Lokalna społeczność wygrała z partyjną machiną. Czy Wrocław pójdzie śladem Sobótki?
Lokalna społeczność wygrała z partyjną machiną. Czy Wrocław pójdzie śladem Sobótki?
Mieszkańcy nie dali się kupić. Klęska partyjnej machiny
Brylowanie na salonach zamiast pracy w terenie
Wygrana radnej z sąsiedztwa
Czas na audyt i realizację obietnic
Czy Wrocław stać na powtórkę?
Chcesz zaangażować się w zmiany we Wrocławiu?
Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocławianie płacą rachunek
Pięć razy dookoła Ziemi. Sutryk i Mazur latają, Wrocław płaci rachunek
Piotr Uhle
Prezydent Wrocławia i jego pierwszy zastępca w ciągu roku pokonali w delegacjach dystans, który pozwoliłby pięciokrotnie okrążyć kulę ziemską. Skokowy wzrost wydatków na zagraniczne wojaże zbiegł się z postawieniem Jackowi Sutrykowi zarzutów korupcji i oszustwa. Mieliśmy w ratuszu nielegalny komis, mieliśmy studio produkcji porno – dziś odnaleźliśmy biuro podróży.
Gdyby połączyć w jedną trasę wszystkie delegacje Jacka Sutryka i Jakuba Mazura z ostatnich kilkunastu miesięcy, wyszłoby ponad 221 tysięcy kilometrów – to więcej niż pięć okrążeń Ziemi po równiku. Sami to policzyliśmy, kilometr po kilometrze, na podstawie oficjalnych zestawień przekazanych przez Urząd Miejski Wrocławia.
Biuro podróży zamiast ratusza
Jacek Sutryk został zatrzymany przez CBA w listopadzie 2024 roku i usłyszał cztery zarzuty – jeden korupcyjny, trzy oszustwa – w związku z aferą fałszywych dyplomów Collegium Humanum. Rok 2025, pierwszy pełny rok od tego zatrzymania, okazał się dla urzędu rekordowy pod względem wydatków na delegacje: ponad milion złotych, więcej niż w jakimkolwiek innym roku od 2018. Licząc od grudnia 2018 do sierpnia 2026 roku, Urząd Miejski Wrocławia wydał na krajowe i zagraniczne podróże służbowe blisko 4,3 miliona złotych.
Absolutnymi liderami w liczbie i długości wyjazdów są sam prezydent oraz jego najbliższy polityczny współpracownik, wiceprezydent Jakub Mazur. Sutryk odbył w analizowanym okresie 30 delegacji (104 tysiące km w obie strony), Mazur – aż 40 (117,5 tysiąca km). To więcej niż wszyscy pozostali wiceprezydenci razem wzięci.
Dokąd jeżdżą prezydent i wiceprezydent
W oczy rzucają się wyjazdy, co do których trudno znaleźć realne uzasadnienie proporcjonalne do ich kosztu i odległości:
- Chicago – Charlotte – Vancouver (Sutryk i Mazur razem, 8 dni) – oficjalnie: spotkania z Polonią, obchody 235-lecia Konstytucji 3 Maja, spotkanie z władzami Charlotte i „globalna konferencja technologiczno-finansowa”. Sama ta jedna delegacja to ponad 20 tysięcy kilometrów w obie strony.
- Stambuł i Tokio (Sutryk i Mazur razem, osobno) – oficjalny cel: „inspekcja procesu produkcji autobusów” dla MPK. Nie wiadomo, jakie kompetencje techniczne w ocenie linii produkcyjnych autobusów posiadają prezydent miasta i jego zastępca.
- Helsinki – szkolenie „architektura bezpieczeństwa – projektowanie i zarządzanie nowoczesną infrastrukturą schronową”, w którym osobiście uczestniczyli i prezydent, i wiceprezydent.
- Batumi – wizyta w gruzińskim mieście partnerskim, zorganizowana przez marszałka województwa, w której uczestniczyli obaj.
- Barcelona i Madryt (Mazur, wielokrotnie) – m.in. udział w „platformie wspierającej odzyskiwanie nadwyżek jedzenia w koncepcie zero waste”.
Jakie konkretne korzyści udało się dzięki tym wyjazdom załatwić dla Wrocławia? Na odpowiedzi w tym zakresie nadal czekamy.
Sprawdź szczegóły: CZĘŚĆ 1, CZĘŚĆ 2.
Bal mistrzów sportu, maraton w Walencji i inne wycieczki kierownictwa
Lista dziwnych wyjazdów nie kończy się na dwóch najważniejszych osobach w mieście. Dyrektor departamentu Damian Żołędziewski pojechał do Warszawy na Bal Mistrzów Sportu – „w imieniu Jacka Sutryka”. Wiceprezydent Renata Granowska odbyła czterodniową delegację zagraniczną do Walencji, gdzie – jak wprost napisano w celu podróży – by wziąć udział w 34. edycji półmaratonu Valencia. Do tego dochodzą: kilkanaście osób z kierownictwa urzędu wysłanych osobno na to samo Forum Ekonomiczne w Karpaczu, czy regularne wyjazdy służbowe by brać udział w wydarzeniach politycznych, np. stowarzyszenia TAK! Dla Polski czy Campus Polska.
Skarbnik ubolewa nad kondycją budżetu, ale kasa się znajduje
Uderza fakt, że w mieście, w którym każdą złotówkę powinniśmy oglądać dwa razy, tak lekką ręką wydaje się pieniądze podatników. Skarbnik na lipcowej sesji Rady Miejskiej przedstawiał, jak trudna jest sytuacja budżetu Wrocławia. Miasto sięga coraz głębiej do kieszeni mieszkańców – podwyżki za śmieci, za wodę, za mieszkania komunalne, za bilety do zoo i aquaparku – a tu takie kwiatki.
„Ważniejsze rzeczy na głowie” Sutryka. Podróże?
W czwartek w Radio Rodzina Jacek Sutryk tłumaczył, że nie ma ochoty rozmawiać z radnymi o przyspieszeniu tramwajów, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. To postawa, którą prezentuje od dłuższego czasu wobec Rady Miejskiej Wrocławia. Trudno dostrzec go w trakcie obrad sesji, nie pojawia się na komisjach. W ostatnim czasie coraz rzadziej prowadzi też Kolegium Prezydenta. Jakie ma zatem ważniejsze rzeczy na głowie?
Wychodzi na to, że głównie podróżowanie. Od kiedy zrozumiał, że politycznie nie ma już przyszłości – realnie abdykował. Nie rządzi i nie panuje. Zamiast tego wyciska ostatnią kroplę soku z owocu, jakim jest Miasto Wrocław. Nie obchodzi go, co i kto z Wrocławiem będzie robił – byle do następnej wypłaty, byle do następnej wycieczki. Mafia śmieciowa i koalicja deweloperska szaleją pod nosem. Kolesie, partyjniacy i działacze sportowi rozszarpują to, co jeszcze zostało w mieście do podzielenia. A Jacek Placek bierze pod rękę Kubusia Wędrowniczka i lecą na koniec świata.
Łódź i Warszawa już to przerabiały
Wrocław nie byłby pierwszym miastem, w którym zamiłowanie prezydenta do podróży kończy się politycznym trzęsieniem ziemi. Prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki w czasie swojej kadencji wyjeżdżał służbowo za granicę 168 razy, a wydatki na jego podróże i podróże urzędników sięgnęły w jednym roku 860 tysięcy złotych, z planem na kolejny rok idącym w milion. Zamiłowanie prezydenta do zwiedzania świata było jedną z przyczyn, dla których mieszkańcy doprowadzili do referendum w sprawie jego odwołania.
W Warszawie temat wracał przy okazji krytyki Rafała Trzaskowskiego – politycy opozycji wyliczali, że prezydent stolicy odbył w trakcie kadencji 51 delegacji zagranicznych i 30 krajowych, komentując: „planeta płonie, a Rafał Trzaskowski lata dookoła Ziemi”. Mieszkańcy chwilę temu ogłosili, że zebrali już ponad 100 000 podpisów za odwołaniem prezydenta Warszawy. We Wrocławiu mamy dokładnie ten sam mechanizm – tylko że tu prezydentowi towarzyszą jeszcze poważne zarzuty prokuratorskie.
Jedyna droga to referendum
Jak długo mieszkańcy będą to znosić? Marnowanie Wrocławia, by zaspokoić potrzeby wąskiej grupy kolesi pasących się na niszczeniu miasta i grabieniu wrocławian? Sami z własnej woli z funkcji nie odejdą. Jedyną drogą pozostaje referendum.
Do sprawy będziemy jeszcze wracać.
Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina
Sobótka przed drugą turą: obywatele kontra partyjna machina
W niedzielę, 20 września, mieszkańcy gminy Sobótka zdecydują, kto przez najbliższe dwa i pół roku będzie kierował urzędem. To starcie, które wykracza poza lokalne podwórko – bo choć na kartach wyborczych znajdą się dwa nazwiska, w tle rozgrywa się coś więcej: pytanie, czy niezależna, oddolna polityka jest w stanie przebić się przez zorganizowaną machinę partyjną.
