KO w objęciach Sutryka - maski opadły
3 maja, 2026Aktualności,Opinie
KO w objęciach Sutryka - maski opadły
W ubiegłym tygodniu ostatnie maski opadły. Koalicja Obywatelska oficjalnie przyznała się do pełnej kolaboracji z prezydentem Jackiem Sutrykiem. Nic tak nie łączy jak wspólny interes - i właśnie ten interes, a nie dobro mieszkańców Wrocławia, stał się fundamentem nowego politycznego układu. Układ ten ma swoją cenę - i zapłacą ją wrocławianie.
W KO wygodnie jest mieć krótką pamięć
KO nie przeszkadza ani brak rzetelnych audytów w spółkach miejskich, ani fasadowy charakter konkursów lub ich całkowity brak. Nie przeszkadza afera Collegium Humanum, która wstrząsnęła środowiskiem akademickim. Nie przeszkadza afera śmieciowa ani rozpasane apetyty deweloperów bliskich władzy - apetyty skrzętnie zaspokajane przez ekipę Sutryka przez ostatnie lata kosztem zwykłych mieszkańców. Słowem: KO wchodzi w mariaż z ekipą, która - zdaniem wielu wyborców tej partii - powinna być rozliczona, a nie nagradzana koalicyjnym parasolem. Z ekipą, która mimo zapowiedzi nie była w stanie zrealizować obietnic formacji Tuska dotyczących standardów rządzenia we Wrocławiu. Wchodząc w ten układ, KO po prostu oszukuje własnych wyborców.
Co każdy z tego ma
Logika tego układu jest prosta i brutalna zarazem. Wyposzczeni działacze KO, szczególnie ci sceptyczni do tej pory względem polityki ratusza, ruszą po nowe stanowiska w spółkach i urzędach. Awansowani decydenci będą zaspokajać oczekiwania środowisk, które od lat czekają na swoją kolej, odsunięte dotąd na boczny tor.
Partia wypełnia własny interes: dostaje władzę i możliwość wzmocnienia zaplecza przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu. Skwapliwie realizuje przy okazji wolę Donalda Tuska, który zażądał spokoju na Dolnym Śląsku - bo po krwawych wewnętrznych wyborach KO jest osłabiona i dryfuje bez wyraźnego kursu strategicznego. Poza jednym: więcej władzy dla swoich w mieście i województwie. Po co im ta władza? Tym będą przejmować się później.
Sutryk dostaje to, czego potrzebuje najbardziej: komfortowe rządzenie do 2029 roku bez presji opozycji zdolnej do realnego rozliczania władzy. Jeśli odnowione małżeństwo przetrwa - a obu stronom zależy, żeby przetrwało - wspólnie namaszczą kandydata na następcę i zadbają o ciągłość układu.
A mieszkańcy?
Czas pokaże, czy na tym politycznym handlu skorzystają wrocławianie. Może nowa koalicja okaże się sprawniejsza niż dotychczasowy układ. Może część zaległych obietnic w końcu zostanie zrealizowana. Optymizm jest jednak trudny do uzasadnienia, gdy patrzy się na to, jak ten sojusz powstawał i co było jego rzeczywistą walutą przetargową. Dowiemy się wkrótce, bo rzeczywistość będzie poddawała odnowione małżeństwo KO-Sutryk licznym próbom i testom.
Jedno jest pewne - dobro mieszkańców nie było przy negocjacyjnym stole przedmiotem głębokiej debaty ani tym bardziej twardych gwarancji. Było najwyżej tłem, na którym rozgrywano partyjne interesy. Wrocławianie dowiedzą się, ile są warte złożone obietnice - tak jak zawsze: po czasie.
To na ich krótką pamięć liczą dziś reprezentanci lokalnej elity władzy KO. Naszą rolą będzie o złożonych obietnicach przypominać.
Jak czarował rzeczywistość prezes Ekosystemu - sprawdzamy fakty
Jak czarował rzeczywistość prezes Ekosystemu - sprawdzamy fakty
Paweł Karpiński, prezes spółki Ekosystem, udzielił dziś wywiadu, w którym tłumaczył, dlaczego od ponad roku Wrocław nie może rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci. Przeanalizowaliśmy jego słowa. Część twierdzeń jest zasadna. Część jest niepełna lub wprost myląca. A jedno zdanie - o kompetencjach - brzmi wyjątkowo ironicznie w kontekście tego, co wiemy o wynikach spółki w sądach.
„Krytykują nas ludzie, którzy nie znają się na prawie zamówień publicznych"
To cytat z wywiadu. Prezes odniósł się do internetowej krytyki, sugerując, że pochodzi ona od osób niemających pojęcia o realiach przetargów publicznych. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.
Spółka Ekosystem prowadziła przetarg wartości ponad miliarda złotych. W jego toku przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W jednej z kluczowych spraw sądowych - dotyczącej odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów recyklingu - Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok, w którym stwierdził wprost:
„Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze." (wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.)
Innymi słowy: prawnicy Ekosystemu pojawili się na sali sądowej i nie przedstawili argumentów. Sąd nie mógł zastąpić profesjonalnego pełnomocnika. Sprawa została przegrana przez zaniedbanie. To nie jest kwestia trudnych przepisów - to błąd wykonawczy.
Podobnie przy próbie unieważnienia przetargu: KIO zakwestionowała decyzję spółki, wskazując, że nie uprawdopodobniła ona zdarzeń stanowiących podstawę unieważnienia, a według doniesień do Izby ponownie nie dostarczono wszystkich wymaganych dokumentów.
Pytanie, które warto zadać głośno: skoro kompetencja prawna miałaby być barierą dla oceny działań spółki - to jak ocenić samą spółkę w świetle tych wyroków?
„Poprzedni przetarg też trwał ponad rok i też był unieważniony"
Prezes Karpiński przywołał przetarg z 2023 roku jako precedens świadczący o tym, że długie postępowania to norma.
To twierdzenie jest prawdziwe - ale jednocześnie jest mistrzowskim przykładem selektywnej pamięci.
Tamten przetarg unieważniono z konkretnego powodu: oferty złożone przez firmy były zbyt drogie. Procedura zatem dotarła przynajmniej do etapu, w którym firmy złożyły oferty. Można je było ocenić. Można było podjąć decyzję.
Obecny przetarg nie dotarł nawet do tego punktu. Ekosystem przez ponad 400 dni nie był w stanie doprowadzić do ogłoszenia jednolitej specyfikacji warunków zamówienia (SWZ). Oferty nie zostały złożone. Nie zostały otwarte. Nie było czego porównywać.
Porównanie obu postępowań przez prezesa sugeruje, że historia się powtarza i że to normalne. W rzeczywistości obecna sytuacja jest gorsza - nie o stopień, lecz o jakość. Wcześniej przetarg był długi. Teraz przetarg jest zablokowany na etapie, który poprzednio nie sprawiał problemów.
„Nie straciliśmy ani jednego miesiąca"
To zdanie z wywiadu zasługuje na szczególną uwagę - bo jest nie tylko nieprawdziwe, ale wręcz odwrotne do tego, co dokumentują fakty. I to na wielu poziomach jednocześnie.
Zwłoka po wyroku KIO. Ekosystem unieważnił prowadzone postępowania przetargowe. Wykonawcy zaskarżyli tę decyzję. KIO wyrokiem z 9 marca 2026 r. uznała unieważnienie za podjęte z rażącym naruszeniem prawa i nakazała jego uchylenie oraz kontynuowanie postępowań. Było to orzeczenie jednoznaczne - nie pole do interpretacji, lecz nakaz. Wykonanie tego wyroku zajęło spółce ponad miesiąc.
Wyrok o danych mieszkańców - pół roku w szufladzie. To nie jedyna sprawa przed KIO, którą spółka zlekcważyła. We wrześniu 2025 r. Izba orzekła przeciwko Ekosystemowi w sprawie dotyczącej przekazywania firmom śmieciowym danych właścicieli nieruchomości. Pełnomocnicy spółki nie byli w stanie wykazać przed KIO, że interesy mieszkańców są właściwie chronione - i zarząd po prostu odpuścił odwołanie. Konsekwencja? Zamiast naprawić problem proceduralnie, spółka zaproponowała zaskakujące wyjście: uchwałę Rady Miejskiej, która zobligowałaby mieszkańców do podawania imienia, nazwiska, numeru telefonu i adresu e-mail pod rygorem grzywny do 5000 zł. Projekt trafił pod obrady w kwietniu 2026 r. - czyli ponad pół roku po wyroku. Eksperci wskazują, że proponowane przepisy wykraczają poza delegację ustawową i są niezgodne z RODO. Wyrok zapadł we wrześniu. Reakcja: sześć miesięcy milczenia, a potem nielegalny projekt uchwały.
Odwołanie Alby - i tak nie ma specyfikacji. Prezes w wywiadzie sugeruje, że to odwołanie złożone przez firmę Alba blokuje przetarg. To prawda - odwołanie formalnie wstrzymuje postępowanie. Ale jest w tym pewien szczegół. Gdyby Alba jutro wycofała swoje odwołanie, otwarcie ofert i tak by się nie odbyło. Dlaczego? Bo Ekosystem do dziś nie dysponuje ostateczną, gotową specyfikacją warunków zamówienia (SWZ). A gdy tylko taka specyfikacja powstanie - wykonawcy będą mogli złożyć do niej kolejne odwołania. Odwołanie Alby jest więc wygodnym ekranem, za którym kryje się znacznie bardziej fundamentalny problem: spółka nie skończyła roboty, którą powinna była skończyć dawno temu.
Historia, którą warto zobaczyć całą. Żeby w pełni zrozumieć, co kryje się za słowami „nie straciliśmy ani jednego miesiąca", warto spojrzeć na historię wrocławskich przetargów śmieciowych:
| Ogłoszenie | Złożenie ofert | Wynik |
| 04.03.2013 | 07.05.2013 | Wybór wykonawcy 17.05.2013 |
| 15.04.2016 | 08.06.2016 | Wybór wykonawcy 21.06.2016 |
| 03.03.2020 | 03.09.2020 | Wybór wykonawcy 15.09.2020 (pandemia, KIO się zamknęło) |
| 12.04.2022 | 13.07.2022 | Przetarg unieważniony |
| 06.09.2022 | 20.01.2023 | Przetarg unieważniony (zbyt drogie oferty) |
| 14.06.2023 | 21.08.2023 | Wybór wykonawcy 01.09.2023 |
| 03.2025 | - | Po ponad 400 dniach: brak ofert, brak SWZ |
Tak - zawsze były odwołania i pytania do specyfikacji. Tak jak wszędzie w Polsce przy przetargach tej skali. Ale jak widać z tabeli, nawet w czasie pandemii, gdy KIO dosłownie się zamknęło, Wrocław potrafił przeprowadzić przetarg od ogłoszenia do wyboru wykonawcy w sześć miesięcy. Obecne postępowanie po ponad 400 dniach nie dotarło nawet do złożenia ofert. To nie jest norma. To jest osobna kategoria porażki.
