ani komentarz. To jest urzędowe stanowisko organu nadrzędnego w systemie ochrony zabytków.


Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kto chce zastąpić Sutryka? Będziesz zszokowany

Kraków pokazał, że referenda się zdarzają. Wrocław może być następny. Przy tej okazji warto przyjrzeć się galerii chętnych, którzy od dawna skromnie, bardzo skromnie czekają w kolejce po fotel w Sukiennicach. Zrobiliśmy dla Was research. Miejscami jest zabawnie. Będziecie zaskoczeni jak bardzo.

KO, czyli partia, która zawsze ma kogoś pod ręką

Michał Jaros to człowiek o wyjątkowo nieszczęśliwym życiorysie politycznym: dwukrotnie usunięty ze stawki przy zielonym stoliku, za każdym razem przez swoich. W 2018 roku partia wybrała inaczej. W 2024 roku, mimo poparcia licznych organizacji społecznych i ruchów oddolnych, Jaros ostatecznie nie wystartował. Wojsko czekało na rozkaz, wódz zszedł do kwatery wroga i zaczął współrządzić z tym samym Sutrykiem, którego przez lata wskazywał jako główny problem Wrocławia. Żołnierze zostali na polu bitwy. Dziś, gdy kampania ma się znowu zacząć, część z nich może być mniej chętna, żeby znowu pożyczać swój wizerunek człowiekowi, który raz już ich zostawił. Mimo to Jaros ma naturalne pole position: jest szefem największej partii w regionie, która regularnie zbiera tu solidne wyniki. Trudno go pominąć. Łatwo zrozumieć, dlaczego mu nie ufają.

Grzegorz Schetyna jest jedną z tych postaci, które w polskiej polityce nie umierają, tylko na jakiś czas zmieniają parter na pierwsze piętro. Wicepremier, minister spraw wewnętrznych, minister spraw zagranicznych, marszałek Sejmu, szef Platformy, senator. Kariera przyhamowała po aferze hazardowej i konflikcie z Donaldem Tuskiem, ale Schetyna trzyma się życia publicznego z zacięciem godnym lepszej sprawy. Z Wrocławiem związany od czasów studenckich, mocno zaangażowany w sport, co w praktyce oznaczało, że jego ludzie współrządzili Śląskiem Wrocław i doprowadzili klub do stanu, który dziś można opisywać wyłącznie eufemizmami. Schetyna ma wizerunek zakulisowego machera otoczonego doświadczonymi praktykami, którzy nie stronią od siłowych rozwiązań. Mówi się, że to właśnie jego szabla pozbawiła Jarosa funkcji marszałka województwa, kiedy ten po nią sięgał. Ironia polega na tym, że dziś Schetyna i Jaros blisko współpracują, bo Jarosowi brakowało właśnie tej szabli do uzbierania większości w partii. Polityka potrafi być naprawdę piękna.

Mateusz Jędrachowicz to teza kontrowersyjna, ale wrocławskie salony coraz częściej wymawiają to nazwisko przy okazji rozmów o najwyższych funkcjach w mieście, włącznie z teką wicemarszałka. Młody radny sejmiku, niezbyt wiele do powiedzenia, doświadczenie w realnej pracy jeszcze mniejsze, za to wynagrodzenie w Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, do której trafił wbrew wcześniejszym obietnicom nieobsadzania stanowisk bez konkursów, wynosi, jeżeli wierzyć dziennikarzom, bagatela 28 tysięcy miesięcznie. Drogi mieszkańcu Wrocławia, ile Ty zarabiasz miesięcznie dzięki swojej uczciwej pracy? Mniej? Trzeba było nosić teczkę i zapisać się do partii. Jędrachowicz to modelowy przykład działacza nowej generacji KO: wyprany z idei, pozbawiony kręgosłupa, ustawiony zawsze z wiatrem, niezależnie od tego, skąd ten wiatr akurat wieje. Gdzie ci młodzi, którzy mieli zdusić centaury?

