Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
7 października, 2026Aktualności,Opinie
Partia Prezesów: konkurencja dla Partii Dyrektorów po miliony z naszej kieszeni na miejskie Bizancjum
Zastanawialiście się, gdzie znikają Wasze ciężko zarobione pieniądze, gdy miasto podnosi kolejne opłaty? Zapytaliśmy wprost o koszty utrzymania wrocławskiego aparatu urzędniczego i spółkowego w swojej interpelacji z 30 sierpnia 2026 r.. Odpowiedź, która wpłynęła kilka dni temu może jeżyć włosy na plecach. Dokumenty obnażają chorą skalę wydatków na "partię prezesów" i miejskich dyrektorów. Płacimy miliony za armię kadry kierowniczej, a urzędnicy bez krzty wstydu przyznają na piśmie: żadnych cięć nie planujemy!
Ile zarabiają zarządy spółek?
Wrocławskie spółki komunalne to zamknięte eldorado dla wybranych. Podczas gdy wrocławianie martwią się o rosnące rachunki, z oficjalnych danych Urzędu Miejskiego (stan na 9 września 2026 r.) wynika, że pensje w tych instytucjach to absurd. Zobaczcie, ile wyciągają w skali roku:
- Wodociągi (MPWiK): dwuosobowy zarząd bierze średnio 37 500 zł miesięcznie na głowę. To daje astronomiczne 450 000 zł rocznie na jedną osobę! To właśnie tam posadę znalazł m.in. Przemysław Gałecki, płynnie przechodząc z funkcji nieudolnego naczelnika miejskiej propagandy do świetnie opłacanej roli w strategicznej spółce miejskiej.
- Komunikacja miejska (MPK): To flagowy przykład tego, jak funkcjonuje wrocławski system. Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio 36 666 zł miesięcznie na głowę. W skali roku daje to potężną kwotę niemal 440 000 zł rocznie! Warto tu rozwiać wszelkie wątpliwości: jak wyraźnie zaznacza sam magistrat w odpowiedzi na interpelację, członkom zarządów na kontraktach menedżerskich z mocy ustawy nie przysługują żadne dodatkowe nagrody. To oznacza, że te astronomiczne, blisko półmilionowe kwoty to nie są jednorazowe premie, lecz ich stały, gwarantowany dochód. Przyjrzyjmy się samym faktom i chronologii zdarzeń, która mówi więcej niż jakiekolwiek oskarżenia. Wiosną lukratywną posadę w zarządzie MPK objęła Renata Granowska, przechodząc tam płynnie prosto z gabinetu wiceprezydent Wrocławia. Zaledwie kilka tygodni później, w przestrzeni publicznej z ust najwyższych przedstawicieli miasta padły pierwsze otwarte deklaracje przygotowujące grunt pod podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. Wnioski z tej zbieżności dat pozostawiamy czytelnikom. W tle roszad personalnych w tej spółce powraca również drażliwy temat "spadochronów" finansowych dla odchodzących decydentów. Nawet jeśli wielotysięczne odprawy na pożegnanie są księgowane w 100 procentach zgodnie z obowiązującym prawem, to moralny obraz sytuacji jest druzgocący. Na szczycie trwa karuzela bezpiecznych posad i gwarantowanych setek tysięcy złotych, a ostateczny rachunek za ten luksus mają zapłacić pasażerowie zmuszani do zakupu coraz droższych biletów.
- ZOO Wrocław: jednoosobowy zarząd ma 35 000 zł miesięcznie. Rok pracy to równe 420 000 zł z miejskiej kasy! Tłem dla tych kwot jest niedawny konkurs na prezesa ogrodu, który do dziś budzi pytania o przejrzystość kryteriów oceny i powody wykluczenia innych kandydatów. Całość tej kolesiowskiej układanki dopełnia fakt powiązań byłej prezeski ZOO z mężem, który również gładko funkcjonuje w orbicie intratnych stanowisk wrocławskiego obozu władzy. Zupełnym przypadkiem ten sam mąż jest nabywcą domu Jacka Sutryka. To dzięki tej transakcji mógł sfinansować spełnienie marzeń - dom na zabytkowym i prestiżowym wrocławskim Sępolnie.
- WKS Śląsk Wrocław oraz Wrocławski Park Technologiczny: obie spółki mają dwuosobowe zarządy, każdy członek bierze 35 000 zł, co daje 420 000 zł w skali roku! To właśnie na styku tych kluczowych, świetnie opłacanych podmiotów odnajdujemy kolejne twarze wrocławskiego systemu kadrowego, takie jak Michał Mazur czy wcześniej Patryk Załęczny. Ich obecność w tym "elitarnym" gronie była kolejnym dowodem na to, jak hermetyczny jest to układ - gdy stołka nie rozdaje ratusz - dzieje się to na najsłynniejszych we Wrocławiu kanapach, w gabinecie Grzegorza Schetyny. Najbardziej lukratywne posady, wyceniane na setki tysięcy złotych rocznie, są zarezerwowane dla wąskiego kręgu zaufanych ludzi obozu władzy. Jakie są tego skutki? Spadek do pierwszej ligi i zapaść finansowa klubu.
- Port Lotniczy Wrocław: 3-osobowy zarząd pobiera średnio 34 775,15 zł. Rocznie? Prawie 417 300 zł na głowę! Fotele w tej strategicznej spółce to kolejne bezpieczne przystanie dla miejskiej elity - zasiada tam m.in. Karol Przywara. Jego droga na szczyt to modelowy przykład działania "Partii Dyrektorów": gładki i płynny transfer z zaufanego otoczenia politycznego i struktur współpracujących z ratuszem, prosto do zarządu generującego gigantyczne koszty. Jego zastępcy to prominentni działacze powiązani z partią władzy i bezpartyjnymi samorządowcami. Dariusz Kowalczyk, człowiek marszałka Schetyny odszedł z miejskiego Spartana w atmosferze olbrzymiego skandalu. Cezary Pacamaj zdążył już zapomnieć razy, które przez lata wymierzała mu Platforma Obywatelska - dziś czerpie z przywilejów władzy niczym pączek w maśle. Podczas gdy mieszkańcom funduje się zaciskanie pasa, zaufane osoby miękko lądują na kontraktach gwarantujących im fortunę.
- Aquapark: Trzyosobowy zarząd kasuje tu średnio po 33 000 zł miesięcznie na głowę, co daje potężne 396 000 zł rocznie! Kto tam zasiada? Zamiast mówić ogólnie o kolesiostwie, spójrzmy na nazwiska. Prezesem jest Grzegorz Kaliszczak, od lat zaufany człowiek ratusza. Jak zaufany? To w jego ręce trafiały zawsze finanse kampanii wyborczych. Nie wahał się brać trudnych tematów na siebie. Jak trudnych? Kilka lat temu został prawomocnie skazany za nielegalne finansowanie kampanii wyborczej komitetu byłego prezydenta miasta. Dziś znakomicie czuje się na dworze Jacka Sutryka. Tak dobrze, że - jak wskazaliśmy wcześniej - handluje ze swoim szefem nieruchomością. Jego zastępcą jest Paweł Rańda - były miejski radny z PO, a później - Nowoczesnej. Gdy prezydent Sutryk pokłócił się z Krzysztofem Majem, radnym z Bezpartyjnych Samorządowców - mocno wspierał kandydaturę Rańdy, który wystartował w tym samym okręgu do Sejmiku Województwa. Efekt? Obaj nie uzyskali mandatu, a to dla prezydenta było wystarczająco satysfakcjonujące. To klasyczny mechanizm: lojalność polityczna i wcześniejsze zasiadanie w radzie miejskiej płynnie zamieniają się na lukratywne posady w jednej z najbardziej dochodowych miejskich spółek. Jeżeli zatem dwa stanowiska w spółce to polityczne nominacje pomyślicie sobie pewnie, że na trzecie powołano niezależnego fachowca? To źle myślicie. Drugim wiceprezesem jest Artur Siewierski - nominat Lewicy. I tak to partia obywateli z partią, która ma chronić najuboższych dbają o to, by żyło się lepiej. Ich działaczom i kolesiom.
- Mieszkania komunalne i TBS: We Wrocławskich Mieszkaniach dwuosobowy zarząd zarabia po 21 500 zł, a w TBS kolejny dwuosobowy zarząd kasuje po 27 000 zł miesięcznie (ponad 324 000 zł rocznie). Kiedy mowa o polityce mieszkaniowej departamencie nieruchomości, nie sposób pominąć takich postaci jak Jan Bujak. Jego udokumentowane powiązania z otoczeniem prezydenta Jacka Sutryka oraz płynne przechodzenie przez struktury urzędowe pokazują, co tak naprawdę decyduje o karierze w magistracie. Kluczowy obszar miejskich mieszkań znajduje się w rękach zaufanego dworu. Efekt? Podwyżki w mieszkaniach komunalnych i TBS. Gdzie rządzą kolesie - tam jest drożyzna. Zaskoczeni?
- Ekosystem: Spółka odpowiadająca za śmieci we Wrocławiu ma dwuosobowy zarząd, w którym średnia pensja to 27 500 zł (czyli 330 000 zł rocznie na osobę). Jednak prawdziwe oburzenie wywołała sprawa gigantycznej nagrody, którą na pożegnanie z funkcją wiceprezydenta otrzymał Michał Młyńczak. W nagrodę za bałagan w systemie śmieciowym, za który odpowiada? Wiele pytań rodzi również grube kilkadziesiąt tysięcy nagrody dla prezesa Pawła Karpińskiego za 2025 rok. To rok, w którym tak nieudolnie organizował przetarg, że olbrzymie pieniądze zarobiły firmy śmieciowe a do siedziby spółki wjechało zabezpieczać dokumenty CBA na zlecenie Prokuratury Krajowej. Powiedzą, że te pieniądze im się po prostu należały? Tu leży sedno problemu: to, co w papierach jest zgodne z prawem, pod względem moralności i jawności jest absolutnym skandalem! Wypłacanie gigantycznych spadochronów finansowych z publicznych pieniędzy zaufanym decydentom w czasie, gdy mieszkańcom podnosi się opłaty za wywóz śmieci, to czysta patologia.