Żadnego miesiąca nie stracono. Pół miliarda złotych - wydano z wolnej ręki. Miesiąc zwłoki po wyroku KIO nakazującym działanie stracono. Sześć miesięcy bezczynności po wyroku w sprawie danych mieszkańców - też.
„Brakuje nam własnych instalacji, żeby ustabilizować rynek"
To jest jeden z nielicznych momentów wywiadu, w którym Karpiński mówi coś zasadniczo prawdziwego. Brak własnej infrastruktury przetwarzania odpadów rzeczywiście pozbawia miasto narzędzi do negocjowania cen i uniezależnienia się od oligopolu firm śmieciowych.
Ale jest pytanie, które w wywiadzie nie padło: kiedy to się miało zacząć zmieniać?
Przywołajmy przykład z innego polskiego miasta. Bydgoska komunalna spółka ProNatura podpisała umowę z NFOŚiGW na dofinansowanie budowy nowoczesnej sortowni w maju 2020 roku - w środku pandemii COVID-19. Mimo przesunięć spowodowanych covidem i wojną w Ukrainie, sortownia została odebrana zgodnie z planem pod koniec grudnia 2023 roku. Całość zajęła 3,5 roku. Koszt: 89 mln zł netto, z czego ponad 41 mln zł pokrył NFOŚiGW. Efekt: jedna z najnowocześniejszych linii sortowniczych w Polsce, osiągająca 90% skuteczności odzysku poszczególnych frakcji.
Wróćmy do Wrocławia. Kiedy skończyła się ta historia? Poprzednie przetargi Ekosystemu unieważniono z powodu zbyt wysokich cen na przełomie lat 2022–2023. Każdy rozsądny zarząd spółki komunalnej powinien był w tamtym momencie wyciągnąć jeden oczywisty wniosek: jesteśmy zakładnikami rynku, bo nie mamy własnych instalacji. Trzeba to zmienić.
Gdyby Ekosystem w 2022 roku podjął decyzję o inwestycji w sortownię, dziś moglibyśmy ją otwierać. Bydgoszcz pokazała, że 3,5 roku wystarczy. Pandemia nie przeszkodziła. Wola wystarczy. O ile poprawilibyśmy nasze wyniki sortowania odpadów? Zależnie od przepustowości - nawet o 5-6 punktów procentowych, co oznacza zmniejszenie kar za przekroczenie norm selektywnej zbiórki odpadów o grube miliony złotych.
Zamiast tego: kolejny przetarg, kolejne problemy, kolejne umowy z wolnej ręki. I dopiero teraz, po 411 dniach chaosu, prezes informuje, że powołano „zespół z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej", który ma przeanalizować sytuację i wydać rekomendacje.
Analiza zamiast działania. Raport zamiast instalacji. W Bydgoszczy w tym czasie śmieci już się sortują.
„56% recyklingu nie osiągniemy"
To zdanie pada w wywiadzie niemal mimochodem, bez komentarza. Ale jego konsekwencje są poważne.
Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł prawomocnie, że odpowiedzialność za nieosiągnięcie ustawowych poziomów recyklingu spoczywa na mieście - nie na wykonawcach. Miasto nie może przerzucić kar na firmy. Uznano, że wykonawcy nie mają realnego wpływu na to, jak mieszkańcy segregują odpady u źródła.
„Nie możemy obciążać wykonawców poziomami recyklingu” – kolejna zasłona dymna
W narracji prezesa Karpińskiego wyrok zakazujący przerzucania na firmy obowiązku osiągania poziomów recyklingu brzmi jak wyrok ostateczny. Sugestia jest prosta: prawo związało nam ręce, nic nie dało się zrobić. Sprawdziliśmy – to kolejna półprawda, która ma przykryć brak procesowej skuteczności spółki.
Wyroki nie są absolutne. Poglądy prawne, na które powołuje się Ekosystem, nie mają charakteru dogmatu. Orzecznictwo wskazuje wyraźnie: odpowiedzialność wykonawcy zależy od tego, jak precyzyjnie skonstruowano specyfikację (SWZ) i jakich argumentów zamawiający użył przed sądem, by bronić swoich zapisów. Innymi słowy – to nie prawo jest „złe”, to argumentacja spółki mogła być zbyt słaba, by przekonać sędziów.
Inne gminy nadal to robią. Podczas gdy we Wrocławiu ogłasza się niemożność, w wielu innych gminach wykonawcy wciąż są rozliczani z poziomów odzysku odpadów. Co więcej, istnieją wyroki potwierdzające taką praktykę, wydane już po głośnym orzeczeniu wrocławskim.
-
Przykład? Wyrok KIO z 9 stycznia 2026 r. (sygn. KIO 5301/25).
Izba potwierdziła w nim, że odpowiedzialność wykonawcy jest możliwa do utrzymania, o ile zamawiający potrafi ją profesjonalnie uzasadnić.
Zaniechanie zamiast walki. Dla mieszkańców Wrocławia można było wywalczyć znacznie bezpieczniejszy układ – choćby podział odpowiedzialności za kary finansowe między miasto a firmy. Taki „bezpiecznik” chroniłby portfele wrocławian przed milionowymi karami, które teraz w całości spadną na budżet miasta.
Spółka Ekosystem jednak nie podjęła w tym zakresie skutecznej walki. Wybrano najprostszą drogę: kapitulację przed roszczeniami firm i przerzucenie całego ryzyka na mieszkańców. Kolejny raz okazuje się, że to nie przepisy są barierą, ale brak determinacji i kompetencji w ich egzekwowaniu.
Kary za nieosiągnięcie poziomu 56% recyklingu zostaną opłącone z konta Wrocławia. Prezes nie wie, ile wyniosą - nie szacował. Wiemy natomiast, że przy skali wrocławskiego systemu mowa będzie o dziesiątkach milionów złotych. Ci, którzy za to zapłacą, nie mają nic wspólnego z przetargami, odwołaniami ani KIO. To mieszkańcy, ale nie w rachunkach za śmieci, bo to nielegalne. Zapłacimy za to z budżetu miasta - kosztem szkół, dróg i parków.
Prezes mistrzem zasłony dymnej ale kosztem rzetelnej informacji dla mieszkańców
Prezes Karpiński w wywiadzie jest sprawny retorycznie. Mówi o systemowych ograniczeniach - i w dużej mierze ma rację. Ale retoryka ta służy temu, by uwaga skupiała się na przepisach i firmach odwoławczych, a nie na tym, co spółka robiła lub czego nie robiła przez ostatnie lata.
Mamy ponad 400 dni bez rozstrzygnięcia. Mamy pół miliarda złotych wydane bez przetargu. Mamy przegrane sprawy sądowe z powodu błędów własnych prawników. Mamy brak jakichkolwiek działań inwestycyjnych, mimo że inne miasta - w czasie pandemii - budowały nowoczesną infrastrukturę. Mamy CBA w ponad 20 lokalizacjach.
I mamy prezesa, który wyjaśnia, że krytykują go ludzie niekompetentni.
Mieszkańcy Wrocławia zasługują na więcej niż wyjaśnienia. Zasługują na wyniki.
Afera śmieciowa: Pół miliarda bez przetargu, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać
26 kwietnia, 2026Aktualnościafera śmieciowa,cba,afery
Pół miliarda bez przetargu na śmieci, 407 dni paraliżu. Większość Sutryka mówi: nie ma czego badać
Nie będzie speckomisji śmieciowej w Radzie Miejskiej Wrocławia. Radni lojalni wobec Sutryka nie chcą się przepracowywać i poparli wniosek o jej odrzucenie.
Wniosek zgłosił wiceprezydent Michał Młyńczak. Poparło go 19 radnych Koalicji Obywatelskiej, 10 było przeciw, dwoje wstrzymało się od głosu. Komisja, która miała zbadać, dlaczego od ponad roku nie da się we Wrocławiu rozstrzygnąć przetargu na odbiór śmieci i dlaczego miasto wydaje setki milionów złotych z wolnej ręki, nie powstanie. Większość rządząca uznała, że nie ma czego badać.
407 dni, pół miliarda i ani jednego rozstrzygniętego przetargu

Liczby, które przytoczył wnioskodawca Piotr Uhle (klub Naprawmy Przyszłość), są wprost porażające. Postępowania przetargowe na odbiór, transport i zagospodarowanie odpadów komunalnych w sześciu sektorach Wrocławia ogłoszono w marcu 2025 roku. Po 407 dniach żadne z nich nie zostało rozstrzygnięte. Spółka Ekosystem przegrała szereg spraw przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami powszechnymi. W tym czasie miasto trzykrotnie zawierało umowy z wolnej ręki: w czerwcu 2025 r. na ok. 136 mln zł, w październiku 2025 r. na 192 mln zł, w marcu 2026 r. na 204 mln zł. Łącznie ponad pół miliarda złotych — bez konkurencyjnego trybu, bez kar za nieosiągnięcie poziomów recyklingu, na warunkach, których szczegółów miasto nie ujawnia.
Tryb z wolnej ręki, jak wynika z prawa zamówień publicznych, zarezerwowany jest dla sytuacji wyjątkowych i niemożliwych do przewidzenia. We Wrocławiu, gdzie odwołania towarzyszą każdemu kolejnemu przetargowi od kilkunastu lat, „nieprzewidywalność" to argument trudny do utrzymania.
Jest jeszcze drugie dno. Już w 2026 roku miasto ma ustawowy obowiązek osiągnąć 56-procentowy poziom recyklingu odpadów komunalnych. Niewypełnienie progu oznacza wielomilionowe kary. Sądy w toku postępowań ustaliły, że odpowiedzialności za nieosiągnięcie poziomów tym razem nie udało się przerzucić na wykonawców — zostanie ona w całości po stronie miasta. Eksperci wskazują, że kluczowy wyrok został wydany na skutek nieudolności i niekompetencji spółki w trakcie sprawy sądowej. Więcej o tym przeczytacie w tekście "Kompromitujący rok nieudolności – afera śmieciowa". W uzasadnieniu do wyroku czytamy:
"Uzasadnienie skargi nie zawiera rozwinięcia tegoż zakresu zaskarżenia. Także na rozprawie skarżący w tej kwestii nie przedstawił swojego stanowiska.
Sąd Okręgowy uznał, że tak sprecyzowane żądania w zakresie kosztów nie nadają się do rozpoznania, tym bardziej biorąc pod uwagę, że strona skarżąca była zastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika. Sąd obowiązany jest do równego traktowania stron postępowania i nie może wyręczać pełnomocnika w prawidłowym formułowaniu zarzutów i uzasadnienia tychże w skardze”
(wyrok XXIII Zs 101/25, 15 października 2025 r.).
Trudno też wytłumaczyć różnice cenowe. W Chrzanowie ten sam wykonawca, co we Wrocławiu, przetwarza tonę bioodpadów za 746 zł. We Wrocławiu — za 1310 zł. Niemal dwa razy więcej u tej samej firmy. Wrocławianie zrzucają się na śmieci w Chrzanowie, bo tam jest konkurencja a w stolicy Dolnego Śląska - oligopol i nieudolna spółka organizująca przetargi.