Wyniki, które dają do myślenia
Pierwsza tura należała do Marceli Hryniak-Bereżnickiej, radnej miejskiej i jednej z twarzy inicjatywy referendalnej sprzed lat, która zebrała ponad 36% głosów – blisko 1500 poparć. Grzegorz Waksmundzki, kandydat związany ze środowiskiem Koalicji Obywatelskiej, uzyskał około 28%. Trzecie miejsce zajął Mateusz Jędra, emerytowany sztangista i działacz sportowy z ponad 900 głosami – i to właśnie jego poparcie dla Waksmundzkiego w sztabie KO przyjęto z ulgą, bo teoretycznie domyka drugiej turze arytmetykę.
Teoretycznie. Bo druga tura rządzi się własnymi prawami, a mobilizacja elektoratu wokół kandydatki niezależnej bywa trudniejsza do przewidzenia niż proste sumowanie głosów.
Dwie różne opowieści o samorządzie
Hryniak-Bereżnicka konsekwentnie unika wielkich obietnic. W swoich wypowiedziach podkreśla, że priorytetem jest uporządkowanie pracy urzędu, przygotowanie budżetu na 2027 rok, kontynuacja rozpoczętych inwestycji oraz decyzje dotyczące oczyszczalni ścieków i jakości wody. To język praktyka, nie showmana – i sama przyznaje, że nie chce obiecywać „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Deklaruje też zmianę stylu zarządzania: jawny kalendarz burmistrza, koniec z zamkniętymi spotkaniami, równe traktowanie wszystkich radnych niezależnie od tego, czy są „swoi”, czy „obcy”.
Po drugiej stronie stoi kandydat wspierany przez pełną strukturę partyjną – zaangażowali się w kampanię zarówno radni gminni i miejscy, jak i politycy szczebla regionalnego. To zresztą jeden z wątków, które wracają w lokalnej debacie: skala billboardów i banerów kandydata KO w całej gminie budzi pytania o źródła finansowania kampanii, a sama jej intensywność stała się tematem komentarzy mieszkańców.
Każdy wyborca musi również zadać sobie pytanie czy obiecywany niekończący się strumień państwowych i wojewódzkich pieniędzy, który ma iść za kandydatem partii władzy ma szansę się urzeczywistnić. Pamiętajmy o nieoficjalnym zawołaniu tej formacji: CÓŻ SZKODZI OBIECAĆ.
Debata, której nie będzie
Symbolicznym elementem ostatnich dni kampanii stał się spór o formułę debaty. Hryniak-Bereżnicka zadeklarowała pełną dostępność na spotkanie z bezpośrednim udziałem mieszkańców – z wyjątkiem piątkowego wieczoru. Kontrkandydat, mimo wcześniejszego przyjęcia zaproszenia, nie znalazł czasu w kalendarzu. Ostatecznie odbędzie się jedynie debata radiowa, ze zdalnie przesyłanymi pytaniami słuchaczy – bez bezpośredniej konfrontacji z wyborcami na sali.
Co mówią komentarze
Lokalna dyskusja internetowa wokół wyborów jest, jak to zwykle bywa, mocno spolaryzowana – część głosów sprowadza się do anonimowych przytyków partyjnych i niepotwierdzonych plotek, inne bezpośrednio stawiają pytanie, komu i dlaczego opłaca się utrzymanie status quo w gminie. Powtarzającym się motywem jest sprzeciw wobec „upartyjnienia” stanowiska burmistrza i obawa, że zwycięstwo kandydata KO oznaczać będzie powrót dawnych układów – tylko w nowej odsłonie. Z drugiej strony pojawiają się głosy podważające kompetencje kandydatki niezależnej i przypominające jej dotychczasowe zaangażowanie społeczne jako atut, nie przeszkodę.
Stawka na niedzielę
Dla Koalicji Obywatelskiej ta druga tura to gra o coś więcej niż jeden fotel burmistrza – to test siły partyjnej struktury w mniejszej gminie, gdzie dotąd rządziły bardziej lokalne układy niż centralowa polityka. Dla mieszkańców Sobótki to z kolei pytanie, czy warto dać kredyt zaufania kandydatce, która nie ma za sobą partyjnego zaplecza, ale ma za to kilkuletnią historię pracy u podstaw – i czy chcą przełamać schemat, w którym o władzy lokalnej decydują bilbordy i partyjny desant, a nie codzienna, żmudna praca w radzie.
Rozstrzygnie się również pytanie czy mieszkańcy postawią kropkę nad “i” oraz dokonają prawdziwej, obywatelskiej zmiany we własnej gminie.
Wybory odbędą się w najbliższą niedzielę.
264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
264 miliony rocznie. Wrocław nie sprawdza, jakie efekty przynoszą dotacje dla NGO
Grażyna Wilk
Wrocław jest jednym z największych grantodawców organizacji pozarządowych w Polsce. W 2025 roku na dotacje dla NGO przeznaczył 264,8 mln zł. Rok wcześniej było to ponad 240 mln zł, a w 2023 roku 221,7 mln zł. Każdego roku miasto zawiera ponad 1100 umów na realizację zadań publicznych. Skala tej współpracy należy do największych w kraju. Problem w tym, że system sprawozdawczości praktycznie nie pozwala odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: jaki efekt społeczny przyniosło wydanie tych pieniędzy.
Przeanalizowaliśmy sprawozdania z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za lata 2023, 2024 i 2025 oraz obowiązującą Politykę współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, przyjętą uchwałą nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 roku. Zestawiliśmy sposób raportowania wyników z rekomendacjami zawartymi w raporcie zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego pod kierunkiem Aldony Wiktorskiej-Święckiej, Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024 (UWr / Fundacja Umbrella, 2025), oraz z podejściem do ewaluacji polityk publicznych opisywanym przez OECD w raporcie Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation (2024).
Pytanie było jedno. Czy na podstawie miejskich sprawozdań można ocenić skuteczność wydatkowania ponad ćwierć miliarda złotych rocznie? Odpowiedź nie jest oczywista na pierwszy rzut oka, ale analiza prowadzi do jednoznacznego wniosku: nie można.
Miasto szczegółowo opisuje skalę działań
Sprawozdania z realizacji Programu współpracy to obszerne dokumenty. Zawierają informacje o liczbie ogłoszonych konkursów, zawartych umowach, wysokości przekazanych dotacji oraz realizowanych zadaniach w podziale na obszary polityki miejskiej, od pomocy społecznej, przez kulturę i sport, po ekologię i prawa człowieka. W poszczególnych obszarach przedstawiane są dane dotyczące liczby odbiorców, wydarzeń, godzin usług czy uczestników projektów.
Tego typu informacje są potrzebne. Pozwalają odpowiedzieć na pytania: ile pieniędzy wydano, ilu wykonawców realizowało zadania, ilu mieszkańców objęto wsparciem, jaką skalę miały poszczególne działania. Są to jednak wyłącznie wskaźniki opisujące zakres realizacji zadania, a nie jego skuteczność. Miasto pokazuje więc bardzo dokładnie, co zostało zrobione. Znacznie rzadziej pokazuje, co dzięki temu się zmieniło.
Między produktem a rezultatem istnieje zasadnicza różnica
W ewaluacji polityk publicznych od dawna rozróżnia się kilka poziomów oceny działań. Najprostszy dotyczy nakładów finansowych, czyli tego, ile pieniędzy przeznaczono na dany cel. Kolejny opisuje produkty, czyli bezpośrednie, policzalne rezultaty wykonania zadania: liczbę uczestników, szkoleń, porad, wydarzeń, posiłków, godzin usług.
Dopiero następne poziomy dotyczą rezultatów i wpływu społecznego. Pytają nie o to, ile osób wzięło udział w projekcie, lecz czy dzięki temu poprawiła się ich sytuacja życiowa. Czy osoba bezdomna wyszła z bezdomności. Czy nastolatek objęty wsparciem psychologicznym rzadziej trafia potem do szpitala. Czy mieszkaniec osiedla, który wziął udział w warsztatach aktywizujących, faktycznie zaangażował się później w życie wspólnoty. OECD wskazuje, że dopiero ten etap pozwala realnie ocenić skuteczność polityk publicznych i podejmować świadome decyzje o dalszym finansowaniu poszczególnych rozwiązań, zamiast kontynuować je z bezwładu.
Analiza wrocławskich sprawozdań pokazuje, że dominują w nich informacje z pierwszych dwóch poziomów: nakładów i produktów. Znacznie trudniej znaleźć dane pozwalające ocenić trwałą zmianę społeczną wywołaną realizowanymi projektami. W setkach stron sprawozdań za trzy kolejne lata nie natrafiliśmy na przykład systematycznego pomiaru rezultatu, który wykraczałby poza policzenie tego, co się wydarzyło.
Co z tego wynika
Nie oznacza to automatycznie, że projekty finansowane przez miasto są nieskuteczne. Wiele wrocławskich organizacji pozarządowych wykonuje wartościową, często bardzo trudną pracę, nierzadko łatając dziury w niewydolnym systemie opieki państwowej i samorządowej.
Oznacza to coś innego. Na podstawie obowiązującego systemu sprawozdawczości nie da się tego ocenić. Jeżeli w obszarze przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu raportowana jest liczba osób objętych pomocą, nie wiemy, ilu spośród nich dzięki tej pomocy faktycznie się usamodzielniło. Jeżeli raportowana jest liczba wydarzeń obywatelskich, nie wiemy, czy przełożyły się one na trwały wzrost aktywności mieszkańców, czy skończyły się razem z ostatnim spotkaniem. Jeżeli sprawozdanie obejmuje liczbę godzin usług opiekuńczych, nie wiemy, czy realnie poprawiły one jakość życia odbiorców, czy jedynie wypełniły wymaganą liczbę godzin w kosztorysie.