- Wrocławskie Inwestycje: Dwuosobowy zarząd ze średnią pensją 29 000 zł miesięcznie (ponad 348 000 zł rocznie). Tu warto przyjrzeć się karierze Bartosza Nowaka. Jego zawodowa ścieżka to sztandarowy przykład nadziei, na którą dało się zwabić wielu dziennikarzy. Tak jak Przemysław Gałecki - był człowiekiem mediów. Wielu z nich myśli o przyszłości - być może jako rzecznik miejskiej instytucji - stabilna posada, lepsze pieniądze niż w mediach. Jednak tylko nieliczni mogą dostąpić zaszczytu i zasiąść w prezesowskim fotelu, z prezesowskim wynagrodzeniem. To Nowak bierze na "klatę" prowadzenie uzasadnianie nieudolności miasta albo toczenie pustego sporu z konserwatorem zabytków o kostkę brukową. Jego argumenty bledną, gdy przypomnimy sobie, że kompetencji do prowadzenia konserwacji zabytków Jacek Sutryk pozbawił się... sam. Wypowiadając umowę, która tworzyła z instytucji Miejskiego Konserwatora Zabytków potężne ciało. Władza tworzy problemy (kostka brukowa, opóźnienia w inwestycjach, wieczne podwyżki w parkowaniu, mandaty), a jej wykonawcy inkasują za to gigantyczne pule z naszych podatków.
Podsumowując te wyliczenia: roczny koszt utrzymania zarządów w kilku wymienionych spółkach wynosi łącznie astronomiczną kwotę 9 279 881,40 zł. Co moglibyśmy za te pieniądze zrobić? Na przykład wybudować niemal dwa żłobki samorządowe których budowa w pełni wyposażonych placówek to koszt około 10 mln zł. Budżet ‘’dyrektorski’’ wystarczyłby także na aż trzy nowe autobusy elektryczne dla MPK co pozwoliłoby na coroczne wyjazdy całkowicie nowych, zeroemisyjnych pojazdów, poprawiając komfort pasażerów. Zamiast przeznaczać te pieniądze na utrzymanie 24 członków zarządów w tych podmiotach przez zaledwie jeden rok, Wrocław mógłby za to sfinansować wymierne inwestycje publiczne.
W radach nadzorczych swoi też nie mają biedy
Dodatkowo gigantyczna kasa płynie do członków Rad Nadzorczych. W największych podmiotach (MPK, MPWiK czy Port Lotniczy) "dorabiają" sobie co miesiąc po 6 803,84 zł, co w skali roku daje kolejne 81 600 zł za posiedzenia! A jakby tych absurdów było mało - w wrocławskich realiach potrafią przyznać nawet premię w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych za... nierozstrzygnięcie przetargu na śmieci! Kto w nich zasiada? Myślicie, że pewnie fachowcy w swoich branżach, specjaliści od prawa spółek handlowych i doświadczeni finansiści? Nic bardziej mylnego - rady nadzorcze to polityczny łup i przechowalnia kolesi z KO, Lewicy czy Bezpartyjnych Samorządowców. To patologia, jakiej Bareja by nie wymyślił. Jednak to jest temat na osobny artykuł, do którego na pewno wrócimy.
Partia Dyrektorów: to nie są tanie rzeczy
Kolejny skandal to koszty funkcjonowania nowych urzędowych tworów: Departamentu Marki Miasta, Departamentu Różnorodności Społecznej oraz Departamentu Kultury i Sportu. Jak wynika z wyliczeń ratusza, w samym tylko 2026 roku wyrzucimy na wynagrodzenia w tych departamentach 2 291 547 zł brutto! I uwaga - urzędnicy już wiedzą, że ta kwota będzie rosła, by w 2031 roku osiągnąć miażdżące 2 540 932 zł. Do tego dochodzą koszty biurowe - wynajem luksusowych przestrzeni na placu Solnym 20 kosztuje nas w tym roku kolejne 414 510 zł.
Aparat zarządczy pęka w szwach. We wrześniu 2026 r. we wrocławskim magistracie pracowało m.in. 10 Dyrektorów Departamentu, 32 Dyrektorów Wydziału i 19 Dyrektorów Biura. Ich roczne zarobki porażają:
- Dyrektor Departamentu bierze średnio 19 670 zł (nawet do 19 800 zł), co oznacza ponad 236 000 zł rocznie. Koszt utrzymania 10 dyrektorów na tym stanowisku to łącznie potężne 2 360 400 zł każdego roku!
- Dyrektor Wydziału liczy na średnio 17 100 zł (do 19 500 zł), czyli ponad 205 000 zł rocznie. Utrzymanie armii 32 dyrektorów wydziałów kosztuje nas łącznie gigantyczne 6 566 400 zł w skali roku!
- Zastępca Dyrektora Departamentu zgarnia 16 693,75 zł, a więc ponad 200 000 zł rocznie. Z racji tego, że urząd zatrudnia 8 takich zastępców, zrzucamy się na nich łącznie kwotą 1 602 600 zł każdego roku!
„Odpowiedź jest negatywna"
Tymczasem zwykli pracownicy, na których barkach opiera się cała papierologia i obsługa mieszkańców, tyrają za nędzne 6 205,26 zł brutto. Przepaść jest niesamowita!
Nawet nie szukają oszczędności! Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo nie muszą. Najbardziej bezczelny fragment odpowiedzi urzędu uderza na samym końcu. Radny wprost zapytał: czy władze zrobiły od zeszłego roku jakiekolwiek analizy, żeby ściąć ten rozbuchany, zarządczy moloch?
Odpowiedź Miasta jest cyniczna i krótka: "jest negatywna". Nie robili żadnych analiz i nie szukali oszczędności! Twierdzą bezczelnie, że cięcia mogłyby "prowadzić do pogorszenia usług publicznych" i że narzucanie spółkom celów oszczędnościowych to niedozwolone wtrącanie się w ich pracę. Przecież to my za to wszystko płacimy! Nasze podatki i rosnące opłaty za wodę, śmieci czy bilety MPK pompują to koryto. Złota elita nabija sobie kieszenie bez umiaru, a my musimy zaciskać pasa. Czas rozliczyć tę "Partię Dyrektorów"!
Jak długo mieszkańcy pozwolą, by żerowali na nich kolesie władzy?
Samo oburzenie jednak nie wystarczy. Jako SOS Wrocław kładziemy karty na stół i domagamy się od władz miasta absolutnej jawności konkursów do spółek komunalnych wraz z publikacją kryteriów, składu komisji i uzasadnień wyboru. Oczekujemy bezwzględnego upublicznienia zasad przyznawania nagród i wielotysięcznych odpraw. Żądamy twardych limitów wynagrodzeń, drastycznego odchudzenia zarządów i rad nadzorczych oraz niezależnego audytu, który ostatecznie wskaże, jak uciąć sztucznie napompowane koszty miejskich departamentów.
Ten patologiczny układ sam się nie naprawi. Nie zgadzasz się, by Twoje pieniądze finansowały lukratywne posady dla wybranych, podczas gdy Tobie serwuje się podwyżki? Dołącz do nas! Właśnie zbieramy podpisy pod obywatelskim apelem o odchudzenie wrocławskiego aparatu władzy i ukrócenie kolesiostwa.
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
2 października, 2026Aktualności
Jagodno i Wojszyce znowu oszukane przez urząd. Tym razem na szkole
Cóż szkodzi obiecać. To prawdziwe motto władzy, która rządzi Polską i Wrocławiem. Mieszkańców południa miasta władza traktuje szczególnie brutalnie, niemal ostentacyjnie zapominając o danym wcześniej słowie, gdy tylko mija kampanijne wzmożenie. Jagodno, Wojszyce, Ołtaszyn - nie mają obywatele łatwego życia z koalicją obywateli.
Urzędowe oszustwa: najpierw tramwaj, teraz szkoła
Jeszcze niedawno mieszkańcom Jagodna obiecywano tramwaj. Dostali autobusy. Teraz scenariusz powtarza się ze szkołą. Jeśli powstanie zespół szkolno-przedszkolny przy Smardzowskiej, to na Jagodnie już nigdy realnie nie powstanie. Takie jest nasze zdanie i przy naszej obecnej demografii nie będzie go trudno bronić. Wyjaśniamy poniżej dlaczego, a po drodze cytujemy pismo samego wiceprezydenta.
Obietnice były. Jagodno, osiedle bardzo aktywne wyborczo, nie ma własnej szkoły podstawowej. Politycy koalicji spotykali się z jego mieszkańcami w szkole na sąsiednich Wojszycach przy Asfaltowej. Padały zapewnienia, trwały rozmowy. 17 lutego 2025 r., w obecności wiceprezydenta Ryszarda Kesslera,
- Na spotkaniu padały twarde obietnice uruchomienia szkoły na Lutosławskiego jak najszybciej - mówi nam Krystian Adamski, Wiceprzewodniczący Zarządu Osiedla Jagodno. - Początkowo oni mówili sami o wrześniu 2028, jak zaczęliśmy dopytywać czy aby na pewno w 3 lata zdążą to zaczęli kluczyć ze może jakie opóźnienia mogą być z uwagi na przekazanie gruntu. Teraz jakoś słabo się starają - dodaje radny.
Departament Edukacji potwierdził, że budowa nowego zespołu szkolno-przedszkolnego na Jagodnie jest priorytetem miasta, i zwrócił się do Wydziału Finansów Oświatowych o jak najszybsze pozyskanie działki od KOWR.
Miasto wiedziało od lat, że Jagodno potrzebuje szkoły
Miasto wiedziało od lat. Już w konsultacjach do wytycznych dla Jagodna (Biuro Rozwoju Wrocławia, 2019) mieszkańcy wskazywali brak placówek oświatowych i postulowali budowę szkoły. Wytyczne wskazały rezerwy pod szkołę na Jagodnie (przy klinie wojszycko-jagodzińskim i przy ul. Sarniej) oraz teren pod oświatę przy Buforowej. Smardzowskiej w tym dokumencie nie ma.
O sprawę zabiegała Rada Osiedla Jagodno i radny Krystian Adamski. W czerwcu 2026 r. Rada Osiedla uchwałą poprosiła o przyspieszenie prac. W lipcu Wydział Finansów Oświatowych odpowiedział, że grunt wciąż jest w procedurze nabycia od KOWR, a po jego przejęciu „podejmowane będą dalsze działania". I co? Łyso Wam teraz?