Co miała robić komisja
Projekt klubu Naprawmy Przyszłość zakładał powołanie ciała, które przez pół roku zająłby się systemem odpadowym całościowo: oceną jego funkcjonowania, analizą zamówień publicznych, sytuacji finansowej, otoczenia rynkowego, a na końcu — wypracowaniem rekomendacji obniżenia kosztów i stawki opłaty dla mieszkańców. Raport miał trafić do rady do końca października 2026 r.
Uhle podkreślał, że nie chodzi o powielanie pracy komisji rewizyjnej, której tegoroczny plan kontroli obejmuje wyłącznie spółkę Ekosystem. Komisja doraźna miała patrzeć szerzej: na cały system. Intencję wnioskodawca wyłożył wprost, odwołując się do napisu w sali sesyjnej: „Być narodowi użytecznym. I my dzisiaj zdajemy pewnego rodzaju test czy egzamin, czy nam się chce pracować na to, żeby być użytecznym, czy po prostu chodzi o to, żeby użytecznym byli inni, a nam było wygodnie".
Linia obrony większości: „polityczna gra na czas"
Klub Koalicji Obywatelskiej, który w radzie ma zdecydowaną większość, zajął stanowisko negatywne. Przewodniczący Robert Leszczyński sugerował, że wnioskodawca raport ma już właściwie napisany i że komisja byłaby ciałem do „hucpy politycznej". Krytyczne uwagi wniosła Komisja Statutowa: zakres działania komisji uznano za zbyt szeroki jak na ciało doraźne.
Najmocniejsze stanowisko zajął jednak wiceprezydent Michał Młyńczak — i to on dwukrotnie wnosił o odrzucenie projektu. „Ta podkomisja, co do której pan radny Uhle dzisiaj składa, to jest polityczna gra na czas" — mówił. „Panu poprzez tą podkomisję zależy na kontynuowaniu w ciągłym, w trybie permanentnym tego, aby nie doprowadzić po prostu do finałowych rozstrzygnięć przetargowych i grać dalej na czas. Grać dalej na to, aby wprowadzać medialny szum, chaos i w tym zakresie pełną manipulację".
Riposta Uhlego była najmocniejszym momentem debaty. - Jeżeli pan uważa, że moje intencje są takie, żeby wpłynąć na wynik przetargu, to proszę iść i zawiadomić prokuraturę. Normalnie bym tak powiedział, tylko już to zrobiliście. Problem jest taki, że to nie do moich drzwi załomotało CBA, tylko do innych drzwi panie prezydencie — odpowiedział wiceprezydentowi.
PiS: koalicji nie chce się pracować

Projektowi klubu Uhlego poparcia udzieliło Prawo i Sprawiedliwość. Przewodniczący Łukasz Kasztelewicz stawiał diagnozę bez ogródek: „Coś się źle dzieje w Ekosystemie. Powinniśmy to sprawdzić. Nie wiem, dlaczego taka wielka obrona". I dalej: „Wiadomo, że są pewne procedury prawne. (...) Ale to już trwa półtora roku. Wszystko przegrywacie, czego się nie tkniecie".
Pod adresem KO Kosztelewicz nie owijał w bawełnę. - Wam się po prostu nie chce pracować w Radzie Miejskiej. (...) Jedyne co możecie robić, to po prostu głosować za, za, za wszystkimi projektami suflowanymi przez pana prezydenta".
Sympatię dla projektu wyraził też Sławomir Śmigielski (Lewica), zarazem przewodniczący komisji rewizyjnej. „Coś jest na rzeczy, ewidentnie coś jest na rzeczy" — mówił o branży, w której „nie pies merda ogonem, ale ogon merda psem". Andrzej Kilijanek (KO) zaproponował alternatywę — sesję nadzwyczajną poświęconą wyłącznie odpadom — i złożył wniosek formalny o informacje od prezydenta dotyczące spalarni i miejskiego przedsiębiorstwa wywozu odpadów. Dominik Kłosowski (Lewica) opowiadał się za przywróceniem MPO przynajmniej na ćwiartce miasta, mówiąc o Wrocławiu jako „zakładniku kilku podmiotów".
Anatomia głosowania

Za odrzuceniem zagłosowało 19 radnych KO. Przeciw odrzuceniu — czyli za powołaniem komisji — 10 osób: trzyosobowy klub Naprawmy Przyszłość (Janas, Nowotarski, Uhle), siedmioro radnych PiS (Kasztelowicz, Kilijanek, Krzeszowiec, Kurczewski, Olbert, Piwoński oraz Śmigielski). Wstrzymały się dwie osoby — Dominika Kontecka i Krzysztof Zalewski. Pięcioro radnych obecnych nie wzięło udziału w głosowaniu.
Co znaczące, Dominik Kłosowski, który w trakcie debaty mówił o wrocławskim oligopolu firm śmieciowych i postulował powrót do MPO, ostatecznie zagłosował za odrzuceniem projektu wraz z klubem KO.
Co dalej i czego nie będzie
Po odrzuceniu uchwały jedynym ciałem, które oficjalnie pochyla się nad systemem, pozostaje zespół powołany przy spółce Ekosystem — czyli przy podmiocie, który sam jest przedmiotem zarzutów. Komisja rewizyjna zbada w 2026 roku samą spółkę, ale nie cały system. Przetargi, których nie udało się rozstrzygnąć przez 407 dni, pozostają nierozstrzygnięte. Umowy z wolnej ręki — kontynuowane.
A pytanie, które debata pozostawia bez odpowiedzi, brzmi prosto: jeśli największy klub w radzie sam przyznaje, że problem odpadowy jest realny — „sprawy odpadowe są nam w klubie bliskie i wiemy, jak ważna to jest rzecz", jak deklarował Leszczyński — to dlaczego odrzucił jedyne narzędzie systemowej analizy poza samą spółką? I komu na rękę jest, by analiza skupiła się tam, gdzie kontrolowani sami sobą rządzą?
Mieszkańcy Wrocławia, którzy ostatecznie zapłacą za ten paraliż w opłacie śmieciowej, odpowiedzi na te pytania nie usłyszeli.

Ilustracje, poza wynikiem głosowania, zostały wygenerowane za pomocą narzędzi AI.
Jak KO zdradziło wrocławskie osiedla?
26 kwietnia, 2026Aktualności,SOS Osiedlareforma osiedlowa
Jak KO zdradziło wrocławskie osiedla?
Wrocław, kwiecień 2026 roku. W sali sesyjnej przy Sukiennicach unosi się zapach gorzkiej kawy i jeszcze bardziej gorzkiego rozczarowania. To, co miało być nowym otwarciem dla wrocławskich jednostek pomocniczych, stało się spektaklem politycznej hipokryzji, który na długo zapadnie w pamięć mieszkańcom osiedli. Historia uchwały nr 299/25 to opowieść o tym, jak przedwyborcze slogany o „oddawaniu głosu mieszkańcom” zderzyły się z twardym murem partyjnej dyscypliny i biurokratycznej niemocy.
Wrocławskie osiedla: Obietnice kontra rzeczywistość
Wszystko zaczęło się od wielkich słów. W 2024 roku Koalicja Obywatelska szła do wyborów z programem, który dla radnych osiedlowych brzmiał jak spełnienie marzeń. Obiecywano wzmocnienie funduszu osiedlowego, tak aby był realizowany na bieżąco, oraz – co najważniejsze – przeznaczenie na ten cel pół procenta budżetu miasta każdego roku. Środki te miały pozwolić na realizację projektów w sposób „dynamiczny, szybki i zgodny z oczekiwaniami mieszkańców”. Kandydaci deklarowali, że „osiedla mają być wysłuchane”, a ich wpływ na decyzje Rady Miejskiej – realnie zwiększony.
Kiedy jednak przyszło do sprawdzianu, czyli głosowania nad projektem uchwały w sprawie ustalenia kierunków działania dla Prezydenta Wrocławia (druk nr 299/25), rzeczywistość okazała się zgoła inna. Projekt ten zakładał zapewnienie osiedlom, począwszy od 2026 roku, warunków finansowych do wykonywania doraźnych napraw infrastruktury – chodników, dróg lokalnych czy placów zabaw – w kwocie nie mniejszej niż właśnie wspomniane w kampanii 0,5% wydatków budżetu. Rezultat? Uchwała została odrzucona. Sprawa musiała być dla niektórych szczególnie wstydliwa, bo aż 11 radnych bało się wyrazić swoje zdanie w głosowaniu. Szóstka się wtrzymała a 5 nawet nie głosowało pomimo obecności na sali.
Piotr Uhle: Głos rozczarowania i prawdy
Najmocniejszym akcentem sesji było wystąpienie radnego Piotra Uhle, który nie krył głębokiego rozczarowania postawą większości rządzącej. Uhle przypomniał, że przez lata „najważniejsze czynniki, organizacje społeczne i polityczne w mieście” obiecywały zwiększenie kompetencji osiedli. Wskazał na bolesny kontrast między deklaracjami a czynami, podkreślając, że osoby odpowiedzialne za proces przez „siedem minut nie miały nic konkretnego do powiedzenia”, uprawiając jedynie „nawijanie makaronu na uszy”.
Radny Uhle podniósł kwestię do poziomu fundamentalnych wartości. „Większość, która podejmuje decyzje z konkretną intencją i deklaruje potrzebę więcej czasu na analizy i dyskusje, a następnie nie dotrzymuje słowa, traci swoją wiarygodność” – punktował z mównicy. Ostrzegł, że z taką władzą nikt nie będzie chciał w przyszłości rozmawiać, ponieważ „spełnia obietnice tylko wtedy, gdy się to opłaca”. Apelował o „cień odpowiedzialności” i wywiązanie się z podjętych zobowiązań, szczególnie przez tych, którzy mieli przygotować reformy, a nie zrobili w tym kierunku nic.
Twarze hipokryzji: Od obietnic do czerwonego przycisku
Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest lista radnych, którzy jeszcze niedawno deklarowali poparcie dla silnych osiedli, a w kluczowym momencie zagłosowali przeciwko nim. Wrocławskie Forum Osiedlowe (WFO) w swoich mediach społecznościowych bezlitośnie wypunktowało te niespójności.
Izabela Duchnowska jeszcze rok wcześniej twierdziła, że odesłanie inicjatywy do drugiego czytania jest „uratowaniem tej inicjatywy” i „otwarciem do rozmowy” [WFO post]. Tymczasem w ostatecznym głosowaniu opowiedziała się przeciwko projektowi. Podobną drogą poszli inni: Robert Suligowski, Robert Leszczyński oraz Sebastian Lorenc – wszyscy oni, mimo wcześniejszych pro-osiedlowych deklaracji, wcisnęli przycisk „przeciw”. To klasyczny przykład politycznego zwrotu o 180 stopni, w którym dobro lokalnych społeczności przegrywa z doraźnym interesem magistratu.