Familia i urząd, czyli kto zadba o szafy z trupami

Środowisko urzędnicze będzie chciało wskazać swojego delfina. Tyle że dobre słowo Sutryka wychodzącego tylnym wyjściem jest warte tyle, co w swoim czasie warte było dobre słowo niemal każdego innego polityka obleganego przez prokuraturę. Odchodzący raczej w niesławie Sutryk będzie chciał jednak zachować wpływ na wybór następcy, bo trupy w szafie trzeba chronić, interesy przyjaciół zaopiekować, a dobre imię nie może być zbyt często szargane przez tego, kto przejmie biurko. A następca będzie miał na co narzekać. Naprawdę będzie miał na co.

Jakub Mazur to pierwszy typ samego Sutryka. Wieloletni pierwszy zastępca, wyznaczany jako ten, który przejąłby miasto w przypadku prawomocnego wyroku sądu. Mazur poza częstymi i, jak podkreślają znawcy tematu, drogimi wycieczkami zagranicznymi na koszt podatnika, specjalizuje się w relacjach z biznesem i z pewnością potrafi zbierać środki na kampanię. Firmę, którą wcześniej obsługiwała m.in. państwową spółkę Tauron, przepisał na żonę. Firma specjalizuje się w reklamie. Do listy osiągnięć należy doliczyć dyplom MBA ze stajni Collegium Humanum. Ponoć Mazur, w przeciwieństwie do swojego szefa, miał notatki i chodził na zajęcia. Wysoka poprzeczka.

Radosław Michalski to dyrektor departamentu marki miasta, erudyta wykształcony między innymi we Florencji, człowiek z doskonałymi relacjami z Kościołem katolickim i całym wrocławskim ekosystemem turystyczno-gastronomicznym: restauratorzy, hotelarze, atrakcje, to jego naturalne środowisko. Często wskazywany jako możliwy kandydat środowiska urzędowego. Doświadczony w kampaniach wyborczych: kierował ostatnią kampanią Rafała Dutkiewicza w 2014 roku. Przynajmniej do pierwszej tury, kiedy widmo porażki z Mirosławą Stachowiak-Różecką skłoniło wszystkich do gruntownej przebudowy sztabu. Cenne doświadczenie na przyszłość.

Piotr Wojtyczka to doświadczony człowiek w publicznym biznesie, który wywodzi się z kręgów konserwatywnych. Rodzina pochodzi z Lubina, on sam przez lata funkcjonował w stowarzyszeniu Sapere Aude, nieformalnej młodzieżówce Rafała Dutkiewicza. Później zacieśnił relacje z Robertem Pietryszynem i Adamem Burakiem, a gdy ekipa Adama Hofmana szła z PiSu w górę, zabrała ze sobą również Wojtyczkę. Mówiło się, że posiada apartament po sąsiedzku z Danielem Obajtkiem. Później prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po zmianie władzy zajął się prowadzeniem klubu i nowego bytu medialnego, Wrocławskich Faktów, w których posiada jedną trzecią udziałów. Na poparcie Lewicy liczyć nie może, za to cieszy się szacunkiem w części wrocławskiego PiSu. Jak widać, różne drogi prowadzą do wrocławskiej polityki.

Izabela Kalisz z domu Pieniążczak to kandydatura, która zaskoczy wielu, ale jest jedynym nazwiskiem, na które może postawić tzw. familia, czyli krąg młodych działaczy skupionych wokół Sutryka od jego kampanii w 2018 roku. Wszyscy wywodzą się ze stowarzyszenia Sapere Aude, wszyscy od tamtej pory robią znakomite kariery – dla części dyrektorskie funkcje w urzędzie to była pierwsza praca. Damian Żołędziewski jest dyrektorem departamentu Prezydenta, Izabela Kalisz dyrektorką biura, Maria Michułka przez lata była szefową biura nadzoru właścicielskiego, dziś jako wzięta prawniczka obsługuje szereg miejskich spółek, Krzysztof Szłapka jest wicedyrektorem biura komunikacji internetowej, Jan Bujak osiągnął swój cel i jest dyrektorem Departamentu Nieruchomości i Eksploatacji, a jego zastępcą jest Monika Witkowska, również członkini familii. Towarzystwo ma więc wiele do stracenia. Prywatnie Izabela Kalisz jest szwagierką Damiana Żołędziewskiego: jej siostra od lat zarabia na utrzymaniu Hali Stulecia, a wcześniej miała być rekruterką we wrocławskim oddziale Collegium Humanum. Co za przypadek, co za rodzina. Szanse Kalisz na prezydenturę są marne, a jej ewentualne starcie z Wojtyczką nosiłoby znamiona skandalu obyczajowego, jednak to jedyne, na co familia realnie może sobie pozwolić. Chodzi o wyhandlowanie etatów u nowego prezydenta.