Co miasto odpowiedziało we wrześniu. 14 września 2026 r. wiceprezydent Kessler odpowiedział na zapytanie radnej Agnieszki Duszy, czy miasto planuje szkołę na Jagodnie. Pierwszą rzeczą, którą wymienił, nie była szkoła na Jagodnie. Była nią placówka przy Smardzowskiej, budowana z prywatnym inwestorem, która ma ruszyć od września 2028 r. i stanowić „istotne uzupełnienie istniejącej sieci oświatowej" dla mieszkańców Jagodna i Wojszyc. O szkole na gruncie KOWR pismo mówi ogólnie: o „inwestycji oświatowej, w tym budowie szkoły podstawowej", z trwającym podziałem działek 1/110 i 1/112. Nie podaje ani terminu, ani harmonogramu. A na pytanie, dlaczego szkoły na Jagodnie nie planuje się dziś wprost, wiceprezydent odpowiada, że „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu".
Porównajmy to z wcześniejszym językiem miasta. W lutym 2025 r. i w lipcu 2026 r. mówiono o priorytecie i o zespole szkolno-przedszkolnym. We wrześniu 2026 r. nie ma już ani priorytetu, ani terminu, jest za to „nie ma obowiązku". Oficjalna notatka z lutego 2025 r. nie podaje żadnej daty. Terminy 2028–2029, a nawet 2030 pochodzą z relacji uczestników spotkania. Dziś nie ma ani gruntu, ani projektu budowlanego, ani oficjalnej daty.
Dlaczego Smardzowska zabije szkołę na Jagodnie?
- Zniknie powód. Prawie tysiąc miejsc dla dzieci przy Smardzowskiej (SP 600, przedszkole 350, żłobek 48) to skala, której potrzebuje Jagodno. Miasto samo przedstawia ją jako odpowiedź na potrzeby Jagodna. Może więc ogłosić, że problem rozwiązano, bo nowa placówka stoi i przyjmie dzieci z południa.
- Zniknie presja. Rodzice z Jagodna dostaną miejsca „gdzieś obok", więc przestaną naciskać. A to właśnie presja mieszkańców przez lata wymuszała każdy krok.Z czasem maleć będzie też presja demograficzna.
- Zniknie budżet. Dwie duże placówki w sąsiednich osiedlach to wydatek, którego miasto trudno uzasadni. Pierwsza, prywatna, ma ruszyć we wrześniu 2028 r. Druga, na gruncie od Skarbu Państwa, nie ma oficjalnej daty i wciąż nie ma gruntu.
- Zadecyduje argument „obwodu". Wiceprezydent podkreśla, że sieć szkół opiera się na obwodach, a nie na osiedlach. Obwód SP nr 11 obejmuje Jagodno i część Wojszyc. To otwiera drogę do rozwiązania wyłącznie administracyjnego: nowa placówka na Wojszycach, zmiana obwodów, a argument o braku szkoły na Jagodnie znika bez jednej łopaty ziemi przy Lutosławskiego. Pytamy, czy to właśnie jest plan.
Wojszyce zapłacą rachunek
A co z mieszkańcami Wojszyc? Dostali niedawno szkołę na Asfaltowej i płacą za to korkami. Teraz mają dostać drugą:
- budynek ma mieć około 125 m długości i 15–18 m wysokości, z boiskiem na dachu, a według pomiarów mieszkańców stanie 11,4–20 m od granic ich domów i ogrodów;
- szacują oni 1200–1600 przejazdów samochodowych dziennie po uliczkach, na których dziś bawią się dzieci;
- działka ma 0,8 ha, a teren SP 11 przy Asfaltowej 3,6 ha;
- mieszkańcy twierdzą, że o inwestycji dowiedzieli się dopiero we wrześniu, po wakacyjnej decyzji o pozwoleniu na budowę, oraz że dwie sąsiednie wspólnoty zostały pominięte jako strony postępowania. Złożyli odwołania do wojewody.
Dlaczego władza tak bardzo oderwała się od rzeczywistości? Zarządza miastem z tabelek i Excela, z biurka, z którego wszystko wygląda na dobrze zorganizowane. Z poziomu Smardzowskiej, Wierzyńskiego i Asfaltowej o ósmej rano widać co innego. Czy ktoś w ogóle tym miastem rządzi?
Czego żądamy
Pytania do prezydenta:
- Czy miasto potwierdza, że w rejonie ul. Lutosławskiego powstanie szkoła podstawowa lub zespół szkolno-przedszkolny, w jakim terminie i o jakiej wielkości? Co oznacza sformułowanie „w tym budowę szkoły podstawowej"?
- Czy placówka przy Smardzowskiej ma zaspokoić potrzeby oświatowe Jagodna i czy po jej otwarciu zmienią się obwody szkolne?
- Czy zdanie „nie istnieje obowiązek zapewnienia szkoły podstawowej na każdym osiedlu" oznacza, że Jagodno szkoły nie dostanie?
- Kto wybrał inwestora i na jakich zasadach: najem, wykup, finansowanie, własność budynku?
- Dlaczego konsultacje i informacja zostały pominięte?
Żądamy: publicznego harmonogramu budowy szkoły na Jagodnie z terminem przejęcia gruntu od KOWR, ujawnienia umowy z inwestorem oraz analiz ruchu i hałasu, konsultacji z mieszkańcami obu osiedli, a także spotkania prezydenta z nimi na miejscu w godzinach szczytu.
Nie jesteśmy przeciwko szkołom. Jesteśmy za dotrzymywaniem obietnic, a przeciwko aroganckiej grze na przeczekanie i gaszeniu pożarów cudzym kosztem. Ile jeszcze mieszkańcy zamierzają to tolerować?
Nie ma gdzie wywozić śmieci. Na co idą pieniądze z podwyżek?
1 października, 2026Aktualności
Wrocław nie jest gorszy. Dlatego zasługujemy na prawdziwe PSZOK-i, a nie wymówki
Chcesz oddać cztery zużyte opony albo odpady poremontowe we Wrocławiu? Musisz wziąć dzień wolny, spakować samochód, stracić czas oraz paliwo w korkach i mieć nadzieję, że brama punktu nie będzie zamknięta, a kontener nie okaże się przepełniony.
Spójrzmy na twarde dane. Na całe, blisko 700-tysięczne miasto mamy zaledwie trzy lokalizacje Punktów Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Jednak co z tego, skoro nawet one nie funkcjonują normalnie:
- PSZOK przy ul. Janowskiej jest całkowicie zamknięty od 21 września.
- PSZOK przy ul. Szwajcarskiej jest regularnie, czasowo zamykany w ciągu dnia. Miejsce to jest tak małe, że z powodu przepełnienia i konieczności wymiany kontenerów, punkt po prostu wstrzymuje pracę.
Inne polskie miasta rozwiązują ten problem, udostępniając mieszkańcom gęstą sieć punktów zbiórki i elastyczne godziny otwarcia. We Wrocławiu utknęliśmy w absurdzie. Ktoś z magistratu powie, że przecież my też to mamy - w końcu funkcjonują u nas SZOP-y i SZOT-y. Owszem, mamy je, ale problem polega na tym, że bardzo często te zbiórki są po prostu odwoływane, a mieszkaniec, który pofatygował się ze swoimi śmieciami, zostaje z problemem na chodniku.
Wrocław może dogonić XXI wiek
Dziś sytuacja wygląda dramatycznie. PSZOK przy ul. Janowskiej jest zamknięty - miasto oficjalnie tłumaczy się koniecznością remontu. W rzeczywistości mieszkańcy i eksperci zadają proste pytanie: czy przypadkiem po prostu nie wyczerpały się roczne limity ilości odpadów, a urzędnicy wolą wywiesić tabliczkę z napisem "remont", by uniknąć trudnych pytań o to, co robią, aby ten limit trwale zwiększyć?
Z kolei punkt przy ul. Szwajcarskiej to logistyczny koszmar. Miejsce jest tak malutkie, że każda operacja wymiany wielkiego kontenera jest niebezpieczna dla osób postronnych. Efekt? Punkt jest regularnie zamykany w ciągu dnia. Przyjeżdżasz o 14:30 i dowiadujesz się, że nie możesz zostawić odpadów, bo nie wymieniono kontenerów na puste. Pracownicy na pytania zagniewanych mieszkańców jedynie rozkładają ręce. Ktoś przyjeżdża, chce wypełnić swój obowiązek, traci zdrowie i wraca z niczym. Tak to nie powinno działać!
Koszty ponoszone przez mieszkańców za wywóz śmieci drastycznie wzrosły, natomiast standard obsługi całkowicie leży. Spójrzmy na liczby. Czteroosobowa rodzina we Wrocławiu płaci około 220 zł miesięcznie. W skali roku to zawrotne 2640 zł! Dla porównania: w Warszawie taka sama rodzina płaci stawkę 85 zł miesięcznie, czyli 1020 zł rocznie. Zamiast zachęcać mieszkańców do odpowiedniej segregacji i dbania o środowisko, system po prostu im to utrudnia.
Łatki zamiast reformy
Od dawna słyszymy o problemach z systemem gospodarowania odpadami we Wrocławiu. Afera śmieciowa w mieście toczy się już niemal dwa lata i końca nie widać. Od dawna słyszymy zapowiedzi uporzątkowaniu systemu gospodarowania odpadami na miarę nowoczesnego i przemyślanego miasta. Tymczasem Wrocław jest podzielony na 6 sektorów, a przetargi na ich obsługę zdają się nie mieć końca. Czekamy, jednak już niecierpliwie.
To, co miasto oferuje nam w zamian, to punktowe, mało istotne w skali problemu rozwiązania - łatki, a nie systemowa reforma. Magistrat dumnie zapewnia o odbiorze tekstyliów i wysyła wozy SZOP-u i SZOT-u po drobne odpady, których nie można wyrzuć w miejscu zamieszkania. To dobre inicjatywy, ale nie rozwiązują głównego paraliżu. Nie rozumiem, dlaczego mieszkańcy mają zadowalać się działaniami wizerunkowymi, skoro konkretne problemy można rozwiązać już teraz.