Siedem minut niemocy Sławomira Czerwińskiego
Symbolem tej sesji stało się jednak wystąpienie radnego Sławomira Czerwińskiego, które Piotr Uhle celnie podsumował jako „siedem minut o niczym”. Czerwiński, mimo wcześniejszych zapewnień o chęci dialogu opartego na „pełnej odpowiedzialności” , wygłosił tyradę uzasadniającą, dlaczego „nie da się” przyjąć uchwały.
Jego argumentacja opierała się na mitycznym „braku silnika” do obsługi programu. Radny twierdził, że wprowadzenie funduszu infrastruktury wymaga „przestrzeni”, której obecnie nie ma, a jednostki takie jak ZDiUM czy Zarząd Zieleni Miejskiej borykają się z brakiem kadr. Czerwiński przekonywał, że „realizacja drugiego funduszu osiedlowego się zacięła” i że należy czekać na „całościową reformę rad osiedli”.
Była to argumentacja kuriozalna – radny przyznał de facto, że system zarządzania miastem jest niewydolny, a rozwiązaniem tej niewydolności ma być... dalsze czekanie i odrzucenie konkretnych narzędzi finansowych. Według Czerwińskiego „wprowadzenie programu spowoduje, że na samym początku będzie on po prostu niemożliwy do realizacji”. To wyznanie kapitulacji wobec biurokracji, wygłoszone przez przedstawiciela większości, która ma wszystkie narzędzia, by tę biurokrację zreformować.
Upadek wiarygodności Rady Miejskiej
Odrzucenie uchwały 299/25 to coś więcej niż tylko kwestia pieniędzy na naprawę chodników. To kryzys zaufania na linii samorząd–obywatel. Jak zauważył Piotr Uhle, takie działania podkopują wiarygodność Rady Miejskiej jako instytucji. Kiedy radni deklarują potrzebę analiz tylko po to, by zyskać na czasie i ostatecznie ubić niewygodny projekt, stają się niewiarygodnymi partnerami dla jakiejkolwiek organizacji społecznej.
Obietnice Koalicji Obywatelskiej z 2024 roku o przeznaczeniu 0,5% budżetu na osiedla stały się „pustym zapisem”, gdy przyszło do przekucia ich w obowiązujące prawo. Zamiast „dynamicznej realizacji projektów”, osiedla usłyszały, że muszą czekać na „lepszy klimat inwestycyjny” i mityczną reformę, która od lat majaczy gdzieś na horyzoncie, ale nigdy nie nadchodzi.
Podsumowanie: Głosowanie, które mówi wszystko
Wynik głosowania nr 12 na XV sesji Rady Miejskiej Wrocławia jest bezlitosny: 9 głosów „za”, 17 „przeciw”. Liczby te pokazują, że interes osiedli przegrał z politycznym pragmatyzmem. Wrocławskie Forum Osiedlowe, które przez miesiące walczyło o tę inicjatywę, zostało z kwitkiem, mimo zapewnień radnych takich jak Czerwiński czy Duchnowska, że „każde osiedle będzie wysłuchane”.
Historia ta uczy, że w polityce lokalnej słowa mają krótką datę ważności, a „kierunki działania” wyznaczane dla Prezydenta stają się zbyt trudne do udźwignięcia, gdy wymagają realnego podzielenia się władzą i pieniędzmi. Radny Uhle miał rację – bez odpowiedzialności i dotrzymywania słowa, Rada Miejska staje się jedynie teatrem, w którym aktorzy zapomnieli, dla kogo grają. Wrocławskie osiedla znów muszą czekać, a mieszkańcy – omijać dziury w chodnikach, które miały zostać naprawione z funduszu, którego „nie dało się” powołać.
Niemoc czy siła? Gorzka lekcja z debaty SOS Wrocław
Odrzucenie uchwały 299/25 to nie tylko incydent, ale element szerszego, trwającego od dekady kryzysu, który stał się tematem głośnej debaty SOS Wrocław pt. „Niemoc czy siła osiedli?”. Głosy aktywistów uczestniczących w tym spotkaniu stanowią brutalne potwierdzenie diagnozy postawionej przez Piotra Uhle. Krystian Adamski wprost wskazał, że w relacjach z magistratem królują trzy pieczątki: „nie da się”, „brakuje pieniędzy” oraz „da się, ale będziemy się chwalić, że to był nasz pomysł”. Ta ostatnia szczególnie mocno koresponduje z postawą radnych, którzy najpierw obiecywali zmiany w kampanii, by później blokować gotowe rozwiązania, tłumacząc się – wzorem Sławomira Czerwińskiego – „brakiem silnika” do ich obsługi. Jak zauważono podczas debaty, bez realnej sprawczości rady osiedli pozostaną miejscem frustracji społeczników, takich jak Grażyna Wilk, która chaos w planowaniu reformy porównała do „rzucania makaronem o ścianę”. Jeśli władze Wrocławia nie przejdą od polityki „my i oni” do prawdziwego współzarządzania, o którym mówiła prof. Aldona Wiktorska-Święcka, reforma osiedlowa pozostanie martwym zapisem, a zaufanie mieszkańców legnie w gruzach na kolejne dziesięć lat.
Betonowy wyrok na historii. Mieszkańcy Wrocławia protestują na Terenach Olimpijskich
25 kwietnia, 2026Aktualnościpatodeweloperzy,stadion olimpijski
W sobotnie przedpołudnie, 25 kwietnia 2026 roku, serce modernistycznego kompleksu na Wielkiej Wyspie wypełniło się transparentami i okrzykami sprzeciwu. Mieszkańcy, aktywiści z komitetu SOS Wrocław oraz lokalni radni spotkali się przy bramie dawnych basenów olimpijskich, by zaprotestować przeciwko budowie „pseudoakademika” na terenie historycznego stadionu pływackiego. Choć wyrok NSA z listopada ubiegłego roku przywrócił deweloperowi pozwolenie na budowę, wrocławianie nie zamierzają składać broni, walcząc o spójność urbanistyczną obiektu nagrodzonego w 1932 roku olimpijskim medalem.
Pomnik chciwości i bierności
Uczestnicy zgromadzenia zorganizowanego przez Grupę Inicjatywną Stadion Olimpijski, wyposażeni w transparenty skierowane zarówno do inwestora, jak i do władz miasta, wskazywali na ogromne zagrożenia, jakie niesie ze sobą ta inwestycja. Mowa nie tylko o zniszczeniu zabytkowej tkanki kompleksu, ale także o realnych problemach logistycznych: zablokowaniu korytarzy powietrznych, zagęszczeniu ruchu samochodowego oraz nieuchronnych konfliktach między nowymi lokatorami a organizatorami imprez masowych na Stadionie Olimpijskim. Na wydarzeniu nie zabrakło ludzi SOS Wrocław.
Po organizatorach wydarzenia głos zabrał Piotr Uhle, radny i przewodniczący SOS Wrocław, który w mocnych słowach podsumował obecną sytuację:
— Za moimi plecami znajduje się pomnik chciwości dewelopera, który dla zysku jest w stanie rozjechać wszystkie wartości - historię, urbanistykę i spoistość społeczną. To również pomnik nieudolności i bierności instytucji samorządowych i rządowych - nadal nie ma całościowego planu miejscowego chroniącego kompleks olimpijski.
Radny zaapelował również o wzmożoną presję na Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego, licząc na to, że silny sygnał od społeczności lokalnej zmusi instytucje do podjęcia stanowczych kroków.
Walka o tożsamość Wielkiej Wyspy
Dla wielu zgromadzonych, w tym mieszkańców Biskupina i Sępolna, inwestycja na terenie dawnych basenów to przykład „zbrodni na mieście”. Oburzenie budzi nie tylko fakt zabudowy zielonych terenów rekreacyjnych, ale również tryb, w jakim deweloper przeforsował swoje racje. Marek Zalewski, szef Rady Osiedla Biskupin-Sępolno-Bartoszowice-Dąbie, podkreślał wagę społecznej mobilizacji w tym krytycznym momencie:
— To co tutaj się dzieje to zbrodnia na mieście. Mieszkańcy muszą dowiedzieć się co tu się dzieje, by sprzeciw nie ruszył dopiero gdy deweloper postawi ściany i dach nowej inwestycji. A sprzeciw będzie znaczny, nie mam w tym zakresie wątpliwości.
Zalewski zaznaczył, że teren ten został zaprojektowany jako spójna całość z głębokim szacunkiem do przyrody, a dzisiejsza ekspansja deweloperska bezpowrotnie niszczy to unikatowe dziedzictwo.
Spacer śladami utraconego dziedzictwa
Po części oficjalnej i manifestacji pod płotem budowy, uczestnicy protestu ruszyli na spacer historyczny po zabytkowym kompleksie, który poprowadziła Aśka Grzelczyk. Spacerowicze mogli na własne oczy zobaczyć skalę zmian i poczuć klimat miejsca, które przez dekady służyło wszystkim wrocławianom jako przestrzeń wypoczynku i sportu.
Dla organizatorów z SOS Wrocław sobotnie wydarzenie to kolejny etap dziesięcioletniej batalii. Mimo że koparki ruszyły już z kopyta, aktywiści wierzą, że sprawczość wspólnoty sąsiadów zdoła jeszcze uratować Tereny Olimpijskie przed całkowitym zabetonowaniem. Pytanie postawione podczas protestu pozostaje otwarte: czy władze dla Wrocławia wybierą publiczne tereny rekreacyjne, czy ulegną deweloperskiej ekspansji na zabytkowym, zielonym obszarze?

Wyłudzą Twoje dane albo zapłacisz 5000 zł
22 kwietnia, 2026Aktualności,Opinieafera śmieciowa
Uwaga! Miejska spółka chce wyłudzić Twoje dane i oddać firmom śmieciowym. Odmówisz? Możesz zapłacić nawet 5000 zł grzywny. Absurd? Kto żyje we Wrocławiu, ten w cyrku się nie śmieje. Jak to możliwe, że pod płaszczykiem "regulaminu" miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę? Zapraszam do czytania.
Niekompetencja i szkodzenie miastu przez miejską spółkę Ekosystem sięga niespotykanych wcześniej we Wrocławiu wymiarów. To ta sama spółka, która od roku nie jest w stanie wybrać firm do odbioru odpadów, za domaganie się prawdy wyrzuca sygnalistkę, a na aktywistów nasyła prokuraturę. Teraz chce wyłudzić Twoje dane. I utworzyć z nich największą we Wrocławiu bazę, którą przekaże wprost do firm śmieciowych.
Baza danych dla śmieciarzy – co chcą o Tobie wiedzieć?
Chodzi o pełen zestaw danych. Zgodnie z nowym, dodawanym do regulaminu paragrafem 17a, jako właściciel nieruchomości będziesz zmuszony podać:
„1) dokładną lokalizację miejsca gromadzenia odpadów;
2) oznaczenie czy miejsce gromadzenia odpadów jest wspólne dla kilku właścicieli nieruchomości, a jeżeli jest – to wskazanie wszystkich właścicieli nieruchomości korzystających ze wspólnego miejsca gromadzenia odpadów;
3) wskazanie tytułu prawnego do korzystania z terenu, na którym znajduje się miejsce gromadzenia odpadów;
4) dane kontaktowe do właściciela (właścicieli) nieruchomości.”