Marek Nowara to znany wrocławski deweloper, który od dłuższego czasu prowadzi intensywną kampanię budującą jego wizerunek publiczny. Założył stowarzyszenie Vergo City wpływające na politykę mieszkaniową miasta, udziela wywiadów Radiu Wrocław i Wrocławskim Faktom, popiera budowę metra i maluje się na aktywistę i eksperta. W wywiadach nie pojawia się jednak wątek kontrowersyjnych inwestycji prowadzonych w trybie Lex Deweloper. Nie pojawia się też wątek biznesów prowadzonych z synem sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa ani historia poprzedniej spółki deweloperskiej Inter-System, która seryjnie wygrywała przetargi na miejskie inwestycje, m.in. wrocławskie Afrykarium. Nie pada też nazwa powiązanej z nim kapitałowo firmy Aqua Serwis, która, jak sama pisze na swojej stronie, zarządza między innymi Aquaparkiem Wrocław i… wspomnianym wcześniej Afrykarium w ZOO. Bardzo wiele pominięć, jak na tak aktywnego medialnie człowieka.

PiS liczy głosy

Rozgrywka w obozie prawicy odbędzie się między kandydatami gangu tapirów a stronnikami posła Dworczyka i byłego premiera Morawieckiego. Pogodzić może ich kandydat niezależny od PiS ale… powiązany z ratuszem.

Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach zebrał 45 tysięcy głosów, choć przed głosowaniem niewielu umiało wymówić jego nazwisko. Prawnik, który w roli przewodniczącego klubu radnych chętnie korzysta z zawodowego arsenału. Lojalny działacz, który buduje nazwisko na konsekwentnym podnoszeniu partyjnej agendy PiSu w samorządzie.

Janusz Cieszyński to były minister w rządzie Morawieckiego i absolwent wrocławskiego XIV LO, co w pewnych kręgach uchodzi za wrocławski rodowód. Niewiele brakowało, by w 2023 startował do Sejmu właśnie z Wrocławia, partia zadecydowała jednak inaczej. Byłby ciekawym pomysłem na odświeżenie wizerunku PiSu w mieście po niezrozumiałych dla własnego elektoratu alpejskich kombinacjach przy poprzednich dwóch podejściach do inicjatywy referendalnej. Ciąży na nim praca w rządzie Mateusza Morawieckiego, która nadal wielu wyborcom kojarzy się po prostu źle.

Marek Mutor. Dziś rządzi Ossolineum, ale w przeszłości był radnym. Konserwatysta, jego kandydaturę ma wspierać zarówno Kazimierz Michał Ujazdowski jak i wrocławska Solidarność. A jeżeli Solidarność to i Jarosław Krauze, który zawsze stanowił nieformalne połączenie między obozem Jacka Sutryka a Prawem i Sprawiedliwością.