Rozwiązań jest wiele - choćby mobilne PSZOK-i, które z powodzeniem funkcjonują w innych miastach takich jak Warszawa, Toruń lub Bydgoszcz. Czy radykalne zwiększenie ilości kursów odbierających odpady bezpośrednio od mieszkańców. Niestety, miasto ich najwyraźniej nie szuka.
Już teraz Wrocław może być bardziej przyjazny mieszkańcom
Musimy głośno domagać się rozwiązań korzystnych dla mieszkańców, a nie takich, które są wygodne z perspektywy tabel w miejskich spółkach. Liczę na to, że Wrocławianki i Wrocławianie dadzą znać odpowiedzialnym za ten chaos, że obecny stan jest nie do przyjęcia.
Z jakichś przyczyn władze jednak nic z tym nie robią. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki jest po prostu plan- miasto pozwala firmom śmieciowym na wszystko, a te bezlitośnie zaglądają nam w kieszeń. Czy możemy liczyć na to, że urzędnicy naprawią ten system sami z siebie? A może to my, mieszkańcy musimy wziąć sprawy w swoje ręce? Być może jedyną drogą dla Wrocławia jest już tylko referendum.
Wrocław nie musi wymyślać koła na nowo. Wystarczy przestać być ostatni w kolejce po dobre pomysły i zacząć traktować mieszkańców poważnie.
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Kraków wybrał. Na odklejone elity padł blady strach
Piotr Uhle
Pierwszą turę wyborów w Krakowie wygrał Łukasz Gibała i ma wszystkie karty w ręku, by wygrać w drugiej. Jednak nie jego wynik jest najbardziej interesujący. Wczorajsze wybory to pierwszy twardy pomiar tego, co dzieje się pod powierzchnią polskiej polityki miejskiej – i sygnał ostrzegawczy, który we Wrocławiu powinien zabrzmieć równie głośno, jak zabrzmiał w Krakowie.
Łukasz Gibała – 36,38 proc. Monika Piątkowska, kandydatka formacji rządzącej – 29,91 proc. Michał Drewnicki z PiS – 17,50 proc. Reszta rozproszona między Razem, Nową Lewicą a Konfederacją. Liczby są jednoznaczne i nie da się ich zinterpretować inaczej: kandydatka partii władzy przegrała pierwszą turę z outsiderem niezwiązanym z żadną z dużych formacji, a koalicja rządząca Polską, która trzy lata temu w wyborach do Sejmu zebrała w Krakowie blisko 65 proc. głosów, wczoraj zmieściła się w niecałych 35 procentach.
To nie jest korekta wyborcza w granicach błędu statystycznego. To tektoniczne tąpnięcie – i jak każde tąpnięcie, jest sygnałem czegoś głębszego, co dzieje się w warstwach, których na co dzień nie widać. To proces, na który zwracamy uwagę od dłuższego czasu: Koalicja Obywatelska przegrała z obywatelami. Mamy do czynienia z procesem przekształcania się partii obywatelskiej w partię kolesi. To proces, który prowadzi ich do zguby, ten proces będzie postępował również we Wrocławiu - ale więcej o nim w dalszej części tekstu.
Sondaże skompromitowane, wyborcy nieugięci
Zanim przejdziemy do sedna, trzeba nazwać po imieniu to, co wydarzyło się wokół samych badań przedwyborczych, bo to osobny skandal, który zasługuje na pamięć. Pracownia IBRIS jeszcze dwa tygodnie przed głosowaniem sugerowała, że do drugiej tury z Gibałą wejdzie Daria Gosek-Popiołek, a poparcie dla lidera rankingu oscyluje wokół 17-18 proc. Rzeczywisty wynik – ponad 36 proc., dwa razy więcej niż wskazywał sondaż – zostawia tę prognozę w gruzach. To nie jest pomyłka metodologiczna, jaka zdarza się każdej pracowni. To praca wykonana na zamówienie polityczne, uprawiana pod szyldem rzetelnego badania opinii publicznej. Najbliżej prawdy były sondaże OGB, w tym exit poll, który od razu wskazał właściwy kierunek.
Wniosek na przyszłość jest prosty i dotyczy nie tylko Krakowa: IBRIS przestał być źródłem wiedzy o nastrojach społecznych, a stał się narzędziem kształtowania narracji pod z góry ustalony wynik. Warto to zapamiętać przy każdym kolejnym „sondażu", który pojawi się przy okazji wrocławskich sporów – o referendum, o plan ogólny, o gospodarkę odpadami. Sondaż zamówiony nie jest pomiarem, jest bronią.
Ale to, że manipulacja sondażowa ostatecznie nie zmieniła wyniku, jest ważniejsze niż sama manipulacja. Krakowianie głosowali wbrew temu, co miało im się wydawać nieuchronne, wbrew narracji budowanej tygodniami w mediach i pracowniach badawczych. To pokazuje siłę nastroju społecznego, którego żadna pracownia, żaden spin doktor i żadna kampania medialna nie są już w stanie skutecznie ukryć ani zneutralizować.
To nie jest wynik o Krakowie. To wynik o elitach władzy
Można próbować tłumaczyć porażkę kandydatki koalicji rządzącej wyłącznie lokalnymi błędami – rygorystyczną strefą czystego transportu, podwyżkami biletów komunikacji miejskiej i opłat parkingowych, kolejnymi aferami kolesiostwa przy obsadzie spółek miejskich. To wygodne wytłumaczenie, bo pozwala zamknąć sprawę na poziomie technicznym, jako błąd komunikacyjny czy nietrafioną decyzję administracyjną, i uniknąć trudniejszego, bardziej niewygodnego pytania.
Prawda jest głębsza: w największych polskich miastach narasta bunt przeciwko elitom, które te miasta sobie przywłaszczyły. To nie jest zjawisko wyłącznie krakowskie ani wyłącznie związane z jedną partią – to proces ogólnopolski, który po prostu ujawnia się najpierw tam, gdzie te elity mają swój matecznik, swoje najgęstsze skupisko wpływów, kontaktów i zależności. Metropolie są miejscem narodzin tych elit i miejscem, w którym ich władza jest najbardziej widoczna na co dzień – w cenach mieszkań, w przetargach, w obsadzie stanowisk.
Kraków pokazał proces, który dojrzewał tam od lat: mieszkańcy przestają akceptować rządy ludzi głęboko przekonanych o własnej wyższości moralnej i intelektualnej, obsadzających spółki miejskie kolesiami zamiast kompetentnymi menedżerami, rozdających korzyści wybranym grupom interesu kosztem zwykłych podatników płacących coraz wyższe rachunki, i traktujących każdy sprzeciw obywatelski jako atak na naturalny, słuszny porządek rzeczy, a nie jako uzasadnioną reakcję na realne problemy.
Wrocław rządzony jest przez tę samą formację
Prezydent Wrocławia jest prezydentem z nadania Koalicji Obywatelskiej. Mechanizmy, które doprowadziły do erozji zaufania w Krakowie, działają tutaj od lat – tyle że jeszcze nie eksplodowały w wyborczej urnie, z prostego powodu: Wrocław takiej urny, takiego bezpośredniego testu nastrojów, od dawna nie miał.
Rozpasanie deweloperskie zapisane w kolejnych wersjach planu ogólnego, przyjmowanego wbrew licznym głosom sprzeciwu mieszkańców i ekspertów urbanistyki. Przetargi w gospodarce odpadami, które od lat budzą uzasadnione pytania o to, czyj interes – publiczny czy prywatny – faktycznie zabezpieczają. Spółki i instytucje miejskie funkcjonujące jako zaplecze kadrowe dla swoich, dla ludzi lojalnych politycznie, nie zawsze kompetentnych merytorycznie. Setki milionów złotych rocznie przekazywane organizacjom pozarządowym bez realnego, twardego rozliczenia z efektów tych wydatków. To nie są odosobnione, przypadkowe błędy złego zarządzania, które da się naprawić kosmetyczną korektą. To symptomy tego samego, głębszego mechanizmu, który właśnie przegrał w pierwszej turze w Krakowie: władzy, która przez lata bezkarności przestała się czuć realnie odpowiedzialna przed mieszkańcami, bo przez lata po prostu nie musiała się z niczego tłumaczyć.
Panika elit i retoryka nienawiści, która łączy kolesi wszystkich miast
Najbardziej wymowna po ogłoszeniu wyników była reakcja samej Moniki Piątkowskiej, która zamiast refleksji nad przyczynami porażki zaproponowała krakowianom katastroficzną, wręcz kasandryczną wizję przyszłości: zapowiedź niepokojów społecznych i masowych zwolnień, gdyby ostatecznie wygrał jej rywal. To czysta retoryka strachu, skalkulowana na zablokowanie zmiany emocjonalnym szantażem, a nie na rzeczowe zrozumienie tego, co właśnie zakomunikowali jej wyborcy.
Brzmi to niepokojąco znajomo. We Wrocławiu podobny język stosował już prezydent Jacek Sutryk, nazywając obywatelską inicjatywę referendalną „podpalaniem miasta" i sugerując publicznie, że jej organizatorów należy „dobrze prześwietlić", jakby chodziło o zagrożenie bezpieczeństwa, a nie o realizację konstytucyjnego prawa mieszkańców. Jego zastępcy i podwładni mówili wówczas o „niebezpiecznych środowiskach" rzekomo stojących za obywatelską inicjatywą, urzędnicy i lokalni politycy publicznie obrażali mieszkańców korzystających z demokratycznego prawa do zabierania głosu we własnej sprawie.
To nie przypadek, że elity władzy w różnych miastach, niezależnie od siebie, sięgają po niemal identyczny słownik w chwili, gdy czują realne zagrożenie dla swoich stanowisk i wpływów. To znak, że doskonale wiedzą, co się zbliża, i próbują to z góry zdyskredytować, zanim zjawisko nabierze politycznego rozpędu, zanim mieszkańcy zdążą się zorganizować i policzyć swoje siły.
Czy Wrocław wyciągnie wnioski?