Z kolei w samym formularzu zgłoszeniowym miasto wprost żąda od Ciebie podania imienia, nazwiska, numeru telefonu oraz adresu e-mail. Czy macie zaufanie, że firmy śmieciowe (i ich ewentualni podwykonawcy) nie wykorzystają tych danych w niewłaściwy sposób? No właśnie, to tak jak ja.
Dlaczego ta uchwała jest rażąco nielegalna?
Mimo to, w dobie wszechobecnych przepisów RODO, miasto pcha pod obrady nielegalną uchwałę zmieniającą regulamin utrzymania gminy w czystości. Gdyby weszła w życie – od Ciebie, ode mnie i od setek tysięcy innych mieszkańców pobierane będą nadmiarowe i nieprzewidziane w ustawie dane!, Dlaczego nieprzewidziane? Bo urzędnicy ewidentnie liczą, że nikt nie zajrzy do ustawy. Przepis, na który powołuje się miasto (art. 4 ust. 2a pkt 7 ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach), brzmi jasno:
„Rada gminy może w regulaminie określić sposób zgłaszania lokalizacji miejsca gromadzenia odpadów przez właściciela nieruchomości...”
Ustawa pozwala miastu określić sposób zgłaszania (np. czy robimy to na piśmie, czy elektronicznie), a nie zakres pozyskiwanych danych! Rada Miejska nie ma najmniejszej podstawy prawnej, aby żądać od mieszkańców podawania numerów telefonów, adresów e-mail czy oświadczeń o tytule prawnym do gruntu. To jawne i bezprawne wykroczenie poza delegację ustawową. Co więcej – gdy słusznie odmówisz podania danych ze względu na to, że ustawa nie przewiduje takiego trybu – grozi Ci nawet 1500 zł grzywny.
Skąd to całe zamieszanie? KIO i kapitulacja Ekosystemu
Czy Ekosystem postradał zmysły? Czy funkcjonuje na pasku firm śmieciowych? A może to zwykła nieudolność? Co do utraty zmysłów i wykonywania oczekiwań firm śmieciowych pozwolę sobie nie komentować, ale wiele wskazuje na to, że z gigantyczną nieudolnością właśnie mamy do czynienia.
Absurdalny zapis jest wprost wynikiem przegranej przez Ekosystem we wrześniu ubiegłego roku sprawy przed Krajową Izbą Odwoławczą. Jednym z jej wątków było właśnie przekazywanie danych właścicieli nieruchomości celem kontroli segregowania odpadów. Pełnomocnicy spółki Ekosystem po prostu nie byli w stanie wykazać, że interesy mieszkańców chroni prawo, a zarząd – w całej swej nieomylnej mądrości – postanowił odpuścić odwołanie. Zamiast walczyć o nasze prawa, woleli przerzucić obowiązek na nas. Mimo że proponowana procedura jest ewidentnie nielegalna, a sprawa sądowa miała miejsce ponad pół roku temu – zmiany wprowadza się po wrocławsku – na chybcika, na ostatnią chwilę. Teraz, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu.
Bezczelne kłamstwo o "bezkosztowości"
W uzasadnieniu do projektu uchwały urzędnicy napisali:
„Podjęcie uchwały nie generuje bezpośrednich kosztów po stronie budżetu Gminy.”
To piramidalna bzdura i mydlenie oczu radnym oraz mieszkańcom. Jeśli ten bubel prawny wejdzie w życie, to do spółki i urzędu spłyną nowe formularze w ilości przewyższającej dotychczasowe deklaracje śmieciowe (bo formularz wymaga odrębnego zgłoszenia dla każdego miejsca gromadzenia odpadów!). Dwa podmioty (Urząd Miejski i Ekosystem) będą musiały zorganizować gigantyczny, kosztowny system przyjmowania, ewidencjonowania i przekazywania danych, z którymi można przecież zrobić bardzo wiele. Trzeba zapewnić na to potężny zasób sprzętowy, informatyczny i zatrudnić nowych urzędników. Kto za to zapłaci? Oczywiście my, w opłatach za śmieci.
Widmo milionowych kar i luksusy zarządu
To, co dzieje się w Ekosystemie, woła o pomstę do nieba. Ekipa zarządzająca spółką od dłuższego czasu balansuje na krawędzi nieudolności i sabotażu. Na ich działaniach krocie zarabiają firmy śmieciowe, a już wkrótce zapłacimy więcej i my – bo dopóki przetarg nie jest rozstrzygnięty, płacimy więcej. Od niesławnego wyroku sądu to na mieście spoczywać będą gigantyczne kary za niespełnienie norm segregacji odpadów. To są prawdopodobnie grube setki milionów złotych, które trzeba będzie skądś wziąć. Nie mówiąc już o karach nałożonych potencjalnie przez UODO za nieprawidłowe przetwarzanie danych.
To co, myślicie, że ekipa z Ekosystemu zapłaci z własnej kieszeni? Honor by tego wymagał, prawda? Otóż nie – zapłacisz Ty, ja, zapłacą wszyscy mieszkańcy. A zapłacisz niemało, bo spółka bardzo niedawno wyprowadziła się do luksusowego biurowca, za którego najem płacimy z publicznej kasy krocie. Tyle dobrego, że gdy CBA przyjechało niedawno kontrolować ten bajzel – mogło chociaż pracować w komfortowych warunkach. Jednak nie możemy liczyć tylko na zewnętrzne służby.
Czas powiedzieć DOŚĆ
Dlatego poza wyrzuceniem do kosza złej, nielegalnej uchwały wyłudzeniowej proponuję jeszcze jedną rzecz. Wnoszę o powołanie w Radzie Miejskiej Wrocławia specjalnej, doraźnej komisji ds. systemu gospodarowania odpadami we Wrocławiu.
Nie przeprowadzono we Wrocławiu żadnych istotnych inwestycji, które zmniejszyłyby naszą zależność od firm śmieciowych. Nadal większość mieszkańców ma daleko do PSZOK-a. Nadal nie mamy pomysłu, jak zintegrować odbiór odpadów z miejską energetyką. Mamy XXI wiek, a nasz system zagospodarowania śmieci to głębokie lata dziewięćdziesiąte. Liczę na to, że znajdziemy skuteczny sposób, by wyznaczyć kierunki działań dla prezydenta i spółki, bo dziś pomysłu ewidentnie brak.
Brak, choć trzy lata temu taki pomysł proponowałem pod roboczą nazwą „śmieci za złotówkę”. Prezes Paweł Karpiński, wówczas jeszcze radny – głosował przeciw. Może dlatego mieszkańcy nie wybrali go na kolejną kadencję, a Jacek Sutryk musiał ratować pozycję i finanse swojego kolesia, wsadzając go do strategicznie ważnej dla miasta spółki?
Być może, ale dziś czas powiedzieć dość. Koniec marnotrawstwa, nie będzie zgody na wyłudzanie danych, dość puszczania prezesa samopas, bo sobie po prostu nie radzi. Zapraszam Was do śledzenia najbliższej sesji Rady Miejskiej. Zobaczymy, kto podniesie rękę za ukaraniem mieszkańców i wyłudzeniem ich danych.
Bitwa o Stadion Olimpijski: SOS Wrocław i mieszkańcy rzucają wyzwanie deweloperowi. Czy GINB uratuje dziedzictwo przed "pseudoakademikiem"?
29 marca, 2026Aktualnościpatodeweloperzy,stadion olimpijski
Bitwa o Stadion Olimpijski: SOS Wrocław i mieszkańcy rzucają wyzwanie deweloperowi. Czy GINB uratuje dziedzictwo przed "pseudoakademikiem"?
Wrocław stanął przed jedną z najważniejszych prób ochrony swojej tożsamości architektonicznej i przyrodniczej w ostatnich dekadach. Konflikt o tereny przy Stadionie Olimpijskim, trwający już niemal dziesięć lat, wszedł w decydującą fazę. Stowarzyszenie SOS Wrocław, łącząc siły z Grupą Inicjatywną Stadion Olimpijski, podjęło bezprecedensowy krok prawny, by zatrzymać budowę ogromnego gmachu w miejscu historycznych basenów. To już nie tylko lokalny spór o działkę – to walka o interes narodowy, ochronę zabytków światowej klasy i prawo mieszkańców do oddychania czystym powietrzem. Czy głos tysięcy wrocławian i unikalne przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego zdołają powstrzymać betoniarskie maszyny?
Dziesięć lat walki o każdy metr historii
Spór o działkę położoną w sercu kompleksu Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu nie jest nowym zjawiskiem, jednak ostatnie wydarzenia nadały mu dramatycznego tempa. Przez lata mieszkańcy z bólem obserwowali, jak dawny, tętniący życiem otwarty basen popada w ruinę. Obiekt, który niegdyś był perłą rekreacyjną miasta, stał się ofiarą zaniedbań, co otworzyło furtkę dla komercyjnych planów inwestycyjnych. Deweloper, firma Dolnośląskie Inwestycje, zamierza w tym miejscu postawić budynek o ogromnej kubaturze, który oficjalnie ma pełnić funkcję prywatnego akademika.
Dla wielu obserwatorów nazwa „akademik” jest jedynie listkiem figowym mającym przykryć rzeczywisty charakter inwestycji, która w praktyce może stać się kolejnym luksusowym apartamentowcem, niedostępnym dla zwykłych studentów, a niszczącym charakter Wielkiej Wyspy. Speaker 1, wprowadzając w temat, zauważył, że basen popadł w kompletną ruinę, a deweloper chce tam postawić budynek pełniący funkcję prywatnego akademika. Ta zmiana funkcji terenu z rekreacyjno-sportowej na mieszkalno-usługową budzi ogromny sprzeciw nie tylko aktywistów, ale i ekspertów od urbanistyki.
Wrocławianie pamiętają ten teren jako przestrzeń otwartą, zieloną i służącą społeczności. Próba „wciśnięcia” tam nowoczesnego, masywnego gmachu jest postrzegana jako zamach na integralność historycznego kompleksu sportowego, który został zaprojektowany jako spójna całość. Konflikt ten stał się symbolem szerszego problemu Wrocławia – tzw. betonozy i przedkładania interesu inwestorów nad dobro wspólne i ochronę zabytków.
Urbanistyczny paraliż i zagrożenie dla ekosystemu miasta
Przeciwnicy inwestycji podnoszą szereg argumentów merytorycznych, które wykraczają daleko poza estetykę. Jednym z kluczowych aspektów jest naruszenie struktury urbanistyczno-architektonicznej tego rejonu. Stadion Olimpijski wraz z otoczeniem to przemyślana kompozycja, w której wolne przestrzenie i niecki basenowe pełniły istotną rolę funkcjonalną. Speaker 2 wyraził zdecydowany sprzeciw wobec planowanej inwestycji, argumentując, że - jest to po prostu zaburzenie bardzo przemyślanej tkanki i struktury urbanistyczno-architektonicznej. Włożenie kubaturowej zabudowy do w miejsce niecek, czyli zaburzenie też przepływu powietrza.