Lewica liczy stołki

Lewica będzie miała najwięcej do stracenia. Pięcioosobowy klub w Radzie Miejskiej przy śladowym poparciu to osobliwe osiągnięcie, możliwe wyłącznie dzięki układowi z Sutrykiem. Dlatego lewica podejmie wszelkie możliwe ruchy, by wpływ zachować. Warto też zaznaczyć, że stronnictwo starego aparatu partyjnego z PZPR, SDRP i Millerowskim SLD w krwiobiegu niedawno odbiło ważny przyczółek: z funkcji wicewojewody odwołano Piotra Kozdrowickiego, wywodzącego się z partii Roberta Biedronia, a wcześniej Nowoczesnej. Na to miejsce wsadzono Agnieszkę Mizę, zaprawioną w SLD-owskich walkach. Życzymy powodzenia w karierze.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra pracy i polityki społecznej, to rodowita wrocławianka, która jakością wypowiedzi i zdolnością formułowania myśli wyprzedza o kilka długości całą stawkę polityków SLD i Nowej Lewicy w parlamencie. Polityczna singielka, wiele zawdzięczająca swojej szanowanej w środowisku kultury matce. Ze względu na jakość, intelekt i indywidualizm jest w partii nielubiana i trudno jej będzie znaleźć poparcie wewnątrz własnego stronnictwa. Partia nie lubi takich rzeczy.

Dominik Kłosowski to bardziej prawdopodobny kandydat betonowego skrzydła SLD. Ambitny, gorliwy obrońca swoich zwierzchników, w kuluarach Rady Miejskiej coraz częściej nazywany człowiekiem z wazeliny. Znany z prowadzenia Komisji Gospodarki Komunalnej, Mieszkaniowej, Transportu i Inicjatyw Gospodarczych w taki sposób, żeby przypadkiem się nie przepracowała, za to lojalnie realizowała wszystkie interesy prezydenta. Złapany na osiedlu Sołtysowice z prospektem dewelopera w ręku. Na kampanię mu z pewnością nie zabraknie.

Czy Bezpartyjni i PSL znajdą nowe otwarcie dzięki Renacie Granowskiej?

Renata Granowska, wyrzucona z PO i z funkcji wiceprezydenta Wrocławia, zachowuje dobre relacje z otoczeniem marszałka Gancarza i będzie zabiegać o nominację PSL lub Bezpartyjnych. Nie ma nic do stracenia: budowana mozolnie pozycja zaczęła się sypać, a tylko prezydencka lub parlamentarna szarża może uratować ją od marginalizacji. Immunitet poselski też nie zaszkodzi a mówi się, że w PSL są działacze, którzy widzieliby panią Granowską na „jedynce” listy do Sejmu.

Michał Rado, młody sołtys Bystrzycy i członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, to rosnąca nadzieja Bezpartyjnych. Media go lubią, kamery go lubią, kariera z roku na rok przyspiesza. Ostatnio zasłynął poparciem dla budowy spalarni odpadów. Ciekawy punkt w życiorysie kandydata na prezydenta dużego miasta.

Jerzy Michalak, sprawdzony kandydat Bezpartyjnych, po dwóch latach nadal ma w nazwie profilu na Facebooku słowa "kandydat na Prezydenta Wrocławia". Oratorsko znakomity. Po poprzednich nieudanych próbach trudno go pominąć. Profil na Facebooku gotowy, to dobry start.

Razem i Konfederacja

Marta Stożek z Razem to ideowa posłanka formacji Adriana Zandberga. Karierę zaczęła od pewnego falstartu, ale pnie się po drabinie popularności. Zasłynęła zawiadomieniem do CBA w sprawie możliwej korupcji w Urzędzie Miejskim Wrocławia. We Wrocławiu to dość rzadka specjalność.

Krzysztof Tuduj z Konfederacji zaangażował się w ostatnią próbę odwołania Sutryka, choć jego głównym obszarem zainteresowań pozostaje obronność. Wobec słabego zaangażowania w lokalne sprawy poprzedniego kandydata Konfederacji, Roberta Grzechnika, Tuduj jest najbardziej prawdopodobnym wyborem partii Mentzena i Bosaka.

To wszystko tylko okruchy informacji, które dla Was zebraliśmy. Niektóre z wątków zasługują na dużo głębsze i szersze rozwinięcie. Śledźcie nasze profile, niebawem dalszy ciąg programu!

Obserwujemy. Notatki prowadzimy. Wy też możecie.