To nie jest problem pojedynczego programu, pojedynczej dzielnicy ani pojedynczej organizacji. To cecha całego systemu raportowania, powtarzająca się konsekwentnie we wszystkich trzech analizowanych latach.
Dlaczego system mierzy to, co łatwe, a nie to, co ważne
Przyczyny takiego stanu rzeczy są systemowe, nie osobowe. Nie wynikają ze złej woli konkretnych urzędników czy organizacji, tylko z logiki, w jakiej cały mechanizm został zaprojektowany.
Po pierwsze, logika prawna i administracyjna. Umowy o dofinansowanie wymagają rozliczenia formalnego: czy środki wydano zgodnie z celem, czy dokumentacja jest kompletna, czy dotrzymano terminów. Takie rozliczenie chroni przed niegospodarnością w sensie księgowym. Nie chroni jednak przed nieskutecznością. System nagradza poprawność proceduralną, a nie skuteczność społeczną.
Po drugie, koszty i kompetencje. Pomiar efektów społecznych jest trudniejszy i droższy niż liczenie godzin czy beneficjentów. Wymaga metodologii, na przykład teorii zmiany albo badań porównawczych, danych wyjściowych sprzed interwencji oraz czasu, by ocenić efekt długoterminowy. Jak wynika z raportu Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024 (Stowarzyszenie Klon/Jawor, Fundacja Batorego), większość polskich organizacji, zwłaszcza mniejszych, po prostu nie dysponuje takimi zasobami. Miasto również nie buduje ich systematycznie po swojej stronie. Łatwiej więc zbierać to, co proste do policzenia.
Po trzecie, interesy obu stron układają się w system wzajemnego potwierdzania. Dla urzędu sprawozdania ilościowe są dowodem aktywności: wydaliśmy, zrealizowaliśmy, objęliśmy wsparciem. Dla organizacji są dowodem, że wywiązały się z umowy i mogą ubiegać się o kolejne środki w następnym konkursie. System staje się samowystarczalny. Pieniądze płyną, umowy są podpisywane, sprawozdania składane i przyjmowane. Pytanie „czy to działa” nie pojawia się, bo formalnie nikt nie jest zobowiązany go zadać.
Po czwarte, kultura zarządzania publicznego. Wrocław, podobnie jak wiele polskich miast, wciąż funkcjonuje w paradygmacie wydawania środków, a nie osiągania rezultatów. Raport OECD z 2024 roku pokazuje, że dojrzałe systemy współpracy z sektorem społecznym coraz częściej przechodzą na model oparty na pomiarze wpływu i finansowaniu zorientowanym na cel, a nie na sam fakt realizacji działania. Polska, a wraz z nią Wrocław, wciąż pozostaje w tyle za tą transformacją.
Raport, który miasto samo zamówiło
Dowodem na to, że w samym Urzędzie Miejskim istnieje świadomość tych ograniczeń, jest wspomniany już raport zespołu Uniwersytetu Wrocławskiego Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024. Badacze przeanalizowali dwie dekady relacji między Ratuszem a trzecim sektorem i wskazali, że system ewoluował od prostych konkursów ofert do bardziej złożonych form partnerstwa. Jednocześnie utrwalił się model, w którym miasto finansuje działalność, a organizacje dostarczają usługi i sprawozdania z ich realizacji. Zabrakło natomiast pętli zwrotnej opartej na wiedzy o wpływie, czyli mechanizmu, który pozwalałby wykorzystać zebrane doświadczenia do poprawy kolejnych edycji programu.
Raport zawiera konkretne rekomendacje ewaluacyjne. To, czy zostaną wdrożone, zależy od decyzji politycznej, a nie od dostępności wiedzy. Wiedza już istnieje, sfinansowana zresztą przy udziale podmiotów współpracujących z samym miastem.
Co można zrobić inaczej
Alternatywy dla obecnego modelu nie są ani tajemnicą, ani wynalazkiem teoretycznym. Część z nich wynika wprost z rekomendacji raportu Uniwersytetu Wrocławskiego, część z doświadczeń międzynarodowych opisanych przez OECD.
Można wprowadzić obowiązkowe elementy pomiaru wpływu w większych konkursach, traktowane nie jako kolejny biurokratyczny wymóg, lecz jako narzędzie uczenia się na przyszłość. Można finansować badania ewaluacyjne prowadzone niezależnie od grantobiorców, tak by ocena nie była sporządzana przez tego, kto sam siebie ocenia. Można budować systemy danych otwartych o problemach społecznych i efektach poszczególnych interwencji, dostępne dla mieszkańców i radnych, a nie zamknięte w wewnętrznych bazach urzędu. Można eksperymentować z modelami finansowania powiązanego z wynikami w wybranych, dobrze zdefiniowanych obszarach. Można wreszcie, tak jak sugeruje OECD, odchodzić od czysto konkursowego modelu rocznych umów na rzecz dłuższych partnerstw opartych na jasno określonej misji i mierzalnych celach, zamiast rozdrabniać środki na dziesiątki niewielkich, powtarzalnych z roku na rok zadań.
Żadne z tych rozwiązań nie jest proste do wdrożenia. Wszystkie wymagają woli politycznej, kompetencji analitycznych i czasu. Alternatywą jest jednak kontynuacja obecnego stanu rzeczy: 264 miliony złotych rocznie, ponad 1100 umów, setki stron sprawozdań i wciąż ten sam brak odpowiedzi na podstawowe pytanie, czy to wszystko działa.
System, który nie wie, czy działa
Wrocławski system współpracy z organizacjami pozarządowymi nie jest wadliwy z powodu złych intencji po żadnej ze stron. Jest wadliwy, bo od lat jest zaprojektowany do produkowania aktywności, a nie do produkowania wiedzy o zmianie. Generuje dane, które dobrze wyglądają w tabelach i podsumowaniach. Nie generuje wiedzy, która pozwalałaby podejmować lepsze decyzje w kolejnym roku.
Mieszkańcy Wrocławia mają prawo wiedzieć, czy 264,8 mln zł wydane w 2025 roku, a wcześniej 221,7 mln zł w 2023 roku, rzeczywiście poprawia sytuację najsłabszych, wzmacnia wspólnoty lokalne i buduje aktywność obywatelską, czy jedynie podtrzymuje istniejący od lat sposób funkcjonowania trzeciego sektora we Wrocławiu. Obecny system sprawozdawczości na to pytanie po prostu nie odpowiada. I dopóki się to nie zmieni, kolejne ponad 1100 umów rocznie będzie przede wszystkim dowodem na to, że miasto potrafi sprawnie wydawać pieniądze, a nie na to, że potrafi rzetelnie rozwiązywać problemy, na które te pieniądze mają odpowiadać.
Bibliografia i źródła:
- Sprawozdanie z realizacji Programu współpracy Miasta Wrocławia z organizacjami pozarządowymi za rok 2023, 2024, 2025, UM Wrocław
- Polityka współpracy Wrocławia z NGO na lata 2023–2027, uchwała nr LXXV/1932/23 Rady Miejskiej Wrocławia z 19 października 2023 r.
- Wiktorska-Święcka A. i in., Model współpracy miasta Wrocław z organizacjami pozarządowymi w okresie 2004–2024, UWr / Fundacja Umbrella, Wrocław 2025
- Kondycja organizacji pozarządowych w Polsce 2024, Stowarzyszenie Klon/Jawor / Fundacja Batorego, Warszawa 2025
- OECD, Starting, Scaling and Sustaining Social Innovation, OECD Publishing, Paris 2024
Fot. Oleksandr Poliakovsky/www.wroclaw.pl
Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?
Na Brochowie mieszkańcy wygrali bitwę. Czy wygrają wojnę o zdrowy rozsądek?
Mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic obronili się przed planem podrzucenia niczym kukułczego jaja ruchu z ul. Koreańskiej. To ważne zwycięstwo zdrowego rozsądku nad partykularnymi interesami wąskiej grupy. Ale zanim ktoś zawiesi rękawice na kołku, warto zapytać: dlaczego w ogóle do tego doszło, kto na tym zarobił politycznie i kto powinien za to zapłacić - stanowiskiem, mandatem albo fotelem prezydenta.
Zwycięstwo, które nie jest siłą władzy
Wrocławski magistrat najpierw okłamał mieszkańców, że zamyka Koreańską tylko tymczasowo, a potem, pod presją wycofał się z tego ordynarnego oszustwa. Przywrócona została wcześniejsza organizacja ruchu. Szybka reakcja urzędu wygląda na sukces mieszkańców - i słusznie, bo to oni się zmobilizowali. Nie należy jej jednak mylić z siłą i kompetencją władzy. To odruch samozachowawczy, a nie strategia. Urząd, który w ciągu kilku dni odwraca decyzję ogłoszoną jako gotowa, przyznaje tym samym, że działał bez rzetelnej analizy i pod presją wąskiej grupy interesu - nie mieszkańców jako całości. I nie ma co się łudzić - urzędnicy są gotowi okłamać mieszkańców po raz kolejny. Wiele wskazuje na to, że ostatnie ustalenia nie przetrwały nawet tygodnia - ale to temat na odrębny wątek.