Wynik krakowski jest dziś najbardziej wiarygodnym sondażem, jaki mieliśmy od dawna – bo to sondaż przeprowadzony przez samych obywateli, w warunkach realnej stawki, a nie na próbie kilkuset osób dobranej pod tezę zamawiającego. Pokazuje on wyraźnie, że erozja poparcia dla formacji rządzącej dużymi polskimi miastami nie jest chwilowym, przejściowym wahnięciem nastrojów, lecz procesem systematycznym, postępującym jak gangrena – i wcześniej czy później dotrze także do Wrocławia, niezależnie od tego, jak bardzo lokalne elity będą się przed tym bronić.
Pytanie, które musimy sobie dziś zadać, brzmi: czy wrocławianie poczekają biernie, aż ten proces sam dopełni się w naturalnym rytmie kolejnych wyborów samorządowych za kilka lat, czy zdecydują się przyspieszyć rozliczenie władzy już teraz, korzystając z narzędzi, które daje im prawo. Jedyną realną drogą do tego jest referendum – instrument, który pozwala mieszkańcom powiedzieć „dość" bez czekania na odległy kalendarz wyborczy, bez zdawania się na łaskę kolejnej kampanii zdominowanej przez zamawiane sondaże i medialny spin.
Kraków pokazał dobitnie, że to nie jest walka z wiatrakami skazana z góry na porażkę – to walka, którą realnie można wygrać, jeśli tylko mieszkańcy zdecydują się w nią zaangażować. Pytanie brzmi: czy Wrocław będzie gotowy, gdy przyjdzie na to czas?
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Podwyżki jednak nie do 6,10 zł? Urząd kręci i oszukuje mieszkańców
Najpierw dziennikarze ujawniają, że urzędnicy chcą w zaciszu gabinetów przepchnąć podwyżkę cen biletów do 6,10 zł. Chwilę później miasto publikuje płomienne dementi. Problem w tym, że zamiast zamknąć temat, magistrat sam podkłada ogień pod zapalnik. Skoro żadnej podwyżki „nie ma”, to dlaczego urzędnicy tak obszernie tłumaczą, dlaczego jest nam ona... absolutnie niezbędna?
Miasto mówi „nie”, ale po cichu urabia radnych
Sprawa z pozoru była prosta. Pojawia się gorąca informacja o gigantycznej, blisko 35-procentowej podwyżce (z 4,60 zł na 6,10 zł). Magistrat reaguje natychmiastowym komunikatem PR-owym. Czytamy w nim wielkimi literami: NIE MA DECYZJI O PODNIESIENIU CENY. Nie ma rzekomo ustalonej daty. Takie stawki nie miały być przedmiotem oficjalnych uzgodnień.
I tu sprawa powinna się zakończyć. Tyle że to dopiero początek festiwalu urzędowej nowomowy.
Większa część tego rzekomego sprostowania to w rzeczywistości gotowy, przygotowany wpis pod tytułem: „Dlaczego znowu zamierzamy sięgnąć do waszych kieszeni”. Urzędnicy zgrabnie tłumaczą, że bilet kosztuje 4,60 zł już od pięciu lat. Przypominają o cenach prądu, które wystrzeliły o 65%. Ubolewają, że z biletów mają zaledwie drobną część miliardowego budżetu na transport miejski.
Interpretacja jest jasna: dzisiaj miasto twierdzi, że 6,10 zł „nie ma na stole”. Ale lista wymówek do wprowadzenia nowej, droższej taryfy jest już wydrukowana i czeka na odpowiedni moment.
Jedno jest pewne - miasto pogrywa sobie z mieszkańcami zamiast otwarcie mówić o swoich planach. Pytane o urabianie radnych - kręci by tylko się nie przyznać, że proces wprowadzania podwyżek już trwa. Znowu oszukują ludzi.
Urzędnikom przeszkadza, że w biletach przestał być najdroższy
Wrocław przez ostatni rok coraz głębiej sięga do kieszeni mieszkańców. Mamy najdroższe śmieci w Polsce, najdroższe ZOO, bardzo drogi aquapark, coraz droższe mieszkania komunalne, TBS-y i opłaty za wodę. Akurat w cenie biletów plasowaliśmy się w środku stawki. Tak się składa, że “genialny” pomysł urzędników przywróci Wrocławiowi zasłużone pierwsze miejsce na liście najdroższych miast do życia w Polsce.
Nie tak dawno Krakusi pogonili prezydenta Miszalskiego m.in. po tym, gdy podniósł mieszkańcom cenę biletu jednorazowego do rekordowych 6 zł. Urzędnicy wrocławscy najwyraźniej poczuli się zawstydzeni i postanowili przebić stolicę Małopolski. Nigdy nie było mowy o stawce 6,10 zł? To o jakiej była mowa? 6,20 zł? 6,30 zł?
Artykuł-uzasadnienie zamiast twardego sprostowania
To klasyczna, cyniczna strategia wrocławskiego Ratusza. Widzieliśmy to już dokładnie przy opłatach za wodę, wywóz śmieci, przy opłatach w TBS i czynszach komunalnych.
- Obietnice: Przed wyborami lub pod presją inicjatywy referendalnej obiecują, że nie podniosą i zrezygnują z kolesiostwa.
- Presja: Gdy pojawia się presja społeczna – twardo dementują plotki.
- Urabianie: Chwilę później zaczynają zakulisowe „konsultacje” z radnymi i głośno narzekają na rosnące koszty.
- Finał: Gdy tylko presja wyborów lub groźba referendum się oddala - gigantyczny rachunek i tak ląduje na stole wrocławian.
Jeśli urząd faktycznie przymierza się do podniesienia cen biletów, powinien zagrać z mieszkańcami w otwarte karty. Pokazać konkretne symulacje, wyliczyć własne oszczędności w miejskich spółkach czy wreszcie wyciąć ciepłe posadki bez konkursów dla politycznych spadochroniarzy. Zamiast tego serwuje nam zgraną płytę o tym, że „wszystko drożeje”.
Szkoda tylko, że w Ratuszu nie potrafią oszczędzać na kolesiach.
Pasażer płaci, pasażer wymaga (a dostaje figę z makiem)
Pasażer MPK nie dotuje abstrakcyjnego „transportu zbiorowego”. Płaci za konkretną usługę. Chce dojechać do pracy. Punktualnie. Szybko. Latem z włączoną klimatyzacją, a zimą w ogrzewanym, czystym wagonie.
Tymczasem mieszkańcy w sieci nie zostawiają na priorytetach miasta suchej nitki:
„Może mamy jedne z najwolniejszych tramwajów, ale za to teraz będą najdroższe” — ocenia gorzko Piotr. „Kpina! Całe miasto rozkopane, w remontach, nigdzie nie da się normalnie dojechać, a oni będą jeszcze ceny biletów podnosić...” — punktuje Ania. „Koszty utrzymania komunikacji może i rosną, ale byłoby na to utrzymanie więcej pieniędzy, gdyby nie wieczne wydawanie milionów na Śląsk Wrocław i ciepłe posadki urzędników” — trafia w samo sedno Klaudia.
Wrocławianin nie jest bankomatem bez dna. Rachunki za wodę, prąd i odpady drastycznie poszły w górę. Koszty życia w naszym mieście biją ogólnopolskie rekordy. Dlatego każda kolejna podwyżka cen biletów, która nie idzie w parze z żelazną poprawą jakości MPK, jest zwykłym pluciem wyborcom w twarz.
Najpierw rachunek dla władzy, potem dla mieszkańców
Dziś podwyżki rzekomo nie ma. Trzymamy urzędników za słowo.
Będziemy jednak patrzeć władzy na ręce, żeby za parę miesięcy nie okazało się, że „podwyżki niby nie było, ale radni właśnie przegłosowali nową taryfę”. Było tak przy podwyżkach opłaty za odpady (w 2022 roku - mieszkańcy dostali prezent pod choinkę, w tym - zmiany przepychano w sezonie urlopowym). Każdy mieszkaniec ma pełne prawo wiedzieć, ile dokładnie zapłaci za bilet, zanim urzędnicy i politycy przyklepią to w gronie partyjniaków i sługusów władzy, byle tylko opinia publiczna dowiedziała się ostatnia.
Obecna ekipa straciła moralne prawo do wyciągania ręki po nasze pieniądze, skoro najpierw sama nie potrafi gospodarnie zarządzać miastem. Rozwiązanie tego problemu nie leży w ciągłym podnoszeniu cen. Leży w przewietrzeniu Ratusza – i jeśli prezydent oraz rada miejska nie zejdą z drogi ciągłego drenażu naszych portfeli, wrocławianom pozostanie tylko jedna, twarda demokratyczna droga obrony swoich praw: referendum.
COFAMY PODWYŻKI: Wrocławska opozycja łączy siły by bronić mieszkańców
COFAMY PODWYŻKI: Wrocławska opozycja łączy siły by bronić mieszkańców
Zamiast drenowania kieszeni mieszkańców, żądają oszczędności w miejskich spółkach i ograniczenia kolesiostwa w zarządach. Przedstawiciele różnych opcji politycznych oraz organizacji obywatelskich we Wrocławiu ogłosili wspólnie start akcji „Cofamy podwyżki" – obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej mającej na celu zatrzymanie fali rosnących opłat komunalnych i wymuszenie oszczędności w wydatkach miasta począwszy od przywrócenia ceny opłaty za odpady komunalne do wysokości sprzed podwyżki, która weszła w życie w tym miesiącu.
Spirala podwyżek nie zwalnia
Jak podkreślali uczestnicy konferencji prasowej, Wrocław zmienia się w jedno z najdroższych miast w Polsce. Od września wrocławianie płacą wyższe opłaty za zagospodarowanie odpadów komunalnych. Wcześniej podniesiono czynsz w mieszkaniach komunalnych TBS, opłaty za wodę, a także ceny wstępu do Aquaparku i Wrocławskiego Ogrodu Zoologicznego. W kuluarach pojawia się również możliwość wzrostu cen biletów komunikacji miejskiej (MPK).
– Zanim miasto sięgnie głębiej do kieszeni mieszkańców, powinno najpierw poszukać oszczędności u siebie – otwierając konferencję powiedział Piotr Uhle, radny Rady Miejskiej Wrocławia i przedstawiciel SOS Wrocław. Inicjatywa ma być odpowiedzią na politykę podnoszenia opłat „w sytuacji, gdy nie zostały wykorzystane wszystkie możliwości ograniczenia wydatków miasta".