Kwestia przepływu powietrza jest dla Wrocławia, borykającego się z problemem smogu i wysp ciepła, kluczowa. Tereny Stadionu Olimpijskiego są jednym z najważniejszych „korytarzy napowietrzających” miasto. Zastąpienie otwartej przestrzeni wysokim budynkiem może realnie wpłynąć na pogorszenie warunków klimatycznych w tej części Wrocławia. Eksperci ostrzegają, że raz zniszczony układ urbanistyczny jest niemożliwy do odtworzenia, a skutki środowiskowe będą odczuwalne przez dekady.
Dodatkowo, Jan Jerzmański przedstawił drastyczne porównanie przedwojennego basenu i planowanej inwestycji. Jego analiza pokazuje, jak brutalnie nowa architektura odcina się od historycznego dziedzictwa. Deweloper, zdaniem krytyków, stosuje taktykę faktów dokonanych - ten obiekt (...) był oczywiście w skandalicznym stanie, takim półruiny. Wyjmujemy ten obiekt i wstawiamy w to miejsce budynek mieszkalny. Takie podejście całkowicie ignoruje potencjał rewitalizacyjny tego miejsca i sprowadza wartość terenu jedynie do liczby metrów kwadratowych powierzchni użytkowej.
Stanowisko dewelopera: Wyrok sądu jako tarcza
Z drugiej strony barykady stoi firma Dolnośląskie Inwestycje. Jej przedstawiciele oraz prezes Dariusz Wilczewski konsekwentnie unikają bezpośredniej debaty przed kamerami, wybierając drogę pisemnych oświadczeń. Ich głównym argumentem jest legalność działania potwierdzona przez wymiar sprawiedliwości. Inwestor czuje się pewnie, posiadając w ręku wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z listopada ubiegłego roku.
W oświadczeniu odczytanym przez Speakera 3, firma jednoznacznie deklaruje, że sprawa jest zamknięta. - Sprawa legalności inwestycji została zatem definitywnie zamknięta i nie istnieją podstawy do jej ponownego kwestionowania w innym trybie. Deweloper podkreśla również, że inwestycja jest w pełni zgodna z obowiązującym miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego (MPZP), a sam basen od wielu lat był obiektem martwym i niefunkcjonalnym.
Dla inwestora obecny stan działki – czyli wspomniana „półruina” – jest argumentem za nową zabudową. Spółka stoi na stanowisku, że wprowadzenie tam nowej funkcji ożywi teren i zakończy okres jego degradacji. Jednak aktywiści z SOS Wrocław i Grupy Inicjatywnej wskazują, że to właśnie doprowadzenie do takiego stanu było celowym działaniem (lub zaniechaniem), mającym ułatwić zmianę przeznaczenia terenu. Mimo prawomocnych wyroków, strona społeczna uważa, że w procesie wydawania pozwoleń doszło do zignorowania wyższych wartości, jakimi jest dziedzictwo narodowe.
SOS Wrocław wkracza do gry: Artykuł 161 KPA jako ostatnia nadzieja
Przełom w sprawie nastąpił 19 marca 2026 roku. Stowarzyszenie SOS Wrocław, wykorzystując swoją podmiotowość prawną, złożyło w imieniu mieszkańców formalny wniosek do Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego (GINB) o uchylenie pozwolenia na budowę tzw. pseudoakademika (Decyzja Prezydenta Wrocławia nr 842/2021). To ruch odważny, ponieważ opiera się na nadzwyczajnej procedurze przewidzianej w art. 161 § 1 Kodeksu postępowania administracyjnego.
Przepis ten stosuje się w sytuacjach wyjątkowych, gdy w żaden inny sposób nie można zapobiec poważnym szkodom dla ważnych interesów państwa. Speaker 6 wyjaśnił, że - w szczególnie uzasadnionych dla interesu państwa, w tym na przykład dla dziedzictwa narodowego, przypadkach można uchylić każdą decyzję administracyjną, ale musi to być podejmowane na szczeblu krajowym. To właśnie ochrona dziedzictwa narodowego stała się fundamentem wniosku SOS Wrocław.
Wniosek dokumentuje, że realizacja inwestycji doprowadzi do unicestwienia stuletniego kompleksu, którego wartość potwierdziły liczne instytucje: Narodowy Instytut Dziedzictwa, Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków oraz Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków. Aktywiści podkreślają, że tereny Olimpijskie leżą w bezpośrednim sąsiedztwie Hali Stulecia, wpisanej na listę UNESCO. Ich zniszczenie nie jest zatem problemem lokalnym, ale stratą dla kultury całej Polski i Europy. Zgodnie z art. 5 Konstytucji RP, ochrona dziedzictwa jest obowiązkiem państwa, a wniosek SOS Wrocław ma ten obowiązek urzędnikom przypomnieć.
Biurokracja czy walka o zasady? Odpowiedź GINB
Droga do uchylenia decyzji nie jest jednak usłana różami. Główny Urząd Nadzoru Budowlanego w pierwszej odpowiedzi wykazał się dużą powściągliwością, sugerując, że nie jest organem właściwym do rozpatrywania tego typu spraw. Według wyjaśnień odczytanych w materiale TVP3, - Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego nie jest organem właściwym do prowadzenia postępowań w sprawie uchylenia decyzji o pozwolenie na budowę wydanej przez organ pierwszej instancji. Urząd wskazuje, że organem wyższego stopnia wobec prezydenta miasta jest wojewoda.
SOS Wrocław nie zgadza się z taką interpretacją, uznając ją za unikanie odpowiedzialności w sprawie o najwyższym ciężarze gatunkowym. Stowarzyszenie podnosi, że artykuł 161 KPA daje właśnie Głównemu Inspektorowi kompetencje do interwencji, gdy zawiodą inne szczeble administracji, a interes państwa jest zagrożony. Speaker 6 wyraził nadzieję, że - liczymy na to, że inspektor pochyli się nad tym wnioskiem, przeanalizuje go dokładnie, weźmie pod uwagę wszystkie czynniki i przychyli się do tej sprawy.
To starcie na argumenty prawne pokazuje, jak skomplikowana jest walka o miasto. Z jednej strony mamy sztywne procedury i urzędniczy dystans, z drugiej – obywatelską determinację i poszukiwanie sprawiedliwości w przepisach, które rzadko są używane. Sprawa trafiła również do wiadomości Ministerstwa Kultury oraz Ministerstwa Sportu, co nadaje jej charakteru politycznego w najlepszym tego słowa znaczeniu – jako troski o dobro publiczne na szczeblu rządowym.
Mobilizacja wrocławian: Każdy mail ma znaczenie
W tej batalii prawo to nie wszystko. Równie ważny jest głos opinii publicznej. Grupa Inicjatywna Stadion Olimpijski oraz SOS Wrocław wezwały wszystkich mieszkańców do aktywnego działania. Speaker 4 zaapelował do każdego wrocławianina o napisanie maila do Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego z prośbą o wycofanie szkodliwej decyzji z obiegu prawnego. Argumentacja jest prosta: - ona jest szkodliwa. Ona jest szkodliwa dla kultury. Ona jest szkodliwa dla środowiska. Ona jest szkodliwa dla społeczności.
Pod petycją w obronie terenów Olimpijskich podpisało się już ponad 4400 osób, ale to dopiero początek. Aktywiści wierzą, że masowy sprzeciw obywatelski może skłonić urzędników w Warszawie do odważniejszego działania. W mediach społecznościowych SOS Wrocław czytamy: - Udostępniajcie. Każdy, kto to widzi, może pomóc. To wezwanie do solidarności ponad podziałami, bo Stadion Olimpijski należy do wszystkich wrocławian, a nie do jednego dewelopera.
Sukces tej inicjatywy zależy od tego, czy uda się przekształcić oburzenie w konkretne działania. Presja ma sens – to właśnie dzięki niej sprawa basenów przy Stadionie Olimpijskim wciąż żyje w mediach i na biurkach decydentów, mimo że deweloper chciałby ją uznać za dawno zakończoną.
Czy Wrocław ocali swoją duszę?
Obecnie piłka jest po stronie Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego. Decyzja, którą podejmie, będzie miała znaczenie wykraczające poza granice Wrocławia. Będzie to sygnał dla innych miast i innych deweloperów: czy w Polsce prawo chroni dziedzictwo narodowe i interes społeczny, czy też jest narzędziem ułatwiającym realizację komercyjnych celów kosztem zabytków i przyrody?
Stadion Olimpijski to nie tylko beton i trawa – to emocje, historia sportu i płuca Wrocławia. Walka SOS Wrocław pokazuje, że obywatele nie są bezbronni, nawet w starciu z wielkim kapitałem i prawomocnymi wyrokami. Wykorzystanie art. 161 KPA to nowa ścieżka, która może stać się wzorem dla innych ruchów miejskich w Polsce.
Dziś patrzymy na ręce urzędników i mówimy do dewelopera: sprawa nie jest zamknięta. Będziemy walczyć o Stadion Olimpijski do samego końca, bo wierzymy, że Wrocław zasługuje na coś więcej niż kolejny szklano-betonowy kloc w miejscu historycznej perły. Zachęcamy wszystkich do śledzenia naszych działań, udostępniania informacji i wysyłania maili do GINB. Wspólnie możemy zatrzymać niszczenie kompleksu olimpijskiego i przekazać go przyszłym pokoleniom w nienaruszonym stanie.
Do dewelopera mówimy wprost: wiemy, że czytacie. Sprawa nie jest zamknięta. SOS Wrocław – działamy dla Was, działamy dla Wrocławia!
Fot. TVP3 Wrocław
Niemoc czy siła osiedli? Ostra debata o przyszłości rad osiedli we Wrocławiu
26 marca, 2026Aktualności,SOS Osiedla
Niemoc czy siła osiedli? Ostra debata o przyszłości rad osiedli we Wrocławiu
Rady osiedli mają być najbliżej mieszkańców, ale czy mają realny wpływ na miasto? Podczas debaty SOS Wrocław wybrzmiały mocne słowa o braku sprawczości, systemowych barierach i reformie, która trwa od lat bez efektu. Jednocześnie padły konkretne propozycje zmian – i jeszcze ważniejsze pytanie: czy Wrocław naprawdę chce silnych osiedli.
Debatę prowadzili Magdalena Gajewska-Królicka i Błażej Stopka.
Małe rzeczy, które zmieniają życie
Rady osiedli działają najbliżej mieszkańców – i to właśnie w tej skali najlepiej widać sens ich istnienia. – Działalność w radzie osiedla nauczyła mnie cierpliwości, taka cierpliwość czasem trochę jak stanie na poczcie w kolejce, żeby paczkę nadać – mówił Michał Kwiatkowski. – Ale największą satysfakcją jest moment, kiedy to, o co się walczyło miesiącami, w końcu się materializuje i mieszkańcy mogą z tego korzystać. Jak podkreślał, to właśnie drobne inwestycje mają największe znaczenie. – To te małe rzeczy budują naszą codzienność. Nie wielkie inwestycje, tylko to, czy ktoś ma ławkę, czy może przejść chodnikiem bez potykania się – zaznaczył.