Kto naprawdę stał za planem na Koreańskiej
To, co wyglądało na spontaniczną inicjatywę osiedlową, miało konkretnych autorów. Przewodniczący Rady Osiedla Marek Sadowski razem ze stworzonym naprędce stowarzyszeniem, które powołali Paweł Gruszka, Małgorzata Bielecka oraz Agnieszka Lingas-Łoniewska, ułożyli sobie sprawę po cichu z urzędem miejskim. Wsparcia politycznego - jeśli wierzyć sąsiadom - udzielili niektórzy urzędnicy oraz radna Agnieszka Dusza. Wszystkich, którzy firmowali ten pomysł, łączy jedno: mieszkają w bezpośrednim sąsiedztwie ulicy Koreańskiej, którą chcieli zamknąć dla wszystkich, tylko nie dla siebie. To podręcznikowy przypadek postawy, którą Amerykanie nazywają syndromem NIMBY - not in my backyard. Zwykle to aktywiści miejscy piętnują taką postawę jako szkodliwą dla wspólnoty. Tym razem część środowiska aktywistycznego sama ją zastosowała, a władza polityczna dała jej posłuch.
Nie jest to zresztą przypadek. Rada Osiedla Brochów od dawna uchodziła w wielu środowiskach za jedną z najbardziej prosutrykowych rad w mieście. Trudno się dziwić, że prezydent Jacek Sutryk i jego urzędnicy mieli akurat na jej podszepty wyjątkowo wyczulone ucho - i akurat tym razem byli gotowi działać szybko, bez analizy, wbrew interesowi całej wspólnoty.
Ruchu nie da się przerzucać jak gorącego ziemniaka
Sedno problemu nie zniknęło wraz z wycofaniem kontrowersyjnej decyzji. Cały ten spór pokazał, że miasto od lat próbuje rozwiązywać problem transportowy wschodniego Wrocławia metodą gorącego ziemniaka - przerzucając ruch z jednej ulicy na drugą, zamiast zaplanować go systemowo. Koreańska nie może zostać zamknięta ani odciążona kosztem sąsiadów, bo to nie rozwiązuje niczego - tylko przenosi problem o kilkaset metrów dalej. Libańska nie może też przejąć na siebie całego ruchu, który dziś obciąża okolicę, bo nie do tego została zaprojektowana i nie ma do tego przepustowości. Obie ulice - i Koreańska, i Libańska - są tej części miasta potrzebne. Jedna nie zastąpi drugiej. Bez spójnego planu, który obejmie całą siatkę połączeń Brochowa, Bieńkowic i Jagodna ze wschodnią obwodnicą, każda kolejna „decyzja" będzie tylko przekładaniem tego samego problemu na inny adres.
Mościckiego: osiem zmarnowanych lat
Ulica Mościckiego, formalnie droga zbiorcza, która powinna przejmować ruch łączący Brochów, Bieńkowice i Jagodno ze wschodnią obwodnicą Wrocławia, leżała odłogiem przez całą kadencję prezydenta Jacka Sutryka. Interpelacje w tej sprawie składano od lat: już w 2017 roku radny Kłosowski pytał o brak chodnika i oświetlenia, w 2019 roku kolejni radni wracali do sprawy stanu jezdni i bezpiecznej infrastruktury rowerowej. W 2025 roku temat wracał ponownie - najpierw jako pytanie o bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów oraz poszerzenie wiaduktu, potem jako interpelacja radnej Agnieszki Duszy dotycząca negocjacji z PKP. Odpowiedź urzędu przez lata brzmiała tak samo: teren jest „wyjątkowo trudny" - wiadukty, skarpy, rowy, gęsta zieleń - a pełna przebudowa byłaby zbyt kosztowna, więc realizuje się tylko punktowe łaty: oświetlenie z budżetu obywatelskiego, reorganizację parkowania, fragment chodnika finansowany przez TBS.
Libańska jako droga lokalna równoważąca Koreańską
Ten sam urząd, który latami tłumaczył się „trudnym terenem" przy Mościckiego, z entuzjazmem opisuje „korzystniejsze warunki projektowe" nowej ulicy Libańskiej. Nowa droga - zaplanowana jeszcze w miejscowym planie z 2013 roku - ma powstać częściowo za pieniądze deweloperów: blisko 3,7 miliona złotych wkładu wniosą firmy budujące w tej okolicy nowe osiedla. Przy Libańskiej ma też stanąć nowy węzeł przesiadkowy dla autobusów, bo obecny przystanek przy Ziemniaczanej jest za mały. Brzmi to jak inwestycja skrojona pod potrzeby nowych mieszkańców i deweloperów, a nie pod realny, systemowy problem transportowy istniejącej części miasta. Bez spójnej analizy kosztów i korzyści obu inwestycji oraz bez wyjaśnienia, dlaczego finansowanie prywatne miałoby decydować o priorytetach transportowych miasta, trudno mówić o rozwiązaniu problemu - raczej o jego przesunięciu w czasie i na inną ulicę.
Jagodno czeka jeszcze dłużej
O ile Brochów i Bieńkowice zaczynają wreszcie być słyszalne, o tyle sąsiednie Jagodno przez ostatnie miesiące dostawało jeszcze mocniej. Buforowa, Konduktorska i Schuberta to ulice, które w ostatnim czasie szczególnie ucierpiały pod naporem ruchu, jaki miasto latami kierowało właśnie tędy, bo nie chciało lub nie potrafiło rozbudować alternatywnych połączeń zbiorczych, w tym Mościckiego. Każda kolejna prowizorka na Koreańskiej, Libańskiej czy Mościckiego bez uwzględnienia Jagodna w całościowym planie oznacza w praktyce dalsze dokładanie ruchu tam, gdzie mieszkańcy już dziś nie mogą sobie z nim poradzić. Systemowe rozwiązanie dla wschodniego Wrocławia musi objąć Jagodno tak samo jak Brochów i Bieńkowice - inaczej znów przerzucimy gorącego ziemniaka, tylko w drugą stronę.
Kto powinien wziąć odpowiedzialność
Mieszkańcy mają pełne prawo domagać się konsekwencji wobec wszystkich, którzy doprowadzili do tej sytuacji - i nikogo z tej listy nie należy pomijać.
Wobec urzędników, którzy wprost wprowadzali mieszkańców w błąd, uzasadnione jest żądanie dymisji. Dotyczy to kierownictwa Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia, które straciło wiarygodność, dyrektora Staruchowicza ze ZDiUM, a także Elwiry Nowak, szefowej Wydziału Inżynierii Miejskiej, oraz jej zastępcy ds. zarządzania ruchem Andrzeja Brzozy. Dyrektorka Urbanek, która współtworzyła tę politykę, sama odeszła już na emeryturę - ale to nie zamyka sprawy odpowiedzialności pozostałych.
Wobec prezydenta Jacka Sutryka i radnej Agnieszki Duszy, którzy ponoszą odpowiedzialność polityczną za całą sprawę, jedyną skuteczną drogą jest pozbawienie ich funkcji w drodze referendum - bo do końca kadencji zostały jeszcze prawie trzy lata, w czasie których mogą dalej szkodzić tej części miasta.
Wobec Rady Osiedla Brochów, która zamiast reprezentować mieszkańców, ułożyła sobie sprawę z urzędem kosztem sąsiadów - właściwą drogą są wybory. I tak się składa, że odbędą się one już 21 marca. To najbliższa i najbardziej naturalna okazja, by wymienić lokalne elity, które zawiodły zaufanie mieszkańców.
Przestrzeń dla liderów, którzy działają dla mieszkańców, a nie obok nich
Konflikt wokół Koreańskiej zmobilizował mieszkańców i pokazał im siłę wspólnego działania. Chcemy, żeby ta energia przełożyła się na coś trwałego. Dlatego apelujemy o jak najwięcej przestrzeni i wsparcia dla lokalnych liderów, którzy są gotowi realnie działać na rzecz Brochowa, Bieńkowic i Jagodna - nie wbrew mieszkańcom, tylko dla nich. Brochów i Bieńkowice potrzebują ludzi uczciwych, którzy przedstawią konkretny program dla całej dzielnicy - a nie takich, którzy traktują tę funkcję jako sposób na załatwienie kilku spraw sobie i najbliższym sąsiadom. Piłka jest teraz po stronie mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna.
A my jesteśmy do ich dyspozycji.
Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
2 września, 2026Aktualności,Opinie
Bezczelne oszustwo urzędu Sutryka. Cierpi Brochów, Jagodno i Bieńkowice
Obiecali "tymczasowo". Zamknęli na zawsze. I zrobili to po cichu, w wąskim gronie, licząc, że nikt się nie zorientuje, zanim będzie za późno na sprzeciw. Nie wyszło – bo sprawa wypłynęła nie dzięki uczciwości urzędu, tylko wbrew niej. Przyjrzyjmy się dokładniej mechanizmowi, jakiego dopuściło się miasto Wrocław wobec mieszkańców Brochowa, Bieńkowic i Jagodna w sprawie organizacji ruchu. Nieliczni wzięli większość jako zakładników swoich interesów. A tego mieszkańcy im nie darują.