Deficyt strukturalny i aparatów administracyjny
Łukasz Kasztelowicz (PiS) wskazał na poważne problemy finansowe miasta. Selon jego oceny, Wrocław zmaga się z deficytem w wydatkach bieżących, co grozi negatywną opinią Regionalnej Izby Obrachunkowej (RIO). Całą sytuację komplikuje – zdaniem radnego – rozrost administracji i mnożenie stanowisk w spółkach komunalnych.
– Miasto nie ma z czego pokryć deficytu, dlatego idzie po linii najmniejszego oporu i sięga do kieszeni mieszkańców – zaznaczył Kasztelowicz.
Posłanka Marta Stożek (Razem) podkreśliła, że „przerost stanowisk politycznych" w miejskich instytucjach i spółkach jest powszechnym problemem w Polsce. – Samorząd ma możliwość ograniczania wydatków niezależnie od decyzji podejmowanych na szczeblu centralnym – mówiła.
Koniec z kolesiostwem – jednoosobowe zarządy i odchudzone rady nadzorcze spółek
Skąd wziąć pieniądze na cofnięcie podwyżek? Centralnym postulatem inicjatywy jest radykalne odchudzenie zarządów miejskich spółek. Marek Zalewski (SOS Wrocław) przedstawił konkretne liczby: członkowie zarządów w spółkach takich jak MPWiK, ARAW, Wrocławskie Inwestycje czy Wrocławskie Mieszkania zarabiają od 20 do 50 tys. zł miesięcznie, a dodatkowo otrzymują nagrody sięgające nawet 100 tys. zł rocznie.
Inicjatorzy domagają się:
- Jednoosobowych zarządów wspieranych przez dyrektorów operacyjnych zamiast wieloosobowych kolegiów
- Zmniejszenia rad nadzorczych do ustawowego minimum trzech członków
- Wyeliminowania tzw. „nominatów partyjnych" z ról zarządczych
– Kolesie równa się drożyzna. Gdzie się pojawiają kolesie, tam jest drożej – podsumował Piotr Uhle, wskazując na przykłady Ekosystemu, ZOO, MPWiK i Aquaparku, gdzie wzrost kosztów koreluje ze zmianami personelu kierowniczego. Wskazał również na informacje medialne o szykowanej podwyżce cen biletów na komunikację zbiorową o 30%. Tam również szerzy się kolesiostwo - specjalny stołek w zarządzie stworzono dla politycznego spadu - odwołanej wiceprezydent Wrocławia, Renaty Granowskiej.
Wymiar społeczny – ochrona najsłabszych
Ewa Kamińska (Wspólne Jutro / SOS Wrocław) zwróciła uwagę na aspekt społeczny podwyżek. Podkreśliła, że wzrost opłat za odpady uderzy przede wszystkim w osoby o niskich dochodach, dla których wydatek ten może stanowić znaczną część domowego budżetu.
– Nie może być tak, że chwalimy się największym budżetem, a równocześnie sięgamy głębiej do kieszeni wrocławian – apelowała. Domagała się realnego, dostępnego pakietu osłonowego opartego na kryterium dochodowym oraz konkretnego planu odzyskania kontroli nad gospodarką odpadami.
Nowa Fala włącza się do akcji
Do inicjatywy przyłączyło się również stowarzyszenie Nowa Fala. Anna Kalkowska-Kuchta, sekretarz generalna organizacji, zapowiedziała mobilizację struktur swojego środowiska.
– Będziemy działać w tej sprawie jednym głosem – wraz z PiS, Partią Razem i SOS Wrocław – zadeklarowała.
Zbiórka podpisów startuje od jutra
Podpisy pod inicjatywami mające doprowadzić do zmian uchwał będą zbierane w:
- biurze poselskim Marty Stożek (Razem)
- biurach Prawa i Sprawiedliwości
- biurze Nowej Fali (od poniedziałku)
- podczas weekendowych akcji na targowiskach przy ul. Jemiołowej, Komandorskiej, na Dworcu Świebodzkim i przy Młynie
Organizatorzy zapowiadają regularną informację o liczbie zebranych podpisów i kolejnych etapach akcji.
Ponadpartyjny apel
Apel do Prezydenta Sutryka i ratusza jest jednoznaczny: zatrzymać podwyżki bez wcześniejszych radykalnych oszczędności w funkcjonowaniu Urzędu Miasta i spółek komunalnych.
W konferencji uczestniczyli:
- Piotr Uhle – Radny Rady Miejskiej Wrocławia (SOS Wrocław)
- Marta Stożek – Posłanka na Sejm RP (Partia Razem)
- Łukasz Kasztelowicz – Radny Rady Miejskiej Wrocławia (Prawo i Sprawiedliwość)
- Anna Kalkowska-Kuchta – Sekretarz Generalna (Nowa Fala)
- Ewa Kamińska – Wspólne Jutro / SOS Wrocław
- Marek Zalewski – SOS Wrocław
Materiały prasowe dostępne na stronach organizacji lub u organizatorów akcji.
Lokalna społeczność wygrała z partyjną machiną. Czy Wrocław pójdzie śladem Sobótki?
Lokalna społeczność wygrała z partyjną machiną. Czy Wrocław pójdzie śladem Sobótki?
Mieszkańcy nie dali się kupić. Klęska partyjnej machiny
Brylowanie na salonach zamiast pracy w terenie
Wygrana radnej z sąsiedztwa
Czas na audyt i realizację obietnic
Czy Wrocław stać na powtórkę?
Chcesz zaangażować się w zmiany we Wrocławiu?
Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocławianie płacą rachunek
Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocław płaci rachunek
Piotr Uhle
Prezydent Wrocławia i jego pierwszy zastępca w ciągu roku pokonali w delegacjach dystans, który pozwoliłby pięciokrotnie okrążyć kulę ziemską. Skokowy wzrost wydatków na zagraniczne wojaże zbiegł się z postawieniem Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa. Mieliśmy w ratuszu nielegalny komis, mieliśmy studio produkcji porno – dziś odnaleźliśmy biuro podróży.
Gdyby połączyć w jedną trasę wszystkie delegacje Jacka Sutryka i Jakuba Mazura z ostatnich kilkunastu miesięcy, wyszłoby ponad 221 tysięcy kilometrów – to więcej niż pięć okrążeń Ziemi po równiku. Sami to policzyliśmy, kilometr po kilometrze, na podstawie oficjalnych zestawień przekazanych przez Urząd Miejski Wrocławia.
Biuro podróży zamiast ratusza
Jacek Sutryk został zatrzymany przez CBA w listopadzie 2024 roku i usłyszał cztery zarzuty – jeden korupcyjny, trzy oszustwa – w związku z aferą fałszywych dyplomów Collegium Humanum. Rok 2025, pierwszy pełny rok od tego zatrzymania, okazał się dla urzędu rekordowy pod względem wydatków na delegacje: ponad milion złotych, więcej niż w jakimkolwiek innym roku od 2018. Licząc od grudnia 2018 do sierpnia 2026 roku, Urząd Miejski Wrocławia wydał na krajowe i zagraniczne podróże służbowe blisko 4,3 miliona złotych.
Absolutnymi liderami w liczbie i długości wyjazdów są sam prezydent oraz jego najbliższy polityczny współpracownik, wiceprezydent Jakub Mazur. Sutryk odbył w analizowanym okresie 30 delegacji (104 tysiące km w obie strony), Mazur – aż 40 (117,5 tysiąca km). To więcej niż wszyscy pozostali wiceprezydenci razem wzięci.
Dokąd jeżdżą prezydent i wiceprezydent
W oczy rzucają się wyjazdy, co do których trudno znaleźć realne uzasadnienie proporcjonalne do ich kosztu i odległości:
- Chicago – Charlotte – Vancouver (Sutryk i Mazur razem, 8 dni) – oficjalnie: spotkania z Polonią, obchody 235-lecia Konstytucji 3 Maja, spotkanie z władzami Charlotte i „globalna konferencja technologiczno-finansowa”. Sama ta jedna delegacja to ponad 20 tysięcy kilometrów w obie strony.
- Stambuł i Tokio (Sutryk i Mazur razem, osobno) – oficjalny cel: „inspekcja procesu produkcji autobusów” dla MPK. Nie wiadomo, jakie kompetencje techniczne w ocenie linii produkcyjnych autobusów posiadają prezydent miasta i jego zastępca.
- Helsinki – szkolenie „architektura bezpieczeństwa – projektowanie i zarządzanie nowoczesną infrastrukturą schronową”, w którym osobiście uczestniczyli i prezydent, i wiceprezydent.
- Batumi – wizyta w gruzińskim mieście partnerskim, zorganizowana przez marszałka województwa, w której uczestniczyli obaj.
- Barcelona i Madryt (Mazur, wielokrotnie) – m.in. udział w „platformie wspierającej odzyskiwanie nadwyżek jedzenia w koncepcie zero waste”.
Jakie konkretne korzyści udało się dzięki tym wyjazdom załatwić dla Wrocławia? Na odpowiedzi w tym zakresie nadal czekamy.
Sprawdź szczegóły: CZĘŚĆ 1, CZĘŚĆ 2.
Bal mistrzów sportu, maraton w Walencji i inne wycieczki kierownictwa
Lista dziwnych wyjazdów nie kończy się na dwóch najważniejszych osobach w mieście. Dyrektor departamentu Damian Żołędziewski pojechał do Warszawy na Bal Mistrzów Sportu – „w imieniu Jacka Sutryka”. Wiceprezydent Renata Granowska odbyła czterodniową delegację zagraniczną do Walencji, gdzie – jak wprost napisano w celu podróży – by wziąć udział w 34. edycji półmaratonu Valencia. Do tego dochodzą: kilkanaście osób z kierownictwa urzędu wysłanych osobno na to samo Forum Ekonomiczne w Karpaczu, czy regularne wyjazdy służbowe by brać udział w wydarzeniach politycznych, np. stowarzyszenia TAK! Dla Polski czy Campus Polska.