Frustracja zamiast sprawczości
Obok tych pozytywnych przykładów pojawił się jednak wyraźny ton rozczarowania. – Nie widzę sprawczości. To jest frustrujące – mówiła Grażyna Wilk. – Mieszkańcy często wyjeżdżają, zanim zobaczą efekty projektów, o które walczyli. W jej ocenie problem sięga głębiej niż tylko organizacja pracy urzędu. – Gdybym miała świadomość, że moja sprawczość zależy od tego, po której stronie politycznej się opowiem, to chyba w ogóle bym do tego nie podeszła – dodała.
Najbardziej obrazowy opis relacji z administracją miejską przedstawił Krystian Adamski. – W Urzędzie Miasta są trzy pieczątki: „się nie da”, „brakuje pieniędzy” oraz „da się, ale będziemy się chwalić, że to był nasz pomysł” – mówił. Jak zaznaczał, problem dotyczy nie tylko decyzji, ale też komunikacji. – Radni osiedlowi wkładają ogrom pracy i czasu, ale często nie ma żadnej odpowiedzi albo efektów – podkreślił. Dodał również, że rola radnych osiedlowych jest źle rozumiana. – To jest praca społeczna, wolontariacka. Mieszkańcy często tego nie widzą, a miasto tego nie tłumaczy – zaznaczył.
Polityka czy zarządzanie?
Szerszą perspektywę do dyskusji wniosła Aldona Wiktorska-Święcka. – Czy my we Wrocławiu wiemy, o jakiej polityce rozmawiamy? – pytała. – Policy to idea, politics to władza, a polity to zarządzanie. Miasta o najwyższej jakości życia koncentrują się na zarządzaniu na poziomie lokalnym. Podkreśliła przy tym fundamentalną zasadę funkcjonowania miasta. – Nie ma miasta bez osiedli i osiedli bez miasta. To jeden organizm – zaznaczyła.
W trakcie debaty wyraźnie zarysowały się różnice w ocenie roli polityki. – Radni miejscy traktują nas jako konkurencję. Gdyby rady osiedli miały większą sprawczość, oni byliby niepotrzebni – mówił Krystian Adamski. Z kolei Michał Kwiatkowski wskazywał na inną perspektywę. – My tych spraw nie załatwiamy z politykami. My je załatwiamy z urzędnikami – mówił. Jednocześnie zwracał uwagę na szerszy kontekst ustrojowy. – Bezpośredni wybór prezydenta zachwiał równowagą w samorządzie – dodał.
Reforma, która trwa od dekady
Jednym z najważniejszych tematów była przeciągająca się reforma rad osiedli. – Ten proces trwa już 10 lat – przypomniał Michał Kwiatkowski. – Statut jest generalnie dobry. Problemem jest to, że zapisane w nim uprawnienia nie są realizowane. Znacznie ostrzej oceniał sytuację Adamski. – Nie chciano wprowadzać reformy. To było łatanie systemu, a nie realna zmiana – mówił Krystian Adamski. – Dowiedzieliśmy się o propozycjach post factum, z mapy namalowanej flamastrami. Do tej krytyki dołączyła również Wilk. – Ten podział wygląda tak, jakby ktoś rzucił makaronem o ścianę i patrzył, gdzie się przyklei – stwierdziła Grażyna Wilk.
Najmocniejsza diagnoza dotyczyła relacji między miastem a osiedlami. – Słyszę w państwa wypowiedziach „my” i „oni”. To jest coś, co mnie bardzo niepokoi – mówiła Aldona Wiktorska-Święcka. Jej wniosek był jednoznaczny. – Miasto i osiedla muszą działać jako jeden organizm. Bez współzarządzania ta reforma się nie uda – podkreśliła.
Bez sprawczości nie będzie frekwencji
W kontekście przyszłości rad osiedli kluczowa okazała się kwestia zaangażowania mieszkańców. – Trzeba zwiększyć sprawczość. Po to się idzie do rady osiedla, żeby mieć wpływ – mówił Krystian Adamski. – Dziś nie ma mechanizmów, które wymuszają odpowiedź ze strony urzędu. Na problem komunikacji zwrócił uwagę także Kwiatkowski. – Miasto powinno stworzyć modę na osiedla i przestać je pomijać w swoim przekazie – zaznaczył.
Debata SOS Wrocław nie zakończyła się jednoznacznymi wnioskami, ale jasno pokazała skalę problemu. Rady osiedli działają, angażują mieszkańców i rozwiązują realne problemy, jednak bez zmian systemowych ich rola pozostanie ograniczona. Kluczowe pytanie pozostaje otwarte: czy Wrocław chce realnej decentralizacji i wzmocnienia osiedli, czy jedynie utrzymania ich w roli doradczej? Jak podkreśliła Aldona Wiktorska-Święcka – Jeżeli taka wola nie będzie wspólna, to ta reforma po prostu się nie uda.
Czego wstydzi się Jarosław Królewski?
24 marca, 2026Aktualności,Opinie
Czego wstydzi się Jarosław Królewski?
Tydzień temu pochylaliśmy się nad możliwymi powiązaniami prezesa Wisły Kraków z prominentnymi politykami KO. Nie minęło kilka dni, gdy światło dzienne ujrzały nowe fakty, które zupełnie zmieniają perspektywę na zadymę nakręconą przez pana Jarosława Królewskiego kosztem Śląska Wrocław i grosza wrocławskiego podatnika. Niczym w znanej baśni ktoś musi w końcu wstać i powiedzieć: król jest nagi. Nomen omen.
Sponsor strategiczny i Sławomir Nowak
Otóż dzięki doniesieniom Marcina Torza wiemy dużo więcej o powiązaniach Wisły z jego sponsorem strategicznym i podmiotami kontrolowanymi przez polityków Koalicji Obywatelskiej. Firma Texom, bo o niej mowa ma specyficzne podejście do obsadzania rad nadzorczych. Dla siebie wzięła posadę w Radzie Nadzorczej Wisły Kraków. W swojej radzie nadzorczej zatrudniła… Sławomira Nowaka. Stało się to praktycznie w tym samym czasie, gdy w atmosferze olbrzymiego skandalu odwołany został jego proces dotyczący zarzucanej mu korupcji na olbrzymią skalę.
Powiecie, że to jeszcze nic nie znaczy. Co prawda Sławomir Nowak przez długie lata był najbliższym współpracownikiem Donalda Tuska i to za obecnej władzy fatalnie wyglądające śledztwo zostało skręcone, ale samo w sobie nie jest to inkryminujące. Choć na miejscu właścicieli Texomu zastanowiłbym się nad polityką kadrową w firmie, bo ta decyzja sprawia, że słowo „korupcja” będzie wielokrotnie wymieniane w bezpośrednim sąsiedztwie nazwy przedsiębiorstwa. A to nikomu nie pomaga.
Dobrze jest dobrze żyć z Koalicją Obywatelską?
Dlaczego zatem właściciele Texomu zdecydowali się na taką współpracę? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale warto spojrzeć na fakty. Od czasu zmiany władzy w Polsce przedsiębiorstwo wyspecjalizowało się w zamówieniach publicznych. Buduje i remontuje komendy Policji, Straży Pożarnej, Zakłady Karne czy nawet siedzibę jednej z prokuratur. Wszystkie te instytucje podlegają politykom KO, którzy z Nowakiem przez lata znali się jak łyse konie.
Ciekawa koincydencja tyczy się również samego Krakowa. W mieście wiosną 2024 roku wybory wygrywa Aleksander Miszalski z KO. Texom zostaje sponsorem strategicznym Wisły i od razu otrzymuje szereg zleceń z miasta Krakowa i jednostek mu podległych. Za poprzednich, długoletnich rządów Jacka Majchrowskiego udało się Texomowi wygrać jeden miejski przetarg na 20 mln. Za obecnych – mimo krótkiego czasu – aż 4 i to na 150 mln.
Trzeba przyznać, że to dużo szczęścia jak na jedną firmę. Nie jest nam wiadome jak wywiązują się ze swoich zadań ale z pewnością na dojściu polityków KO do władzy w Polsce i w Krakowie Texom nie stracił. Stał się również bezpieczną przystanią dla byłego prominentnego polityka PO, którego kontakty i wiedza o politykach Koalicji Obywatelskiej jest trudna do przecenienia.
Prezes Królewski o niczym nie wiedział?
W reakcji na przedstawione fakty prezes Królewski wydał szereg niespójnych i nerwowych oświadczeń. Najpierw zasugerował, że nie będzie sprawy komentował, by nie budować jej zasięgów. Później, gdy zasięgi nadeszły – wydał z siebie dziwny wpis, w którym nie tylko obrażał osoby zadające uzasadnione pytania ale również próbował sprowadzić sprawę do absurdu, jednocześnie nie odnosząc się do zasadniczych pytań. Następnego dnia ponownie wkleił swoje oświadczenie sprzed kilku dni o dystansie do polityki, który powoduje jego brak poparcia dla inicjatywy referendalnej na rzecz odwołania Miszalskiego i jego kolesi.
W związku z tym, że jak widzę, od wczoraj, nieobdarzone zbyt dużą inteligencją organizmy, chcą mocno uwikłać mnie w sprawy polityczne tudzież kwestie referendalne napiszę w sposób możliwie klarowny jak jest mój w tej sprawie pogląd.
Gdyby to ode mnie zależało - po uprzednim…
— Jarosław Królewski (@jarokrolewski) March 22, 2026
Jednak trudno w ten dystans do polityki uwierzyć. Trudno uwierzyć, że Nowak, Miszalski, właściciele Texomu i Królewski nie wiedzieli o swoim istnieniu. Trudno uwierzyć, że nigdy ze sobą nie rozmawiali. A gdy w nieformalnych okolicznościach spotyka się zamawiający i wykonawca olbrzymich przetargów – porządnym ludziom włos na plecach się jeży. Szczególnie, że we władzach firmy zarabiających na publicznych zleceniach zasiada człowiek, za którym ciągnie się paskudna historia z korupcją w tle.
Tego wątku prezes Królewski mniej lub bardziej zgrabnie unika. Więc warto postawić mu pytanie: czy wiedział o zatrudnieniu Sławomira Nowaka w firmie Texom. Czy kiedykolwiek się z nim spotykał. Czy przedstawiciele firmy spotykali się w obecności lub za wiedzą prezesa Królewskiego z prezydentem Miszalskim bądź jego przedstawicielami. Czy wykorzystywane były do tego obiekty Wisły Kraków? Czy sponsoring firmy Texom dla Wisły Kraków miał jakikolwiek związek z wykonywaniem na rzecz Krakowa przetargów? To są pytania, które powinny zostać publicznie przecięte przez prezesa, który tak wiele mówił o tym, że gardzi dziwnymi układami.