Obiecanki urzędników
Jeszcze w maju 2026 r. urząd był w tej sprawie jednoznaczny. Ruch jednokierunkowy na Koreańskiej, Ziemniaczanej i Boiskowej to rozwiązanie tymczasowe, wprowadzone na czas remontu wiaduktów na ul. Gazowej. Mieszkańców uspokajano: to na chwilę, na czas inwestycji, potem wróci normalność.
Trzy i pół miesiąca później gruchnęła wiadomość, że urzędnicy pokątnie, w wąskim gronie z niewielką grupą mieszkańców jednorodzinnej zabudowy przy Koreańskiej, uzgodnili wyrzucenie tej obietnicy do kosza. Sprawa wyszła na jaw przypadkiem, poza kontrolą urzędu – bo gdyby nie ujawnienie przez samych mieszkańców, dowiedzielibyśmy się o tym najwcześniej po fakcie, z komunikatu prasowego napisanego już językiem decyzji ostatecznej. Urzędnicy zostali złapani na gorącym uczynku.
Mniejszość ma władzę i dyktuje warunki milczącej większości
Istota sprawy jest prosta. Mniejszość chce kosztem milczącej większości załatwić swój partykularny interes. Kilkadziesiąt domów przy trzech ulicach ma mieć trwały spokój – kosztem setek, a być może tysięcy mieszkańców Brochowa i Bieńkowic, którzy tracą sprawny wyjazd z miasta i skomunikowanie z obwodnicą. Najciężej odczują to mieszkańcy Jagodna, którzy w całej tej sprawie nie mieli głosu w ogóle. Cóż – można by rzec cynicznie tak, jak najwyraźniej myślą o tym w magistracie: Jagodno wytrzyma.
Sojusz wąskiej grupy mieszkańców jednej ulicy z władzami miasta doprowadził do sytuacji, w której poprawiono komfort życia kilkudziesięciu gospodarstw domowych, a pogorszono go u znacznie większej liczby ludzi – i nikt w tym procesie nie policzył, po której stronie bilansu jest więcej osób. Warto zapytać dlaczego. Czy ma to związek z tym, że w najbliższej okolicy jednej z zamykanych ulic mieszka radna Dusza? Albo z tym, że w okolicy najgłośniej protestującej mieszka szefostwo Rady Osiedla? A może jeszcze ktoś inny, o kim jeszcze nie wiemy? Zapytaliśmy urząd wprost, czy którykolwiek z decyzyjnych urzędników formalnie wyłączył się z udziału w sprawie, żeby mieć pewność, że decyzje o zamknięciu ulic nie zapadają w niczyim prywatnym interesie. Na odpowiedź czekamy.
Policzmy, ile to kosztuje
Wydłużenie dojazdu to nie abstrakcja. To realny, policzalny koszt, który mieszkańcy Brochowa i Bieńkowic ponoszą każdego dnia: dodatkowe kilometry i kilkanaście–kilkadziesiąt minut objazdu w jedną stronę. Rozłożone na miesiąc dojazdów do pracy, szkoły, na zakupy, to rząd wielkości kilkunastu godzin miesięcznie – w skali roku kilka dodatkowych dób życia, które władza po prostu ludziom zabrała, bez pytania o zgodę. Do tego dochodzi paliwo – każdy dodatkowy kilometr objazdu to realne, comiesięczne wydatki z domowego budżetu - 50 - 100 zł, zależnie od rozmiaru samochodu, którym mieszkaniec się przemieszcza.
To kolejna opłata, której nikt nie uchwalił w żadnej radzie, nikt nie ogłosił, a mieszkańcy i tak ją płacą. Może warto nazwać rzecz po imieniu: podatek od urzędniczej głupoty.
Konsultacje po fakcie to szopka, nie konsultacje
Teraz, gdy sprawa wypłynęła, urząd zapowiada konsultacje społeczne. Pytanie brzmi: po co konsultować decyzję, która już zapadła i którą już ogłoszono jako obowiązującą? Czy to konsultacje, czy tylko tłumaczenie ludziom, co mają o tym myśleć?
Czego można się spodziewać po konsultacjach organizowanych przez urząd, który w tej sprawie od początku traktował mieszkańców bez należnego im szacunku – informując ich na końcu procesu, a nie na początku? To próba urobienia mieszkańców i kpina z idei, o którą walczyły pokolenia aktywistów - władzy, która słucha mieszkańców, służy im a nie uszczęśliwia na siłę w przekonaniu o własnej nieomylności.
Próbkę tego, jak traktowani są mieszkańcy dała wczorajsza sesja Rady Osiedla Brochów, która poza arogancją wykazała się brakiem zdolności do rozwiązywania konfliktów społecznych. Lokalne przywództwo kompletnie zawiodło, gdy sytuacja wymagała czegoś więcej niż uśmiechów i miłego spędzania czasu za publiczne pieniądze. To szczególnie rozczarowujące, bo wszystkim nasuwają się pytania czy interes prywatny nie wziął górę nad interesem ogółu. Mimo, że na spotkanie przyszło ponad 100 mieszkańców - racja nadal pozostawała po stronie lokalnej elity władzy. Trudno zrozumieć jak tę jawną arogancję mogą tolerować ludzie zadeklarowani jako aktywiści działający na rzecz mieszkańców.
Kto jeszcze powinien się tym zająć
Dyrekcja Wydziału Inżynierii Miejskiej i Departamentu Infrastruktury i Transportu odpowiada za tę decyzję i za sposób, w jaki ją przeprowadzono – bez rzetelnych danych, bez konsultacji z sąsiednią gminą, bez policzenia, kto na tym traci. To wystarczający powód, by rozważyć wniosek o odwołanie kierownictwa obu jednostek. Rozważamy wsparcie w tej sprawie petycji mieszkańców i kierowanie kolejnych zapytań.
Warto też zapytać, gdzie w tej sprawie jest samorząd wojewódzki. Marszałek Województwa Dolnośląskiego ma przecież Departament Rozwoju Aglomeracji, a decyzja dotyczy nie tylko Wrocławia, ale i relacji z gminą Siechnice. Czy ręce pana Jarosława Charłampowicza, koordynatora ds. współpracy z samorządami są tak mocno zajęte trzymaniem stołka, że nie jest w stanie już wykonywać realnej pracy?
A gdzie podział się Starosta Wrocławski? Gdzie jest Stowarzyszenie Aglomeracja Wrocławska, które z definicji ma koordynować właśnie tego typu sprawy między gminami? Wszyscy zapadli się pod ziemię, gdy mieszkańcy liczą na rozwiązanie problemu. Zaskoczeni?
Jagodno i Brochów – najgłośniejszy przykład tego, jak miasto planuje transport
Nikt przed podjęciem decyzji o zmianie organizacji ruchu nie zapytał mieszkańców Jagodna co o tym sądzą. Nie zrobiono tak, mimo że to oni odczują skutki zamknięcia Brochowa najdotkliwiej. To nie pierwszy raz, kiedy Jagodno zderza się z niekompetencją planowania transportowego – wystarczy spojrzeć na ul. Buforową, karykaturę drogi zbiorczej, która nie radzi sobie z obsługą ruchu nawet bez dodatkowego obciążenia z Brochowa. A to nie koniec inwestycji mieszkaniowych na tym osiedlu – kolejni mieszkańcy dopiero się tam wprowadzą. Odpowiedź urzędników jest zwykle jedna: przesiądźcie się na tramwaj. Tylko że tramwaj na Jagodno pojedzie najwcześniej za kilka lat. Po stu latach planowania Wrocław wciąż sadza swoich mieszkańców w symbolicznym już polu kapusty.
Ile można znosić traktowanie wielkiego już osiedla niczym kolonii, z której najpierw wyciśnięto pieniądze przy wyprzedaży działek, później przy transakcjach zakupu nieruchomości a teraz - pomimo chaosu i utrudnień prezentowanym mieszkańcom przez władze - apeluje się o rozliczenie podatku dochodowego we Wrocławiu?
Cały południowy wschód miasta pozostaje jakby zapomniany. Nikt nie zadbał o to, by powstała porządna ulica zbiorcza, łącząca tę część miasta z obwodnicą wschodnią w taki sposób, by odpowiadała tempie rozbudowy zabudowy mieszkaniowej. Zamiast tego wpycha się potoki transportowe w uliczki do tego nieprzygotowane. Nie remontuje się Mościckiego i na siłę wpycha ruch na kameralne osiedle przy Libańskiej.
Czy planiści brali to pod uwagę, gdy jeszcze w czerwcu tego roku zaproponowali Radzie Miejskiej plan z dodatkową zabudową przy Topolowej, Mościckiego i Wiaduktowej? Czy ktoś jeszcze panuje nad tym co się dzieje w Urzędzie Miasta i jak wpływa to na życie mieszkańców? Zamiast wizji przestrzennej i transportowej proponuje się nam załatwiactwo, klajstrowanie dziur na gumę do żucia i pokątne fastrygowanie zabudowy. Nie w imię dobra wspólnego tylko partykularnych interesów.