Skarbnik ubolewa nad kondycją budżetu, ale kasa się znajduje
Uderza fakt, że w mieście, w którym każdą złotówkę powinniśmy oglądać dwa razy, tak lekką ręką wydaje się pieniądze podatników. Skarbnik na lipcowej sesji Rady Miejskiej przedstawiał, jak trudna jest sytuacja budżetu Wrocławia. Miasto sięga coraz głębiej do kieszeni mieszkańców – podwyżki za śmieci, za wodę, za mieszkania komunalne, za bilety do zoo i aquaparku – a tu takie kwiatki.
„Ważniejsze rzeczy na głowie” Sutryka. Podróże?
W czwartek w Radio Rodzina Jacek Sutryk tłumaczył, że nie ma ochoty rozmawiać z radnymi o przyspieszeniu tramwajów, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. To postawa, którą prezentuje od dłuższego czasu wobec Rady Miejskiej Wrocławia. Trudno dostrzec go w trakcie obrad sesji, nie pojawia się na komisjach. W ostatnim czasie coraz rzadziej prowadzi też Kolegium Prezydenta. Jakie ma zatem ważniejsze rzeczy na głowie?
Wychodzi na to, że głównie podróżowanie. Od kiedy zrozumiał, że politycznie nie ma już przyszłości – realnie abdykował. Nie rządzi i nie panuje. Zamiast tego wyciska ostatnią kroplę soku z owocu, jakim jest Miasto Wrocław. Nie obchodzi go, co i kto z Wrocławiem będzie robił – byle do następnej wypłaty, byle do następnej wycieczki. Mafia śmieciowa i koalicja deweloperska szaleją pod nosem. Kolesie, partyjniacy i działacze sportowi rozszarpują to, co jeszcze zostało w mieście do podzielenia. A Jacek Placek bierze pod rękę Kubusia Wędrowniczka i lecą na koniec świata.
Łódź i Warszawa już to przerabiały
Wrocław nie byłby pierwszym miastem, w którym zamiłowanie prezydenta do podróży kończy się politycznym trzęsieniem ziemi. Prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki w czasie swojej kadencji wyjeżdżał służbowo za granicę 168 razy, a wydatki na jego podróże i podróże urzędników sięgnęły w jednym roku 860 tysięcy złotych, z planem na kolejny rok idącym w milion. Zamiłowanie prezydenta do zwiedzania świata było jedną z przyczyn, dla których mieszkańcy doprowadzili do referendum w sprawie jego odwołania.
W Warszawie temat wracał przy okazji krytyki Rafała Trzaskowskiego – politycy opozycji wyliczali, że prezydent stolicy odbył w trakcie kadencji 51 delegacji zagranicznych i 30 krajowych, komentując: „planeta płonie, a Rafał Trzaskowski lata dookoła Ziemi”. Mieszkańcy chwilę temu ogłosili, że zebrali już ponad 100 000 podpisów za odwołaniem prezydenta Warszawy. We Wrocławiu mamy dokładnie ten sam mechanizm – tylko że tu prezydentowi towarzyszą jeszcze poważne zarzuty prokuratorskie.
Jedyna droga to referendum
Jak długo mieszkańcy będą to znosić? Marnowanie Wrocławia, by zaspokoić potrzeby wąskiej grupy kolesi pasących się na niszczeniu miasta i grabieniu wrocławian? Sami z własnej woli z funkcji nie odejdą. Jedyną drogą pozostaje referendum.
Do sprawy będziemy jeszcze wracać.
Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina
Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina
W niedzielę, 20 września, mieszkańcy gminy Sobótka zdecydują, kto przez najbliższe dwa i pół roku będzie kierował urzędem. To starcie, które wykracza poza lokalne podwórko – bo choć na kartach wyborczych znajdą się dwa nazwiska, w tle rozgrywa się coś więcej: pytanie, czy niezależna, oddolna polityka jest w stanie przebić się przez zorganizowaną machinę partyjną.
Wyniki, które dają do myślenia
Pierwsza tura należała do Marceli Hryniak-Bereżnickiej, radnej miejskiej i jednej z twarzy inicjatywy referendalnej sprzed lat, która zebrała ponad 36% głosów – blisko 1500 poparć. Grzegorz Waksmundzki, kandydat związany ze środowiskiem Koalicji Obywatelskiej, uzyskał około 28%. Trzecie miejsce zajął Mateusz Jędra, emerytowany sztangista i działacz sportowy z ponad 900 głosami – i to właśnie jego poparcie dla Waksmundzkiego w sztabie KO przyjęto z ulgą, bo teoretycznie domyka drugiej turze arytmetykę.
Teoretycznie. Bo druga tura rządzi się własnymi prawami, a mobilizacja elektoratu wokół kandydatki niezależnej bywa trudniejsza do przewidzenia niż proste sumowanie głosów.
Dwie różne opowieści o samorządzie
Hryniak-Bereżnicka konsekwentnie unika wielkich obietnic. W swoich wypowiedziach podkreśla, że priorytetem jest uporządkowanie pracy urzędu, przygotowanie budżetu na 2027 rok, kontynuacja rozpoczętych inwestycji oraz decyzje dotyczące oczyszczalni ścieków i jakości wody. To język praktyka, nie showmana – i sama przyznaje, że nie chce obiecywać „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Deklaruje też zmianę stylu zarządzania: jawny kalendarz burmistrza, koniec z zamkniętymi spotkaniami, równe traktowanie wszystkich radnych niezależnie od tego, czy są „swoi”, czy „obcy”.
Po drugiej stronie stoi kandydat wspierany przez pełną strukturę partyjną – zaangażowali się w kampanię zarówno radni gminni i miejscy, jak i politycy szczebla regionalnego. To zresztą jeden z wątków, które wracają w lokalnej debacie: skala billboardów i banerów kandydata KO w całej gminie budzi pytania o źródła finansowania kampanii, a sama jej intensywność stała się tematem komentarzy mieszkańców.
Każdy wyborca musi również zadać sobie pytanie czy obiecywany niekończący się strumień państwowych i wojewódzkich pieniędzy, który ma iść za kandydatem partii władzy ma szansę się urzeczywistnić. Pamiętajmy o nieoficjalnym zawołaniu tej formacji: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.
Debata, której nie będzie
Symbolicznym elementem ostatnich dni kampanii stał się spór o formułę debaty. Hryniak-Bereżnicka zadeklarowała pełną dostępność na spotkanie z bezpośrednim udziałem mieszkańców – z wyjątkiem piątkowego wieczoru. Kontrkandydat, mimo wcześniejszego przyjęcia zaproszenia, nie znalazł czasu w kalendarzu. Ostatecznie odbędzie się jedynie debata radiowa, ze zdalnie przesyłanymi pytaniami słuchaczy – bez bezpośredniej konfrontacji z wyborcami na sali.
Co mówią komentarze
Lokalna dyskusja internetowa wokół wyborów jest, jak to zwykle bywa, mocno spolaryzowana – część głosów sprowadza się do anonimowych przytyków partyjnych i niepotwierdzonych plotek, inne bezpośrednio stawiają pytanie, komu i dlaczego opłaca się utrzymanie status quo w gminie. Powtarzającym się motywem jest sprzeciw wobec „upartyjnienia” stanowiska burmistrza i obawa, że zwycięstwo kandydata KO oznaczać będzie powrót dawnych układów – tylko w nowej odsłonie. Z drugiej strony pojawiają się głosy podważające kompetencje kandydatki niezależnej i przypominające jej dotychczasowe zaangażowanie społeczne jako atut, nie przeszkodę.
Stawka na niedzielę
Dla Koalicji Obywatelskiej ta druga tura to gra o coś więcej niż jeden fotel burmistrza – to test siły partyjnej struktury w mniejszej gminie, gdzie dotąd rządziły bardziej lokalne układy niż centralowa polityka. Dla mieszkańców Sobótki to z kolei pytanie, czy warto dać kredyt zaufania kandydatce, która nie ma za sobą partyjnego zaplecza, ale ma za to kilkuletnią historię pracy u podstaw – i czy chcą przełamać schemat, w którym o władzy lokalnej decydują bilbordy i partyjny desant, a nie codzienna, żmudna praca w radzie.
Rozstrzygnie się również pytanie czy mieszkańcy postawią kropkę nad “i” oraz dokonają prawdziwej, obywatelskiej zmiany we własnej gminie.
Wybory odbędą się w najbliższą niedzielę.
264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
Grażyna Wilk
Wrocław jest jednym z największych grantodawców organizacji pozarządowych w Polsce. W 2025 roku na dotacje dla NGO przeznaczył 264,8 mln zł. Rok wcześniej było to ponad 240 mln zł, a w 2023 roku 221,7 mln zł. Każdego roku miasto zawiera ponad 1100 umów na realizację zadań publicznych. Skala tej współpracy należy do największych w kraju. Problem w tym, że system sprawozdawczości praktycznie nie pozwala odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: jaki efekt społeczny przyniosło wydanie tych pieniędzy.
Przeanalizowaliśmy sprawozdania z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za lata 2023, 2024 i 2025 oraz obowiązującą Politykę współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, przyjętą uchwałą nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 roku. Zestawiliśmy sposób raportowania wyników z rekomendacjami zawartymi w raporcie zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierunkiem Aldony Wiktorskiej-Święckiej, Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024 (UWr / Fundacja Umbrella, 2025), oraz z podejściem do ewaluacji polityk publicznych opisywanym przez OECD w raporcie Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation (2024).
Pytanie było jedno. Czy na podstawie miejskich sprawozdań można ocenić skuteczność wydatkowania ponad ćwierć miliarda złotych rocznie? Odpowiedź nie jest oczywista na pierwszy rzut oka, ale analiza prowadzi do jednoznacznego wniosku: nie można.
Miasto szczegółowo opisuje skalę działań
Sprawozdania z realizacji Programu współpracy to obszerne dokumenty. Zawierają informacje o liczbie ogłoszonych konkursów, zawartych umowach, wysokości przekazanych dotacji oraz realizowanych zadaniach w podziale na obszary polityki miejskiej, od pomocy społecznej, przez kulturę i sport, po ekologię i prawa człowieka. W poszczególnych obszarach przedstawiane są dane dotyczące liczby odbiorców, wydarzeń, godzin usług czy uczestników projektów.