Choć ewidentnie sam siedzi po uszy w bardzo specyficznej konfiguracji. Czy nie budzi ona, drogi czytelniku, Twoich wątpliwości? Czy nie są to szklarniowe wręcz warunki do przekroczenia granic pomiędzy zwykłym, nieładnym lobbingiem a karalną korupcją?
Czy dlatego unika odniesienia się do sedna sprawy? Czy dlatego nie może poprzeć referendum odwoławczego? Media donoszą, że w Koalicji Obywatelskiej prowadzone są już rozmowy o następcy Miszalskiego. Czy w procesie wyboru nowej, koronowanej głowy, Królewski chce odegrać główną rolę? W końcu to jego, królewskie skronie dużo bardziej zasługują na dźwiganie ciężaru korony niż umorusana głowa jakiegoś kmiota. Lubi o tym wspominać również w kontekście, że to jego Donald Tusk zaprosił do prestiżowej Rady Przyszłości przy polskim rządzie.
Pod płaszczykiem neutralności czai się lojalność wobec władzy
Referenda w Polsce mogą być dźwignią, która zacznie wyłamywać zęby umoszczonych na wygodnych tronach przedstawicieli koalicyjnej elity. Tak patrzy na nie Donald Tusk, który w równie nerwowych słowach co wspomniane wcześniej oświadczenia Królewskiego, odmówił obywatelskości inicjatywie referendalnej w Krakowie. Nazwał ją polityczną rozróbą PiS i Konfederacji. Czym potwierdził, że swoje najlepsze polityczne lata ma już za sobą. Nie ten słuch społeczny co kiedyś. I naród dużo bardziej świadomy.
Na starcie w Krakowie patrzy cała Polska. W blokach czekają kolejne inicjatywy obywatelskie. Referendum będzie ważne tylko wtedy, gdy do urn stawi się wystarczająca – niemała liczba mieszkańców. To gra, w której stronnictwo zmiany dąży do wysokiej frekwencji, stronnictwo kontynuacji – do tego, by wyborcy zostali w domach. I właśnie dlatego nie pozostawia przestrzeni na neutralność.
Wobec walki o frekwencję pozostają tylko dwie postawy. Otwarte poparcie dla referendum po jednej stronie – i zwalczanie referendum poprzez aktywną agitację za bojkotem, bierność, „neutralność”, zniechęcanie do walki, relatywizowanie, hamletyzowanie albo sofistykę po drugiej. Królewski swoją rzekomą neutralnością potwierdził, że już dawno temu zapisał się do obozu Miszalskiego. A jego deklaracja musi mieć znaczący wpływ na postawę licznych kibiców Wisły w mieście.
Nawet można byłoby go zrozumieć. Jak wytłumaczyłby się z tego Donaldowi Tuskowi, któremu doradza w Radzie Przyszłości? Jak wytłumaczyłby to swojemu sponsorowi strategicznemu, który na obecnej władzy zarabia krocie i przekazuje je na działalność klubu Królewskiego? Jak wytłumaczyłby się z tego Aleksandrowi Miszalskiemu, skromnemu kibicowi Wisły i jednemu z najpoważniejszych klientów strategicznego sponsora Królewskiego? Jak wytłumaczyłby się Sławkowi Nowakowi, gdyby na siebie przypadkiem wpadli?
Empatia to jedno. Fakty – drugie. Zachowanie Królewskiego może być w KO wiele warte. Czy prezydenturę? A może inne funcje? A może apanaże? Stawka jest wysoka i sięga daleko poza Kraków. Dlatego zamiast na wyborczym boisku toczona jest przy zielonym stoliku układów, wymiany korzyści i poparć.

Lojaliści KO lubią wygrywać przy zielonym stoliku
Podobnie przy zielonym stoliku toczona jest batalia przeciwko Śląskowi Wrocław. Poprzez awanturę, nacisk opinii publicznej i otwarte łamanie przepisów ligowych Królewski wygadał z korzyścią dla swojego nieprawomocną, milionową karę dla WKSu. Wywarł tak dużą presję na PZPNie i prezesie Kuleszy, że ten nie wytrzymał i zamiast kary podobne do analogicznych sytuacji we wcześniejszych orzeczeniach (od 20 do 50 tysiecy złotych) wlepiono wrocławskiemu klubowi okrągły milion.
Gdy obserwuję całą tę szopkę przypomina mi się sytuacja z niedawnego Pucharu Narodów Afryki. Kilka tygodni temu reprezentacja Senegalu wygrała 1:0 w finale tego turnieju z faworyzowanym Marokiem. Stało się mimo kontrowersyjnego rzutu karnego podyktowanego tak jakby miał pomóc w zwycięstwie faworytów. Nie udało się? W ubiegłym tygodniu sprawę rozstrzygnięto – a jak – na zielonym suknie. Komisja Odwoławcza afrykańskiej federacji piłkarskiej uznała, że faworytom należał się walkower. Czy w brudnej grze prowadzonej przez Wisłę chodziło o wprowadzenie w polskiej piłce afrykańskich standardów?
Dlaczego mamy do czynienia z przyzwoleniem na taką anarchię? Skąd bierność PZPN, Ministra Sportu oraz wrocławskich polityków KO? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że wszystkich łączy lojalność względem obecnej władzy.
Czas wykorzenić afrykańskie standardy
Wielokrotnie stawałem przeciwko patologiom trapiącym wrocławski samorząd. Również Śląsk Wrocław. I dlatego mam nie tylko prawo ale i obowiązek stanąć przeciwko patologii, która chcąc nie chcąc dotyka interesu wrocławskiego podatnika.
Afrykańskie standardy, w których kacykowie stojący na czele plemienia mogą wyrwać dla siebie więcej poprzez rozwiązania siłowe i układy powinny dobiec końca. Jakkolwiek szlachetne nie byłyby skronie noszące koronę. Jak bardzo prestiżowe i onieśmielające nie byłyby elity w miastach mówiące, że nie wypada buntować się przeciwko złej władzy. Jakkolwiek odwiecznie słuszna i wszechpotężna nie byłaby władza karmiąca wybranych i pozostawiająca na aucie niepokornych. Ludzie odzyskają władzę dla siebie.
I stanie się tak pomimo fałszywych autorytetów, którzy umiejętnie strojąc się w piórka autorytetów moralnych tkwią po uszy w standardach afrykańskich. Bo te autorytety choćby nawet najlepiej ubrane, jedzące najsmaczniejszy kawior i bywające na najbardziej znamienitych dworach – w swojej istocie – utrwalają afrykańskie standardy władzy. Czy opinia publiczna da na to swoją zgodę?
Piotr Uhle
Czy politycy KO dadzą Królewskiemu berło i dwór?
Prezes Wisły jest osobiście największym beneficjentem inby, którą nakręcił. Stracił jego klub, stracił Śląsk Wrocław, straciła liga. Ale ambicje prezesa Królewskiego mogą sięgać dalej niż tylko do prezesowskich gabinetów przy ul. Reymonta. Czy to polityka napisała scenariusz ostatnich tygodni? Test nadejdzie w najbliższych miesiącach.
Telefon z Krakowa
W natłoku informacji w wytworzonej przez prezesa Wisły aferze walkowerowej czytelnikom mógł umknąć jeden fakt, który może okazać się kluczowy dla rozczytania istoty gry. Otóż na prośbę pana Królewskiego interwencji w sprawie kibiców Wisły podjął się nie kto inny jak prezydent Miszalski. Ten miał dzwonić do Jacka Sutryka i prosić o otwarcie trybun dla zorganizowanej grupy wyjazdowej z Krakowa.
Miszalski jest obecnie ogólnopolsko synonimem samorządowego obciachu. Po dwóch latach rządów wypełnionych upychaniem kolesi po urzędzie i spółkach miarka się przebrała i mieszkańcy powiedzieli mu: dość. Najprawdopodobniej jeszcze przed wakacjami będziemy obserwować referendum odwoławcze w Grodzie Kraka.
Miszalski wraz z akolitami z KO bronią się wykorzystując wszelkie dostępne narzędzia i wszystkich dostępnych sojuszników. Nie tylko próbowali niszczyć wizerunek przedsiębiorców zaangażowanych w zbiórkę podpisów (skąd my to znamy!), nie tylko wezwali na pomoc elity i Donalda Tuska. Wszystko wskazuje na to, że ich sojusznikiem w obronie ratuszowej wieży będzie również prezes Jarosław Królewski, o którym od dawna mówiło się jako o sojuszniku obecnej partii władzy. Jednak czy będzie tylko sojusznikiem przegranego dworu Miszalskiego?
Ambicje większe niż piłka
Coraz więcej mówi się o tym, że Królewski może mieć poważne ambicje polityczne. Olbrzymia afera, którą zgotował kibicom z całej Polski kosztem wizerunku Śląska Wrocław może mu w tym tylko pomóc. Gdy spojrzymy na popularność nazwiska pana prezesa przed i po wybuchu afery trzeba przyznać, że z trzecioligowca awansował przynajmniej na zaplecze lokalnej ekstraklasy rozpoznawalnych postaci. Z pewnością panu Królewskiemu nie brak ambicji i miłości własnej, która musi podpowiadać mu: Jarek, to jest Twój czas.

Choć skostniały rynek polityczny w Krakowie łatwo nie przyjmuje karierowiczów, którzy chcą pominąć kolejność dziobania, jednak zwróćmy uwagę w jak trudnej sytuacji jest krakowska KO. Nie dość, że prezydent, szef struktur partii i główny kadrowy kolesi w jednej osobie jest postawiony pod referendalnym pręgierzem. Wszystkie te obsadzone przez niekompetentnych partyjniaków publiczne stołki zaczynają ich parzyć w portki.
Zniechęcanie do referendum jako polityczna waluta
Królewski ma w ręku niezłe karty. Co bowiem się stanie, gdy zacznie nawoływać kibiców Wisły, by nie brali udziału w referendum odwoławczym? Ile będzie warte takie wsparcie w chwili próby? Czy nominację na funkcję prezydenta Krakowa po odwołaniu obecnego? Na pewno panu Królewskiemu ambicji nie brakuje i prezydenckie ostrogi chętnie by przywdział. Jaką cenę zapłacimy za spełnianie tych marzeń?
Wszystko to musiało stać się kosztem Śląska Wrocław. Dlaczego? Bo to jedyny konkurent w lidze z dużego miasta, z dużym szyldem i z dużym problemami. Królewski wyszedł z założenia, że dotknięty kryzysem Śląsk nie odpowie. Że jego kosztem w sposób tani będzie można zbudować sobie nazwisko. Tylko częściowo się pomylił – władze miasta tak zawsze gorliwie pokazujące się z szyldem WKS – do dziś przeraźliwie głośno milczą.
Test intencji
Czy to polityka napisała scenariusz ostatnich tygodni? Test nadejdzie w najbliższych miesiącach. Jeżeli prezes Wisły nie stanie, o czym lubi wspominać, po stronie zasad i nie poprze referendum odwoławczego – będziemy wiedzieć jakie były jego intencje. Spodziewałbym się więcej informacji w nadchodzących tygodniach.
Piotr Uhle

