Co dalej
Złożyliśmy formalne zapytanie do Prezydenta Wrocławia, w którym pytamy m.in. o projekt stałej organizacji ruchu, źródło i metodologię danych o spadku ruchu na Koreańskiej, dokumentację decyzji z 12 sierpnia, zakres konsultacji z Radami Osiedli Jagodno i Bieńkowice oraz z gminą Siechnice, a także o pełną treść wniosku mieszkańców i towarzyszącej mu narracji. Odpowiedzi opublikujemy w całości.
Ale coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że doszliśmy do punktu, w którym ta władza po prostu nie reaguje na głos mieszkańców, zamiast tego próbuje ich urabiać do podjętej wcześniej decyzji.
Nie ma sensu prosić tych ludzi o więcej szacunku – trzeba wziąć sprawy we własne ręce, tam, gdzie zgodnie z prawem należy władza: do mieszkańców. Nie do koalicji. Do obywateli. A droga do tego wiedzie przez referendum.
W innym przypadku urzędnicy i politycy będą wiedzieli, że we Wrocławiu przejdzie każda niegodziwość.
Kto zarabia na zoo? 1,6 miliona gości, a kapibary głodne
Kto zarabia na zoo? 1,6 miliona gości, a kapibary głodne
Mamy niezły klops. Ponad 1,5 miliona ludzi obejrzało już nagranie Książula, w którym nie zostawia suchej nitki na gastronomii we wrocławskim zoo. Kolejki, ceny, jakość – internet oceniał bezlitośnie, a miasto musiało się w końcu do tego odnieść.
My zadaliśmy pytanie prościej: dlaczego ZOO Wrocław w ogóle nie prowadzi własnej gastronomii?
Dlaczego zoo nie zarabia samo na sobie?
Skoro rocznie przez bramy zoo przechodzi ponad 1,6 miliona gości, to gastronomia na terenie ogrodu powinna być żyłą złota – dla samego zoo. Zamiast tego punkty gastronomiczne prowadzą zewnętrzni najemcy, a spółka miejska zadowala się czynszem. Dlaczego? Kto o tym zdecydował i kiedy? I dlaczego – skoro krytyka jedzenia w zoo obiegła pół internetu – to nie zoo ponosi ryzyko wizerunkowe ani nie czerpie z tego pełnych korzyści finansowych?
Zapytaliśmy o to formalnie prezydenta Wrocławia. W odpowiedzi z 11 maja 2026 r. (BNW.0003.13.2026) urząd potwierdził twarde dane – ale nie odpowiedział na pytanie, dlaczego model biznesowy wygląda tak, a nie inaczej.
Liczby, które mamy czarno na białym
Z odpowiedzi wiceprezydent Renaty Granowskiej wynika, że:
- w 2025 roku zoo odwiedziło 1 567 518 osób, a sama
- sprzedaż biletów przyniosła spółce 86 456 180,23 zł netto;
- w 2024 roku – 1 592 129 gości i 75 379 519,75 zł z biletów;
- w 2023 roku – 1 698 107 gości i 82 066 379,74 zł;
- w 2022 roku – 1 735 109 gości i 71 918 093,37 zł.
To dane wyłącznie ze sprzedaży biletów. Ile z tych 1,6 miliona ludzi zostawia w kasach zoo dodatkowo – na jedzenie, pamiątki, atrakcje – tego urząd w odpowiedzi nam nie podał w rozbiciu, które pozwoliłoby to policzyć. A to jest właśnie pytanie kluczowe: ile poza biletem zostawia w zoo przeciętny gość i ile z tego trafia na utrzymanie zwierząt, a ile do kieszeni najemców?
Po drugiej stronie ulicy jest inaczej
Wystarczy przejść przez jezdnię. W Hali Stulecia całą gastronomię prowadzi sama hala – i, o ile nam wkadomo, nieźle wychodzi na tym finansowo. Żadnego oddawania najlepszego kawałka tortu zewnętrznym firmom.
Napiszemy o tym w osobnym tekście, z liczbami.
Rodzi się więc pytanie: skoro instytucja miejska stojąca dosłownie przy tej samej bramie potrafi samodzielnie zarabiać na gastronomii, to dlaczego Zoo tego nie robi?
Jak to robią inni?
Warto też spojrzeć szerzej. Czy w Energylandii albo w parkach typu Disneyland gastronomia jest "wypychana" na zewnątrz, do zewnętrznych najemców, czy raczej stanowi rdzeń modelu biznesowego i główne źródło dodatkowego przychodu? Sprawdzimy to i wrócimy z odpowiedzią.
Ile to może być w skali roku? Liczymy
Skoro nie mamy pełnego rozbicia ZOO poza biletami, spróbujmy oszacować skalę na podstawie benchmarków rynkowych – z zastrzeżeniem, że to szacunek, a nie twarda liczba z ksiąg spółki.
Z badania Parkmag.pl (ARC Rynek i Opinia, czerwiec 2025, próba ogólnopolska) wynika, że Polacy odwiedzający parki rozrywki najczęściej deklarują dodatkowe wydatki – poza biletem – w przedziale 50–149 zł na osobę (grupy 50–99 zł i 100–149 zł to łącznie 37% wskazań).
Z kolei Energylandia, największy park rozrywki w Polsce, w sprawozdaniu finansowym za okres 1.04.2023–31.03.2024 wykazała przychód 281,5 mln zł przy frekwencji rzędu 2 mln gości w sezonie.
Co to oznacza dla zoo? Biorąc frekwencję z 2025 roku – 1 567 518 gościi przychody dodatkowe w wysokości około 80–150 zł/gościa mówimy o kwocie nawet 125–235 mln zł rocznie. To tylko szacunki, ale wskazują o jakim rzędzie wielkości kwot mówimy.
Dla porównania: sama sprzedaż biletów w zoo w 2025 roku to 86,5 mln zł netto. Innymi słowy – nawet przy ostrożnym szacunku, obrót generowany "wokół" zoo (gastronomia, pamiątki, atrakcje dodatkowe) może być porównywalny albo wyższy niż wpływy z samych biletów.
To są oczywiście szacunki oparte na danych porównawczych z innych parków rozrywki, a nie audyt finansowy ZOO Wrocław – i właśnie dlatego pytamy: ile z tego realnie widzi spółka miejska, a ile trafia do zewnętrznych najemców? Bo jeśli nasza najpopularniejsza atrakcja turystyczna generuje na swoim terenie dziesiątki, a może i grubo ponad sto milionów złotych rocznie, to różnica między "ZOO na tym zarabia i inwestuje w zwierzęta" a "ZOO na tym praktycznie nie zarabia, bo oddało to zewnętrznym firmom" to różnica rzędu dziesiątek milionów złotych rocznie.
Rozwój ogrodu czy konfitury?
To jest pytanie, które naprawdę warto zadać na głos. Miasto ma instytucję odwiedzaną przez ponad 1,5 miliona ludzi rocznie – więcej niż mecze wszystkich wrocławskich klubów sportowych razem wzięte, więcej niż jakiekolwiek wydarzenie kulturalne w mieście. Wokół tej instytucji, jak pokazują dane porównawcze, mogą krążyć dziesiątki milionów złotych rocznie poza samą sprzedażą biletów.
Pytanie nie brzmi więc już tylko ZOO nie prowadzi gastronomii samodzielnie, ale wprost: czy te pieniądze służą rozwojowi ogrodu – nowym wybiegom, lepszej opiece nad zwierzętami, niższym cenom biletów dla rodzin – czy też ktoś na boku zarabia krocie kosztem spółki miejskiej i jej mieszkańców?
Kto zarabia na zoo?
To pytanie, które zadajemy wprost. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek z góry oskarżać – chodzi o to, żeby to sprawdzić i pokazać wrocławianom, gdzie realnie płyną pieniądze z ich biletów wstępu. Skoro spółka miejska rezygnuje z prowadzenia gastronomii we własnym zakresie, to ktoś na tej decyzji zyskuje. Kto?
Krewni i znajomi królika zarabiają na zoo?
Zadajemy to pytanie wprost, bo tak działa mechanizm, który znamy z wielu innych miejskich spółek: gdy instytucja publiczna oddaje intratny kawałek swojej działalności na zewnątrz, zamiast prowadzić go samodzielnie, warto sprawdzić, kto jest po drugiej stronie umowy. Nie stawiamy tu żadnych zarzutów wobec konkretnych osób – nie mamy na to dowodów. Stawiamy pytania, na które chcemy uzyskać odpowiedzi:
Kto jest najemcą punktów gastronomicznych na terenie zoo i od kiedy?
W jakim trybie były zawierane te umowy – przetarg, czy coś innego?
Jakie są warunki finansowe tych umów i czy są rynkowe?
Czy ktokolwiek z osób decyzyjnych w spółce lub wokół niej ma jakiekolwiek powiązania biznesowe lub rodzinne z najemcami?
To pytania, na które każdy mieszkaniec Wrocławia ma prawo znać odpowiedź – bo mówimy o pieniądzach płynących z kieszeni podatników i gości, a nie o prywatnym biznesie. Będziemy o to pytać formalnie i wrócimy z odpowiedziami.
Pomóżcie nam to sprawdzić. Jeśli macie wiedzę o umowach najmu punktów gastronomicznych w zoo, o warunkach przetargów albo po prostu chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami z kolejek i cen – piszcie do nas. Będziemy drążyć dalej i wrócimy z kolejnym odcinkiem tej historii.