Tego typu informacje są potrzebne. Pozwalają odpowiedzieć na pytania: ile pieniędzy wydano, ilu wykonawców realizowało zadania, ilu mieszkańców objęto wsparciem, jaką skalę miały poszczególne działania. Są to jednak wyłącznie wskaźniki opisujące zakres realizacji zadania, a nie jego skuteczność. Miasto pokazuje więc bardzo dokładnie, co zostało zrobione. Znacznie rzadziej pokazuje, co dzięki temu się zmieniło.
Między produktem a rezultatem istnieje zasadnicza różnica
W ewaluacji polityk publicznych od dawna rozróżnia się kilka poziomów oceny działań. Najprostszy dotyczy nakładów finansowych, czyli tego, ile pieniędzy przeznaczono na dany cel. Kolejny opisuje produkty, czyli bezpośrednie, policzalne rezultaty wykonania zadania: liczbę uczestników, szkoleń, porad, wydarzeń, posiłków, godzin usług.
Dopiero następne poziomy dotyczą rezultatów i wpływu społecznego. Pytają nie o to, ile osób wzięło udział w projekcie, lecz czy dzięki temu poprawiła się ich sytuacja życiowa. Czy osoba bezdomna wyszła z bezdomności. Czy nastolatek objęty wsparciem psychologicznym rzadziej trafia potem do szpitala. Czy mieszkaniec osiedla, który wziął udział w warsztatach aktywizujących, faktycznie zaangażował się później w życie wspólnoty. OECD wskazuje, że dopiero ten etap pozwala realnie ocenić skuteczność polityk publicznych i podejmować świadome decyzje o dalszym finansowaniu poszczególnych rozwiązań, zamiast kontynuować je z bezwładu.
Analiza wrocławskich sprawozdań pokazuje, że dominują w nich informacje z pierwszych dwóch poziomów: nakładów i produktów. Znacznie trudniej znaleźć dane pozwalające ocenić trwałą zmianę społeczną wywołaną realizowanymi projektami. W setkach stron sprawozdań za trzy kolejne lata nie natrafiliśmy na przykład systematycznego pomiaru rezultatu, który wykraczałby poza policzenie tego, co się wydarzyło.
Co z tego wynika
Nie oznacza to automatycznie, że projekty finansowane przez miasto są nieskuteczne. Wiele wrocławskich organizacji pozarządowych wykonuje wartościową, często bardzo trudną pracę, nierzadko łatając dziury w niewydolnym systemie opieki państwowej i samorządowej.
Oznacza to coś innego. Na podstawie obowiązującego systemu sprawozdawczości nie da się tego ocenić. Jeżeli w obszarze przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu raportowana jest liczba osób objętych pomocą, nie wiemy, ilu spośród nich dzięki tej pomocy faktycznie się usamodzielniło. Jeżeli raportowana jest liczba wydarzeń obywatelskich, nie wiemy, czy przełożyły się one na trwały wzrost aktywności mieszkańców, czy skończyły się razem z ostatnim spotkaniem. Jeżeli sprawozdanie obejmuje liczbę godzin usług opiekuńczych, nie wiemy, czy realnie poprawiły one jakość życia odbiorców, czy jedynie wypełniły wymaganą liczbę godzin w kosztorysie.
To nie jest problem pojedynczego programu, pojedynczej dzielnicy ani pojedynczej organizacji. To cecha całego systemu raportowania, powtarzająca się konsekwentnie we wszystkich trzech analizowanych latach.
Dlaczego system mierzy to, co łatwe, a nie to, co ważne
Przyczyny takiego stanu rzeczy są systemowe, nie osobowe. Nie wynikają ze złej woli konkretnych urzędników czy organizacji, tylko z logiki, w jakiej cały mechanizm został zaprojektowany.
Po pierwsze, logika prawna i administracyjna. Umowy o dofinansowanie wymagają rozliczenia formalnego: czy środki wydano zgodnie z celem, czy dokumentacja jest kompletna, czy dotrzymano terminów. Takie rozliczenie chroni przed niegospodarnością w sensie księgowym. Nie chroni jednak przed nieskutecznością. System nagradza poprawność proceduralną, a nie skuteczność społeczną.
Po drugie, koszty i kompetencje. Pomiar efektów społecznych jest trudniejszy i droższy niż liczenie godzin czy beneficjentów. Wymaga metodologii, na przykład teorii zmiany albo badań porównawczych, danych wyjściowych sprzed interwencji oraz czasu, by ocenić efekt długoterminowy. Jak wynika z raportu Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024 (Stowarzyszenie Klon/Jawor, Fundacja Batorego), większość polskich organizacji, zwłaszcza mniejszych, po prostu nie dysponuje takimi zasobami. Miasto również nie buduje ich systematycznie po swojej stronie. Łatwiej więc zbierać to, co proste do policzenia.
Po trzecie, interesy obu stron układają się w system wzajemnego potwierdzania. Dla urzędu sprawozdania ilościowe są dowodem aktywności: wydaliśmy, zrealizowaliśmy, objęliśmy wsparciem. Dla organizacji są dowodem, że wywiązały się z umowy i mogą ubiegać się o kolejne środki w następnym konkursie. System staje się samowystarczalny. Pieniądze płyną, umowy są podpisywane, sprawozdania składane i przyjmowane. Pytanie „czy to działa” nie pojawia się, bo formalnie nikt nie jest zobowiązany go zadać.
Po czwarte, kultura zarządzania publicznego. Wrocław, podobnie jak wiele polskich miast, wciąż funkcjonuje w paradygmacie wydawania środków, a nie osiągania rezultatów. Raport OECD z 2024 roku pokazuje, że dojrzałe systemy współpracy z sektorem społecznym coraz częściej przechodzą na model oparty na pomiarze wpływu i finansowaniu zorientowanym na cel, a nie na sam fakt realizacji działania. Polska, a wraz z nią Wrocław, wciąż pozostaje w tyle za tą transformacją.
Raport, który miasto samo zamówiło
Dowodem na to, że w samym Urzędzie Miejskim istnieje świadomość tych ograniczeń, jest wspomniany już raport zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024. Badacze przeanalizowali dwie dekady relacji między Ratuszem a trzecim sektorem i wskazali, że system ewoluował od prostych konkursów ofert do bardziej złożonych form partnerstwa. Jednocześnie utrwalił się model, w którym miasto finansuje działalność, a organizacje dostarczają usługi i sprawozdania z ich realizacji. Zabrakło natomiast pętli zwrotnej opartej na wiedzy o wpływie, czyli mechanizmu, który pozwalałby wykorzystać zebrane doświadczenia do poprawy kolejnych edycji programu.
Raport zawiera konkretne rekomendacje ewaluacyjne. To, czy zostaną wdrożone, zależy od decyzji politycznej, a nie od dostępności wiedzy. Wiedza już istnieje, sfinansowana zresztą przy udziale podmiotów współpracujących z samym miastem.
Co można zrobić inaczej
Alternatywy dla obecnego modelu nie są ani tajemnicą, ani wynalazkiem teoretycznym. Część z nich wynika wprost z rekomendacji raportu Uniwersytetu Wrocławskiego, część z doświadczeń międzynarodowych opisanych przez OECD.
Można wprowadzić obowiązkowe elementy pomiaru wpływu w większych konkursach, traktowane nie jako kolejny biurokratyczny wymóg, lecz jako narzędzie uczenia się na przyszłość. Można finansować badania ewaluacyjne prowadzone niezależnie od grantobiorców, tak by ocena nie była sporządzana przez tego, kto sam siebie ocenia. Można budować systemy danych otwartych o problemach społecznych i efektach poszczególnych interwencji, dostępne dla mieszkańców i radnych, a nie zamknięte w wewnętrznych bazach urzędu. Można eksperymentować z modelami finansowania powiązanego z wynikami w wybranych, dobrze zdefiniowanych obszarach. Można wreszcie, tak jak sugeruje OECD, odchodzić od czysto konkursowego modelu rocznych umów na rzecz dłuższych partnerstw opartych na jasno określonej misji i mierzalnych celach, zamiast rozdrabniać środki na dziesiątki niewielkich, powtarzalnych z roku na rok zadań.
Żadne z tych rozwiązań nie jest proste do wdrożenia. Wszystkie wymagają woli politycznej, kompetencji analitycznych i czasu. Alternatywą jest jednak kontynuacja obecnego stanu rzeczy: 264 miliony złotych rocznie, ponad 1100 umów, setki stron sprawozdań i wciąż ten sam brak odpowiedzi na podstawowe pytanie, czy to wszystko działa.
System, który nie wie, czy działa
Wrocławski system współpracy z organizacjami pozarządowymi nie jest wadliwy z powodu złych intencji po żadnej ze stron. Jest wadliwy, bo od lat jest zaprojektowany do produkowania aktywności, a nie do produkowania wiedzy o zmianie. Generuje dane, które dobrze wyglądają w tabelach i podsumowaniach. Nie generuje wiedzy, która pozwalałaby podejmować lepsze decyzje w kolejnym roku.
Mieszkańcy Wrocławia mają prawo wiedzieć, czy 264,8 mln zł wydane w 2025 roku, a wcześniej 221,7 mln zł w 2023 roku, rzeczywiście poprawia sytuację najsłabszych, wzmacnia wspólnoty lokalne i buduje aktywność obywatelską, czy jedynie podtrzymuje istniejący od lat sposób funkcjonowania trzeciego sektora we Wrocławiu. Obecny system sprawozdawczości na to pytanie po prostu nie odpowiada. I dopóki się to nie zmieni, kolejne ponad 1100 umów rocznie będzie przede wszystkim dowodem na to, że miasto potrafi sprawnie wydawać pieniądze, a nie na to, że potrafi rzetelnie rozwiązywać problemy, na które te pieniądze mają odpowiadać.
Bibliografia i źródła:
- Sprawozdanie z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za rok 2023, 2024, 2025, UM Wrocław
- Polityka współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, uchwała nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 r.
- Wiktorska-Święcka A. i in., Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024, UWr / Fundacja Umbrella, Wrocław 2025
- Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024, Stowarzyszenie Klon/Jawor / Fundacja Batorego, Warszawa 2025
- OECD, Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation, OECD Publishing, Paris 2024
Fot. Oleksandr Poliakovsky/www.wroclaw.pl