Serafin ujawni przekręty rządu PO-PSL? Tym razem nie ma już nic do stracenia
Serafin ujawni przekręty rządu PO-PSL? Tym razem nie ma już nic do stracenia
Skazany na sześć lat bezwzględnego więzienia Władysław Serafin - wieloletni prezes Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, były poseł PSL — nagrał nowe oświadczenie, które w ostatnich dniach obiegło media społecznościowe. To niecałe dwie minuty, ale warto się im przyjrzeć, bo dotykają mechanizmu, który znamy aż za dobrze z poziomu samorządów: milczenia w zamian za spokój.
Serafin: ujawnię mechanizmy wyprowadzania z budżetu setek milionów złotych
Serafin, zwracając się wprost do „działaczy PSL-u", ostrzega ich przed „otwieraniem puszki Pandory" i zapowiada ujawnienie, „czemu miała służyć prywatyzacja Elewarru" - spółki skarbu państwa, wokół której już w 2012 roku wybuchła głośna „afera taśmowa PSL" (pisał o niej wtedy m.in. money.pl). Opisuje mechanizm, w którym prywatna agencja miała dokonywać zakupów, państwo wypłacać rolnikom pieniądze, a rolnicy - kierować całą dotację z powrotem do prywatnego podmiotu. Oskarża część działaczy PSL o udział w „zamachu na Elewarr" z 2012 roku, krytykuje Władysława Kosiniaka-Kamysza jako „trzymanego na pasku" przez „nowe PSL", a Stefanowi Krajewskiemu zarzuca fikcyjność programu „Aktywne Wsie" i finansowania straży pożarnych. Zapowiada, że pokaże „nazwiska i mechanizmy" - bez wskazania terminu.
Trzeba to powiedzieć jasno: to twarde, niepoparte w nagraniu żadnymi dokumentami oskarżenia jednej strony konfliktu, wypowiedziane w sposób, który sam w sobie niczego nie dowodzi. Ale ich kontekst jest wart uwagi.
Skazany, więc szczery?
Serafin nagrywa to kilka dni po tym, jak Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał go za winnego wszystkich zarzutów w wątku afery SKOK Wołomin i skazał na 6 lat więzienia, 240 tys. zł grzywny oraz obowiązek zapłaty 2,5 mln zł na rzecz syndyka. Wyrok jest nieprawomocny, obrona zapowiedziała apelację - ale człowiek, który przez trzy dekady był nietykalny, właśnie usłyszał, że jednak nie jest.
To rodzi pytanie, które wykracza daleko poza samego Serafina: czy tak wygląda mechanizm władzy w całej koalicji rządzącej - dopóki jesteś w środku, milczysz i korzystasz; kiedy przestajesz być potrzebny albo zostajesz skazany, nagle „nie masz nic do stracenia" i zaczynasz mówić? Ile takich nagrań czeka jeszcze w szufladzie, aż ich autor przestanie mieć powód, by je chować?
Czy to działa tak samo w samorządach?
Pytanie, które nas we Wrocławiu interesuje najbardziej, brzmi inaczej: czy opisywany przez Serafina mechanizm - państwo finansuje, prywatny podmiot przejmuje, kontrola formalnie istnieje, ale nikogo nie interesuje — ma swoje lokalne odpowiedniki? Czy w wydawaniu publicznych pieniędzy przez spółki miejskie i jednostki podległe samorządom działy się analogiczne rzeczy? W Wrocławiu nie musimy szukać daleko - od miesięcy dokumentujemy mechanizmy w gospodarce odpadami, gdzie publiczne pieniądze i nadzór właścicielski też bywały fikcją na papierze. Nagranie Serafina to przypomnienie, że wzorzec „kontrola istnieje, ale nikt jej nie egzekwuje" nie jest wyjątkiem - to metoda.
Collegium Humanum: 15 października zacznie się mówić głośno
To pytanie nabiera dla nas dodatkowej wagi w kontekście terminu, który właśnie się pojawił: 15 października 2026 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpocznie się proces w aferze Collegium Humanum, w którym na ławie oskarżonych zasiądzie blisko 30 osób - w tym prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. To sprawa fałszywych dyplomów wykorzystywanych do obsadzania stanowisk w spółkach państwowych i samorządowych - czyli dokładnie tego rodzaju patologii władzy, o której mówi Serafin, tylko przeniesionej na grunt lokalny.
Historia uczy, że najgłośniej mówią ci, którzy już zostali osądzeni albo widzą, że są następni w kolejce. Jeśli proces w Warszawie potwierdzi choćby część zarzutów prokuratury, może się okazać, że Serafin nie jest ostatnim, który zdecyduje się przerwać milczenie. Będziemy się temu przyglądać - także z perspektywy wrocławskiej.
Lista hańby. 23 radnych po stronie śmieciowej mafii
Lista hańby. 23 radnych po stronie śmieciowej mafii
Piotr Uhle
Gdy mieszkańcy Wrocławia są obciążani horrendalnymi podwyżkami za śmieci, szukają obrony u swoich przedstawicieli. Wczoraj, 26 sierpnia, przekonali się, że większość Rady Miejskiej broni nie ich interesów, a interesu prezydenta i śmieciowej mafii. Aż 23 radnych zagłosowało za oddaleniem dobrze udokumentowanej skargi na drastyczną podwyżkę opłat za odpady. Publikujemy pełną listę – z podziałem na kluby.
Grabież w majestacie prawa
Gdy obywatele są łupieni przez władzę, ich pierwszym odruchem jest szukanie wsparcia u swoich reprezentantów. W samorządzie, takim jak wrocławski, oznacza to zwrócenie się do prezydenta i radnych. Problem w tym, że w kwestii opłat za śmieci to właśnie prezydent i jego urzędnicy są stroną sięgającą głęboko do kieszeni wrocławian – dlatego to radni powinni być pierwszą linią obrony. Niestety, gdy w lipcu pod obrady Rady Miejskiej trafiła nieprzygotowana uchwała podnosząca opłaty za odpady, większość zdecydowała, że ten drenaż portfeli jest w porządku. Mieszkańcy nie poddali się i szukali sprawiedliwości dalej. Mecenas Grzegorz Prigan napisał skargę, wskazując na brak rzetelności wyliczeń, na których oparto podwyżkę. Chwała mu za to – gdy zawodzą politycy, trzeba szukać obrony w literze prawa. Skarga była dobrze udokumentowana i potwierdzała to, o czym mówiliśmy od początku: kalkulacja podwyżki jest błędna. W momencie jej uchwalania nikt nie wiedział, ilu tak naprawdę mamy we Wrocławiu mieszkańców i płatników w systemie gospodarowania odpadami. Nie było też wiadomo, ile w systemie pozostanie nieruchomości niezamieszkałych, które płacą najwyższe stawki i stanowią istotny element finansowania całości. Dziś już wiemy – ich liczba spadła o 5,5 proc.
Jak radni głosowali nad skargą mieszkańców?
Wobec tych wszystkich faktów można by się spodziewać, że Rada Miejska rozpatrzy skargę na korzyść wrocławian. Nic bardziej mylnego. 26 sierpnia, podczas XXXVI sesji Rady Miejskiej, odbyło się jawne głosowanie nad projektem uchwały w sprawie skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na uchwałę ustalającą metody i stawki opłaty (druk nr 946/26). Radni głosowali nad wnioskiem o oddalenie skargi – a więc głos „za" oznaczał odrzucenie racji mieszkańców, a głos „przeciw" – stanięcie w ich obronie. Wynik: 23 głosy za oddaleniem skargi, 10 przeciw, przy udziale 34 z 37 uprawnionych radnych. Radni nie tylko nie zgodzili się na uwzględnienie skargi. Prowadząca obrady nie dopuściła nawet do głosowania nad wnioskiem o wstrzymanie wejścia w życie podwyżek do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez sąd administracyjny. Zamiast bronić mieszkańców, stanęli po stronie interesów śmieciowej mafii, stając się jej przybudówką i ekspozyturą.
Lista hańby – klub po klubie
-
Klub Radnych Koalicja Obywatelska – za oddaleniem skargi zagłosowało 17 z 18 członków klubu: Marzena Bogusz, Izabela Duchnowska, Agnieszka Dusza, Tadeusz Grabarek, Dominika Kontecka-Graszewicz, Robert Leszczyński (przewodniczący klubu), Sebastian Lorenc, Kacper Mędygrał, Joanna Pieczyńska, Magdalena Razik-Trziszka, Agnieszka Rybczak, Edyta Skuła, Martyna Stachowiak, Igor Wójcik, Ewa Wrońska, Krzysztof Zalewski, Maciej Zieliński. (Ewa Wolak była nieobecna).
-
Klub Radnych Lewica Naprzód – za oddaleniem skargi zagłosowało 5 z 7 członków klubu: Sławomir Czerwiński, Anna Kołodziej (wiceprzewodnicząca klubu), Robert Maślak, Dorota Pędziwiatr (przewodnicząca klubu), Robert Suligowski. (Bartłomiej Ciążyński był obecny, ale nie głosował; Dominik Kłosowski był nieobecny).
-
Radni niezrzeszeni – za oddaleniem skargi zagłosował: Jarosław Krauze.
Razem: 23 radnych, którzy zdecydowali, że mieszkańcy mają płacić więcej na podstawie wyliczeń, których rzetelności sami nie potrafią obronić.
Kto bronił mieszkańców? Warto pokazać, kto w tym głosowaniu stanął po właściwej stronie. Przeciwko oddaleniu skargi, a więc w obronie mieszkańców, zagłosowało 10 radnych: cały Klub Radnych Prawo i Sprawiedliwość (Łukasz Kasztelowicz – przewodniczący, Karolina Krzeszowiec, Michał Kurczewski, Łukasz Olbert, Robert Pieńkowski, Dariusz Piwoński, Sławomir Śmigielski; nieobecny był Andrzej Kilijanek) oraz cały Klub Radnych Naprawmy Przyszłość (Jakub Janas – przewodniczący, Jakub Nowotarski, Piotr Uhle).
Po co nam tacy radni?
Po co mieszkańcom radni, którzy nie znajdują czasu na obronę ich interesów, ale jak lwy walczą o zyski koalicji deweloperskiej i śmieciowej mafii? Prezydent, który w oparciu o nierzetelny dokument okrada mieszkańców, już dawno się skompromitował i powszechnie wiadomo, że powinien pożegnać się ze stanowiskiem. Wczoraj maski opadły ostatecznie – radni okazali się mieszkańcom potrzebni mniej więcej tyle, co plaster na armatę. To kolejny dowód w tej kadencji na to, że stracili oni moralne prawo do reprezentowania wrocławian. Nie mają już żadnego mandatu do sprawowania swojej funkcji poza tym czysto formalnym. Czy to towarzystwo naprawdę uważa, że może rządzić bez oglądania się na potrzeby mieszkańców? Czym wrocławianie są gorsi od zabrzan czy krakusów, którzy potrafili skutecznie wyrzucić złą władzę na bruk? Oby więc również u nas znalazła się wola, by w demokratyczny i pokojowy sposób odebrać mandaty radnym reprezentującym obce interesy. Jedyna droga do tego prowadzi przez referendum.
Presja ma sens. Jak mieszkańcy Wrocławia kruszą beton władzy
Presja ma sens. Jak mieszkańcy Wrocławia kruszą beton władzy
Piotr Uhle
Sesja Rady Miejskiej poświęcona planowi ogólnemu pokazała coś, czego wrocławska polityka lokalna nie widziała od dawna: politycy, którzy boją się zorganizowanych mieszkańców, zaczynają głosować inaczej niż zwykle. To nie przypadek – to efekt presji, tysięcy podpisów i uporu ludzi, którzy nie odpuścili.
Po przebiegu głosowań widać wyraźnie: gdy mieszkańcy ze sobą współpracują, politycy zaczynają się liczyć z konsekwencjami. Wiedzą już, że bezkarnie nie sprzedadzą interesu wrocławian – i realnie się tego boją. To właśnie ten strach pozwolił przełamać zimną skorupę tworzoną przez partie władzy. Współpraca ponad podziałami ma sens. Trzeba tylko mocniej zaznaczać, że zmiany są niezbędne.
Co udało się uratować
Lista wygranych tej sesji jest dłuższa, niż ktokolwiek mógł się spodziewać jeszcze kilka miesięcy temu.
Sołtysowice obroniono przed nadmierną zabudową – i to podwójnie. Zablokowano szkodliwą poprawkę Koalicji Obywatelskiej, która zamieniała teren usługowy za Koroną w wielopiętrowe bloki, a dodatkowo zmniejszono intensywność zabudowy wokół al. Poprzecznej i ograniczono jej maksymalną wysokość do 12 metrów – dokładnie tak, jak postulowali mieszkańcy.
Udało się doprowadzić do uwzględnienia w planie trasy czeskiej, mimo olbrzymiego oporu magistratu.
Zapewniono większą rezerwę terenu dla Parku Słonecznego na Gaju, co wywołało prawdziwą radość wśród okolicznych mieszkańców.
Zabezpieczono przed zabudową tereny dawnego klasztoru Urszulanek na Karłowicach. To duża rzecz – formalnie stało się to za sprawą wniosku PiS, choć analogiczny wniosek klubu Naprawmy Przyszłość miał być głosowany dopiero później, jako że reprezentuje mniejszy klub w Radzie.
Ograniczono możliwość stosowania tzw. DWZ-tek (obszarów uzupełnienia zabudowy) – choć wniosek o całkowitą likwidację OUZ na terenach pod zabudowę wielorodzinną nie przeszedł.
Obroniono Żar przed nadmierną zabudową wielorodzinną, forsowaną przez Koalicję Obywatelską.
Prodeweloperskie lobby zostało zmuszone do wycofania się z szeregu kontrowersyjnych poprawek – przy Paprotnej, Strzegomskiej i na Kozanowie.
System zaczyna pękać
Tysiące podpisów zebranych pod obywatelskimi wnioskami mają swoją siłę – trudno je dziś zignorować. Zmieniają się czasy, a politycy coraz bardziej „trzęsą portkami" przed zorganizowanymi mieszkańcami. To płomyk nadziei, że inicjatywy obywatelskie zaczną być traktowane poważnie.
Nie dlatego, że Rada Miejska nagle stała się miejscem empatycznym – ale dlatego, że politycy zaczynają bać się obywateli, którzy się organizują. Mieszkańcy wracają na należne im miejsce: to przecież oni są pracodawcami polityków i samorządowców, nie odwrotnie.
Szkoda, że nie stało się to wcześniej – choćby przy głosowaniu nad projektem uchwały „Wrocław przeciw patodeweloperom" czy przy petycji „Rewitalizacja TERAZ". Szkoda, że potrzeba było do tego politycznych rozgrywek wewnątrz samej Rady Miejskiej. Ale teraz mieszkańcy mają moment, w którym mogą poczuć, jak to powinno wyglądać na co dzień: politycy szanujący swoich wyborców.
Nie łudźmy się jednak, że tak zostanie na zawsze. Raz naruszone interesy prędzej czy później ułożą się na nowo. Lewica wynegocjuje swoje koncesje w mieście, wymieni wiceprezydenta i wróci do współrządzenia. Koalicja Obywatelska wróci do lojalnego żyrowania kolejnych niekorzystnych dla mieszkańców zmian – chyba że wydarzy się coś, czego politycy się nie spodziewają: społeczeństwo obywatelskie nie przestanie działać i będzie kontynuowało presję.
Koalicja Deweloperska nadal jest niebezpieczna
Sukcesy tej sesji to jednak wciąż za mało. W mocy pozostaje wiele niekorzystnych zapisów – choćby na Placu Grunwaldzkim, w okolicach Dworca Świebodzkiego czy „Na Ostatnim Groszu". Nie udało się zbudować większości dla sensownych zmian przy ul. Lotniczej. W Radzie Miejskiej wciąż brakuje partnerów do rozmowy o uczciwym podziale zysku z przekształcania gruntów.
W planie pozostaje też szereg innych kontrowersyjnych zapisów – między innymi dotyczących wieżowców liczących po 100, a nawet 200 metrów, rozsianych losowo po całym mieście i dewastujących sylwetkę miasta. Ślepe dążenie do naśladowania wielkich metropolii pozbawi Wrocław charakteru, a dotychczasowe eksperymenty z wysokościowcami raczej się nie powiodły – zamiast zdobić, szpecą wizerunek miasta.
Koalicja Deweloperska nie znika. Będzie próbowała odzyskać utracone dziś przyczółki, zmieniać plan ogólny, aktualizować go, wpychać bokiem kolejne niekorzystne dla mieszkańców poprawki. Dlatego musimy zachować czujność.
Świadomi obywatele zasługują na władzę, której można zaufać
Ile jeszcze można trwać w układzie, w którym wybrańców trzeba trzymać za mordę, bo inaczej zaczną załatwiać swoje interesiki? To nienaturalne, ale przy obecnej elicie nie ma innego wyjścia. Ci ludzie nie są w stanie wprowadzić żadnych realnych zmian na lepsze – są częścią systemu zepsutego do cna.
Jeżeli chcemy kiedykolwiek poczuć się szanowanymi przez swoich reprezentantów obywatelami, musimy zmienić obecną władzę. Można liczyć na to, że zrobią to za nas prokurator i sąd – to jednak naiwna nadzieja. Można liczyć, że ekipa Jacka Sutryka odejdzie w niesławie – ale to zostawmy w sferze marzeń. Tymczasem kolejne interesy będą załatwiane, a Wrocław będzie popadał w coraz głębszy kryzys.
Sprawiedliwość w życiu publicznym rzadko przychodzi sama i na czas. Dzieje się tak wtedy, gdy ludzie z ideą w sercu wyegzekwują ją, korzystając z demokratycznych narzędzi przyznanych im przez ustawodawcę: inicjatyw uchwałodawczych, petycji, dostępu do informacji publicznej. To zestaw narzędzi, z których musimy korzystać każdego dnia.
Ale jedynym narzędziem, które pozwala odsunąć złą władzę raz na zawsze, jest referendum. Czy wrocławianie stwierdzą, że nie są w niczym gorsi od krakusów, warszawiaków, zabrzan czy mieszkańców Częstochowy? Czy odwołają złą władzę? Czasu nie przybywa, a patrzeć, jak mafia śmieciowa pod rękę z koalicją deweloperską szarpie sukno wrocławskiego samorządu, jest po prostu szkoda.
To jak będzie?












